Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Ochab. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Ochab. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 stycznia 2021

„Terror” – Dan Simmons

„Terror” – Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Terror
Wydawnictwo: Vesper
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Stron: 692
Data wydania: 21 marca 2018

Powieść Dana Simmonsa bazująca na historii HMS „Terror” oraz HMS „Erebus” odżyła w Polsce i na świecie wraz z premierą serialu o tytule „Terror”, który można obejrzeć na Netflixie. Sama książka nie jest wcale taka świeża – powstała w 2007 roku, gdy wraki obu wspomnianych statków leżały jeszcze nieodkryte na dnie pomiędzy Wyspą Króla Williama a północnymi krańcami Kanady. Doczekała się nawet nowego wydania, które miałem właśnie okazję przeczytać – Wydawnictwo Vesper się jak zwykle przyłożyło i stworzyło przepiękną książkę. Nie tylko jednak z zewnątrz, chociaż za jej zawartość odpowiedzialny był akurat autor „Hyperiona”. Trudno jednak odmówić „Terrorowi” należnego miejsca na półce każdego książkoholika.

19 maja 1845 z pięknej i malowniczej, angielskiej wsi Greenhite, wyruszyły dwa brytyjskie okręty, którym przewodził Sir John Franklin. Ich misją było ostateczne odnalezienie Przejścia Północno-Zachodniego, które pozwoliłoby na przepłynięcie z Europy do Azji ponad kontynentem Ameryki Północnej. Niestety mroźne i groźne obszary ponad północnym kołem podbiegunowym nie potraktowały załogi składającej się z łącznie 129 osób w sposób przyjazny. Co się tak naprawdę wydarzyło w latach 1845 – 1848, tego nie wie nikt. Nie ma osoby, która przeżyłaby tamtą wyprawę. Być może jednak chociaż część tej fikcji była w małym kawałku prawdą…

Warto sobie od razu wyjaśnić pewną rzecz – praktycznie cała historia opisana w „Terrorze” to fikcja literacka. Mowa oczywiście o szczegółach wydarzeń opisywanych w książce – sam ogół, czyli wyprawa, nazwiska pojawiające się w powieści (takie jak Franklin, Fitzjames, Gore, Crozier) czy cała trasa, którą pokonały oba statki, jest jak najbardziej prawdziwy. Od tego również warto rozpocząć zachwalanie dzieła Dana Simmonsa – research, jaki zrobił, był wprost fenomenalny. „Terror” jest skarbnicą nie tylko wiedzy o samej wyprawie z 1845 roku, ale również o problemach, z którymi naprawdę zmagać się mogli marynarze w tamtych czasach podczas wypraw arktycznych. Budowa statków, zwyczaje na morzu, sposoby podejścia do rozwiązywania problemów, konserwacja jedzenia czy biwakowanie na lodzie – majstersztyk.

„Określenie pozycji statku było prawdopodobnie najbardziej bezużyteczną rzeczą, jaką zrobił w całym swym długim życiu wypełnionym robieniem bezużytecznych rzeczy”.

Na samym początku jest trochę trudno – autor trochę zaszalał i zrobił niezły miszmasz chronologiczny. Przeplata daty wydarzeń i skacze od wydarzeń na lodzie z 1847 roku, przez czas przed wyprawą, aż po jej środek i pierwsze zimowanie na wyspie Beechey. Wszystko jest oczywiście ładnie oznaczone, nawet wraz ze współrzędnymi geograficznymi opisywanych wydarzeń (co jest cechą charakterystyczną „Terroru”), ale musicie się uzbroić w cierpliwość i nastawić na potencjalne problemy z odnalezieniem się. W końcu do poznania mamy załogi dwóch statków, do tego jeszcze część światka podróżniczego, informacje o wyprawie, wyglądzie i budowie HMS „Terror” oraz HMS „Erebus” – a wszystko to w małym rollercoasterze czasowym.

W dalszej części książki chronologia jest już bardziej spójna, ale zabieg pokazywania wydarzeń z punktu widzenia poszczególnych postaci pozostał. Każdy rozdział opisywany jest z perspektywy innego uczestnika wyprawy, chociaż najczęściej wydarzenia nie pokrywają się – ta sama historia nie pojawia się widziana oczami, powiedzmy komandora oraz bosmana. Wspomniany zabieg jest też w pewnym sensie powodem takiej, a nie innej objętości powieści – Dan Simmons nie ogranicza się do prostego pokazania konkretnej akcji. On wyciska z każdej postaci tyle, ile tylko się da, uszczegóławiając historię tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jednocześnie nie zanudza tym czytelnika, tylko wprowadza go w coś, co bez problemu można nazwać zachwytem. Zarówno nad samym piórem autora, jak i umiejętnością stworzenia tak misternie zaplanowanej historii.

Teoretycznie „Terror” kategoryzowany jest jako horror, jednak osobiście nie widzę zbyt wielu podstaw ku temu. Mamy tu oczywiście do czynienia ze zjawiskami nadnaturalnymi, bardzo dusznym klimatem przepełnionym strachem wśród bohaterów, mamy również dodatkowego „przyjaciela”, który daje się we znaki całej załodze obu statków, jednak nie ma żadnego elementu grozy dla czytelnika. Osobiście widzę w tej powieści mega ciekawą powieść katastroficzno-podróżniczą z elementami fantastyki. Bardzo dobrą, to fakt, wciągającą, edukującą (przede wszystkim pod kątem historycznym, zarówno wypraw arktycznych jako takich, jak i budowy statków czy ich obsługi), jednak bez elementów… strachu. Dodatkowego „przyjaciela”, traktowałem jako przerywnik, którego równie dobrze mogłoby nie być.

„Szkorbut to podstępny zabójca. Torturuje swą ofiarę długimi miesiącami, nim w końcu pozwoli jej odejść na wieczny spoczynek. Zanim chory na szkorbut umrze, często jest tak zmieniony, że nie poznają go nawet najbliżsi krewni, a on sam także nie poznaje już nikogo ze swego otoczenia”.

Dan Simmons ceni sobie bardzo naturalizm, co widać w opisach życia marynarzy oraz chorób, które ich dotykają. Weźmy taki szkorbut – pewnie nie ma osoby, która tak ogólnie nie słyszała o tym choróbsku, które dotykało niezwykle często właśnie osoby żeglujące przez długie miesiące na otwartych wodach. Zapewne większość z Was kojarzy wypadanie zębów jako jedyne objawy. Tymczasem jest to jedna z najmniej kłopotliwych i nieprzyjemnych dolegliwości, a które to wszystkie autor opisał, nie szczędząc szczegółów. Podobnie jak innych wypadków, które mogą się przytrafić w ciągu tak wielu miesięcy życia w lodzie – łącznie z gangreną wdającą się w ciągle zawilgocone i niemyte stopy, które ciągle są czymś ranione. Nie zabrakło również bardzo obrazowych opisów urazów, „operacji” oraz innych zabiegów medycznych. Innymi słowy – uwaga na Wasze żołądki, jeśli należycie do osób bardziej wrażliwych.

Jestem naprawdę pod ogromnym wrażeniem, jak można napisać prawie siedemset stron historii próby przeżycia na lodzie, tworząc z tego powieść, od której trudno się oderwać. Jak można aż tak przyłożyć się do zbierania danych historycznych nie tylko dotyczących wyprawy sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat, ale i dowiedzieć się, jak w tamtym czasie wyglądało pływanie po arktycznych wodach, z jakimi problemami zmagali się marynarze oraz jaki był stan wiedzy na temat nie tylko geografii, ale i zdrowia, medycyny, inżynierii, nawigacji i całej reszty tak drobiazgowo opisanych miejsc, czynności, wydarzeń. To naprawdę książka warta przeczytania, aby zobaczyć, że na świecie cały czas istnieją pisarze, którzy nie tworzą jedynie prostych historii, pełnych skrótów myślowych i obejść co bardziej niewygodnych tematów.

Łączna ocena: 9/10



piątek, 1 marca 2019

„Trupia farma” – Bill Bass, Jon Jefferson

„Trupia farma” – Bill Bass, Jon Jefferson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Bill Bass, Jon Jefferson
Tytuł: Trupia farma
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Stron: 344
Data wydania: 13 września 2017


Książki o tematyce medycznej oraz okołomedycznej mógłbym pochłaniać na kilogramy. Jeśli przy okazji są to książki, które dotykają w jakikolwiek sposób kryminologii czy jakichkolwiek nauk, które obracają się wokół zbrodni i naukowym sposobom poszukiwania przestępców, to ja jestem wniebowzięty. Tym bardziej właśnie dziwi fakt, że dopiero niedawno sięgnąłem po „Trupią farmę”, mimo tego, że leżała na półce już od dawien dawna. Na wszystko jednak musi przyjść pora, i książka Billa Bassa o początkach jego Trupiej farmy, która nie raz przyczyniła się już do poprawy jakości dostępnych narzędzi pomagających organom ścigania jest już za mną. Wiecie co? Chcę jak najszybciej sięgnąć po jej kolejną część!

Zazwyczaj leżące na farmie ciało ściąga uwagę policji, prokuratury oraz lekarzy sądowych. Nie na Trupiej farmie – tutaj zwłoki układane są z pełną świadomością przez naukowców. Bill Bass, antropolog sądowy, stworzył miejsce, w którym całe rzesze badaczy obserwują w jaki sposób zwłoki się rozkładają, co wpływa na przyspieszenie rozkładu oraz jakie dodatkowe czynniki należy brać pod uwagę podczas określania przyczyny czy czasu zgonu. Niewielka farma w Tennessee to miejsce na równi groteskowe i przydatne. Bez niego zapewne wiele odkryć, które pomagają współcześnie złapać przestępcę, nie mogłoby zaistnieć. Bill Bass opowiada jaką drogę przeszedł od czasów studenckich aż do pomysłu i jego realizacji.

Na wstępie warto zaznaczyć, że jeśli się spodziewacie tylko opisu Trupiej Farmy oraz badań, które są na niej prowadzone, to przestańcie się tego spodziewać. Książka, której autorem jest Bill Bass, antropolog sądowy prowadzący tytułową „Trupią farmę” opisuje nie tylko to, jakie procesy na niej zachodzą, skąd pozyskują ciała czy w ogóle w jaki sposób wygląda ta jednostka badawcza, ale przede wszystkim drogę, którą przebył od czasów studenckich aż do momentu, w którym farma funkcjonuje już od wielu lat. Tak po prawdzie to zdecydowana większość książki stanowi opis poszczególnych przypadków, które autor badał w swoim życiu zawodowym, a które postawiły przed nim wiele pytań bez odpowiedzi. Chociaż lepiej by było napisać, że bez odpowiedzi dostępnych bez badań przeprowadzonych na farmie.

„Nie było to z pewnością badanie, które zamierzałbym dokładnie opisać i opublikować w »Journal of Forensic Sciences«, ale wystarczająco przekonujące, bym zrozumiał jedno: owszem, może się zdarzyć tak, że umrzesz i zgnijesz na pustej działce między czyimś domem i ulicą, a nie poczuje cię żaden z tysięcy ludzi przechodzących piętnaście metrów dalej”.

Początek książki jest dość ciężki – trudno przebrnąć przez opowieści autora i można się dość łatwo zniechęcić, ale po kilkudziesięciu stronach się rozkręca i tym razem już ciężko się oderwać. Każdy kolejny opisany przez Billa Bassa przypadek jest coraz ciekawszy, a opisy często przyprawiają o zawroty głowy. Mam tu na myśli zarówno bardzo bezpośrednie podejście do opisywania rozkładu ciała i procesów mu towarzyszących, jak i pewnych aspektów okołodochodzeniowych, których człowiek się nie spodziewa. Jak się okazuje, wiele czynności wykonywanych obecnie w kontrolowanych, laboratoryjnych warunkach, kiedyś robionych było w domowym zaciszu. Doprowadzało to na przykład do konieczności częstej wymiany kuchenek gazowych. Tyle ciekawostek „zza kulis” dawno nie widziałem – choćby dla nich warto sięgnąć po tę pozycję.

Historia Trupiej farmy to historia nie tylko wzlotów, ale również upadków. Jak można było się spodziewać, jej powstanie oraz samo istnienie potrafiło wywołać niemało kontrowersji oraz protestów. Żałuję trochę, że autor odniósł się do nich po macoszemu. Nie poświęcił zbyt wielu stron na opis zarówno samych demonstracji oraz ich powodów, jak również nie skupił się ani na rzeczywistych, ani potencjalnych konsekwencjach, które ze sobą niosły. Można powiedzieć, że potraktował je jako niezbyt istotne incydenty, nad którymi nie warto się w ogóle pochylać, jednocześnie jednak podkreślił, że co najmniej jeden z nich mógł zaważyć na „być albo nie być” całego przedsięwzięcia i wielu lat badań. Z jednej strony niby nie jest to mocno istotne dla całej książki, jednak sprawia, że czuje się pewnego rodzaju dysonans poznawczy. 

„Szczątki, które miałę mteraz ze sobą, stanowiły świadectwo krzepkości zmarłego farmera – ich ciężar, łącznie z foliową torbą (ale bez pojemnika), wynosił niemal 3700 gramów, zapewne mniej więcej tyle, ile ważył Chigger przychodząc na ten świat”.

To, co tworzy pewnego rodzaju klimat „Trupiej farmy” to opisy autora, które pozbawione są jakichkolwiek mechanizmu hamującego. Antropolog sądowy przywykł do bardzo nieprzyjemnych widoków, często o wiele bardziej nieprzyjemnych niż te, z którymi do czynienia na co dzień mają lekarze sądowi. Rozkładające się zwłoki, wzdęte od gazów wytwarzanych przez bakterie konsumujące wnętrzności, a do tego pokryte żerującymi czerwiami, które upodobały sobie naturalne otwory ciała, to niezbyt przyjemny widok. Nie poleciłbym go do śniadania. Lektury tych opisów również bym do posiłku nie polecił, jednak jako przedstawienie rzeczywistości takiej, jaką jest, już jak najbardziej. Cenię sobie bardzo tak bezpośrednie podejście do tematu. Zwłaszcza w przypadkach, w których próba ubrania tego w ładne słowa mogłaby się skończyć przeinaczeniem przekazu.

Naprawdę świetna książka, która pozwoli uchylić rąbka tajemnicy antropologii sądowej. Przybliżająca zwykłemu śmiertelnikowi informacje, które można wyciągnąć od zmarłych, którzy opuścili ziemski padół. Nie tylko jako historia badań antropologicznych, ale również jako poszczególne przypadki, w których nauka ta pomogła złapać i skazać mordercę. Pełna bezpośredniego przekazu przeplatanego humorem. Proste historie mające skomplikowane i często niebagatelne podłoże. Oby więcej takich książek, które w tak wspaniały sposób przedstawią kulisy zawodów nie wzbudzających na co dzień zainteresowania szerszej publiczności. 

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Trupia farma"

Trupia farma | Trupia farma. Nowe śledztwa