wtorek, 30 stycznia 2018

"Buick 8" - Stephen King

"Buick 8" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Buick 8
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Stron: 348
Data wydania: 23 sierpnia 2017


Kolejna książka autorstwa Stephena Kinga za mną i kolejna przygoda, którą stworzył minęła. Wiele z nich zapada głęboko w pamięć i ciężko się od nich uwolnić. Autor ma pewien dar, który pozwala mu na tworzenie historii ponadczasowych, które zbudowane są w oparciu o bardzo mocne podstawy. Jak wiadomo jednak, każdemu może pójść czasem nieco gorzej. Odnoszę wrażenie, że "Buick 8" to właśnie ta chwila słabości, która spowodowała, że powstała niby dobrze poprowadzona, ale jednak przeciętna historia. Chciałoby się nawet rzec, że nieco nudna.

Syn tragicznie zmarłego policjanta z Jednostki D pracuje razem ze starymi znajomymi jego ojca. Wszyscy siebie nawzajem akceptują i traktują jak rodzinę, więc w końcu dochodzi do odkrycia przez Neda Wilcoxa starego Buicka Roadmastera 8. To luksusowe auto, stojące od wielu lat w Baraku B, skrywa wiele tajemnic, o których wiedzą jedynie członkowie Jednostki D. Ned, jako jeden z nich, ma prawo poznania całej prawdy, w której jego ojciec odegrał znaczną rolę.

Książki Stephena Kinga mają jedną, wspólną cechę, która dla wielu osób jest barierą nie do przeskoczenia. Długie opisy, które niekoniecznie bywają zawsze ciekawe. Mi one w większości przypadków nie przeszkadzają i nie są jakimś wyznacznikiem końcowych wrażeń z lektury. Niestety "Buick 8" okazuje się być skondensowaną formą tych niezbyt ciekawych opisów, przez które dość trudno jest przebrnąć. Muszę przyznać, że sporo czasu już minęło, odkąd ostatni raz ciężko mi szła lektura danej książki.

"Możecie to nazwać zbiegiem okoliczności, ale ja jestem gliną i nie wierzę w zbiegi okoliczności, tylko w łańcuchy wydarzeń, które robią się coraz dłuższe i słabsze, aż przerwie je pech lub zwykła ludzka podłość.

Z drugiej strony historia jest dość twarda i mocno osadzona. Stephen King pod tym względem absolutnie nie zawiódł, ponieważ sama chęć poznania kolejnych scen potrafi człowieka pchać do przodu przez książkę. Nie wystarczy to oczywiście do uznania "Buicka 8" za pozycję dobrą i wartą przeczytania, ale ciężko jest również skreślić ją całkowicie. Niestety obie te cechy powodują, że trudno się jednoznacznie odnieść do całości. Rozrywki nie zapewni, ale fabuła potrafi wciągnąć. Mętlik w głowie może powstać.

Historia opowiadana jest w sposób dość charakterystyczny dla Kinga - w dwóch czasach. Teraz - to wszystkie wydarzenia związane z teraźniejszością i Nedem Wilcoxem, któremu członkowie Jednostki D opowiadają o tym, skąd się wziął Buick 8 w Baraku B oraz co się w związku z nim wydarzyło przez wiele lat. Drugi punkt widzenia to przeszłość i historia samochodu, opisywana na kolejnych stronach. I właśnie tutaj dochodzimy do czegoś, co najmocniej mnie trzymało przy tej książce. Historia bowiem zbudowana została na naprawdę zbrojonych fundamentach.

"Nie wolno wkurwiać nieskończoności."

Trochę mi "Buick 8" przypomina w jednym aspekcie "To" - w obu powieściach mamy bardzo mocno rozbudowany wątek obyczajowo-społeczny. Wiele tematów krąży wokół społeczności policjantów i ukazuje tego, w jaki sposób wspólna służba zbliża ludzi do siebie. Tworzy z nich rodzinę, która często jest spojona o wiele mocniejszymi więzami, niż te z ich własnymi dziećmi oraz żonami. Z drugiej strony potrafią być jak ojcowie dla dzieci swoich najbliższych współpracowników, nawet jeśli potrafią zaniedbywać swoją własną rodzinę. Można powiedzieć, że wszystkie anegdoty dotyczące pojazdu z Baraku B w zdecydowanej większości obrazują właśnie te wartości. Podobnie jak w przypadku "To".

Niestety ta cała atmosfera jest nieco przyćmiewana przez same historie, które przedstawia King poprzez postacie policjantów. Być może chodzi o opisy, które - jak pewnie wielu fanów twórczości autora wie - bywają strasznie rozwleczone. W tym przypadku cała powieść to jeden wielki opis, okraszony dosłownie garścią dialogów i doprawiony małą szczyptą przemyśleń. Właśnie przez to bardzo ciężko mi było delektować się daniem, które zaserwował autor - przybranie bowiem było znakomite, jednak smak mdły. Brakuje ikry oraz czegoś, co potrafiłoby zarzucić na czytelnika haczyk.

"Z mojego doświadczenia wynika, że najgorsze gówno czeka spokojnie na dzień, w którym zwala się na ciebie w ilościach hurtowych."

Książka jest więc dla mnie dość problematyczna do wyrażenia opinii. Z jednej strony dopracowana, rozbudowana i poruszająca w doskonały sposób naprawdę ważne i trudne tematy, a z drugiej jest jakby wydmuszką, która pozbawiona została kuszącej zawartości. Nie jest zła sama w sobie, ale nie jest również dobra. To jedna z najbardziej zrównoważonych powieści, jakie miałem okazję czytać. Potrafi wywołać ambiwalentne uczucia i zachwiać umiejętnością wyrażenia opinii i własnego zdania. Ciężko ją polecić i ciężko od niej odwieść.

Łączna ocena: 5/10


piątek, 26 stycznia 2018

Z Netflixa pod pióro S01E03 - "Rick i Morty"

Rick i Morty
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Rick and Morty
Twórca: Dan Harmon, Justin Roiland
Rok: 2013
Gatunek: komedia, animacja, sci-fi


Animacje w moim jadłospisie filmowym to głównie pełnometrażówki oraz zwyczajne kreskówki. Bardzo rzadko próbuję sięgnąć po coś "poważniejszego", czyli serial animowany. Jakoś do mnie to nigdy nie przemawiało - animacja to animacja, ma być filmem, krótkometrażówką lub zwykłą kreskówką. Skusiłem się jednak ostatecznie na przygody z "Rickiem i Mortym" po wielu pozytywnych opiniach. Absolutnie nie żałuję tej decyzji, zwłaszcza że tak mnie wciągnęło, że pół Sylwestra spędziłem na oglądaniu! Akurat wtedy drugiego sezonu.

Genialny Rick, dziadek Morty'ego, jest wielkim problemem Jerry'ego, głowy rodziny. Ogólnie rzecz biorąc Rickowie są zawsze problemem Jerrych oraz mnóstwa innych osób i stworzeń we wszystkich równoległych wszechświatach. Zawsze jednak mogą liczyć na pomoc swoich Mortych, z którymi przeżywają mnóstwo przygód. A dokładniej po prostu próbują przeżyć. Nie zawsze prawa fizyki chcą się dostosować i nawet genialny umysł Ricka może mieć problem z wybrnięciem z sytuacji, jeśli nie będzie wystarczająco schwifty.

Cieszę się, że przeczytałem sporo opinii przed rozpoczęciem tego serialu (chociaż w sumie bez przeczytania w ogóle bym pewnie nie ruszył), bo dzięki temu uniknąłem jednej rzeczy. Pozostawienia go po pierwszym odcinku. Wiele osób pisało - nie przejmujcie się pierwszym odcinkiem, bo on jest odjechany i w ogóle zniechęcający, ale pójdźcie dalej. No i poszedłem dalej, a teraz podpisuję się rękami i nogami pod tym - jeśli jeszcze nie zaczęliście "Ricka i Morty'ego", to obejrzyjcie co najmniej kilka odcinków. Nawet się do tego zmuszając. Serio, na początku może Was odrzucić forma, być może zbyt duża ilość wulgarności i tak dalej. Ale potem jest nieco inaczej, bardziej... spokojnie? Chociaż to niekoniecznie dobre słowo w odniesieniu do tego serialu.

Aktualnie jestem po obejrzeniu wszystkich możliwych odcinków - chociaż nie było to przedsięwzięcie trudne. W końcu jeden odcinek = 20 minut zabawy. Wydano do tej pory łącznie trzy sezony, po 10 odcinków każdy. Daje to łącznie 600 minut, a więc raptem 10 godzin rozrywki. Zdecydowanie za mało, chociaż początki bywają trudne. Każda kolejna minuta spędzona nad tym serialem powoduje jednak coraz większe przywiązanie i chęć odpalenia następnego odcinka. Zwłaszcza, że w fajny sposób twórcy burzą powoli czwartą ścianę - nie napastliwie, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że o to właśnie chodzi.

Mimo pewnych elementów wulgarności i pokazania braku wychowania, serial na samym dnie przechowuje mnóstwo ciekawych i wręcz naukowych rzeczy. Fizyka oraz astronomia są dość mocno zarysowane, zwłaszcza w późniejszych odcinkach, ale socjolog oraz psycholog też znajdzie coś ze swojej działki. Przeróżne aspekty są poruszane przez kolejne odcinki i to w sprawach naprawdę poważnych. Zmienione jednak są w humorystyczną papkę, którą łatwo się przełyka. A co potem sami będziemy sobie myśleć to już jest zupełnie inna sprawa.

Fani popkultury znajdą tu mnóstwo mniej lub bardziej ukrytych motywów ze znanych filmów, seriali, komiksów, czy nawet wydarzeń. Niektóre odcinki wręcz są w pełni zbudowane w oparciu o pewne kultowe tytuły, dorzucając oczywiście sporo od siebie i zamieniając je w rickomortową sałatkę. Zresztą wokół samych głównych bohaterów narosło już tyle legend i domysłów, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Porównywani są między innymi do dwóch znanych chyba wszystkim postaci z "Powrotu do przyszłości" - doktora Emmeta Browna oraz Marty'ego McFly'a. Jeszcze ciekawsze są teorie o samych powiązaniach rodzinno-czasoprzestrzennych obu postaci. Tutaj jednak trzeba poznać uniwersum (chociaż lepiej by rzec - multiwersum), aby zobaczyć w moich słowach jakikolwiek sens!

Kawał fajnego serialu, chociaż nie każdemu może podejść. Mimo wszystko sporo w nim wulgarności i przejawów braku kultury u Ricka. Może to dla części osób oznaczać całkowite skreślenie tego tytułu, jednak jeśli nie stanowi to problemu, to można wręcz uznać to za pewnego rodzaju ciekawe zagranie. Jedno jest pewne - "Rick i Morty" przyciąga do siebie w miarę upływu czasu. Im dalej człowiek wchodzi w odcinki, tym bardziej się wkręca w cały świat stworzony przez twórców, choć na samym początku miał mieszane uczucia. To jest właśnie niesamowite w tym tytule. Wręcz przerażająco niesamowite.

Łączna ocena: 9/10

Kadry pochodzą z serwisu IMDb.com

poniedziałek, 22 stycznia 2018

"Serce z lodu" - Elizabeth Rudnick

"Serce z lodu" - Elizabeth Rudnick
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Elizabeth Rudnick
Tytuł: Serce z lodu
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Anna Hikiert
Stron: 351
Data wydania: 2016


Gdyby mi ktoś powiedział jakieś pięć lat temu, że sam, z własnej i nieprzymuszonej woli, sięgnę po książkę z historią którejś z księżniczek Disneya - nie uwierzyłbym. Co prawda cenię wiele filmów stworzonych przez tę wytwórnię, łącznie z opowieścią o Roszpunce czy Anestezji, jednak chyba nie skusiłbym się na lekturę. Tym razem, kiedy w grę weszła Elsa - skusiłem się. Nie spodziewałem się po tej pozycji niczego wystrzałowego, ale okazało się, że ma swój urok. A do tego naprawdę potrafi wciągnąć nawet dorosłą osobę!

Elsa i Anna, księżniczki Arendelle, za młodu były ze sobą niezwykle zżyte. Każdą chwilę spędzały razem wymyślając przeróżne zabawy - niektóre z wykorzystaniem mocy, jakie posiadała Elsa. Niestety sielanka w pewnym momencie się skończyła i siostry zostały od siebie odizolowane. Anna bardzo ciężko znosiła samotność i coś, co uznawała za odtrącenie przez własną siostrę. Podobne myśli miał Hans, książę Nasturii, który był ostatnim z synów króla tego wyspiarskiego kraju. Wiele się jednak zmieni, kiedy oboje na siebie wpadną w dniu koronacji Elsy.

W książce opisaną mamy historię, która opowiedziana została w filmie Disneya. Teoretycznie więc można pomyśleć, że oglądając "Krainę Lodu", znamy wszystkie szczegóły, które pojawią się w "Sercu z lodu". Nie jest to jednak do końca prawda, ponieważ w pewnym sensie uszczegółowienie poszczególnych wydarzeń tworzy przesunięte względem siebie sinusoidy. Te partie, które wyczerpująco zostały opisane w filmie, tutaj są po prostu wspomniane i na odwrót. Przy okazji autorka pokazał nieco inne motywacje bohaterów niż te, które ukazane są w filmie. Główne bohaterki - czyli księżniczki Elsa oraz Anna - są niemalże idealnymi kopiami filmowych postaci (z kilkoma ciekawymi różnicami), za to Hans przedstawiony został wręcz od podstaw.

"Jeśli chcesz, by ktoś cię polubił, musisz zachowywać się, jakbyś był jego lustrzanym odbiciem. Ludzie kochają siebie samych w lustrze."

Motywacje, które Elizabeth Rudnick nadała poszczególnym postaciom nadają nieco pazura w książce, która opowiada jakby nie patrzył historię dla dzieci lub młodzieży. Prosty, ale przyjemny język powieści zachęca do czytania, a na dodatek sposób budowania napięcia przyciąga nawet dorosłych! To jest coś, co mnie kompletnie zaskoczyło. Spodziewałem się po prostu niezbyt ciekawie napisanej bajeczki, a otrzymałem historię, którą z zaangażowaniem przeczytałem. Wydarzenia bowiem znamy, ale nie znamy tego, co się pod wieloma ich aspektami kryło.

O wiele lepiej można poznać życie zarówno Anny, jak i Hansa w dzieciństwie. Zwłaszcza osoba księcia Nasturii jest przedstawiona w szczegółach. Rozłożone na części pierwsze (oczywiście na tyle, na ile można to zrobić w powieści, którą czytać będą również dzieci) zostały jego pobudki. Można powiedzieć, że bohater został szablonowo wręcz skonstruowany. Encyklopedyczny przykład budowy antagonisty, w stosunku do którego można mieć mieszane uczucia. Wiem, że można mieć wątpliwości, czy takie słowa pasują do powieści bazującej tak naprawdę na filmie animowanym dla najmłodszych, jednak naprawdę Hans został tutaj poprowadzony świetnie. Da się go jednocześnie lubić i nienawidzić, współczuć mu i życzyć jak najgorzej. Należy jednak cały czas pamiętać, że jest to powieść dla najmłodszych, więc raczej nie da się zrobić rozbudowane portretu psychologicznego bohatera.

"Dla niektórych warto się roztopić."

Fakt, że "Serce z lodu" dedykowane jest dla młodszych czytelników, może spowodować pewne zgrzyty w odbiorze powieści przez dorosłych. Autorka bowiem nie przywiązywała bardzo dużej uwagi do realizmu niektórych scen - w końcu dla młodszej części czytelników pewne aspekty fizyki nie są do końca zrozumiałe. A bajki pokazują nieco odmienną rzeczywistość. Pomijając w ogóle sam fakt istnienia magii, ale to jest akurat specyfika tej historii. W każdym razie tak, jak przez pierwszą połowę Elizabeth Rudnick utrzymywała wszystko w ryzach, tak od drugiej pozwoliła popuścić sobie nieco wodze fantazji. Trochę się to odbiło na moim odbiorze książki, ale jestem w stanie przyznać, że nie ja byłem docelowym czytelnikiem.

Podsumowując, jest to dość ciekawa opcja, która potrafi zaskoczyć. Można powiedzieć, że tej książki właśnie nie powinno oceniać się po okładce. Coś, co wydaje się być nudną, dziecięcą bajką bazującą na filmie Disneya, okazuje się być dość profesjonalnie stworzoną historią. "Serce z lodu" nie jest oczywiście pozycją bardzo wybitną, jednak może sprawić wiele przyjemności podczas lektury. Zwłaszcza, jeśli ktoś ma ochotę na coś lżejszego, ale jednocześnie dobrze napisanego.

Łączna ocena: 7/10


sobota, 20 stycznia 2018

"Muzyka duszy" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Muzyka duszy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 398
Data wydania: 4 sierpnia 2016


Ponownie sięgnąłem po kolejny tom jednego z moich ulubionych pisarzy fantasy. Terry Pratchett niezmiennie bawi mnie w każdej kolejnej książce, więc wiedziałem doskonale, że lektura będzie niesamowitą radością. Nie każdemu jednak pasuje styl i humor, którymi posługuje się autor, jednak przy każdej okazji staram się polecać jego twórczość wszystkim tym, którzy nie sprawdzili jeszcze czy Świat Dysku przypadnie im do gustu, czy też raczej nie. "Muzyka duszy" to kolejny tom, który mogę z czystym sumieniem polecić!

Niełatwo jest być wnuczką Śmierci - zwłaszcza kiedy dziadunio postanawia wybrać się na poszukiwanie sensu życia, a do gry wkracza dziedziczenie. Niełatwo jest też być bardem, zwłaszcza w Ankh-Morpork - mieście tysiąca i jednej gildii, których opłaty członkowskie nie należą do najniższych. Ale jeszcze trudniej jest okiełznać Muzykę z Wykrokiem, która nie ma ochoty przestać rozbrzmiewać, a wszyscy wokół pomagają jej trwać w nieskończoność.

Muszę przyznać, że mimo wychwalania humoru Pratchetta we wszystkich poprzednich jego książkach, które miałem okazję czytać, nie uśmiałem się jeszcze tak jak przy "Muzyce duszy". Doskonale dobrane żarty, oczywiście w absurdalnym stylu Pratchetta, powodowały co chwilę uśmiech na twarzy lub wręcz niepohamowane wybuchy śmiechu! Być może tematyka była bardziej skora do żartów (mimo wciąż przerabianego podcyklu o Śmierci), a być może po prostu autorowi wyszło tym razem nieco lepiej niż zwykle. W sumie nieistotne, ważne że każdy fan pratchettowskiego humoru otrzyma w tej książce wszystko, co tygrysy lubią najbardziej!

"Kiedy był podniecony, zdradzał to swego rodzaju aktywnością przeżuwania i ssania, jakby usiłował usunąć z dziury w zębie zapomnianą resztkę podwieczorku. Teraz robił hałas jak umywalka u fryzjera."

Tym razem głównym obiektem drwin jest muzyka rockowa oraz cała otoczka, która wokół niej powstaje. Terry Pratchett skupia się zarówno na emocjach, które potrafi wywoływać, jak i tworzeniu się subkultur opierających się właśnie w głównej mierze na muzyce. Do tego należy dorzucić oczywiście cały przemysł wytwórczy, który muzykę promuje, organizuje trasy koncertowe, nakręca sprzedaż płyt i tak dalej. Dla mnie, jako osobie wychowanej na tej muzyce, wszystko wydawało się idealnie wypunktowane. Ze smakiem, z jajem i przede wszystkim z humorem. To co powinno być wyolbrzymione - zostało wyolbrzymione, a to co powinno być skrytykowane - zostało skrytykowane.

Nieco bliżej można również poznać postać Śmierci, która jak zwykle zaskakuje czytelnika swoim nowoczesnym podejściem do życia (he-he), przy jednoczesnym byciem tak konserwatywnym, jak tylko Śmierć może być. Przeżywa swoje śmierciowe rozterki, które doprowadzają do całkiem zabawnych na pierwszy rzut oka sytuacji. Z drugiej strony można zobaczyć czym grozi brak kogoś/czegoś tak ważnego jak właśnie Śmierć. Mieliśmy już przedsmak tego w "Kosiarzu", czyli poprzednim tomie, w którym to Śmierć nagle... zniknął. Tutaj w pewnym sensie mamy do czynienia z kontynuacją podjętego wątku, chociaż w zupełnie innej odsłonie, z kompletnie różnego punktu widzenia.

"- Kazałbym wa się wytłumaczyć rano władzom uniwersytetu, ale niestety, to wy jesteście władzami uniwersytetu..."

Bardzo udany tom, pełen humoru i ciekawych wydarzeń. Pozwala jeszcze lepiej poznać niektóre postacie, a zwłaszcza te, które w innych książkach pojawiają się tylko epizodycznie. Może niekoniecznie najlepszy do rozpoczęci przygody z twórczością Terry'ego Pratchetta (nawiązuje do niektórych wydarzeń z poprzednich tomów), jednak na pewno warty czasu spędzonego na jego czytaniu. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy ten książki ten autor jest dla niej/niego - być może "Muzyka duszy" je rozwieje. No, chyba że moje poczucie humoru znacznie się różni od Wasze. ;)

Łączna ocena: 8/10


czwartek, 18 stycznia 2018

Powiedz mi szczerze Book TAG

Po długiej - bo prawie rocznej - przerwie, pojawiły się nagle dwa Book TAGi, do których zostałem nominowany! W ostatnim, który opublikowałem jeszcze w listopadzie, wspominałem, że ogólnie całkiem je lubię. Zawsze to jakiś sposób na nieco lepsze poznanie osoby, której opinie się czyta. Z wielką chęcią więc podszedłem do kolejnej nominacji, którą otrzymałem tym razem od Oxfordki z bloga Literacka Fantazja! Dzięki serdeczne! Tym razem będzie nieco dłuższy post, bo i pytań o wiele więcej niż zazwyczaj. Osiemnaście sztuk, z czego przy niektórych trzeba się rozpisać. No, będzie co czytać!

Mam nadzieję, że Was za bardzo nie zanudzę. :) Klasycznie oczywiście "kradnę" Oxfordce fotkę będącą obrazkiem TAGa, więc i tu będziecie mieli okazję podziwiać tę samą grafikę! Mam nadzieję, że mnie jej autorka nie zabije! ;) Nie przedłużając więc, poniżej przedstawiam pytania oraz odpowiedzi:

1. Książka, która mieszka na Twojej półce najdłużej?

Hmm... Strzelałbym pomiędzy Słownikiem Wyrazów Obcych a starym wydaniem Encyklopedii Powszechnej PWN. :P

2. Co czytasz obecnie? Jaką książkę przeczytałeś ostatnio? Jaka czeka na Ciebie w kolejce?

Teraz czytam "Serce z lodu" - Elsa ponad wszystko! :D Ostatnio zaliczyłem "Muzykę duszy", której opinia się pojawi na dniach, a czeka na mnie sporo książek, między innymi świeży Sanderson. :D

3. Jaką książkę wszyscy kochają, a Ty jej nienawidzisz?

Nie wskażę żadnej, bo w sumie żadna nie przychodzi mi do głowy. Mogę nie lubić jakichś, ale żeby nienawidzić taką, którą wszyscy kochają? Nope, raczej nie ma takiej. :)

4. Jaką książkę wciąż powtarzasz sobie, że przeczytasz, ale sam dobrze wiesz, że tego nie zrobisz?

Nie ma takiej! Jak mówię sobie, że przeczytam, to przeczytam. No, chyba że nie przeczytam. Ale nie wiem, że tego nie zrobię, bo naprawdę mam w planach czytanie, jeśli sobie mówię, że przeczytam!

5. Jaką książkę planujesz przeczytać na emeryturze?

Wszystkie te, których nie zdążę przeczytać do emerytury! :)

6. Odwieczny problem z ostatnią stroną – czytasz od razu czy spokojnie czekasz na to, jak skończysz całą książkę?

Czekam, oczywiście że czekam. Nawet jak sprawdzam ile książka ma łącznie stron (do statystyk oraz ewentualnego poprawienia na Lubimy Czytać, to jest straszne ile książek ma z kosmosu wzięte dane), to wzrokiem uciekam od tekstu. Koniec książki powinien by przeze mnie poznany... na końcu książki. :P

7. Przedmowy, posłowia, wprowadzenia – są potrzebne czy to tylko marnowanie czasu i papieru?

Zachowam się jak prawnik i powiem - to zależy. Co do zasady mi nie przeszkadzają, a czasem wręcz zawierają przydatne dla mnie informacje. Jednak powinny się pojawiać tylko wtedy, kiedy naprawdę mają sens. Jakieś zwykłe podziękowania czy wyjaśnienia jak to wspaniale było tę książkę napisać należą w mojej opinii do kategorii "zbędne". Jednak jeśli np. jest to kolejne wydanie, albo kolejna część i coś istotnego stało się w przeszłości, co wpłynęło na to jak dana pozycja aktualnie wygląda, to jest to rzecz ciekawa.

8. Z jakim bohaterem książkowym chciałabyś zamienić się na życia?

Pewnie z jakimś długo żyjącym, ale przy okazji ciekawie. Wspominałem już na blogu o Illidanie Stormrage, ale jego uwięzienia raczej bym przeżyć nie chciał. :) Obstawiałbym więc pewnie jakiegoś elfa albo krasnoluda. No, może np. Sama Vimesa - długo to może i nie żył jak jakieś elfy, ale miał z pewnością ciekawe życie!

9. Czy masz jakąś książkę, którą wiążesz ze szczególnym okresem w swoim życiu?

W sumie to nawet cały cykl - "Legenda Drizzta". Nieodłącznie kojarzy mi się z liceum i tymi trzema laty spędzonymi pomiędzy gimnazjum, a przejściem na zaczątek dorosłego życia.

10. Opowiedz o książce, którą zdobyłeś w jakiś nietypowy sposób.

Ha, to będzie chyba "Babie lato", które zdobyłem w ramach zabawy "T(r)op 10 książek"! Żeby nie przynudzać zapraszam do przeczytania archiwalnego wpisu - wystarczy kliknąć w linka. :)

11. Jakiej książce pokazałeś najwięcej miejsc?

W sumie to nie wiem. Raczej nie przewożę książek z miejsca na miejsce, a jak już to robię, to masowo - bo na przykład przerzucam między mieszkaniami. Czasem wiadomo, weźmie się książkę w podróż, ale przez to wszystkie książki "widzą" raczej podobną liczbę miejsc.

12. Lektura szkolna, która gdy miałeś ją przeczytać, zdawała się być koszmarem, ale później ja doceniłeś?

"Potop" Sienkiewicza - podchodziłem do niego jak pies do jeża, serio! A jak już przeczytałem parę stron to się wręcz zakochałem i potem przeczytałem całą resztę. Zostało mi to do dzisiaj, w walce Mickiewicz vs. Sienkiewicz siedzę w obozie autora "W pustyni i w puszczy". :)

13. Książki nowe czy używane?

Nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. Co prawda większość mam nowych, ale zrobiłem też sporo zakupów używanych. Co się mają zmarnować - w końcu do przeczytania się nadają. :P

14. Czytałaś coś Dana Browna?

Tak, "Inferno". :)

15. Ekranizacja, która podobała Ci się bardziej niż książka?

Zdecydowanie "The Vampire Diaries". Co prawda to serial, ale o wiele lepszy w mojej opinii niż książka. Może dlatego, że pierwszy sezon, który był kiepski, był właśnie na podstawie książki, a potem to już prawie tylko wesoła twórczość scenarzystów i reżysera... Ale ojtam ojtam!

16. Czy czytałeś kiedyś książkę, która sprawiła, że poczułeś się głodny?

Chyba można tak powiedzieć. Na pewno ślinka ciekła kiedy czytałem "Diablelski owoc" Toma Hillenbranda. Drugi tom zresztą też był "pyszny"! Ach te opisy potraw...

17. Czy jest osoba, z której polecenia książki zawsze czytasz?

Jest nawet kilka takich osób, głównie oczywiście bloggerów i bloggerek. Może nie tyle "zawsze czytam", co wiem, że jeśli im się coś spodobało, to sam mogę sięgnąć i nie pożałuję. Głównie dotyczy to literatury fantasy, ale również literatury faktu i kryminałów. :)

18. Książka, która nie jest jedną z tych, po które często sięgasz, ale bardzo Ci się podobała?

To chyba połowa wszystkich książek, które przeczytałem. Praktycznie po żadną nie sięgam więcej niż jeden raz, a wiele z nich mi się bardzo podobało. :)

To by było chyba na tyle! Sporo pytań, ale udało mi się przez wszystkie przebrnąć! Mam nadzieję, że odpowiedzi będą satysfakcjonujące. :) Klasycznie, jak w każdym TAGu nie nominuję nikogo, ale jeśli komuś pytania się bardzo spodobały i chciałby na nie odpowiedzieć, niech czuje się zaproszony! :)


poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Sekret, którego nie zdradzę" - Tess Gerritsen

"Sekret, którego nie zdradzę" - Tess Gerritsen
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Tess Gerritsen
Tytuł: Sekret, którego nie zdradzę
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Stron: 384
Data wydania: 25 października 2017


Książki Tess Gerritsen pokochałem od pierwszego tomu przygód Jane Rizzoli i Maury Isles. Tak naprawdę w sumie od dwóch pierwszych, bowiem w sposób ścisły się ze sobą łączą. Każdą kolejną jej książkę pochłaniałem w tempie ekspresowym, nawet zarywając przez to nocki. W tym swietle to cud, że udało mi się "wytrzymać" aż tyle czasu po premierze bez zapoznania się z "Sekretem, którego nie zdradzę". Po lekturze jednak widzę, że mocno spieszyć się nie musiałem. Jest dobrze, ale nie aż tak jak do tej pory.

Miejsca zbrodni zawsze potrafią przyprawić o mdłości. Jane Rizzoli odporna jest na wiele najgorszych widoków, jednak obraz, który przedstawiały zwłoki producentki horrorów tak czy siak nią wstrząsnął. Musi jednak odłożyć na bok słabość i skupić się na pracy, bowiem niedługo po odkryciu pierwszych zwłok, pojawiają się drugie. W tle majaczy stara sprawa, która powinna być teoretycznie zamknięta. Wszystko jednak wskazuje na to, że trzeba będzie szukać powiązań. Zwłaszcza, że doskonała doktor Maura Isles początkowo nie jest w stanie określić przyczyny śmierci...

Mam trochę mieszane uczucia w stosunku do tej części. Z jednej strony jest to po prostu stara, dobra Tess Gerritsen ze swoim niesamowitym duetem pani detektyw i pani doktor. Z drugiej brakowało mi pazura, tak bardzo charakterystycznego dla książek Tess. Czytało się bardzo przyjemnie, ze względu na styl autorki, jednak nie czułem też ciągłego napięcia. W większości poprzednich tomów wydarzenia były tak opisane, że nie szło się oderwać od książki. Tym razem historia wydaje się płynąć swoim tempem, nie próbując nawet przygwoździć czytelnika.

"Przekonanie o słuszności własnej tezy zgubiło wielu naukowców i bez wątpienia tylu samo gliniarzy. Odnajdywali tylko to, czego szukali, nie zwracali uwagi na nic innego."

Nie znaczy to oczywiście, że Tess wymyśliła złą historię. Być może trochę sztampową, ponieważ wykorzystane przez nią motywy są dość popularne, ale wykorzystała je w sposób intrygujący. Da się lubić, a przede wszystkim wciąż ciężko dojść do tego, jak się zakończy. To nieodłączny element książek Tess Gerritsen, który został zachowany również w "Sekrecie, którego nie zdradzę". Autorka tak przerzuca poszczególne tropy i poszlaki, że można dosłownie przerobić swój mózg na wodę przy próbach dojścia do tego, kto tak naprawdę popełnia zbrodnie. Można więc mieć niezłą zabawę, nawet jeśli zazwyczaj udaje się komuś wytypować zakończenie. Łatwo nie będzie!

Na ogromny plus zasługuje budowa jednej z nowych postaci, które pojawiają się w książce. Oczywiście nic nie wskazuje na to, żeby była ona wykorzystana w kolejnych tomach, jednak nie jest to też wykluczone. Od samego początku widać, że będzie towarzyszyła przez calą historię opisaną w "Sekrecie, którego nie zdradzę", jednak nic nie wskazuje na to, w jaki sposób czytelnik może ją postrzegać. A uwierzcie, potrafi jednocześnie fascynować i irytować - ale właśnie przez to, że jest tak świetnie skonstruowana. Przede wszystkim prowadzona jest konsekwentnie, a jej cechy są stałe, wykorzystywane w niemalże każdej scenie, w której występuje. Nie ma wahań bądź odstępstw od normy, co czasem się niesety zdarza przy postaciach, które są trudniejsze do utrzymania i poprowadzenia. A ta z pewnością do takich należy.

"Dla mnie to oczywisty przypadek samobójstwa z rąk policjanta."

Niestety jest też wiele złych wieści dotyczących najnowszego tomu przygód Jane Rizzoli i Maury Isles. Sporo z nich dotyczy samej Maury, która stała się jakby... bardziej ciapowata? Klucha taka rozlazła. Kompletnie nie pasuje to obrazu, który mam w głowie, a który został stworzony przez wiele godzin lektury opisów jej postaci i poczynań. Całkowicie bez sensu autorka powróciła do pewnych wątków, ponieważ nie wniosły one kompletnie nic do książki. Po prostu się wydarzyły i tyle. Jakieś tam rozgrzebanie starych tematów, które początkowo dawały nadzieje na to, że zostały sprytnie wplecione w historię, ale tak naprawdę szybko okazało się, że to ślepe uliczki. Poruszone, przypomniane i urwane w połowie. Tak, jakby się nagle pomysły skończyły, a szkoda było przepisywać część gotowej już książki. Be, bardzo be.

Myślę, że nie przesadzę, jeśli uznam ten tom za jeden z najsłabszych w historii całego cyklu o Isles i Rizzoli. Wciąż daje radość z czytania, jednak ma sporo mankamentów, których nie sposób nie zauważyć. Zwłaszcza, gdy ktoś przywykł do wysokiego poziomu, jaki prezentuje Tess Gerritsen. Przy takiej liczbie książek mogą się jednak trafić tomy nieco słabsze, to normalna kolei rzeczy. Nie żałuję czasu spędzonego nad książką, jednak w sumie nawet nie musiałbym jej czytać a byłbym wciąż na bieżąco z wątkami prywatnymi bohaterów. No, prawie. Ale ten jeden szczegół, który został poruszony, łatwo i szybko można wytłumaczyć w kolejnym tomie. Z chęcią sięgnę po następny, ale tego nie będę gorąco polecał.

Łączna ocena: 6/10


sobota, 13 stycznia 2018

"Nowe szaty blogera" - oby nie jak z baśni

W 1837 roku pierwszy raz opublikowano baśń Hansa Christiana Andersena o tytule "Nowe szaty króla". Tytuł niniejszej notki to parafraza tego tytułu, ponieważ w pewnym sensie mam nadzieję, że nowy wygląd bloga, który macie okazję właśnie obserwować, nie okaże się dla mnie tym, czym dla króla ze wspomnianej baśni jego nowe szaty. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji czytać "Nowych szat króla" - które serdecznie polecam, choć pamiętam jedynie z czasów mojej młodości - to w dużym skrócie streszczę zawartość baśni.

Pewien król miał istnego fioła na punkcie ubioru, uwielbiał się stroić i posiadał mnóstwo najmodniejszych ubrań. W jego królestwie pojawiło się dwóch tkaczy, którzy chwalili się, że potrafi tkać ubrania z tkaniny niewidocznej dla ludzi głupich. Król postanowił więc skorzystać z ich usług i zdobyć nowe szaty, które widoczne będą jedynie dla ludzi mądrych i godnych sprawowania władzy. Czyli głównie dla niego.

Co się działo potem, możecie sami sprawdzić - nie chcę psuć całej zabawy. :) W każdym razie ja co prawda nie lubię zmieniać co chwilę wyglądu bloga (co zresztą widać - przez cztery lata prawie nic w nim nie zmieniłem, nie licząc drobnych zabaw z przestawianiem widgetów), ale postanowiłem go jednak ruszyć. I to ruszyć prawie do samych korzeni. Blogger sam w sobie nie pozwala na niesamowicie głębokie zmiany, jednak jak zauważyłem, sporo się zmieniło w mechanizmach wykorzystywanych przy tworzeniu template'ów. Miałem spore problemy z dopasowaniem i dostosowaniem odpowiedniego szablonu. Styl moich postów nie jest kompatybilny z większością dostępnych, darmowych szablonów, a z drugiej strony jak już płacić, to przy ewentualnym przejściu na wordpressa - tam mogę dosłownie wszystko dostosować do swoich potrzeb.

Wygląd strony to jedna z pierwszych rzeczy, na które zwraca uwagę osoba wchodząca na daną witrynę. Jest też jednym z ważniejszych czynników przy decyzji o zostaniu z daną stroną na dłużej - chyba że jest to specjalistyczny portal o niszowej tematyce, których jest w sieci jak na lekarstwo. Jednak bądźmy szczerzy, blogów książkowych jest na pęczki. :) O ile komuś może po prostu przypaść do gustu mój styl prowadzenia bloga lub po prostu samych opinii, to jednak coś najpierw musi go przekonać do tego, aby zapoznać się z paroma wpisami. Jeśli layout będzie odstraszał, to od razu ucieknie.

Już od dłuższego czasu w sieci królują raczej proste szablony, które są czytelne i jednocześnie nieprzeładowane treścią. Mniejsza o typy układów - jedni lubią jedną kolumnę, inni klasyczne dwie, a jeszcze inni kafle rodem z galerii. Ważny jest jednak dobór odpowiednich kolorów i samych kształtów. No i oczywiście kolorystyka nie tylko tła czy wypełnień, ale również fontów. Mój czarny, kanciasty i ociężały (a więc długo się ładujący podczas wczytywania) szablon niestety czasy swojej świetności już ma za sobą. Nosiłem się już od jakiegoś czasu ze zmianami, aby go dostosować do obecnych trendów i zwiększyć czytelność samych treści, które publikuję.

Obecny wygląd bloga to tak naprawdę kilka tygodni testów, sprawdzania i implementacji różnych szablonów na klonie mojego bloga. Chciałem, aby było jak najmniej zmian koniecznych do wykonania po stronie samej treści, więc musiałem wprowadzić sporo zmian w samym kodzie - napisać niektóre klasy CSS, przetłumaczyć na sztywno niektóre słowa i składniki szablonu i tak dalej. A do tego musiałem zaakceptować fakt, że zajawki widoczne na stronie głównej nie będą tak ładnie sformatowane jak wcześniej, tylko będą stanowiły tekst pisany ciurkiem. :) Do tego zachowanie linków, cytatów, treści preformatowanej czy podpisów pod zdjęciami również musiało mi odpowiadać - a to nie jest takie proste! W każdym razie udało mi się taki szablon znaleźć i odpowiednio go pod siebie dostosować.

Nie mogę również zapomnieć o całkiem nowym logo, które zostało stworzone przez tę samą, dobrą duszyczkę (chociaż pisząc takie słowo bardzo się jej narażam!). Ponownie jak w przypadku poprzedniego, tak i tym razem mam całkowity zakaz dzielenia się informacją o tym, kto jest autorem. :) Jako, że cenię swoje życie, jak również pracę włożoną w stworzenie z własnej i nieprzymuszonej woli jako niespodziankę tego oto nowego loga, szanuję w pełni tę decyzję! Tak czy siak niech ta osoba widzi, że publicznie gorąco jej dziękuję i naprawdę doceniam ten niesamowicie miły gest! Jak widzicie widnieje ono już w nagłówku bloga, nie wiem jednak czy nie używać w razie czego zamiennie obu logotypów, jeśli przyjdzie taka potrzeba. Jeden pasuje idealnie do jasnych backgroundów, natomiast drugi świetnie się sprawdza w przypadku tych ciemnych. Na pewno jednak zamierzam jak najczęściej wykorzystywać obecne, nowe! Na dniach również nastąpi aktualizacja na fanpejdżu fejsbukowym, więc wyczekujcie również tam zmian! :)

Tak się prezentuje "stare" logo
A tak nowe, utworzone przez tę samą osobę!

Teraz chyba można przejść do wyjaśnienia o co dokładnie chodzi z tym porównaniem z "Nowymi szatami króla". Otóż mam nadzieję, że z tym szablonem nie będzie jak z tym nieszczęsnym królem i jego magiczną tkaniną. Że wybór był dobry i nowy wygląd przypadnie Wam do gustu (nawet jeśli już przywykliście do czarnego koloru - mógłbym wybrać ciemny szablon, ale chciałem jednak zmienić coś diametralnie). No i że przypadnie do gustu również wszystkim tym, którzy w nowym 2018 roku trafią na mojego bloga. :)

piątek, 12 stycznia 2018

"Apokalipsa Z: Mroczne dni" - Manel Loureiro

"Apokalipsa Z: Mroczne dni" - Manel Loureiro
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Manel Loureiro
Tytuł: Apokalipsa Z: Mroczne dni
Wydawnictwo: Muza
Tłumaczenie: Grzegorz Ostrowski, Joanna Ostrowska
Stron: 352
Data wydania: 6 listopada 2013


Rzadko sięgam po tematy apokalipsy zombie - dość szybko mi się przejadają. Chyba ostatnią pozycją, jaką czytałem był ostatni tom trylogii "Przeglądu Końca Świata" Miry Grant, który wspominam bardzo dobrze. A minęły od tego czasu dwa lata! Tym razem wybór padł na "Apokalipsę Z" - również trylogię - hiszpańskiego pisarza, Manel Loureiro. Pierwszy tom, "Początek końca", tak bardzo mi podszedł, że dość szybko sięgnąłem po obecnie opisywaną drugą powieść cyklu. Czy było to tego warte? Zdecydowanie i nieodwołalnie tak.

Tylko nielicznym udaje się ocalić podczas apokalipsy - pozostają jedynie najtwardsi. A jednymi z najtwardszych są żołnierze, którzy obecnie panują nad chaosem dalekiej bazy, która skupia ocalałych. Nie zawsze jednak porządek oznacza bezpieczeństwo, a kryjówka może się okazać gorsza od dziczy.

środa, 10 stycznia 2018

Bardzo chcę! #41 - Bill Bass, Jon Jefferson "Trupia Farma"

Bill Bass, Jon Jefferson "Trupia Farma"
Źródło: Lubimy Czytać
Na wstępie pragnę nadmienić, że nieco skróciłem tytuł książki w tytule tego postu. Pełna nazwa to, uwaga uwaga, "Trupia Farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie". Długaśna, co? :) Chyba już rozumiecie czemu zrobiłem tak niegodną rzecz, jak ucięcie 90% słów? Głupio by to wyglądało w nagłówku - ale na szczęście na okładce samo "Trupia Farma" jest wyeksponowane, podtytuł natomiast schowany na dole. Można powiedzieć, że metaforycznie tak książka ma nie tylko podtytuł "na dole". Jej tematyka bowiem może się okazać dla niektórych osób nieco... kontrowersyjna. Być może groteskowa. Prawdopodobnie też okropna i nieludzka. A tak naprawdę to wszystko tylko natura, która w brutalny sposób pokazuje jak działa i w jaki sposób może być wykorzystana przez ludzi.

Literatura faktu od czasu do czasu gości na moim blogu, jak i w mojej biblioteczce. Im bardziej nietypowa, tym lepiej. Nie boję się trudnych tematów - a im bardziej kontrowersyjny, tym mocniej mnie przyciąga. Chyba więc nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, jeśli napiszę, że odkąd tylko przeczytałem opis oraz kilka opinii o "Trupiej Farmie", to od razu wrzuciłem ją na odpowiednią półkę w serwisie Lubimy Czytać

poniedziałek, 8 stycznia 2018

[PREMIERA] "Czerwony parasol" - Wiktor Mrok

"Czerwony parasol" - Wiktor Mrok
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Wiktor Mrok
Tytuł: Czerwony parasol
Wydawnictwo: Initium
Stron: 592
Data wydania: 19 stycznia 2018


Dobry thriller nie jest zły - a jeśli wyjątkowo nie kręci się w prosty sposób wokół motywu śmierci, tylko ma o wiele więcej płaszczyzn, to jeszcze lepiej. Thriller, który jest jednocześnie debiutem literackim autora to dla mnie dobry kąsek - mam słabość do debiutów, a jeśli debiutantami są polscy autorzy, to cieszę się jeszcze bardziej. Oczywiście za radością z wymienionych powodów iść powinna satysfakcja z samej lektury. "Czerwony parasol" zdecydowanie mi ją zapewnił.

Tatiana jest jeszcze nastolatką, wychowywaną w bogatej rodzinie. Prowadzi dostatnie życie, chociaż jej ojciec stara się, aby była dobrze wychowana i twarda. Przyda jej się to, gdy pewnego dnia po powrocie z treningu gimnastycznego zastanie wszystkich członków swojej rodziny zamordowanych we własnym domu. Jeszcze nie wie, chociaż przeczuwa, że nie jest to prosta sprawa i pomimo mocnego charakteru bije się z własnymi myślami i strachem.

sobota, 6 stycznia 2018

Podsumowanie roku 2017

Taak, to już rok minął odkąd opublikowałem ostatnie podsumowanie roczne. No jasne, to ma oczywiście sens i nie wiem czego innego miałbym się spodziewać. :) Ale wiecie - to jak z bicza strzelił. Dwanaście miesięcy, 365 dni, 8 760 godzin. Mogłoby się wydawać, że to mnóstwo czasu, ale jednak przy dobrze zorganizowanym czasie życia nawet nie zwracamy uwagi, kiedy to wszystko mija. A w rok może się w końcu tak dużo różnych rzeczy zdarzyć! U mnie z większych wydarzeń (patrząc obiektywnie) były to na pewno przeprowadzka oraz zmiana pracy, które odbyły się miesiąc po miesiącu. I to w sumie pod koniec roku. W wakacje odwiedziłem sobie jedną z byłych stolic Polski - niezwykle urokliwy Kraków. Jeszcze wcześniej zegar wybił pięć lat mego związku z moją lepszą połówką. 

czwartek, 4 stycznia 2018

Co pod pióro w styczniu 2018?

Co pod pióro w styczniu 2018?
Powitaliście Nowy Rok? Na pewno powitaliście! W końcu minęło już parę dni od hucznego świętowanie odejścia 2017 i nadejścia 2018 roku! Emocje pewnie jeszcze nie opadły, a jestem pewien, że wszyscy się jeszcze mylimy wpisując gdzieś ręcznie datę. Tak, dzisiaj wszscy wpiszemy, że mamy styczeń 2017, a potem to skreślimy i napiszemy już poprawną liczbę. :) Wspominam o tym między innymi dlatego, że oczywiście musiałem się pomylić w trakcie pisania tego posta. Cóż no, nie raz i nie dwa się jeszcze pomylimy, ale przecież nie o tym miał być ta notka! Tylko o książkach, które planuję przeczytać w pierwszym miesiącu nowego roku. :)

Mam nadzieję, że tym razem uda mi się utrzymać w miarę ustabilizowaną organizację swojego czasu. Zaryzykuję i zwiększe przedstawiane w planach książki o dodatkową sztukę - do czterech. Chyba że będę świadom braku czasu w zbliżającym się miesiącu, no to zupełnie inna bajka. Udawało mi się jednak pod koniec roku trzymać się swoich stałych pór na czytanie, dzięki zmniejszeniu intensywności innych zajęć. W końcu trzeba się też relaksować, a skoro najlepiej się relaksuję przy książce to po co mam kombinować. :)

wtorek, 2 stycznia 2018

Podsumowanie grudzień 2017

Kończy się stary rok, a zaczyna nowy - no i oczywiście zaczynają się różnego rodzaju roczne podsumowania w blogosferze, które mieszają się z miesięcznymi. W końcu ostatni miesiąc roku to czas Świąt Bożego Narodzenia, a więc dla wielu osób czas relaksu i siedzenia w ciepłym domu z pełnym brzuchem i książką w ręku. :) No, i oczywiście doskonałych zabaw sylwestrowych, już zapewne bez książki - ale w doborowym towarzystwie! Miniony grudzień był nad wyraz spokojnym miesiącem. Wiadomo, czasem się pojawił niewielki kocioł, który nawet nie pozwolił na odsapnięcie z książką w ręku, ale w ogólnym rozrachunku był całkiem spoko. Dlatego też udało mi się przeczytać tyle książek!