poniedziałek, 15 października 2018

Z ekranu pod pióro #27 – „Hotel Transylvania 3”

Źródło: Filmweb
Tytuł: Hotel Transylvania 3
Reżyseria: Genndy Tartakovsky
Premiera: 2018
Gatunek: animacja, familijny, komedia


Sezon ogórkowy już zdecydowanie za nami, więc do kin filmy trafiają wręcz w ilościach hurtowych – i to filmy, które z wielką chęcią bym obejrzał. Zapewne o niektórych z nich usłyszymy w styczniu 2019 roku, kiedy nominacje do Oscarów zostaną podane do wiadomości publicznej. Akurat „Hotelu Transylvania 3” to nie dotyczy (raczej), więc niektórych może dziwić taki a nie inny wybór tytułu do obejrzenia. Zwłaszcza jeśli wszędzie wokół tyle fajnych premier. :) Na wszystkie filmy jednak nie dam rady pójść głównie ze względu na brak czasu (w końcu Cinema City Unlimited rozwiązuje problem finansowy). Zawsze jednak byłem fanem animacji, a do tego poprzednie dwie części „Hotelu Transylvania” urzekły mnie dość mocno, więc długo nie zwlekałem z wybraniem się do kina.

Prowadzenie hotelu dla potworów nie należy do najprostszych zajęć. Ciągły stres, przepracowanie, a do tego opieka nad rodziną potrafi wykończyć nawet samego Draculę. Mavis – jak na dobrą córeczkę przystało – zorganizowała wszystkim wakacyjny wypad w postaci potwornego rejsu! Dla Draca jest to zupełnie nowa sytuacja, która przeobraża się w jeszcze bardziej skomplikowaną, kiedy poznaje on Erickę – kapitan statku. Mavis jako jedyna zachowuje zimną krew i w porę spostrzega zbliżające się niebezpieczeństwo. 

Mówi się, że kiedy wychodzą kolejne części filmu, który może pochwalić się dużym sukcesem, to jest to już tylko odcinanie kuponów. Potwierdzenie tych słów można znaleźć zwłaszcza w przypadku animacji. Wiele już kultowych filmów miało mniej więcej taką historię – pierwsza część uwielbiana przez wiele osób, druga już nieco mniej, a każda kolejna oceniana była jeszcze niżej. Podobnie jest w przypadku „Hotelu Transylvania”, którego druga część była co prawda jeszcze w miarę porównywalna do pierwszej, jednak trzecia jest słabsza w sposób widoczny. Nie oznacza to, że jest zła, wciąż bowiem można się nieźle uśmiać w wielu momentach, ale nie czuć tej radości obecnej przez cały seans!

Pierwszy raz w historii „Hotelu Transylvania” mamy do czynienia z nieco weselszym otoczeniem niż ponure, ale przytulne zamczysko pełniące rolę hotelu. Po raz pierwszy na dłuższą metę oczywiście, kiedy tak naprawdę wycieczkowy statek stanowi niemalże całe tło historii. Ba, na samym początku filmu dostajemy nawet pewnego rodzaju retrospekcję przedstawiającą nieco wcześniejsze losy Draca i jego przyjaciół. Poznajemy również antagonistę, który towarzyszył będzie widowni przez większą część filmu. Wszystkie te informacje zostały skondensowane w kilkunastu minutach, które ani się nie dłużą, ani nie są zbyt małą ilością czasu na tego typu zabiegi. Niby mała rzecz, niezbyt istotna w animacji (przynajmniej na pierwszy rzut oka), a cieszy. 

Dalej mamy mnóstwo humoru z równie dużą ilością miejsca na krótkie chwile refleksji nad pracą, rodziną i miłością. Główne tło humorystyczne odgrywają niesamowite ryby w postaci obsługi statku wycieczkowego – robią robotę, zdecydowanie! Wyobraźcie sobie śledzia postawionego na płetwie ogonowej, wciśniętego w kelnerski strój, który z lekko przymkniętymi oczami recytuje wielce eleganckie formułki. A teraz wyobraźcie sobie cały statek takich śledzi! Naprawdę mega! Ryby towarzyszą nam przez cały film, w każdej niemal scenie i są dosłownie wszędobylskie. Są jednym ze znaków rozpoznawalnych trzeciej częsci „Hotelu Transylvania”.

Niestety trochę gorzej wypadają kwestie paczki Draca, wraz z ogólnie pojętą fabułą. Nie ma już tego iskrzenia pomiędzy filmem a widownią, jak to miało miejsce w przypadku poprzednich dwóch części. Żarty są nieco bardziej sztywne i miejscami wymuszone, choć wiele razy widownia chichotała lub wręcz śmiała się na cały głos. Sporo kontrowersji wywołuje również kwestia „zing”, poruszona również w tej części – chociaż na ten temat szczegółów zdradzać nie zamierzam! Osobiście mam na jej temat pewną teorię, która sprawia, że kontrowersje nieco cichną, ale to tylko moja własna, całkowicie subiektywna teoria. Film jednak ratuje też muzyka, którą skomponował między innymi Tiësto. Oczywiście soundtrack można już znaleźć zarówno na Spotify, jak na Youtube, więc można sprawdzić, czy taka muzyka przypadnie Wam do gustu.

Podsumowując, całkiem przyjemna animacja, chociaż odstająca nieco od swoich poprzedniczek. Mimo to wesoła, pełna charakterystycznego, nieco czarnego humoru i oczywiście mająca w sobie to co najlepsze, czyli postacie – Draca i spółkę. Jeśli przypadły Wam do gustu dwie pierwsze części „Hotelu Transylvania”, to trzecia również powinna się Wam spodobać. Nie jest absolutnie koniecznym filmem do obejrzenia, jednak nie powinniście żałować spędzonego z nim czasu. Nie spodziewajcie się jednak wielkich fajerwerków, chociaż wiele scen może Wam zapaść w pamięci na długi, długi czas. A kto wie, być może przez wiele dni po seansie będzie nucić tę czy inną piosenkę, wykorzystaną w filmie. :)

Łączna ocena: 7/10





Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

piątek, 12 października 2018

[PREMIERA] „Pierwsze słowo” – Marta Kisiel

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Pierwsze słowo
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 320
Data wydania: 17 października 2018


Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami czasu, nakłania mnie do sięgania po kolejne. W końcu zdarzały się już książki, które zawierały praktycznie same dobre opowiadania. Szkoda by było stracić okazję na znalezienie takiej perełki. Może i małże nie byłyby wbiebowzięte, ale zapewne książką by nie pogardziły.

Co łączy cmentarzysko, zamtuz, dzierlatki oraz korporację? Opowiadania. Raz mroczne, raz wesołe, idealne na chandrę oraz takie na wspaniały humor. W tym wszystkim pląsa mały anioł, Lichem zwany, który zamieszkuje pewien wspaniały dom i dba o niego jak o swój własny. Wszystko spod pióra Marty Kisiel, która udowadnia, że żonglowanie między światami, postaciami i klimatami nie jest wcale takie trudne. W każdym razie jest wykonalne. Długie, krótkie, rozbawiające do łez i skłaniające do refleksji (nie mylić z refluksem) – to wszystko można znaleźć na kartach niniejszej książki.

„Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek”.

Niemal każde opowiadanie jest z zupełnie innej bajki, a mimo to praktycznie wszystkie wydają się być równe. Równo napisane, z utrzymaną taką samą jakością; ciężko znaleźć takie, które wyróżniałoby się w jedną czy drugą stronę. Marta Kisiel zdecydowanie potrafi przede wszystkim wyczuć środek ciężkości danego opowiadania. W zbiorze można znaleźć zarówno takie, które zajmują raptem kilka stron, jak również te, które czyta się przez kilkanaście kartek. Bez względu na to, jak długie jest dane opowiadanie, ma dobrze osadzony środek ciężkości – jest skrojone wręcz na miarę. Nie kończy się nagle i niespodziewanie, nie zaczyna w pewnym momencie gnać na złamanie karku. Opowiadaniom w „Pierwszym słowie” brak jest więc jednego z najbardziej irytujących problemów opowiadań, którego niestety nie jest tak łatwo uniknąć.

Kiedy czytałem pierwszy raz książkę napisaną przez Martę Kisiel, zachwyciło mnie bogactwo słownictwa, którym może się poszczycić autorka. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie próbowała się ani wtedy, ani w „Pierwszym słowie” chwalić znajomością „trudnego” słownictwa. Nie próbowała (i nie próbuje) wyjść na niesamowicie elokwentną. Używa po prostu mnóstwa różnych wariacji popularnych słów oraz zdecydowanie widać, że słownik wyrazów bliskoznacznych to jeden z jej najbliższych przyjaciół – nawet pisząc niniejszą opinię czuję się jakbym posługiwał się jedynie minimalną liczbą wymaganych do swobodnej komunikacji słów. A przecież autorka używa jedynie słów ogólnie znanych, nie sięga po żadne wymyślne czy niezwykle fikuśne. 

„ – No i mamy pojedynek na głupotę, bezdenna przeciw bezbrzeżnej (...)”.

Autorka (lub – jak ją określają fani – ałtorka) miesza ton radosny z tym przybijającym, dzięki czemu otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. W jednym opowiadaniu przyciska nas depresja, a w drugim tryskamy radością i entuzjazmem wraz z bohaterami. Te nieco bardziej dołujące są jednak krótkie, treściwe i pozostawiające sporo do domysłów i własnej interpretacji – te bardziej wesołe mają o wiele dłuższą formę. Niby nie wpływa to w żaden sposób na same opowiadania (jak wspomniałem, są raczej równe), jednak zdecydowanie inaczej się je odbiera. W każdym razie ja każde z nich przeżywałem w zupełnie inny sposób. Krótkie, depresyjne formy nie pozwalały mi się wgryźć w detale, a jedynie ukazywały sam szkielet, wokół którego można samemu zbudować odpowiednie tkanki i uformować z nich docelowy kształt. Wydaje się to nieco przesadzonym opisem, jednak naprawdę można dokładnie takie wrażenie odnieść – jakby Marta Kisiel specjalnie zostawiła jedynie sam szkielet opowiadania, który pozostawia dużo miejsca na interpretację.

Bardzo udany zbiór opowiadań, które nie są może bardzo odkrywcze czy porywające, ale zapewniają sporo rozrywki (oraz przemyśleń). Na ogromny plus na pewno zasługuje fakt, że niemalże wszystkie z nich są równe – nie ma takich, które znacznie odbiegają jakością od reszty. Ciężko mi wskazać najgorsze lub najlepsze z nich. Co w połączeniu z dobrym całokształtem daje naprawdę niezły wynik. Osobiście jestem ukontentowany „Pierwszym słowem” i zaliczam je do tego nielicznego grona zbiorów opowiadań, które będę wspominał pozytywnie. A nawet polecał! Zwłaszcza, że znajdują się w nim opowiadania dotyczące Licha oraz Ody, znanych z innych, tym razem dłuższych, dzieł Marty Kisiel.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 10 października 2018

Bardzo chcę! #50 – „Świt robotów” Martin Ford

Źródło: Lubimy Czytać
Czysto teoretycznie można było się w dzisiejszej odsłonie mojego cyklu „Bardzo chcę!” spodziewać fantastyki – wszak dawno jej tutaj nie było. Jednak mój ulubiony gatunek musi poczekać na kolejne chciejki, bowiem tym razem mam dla Was coś bardziej współczesnego, chociaż w pewnym sensie ignorowanego, bądź po prostu niezauważalnego przez większość ludzi. Pozycja jest co prawda już nieco wiekowa, jak na rozwój o którym wspomina, jednak wiele aspektów, które porusza, jest z pewnością aktualnych. Tak, trzy lata dla rozwoju sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego to naprawdę całe wieki. „Świt robotów” w oryginale pojawił się po raz pierwszy w 2015 roku, w Polsce natomiast został wydany rok później, w 2016. Porusza tematy obecnie częściowo już aktualne, a częściowo będą wciąż pieśnią przyszłości.

Temat zastępowalności niektórych zawodów, który miałby się pojawić w trakcie czwartej rewolucji przemysłowej, powoli wychodzi na usta coraz większej liczby osób. Niektórzy są mocno zaniepokojeni, że powtarzalne zawody mogą całkowicie zniknąć z rynku, wyparte przez algorytmy. Już teraz sztuczna inteligencja potrafi pisać proste notatki prasowe, a uczenie maszynowe jest w stanie wyliczyć predykcje awarii maszyn w przemyśle – co teoretycznie może skutkować eliminacją niektórych etatów osób odpowiedzialnych za utrzymanie ruchu na liniach produkcyjnych. Martin Ford podjął się próby opisania nie tylko potencjalnych zagrożeń oraz zysków, jakie niesie ze sobą rozwój technologii, ale również jej potencjalny wpływ na ekonomię. 

Książka co prawda ze względu na to, że wydana została trzy lata temu, nie zawiera w sobie informacji o najnowszych zdobyczach rozwoju AI oraz ML, jednak należy pamiętać, że pierwsze algorytmy sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego pojawiły się już dawno temu. Sam termin „sztuczna inteligencja” znany był już w latach 50. XX wieku. „Świt robotów” ma więc z pewnością do powiedzenia, a ja bym bardzo chciał się przekonać co dokładnie chce przekazać. Jeśli powyższy zdania nie są wystarczająco zachęcające dla Was, to spójrzcie proszę, co ma do powiedzenia samo wydawnictwo o niniejszej pozycji:

„Większość ludzi szuka celu. Chcemy czuć się potrzebni, ważni. Chcemy widzieć efekty naszej pracy i starań, dzielić się nimi i chwalić. To naturalny, biologiczny wręcz proces i paradygmat. W ten sposób zaprogramowała nas natura. I właśnie w tej chwili, stojąc u progu rewolucji przemysłowej, ten dar odrzucamy.
Zwalniamy i podziwiamy świt robotów. 
Czy praca księgowego zostanie zastąpiona przez komputer? Czy nadal potrzeba będzie ludzkiej myśli i refleksji, aby napisać artykuł? Kto szybciej i sprawniej będzie programował? Człowiek, maszyna, komputer, sztuczna inteligencja? 
Według Martina Forda, przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej każda praca, która wpisuje się w paradygmat zer i jedynek, prawdy i fałszu, zasad, schematów i twardych wytycznych, może zostać nam odebrana. Program nie musi być innowacyjny, bo program nie popełni błędu. Dziennikarze? Już teraz jesteśmy w stanie tak zaprogramować system, aby wyszukiwał cytaty, opowiadał anegdoty i analizował wypowiedzi. 
Czym może skutkować masowe wymieranie zawodów i miejsc pracy? 
Ogromnym załamaniem w gospodarce konsumenta, pogłębiającymi się różnicami pomiędzy elitą, klasą średnią i najbiedniejszymi, zmianą ludzkich perspektyw i mentalności, która po odebraniu poczucia bezpieczeństwa i znaczenia w społeczeństwie popadnie w marazm i wyciszenie ambicji. 
W „Świcie Robotów” autor przedstawia nam swoją wizję przyszłości, popierając ją solidnymi argumentami i wiedzą z zakresu biznesu czy gospodarki. Do jakich osiągnięć zdolna jest robotyka i jak wpłyną na nasz świat? Co się wydarzy w momencie, w którym AI stanie się bardziej innowacyjne i ciekawskie, niż nasze umysły? Martin Ford odważnie namawia – zdajmy sobie sprawę z konsekwencji. I przygotujmy się na nie, bo prawdopodobnie nie ma już odwrotu… 
Czy nadchodzi ekonomiczna katastrofa, skutkująca nerwicą gospodarki i pogłębiającą się nierównością? 
Czy może świat i społeczeństwo czeka epoka dobrobytu? 
Musimy zadecydować. 
Teraz”.

Jesteście zainteresowani? :) Czy sztuczna inteligencja będzie jakikolwiek zagrożeniem (lub wręcz przeciwnie) dla literatury?

poniedziałek, 8 października 2018

Z ekranu pod pióro #26 – „Venom”

„Venom” plakat
Źródło: Filmweb
Tytuł: Venom
Reżyseria: Ruben Fleischer
Premiera: 2018
Gatunek: akcja, sci-fi


Powoli zaczyna się sezon na całkiem spoko premiery filmów. Sezon ogórkowy się zakończył, więc aż się prosi o większe zainteresowanie kinem. Nawet specjalnie z tej okazji (chociaż i tak się mi przyda) założyłem portfel Masterpass, dzięki któremu mogę nabyć bilety do kina za 10 zł sztuka! Zdecydowanie przebija to na razie w moich oczach Cinema City Unlimited, ponieważ nie zawsze mam czas na kino, nawet i te dwa razy w miesiącu. Często też nie ma dla mnie niczego ciekawego z premier, a nadrabianie również może być kłopotliwe czasowo. Jednak dzięki Masterpass w cenie Unlimited mam cztery seanse miesięcznie – być może nawet uda się to w październiku wykonać, bo jest na co chodzić ;)

Dla członków załogi wahadłowca „Fundacji Życia” miał to być prosty powrót na Ziemię po misji zwiadowczej. Niestety coś poszło nie tak, co dla całej planety może oznaczać nawet zagładę. Nie wie o tym jednak Eddie Brock, który nieświadomie staje się żywicielem dla Venoma – symbionta, który trafił na Ziemię, a który nie jest w stanie przeżyć bez nosiciela. Eddie, którego życie legło w gruzach jeszcze nie wie, w jak poważne tarapaty wpadł i jak bardzo jego życie się zmieni w najbliższej przyszłości.


„Venom” to film wielu sprzeczności. Od samego początku, kiedy tylko wszedł na ekrany kin, miażdżony jest przez krytyków i jednocześnie wysoko oceniany przez przeciętną widownię. Nie ma się co temu dziwić, bowiem scenariusz ma niewiele wspólnego z wydarzeniami, które znane są z komiksu. Przede wszystkim nie uświadczymy w nim Spidermana, który jest wszak wręcz nieodłączną częścią historii symbionta. Antagonista jest zupełnie inny, a sam antybohater nie jest tym, do którego przyzwyczajeni są fani Marvela. Nawet jeśli odetniemy od filmu te aspekty i potraktujemy tę produkcję jako bardzo szeroko zinterpretowaną adaptację, która być może stanowi jakieś preludium przed wprowadzeniem pajęczego bohatera, to wciąż film ma wiele wad. Jednak – co bardzo ciekawe – mimo tego wszystkiego bawiłem się na nim całkiem przednio.

Początek jest nudny jak flaki z olejem. Wprowadzenie do fabuły ciągnie się niemiłosiernie długo – mamy przedstawione życie Brocka, dziennikarza, w którego rolę wcielił się Tom Hardy. Mamy również historię symbionta oraz antagonisty (który swoją drogą tak mocno przypominał Elona Muska, że przez pół filmu zastanawiałem się nad tym, czy reżyser specjalnie w ten sposób przedstawia Drake’a), ale wszystko pozbawione jest pazura i jakiejkolwiek akcji. Dopiero po kilkudziesięciu minutach, kiedy Venom pojawia się po raz pierwszy, film zaczyna galopować. Dosłownie – najpierw koń grzebał sobie kopytem w trawie, a nagle poderwał się do galopu, albo wręcz cwału. Dopiero tutaj zaczyna się cała zabawa.

Dość problematyczne jest również to, że z całego filmu w pamięć zapada tylko Eddie Brock. Absolutnie żaden inny aktor ani aktorka nie dała z siebie więcej, niż to absolutnie konieczne. Oczywiście można powiedzieć, że to w końcu jest film o Venomie, więc to główny (anty)bohater powinien grać pierwsze skrzypce, jednak kiedy cały film napędza tylko jedna postać, nie jest zbyt dobrym znakiem. Wspomniany już przeze mnie Drake, który jest w tym przypadku antagonistą, w ogóle nie jest w stanie przebić się do świadomości widza. Tak naprawdę gdyby nie fakt, że stylizowany jest bardzo mocno na odpowiednik Elona Muska – wielkiego wizjonera zafascynowanego lotami w kosmos, który od najmłodszych lat miał mnóstwo rewolucyjnych pomysłów – to po prostu mignąłby mi przed oczami. Tak po prostu.

Film jednak bardzo ratują (o ile nie zwracamy uwagi na ogromną rozbieżność z komiksem) zarówno sceny akcji, jak i humor. Wbrew temu, co miałem okazję przeczytać przed seansem, „Venom” nie został zamieniony w komedię. Oczywiście jest dużo scen, które tryskają humorem, jednak ograniczony jest on głównie do krótkich dialogów pomiędzy symbiontem a jego nosicielem. Nie pojawiają się jednak one co dwie minuty – tak naprawdę jest ich wbrew pozorom niewiele. Pojawiają się jako pewnego rodzaju przerywniki, których zadaniem jest nieznaczne ostudzenie emocji. W końcu występują głównie pomiędzy kolejnymi scenami akcji, w których CGI odwaliło kawał dobrej roboty. Pisząc to, mam na myśli brak zbyt dużego kombinowania i zalania widzów lawiną widocznych gołym okiem efektów, które tworzone są dla samego faktu pokazania, co potrafi współczesna technologia.

O spłyceniu relacji między symbiontem a jego nosicielem można całe wykłady napisać, jednak wiele wskazuje na to, że to miał być po prostu film akcji ze scenami walk, pościgów, a nie studium przypadku walki dwóch umysłów. Tego ostatniego bowiem nie było wcale – Eddie Brock nie wyglądał na bardzo przejętego faktem posiadania w sobie nieziemskiej istoty, natomiast sam Venom nie musiał również walczyć o dominację. Twórcy jednak pokazali parę szczegółów, na które przeciętny człowiek nie zwróci uwagi podczas zastanawiania się nad konsekwencjami tego typu symbiozy. Na pewno jednak osoby, które nastawione były na nieco bardziej psychologiczne podejście w filmie, będą srodze rozczarowane. To nie jest ten typ filmu, zdecydowanie.

Szukacie prostego filmu akcji, który wykorzystuje jedną z postaci znanych z Uniwersum Marvela? Dobrze trafiliście. Jeśli pójdziecie do kina z takim nastawieniem, to otrzymacie nawet dobry film. „Venom” jednak rozczaruje wszystkich, którzy chcą produkcji rodem z Marvel Cinematic Universe. Brak Spidermana (chociaż tutaj zaważyły względy licencyjne), zrobienie z Venoma antybohatera, przeniesienie akcji filmu do innego miasta, kompletnie inny rys psychologiczny Eddiego Brocka – wszystko to spisuje ten film na straty wśród fanów Marvela. To już więc tylko od tego, czego oczekujecie od tej produkcji zależy czy jest sens się na nią wybierać. Powiem na koniec jednak jeszcze jedno – scena między napisami zapowiada dość interesującą przyszłość. ;)

Łączna ocena: 7/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

czwartek, 4 października 2018

Co pod pióro w październiku 2018?

Jak do tej pory zakładane plany udaje mi się realizować. To, co przedstawiam Wam w postach z tej serii, czytam niemalże nawet w podobnej kolejności. Równy poziom udaje mi się utrzymać chyba głównie dlatego, że z uporem maniaka co najmniej ostatnią godzinę przed snem przeznaczam właśnie na lekturę – chociaż we wrześniu zdarzyło się ominąć parę wieczorów. Zwłaszcza pod koniec miesiąca, kiedy to odbywały się niezwykle emocjonujące Mistrzostwa Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn 2018. Jak nam skubańcy tie-breaki serwowali to co się dziwić, że długo to trwało i nie było praktycznie już czasu na wieczorną lekturę! A wszak nie samymi książkami żyje człowiek.

Znowu, jak co miesiąc, nie planuję zbyt mocno kombinować. Mam kilka książek do recenzji i głównie na nich się skupię. Zwłaszcza, że chyba powoli zaczynam dotykać granicy swoich możliwości, więc trzeba nieco zwolnić (albo przyspieszyć z czytaniem!), inaczej mogę zacząć się nie wyrabiać. A w tym żadnej przyjemności nie ma, jeśli jest presja czasu. Fajnie jest czytać najnowsze pozycje (i to takie, które mnie interesują), ale umiar również trzeba znać, bo co za dużo to i świnia nie zje. :P Zwłaszcza, kiedy własne, prywatne pozycje czekają na lepszy czas... :)

Zobaczcie więc, co tym razem możecie ujrzeć w zbliżającym się miesiącu na moim blogu. :) Klasycznie zdjęcia okładek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać, ze stron konkretnych tytułów.

„Pierwsze słowo” – Marta Kisiel
„Pierwsze słowo” – Marta Kisiel

Zbiory opowiadań zazwyczaj nie mają u mnie zbyt dobrych opinii. Marta Kisiel jednak nie ma dobrego zdania również o swoim własnym zbiorze, co mnie akurat napawa optymizmem – zazwyczaj jak ktoś nie docenia swoich dzieł, to oznacza, że jednak są choć trochę dobre. :) Mam nadzieję, że i tym razem tak będzie, zwłaszcza, że akurat z prozą tej autorki mam jak na razie bardzo dobre wspomnienia.

„World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec” – Greg Weisman
„World of Warcraft: Traveler. Wędrowiec” – Greg Weisman

Chyba nie jest żadną tajemnicą, że wszystko, co związane z Warcraftem pochłaniam po prostu całymi stosami. Pozycji od Wydawnictwa Insignis jest ostatnio co nie miara, więc mam w czym przebierać. Tym razem więc sięgnę z wielką chęcią po coś, co wyjątkowo nie stanowi historii znanej z gier, za to stworzona dla młodszych czytelników!
„Cienie tożsamości” – Brandon Sanderson
„Cienie tożsamości” – Brandon Sanderson

Piąta książka Brandona Sandersona, z którą będę miał do czynienia, i jednocześnie piąta z tego samego cyklu. Poprzednia, „Stop prawa”, była początkiem kolejnej historii ze świata pełnego magii metali, w którym po raz pierwszy mogłem obserwować rewolwery oraz elektryczność. Wysoka jakość autora powinna zapewnić mi znowu sporo rozrywki, mam nadzieję, że jeszcze lepszej niż ostatnim razem. :)
NIESPODZIANKA

Dawno nie było niespodzianki! :) Tym razem pojawia się ona jako potencjalna odsłona książki od Wydawnictwa Insignis, która powinna do mnie trafić już niebawem! Mam nadzieję, że tak się stanie i będę mógł podzielić się z Wami wrażeniami z lektury. Jeśli jednak nie, to na pewno w tym miejscu znajdzie się coś innego, równie ciekawego!

środa, 3 października 2018

[PREMIERA] „Spektrum” – Martyna Raduchowska

„Spektrum” – Martyna Raduchowska
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Martyna Raduchowska
Tytuł: Spektrum
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 416
Data wydania: 3 października 2018


Pierwszą część cyklu „Czarne światła” skończyłem czytać stosunkowo niedawno – w czerwcu 2018 roku. Książka okazał się być bardzo odświeżającą pozycją w porównaniu do powieści, które czytam na co dzień. Nie była doskonała, jednak pokazywała naprawdę duży potencjał, zwłaszcza na rozbudowę świata. Niewiele się więc zastanawiałem kiedy otrzymałem propozycję przeczytania kolejnego tomu, czyli „Spektrum”. W związku z tym potencjałem, o którym wspomniałem, od samego początku liczyłem na naprawdę wiele. Na rozwój tego, co zostało przedstawione w pierwszym tomie, na jeszcze lepszą historię oraz wyjaśnienie niektórych wątków z „Łez Mai”. Wydaje mi się, że moje oczekiwania zostały wyjątkowo spełnione.

Atak na Beyond Industries był dniem, który zmienił całkowicie życie całego New Horizon. Był on również dniem, który przewrócił świat Jareda Quinna do góry nogami. To przez wydarzenia z tego pamiętnego dnia stał się niemal cyborgiem, z mnóstwem cybernetycznych wspomagaczy, sztucznymi organami oraz wszczepami. Wydaje się, że kazdy doskonale wie, co wydarzyło się w B-Day. Jednak to Maya zna całą prawdę o tym, co zrobiła, jak mijały kolejne dni i w co zmieniła się reinforsynowa ekstaza, która opanowała większość zbuntowanych replikantów. Tylko ona pamięta i jest w stanie przekazać tę wiedzę innym. W tym również samemu Quinnowi.

Absolutnie nie czytajcie tej pozycji bez znajomości pierwszego tomu, czyli „Łez Mai”. Po prostu zabierzecie sobie nie tylko przyjemność z czytania poprzedniej części, ale i tej. „Spektrum” jest bowiem opisem wydarzeń znanych z wcześniejszej powieści, jednak tym razem z perspektywy Mai – replikantki, która przydzielona została jako partner Jareda Quinna, policjanta z New Horizon. A muszę przyznać, że ta druga perspektywa jest przedstawiona w iście pyszny sposób. Nie tylko bowiem możemy poznać samą wersję wydarzeń przedstawioną przez replikantkę, która traktowana była jako antagonista w „Łzach Mai”, ale również przyjrzeć się tej tajemniczej i niedostępnej części miasta, którą jest ukryte za Murem Dark Horizon.

„Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci, a ta ucztuje na mózgach duszonych w psychodelicznym sosie”.

Tutaj Martyna Raduchowska stworzyła niezbyt skomplikowaną, ale spójną logicznie przestrzeń. Dark Horizon daje się poznać jako wciąż bliżej nieokreślone na mapie miejsce, które jednak nieznacznie odkrywa swoje uroki. Poznajemy również nieco lepiej jego mieszkańców (o ile można ich tak nazwać), powody, dla których się tu znaleźli oraz samą infrastrukturę, którą odszczepieńcy zbudowali na ruinach tego, co pozostało po buncie oraz późniejszych nalotach. Autorka opisuje jak wygląda handel, zdobywanie pożywienia, komunikacja ze zwykłymi mieszkańcami New Horizon oraz przede wszystkim codzienność zarówno tych normalnych, jak i nieco oszalałych od reinforsyny wygnańców. Nie znajdziecie tutaj wielu fajerwerków, ale na pewno możecie liczyć na dopracowane i przemyślane motywy.

„Spektrum” nie pochłania od samego początku do końca i nie kradnie czasu. Nie zmusza do czytania i nie sprawia, że zapomina się o całym świecie. Jednak „Spektrum” gwarantuje nie tyle rozrywkę, co dobrze spędzony czas nad dobrze napisaną książką. Można powiedzieć, że jest to taki paradoks – nie jestem w stanie się zachwycać tą książką, jednak nie jestem również w stanie nazwać jej przeciętnym czytadłem. Jest jednocześnie zbyt dobra na to, oraz nie aż tak dobra, aby rozpatrywać ją w kontekście najlepszych ze swojego gatunku. Na pewno jest jeszcze lepsza niż „Łzy Mai”, które same w sobie były już bardzo przyjemną lekturą. Szersze ukazanie świata, skupienie się na odpowiednich wątkach, odpowiedzi na pytania czytelników oraz wyjaśnienie ledwo rozpoczętych wątków osadza „Spektrum” na o wiele wyższym poziomie.

Z najciekawszych rzeczy, które możemy spotkać w drugiej części „Czarnych świateł” jest skupienie się na tym, w jaki sposób replikanci funkcjonują, jak są zbudowani, na co są wrażliwi, a na co odporni. Kiedy używam słów „jak są zbudowani”, mam na myśli dosłownie wykorzystane materiały, gniazda w ich ciele, neurozłącza oraz całą resztę technologicznego żelastwa, które wchodzi w skład androida łudząco przypominającego człowieka, jednak będącego na o wiele wyższym poziomie. Również poruszone wątki dotyczące psychiki potencjalnych androidów oraz tego, w jaki sposób można zapanować nad ich wciąż rosnącą inteligencją stanowią są bardzo smacznymi kąskami. Opisy radzenia sobie w Dark Horizon w sposób naturalny rozszerzyły również wachlarz dostępnych czytelnikowi technologii oraz urządzeń, które wprowadzone zostały przez autorkę do stworzonego przez nią świata.

„Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę”.

Co ciekawe, „Spektrum” może się pochwalić całkiem zacnym cliffhangerem. Przyznam szczerze, że już dość dawno nie miałem aż takiej ochoty od razu sięgnąć po kolejny tom. Zakończenie jawnie pokazujące czego możemy się spodziewać w kolejnej części, jednak pozostawiające niezły mętlik w głowie – dlaczego akurat tak, skąd się to wzięło, jak się to wszystko ma do informacji, które pojawiły się w książce. W połączeniu z domysłami snutymi przez postacie biorące udział w ostatnich scenach, otrzymujemy mieszankę wybuchową, co do której nie wiemy jedynie w jaki sposób eksploduje. A bardzo chcemy tę eksplozję zobaczyć na własne oczy. 

Świetna następczyni „Łez Mai”, która rzeczywiście jest zupełnie inna niż większość kontynuacji czy kolejnym tomów w cyklach. Mnóstwo technologii przedstawionej w prosty sposób, dla przeciętnego czytelnika, jednak ukazującej swój ogrom oraz pomysłowość autorki. Zupełnie inna perspektywa wydarzeń z pierwszego tomu pozwala na wyrobienie sobie opinii nie tylko na temat jednej ze stron „pojedynku” pomiędzy porucznikiem a jego partnerką, ale również na szersze spojrzenie na życie w stolicy po B-Day. Bardziej dojrzała, choć wciąż emocjonująca i nastawiona na dobrą rozrywkę książka. Zdecydowanie z niecierpliwością będę wyczekiwał kontynuacji.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Czarne światła”

wtorek, 2 października 2018

Podsumowanie wrzesień 2018

Mam nadzieję, że miesiąc minął Wam całkiem przyjemnie – nawet jeśli jesteście uczniami i właśnie rozpoczęliście nowy rok szkolny! Przynajmniej będziecie mieli wiele okazji do czytania w postaci lektur szkolnych! Tak, trolluje. :) Wiem doskonale, że w większości jest to przykry obowiązek, chociaż być może uda Wam się tak jak mi odkryć dzięki temu naprawdę wspaniałe dzieła! Tak było bowiem z „Potopem” Henryka Sienkiewicza, którego z początku absolutnie nie chciałem czytać. Okazało się jednak, że jest to naprawdę niesamowita powieść, do której wracałem wielokrotnie. Zresztą to wtedy stałem się członkiem obozu Sienkiewicza w odwiecznej „wojnie” Sienkiewicz kontra Mickiewicz. :) Powiedziałbym, że warto wybrać swoją stronę barykady, jednak najlepiej po prostu doceniać przeogromny wkład obu autorów w literaturę!

Tymczasem jednak wróćmy do nieco bardziej współczesnych autorów oraz mniej ambitnych (choć wcale nie gorszych!) powieści, które miałem okazję przeczytać w minionym miesiącu. Od dłuższego czasu na moim blogu nie było takiej twardej i ciężkiej w odbiorze lektury, która mogłaby wstrząsnąć kimś lub zmienić jego światopogląd. Od długiego czasu czytanie traktuję dosłownie jako rozrywkę i nie mam ochoty na trudne książki, które niewątpliwie rozwijają stronę duchową każdego człowieka, jednak trzeba być na nie przygotowanym. Jednak nie znaczy to, że wciąż na blogu gościć będzie jedynie fantastyka, lżejsze kryminały czy też wręcz literatura młodzieżowa. Na razie jednak cieszę się z lekkich lektur, które dają mi ogrom radości, a które wierzę, że są w stanie również zadowolić Was wszystkich!

We wrześniu udało mi się utrzymać poziom z ostatnich miesięcy  – pięć książek zaliczonych. Co prawda w liczbie stron teoretycznie wyszło nieco gorzej, ale z drugiej strony jeszcze we wrześniu zacząłem czytać „Spektrum”, które jest kontynuacją „Łez Mai”. No i dojechałem gdzieś do połowy. Zobaczmy jednak jak to wygląda na wykresach:



Jest znaczny spadek liczby stron, jak również liczby odsłon. Trochę się opuściłem w udostępnianiu swoich wpisów na grupach książkowych, chociaż szczerze powiedziawszy to Google Analytics nie pokazuje jakiegoś wzmożonego ruchu kierowanego z Facebooka. Wygląda jednak na to, że chyba sporo osób używa AdBlocków, ponieważ spadek jest zauważalny w porównaniu września do sierpnia. To jednak można w szczegółach zobaczyć na następnej infografice:



Niby liczba odsłon i sesji spadła, jednak współczynnik odrzuceń nieco zmalał. Do tego widzimy inne ratio nowych kontra powracających użytkowników, na korzyść powracających. Czy to dobrze, czy też źle – ciężko ocenić jednoznacznie. Wszak blogi książkowe rządzą się nieco innymi prawami niż strony e-commerce czy też choćby blogi techniczne. :)



Dziewięć miesięcy minęło, a w wyzwaniu już 82%. Zostało jedynie 18%, co w rozbiciu na ostatni kwartał daje średnio po 6% do wyrobienia każdego miesiąca. Chyba do zrobienia, co nie? ;)



Zdobycze książkowe pod względem ich ilości też wypadają porównywalnie w stosunku do poprzednich miesięcy. Łącznie osiem sztuk, z czego trzy egzemplarz recenzenckie – które już niedługo zobaczycie na blogu! Do tego klasycznie kolekcja Mistrza Grozy oraz dwie sztuki zombiaków warszawskich. :)

A oto i lista przeczytanych w minionym miesiącu książek, wraz z linkami do opinii o nich:

1. "Zgadnij kto" - C. McGeorge (28 mm)
2. "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" - M. Kisiel (16 mm)
3. "Druga szansa" - K. B. Miszczuk (25 mm)
4. "Mikrowyprawy w wielkim mieście" - Ł. Długowski (31 mm)
5. "Stop prawa" - B. Sanderson (27 mm)

Zgodnie z informacjami z Google Analytics najwięcej wejść na mojego bloga zapewniła mi Gosia z bloga Cząstka mnie - serdeczne dzięki! :) Natomiast największym zainteresowaniem cieszyła się opinia o książce „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” autorstwa Marty Kisiel.

A jak minął Wasz miesiąc? :)


piątek, 28 września 2018

„Stop prawa” – Brandon Sanderson

„Stop prawa” – Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Stop prawa
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 304
Data wydania: 2016


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym z Mgły”, to jednak nie sięgnąłem po nie od razu. Trochę była to chęć czekania na czwarty tom przygód Waxa i Wayne’a, a trochę po prostu zakopanie się w innych książkach. Jednak wreszcie udało mi się sięgnąć po „Stop prawa” i w sumie trochę szkoda, że tak późno.

Waxillium Ladrian piastuje funkcję głowy rody Ladrian – niegdyś jednego z najbardziej wpływowych rodów Elendel, obecnie jednego z najbardziej pogardzanych i stojących niemalże na skraju bankructwa. Wax oczywiście nie zawsze był bywalcem na salonach. Jako Podwójny, posiadający dar Allomancji oraz Feruchemii starał się być prawem dla ludzi w Dziczy. Śmierć wuja, dotychczasowej głowy rodu, spowodowała jednak, że musiał porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia i stanąć na wysokości zadania, jakie stoi przed ostatnim, męskim potomkiem jego rodu. Elendel jednak może okazać się miejscem o wiele bardziej niebezpiecznym i potrzebującym żelaznej (lub stalowej) ręki niż cała Dzicz razem wzięta.

„Stop prawa” jest całkowicie inną książką niż tomy wchodzące w skład trylogii „Zrodzonego z mgły”. Co prawda są to wydarzenia, które mają miejsce trzysta lat po tym, co stało się nie tylko udziałem Kelsiera, ale również Elenda oraz Vin, jednak cały świat wygląda kompletnie inaczej. Mamy ciągle do czynienia z allomancją i ferruchemią, ale do tego doszło jeszcze parę nowinek technicznych, wśród których prym wiodą broń palna oraz elektryczność. Podstawowym orężem są pistolety, rewolwery oraz strzelby, natomiast większość rezydencji wielmożów oświetlana jest za pomocą żarówek. Spotykamy również innych bohaterów, w innym mieście oraz przede wszystkim innym świecie, który na pierwszy rzut oka dzieli się na Elendel oraz całą resztę – Dzicz.

„– Po prostu go ignoruj - poradził jej Waxillium. – Zaufaj mi. On jest jak wysypka. Im mocniej się go drapie, tym bardziej denerwujący się robi”.

Dwójka protagonistów – Wax oraz Wayne – wywołują u mnie nieco mieszane uczucia. Przypominają bardzo nowoczesnych detektywów, którzy starają się podchodzić do każdego śledztwa zgodnie z pewnym schematem, planując operacje na bazie doświadczeń. Istnienie uniwersytetu, który wykłada kryminologię (o czym dowiadujemy się już niemalże na samym początku powieści) potwierdza uwspółcześnienie całej historii. Niestety właśnie to, w połączeniu z kreacją Waxa i Wayne’a powoduje, że pojawia się pewien dysonans. Niby mamy do czynienia z kontynuacją, ale jednak Brandon Sanderson porwał się na stworzenie czegoś, co można nazwać kryminałem osadzonym w świecie fantasy, który ma przywołać na myśl opowieści osadzone w XIX wieku. Niby fajnie, ale coś jednak zgrzyta.

Sama fabuła jest jednak prosta i pieruńsko wciągająca. Nie ma tak zawiłych powiązań ani intryg jak w przypadku wcześniejszych trzech tomów. Mamy tym razem historię niemalże od samego początku wyjaśnioną pod względem koncepcyjnym, jednak Brandon Sanderson powoli odkrywa karty, którymi chce zagrać. W połączeniu z odpowiednią ilością dobrego humoru daje to ogólnie rzecz biorąc świetną mieszankę. Ciężko się oderwać od książki, nawet jeśli sam świat przedstawiony nie do końca czytelnikowi będzie pasował. Ogólnie jest to powieść generująca u mnie sporo ambiwalentnych uczuć, ponieważ jest jednocześnie powiewem świeżości (łączy allomancję, ferruchemię i nowoczesną technikę, a samo to wyszło wyśmienicie) oraz niezbyt dopasowanym kaloszem (z wcześniej wspomnianego połączenia średnio podoba mi się motyw czysto kryminalny).

„– Nawet nie próbuj – przerwał jej Waxillium, chowając rewolwer. – Logika nie działa na Wayne'a.
– Od wędrownego wróżbity kupiłem kiedyś amulet chroniący przed nią – wyjaśnił Wayne. – Dzięki temu mogę dodać dwa do dwóch i uzyskać korniszona”.

Również mimo tego, że teoretycznie trylogia „Zrodzonego z mgły” wskazuje na to, że większość tematu dotyczącego allomancji czy ferruchemii jest raczej wyczerpana i rozwinąć można już niewiele, autor pokazał jak bardzo w błędzie są wszyscy, którzy tak myśleli. Nie tylko samo wprowadzenie rewolwerów oraz elektryczności dodało mnóstwo możliwości. Również połączenie ferruchemii z samą allomancją daje dodatkowe opcje, które Brandon Sanderson wykorzystał przy kreowaniu nowego świata. Jeśli więc komuś znudził się już świat pełen osób wykorzystujących metale, to niech się nie martwi – tym razem dostanie jeszcze więcej nowych sposobów, które może nie tyle zadziwią, co zapewnią dużo rozrywki. A ci, którzy zakochali się w takim przedstawieniu magii, mogą po prostu liczyć na rozszerzenie dostępnego repertuaru.

Bardzo fajna lektura, która zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. Jeszcze bardziej rozbudowany świat, niż we wcześniejszych trzech tomach, chociaż być może technika nieco za mocno pogalopowała do przodu. „Stop prawa” warty jest przeczytania, nawet mimo tego, że nie wszyscy mogą uznać go za lepszego od swoich bezpośrednich poprzedników. W każdym razie osobiście czuję się usatysfakcjonowany kontynuacją, która jest tak naprawdę kolejnym rozdziałem w historii stworzonej przez Brandona Sandersona. Jeśli słowa autora o tym, że Wax i Wayne są tylko łącznikami między historią Vin a czymś zagnieżdżonym w futurystycznym świecie się spełnią, to może się to okazać niesamowicie interesującym cyklem.

Łączna ocena: 7/10


niedziela, 23 września 2018

„Mikrowyprawy w wielkim mieście” - Łukasz Długowski

„Mikrowyprawy w wielkim mieście” - Łukasz Długowski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Łukasz Długowski
Tytuł: Mikrowyprawy w wielkim mieście
Wydawnictwo: Muza
Stron: 320
Data wydania: 27 kwietnia 2016


Książka ta wpadła w moje ręce całkowitym przypadkiem. O ile dobrze pamiętam, zakupiłem ją w Auchan za jakąś śmiesznie niską kwotę. Skusiła mnie nie tylko sama cena, ale również opis z tyłu okładki. Przygody, które można przeżyć w samym środku miasta lub na jego obrzeżach? I to takie, które trwają maksymalnie jedną noc, dając jednak przy ty, mnóstwo frajdy? Ciekawe przeżycia bez konieczności wyjazdu do dalekich krajów i wydawania na podróży ogromnych sum? Zdecydowanie chciałem się z tym zapoznać, ponieważ jedyne co ryzykowałem, to stratę paru groszy oraz kilku godzin swojego czasu. A zyskać mogłem inspirację, do której należy dorzucić jedynie motywację. Chyba trzeba zacząć się rozglądać za ciekawymi miejscami w okolicy.

Niemalże każdy pracujący człowiek czeka z utęsknieniem na upragniony urlop, który najczęściej składa się z tygodnia bądź dwóch, podczas których wyjeżdża z rodziną na z góry zaplanowaną wycieczkę. Często taki wypoczynek planuje się z ogromnym wyprzedzeniem i sam etap przygotowań potrafi nieźle zestresować. Można jednak wypoczywać mając do dyspozycji jedynie weekend, czy nawet tylko jedną noc. Mało tego – nie trzeba wyjeżdżać kilka tysięcy kilometrów od swojego domu, w zupełności wystarczy komunikacja podmiejska lub rower, by przeżyć przygodę i odpocząć psychicznie od zgiełku wielkiego miasta oraz ciągłego pośpiechu. Jedyne co trzeba zrobić to znaleźć chęci oraz byle jakie buty – na boso trudno będzie odkrywać niezwykłe miejsca wokół własnego miejsca zamieszkania.

Cała książka ma formę nie tyle poradnika, co pewnego rodzaju instrukcji, którą można w pełni dostosować do swoich potrzeb. Kolejne rozdziały to opisy podróży, które odbył Łukasz Długowski, wraz z podaniem na samym początku orientacyjnego czasu trwania oraz przede wszystkim kosztu. Dzięki temu każdy, kto przeczyta „Mikrowyprawy w wielkim mieście” będzie miał orientację nie tylko w tym, ile pieniędzy potrzebuje, aby przeżyć taką przygodę, ale również kiedy może ją odbyć. To jest też kolejna pozytywna cecha książki – pokazuje, że tak naprawdę nie trzeba przeznaczać wielu miesięcy oraz góry pieniędzy, aby odpocząć od ciągłej pogoni za sukcesem. Wystarczy nawet jedna noc i 20 złotych w kieszeni. Otwiera oczy na możliwości i podaje gotowy przepis na przekształcenie ich w rzeczywistość.

„Po co ktoś miałby iść rzeką, zanurzony po pas w zimnej wodzie, przy tym raniąc sobie stopy? Po co? No właśnie po ni. I to »nic« było w tym wszystkim najpiękniejsze”.

„Mikrowyprawy w wielkim mieście” napisane są językiem bardzo lekkim, którym autor opisuje dokładnie to, co sam przeżył. Nie teoretyzuje, nie próbuje przekonać nikogo do tego, co mu się wydaje, ale do tego, czego sam był świadkiem oraz uczestnikiem. To jest niewątpliwy plus, który uwiarygadnia wszystko, co Łukasz Długowski proponuje czytelnikowi. A jest tego naprawdę sporo – począwszy od prostych wypraw dosłownie do ogródka, a zakończywszy na nieco bardziej skomplikowanych, jednak wciąż tanich przygód na wodzie. Wiele razy można się złapać za głowę, dlaczego sami nie wpadliśmy na taki pomysł i dlaczego nie spróbowaliśmy tego wcześniej. Wielokrotnie miałem ochotę już, teraz, natychmiast rzucić wszystko i po prostu spróbować jednej z przygód, którą proponuje autor. Zdecydowanie ma dar przekonywania oraz dobrego opisywania.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami opisującymi sposoby spędzania wolnego czasu na łonie przyrody, znajdziemy wywiady przeprowadzone między innymi z osobami ze świata naukowego, którzy na co dzień wykładają na uczelniach lub zajmują się pracami badawczymi. Mają one na celu uświadomić nam dlaczego czerpanie z natury pełnymi garściami jest dla ważne dla każdego człowieka. W jaki sposób zieleń, drzewa czy zwyczajne, świeże powietrze wpływają nie tylko na nasze ogólne samopoczucie, ale również jakie może mieć pozytywne skutki w długofalowym planowaniu naszego życia.  Można więc powiedzieć, że książka ta stanowi niejako nie tylko czystą zachętę do korzystania z tego, co natura ma nam do zaoferowania, ale jest również sposobem przekazania czytelnikowi wiedzy dotyczącej dobroczynnego wpływu zieleni, lasów czy wody na ludzki organizm. 

„Generalnie: nie twórz sobie wymówek, twórz rozwiązania. Prawie każdy profesjonalny sprzęt da się zastąpić tańszym rozwiązaniem”.

Bardzo przyjemna i lekka lektura, która jest również niezwykle pouczająca. Nie jest to ani poradnik, ani rozprawa naukowa – można powiedzieć, że jest to po prostu sposób Łukasza Długowskiego na przekazanie innym swojej pasji do przygód i korzystania z przyrody oraz tego, co ma nam do zaoferowania. Z książki na pewno można czerpać wiele inspiracji do spędzania wolnego czasu bez ogromnych nakładów finansowych. Nawet jeśli macie tylko parę godzin przeznaczonych na odpoczynek, z „Mikrowyprawami w wielkim mieście” spokojnie będziecie w stanie zagospodarować je tak, aby jak czerpać jak najwięcej przyjemności z obcowania z naturą. A kto wie, być może dzięki niej rozpocznie się Wasza ogromna miłość do jakiegoś miejsca, o którym jeszcze nie macie pojęcia.

Łączna ocena: 7/10


wtorek, 18 września 2018

„Druga szansa” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źró∂ło: Lubimy Czytać
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Druga szansa
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 330
Data wydania: 22 sierpnia 2018


Z prozą Katarzyny Bereniki Miszczuk do czynienia jeszcze nie miałem – chociaż słowem klucz jest tutaj „jeszcze”. Tak naprawdę można całe to zdanie przekreślić, albowiem dzięki „Drugiej szansie” jest to już przeszłość. Co prawda pierwsze wydanie pojawiło się na rynku w 2013 roku, jednak sięgnąłem dopiero po drugie, którego premiera miałą miejsce około miesiąca temu (patrząc z perspektywy daty publikacji niniejszej opinii). Zawsze jestem ciekaw tego pierwszego spotkania z danym autorem lub autorką – a w końcu mówi się, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko jeden raz. Nigdy nie wiadomo, czy styl oraz pomysł na całą historię mi podejdzie. Tym razem muszę napisać, że muszę dać autorce drugą szansę, ponieważ pierwsza nie została zbyt dobrze wykorzystana.

Po przebudzeniu się Julia nia pamięta nawet tego jak się nazywa – nie rozpoznaje również miejsca. Jest zagubiona i zdezorientowana. W głowie kłębi jej się mnóstwo pytań, jednak odpowiedzi na nie nie przyjdą zbyt szybko. No, może oprócz tej, gdzie się znalazła - w ośrodku o dźwięcznej nazwie „Druga szansa”. Okazuje się, że biedna Julia cierpi na częściową amnezję, i właśnie takimi przypadkami zajmują się lekarze w „Drugiej szansie”. W rekonwalescencji oraz terapii nie pomagają wcale głosy, które słyszy młoda dziewczyna, ani Magdalena, która wróży jej niechybną śmierć. Julia szybko uczy się, że musi pozbyć się zaufania do kogokolwiek – włącznie z zaufaniem do siebie samej...

Muszę przyznać, że książka absolutnie mnie nie porwała – z jednej strony nie spodziewałem się wspaniałej historii, która by mnie urzekła całą sobą, ale z drugiej jednak miałem jednak większe oczekiwania. „Druga szansa” okazała się być dobrą technicznie i przyjemną w lekturze, jednak niezbyt odkrywczą ani przyciągającą powieścią. Śledzenie perypetii Julii, która straciła częściowo pamięć i próbuje zrozumieć co się dzieje z nią oraz ośrodkiem, w którym przebywa, pozbawione było konkretnego pazura. Wszystko wygląda jak bardzo ostrożne stąpanie autorki po niepewnym gruncie, którego się trochę boi, ale mimo wszystko chce wycisnąć z niego jak najwięcej. Przeciętnych było wiele rzeczy, począwszy od bohaterów a skończywszy na sposobie prowadzenia historii.

„– Zaraz będzie obiad. Powinniśmy się zbierać. – Wstałam.– No proszę, masz zegarek w oku. – Ruszył moim śladem, gdy skierowałam się w dół ścieżki. – Ale kompas ci ukradli...– Znowu źle idę? – jęknęłam”.

Pomysł sam w sobie nie jest zły, wręcz przeciwnie. Próba odnalezienia się w ośrodku, do którego nie wiadomo jak się trafiło, a w którym na dodatek dzieje się coś zdecydowanie dziwnego jest intrygująca – zwłaszcza w kontekście tajemnic, na które trafia główna bohaterka. Gdyby tylko historia była napisana z pazurem, bohaterowie byli bardziej… jaskrawi i wyraziści to naprawdę mogłoby to być coś. W zbyt wielu miejscach niestety akcja nie była zbyt zachęcająca, a wręcz się dłużyła. Na całe szczęście samo pióro Katarzyny Bereniki Miszczuk jest na tyle zachęcające, że nadrabia sporo niedogodności, które można napotkać po drodze przez całą powieść.

Ostatnie parędziesiąt stron są dość kluczowe dla powieści - nadrabiają bardzo dużo. Coś się zaczyna dziać, omamy mieszają się rzeczywiście z prawdą i książka zaczyna przyciągać czytelnika do siebie. Do tego stopnia, że naprawdę trudno się oderwać. Szkoda jednak, że tak późno. Samo zakończenie z jednej strony jest dość przewidywalne, jednak trzeba oddać autorce, że nie wyłożyła go na tacy. Potrafi jednak wodzić człowieka za nos. Mimo tego, że parę razy pomyślałem o tym rozwiązaniu, to jednak po chwili je odrzucałem z myślą, że to przecież nie ma sensu. Okazało się jednak inaczej i w sumie to nawet dobrze. Pomysł na rozwiązanie tego (a raczej pomysł na budowę całej powieści) jest może i niekoniecznie innowacyjny, ale na pewno daje dużo możliwości do zbudowania na nim bardzo fajnej fabuły.

Niezbyt porywająca książka, która pomimo swoich wad da się lubić i przeczytać. Przeciętna, jednak z całkiem dobrą końcówką. Po przeczytaniu tylko „Drugiej szansy” raczej nie sięgnąłbym po więcej książek Katarzyny Bereniki Miszczuk, jednak widziałem wiele opinii, że opisywana powieść jest rzeczywiście „słabszym” tytułem, który wyszedł spod pióra tej autorki. Książka napisana została bardzo lekkim piórem, co z pewnością daje nadzieję na lepsze historie w innych dziełach. Warto dawać drugą szansę, dlatego i w tym przypadku ją dam.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


czwartek, 13 września 2018

[PREMIERA] „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – Marta Kisiel

„Małe Licho i tajemnica Niebożątka” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 208
Data wydania: 19 września 2018


Chyba każdy z nas czasem czuje się małym dzieckiem. Często zresztą też mówi się, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje. Zgodnie z tym powiedzeniem chyba nie powinienem w ogóle opuścić etapu przedszkola! W każdym razie, bez względu jednak na te wszystkie „mądrości ludowe” lubię sięgnąć od czasu do czasu po coś, co teoretycznie powinno zajmować jedynie o wiele ode mnie młodszych czytelników. Pierwsze spotkanie z twórczością Marty Kisiel w postaci książki o wdzięcznym tytule „Toń” było dla mnie bardzo przyjemne, więc czemu by nie spróbować czegoś zupełnie innego? „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” jest książką przeznaczoną dla dzieci, jednak chyba wyzwoliła we mnie szkraba, bo bawiłem się przy niej przednio!

Na uboczu stoi dom. Niezwykły, stary, ale tętni w nim życie. Mieszka tam Bożek, zwany również Niebożątkiem, który ma nie tylko swojego własnego anioła stróża, ale również potwora mieszkającego pod jego łóżkiem. Do tego skrzynię pełną najprawdziwszych skarbów, z których jest dumny. Zarówno dom, jak i jego mieszkańcy są niemalże zapomnieni przez cały świat. Przychodzi jednak dzień, w którym sam Bożek pokazuje się całemu światu. A świat pokazuje się Bożkowi. Chłopiec nie powinien jednak robić Pewnych Rzeczy, ponieważ może mu się To Przydarzyć. A bliscy Bożka nie chcieliby, aby mu się To Przydarzyło w żadnej sytuacji.

Powiedzmy sobie szczerze - „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” to nie jest książka jedynie dla dzieci! W wielu miejscach Marta Kisiel ukryła skojarzenia, które zrozumieją tylko dorośli, a dla dzieciaków będą po prostu kolejnym, nie do końca zrozumiałym, ale zabawnym fragmentem opowieści. Jeśli ktoś oglądał „Epokę Lodowcową”, to w bodaj trzeciej jej części pojawiało się mnóstwo scen, które miały kilka znaczeń. Mowa oczywiście między innymi o scenach, w których brał udział Buck oraz Scratt i Scratte. Podobnie sytuacja wygląda w tym przypadku – część scen może zostać odebrana w dwojaki sposób, albo jako coś niesamowicie zabawnego i niewinnego przez dzieci, albo jako pełne podtekstów przez dorosłych.

Ponadto przekaz, który płynie z tej opowieści jest pouczający nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców, wujków oraz innych dorosłych członków rodziny. Historia, którą stworzyła Marta Kisiel opiera się w dużej mierze na szykowaniu młodego, rozemocjowanego dziecka do jego pierwszego opuszczenia rodzinnych pieleszy i wyruszenia w świat, na przygodę! Znaczy po prostu do szkoły. Oraz na tym, co może go tam czekać, w jaki sposób reagować oraz jak mogą zostać odebrane jego małe dziwactwa wśród rówieśników. A wszystko to ujęte w niezwykle miły i kojący sposób, ukazujący świat bez nerwów, negatywnych emocji oraz z masą sposobów na radzenie sobie z nimi, kiedy przypadkiem się pojawią.

Z literaturą dziecięcą nie miałem praktycznie w ogóle do czynienia, więc ciężko jest mi porównać „Małe Licho i tajemnicę Niebożątka” do czegokolwiek innego. Nie jest również łatwa ocena tego, w jaki sposób książka może zostać odebrana przez najmłodszych czytelników, jednak jego jest pewne – styl Marty Kisiel zdecydowanie wskazuje, że jest to pozycja przeznaczona dla dzieci. Mnóstwo radości zamkniętej w prostym, ale barwnym języku, dziecięce podejście do trudnych sformułowań oraz metafor, używanie wielkich liter dla Bardzo Ważnych Rzeczy. I to lekkie podejście do wszystkiego, przesycone szczęściem nawet w najbardziej przerażających (dla dzieci) momentach. Gdybym był dzieckiem, zdecydowanie bym kupił. Zwłaszcza, że Marta Kisiel napisała niezwykle interesującą historię.

Można powiedzieć, że motywem przewodnim, wokół którego również zbudowane jest zwieńczenie całej opowieści, jest dzieło, które napisał Johann Wolfgang von Goethe – ballada „Król Elfów”. Towarzyszy ona czytelnikowi przez niemalże cały utwór w ten, lub inny sposób. Dla dziecka jest po prostu elementem książki będącym pięknym i trochę smutnym wierszem, dla dorosłego za to za jedno z najbardziej znanych dzieł tego autora, zaraz obok „Cierpień Młodego Wertera” oraz „Fausta”. Ponownie więc widzę punkt styku, który powoduje, że „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” może zaoferować wiele nie tylko samym dzieciom, ale również dorosłym, którzy będą tę książkę czytali swoim pociechom.

Bardzo czarująca historia, którą warto przeczytać bez względu na to, w jakim się jest wieku! Dzieci, młodzież czy dorośli – zdecydowanie każdy znajdzie w książce Marty Kisiel coś dla siebie. Zarówno humor i rozrywkę, jak również naukę oraz materiał do przemyśleń. Nie ma co próbować interpretować tego, co autorka chciała w ten sposób przekazać, wystarczy w zupełności wziąć książkę do ręki i ją zwyczajnie przeczytać! A dobrym pomysłem będzie wspólna, rodzinna lektura. Spieszcie się jednak, żeby Król Elfów Was nie dogonił!

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 10 września 2018

Bardzo chcę! #49 – „Infekcja: Genesis” Andrzej Wardziak

„Infekcja: Genesis” Andrzej Wardziak
Źródło: Lubimy Czytać
Apokalipsa zombie jest zakorzeniona bardzo głęboko w świecie literatury i filmu. Powstało już tyle utworów, których akcja kręci się wokół żywych trupów, że niemal nie sposób ich zliczyć. Nie przeszkadza to jednak autorom w tworzeniu nowych wariacji na ten temat, a fanom w czytaniu i zachwycaniu się kolejnymi porcjami nie do końca świeżych, kroczących ciał. Bywały już interpretacje humorystyczne, mroczne, z happy endem oraz kompletną zagładą całego świata. Powody wybuchu epidemii również mają szerokie spektrum wyboru - od całkowitej fikcji, aż do prób naukowego podejścia, wraz z zachowaniem zasad biologii i chemii na tyle, na ile się tylko to da w takim przypadku. To jednak właśnie ta różnorodność powoduje, że temat ten nie nudzi mi się wcale. Chociaż zapewne ma tutaj też znaczenie fakt, że wcale nie czytam powieści z apokalipsą zombie w tle zbyt często.

Wiele razy trafiałem na nowe, nieznane mi wcześniej tytuły, jednak ten szczególnie przykuł moją uwagę. Głównie za sprawą akcji rozgrywającej się u nas, w Polsce, a dokładniej w stolicy – Warszawie. Przywykłem raczej to osadzania historii z żywymi trupami gdzieś w Stanach Zjednoczonych Ameryki, względnie z epizodami w Ameryce Południowej lub krajach postradzieckich. Nie kojarzę żadnej pozycji, którą bym czytał, a której wydarzenia rozgrywałyby się właśnie w Polsce. Co innego apokalipsa nuklearna, tutaj tytułów mamy do wyboru, do koloru. Jednak rozkładające się trupy, które kroczą ulicami Warszawy to jednak dla mnie pierwszyzna.

Opis Wydawnictwa Pascal jest krótki i zwięzły, ale nie sądzę, żeby coś więcej trzeba było dodać:

„Piękny, upalny dzień lipca. Pierwszy dzień końca świata, jaki znamy. Warszawę opanowuje tajemniczy wirus. Mieszkańcy stolicy jeden po drugim zamieniają się w spragnionych ludzkiego mięsa zombie. I wyruszają na żer. 
Komandos na urlopie, fan heavy metalu, pracownik korporacji na skraju załamania nerwowego, nastolatka z czarnym pasem w karate, młody policjant i jego atrakcyjna żona. Łączy ich jedno − chcą przetrwać. Za wszelką cenę. 
Zombie-apokalipsa zacznie się w Warszawie.”

Czytaliście tę, albo inne osadzone w Polsce powieści opisujące apokalipsę zombie? :)


niedziela, 9 września 2018

Z ekranu pod pióro #25 – „Zakonnica”

Tytuł: Zakonnica
Reżyseria: Corin Hardy
Premiera: 2018
Gatunek: horror


Sezon ogórkowy powoli dobiega końca, więc zaczyna się fala premier, które są całkiem ciekawe. Za jedną z nich uznałem obejrzaną właśnie „Zakonnicę”, która wyszła pod szyldem historii znanej z „Obecności”. Co prawda większość horrorów, które miałem okazję obejrzeć w swoim życiu, należała co najwyżej do przeciętnych, jednak obie części wspomnianej już „Obecności” należały do jednych z lepszych z tego gatunku (chociaż porównując je do innych gatunków, wciąż są raczej przeciętne). Szukam jednak cały czas tego jednego filmu, który sprawi, że z czystym sumieniem będę mógł powiedzieć „To jest BARDZO DOBRY horror”. Na razie pozostaje mi wciąż szukać.

Lata 50. XX wieku, rumuńska prowincja. Ojciec Burke zostaje wysłany przez Watykan do zbadania niezwykle tajemniczej śmierci zakonnicy. Absolutnie nikt nie spodziewałby się po kobiecie oddanej w całości Bogu samobójstwa. Ojciec Burke dociera więc do niemalże odciętego całkowicie od świata opactwa, aby poznać prawdę, która okazuje się jednak zbyt straszliwa. Duchowny musi walczyć nie tylko z własnymi słabościami i strachami, ale również siłami, z którymi nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby się spotkać z własnej i nieprzymuszonej woli. Kto jednak mógł przewidzieć obecność zakonnicy w opactwie?

Kiedy myślę o tym filmie, nawet prawie dwadzieścia cztery godziny po jego obejrzeniu, mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony reżyser nie silił się na stworzenie mrocznego i głębokiego dzieła, tylko uczciwie wplótł w nie odrobinę humoru, z drugiej jednak jest to klasyczny, współczesny horror. Pisząc to, mam na myśli oczywiście sposób, w jaki budowane jest napięcie oraz wywoływany jest strach. Długie sceny z mnóstwem zbliżeń na postać, podbijane mroczną muzyką, zakończone nagłym pojawieniem się na ekranie czegoś strasznego. Ewentualnie czegoś, co po prostu miało w założeniach być straszne. Czasem bywa to wręcz groteskowe. W trakcie jeden z ostatnich scen, wydarzenie, które zapewne miało zostać uznane za wyjątkowo przerażające, niemalże cała widownia odebrała jako coś wielce zabawnego.

Oczywiście nie mogło również zabraknąć kompletnie irracjonalnych zachowań głównych bohaterów, którzy w momentach najbardziej oczywistych, podejmowali spontaniczne decyzje o rozdzieleniu się, bądź samotnej eksploracji ciemnych zakamarków. W „Zakonnicy” irytuje to tym bardziej, że jedną z głównych postaci jest watykański specjalista od nietypowych wydarzeń, który wysyłany jest do miejsc podejrzanych, w których dzieją się dziwne rzeczy. Można rzec, że jest to katolicki agent specjalny, któremu doświadczenie nie przeszkadza wcale ładować się w najgorsze kłopoty, jakie tylko można sobie wyobrazić. Pod tym względem albo jego postać jest bezdennie głupia, albo twórcy uważają za takową całą swoją widownię, która będzie oglądała film.

Wspominałem już o humorze, o który wbrew pozorom nie jest tak trudno w tej produkcji. Za jego główne źródło można uznać Francuzika, w filmie zwanego po prostu Frenchie. To właśnie on powoduje najwięcej uśmiechu na ustach widzów, chociaż żarty i zabawne sytuacje w jego wykonaniu należą do tych z gatunku mocno oklepanych. Dzięki temu jednak oglądanie „Zakonnicy” nie kojarzy się jedynie z ciężkim klimatem, mnóstwem krzyży i próbami stworzenia przerażającego filmu, ale pozwala na spojrzenie na horrory z zupełnie innej perspektywy. Jako pełnoprawne filmy, które mogą się czymś wyróżniać i nie muszą być tworzone zgodnie z jednym, konkretnym schematem (chociaż cała reszta produkcji dokładnie na to wskazuje).

Ogromną zaletą jest jasne powiązanie z dwiema nakręconymi już częściami „Obecności” - w końcu „Zakonnica” jest niejako prequelem wspomnianych dzieł. Zarówno otwarcie, jak i zamknięcie filmu pochodzi ze znanych już widzowi scen – chociaż jeśli ktoś nie oglądał ani jednego, ani drugiego tytułu to wcale nie musi rezygnować z seansu. Jest to bowiem całkiem osobna historia, stanowiąca rozszerzenie fabuły poprzednich części. Co prawda w tym przypadku nie mamy już do czynienia z rozbudowaną historią, a jedynie z pojedynczym przypadkiem zamkniętym w kilku dniach, jednak w wielu miejscach widać mniej widoczne nawiązania do „Obecności”. Niektórzy mogą to odebrać jako wadę, przykład płynięcia na fali skądinąd całkiem dobrych horrorów, ale dla mnie to akurat zaleta. Dokładnie tego oczekiwałem – konkretnych nawiązań i ukazania połączenia pomiędzy poszczególnymi częściami.

Podsumowując, „Zakonnica” nie jest czymś, czego się spodziewałem, chociaż nie jest również totalną klapą. Jak na horror można powiedzieć, że zdecydowanie się wybija, chociaż używa tych samych schematów budowania grozy, co większość pozostałych, współczesnych horrorów. Mocno wiąże się z „Obecnościami”, chociaż jest od nich nieco słabsza. Humor wpleciony między poszczególne sceny nadaje nieco świeżości całemu obrazowi i udowadnia, że można coś takiego zrobić bez szkody dla filmu. Jeśli oglądaliście wspomniane już obrazy o parze badaczy zjawisk nienormalnych, to „Zakonnica” będzie niezgorszym uzupełnieniem wiedzy. Nie nastawiajcie się jednak na skomplikowaną zagadkę z porywającymi i mrożącymi krew w żyłach scenami.

Łączna ocena: 6/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


środa, 5 września 2018

[PREMIERA] „Zgadnij kto” – Chris McGeorge

„Zgadnij kto” – Chris McGeorge
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Chris McGeorge
Tytuł: Zgadnij kto
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Stron: 416
Data wydania: 5 września 2018


Czym są Escape Roomy chyba nie trzeba tłumaczyć – a na pewno nie bardzo szczegółowo. Na rynku pojawia się coraz więcej firm świadczących tego typu usługi, z których korzysta coraz więcej osób. To świetny sposób na spędzenie czasu z przyjaciółmi i wytężenie swojego umysłu próbując wydostać się z zamkniętego pomieszczenia. Aż dziwne, że „Zgadnij kto” jest pierwszą książką wykorzystującą Escape Room jako główny motyw, o której słyszałem. Zapewne pojawiły się już takie pomysły, jednak to właśnie książka Chrisa McGeorge’a jest tą, którą miałem okazję przeczytać jako pierwszą. Pomysł jest niebanalny, z ogromnym potencjałem (416 stron poświęconych dla kilku osób w jednym pomieszczeniu), więc miałem spore oczekiwania. Co prawda nie zostały one spełnione, jednak mimo wszystko nie czuję się zawiedziony.

Morgan Sheppard ma wspaniałe życie – a w każdym razie tak to wygląda dla wszystkich jego fanów. Prowadzi jeden z najpopularniejszych programów telewizji porannej wsadzając swój nos w prywatne życie innych ludzi. Jego fani uważają go za wspaniałego detektywa, który jest w stanie rozwikłać każdą zagadkę. Kiedy jednak zostaje zamknięty w pomieszczeniu razem z kilkoma innymi osobami i dostaje zadanie odkrycia która z nich jest mordercą, sprawy się nieco komplikują. Nikt na nim nie wywiera presji, ma w końcu jedynie trzy godziny na rozwikłanie zagadki, zanim stanie się coś strasznego. Być może jednak to demony z jego przeszłości okażą się o wiele bardziej przerażające…

Kiedy widzę lub słyszę o książce, której akcja dzieje się w obrębie jednego pomieszczenia, od razu na myśl przychodzi mi „Misery„ Stephena Kinga. Mistrz Grozy udowodnił tą powieścią, że da się napisać książkę, której cała akcja opiera się tylko na dwóch osobach i jednym pokoju. Mając cały czas obraz „Misery” przed oczami, siłą rzeczy patrzyłem na „Zgadnij kto” przez pryzmat powieści Kinga. Przez to opisywana powieść nie wypadła doskonale, a jedynie dobrze. Niestety nie potrafiłem się aż tak mocno wczuć w klimat historii i wydarzeń, które tak naprawdę ograniczone były do niewielkiego wachlarza możliwości. Chris McGeorge nie wycisnął wszystkiego, co się tylko da z motywu Escape Roomu przeniesionego na kartki książki w postaci prawdziwej, kryminalnej zagadki.

Z drugiej strony sam pomysł jest dość interesujący. Uwięzienie w pokoju hotelowym kilku na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą osób to dość trudny zabieg logistyczny, z którym autor sobie poradził. Miejsca takie jak hotele są trudne do odizolowania, a zwłaszcza tylko częściowego. Jest wiele dróg, którymi można próbować się kontaktować z ludźmi na zewnątrz, jednak Chris McGeorge zadbał o większość tych bardziej i mniej oczywistych. Co prawda wciąż wymagane są odpowiednie dojścia oraz cała góra pieniędzy do zrealizowania takiego planu, jednak wszystko, łącznie z jego detalami, wydaje się być gruntownie przemyślane i przeanalizowane pod wieloma kątami. Tutaj na pewno należą się gratulacje dla pisarza – przygotowanie na wysokim poziomie.

Zamknięcie kilku osób w jednym pomieszczeniu i wykorzystywanie tylko ich w pewnego rodzaju grze psychologicznej to wspaniała okazja do stworzenia wyrazistych i konkretnych postaci. Tutaj niestety nie wszystko wyszło tak jak powinno, chociaż w przypadku czterech osób mamy do czynienia z osobowościami i charakterami trudnymi do pomylenia. Dwie postaci są raczej nijakie – nie byłem w stanie przypisać im żadnych cech ani nie widziałem przed oczami wyobraźni tego, jakie emocje nimi targają wraz z rozwojem wydarzeń. Tak jak Alan już po pierwszych kilkunastu stronach objawiał się jako konkretny wzorzec cech i zachowań, tak Amanda wydaje się być postacią wstawioną tam przypadkiem, której nie da się w żaden sposób klasyfikować. Jest jak postać spotykana w grach komputerowych, która ma po prostu do odegrania niewielki epizod. To samo tyczy się zresztą Ryana, którego ciężko połączyć z jakimikolwiek cechami.

W wydarzenia, które mają miejsce w ciągu trzech godzin, wplecione zostały retrospekcje z życia głównego bohatera - Morgana Shepparda. Mają one za zadanie wyjaśnić czytelnikom dlaczego Morgan znalazł się w takiej a nie innej sytuacji i jak wyglądało kilka punktów zwrotnych w jego życiu, które wykreowały go na takiego człowieka, jakim go poznajemy. Same w sobie nie wnoszą wiele do fabuły, jednak odgrywają dużą rolę w budowaniu emocji u czytelnika. Dzięki nim (albo przez nie – w zależności jakie emocje w stosunku do głównego bohatera wzbudzą u danego czytelnika) możemy lepiej rozrysować swoją mapę uczuć, którymi obdarzamy Morgana Shepparda. Zresztą nie tylko jego, ponieważ – co prawda nie w sposób bezpośredni, ale jednak – w pewnym sensie nie wszystko jest takie losowe, jak chce autor, abyśmy od początku wierzyli.

Podsumowując jest to całkiem przyjemna, choć niezbyt porywająca książka. Pomysł jest naprawdę świetny i mam nadzieję, że ktoś (być może nawet Chris McGeorge) go powtórzy, jednak w jeszcze lepszej formie. Dwójka dobrze skrojonych bohaterów nadaje dynamiki całej powieści, ale w opozycji stoi kolejna dwójka nieco nijakich. Nie można powiedzieć, że źle się czytało, bo stylistycznie zarówno autor, jak tłumacz dali radę. Brakowało jednak klimatu, który jednak wcale nie tak łatwo zbudować mając do dyspozycji tak niewiele miejsca. Innymi słowy książka nie należy do tych z gatunku „trzeba przeczytać”, chociaż mimo wszystko mogę ją śmiało polecić - wśród wszystkich przeciętnych powieści, które przeczytałem, ta jednak ma pewne momenty, dla których zdecydowanie warto po nią sięgnąć. A być może inni nieco bardziej docenią trud włożony przez autora w zbudowanie historii opierającej się na kilku osobach i jednym pomieszczeniu…

Łączna ocena: 6/10