czwartek, 12 grudnia 2019

„Droga do Little Star” – Z.D. Wittner

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Z.D. Wittner
Tytuł: Droga do Little Star
Wydawnictwo: Rozpisani.pl
Stron: 422
Data wydania: 20 września 2019


Ostatnio w mojej biblioteczce pojawia się coraz więcej polski autorów oraz autorek, a zwłaszcza takich, którzy dopiero co wydali swój debiut, lub są po prostu nieco mniej znani w środowisku. W większości są to różnego typu kryminały lub thrillery, czasem trafi się jakaś fantastyka – jednak takiego miksu, jaki obiecała autorka niniejszej książki, chyba jeszcze nie miałem. Jak Z.D. Wittner opisuje ją na swojej stronie? Ano w ten sposób: „Powieść łącząca w sobie cechy thrillera psychologicznego, kryminału noir, powieści drogi, a nawet westernu”. Ciężko mi było przejść obok takich słów obojętnie, a na dodatek pierwszy rozdział udostępniony przez autorkę za darmo wskazywał jeszcze na cechy antyutopii. Okazało się, że wszystko, o czym napisała Z.D. Wittner, jest prawdą, chociaż osobiście mam parę uwag do pierwszego tomu jej trylogii.

Naukowcy w 2019 roku zapowiadali poważne załamanie klimatu i druzgocące skutki dla całej Ziemi, które ujawnią się w ciągu pięćdziesięciu lat. Wystarczyło jednak niecałe ćwierć wieku, aby zamienić Ziemię w trudną do życia skorupę. Rządy jednak się nie poddały i USA zostało zamienione w trzymane silną ręką militarystyczne państwo. W nowym porządku Victor, policjant z N-City, postanawia wrócić do swojego rodzinnego miasta na prośbę starego przyjaciela. Wiele się pozmieniało nie tylko w samym mieście, ale również w dostępności władz. Wyższych władz. Victor zastaje coś, co można nazwać Dzikim Zachodem – o którym władze Federacji Północnej zapomniały. Tak jak o wielu innych miejscach.

Wiecie, co jest na pewno świetne w tej książce? Ma w sobie elementy katastrofy, apokalipsy w pewnym sensie (chociaż rządy różnych krajów dały radę utrzymać względny spokój w swoich państwach), ale nie jest to ani apokalipsa nuklearna, ani związana z biegającymi wszędzie wokół zombiakami. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – ja uwielbiam zarówno postapo, jak i żywe trupy. Jednak naprawdę bardzo fajnie jest poczytać również o czymś innym, a już, zwłaszcza jeśli „to coś” dotyczy bardziej przyziemnego i współcześnie „modnego” problemu – zmian klimatycznych. Ameryka z „Drogi do Little Star” jest targana zmianami klimatycznymi, które doprowadziły do ogromnych problemów z dostępem do wody, wybiły praktycznie większość zwierząt i doprowadziły do konieczności reglamentacji wielu podstawowych produktów (jak choćby wspomniana już woda). To zupełnie inne podejście niż zombiaki i wojna nuklearna.

„Ludzie najczęściej myślą, że jeśli akurat coś mają, będą to mieli na zawsze”.

Przy okazji świat stworzony przez Z.D. Wittner nie jest takim skrajnie niezdatnym do życia miejscem. Jest naprawdę bardzo trudno, na znaczeniu upadła komunikacja pomiędzy miastami, a ludzie starają się skupić głównie w konkretnych miastach. Przestały istnieć mniejsze miejscowości rozsiane po całej Ameryce – została tylko nieliczna ich liczba. Zastanawiać może jedynie istnienie pojedynczych moteli czy knajp w nieprzystępnej głuszy, do których Victor trafił w swojej drodze do Little Star. Nie do końca jestem w stanie je osadzić w tym świecie, zważywszy na informację, że mało kto w ogóle wyrusza już w podróż między miastami, ponieważ jest to już bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie. Przydałoby się wyjaśnienie tych kwestii, bo trochę to wygląda jak niedociągnięcie – mi w każdym razie ciężko znaleźć sensowny argument za takim sprzecznym ze sobą rozwiązaniem.

Trochę też brakuje szerszego opisania nowych praw, którymi rządzi się świat. Brakuje tego zwłaszcza na początku, gdzie widać parę sytuacji, które można nazwać dziurami logicznymi, ale które jednak są w pełni wyjaśnione w dalszej części książki. Przy okazji katastrofa związana ze zmianami klimatycznymi jest mega intrygująca w obecnych czasach – gdzie wszyscy niemalże trąbią na ten temat i przerzucają się argumentami w ciągnącej się dyskusji dotyczącej skutków globalnego ocieplenia i tego, jaki wkład ma w nie człowiek. Mam nadzieję, że dowiemy się nieco więcej na ten temat w kolejnym tomie, który został już zapowiedziany (i nie tylko on). W sumie to dość często spotykany schemat, w którym dopiero drugi tom przedstawia o wiele więcej informacji, a pierwszy jest pewnego rodzaju wprowadzeniem do tego wszystkiego. 

„Nie chciałem rozmyślać o tym, co przyszło mi do głowy tam w kostnicy – że czasem śmierć wcale nie jest najgorszą rzeczą, która może się nam w życiu przytrafić”.

Oprócz tego cała historia opisana jest naprawdę wspaniale. Widać, że autorka czuje ten klimat (nawet jeśli to jest X lat do przodu) i umie go przekazać. Trochę kojarzyły mi się książki Kinga, w których próbuje on opisać klimat małomiasteczkowej społeczności, która nieufnie podchodzi do obcych oraz samodzielnie próbuje rozwiązać swoje własne sprawy. No, ewentualnie próbuje samodzielnie pewnych spraw nie dostrzec. Nie czuć tutaj tej drobiazgowości charakterystycznej dla prozy Mistrza Grozy, ale zapewne niektórzy uznają to akurat za atut. W każdym razie, jeśli liczycie na dużo klimatu oraz immersję to możecie na to liczyć – człowiek wręcz czuje tę duszną społeczność małego miasteczka i sam odczuwa niechęć ich mieszkańców. Jednak może obserwować ich przyzwyczajenia oraz reakcje na pewne wydarzenia.

Jeśli jednak spodziewacie się wartkiej akcji, to o niej zapomnijcie. Fabuła leniwie posuwa się do przodu, a sama Z.D. Wittner nie bez powodu napisała na swojej stronie, że „Droga do Little Star” to „Powieść łącząca w sobie cechy thrillera psychologicznego, kryminału noir, powieści drogi, a nawet westernu”. Na wierzch wychodzi głównie thriller psychologiczny, w którym przez większą część czasu czytelnik ma okazję śledzić to, co dzieje się w głowie jednego z głównych bohaterów – Victora, który wychował się w Little Star. W pewnym sensie możemy obserwować walkę charakterów, którą prowadzi z jednym z antagonistów – całą rozgrywającą się w większej części w głowie Victora. To z kolei oznacza, że otrzymujemy w trakcie lektury ogrom rozważań policjanta z N-City. Czy to dobrze, czy też źle, zostawię Wam do oceny – tutaj zależy, na co macie ochotę. Mogę jedynie zaręczyć, że sporo z tych przemyśleń jest dość głębokich i to takich, które można przełożyć na codzienne życie wielu z nas.

„Wiemy, pomyślałem. Połowa zła na świecie bierze się właśnie z tego, że ktoś w pewnym momencie mówi sobie »a co mi tam«. Druga połowa bierze się ze strachu”.

Kiedy już jednak dochodzi do jakichś wydarzeń, to wielokrotnie Z.D. Wittner nie bawi się w delikatność. Nie jest to co prawda to samo, co w Alieniście czy „Dzieciach gniewu”, ale wciąż jest to jazda po bandzie (patrz: scena w barze). Nie boi się też pokazać, że psychopaci to nie tylko obraz, który serwuje nam współczesna, politycznie poprawna popkultura – to nie tylko prości, seryjni mordercy. Być może niektóre sceny mogą Was odrzucić lub wręcz trącić groteską, ale jak dla mnie są po prostu lekkim potrząśnięciem nie tyle psychiką czytelnika, ile jego sumieniem. W końcu można się śmiać, że to przerysowane, że takie rzeczy się nie zdarzają, ale tak naprawdę się zdarzają. Nawet być może wokół nas. Tylko potem dowiadujemy się o nich z mediów i to w bardzo stonowanym wydaniu.

Jeśli już mowa o psychopatach i ich kreacji, to mam trochę problem z kwestią postaci. Niektóre z nich są dość ostro zarysowane – jak choćby główny antagonista. Kiedy teraz o nim myślę, to jestem w stanie mniej więcej opisać jego portret psychologiczny, taki jak na lekcjach polskiego. Jego cechy, kim był, jak się zachowywał, jak reagował w konkretnych sytuacjach, czego prawdopodobnie się obawiał i tak dalej. Podobnie jest z jednym z głównych bohaterów – jednak z drugim mam problem. Podobnie sytuacja wygląda z kilkoma innymi postaciami drugoplanowymi. Niektóre są świetnie opisane i konsekwentnie prowadzone, inne natomiast niestety pozostawiają wiele do życzenia. Wielka szkoda, bo w takiej powieści aż prosi się o konkretne postacie. Mimo wszystko jak na pierwszą powieść, to i tak udało się na tym polu zrobić naprawdę dużo.

Bardzo intrygująca powieść, zupełnie inna od większości, które czytam na co dzień. Udany debiut – to na pewno – do tego przemyślany, głęboki i wcale nie taki łatwy do napisania. Ma parę niedociągnięć, skupia się być może nieco za mocno na warstwie psychologicznej, a często zapomina o świecie przedstawionym (albo traktuje go po prostu po macoszemu w niektórych elementach), ale potrafi wciągnąć. Oj, potrafi. Chętnie zobaczę, czy drugi tom będzie poprowadzony tak, jak dość często są one prowadzone w seriach tworzących nowy świat, lub nowy jego porządek. Jeśli tylko autorka przechyli odrobinę szalę emocje/świat przedstawiony na korzyść tego drugiego, to będę wielce ukontentowany. Na razie jednak tak czy siak, mogę śmiało polecić jej książkę i zachęcić Was, żebyście dali jej szansę. Pod warunkiem oczywiście, że walka psychologiczna w głowie głównego bohatera to jest coś, co jesteście w stanie zaakceptować.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorce, Z.D. Wittner!


wtorek, 10 grudnia 2019

Bardzo chcę! #64 – „Szkodliwa medycyna” Ben Goldacre

Źródło: Lubimy Czytać
Cóż, wracamy chyba do tematów medycznych. Ostatnio na półce „Chcę przeczytać” w serwisie Lubimy Czytać ląduje całkiem sporo książek o tej tematyce. Chociaż w sumie połowy z nich nawet nie dodaje, bo zwyczajnie zapominam, albo nie chce mi się akurat wpisywać tego wszystkiego na telefonie… „Szkodliwa medycyna” jednak na tę półkę trafiła, więc mogę się z Wami podzielić informacjami o niej, jak również swoją chęcią przeczytania jej! Opis, który serwuje Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada pełną sarkazmu książkę, która zamierza rozprawić się z wieloma mitami medycznymi oraz okołomedycznymi, które nie tylko nie pomagają ludziom, ale wręcz mogą im szkodzić. To taka odmiana w stosunku do pełnych merytorycznej treści książek przedstawiających najnowsze zdobycze medycyny lub jej historię.

Coraz trudniej odróżnić prawdę od mitu, zwłaszcza jeśli nie jest się człowiekiem wykształconym w danym kierunku. Oszołomów pragnących zbić majątek na bzdurach jest mnóstwo, a jeszcze więcej osób, które w takie mity wierzą. Niektóre z tych kłamstw bardzo łatwo wyłuskać, nawet jeśli jest się laikiem (tak bardzo maltretują logikę, że głowa mała), jednak wiele z nich chowa się pod płaszczem skomplikowanych definicji oraz ton niejednoznacznych badań. Autor, dr Ben Goldacre zbiera wiele popularnych oszust, niedopowiedzeń oraz mitów do kupy i wrzuca do „Szkodliwej medycyny”, tworząc książkę mającą za zadanie przedstawić je szerszemu gronu.

Spójrzcie zresztą sami, w jaki sposób opisuje ją samo Wydawnictwo Zysk i S-ka:

„Fałszywe terapie. Szkodliwe leki. Kłamliwe statystyki. Oszustwa farmaceutycznych koncernów 
Dr Ben Goldacre w swojej kolumnie na łamach »Guardiana« od lat demaskuje manipulacje podejrzanymi danymi medycznymi i pseudomedyczne metody leczenia, odkrywa ponure tajemnice stojące za praktykami producentów leków, bierze pod lupę medyczne mistyfikacje, np. tę rozpętaną wokół szczepionki trójskładnikowej MMR, a także analizuje robiące wodę z mózgu reklamy kosmetyków, akupunkturę i homeopatię, witaminy i wywołujący wśród społeczeństwa poruszenie temat »toksyn«. 
Ta pełna goryczy i sarkazmu, choć przy tym przezabawna, książka, stanowiąca plon jego wieloletniego śledztwa dziennikarskiego, jest niezwykle fascynującą i otrzeźwiającą podróżą po obszarze szkodliwej niby-medycyny, którą codziennie karmią nas przeróżne media i pozujący na autorytety szarlatani”.

Czytaliście? Polecacie?

sobota, 7 grudnia 2019

„Mock. Pojedynek” – Marek Krajewski

„Mock. Pojedynek” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock. Pojedynek
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 400
Data wydania: 8 sierpnia 2019


„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – te słowa Stanisława Jachowicza zna chyba większość ludzi w naszym kraju. Bardzo często pojawiają się w kontekście literatury polskiej, która wielokrotnie jest niedoceniana przez czytelników. Zachwycamy się zagranicznymi pisarzami, a w sumie mamy pod nosem wielu wspaniałych autorów, którzy tylko czekają na ich odkrycie! Jednym z zachwalanych pisarzy literatury kryminalnej jest Marek Krajewski, znany głównie ze swojej serii przybliżającej przygody Eberharda Mocka, syna ubogiego szewca mieszkającego w Wałbrzychu. Edipresse wraz z Wydawnictwem Znak właśnie są w trakcie wydawania kolejnych tomów kolekcji „Czarnego Kryminału”, w skład której wchodzi głównie twórczość Marka Krajewskiego, więc jest to dla mnie idealny moment, żeby zapoznać się z twórczością tego autora!

Początek XX wieku nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza jeśli jest się synem ubogiego szewca. Eberhard Mock ma jednak to szczęście, że studiuje na uniwersytecie. Niestety nie jest wśród braci studenckiej zbyt lubiany, więc stara się swoje życie odreagować w łacinie oraz wielu kuflach taniego piwa. Jeśli jednak myślał, że życie nie może go bardziej upodlić, to się mylił. W pewnym momencie odkrywa, że zło potrafi odnaleźć go w absolutnie każdym miejscu i wyjrzeć z dosłownie każdego zakamarka. Zwłaszcza po tym, jak Mock angażuje się w sprawę fali samobójstw, która niepokoi wykładowców wydziału filologicznego jego uczelni.

Marek Krajewski jest rozpoznawalny głównie dzięki jego powieściom kryminalnym, z których najbardziej znana jest chyba seria o Eberhardzie Mocku, funkcjonariusza pracującego dla Prezydium Policji we Wrocławiu. „Mock. Pojedynek” należy właśnie do tego cyklu i przyznam szczerze, że od samego początku mnie zaskoczyło to, jak została ta powieść skonstruowana. Spodziewałem się właśnie kryminalnej intrygi (zwłaszcza że w pewnym sensie została ona obiecana w blurbie), jednak czytałem i, czytałem i nie pojawiało się żadne śledztwo. Dużo było za to informacji dotyczących tego, co działo się z głównym bohaterem całego cyklu, czyli Eberhardem Mockiem. Jakim był studentem, z kim przebywał, jak się odnosili do niego inni uczniowie. Marek Krajewski również przedstawiał, jak wyglądały realia uczelni na początku XX wieku. Pewnie sądzicie, że w tym momencie zamierzam na to narzekać, prawda? Jak to mawiał klasyk -– „nic bardziej mylnego”!

Początkowo oczywiście gdzieś w głowie migały mi myśli łaknące wręcz czegoś, do czego przywykłem w powieściach kryminalnych – postaci prowadzącej śledztwo, nagłych zwrotów akcji, przypuszczeń snutych przez funkcjonariuszy. Jednak sposób, w jaki autor przedstawia codzienne życie studenta pochodzącego z biednej rodziny, który próbuje przetrwać w zdominowanym przez dzieci bogaczy środowisku, jest tak wciągające i tak piękne opisane, że nie chce się przerywać. Mało tego, akcji jest niespodziewanie dużo jak na tak… płytką by się chciało rzec tematykę (choć ktoś złośliwy mógłby mi przytoczyć co najmniej parę świetnych studiów przypadku, gdzie biedni ścierają się z bogatymi). Można powiedzieć, że byłem wręcz onieśmielony tymi opisami, nawet mimo tego, że aż gdzieś do sto pięćdziesiątej strony nie spotkałem praktycznie niczego, co mogłoby zakwalifikować tę książkę jako kryminał. Zdaję sobie sprawę z tego, że „Mock. Pojedynek” to historia „początków” Mocka i muszę przyznać, że takie dość nieszablonowe podejście do tej kwestii wyszło autorowi wspaniale.

„– Jestem żartownisiem – mruknął. – Do pewnych rozsądnych granic. One się zaczynają tam, gdzie ludzki ból…”

Cała powieść opiera się oczywiście na fikcyjnych wydarzeniach, jednak występuje w niej sporo naprawdę żyjących kiedyś postaci, piastujących nawet takie same stanowiska. Nic w sumie dziwnego, ponieważ autor jest filologiem klasycznym, doktorem nauk humanistycznych, który pracował na Uniwersytecie Wrocławskim. Nic więc dziwnego, że to właśnie ta uczelnia wyższa pojawia się w książce „Mock. Pojedynek”, a większość akcji kręci się wokół ogólnie pojętej tematyki właśnie filologii klasycznej. Zapewne osoby, którym o wiele bliżej do historii wrocławskich sfer naukowych z prełomu XIX i XX wieku zauważą sporo nieścisłości – głównie w datach, przypisywanych złym autorom dzieł naukowych. Tutaj jednak z pomocą przyjdzie posłowie Marka Krajewskiego, w którym zarówno wskazuje rzeczone rozbieżności, jak i wyjaśnia, skąd się one wzięły. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że autorzy zapominają o tych paru słowach, które pomagają rozwiać wątpliwości co do porządnego przygotowania się do danej książki – na szczęście tym razem stało się zupełnie inaczej.

Co ciekawe, przez dosłownie całą powieść nie mogłem wyczuć takich charakterystycznych dla kryminałów punktów zwrotnych, które dzielą niejako całą powieść na poszczególne części. Wstęp pokazujący, czym się będą zajmować funkcjonariusze, etapy śledztwa, pierwszych podejrzanych, odrzucenia ich jako sprawców. Następnie jakaś niebezpieczna sytuacja dla głównych bohaterów i nagłe wpadnięcie na ten właściwy trop, zakończone schwytaniem mordercy. „Mock. Pojedynek” jest pozbawiony takich jasnych akcentów, nawet już w tej części nieco bardziej… kryminalnej. Jednak jednocześnie cały czas czuć dynamikę całej fabuły i mimo jasnych i klarownych zwrotów akcji autor potrafi przygwoździć czytelnika do książki. Być może po części wpływ na to mają czasy, w których osadzona została akcja całej powieści wraz z otoczeniem – miksturą intryg, walki o wpływy oraz dążeniem do rozwoju nauki, a wszystko to ściera ze sobą dwa światy – biednych oraz bogatych.

Pierwszy przeczytany przeze mnie tom przygód Eberharda Mocka (chociaż tom ten wcale nie jest pierwszym, który się pojawił, wręcz przeciwnie – wydany został po raz pierwszy w 2018 roku) bardzo mocno mnie zachęcił do sięgnięcia po kolejne książki Marka Krajewskiego. Wielokrotnie widziałem opinie, że autor ten ma bardzo specyficzny styl i muszę przyznać rację tym głosom. Jednocześnie muszę również przyznać, że styl ten bardzo mi odpowiada – nie tylko pozwala na zagłębienie się w historię w sposób przyjemny, ale również daje namiastkę tego, co rzeczywiście mogło się dziać w tamtych czasach, zwłaszcza dzięki językowi, który takiemu laikowi jak ja wydaję się idealnie dobrany do opisywanych czasów. Zważywszy jednak na wykształcenie Marka Krajewskiego, zapewne został dobrany idealnie. Mnie ten tom kupił w stu procentach i mam nadzieję, że reszta książek o Eberhardzie Mocku będzie podobna do tejże właśnie opisywanej.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


środa, 4 grudnia 2019

Co pod pióro w grudniu 2019?

To już ostatni miesiąc 2019 roku! Już za niecałe trzydzieści dni będziemy ponownie świętować Sylwestra, cieszyć się z nowych wyzwań i tworzyć w swoich głowach nowe postanowienia! Wcześniej jednak trzeba przeżyć grudzień, dwunasty miesiąc w roku, którego jedną z cech szczególnych jest ogromna ilość wolnego, na jakie może liczyć każdy człowiek mieszkający w Polsce. Cóż, nie zawsze jednak to wolne oznacza dużo wolnego czasu – ja tam od wielu już lat powtarzam, że to tylko wolne od pracy zarobkowej, które pozwala na wykonanie dużej ilości prac związanych ze zbliżającymi się Świętami. 😅W sumie zazwyczaj w ostatnich dwóch tygodniach grudnia mam najmniej czasu na po prostu siedzenie i czytanie. Cóż jednak zrobić.

Gdybym widział przed sobą perspektywę dwóch tygodni wolnego, ale poza grudniem, to bym już się cieszył na samą myśl o tym, co mogę zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu! Co prawda teraz będę miał prawie dwa tygodnie (czwartek i piątek na samym początku stycznia wykorzystam jako dwa dni rozbiegowe w pracy, do przystosowania się po prawie dwóch tygodniach „obijania się” 😆), ale nie sądzę, żebym mógł jedynie leżeć i cisnąć lekturę za lekturą. W związku z tym poniżej znajdziecie tylko klasyczne cztery pozycje! Jeśli się uda przeczytać więcej to super, a jeśli nie, to po prostu wiecie, czego się możecie spodziewać na blogu!

Chyba nie zaskoczę nikogo, jeśli napiszę, że okładki książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać? 😅

„Dziennik. Wyprawa 1907” – Kiafas Giorgios

Pamiętacie „Dziennik 29”? To interaktywna gra książkowa, wydana w Polsce przez FoxGames. Łączy w sobie papier oraz nowoczesne technologie (no dobra, po prostu przeglądarkę internetową) i zapewnia o dziwo naprawdę sporo dobre zabawy! „Dziennik. Wyprawa 1907” to kolejna pozycja, która jest jednocześnie książką i grą. Pewnie będę ją „czytał” gdzieś pomiędzy innymi pozycjami.
„Droga do Little Star” – Z. D. Wittner

Debiutancka powieść polskiej autorki, która – tak jak ja – zawodowo osadzona jest w branży IT. Sama autorka określa swoją książkę jako coś, w czym znaleźć można elementy thrillera psychologicznego, kryminału noir czy nawet westernu. Osobiście po przeczytaniu udostępnionego rozdziału wyczuwam nawet antyutopię. Mamy więc wiele rzeczy, które musiały mnie skusić! 
„Mock” – Marek Krajewski

Jak się powiedziało A, to należy powiedzieć B! Byle tylko nie było tak, jak z Pratchettem i Kingiem do tej pory, bo wyjdzie kolejne, totalnie nieregularne czytanie. 😆Zobaczymy jednak jaki dalej będzie Mock i cóż wyniknie z tej mojej zbieranej kolekcji. Pierwszy tom już za mną, a opinię możecie już przeczytać na blogu! Teraz pora na pójście za ciosem.
„Helikopter” – Jonas Bonnier

Jeden z gratisów, który przyszedł wraz z jedną z pierwszych przesyłek kolekcji „Czarnego Kryminału”. Historia z 22 września 2009, ze Sztokholmu, znana jako jeden z najbardziej zuchwałych napadów w Skandynawii. Opis brzmi mega intrygująco. Oby zawartość książki była równie dobra.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Podsumowanie listopad 2019

Jak tam minął Wam listopad? Zimno? A może ciepło? Taki jakiś kapryśny się okazał, w każdym razie w Toruniu. Czasem trochę słońca, czasem deszcz, czasem temperatura wręcz dotykała zera. Głowa mnie dość często bolała od tych wahań ciśnienia i szybkich zmian pogodowych. W pewnym sensie wszystko to sprzyjało czytaniu, jednak miałem sporo przeróżnych zajęć i obowiązków do spełnienia, które zjadały mi czas w niesamowitych ilościach. Grudzień wcale nie będzie lepszy pod tym względem, ale liczę na to, że gdzieś od 20.12 będę już miał nieco więcej luzu (nie licząc przygotować do Świąt, czy też samych Świąt i rajdu po obiadach i w ogóle). W każdym razie i tak jestem z listopada względnie zadowolony, bo udało mi się mniej więcej założone plany zrealizować!

Liczba przeczytanych tytułów jest rzecz jasna bardzo podobna do tych, które znacie z poprzednich miesięcy. Pod tym względem chyba długo się nic nie zmieni – w każdym razie w najbliższej przyszłości. Niby zbliża się wielkimi krokami Nowy Rok, a jak wiadomo, nowy rok = nowy ja (he-he). Nie będę jednak próbował rzucać sobie wyzwań i postanowień związanych z czytaniem, bo… bo i po co? Wszak to ma sprawiać przyjemność, a nie być wyścigiem z kimś, lub z samym sobą. :) 

Jak co miesiąc, poniżej możecie znaleźć garść statystyk opakowanych w dokładnie te same infografiki co zawsze! Czasem myślę nad tym, czy by czegoś nowego nie podrzucić do tych wszystkich wykresów i tabelek, ale po chwili dochodzę do wniosku, że to chyba nie jest zbyt dobry pomysł na dłuższą metę… :)



Cóż, tak jak napisałem – dość podobne statystyki jak w poprzednich miesiącach. Innymi słowy, nie jest źle. :) W sumie zawsze się cieszę, kiedy się okazuje, że przeczytałem mniej więcej tyle samo – wychodzi wtedy bowiem, że udaje mi się trzymać moich starych postanowień regularnego czytania i nie zatracam się w innych zajęciach (zwłaszcza w jakichś totalnie nieproduktywnych), tylko potrafię znaleźć chwilę na przyjemność dla mojej wyobraźni. :) 



Cóż tu dużo pisać – miesiąc jak co miesiąc. W sumie muszę się kiedyś zebrać w sobie i przelać na bloga parę zdań niekoniecznie będących opiniami o książce. Ciekaw jestem, jak wtedy będą wyglądały statystyki. No bo, wiecie, nie samymi opiniami żyje człowiek (a na pewno nie samych książek), a sam też lubię poczytać coś niekoniecznie książkowego. Tylko muszę pokonać swojego wewnętrznego lenia…

W listopadzie trochę się obijałem ze swoim Instagramem (miesiąc był naprawdę pracowity), ale udało się parę fotek wrzucić. Najwięcej polubień zyskała ta oto fotka:




Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)



Tutaj szału nie ma, nie był to bardzo zakupowy miesiąc. Wpadło parę egzemplarzy recenzenckich, ale oprócz tego nie miałem nawet w planach zakupów. Przez chwilę w jednej z klimatycznych, toruńskich księgarni zawisłem na chwilę nad całym pięcioksięgiem Roberta M. Wegnera, ale jednak się nie zdecydowałem. W sumie nie wiem czemu, bo cena nie była jakaś bardzo przerażająca w porównaniu do tej, za którą można nabyć jego książki w internecie. :(

Na sam koniec klasycznie jeszcze dwie rzeczy – lista przeczytanych w listopadzie książek wraz z linkami do nich oraz parę słów o najpopularniejszym wpisie i w ogóle! Na początek rzecz jasna wlatuje lista („Mock. Pojedynek” przeczytany, ale opinia wleci dopiero na dniach):


Jeśli chodzi o tę drugą część, to przedstawia się ona następująco: najbardziej popularnym wpisem w ubiegłym miesiącu był wpis o tytule „Czy nowe książki można kupić na wagę”. Skubany cały czas popularny. Najwięcej wejść z innego bloga książkowego, moje Google Analytics zanotowało (ponownie) z bloga Świat Fantasy, prowadzonego przez Łukasza – dzięki!

A jak Wasz miesiąc? I jakie nastawienie na ostatni miesiąc tego roku, który już trwa?