wtorek, 17 kwietnia 2018

10 lat Biblioteki Akustycznej - audiobooki rosną w siłę

Kiedy ktoś mówi "książki", większości ludzi kojarzy się to ze zgrupowanymi kartkami pokrytymi pismem, oprawionymi okładką, służącymi do czytania. Coraz więcej osób jednak myśli wówczas również o e-bookach, czyli książkach, które można czytać na komputerze, tablecie oraz czytniku. Audiobooki jeszcze nie pojawiają się tak często w naszych skojarzeniach, chociaż i tak jest z nimi już o wiele lepiej niż dekadę temu. Chociaż sam jeszcze niedawno proponowałem słuchanie podcastów zamiast audiobooków, to nie oznacza jednak, że ta forma książek powinna być marginalizowana - w końcu jeśli komuś o wiele lepiej jest słuchać, niż czytać, to czemu z tego nie skorzystać! Warto przypomnieć o istnieniu audiobooków przy okazji dziesięciolecia Biblioteki Akustycznej - jednego z pierwszych sklepów oferujących audiobooki na polskim rynku.

W związku z obchodami swojego dziesięciolecia Biblioteka Akustyczna udostępnia kilka infografik, które ukazują ogólny obraz słuchaczy ich produktów. W 2008 roku wspomniana już Biblioteka Akustyczna nagrała pierwsze 31 audiobooków, natomiast dzisiaj oferuje swoim klientom około pół tysiąca tytułów. 


Początki oczywiście były trudne, dla niemalże całego rynku audiobooków. Dyrektor Wydawniczy Biblioteki Akustycznej, Anna Kotlonek-Kowalik tymi słowami opisuje nastroje klientów na samym początku pojawiania się audiobooków na polskim rynku:

"Kiedy powstawaliśmy mało kto wiedział, czym jest audiobook. Ten termin jeszcze nie funkcjonował. W księgarniach nie było odpowiednich półek. Sprzedawcy nie wiedzieli, czy nasz produkt ustawiać obok książek, czy może płyt. Wiele odtwarzaczy nie obsługiwało jeszcze formatu mp3".

Według Martyny Bednarczyk z Biblioteki Akustycznej "przełomem było pojawienie się smartfonów, pozwalające na słuchanie audiobooka w każdych warunkach. Cyfryzacja i rozwój technologii wzmocniły pozycję audiobooków umożliwiając czytelnikom dostęp do książek »tu i teraz«, bez konieczności stania w kolejkach czy oczekiwania na dostawę".

Od tamtego czasu wiele się zmieniło - pojawia się coraz więcej audiobooków, z czego wiele z nich jest niezwykłych. Jedną z takich książek jest "Suma wszystkich strachów" autorstwa Toma Clancy'ego, której nagrywanie trwało aż 144 godziny (!), natomiast łączna długość samego audiobooka to 48 godzin.

10 lat Biblioteki Akustycznej


Początkowo audiobooki były traktowane głównie jako świetna alternatywa dla czytania dzieciom przez rodziców. Już od dłuższego czasu jednak z równie wielką chęcią sięgają po nie dorośli. Potwierdzać to mogą badania ARC Rynek i Opinia, które miały miejsce pod koniec 2016 roku. Według nich podział na kategorie wskazuje na to, że najczęściej nie słucha się wcale bajek, ale sensacji i kryminału (38% dla mp3, 36% dla CD), fantastyki (32% dla mp3 i 20% dla CD) oraz horroru i thrillera (31% dla mp3, 22% dla CD). W przypadku Biblioteki Literackiej podział jest nieco inny, co można zaobserwować na poniższej infografice.

10 lat Biblioteki Akustycznej

Rzeczywiście Martyny Bednarczyk z Biblioteki Akustycznej może mieć bardzo dużo racji w swoich słowach, przytoczonych już w jednym z wcześniejszych akapitów - rozwój technologii z pewnością pomógł popularyzacji audiobooków. Może o tym świadczyć duża przewaga plików mp3 przy wyborze formatu audiobooka nad płytami CD. Oczywiście część osób słucha zarówno plików mp3, jak i płyt CD (te drugie zwłaszcza idealnie pasują do podróży samochodem), jednak to pliki mp3 zdecydowanie wiodą prym. Według wspomnianych już badań ARC Rynek i Opinia na zlecenie Virtualo "74% respondentów słucha audiobooków podczas podróży, 72% podczas codziennego przemieszczania się środkami transportu miejskiego".

audiobooki

Biblioteka Akustyczna świętuje obecnie swoje dziesięciolecie, a wraz z nimi świętuje również rynek audiobooków. Coraz większe zainteresowanie audiobookami pokazuje, że jest to coś, co ludzie chcą i czym się interesują. Dla ogółu czytelnictwa jest to doskonała wiadomość!

A jak to u Was jest z tymi audiobookami? :) Słuchacie, czy wolicie jednak bardziej tradycyjne formy (jak np. e-booki - wielka burza za 3... 2... 1...)? :D



Cytaty, informacje oraz infografiki pochodzą z materiałów dostarczonych przez Business&Culture i Bibliotekę Akustyczną.

piątek, 13 kwietnia 2018

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Bohater wieków
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 786
Data wydania: 7 października 2015


Brandon Sanderson stworzył niesamowity świat, w którym osadzone są wydarzenia Ostatniego Imperium. To już trzeci i ostatni tom pierwszej trylogii, przedstawiającej Upadek i walkę ze Zniszczeniem. Łatwo zatracić się w uniwersum, bo z jednej strony ciągnie nas do niego niezwykłe podejście do magii, a z drugiej barwne opisy i kunszt samego autora. Co prawda nie jest to koniec przygody z Allomancją i światem Ostatniego Imperium, ale na pewno jest to zamknięcie pewnego rozdziału w całej przygodzie. Mimo początkowych problemów z dogadaniem się z książką, ostatecznie jest to chyba najbardziej sensowne rozwiązanie, jakie mógł wymyślić autor.

Zabicie Ostatniego Imperatora wydawało się być lekiem na wszystkie bolączki otaczającego świata. Pozbycie się tyrana, który uciska wszystkie ludy zamieszkujące ziemię jego imperium to przecież najlepsze, co można zrobić. Okazuje się, że jednak rządzenie nie jest wcale takie łatwe, zwłaszcza jeśli ma się na głowie coś o wiele potężniejszego niż zwykłe bunty. Coś, co przed powstaniem czegokolwiek dostało obietnicę obrócenia całego świata w popiół. I tenże popiół zaczyna coraz mocniej padać nie tylko na Elenda i Vin, ale na wszystko to, co kochają i za co są odpowiedzialni.

Nie wiem czego oczekiwałem od trzeciego tomu, ale jeśli mam być szczery, to rozłożenie magii na czynniki pierwsze było ostatnim, czego bym się spodziewał. Dla mnie to spore zaskoczenie, ale i duży plus - dawkowanie informacji zawsze było świetnym pomysłem na rozpalenie emocji i zaangażowania. Wielu autorów jednak nie daje rady doprowadzić do końca "encyklopedycznej" roli książki i nie wyjaśnia wielu dość istotnych spraw. Takich jak czym dokładnie są kandra, kolossy czy Inkwizytorzy. Brandon Sanderson robi to właśnie w tym tomie, jednak dawkuje tę wiedzę powoli, przez cały tom. Poznajemy również nie tylko samą naturę tych stworzeń i sposób, w jaki powstają, ale również możemy dojrzeć wspólny mianownik, który łączy je wszystkie.

"Natura to zorganizowany chaos... przypadkowy na małą skalę, z tendencjami na większą skalę".

Mam nieco ambiwalentne uczucia co do tego tomu. Początkowo bowiem podchodziłem do niego trochę jak pies do jeża ze względu na jego treść. Wydawała się mieć zdecydowanie za dużo rozważań filozoficznych, a za mało całej reszty. Pod pojęciem "całej reszty" mam oczywiście na myśli zarówno jakąkolwiek akcję, jak również planowanie, snucie intryg czy choćby przedstawianie obecnej sytuacji politycznej na świecie. Później jednak, kiedy zaczęły pojawiać się informacje dotyczące największych tajemnic Ostatniego Imperatora, całość zaczęła przyciągać uwagę. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że "Bohater wieków" intrygował jeszcze bardziej niż poprzednie dwa tomy. Nawet mimo tego, że cała książka rozbita została pomiędzy trzy grupy i akcja rzucona została w trzy różne miejsca.

Wydarzenia dzieją się w rok po tym, co poznaliśmy w "Studni wstąpienia". Sporo przez ten czas mogło się wydarzyć i nasi bohaterowie musieli odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości. Brandon Sanderson pokazał to poprzez zmianę w charakterach i osobowościach poszczególnych postaci. Wiele z nich to już nie są te same osoby, które znamy z poprzednich części. Najbardziej to widać w przypadku Elenda Venture i Spooka. Choć początkowo ich przemiana może się wydawać nieco dziwna, to jednak po głębszym zastanowieniu się możemy dojść do wniosku, że ma to jednak sens. I to nawet dużo sensu. W końcu obecny porządek rzeczy został całkowicie zburzony i przewrócony do góry nogami, a na barki wszystkich biorących udział w obaleniu Ostatniego Imperatora spoczęły nowe, nieznane dotychczas obowiązki. W takim przypadku należy albo się dostosować do nowej sytuacji, albo zginąć.

W przypadku rozkładania tajemnicy trzech gatunków (?) stworzeń autor tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że świat przez niego wykreowany jest naprawdę dopracowany i genialny. Jeśli miałbym sobie wyobrażać pracę Brandona Sandersona nad całym cyklem, to oczami wyobraźni widzę diagramy, tabele i wykresy porozwieszane na ścianach jego pracowni. W poprzednich tomach Ostatniego Imperium otrzymaliśmy wiele wskazówek lub pojedynczych wzmianek o wspomnianych tajemnicach, które jednak wówczas nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Nawet nie wyglądały na celowo umieszczone, żeby wzbudzić zainteresowanie. One zostały po prostu idealnie wtopione w treść, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Dopiero podczas lektury "Bohatera wieków" powoli przypominają się niektóre sceny wraz ze wskazówkami w nich zawartymi. Po prostu aż chce się pacnąć w czoło a potem spojrzeć z szacunkiem na nazwisko autora.

"Najlepszym sposobem, by kogoś oszukać, było danie mu tego, czego pragnął. A przynajmniej czego oczekiwał. Dopóki zakładał, że znajduje się o krok przed przeciwnikiem, nie odwracał się, by sprawdzić, czy nie było takich kroków, które przegapił".

Ostatni tom Oryginalnej Trylogii (tak bowiem można przetłumaczyć oryginalną nazwę pierwszych trzech części "Mistborn") zaskoczył, i to bardzo. Pod wieloma względami. Nieco słabszy drugi nie napawał optymizmem, część opinii również wskazywała na tendencję spadkową. Takowa jednak pojawiła się na początku, jednak w moich oczach dość szybko przemieniła się z brzydkiego kaczątka w dorodnego łabędzia. Nie jest pozbawiona wad i skaz, ale jest naprawdę rzeczowa. Może nieco kuleje pod względem tempa i pomysłu, ale jako coś w rodzaju encyklopedii czy wręcz biblii, jest nie do zastąpienia. Bogaty świat stworzony przez Sandersona dopiero w "Bohaterze wieków" pokazuje cały swój ogrom i piękno i choćby dla poznania tajemnic Ostatniego Imperatora - jak i w ogóle całego świata - warto dotrzeć do tego tomu.

Trochę mieszanych uczuć wywołuje również samo zakończenie, które jest jednocześnie przemyślane i... niepasujące. Nie umiem tego dokładnie w słowa ubrać, ale coś mi z nim nie pasuje. Oczywiście wszystkie tomy wręcz dążą do tych konkretnych wydarzeń, chociaż nie pokazują nam tego bezpośrednio, a nawet sam pomysł na rozwiązanie wydaje się być dopracowany i wręcz idealnie dobrany. Jednak jest pewne "ale". Być może chodzi o nieco zbyt szybkie potoczenie się wydarzeń. Być może o marginalne opisanie ostatnich chwil spędzonych przez Czytelników z Bohaterem Wieków jako postacią. A być może chodzi o zebranie takich drobnostek, które lekko kłują, a które razem stały się niezbyt wielkim, ale strasznie niewygodnym kamienień.

Zakończenie historii Vin i Elenda jest naprawdę bardzo przednie, nawet mimo targających mną wątpliwości. Początek zdecydowanie nie powala, przepełniony filozoficznymi rozważaniami, ale im dalej, tym "Bohater wieków" lepszy. Pełniejszy.  Wyjaśniający wiele aspektów funkcjonowania świata, to jak się okazuje ma przeogromny wpływ na wszystkie opisane wydarzenia. Wyzwala w ten sposób chęć na dalsze książki napisane w stworzonym przez Sandersona Uniwersum. Ostatni tom trylogii nie jest pozbawiony wad, chociaż zdecydowanie ma więcej plusów - zwłaszcza dla kogoś, kto łaknie wiedzy o wykreowanym świecie nawet bardziej niż dobrej przygody.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

Z mgły zrodzony | Studnia wstąpienia | Bohater wieków
Stop prawa | Cienie tożsamości | Żałobne opaski


wtorek, 10 kwietnia 2018

Bardzo chcę! #44 - Anne Applebaum - "Czerwony głód"

Anne Applebaum - "Czerwony głód"
Źródło: Lubimy Czytać
Ostatnimi czasy ciągle fantastyka króluje na blogu. Tymczasem nie samą fantastyką człowiek żyje, a ja czasem mam ochotę na nieco bardziej poważne pozycje. Literatura faktu pojawia się u mnie dość rzadko. Czasem chciałoby się nawet rzec, że za rzadko, ale tak po prostu wychodzi - znacznie bardziej ciągnie mnie jednak to wymyślonych historii w jakimś stworzonym w głowie autora uniwersum. Rzeczywistość wokół nas jest często bowiem bardzo nieprzyjazna. Zdecydowanie jednak wszyscy Czytelnicy tego bloga nie mają na co narzekać przy ludziach, którzy opisani są w książce Anne Applebaum po tytułem "Czerwony głód". A co najgorsze - ludzie ludziom zgotowali ten los.

Wielki głód na Ukrainie, zwany również Hołodomorem, miał miejsce w latach 1932 - 1933. To właśnie on jest głównym tematem "Czerwonego głodu", który to nie bez powodu nosi taki a nie inny tytuł w dziele Anne Applebaum. Na pewno nie jest to łatwa w odbiorze książka ani taka, po którą można sięgnąć w celu zwykłej rozrywki. Tematyka jest niezwykle trudna, ale jestem przekonany, że została przedstawiona w sposób przystępny.

Najlepiej będzie jeśli jak zawsze sami zobaczycie, co ma do powiedzenia opis wydawnictwa.

Najnowsza książka nagrodzonej Pulitzerem autorki „Gułagu” i „Za żelazną kurtyną” udowadnia, że wielki głód na Ukrainie był drugim, po Holocauście, największym aktem ludobójstwa XX wieku. 
W 1929 roku Stalin zainicjował politykę masowej kolektywizacji, która odebrała ziemię milionom chłopów. Efektem był śmiertelny głód w latach 1931-32, który pociągnął za sobą 5 milionów ofiar. Zamiast rozwiązać głodowy problem, Stalin postanowił wykorzystać go do swoich politycznych celów… 
W swojej książce Anne Applebaum dowodzi, że ponad trzy miliony Ukraińców zmarło z głodu za sprawą przemyślanych politycznych decyzji Kremla. Wstrząsający „Czerwony głód” rekonstruuje nie tylko polityczne i narodowościowe tło zbrodni, ale pokazuje tragedię ludzi, którzy w ostateczności dopuszczali się aktów kanibalizmu nawet względem własnych dzieci. To także książka o uruchomionej przez Stalina machinie propagandy i dezinformacji mającej na celu zatuszowanie faktu istnienia i skali głodu. Niewątpliwie jest też wciąż aktualnym ostrzeżeniem: politycy są w stanie wykorzystywać kataklizmy do realizowania własnych, podstępnych i zbrodniczych celów.


niedziela, 8 kwietnia 2018

"Szepty zgładzonych" - Praca zbiorowa

"Szepty zgładzonych" - Praca zbiorowa
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Praca zbiorowa
Tytuł: Szepty zgładzonych
Wydawnictwo: Insignis
Stron: 225
Data wydania: 8 kwietnia 2015


Czasem dobrze jest przeczytać zbiór opowiadań, który odciąży nieco umysł od bardziej wymagających utworów. Jeśli dany zbiór został utworzony we współpracy wielu autorów, to tym lepiej. Nigdy nie wiadomo które z dzieł okaże się być naprawdę świetne i być uda się odkryć nowy talent. Pod warunkiem oczywiście, że talent ten będzie miał na swoim koncie również więcej utworów. "Szepty zgładzonych" to przykład zbioru napisanego przez fanów, chociaż w niektórych przypadkach czyta się go z wypiekami na twarzy.

Świat po apokalipsie wygląda zupełnie inaczej. Wszystkie źródła informacji zniknęły - oprócz jednego. Ludzkiego umysłu. Nic więc dziwnego, że wśród ocalałych mieszkańców moskiewskiego metra krąży mnóstwo opowieści, plotek i legend. Część z nich pochodzi nawet z oddalonej Polski, która - jak się okazuje - też dojrzała w podziemiu miejsce ratunku. Bez względu na wiarygodność każdej opowieści, mają one w sobie ziarnko prawdy. Mieszkając w metrze, na stacjach, gdzie wszyscy otoczeni są przez tunele z czającym się wiecznie niebezpieczeństwem, wierzyć w ziarnko prawdy często oznacza przeżycie.

"Dzieci często pytały go, czy dużo zabija podczas poszukiwań. Zawsze wtrącały się inne, mówiąc, że zabija tylko złych ludzi, a on dodawał, że nie spotkał jeszcze w metrze tych dobrych."

Zbiory opowiadań bardzo często są nierówne i tak samo jest właśnie w przypadku "Szeptów zgładzonych". Opowiadania napisane przez fanów Uniwersum Metro 2033 nie są identyczne jakościowo, ale tego można się było spodziewać. Jest kilka wartych uwagi opowiadań, chociaż jest też kilka, do których musiałem się zmusić, żeby je przeczytać. To jest jednak pewnego rodzaju cena, którą trzeba płacić za czytanie zbiorów, w których występuje kilku autorów. Człowiek człowiekowi nierówny, więc ich dzieła również będą przeróżnej jakości.

Ten tom, który jest już drugim zbiorem fanów, jest mimo wszystko lepszy w mojej opinii niż "W blasku ognia". Opowiadania wydają się być lepiej przygotowane i wyselekcjonowane. Zwłaszcza te najlepsze mogłyby śmiało dorównywać powieściom, które znalazły swoje miejsce w oficjalnych wydaniach spod znaku Uniwersum Metro 2033. Przyznam szczerze, że z wielką chęcią zobaczyłbym pełne powieści kilku z autorów poznanych w "Szeptach zgładzonych". Czy to w postaci kontynuacji przedstawionych opowiadań, czy też jako zupełnie nowe historie. Zwłaszcza, że mogłyby to być naprawdę świeże powiewy w całym świecie stworzonym przez Glukhovsky'ego.

"Nikt was już nie tknie, nie wyłupie oczu, nie pożre wnętrzności. Nikt was już nie tknie, a ja będę strażnikiem pamięci o was."

Mam nadzieję, że kolejne tomy chociaż utrzymają ten poziom - nie spodziewam się bowiem niesamowicie wysokiej jakości. Widząc jednak trend wzrostowy (być może nieznacznie, ale jednak!) nastawiam się coraz bardziej optymistycznie. "Szepty zgładzonych" nie objawiły się bowiem jako lektura najwyższych lotów, ale na pewno można ten zbiór nazwać dobrze rokującym uzupełnieniem całego Uniwersum. Nie miałem okazji jeszcze prześledzić opinii o pozostałych wydanych tomach, ale mam cichą nadzieję, że potwierdzą się moje przepuszczenia.

Jeśli chcecie dopiero zacząć swoją przygodę z Uniwersum Metro 2033, to sięgnięcie po tego e-booka niekoniecznie może być dobrym pomysłem. Jeśli jednak wiecie już, czego można się spodziewać po autorach tworzących kolejne historie osadzone w postapokaliptycznym świecie, to może to być ciekawe uzupełnienie Waszych przygód. Proste, w wielu miejscach nawet świetnie dopracowane przygody dadzą Wam chwilę radość, choć również odrobinę zawodu. Sprawdźcie jednak sami, która z opowiedzianych historii okaże się warta Waszego czasu. Któraś z nich wciągnie Was zapewne bardziej niż tunele moskiewskiego metra.

Łączna ocena: 6/10


piątek, 6 kwietnia 2018

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" - Karolina Kozioł

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" - Karolina Kozioł
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Karolina Kozioł
Tytuł: Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 102
Data wydania: 28 marca 2018


Literatura faktu gości w mojej biblioteczce zdecydowanie zbyt rzadko. Jest wiele tematów, które warto poznać - zwłaszcza od osób, które spotkały się z nimi w sposób bezpośredni. A dokładnie tymi słowa można opisać Karolinę Kozioł - młodą, bo zaledwie 23-letnią kobietę, która postanowiła spełnić swoje marzenie i przy okazji pokazać światu prawdziwe oblicze sytuacji irańskich kobiet. I jeśli sądzicie, że w książce spotkacie się jedynie z negatywnymi stronami bycia kobietą w Islamskiej Republice Iranu, to jesteście w błędzie.

Iran - kraj otulony od północy Morzem Kaspijskim, a od południa dwiema zatokami - Zatoką Perską oraz Zatoką Omańską. Nie bez powodu w pełnej nazwie posiada słowo "Islamska". Oficjalnym ustrojem jest republika islamska, która wiele swoich praw opiera na Koranie. Jednocześnie Iran jest jednym z najbardziej zmodernizowanych pod względem praw państw Bliskiego Wschodu, co pragnie pokazać Karolina Kozioł. Jednocześnie jednak rola kobiety w społeczeństwie wciąż jest nie taka, jaką znamy z krajów europejskich. Iran więc jawi się jako kraj skrajności, który można jednocześnie podziwiać i mieć do jego praw wiele zastrzeżeń.

Książka Karoliny Kozioł to przede wszystkim przekrój przez historię Iranu ze szczególnym uwzględnieniem praw kobiet. Autorka przedstawia głównie wiek XX i zmiany jakie następowały w społeczeństwie w zależności od tego, kto akurat zasiadał przy władzy. Tak po prawdzie na stu stronach książki głównie dowiemy się jak kształtowały się prawa kobiet zarówno od strony prawnej, jak i czysto społecznej. Oczywiście to, co obecnie można obserwować w Iranie, jest wypadkową wydarzeń i zmian na przestrzeni lat, i - zgodnie ze słowami samej autorki - zmiany te ciągle postępują.

"Świat nigdy nie znalazł dobrej definicji dla słowa »wolność«."

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" w pewnym sensie przełamuje wiele stereotypów dotyczących tego, w jaki sposób w Islamskiej Republice Iranu traktowane są kobiety. Zgodnie z wiedzą przeciętnego zjadacza chleba, płeć żeńska nie ma tam łatwego życia. Książka Karoliny Kozioł pokazuje jednak nowe fakty, które zebrała podczas rozmów z kilkoma kobietami w trakcie swojej wizyty w Iranie. Okazuje się, że jest to państwo pełne sprzeczności, gdzie z jednej strony jest prawie niemożliwe, żeby kobieta uzyskała rozwód, a z drugiej kobieta prowadząca własną działalność gospodarczą jest czymś oczywistym i normalnym.

Większa część książki to wspomniane już przeze mnie informacje czysto "historyczne". Budują one pewne fundamenty dla dalszej części opowieści, czyli samych rozmów z przedstawicielkami płci pięknej. Można jednak odnieść wrażenie, że wrażeń z wywiadów jest nieco za mało. Ponad to podczas przytaczania tego, co mówiły rozmówczynie autorki, pojawia się dużo emocji ze strony autorki, które zdecydowanie zmieniają wydźwięk książki na o wiele bardziej subiektywny. Czasem trzeba niestety postarać się usunąć sprzed oczu emocje, aby spojrzeć chłodnym wzrokiem na to, co właśnie przyswoiliśmy. Zdecydowanie bardziej wartościowe są więc fragmenty opisujące samą historię i przemiany, niż krótkie chwile z rozmówczyniami Karoliny Kozioł.

"Żadna rzecz nie da ci tyle wolności, co pasja. To szczęście, które dostajesz zupełnie za darmo. Życie oferuje nam ogromne możliwości, miej oczy szeroko otwarte i podążaj za pasją..."

Trzeba jednak oddać autorce, że bez względu na to, jak spoglądamy na poszczególne części książki, to patrzymy na nie z przyjemnością. Czyta się ją bowiem szybko, bez żadnych problemów związanych ze stylem czy jakimikolwiek potknięciami językowymi. Karolina Kozioł wykorzystała narrację pierwszoosobową wymieszaną z bardzo lekkim przedstawianiem faktów - nie w sposób encyklopedyczny, tylko o wiele bardziej przystępny. Książkę można więc pochłonąć w dosłownie kilka chwil, a każda z nich będzie dobrze spędzoną chwilą. W końcu dowiadujemy się wielu zupełnie nowych rzeczy dotyczących życia kobiet w jednym z krajów islamskich. A skoro informacje podane są lekko, to tylko dodatkowy powód, żeby po nie sięgnąć.

Przyznam szczerze, że sięgając po tę pozycję bałem się trochę zaszywania propagandy - czy to w jedną, czy drugą stronę. Spodziewałem się albo nastawienia na narracje pod tytułem "jak to kobiety tam mają tragicznie, to urąga godności człowieka" lub wręcz w drugą stronę - "tak naprawdę to kobiety tam mają świetnie i o co ten cały szum". Wydaje się jednak, że autorka - czy to świadomie czy nie - wykorzystała popularność tego tematu jedynie po to, aby zwyczajnie rzeczywiście spełnić swoje marzenie i przedstawić prawdziwe realia. Zwłaszcza, że na kartkach książki znajdziemy również nastawienie zwykłych, szarych obywateli Iranu do USA, wraz z ich opiniami o rządowej propagandzie.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę każdemu zainteresowanemu sytuacją kobiet na tle praw naturalnych oraz praw stanowionych. "Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" świetnie obrazuje nie tylko to, z jakim traktowaniem spotyka się w Islamskiej Republice Iranu płeć piękna, ale również dlaczego obecna sytuacja jest taka, a nie inna. Napisana lekkim piórem, przyjemna, ze sporą ilością danych oraz przede wszystkim pasją. Sam bym z wielką chęcią obejrzał materiał filmowy, który powstał podczas rozmów z irańskimi kobietami. Byłoby to z pewnością świetne uzupełnienie tego, co zostało zawarte w książce.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 4 kwietnia 2018

Co pod pióro w kwietniu 2018?

Ledwie się 2018 rok rozpoczął a tu już praktycznie święta minęły! No tak, wiem, Wielkanoc dopiero za nami, ale taka wstawka robi lepsze wrażenie i podkreśla nieubłagalny upływ czasu. Czas jednak należy dobrze wykorzystywać i starać się go naginać do naszych potrzeb na tyle, na ile jest to możliwe. A przede wszystkim nie karać się za drobne przyjemności (pamiętacie, co pisałem o "Wy wszyscy moi ja"?) - jesteśmy leniwymi bułami i musimy się z tym pogodzić, bo to nic złego! A skoro nie powinniśmy się karcić za przyjemności, to czemu by nie czytać coraz więcej? Może i nie przeczytałem w marcu jakiejś oszałamiającej liczby książek, ale plany marcowe udało mi się zdecydowanie zrealizować.

Mimo pewnych obaw udało się przeczytać akurat te książki, które chciałem. Nie musiałem iść na kompromis z moim czasem, więc w sumie nie mam na co narzekać. Nie będę jednak kwietnia planował zbyt ambitnie, ponieważ różnie z nim może być. Na pewno sama przerwa świąteczna, która się właśnie kończy, nie wpłynie zbyt dobrze na moje czytelnictwo. Trochę różnych planów na czwarty miesiąc tego roku również już mam, część związana z nauką, więc z pewnością tempo będzie nieco mniejsze (jakby teraz było jakieś oszałamiające...) - ale na pewno nie daruję sobie tej przyjemności. 

W takim razie może wystarczy już tego biadolenia i przejdźmy do rzeczy, czyli do książek, które zaplanowałem na kwiecień. Jak zwykle wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. :)

"Cień rycerza" - Sebastien de Castell
"Cień rycerza" - Sebastien de Castell

Drugi tom cyklu "Wielkie Płaszcze", autorstwa mieszkającego w Vancouver Sebastiena de Castella. Pierwszy tom miałem okazję skończyć dosłowie parę dni temu, a wpadł mi w ręce całkowitym przypadkiem. "Cień rycerza" natomiast jest egzemplarzem recenzenckim, więc cieszę się z tego "przypadku". :)
"Bohater wieków" - Brandon Sanderson
"Bohater wieków" - Brandon Sanderson

To już trzeci tom i trzeci miesiąc mojej przygody z Brandonem Sandersonem. Może powinienem zwolnić, bo zaraz książek zabraknie? ;) Na pewno chcę jednak skończyć chociaż pierwszą trylogię, a zobaczę jak będzie dalej z "Waxem i Waynem". W końcu i tak będzie trzeba czekać i tak, może więc zrobię sobie trochę odpoczynku.
"Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych" - Manuel Loureiro
"Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych" - Manuel Loureiro

Jak się powiedziało A, to się powinno powiedzieć B. "B" co prawda już powiedziałem czytając "Mroczne dni", ale zostało jeszcze ostatnie "C" w postaci właśnie "Gniewu sprawiedliwych". Tom ten kończy trylogię i rozwiązuje (albo i nie, jeszcze nie wiem) wszystkie problemy głównego bohatera. Oraz świata, jaki znamy.
NIESPODZIANKA

Tym razem też będzie niespodzianka! Ja już doskonale wiem jaka, a jako podpowiedź napiszę, że nie jest to ani fantastyka, ani kryminał! Do tego jest to świeżynka, która niedawno się pojawiła na rynku. Porusza niełatwą tematykę, można powiedzieć, że będacą pewnym odłamem dość popularnego w ostatnich czasach tematu. Co to dokładnie za tytuł? Możecie zgadywać albo po prostu poczekać, aż pojawi się w widżecie serwisu Lubimy Czytać w prawej kolumnie, w którym staram się na bieżąco pokazywać co aktualnie jest u mnie na tapecie. :)

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Podsumowanie marzec 2018

Koniec zimy, wiosny początek - tyle w teorii, bo praktyka pokazuje coś zupełnie innego. W sumie to już od kilku lat. Chciałoby się już pooddychać ciepłym powietrzem a tu cały czas ujemne temperatury zapowiadają! Przynajmniej nie muszę się spieszyć z zakupem leżaka na balkon, zbyt szybko się nie przyda. Chociaż wybitnie irytuje słońce uderzające prosto w okno koło biurka - a że nie mam zasłon zaciemniających tylko zwykłe dekoracyjne... Trzeba się przenieść do piwnicy, żeby pracować. A do pokoju wchodzić jedynie z książką. Tak, to jest dobry pomysł. Będzie trzeba wprowadzić ten plan w życie! Kiedyś... Jak będzie większa piwnica.

Tymczasem podsumujmy może miniony miesiąc pod kątem przeczytanych książek, a nie statystyk dotyczących temperatur. Chociaż to z pewnością byłyby bardzo ciekawe statystyki! Mam nadzieję, że przedstawione poniżej dane również okażą się być interesujące i zaspokoją Wasz głód wykresów i tabelek (taa, wcale nie mój głód, wcale a wcale)! Miesiąc czytelniczo minął mi całkiem przyjemnie. Zaliczyłem kilka świetnych książek, jedną przeciętną, ale całokształt wyszedł bardzo na plus. Kwiecień zapowiada się równie interesująco, jednak plany pokażą się na blogu już na dniach, klasyczni jak co miesiąc! Tym razem możecie dla odmiany obejrzeć bardzo ciemne zdjęcie mojego autorstwa, przedstawiające rosiczki w marcowym słońcu z liśćmi dzbanecznika zwisającymi gdzieś w tle!

Na początek więc klasycznie parę informacji dotyczących przeczytanych przeze mnie książek. Jestem z wyników bardzo zadowolony, zarówno jeśli chodzi o liczbę książek, jak i stron. Na pewno zasługą był fakt, że większość z nich była bardzo dobrymi powieściami. Utrudniało to oderwanie się od treści. ;)



Teraz pora na Google Analytics! Zawsze jak na niego patrzę to śmieję się w duchu. Mam bowiem jeszcze jednego bloga, ale technicznego, stricte związanego z IT. Prowadzonego w języku angielskim, co wiąże się z o wiele większymi zasięgami (w końcu w Polsce mamy około 40 milionów ludzi, a osób rozumiejących język angielski na świecie jest kilka razy więcej). Zabawnie więc wygląda przełączanie się pomiędzy statystykami tych stron. Około 400 użytkowników tutaj kontra dziesięć razy tyle na drugim blogu. ;)



Razem z większą liczbą przeczytanych książek (czy też po prostu większą liczbą przeczytanych stron) idzie również więcej przeczytanych milimetrów. Nawet jeśli są to nieznaczne różnice, to jednak każdy milimetr może oznaczać "zaliczyć albo nie zaliczyć"!




Całkiem nieźle wypada również w tym miesiącu statystyka "zdobywcza". Co prawda głównie są to zakupy (muszę wreszcie przystopować, tyle innych wydatków!), ale cóż... Może w przyszłym miesiącu będzie trochę biedniej! :)



Na tym zakończymy obrazki, grafiki i wykresiki i przejdziemy już do pisaniny oraz linków! Kilka opinii się udało opublikować w tym miesiącu, a oprócz tego post wyjaśniający czym są podcasty, który jednocześnie gorąco zachęca do wypróbowania tego medium! Poniżej przedstawiam kompletną listę opinii wraz z odnośnikami:

1. "Wędrowiec" - S. Cormudian
2. "Koniec drogi" - D. Glukhovsky
3. "Druga rzeczywistość" - A. Mathiasz
4. "Studnia wstąpienia" - B. Sanderson
5. "Gra Geralda" - S. King
6. "Ostrze zdrajcy" - S. de Castell
7. "Szepty zgładzonych" - Praca zbiorowa

Na dzień dzisiejszy "Szepty zgładzonych" są już skończone, jednak ze względu na Święta nie miałem okazji, żeby napisać i opublikować opinię. Nadrobię to oczywiście niezwłocznie!

Największą popularnością cieszył się wpis z opinią o "Wy wszyscy moi ja" autorstwa Miłosza Brzezińskiego. Naprawdę bardzo dobra książka, mogę ja jeszcze raz z czystym sumieniem polecić. Post z lutego, a przez cały marzec cieszył się ogromną popularnością! Najwięcej wejść z bloga książkowego tym razem pojawiło się z "Cząstki mnie" - bloga prowadzonego przez Gosię! :)

Mam nadzieję, że kwiecień będzie dla nas wszystkich jeszcze bardziej łaskawy! :)


czwartek, 29 marca 2018

"Ostrze zdrajcy" - Sebastien de Castell

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Ostrze zdrajcy
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 420
Data wydania: 24 maja 2017


Fantastyka bardzo często kojarzy się z sprytnie uknutymi intrygami, walką o władzę na wysokim szczeblu oraz niesamowitym klimatem, który jest charakterystyczny i niepowtarzalny. "Ostrze zdrajcy" jeszcze przed jego przeczytaniem idealnie wpasowuje się w ten obraz. Czy może być bowiem lepszy przykład niż spisek koronacyjny z kompletnym przewróceniem systemu wartości w królestwie? Zdecydowanie nie. Trzeba to jedynie teraz świetnie opisać i stworzyć niesamowity klimat. Można powiedzieć, że Sebastien de Castell zrobił to całkiem dobrze, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Gdy król umiera, a najwyżsi dostojnicy państwowi uważani są za zbrodniarzy, nie jest dobrze być członkiem świeżo rozwiązanych Wielkich Płaszczy. Kiedy każdy rycerz to przestępca, niebezpiecznie jest posiadać umiejętność posługiwania się rapierem. Źle jest też ubierać się dostojnie lub po prostu elegancko, jak ktoś bogaty. A jeśli chce się rozwikłać intrygę zawiązaną gdzieś niesamowicie wysoko, to trzeba być gotowym do poświęceń. Byle nie swojego życia - martwy w końcu raczej nikogo nie uratuje.

Całą historię zawartą w "Ostrzu zdrajcy" poznajemy z perspektywy pierwszej osoby. Falcio val Mond, bo tak nazywa się główny bohater i jednocześnie narrator, to kantor Wielkich Płaszczy - obecnie wyjętej niemalże spod prawa organizacji, która nigdyś dumnie strzegła porządku na królewskich ziemiach. Ze względu właśnie na narrację pierwszoosobową nie otrzymujemy wszystkich informacji w sposób obiektywny, bowiem narrator nie jest wszechwiedzący. Możemy śledzić to, co dzieje się w głowie Falcia oraz odbierać otaczający go świat tak, jak on go odbiera. Ma to swoje plusy i minusy, chociaż dla tej konkretnej powieści zabieg ten okazuje się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu każda kolejna chwila spędzona z głównym protagonistą jest wypełniona mnóstwem niewiadomych, a te serwowane są przez autora z umiarem.

"Kest wzruszył ramionami.- Święty to przecież tylko mały Bóg."

Świat wykreowany przez Sebastiena de Castella to klasyczny świat fantasy (o ile mogę użyć takiego sformułowania), który niewiele różni się od wielu innych uniwersów. Chociaż powiewem świeżości jest wykorzystanie motywu, który stworzył Johnston McCulley - obrońcy sprawiedliwości zaprowadzającym ład i porządek za pomocą szpady. Co prawda w przypadku "Ostrzy zdrajcy" jest to trzech mistrzów rapiera, chociaż w pewnym sensie są zepchnięci na skraj prawa. I to prawa, którego sami bronili. Na pewno śledzenie przygód osadzonych w tym świecie było odświeżającym przeżyciem i doskonale kontrastowało z wszędobylskimi, bardziej klasycznymi uniwersami. Choćby dla tej świeżości warto sięgnąć po "Ostrze zdrajcy".

Mam trochę kłopot z samą oceną zarówno fabuły, jak i sposobu jej poprowadzenia. Do budowania postaci nie można się absolutnie przyczepić. Świat widzimy z perspektywy Falcia, więc widzimy w pewnym sensie jego myśli i to, jakimi widzi on swoich towarzyszy broni. Każdy z nich jest charakterystyczny i do bólu konsekwentnie prowadzony. Zwłaszcza główny bohater - potrafi on wręcz irytować swoim idealizmem oraz butą i pewnego rodzaju brakiem instynktu samozachowawczego. Trzeba jednak autorowi przyznać, że postać choć irytująca, to nakreślona niesamowicie. W końcu, gdyby było inaczej to nie potrafiłaby wywołać żadnych uczuć. A zwłaszcza tych negatywnych, skierowanych przeciwko samej postaci, a nie autorowi.

"Nie było to najbardziej eleganckie zakończenie walki, ale my żyliśmy, a oni nie, więc przez krótką chwilę wszystko było z tym światem w porządku."

Nieco wątpliwości mam jednak co do niektórych wydarzeń opisanych w powieści. Część z nich wydawała się być nieco... naciągana? Niezbyt prawdopodobna (oczywiście na tyle, na ile możemy mówić o prawdopodobieństwie w przypadku powieści fantasy) lub wręcz przeciwnie - zbyt sztampowa. Gdyby natomiast narysować wykres obrazujący tempo, powstałoby coś na kształt sinusoidy. Nieco utrudniało to czytanie i cieszenie się z powieści, która mimo wszystko była pełna akcji i zbudowana na prostym, lecz intrygującym schemacie. Innymi słowy potrafi porwać, chociaż ma również sporo wad. Przyznam szczerze, że spodziewałem się nieco więcej po książce nominowanej do wielu nagród literackich oraz szeroko reklamowanej jako finalistka wielu z nich. Niestety tutaj muszę przyznać z bólem, że chyba "Ostrze zdrajcy" jest pod tym względem przereklamowana.

Mimo wszystko bardzo ją polecam, bo mimo niespełnienia moich oczekiwań, okazała się naprawdę świetną powieścią. Zawiesiłem po prostu poprzeczkę dość wysoko, ale "Ostrze zdrajcy" i tak wyskoczyło wystarczająco wysoko. Konstrukcja świata może skusić nie tylko fanów fantastyki, ale również miłośników bardziej "klasycznej" literatury. Podobieństw do "Zorro" jest mnóstwo, jednak tak naprawdę jest to całkowicie osobna historia, która - mam nadzieję - rozwinie się jeszcze lepiej w następnych tomach. Ma swoje minusy, ale nie spychają one plusów na drugi plan. Na pewno pozycja ta może być doskonałą odskocznią od tradycyjnej fantastyki, pełnej magii, magicznych bestii i nieprawdopodobnych krain.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Wielkie Płaszcze"

Ostrze zdrajcy | Cień rycerza | Krew świętego | Tron tyrana


sobota, 24 marca 2018

"Gra Geralda" - Stephen King

"Gra Geralda" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Gra Geralda
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Stron: 330
Data wydania: 6 września 2017


Jednym z moich marzeń, które skutecznie realizuję, jest przeczytanie całego dorobku literackiego Stephena Kinga. Jak na razie - o czym już wspomniałem - udaje mi się to marzenie pchać do przodu, a "Gra Geralda" jest kolejnym stopniem utworzonym na schodach do celu. Nie wszystkie książki Mistrza Grozy są przez każdego uznawane za wspaniałe. Przy takiej liczbie dzieł muszą się trafić nieco słabsze lub takie, które zwyczajnie nie zyskają fanów. Część z nich to średniaki, które przyjemnie przeczytać, jednak nie zostawiają w człowieku pewnego efektu "wow". Obawiam się jednak, że w tym przypadku schodzimy nawet poniżej średniej.

Niektórzy uwielbiają wyuzdany seks. Inni kochają brutalny seks, okraszony szczyptą pikanterii. Czasem aż zbyt wielką szczyptą. Gerald chciał doprawić nieco swoje życie seksualne i wraz z małżonką udali się do domku letniskowego, gdzie mogli zabawiać się w dowolny sposób. Nie przewidzieli jednak jednego - że domki letniskowe na odludziu to zazwyczaj idealny początek horroru. Horroru, którego główną bohaterką staje się żona Geralda.

Stephen King udowodnił za pomocą między innymi "Misery", że potrafi stworzyć klimatyczną powieść opartą o jedno pomieszczenie i dwójkę osób. "Gra Geralda" to próba ograniczenia liczby postaci do jednej, i to uwięzionej. Nie wiem czy jest to po prostu zbyt trudne do wykonania czy po prostu Mistrzowi noga się powinęła, ale ta historia zdecydowanie nie należy do najlepszych książek Kinga. Wręcz przeciwnie - przyznam szczerze, że przez zdecydowaną większość czułem się znudzony i czekałem na jakiekolwiek rozwinięcie. Na szczęście doczekałem się takich fragmentów, chociaż były to opisy przeszłości bohaterki, które odsłaniają przez Czytelnikiem jej traumatyczne przeżycia.

"Boże, daj mi pokorę, bym pogodziła się z rzeczami, których nie mogę zmienić, daj mi odwagę bym zmieniła rzeczy, które mogę zmienić, i daj mi mądrość, bym potrafiła je rozróżnić. Amen"

Cała książka składa się tak naprawdę z dwóch głównych wątków. Jednym z nich jest sytuacja Jessie w chatce w lesie, jej bieżące przemyślenia oraz próby poradzenia sobie z sytuacją, w której się znalazła. Drugim wątkiem jest jej przeszłość, opisywana w postaci wspomnień, które pojawiają się zarówno w tracie snu, jak i chwil przytomności umysłu. Pierwszy z nich jest zdecydowanie tym słabszym, zwłaszcza na samym początku. Początkowe sto stron (czyli tak naprawdę 1/3 całej książki) nie napawa optymizmem i utrzymałem się przy niej jedynie siłą własnej woli. Opisy są bowiem rozwlekle, dość nudne i niezbyt interesujące, a także niewiele wnoszą do samej historii.

Pod znakiem zapytania można postawić retrospekcje, które pojawiają się w głowie bohaterki. Wydają się być idealne jako tło do przedstawienia trudnej przeszłości, jednak w tej książce nie wnoszą one kompletnie nic. Są jedynie pewnym szokującym elementem, który mógłby zostać o wiele lepiej wykorzystany w dowolnej innej powieści. Naprawdę, mimo swojej brutalnej natury, są one doskonałym przedstawieniem problemów, z jakimi styka się więcej osób niż zapewne chcemy sobie zdawać sprawę. Jednak w kontekście "Gry Geralda" są czymś w rodzaju zaprzepaszczonej szansy. Szokują, ale nie dają ku temu powodów. Jedyne sensowne wyjaśnienie to chaotycznie pędzące myśli kobiety prawie na skraju załamania nerwowego. Tylko czemu autor wybrał akurat taką a nie inną przeszłość Jessie?

"Sny to myślowy odpowiednik streszczeń książek; nie pamięta się nieistotnych szczegółów."

Najbardziej zaskakujące są jednak ostatnie strony książki. Nie zamierzam zdradzać co opisują, jednak są one najlepszą częścią całej powieści. Tak naprawdę stanowią świetne rozwiązanie dowolnej historii, zbudowanej w oparciu o informacje, które zawierają. Aż żal, że tak nijaka książka ma tak dobre zakończenie. Zdecydowanie jednak podbija ono ogólną opinię o "Grze Geralda" choćby z tego powodu, że zwiększa sens jej przeczytania. Szkoda jednak, że Stephen King nie wykorzystał go w innej, o wiele lepszej powieści.

"Gra Geralda" zdecydowanie potrafi wywołać ambiwalentne uczucia. Z jednej strony pełna niezwykle brutalnych, ale dopracowanych retrospekcji, z drugiej pełna niezbyt wartościowej i interesującej treści. Na koniec pojawia się zakończenie, które swoją zawartością tworzy dysonans z tym, co Czytelnik wcześniej przeczytał. Nie jest to najlepsze dzieło Mistrza, a w moim prywatnym rankingu znajduje się gdzieś na szarym końcu. Zwłaszcza ze względu na pewne zaprzepaszczenie potencjału, który niewątpliwie posiada. Jeśli nie macie na celu przeczytać absolutnie wszystkich dzieł Stephena Kinga, to tę pozycję możecie sobie śmiało odpuścić.

Łączna ocena: 5/10


wtorek, 20 marca 2018

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Studnia wstąpienia
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 799
Data wydania: 12 sierpnia 2015


Po zakończeniu pierwszego tomu Ostatniego Imperium, czy "Z mgły zrodzonego", od razu poczułem, że wpadłem jak śliwka w kompot. Mimo pewnych zarzutów co do samego wykonania powieści, świat stworzony przez Brandona Sandersona całkowicie mnie pochłonął. Z jednej strony chciałem jak najszybciej sięgnąć po kolejny tom, z drugiej wolałem uniknąć błyskawicznego zakończenia wszystkich wydanych do tej pory części. Kiedyś jednak trzeba wyciągnąć rękę i właśnie nadeszła ta chwila. Jestem po lekturze drugiego tomu i cóż... Jest dobrze, choć nie tak jak ostatnio.

Budowanie nowego ładu na zgliszczach tyranii nigdy nie było łatwe. Nawet dla Zrodzonej z Mgły, prawdopodobnie najlepszej w całek krainie, i dziedzica najpotężniejszego z rodów. Zwłaszcza, gdy na kraj napadają trzy armie, z którymi nie sposób prowadzić wyrównanej walki. Dopiero w takiej sytuacji okazuje się, że rozwiązanie jednego problemu rodzi kolejne. Chociaż cień nadziei jest wątły, to Studnia Wstąpienia wydaje się być jedynym sposobem na zapanowanie nad chaosem.

Moje pierwsze spotkanie z Brandonem Sandersonem przy okazji czytania "Z mgły zrodzonego" było naprawdę przyjemne. Liczyłem więc na to, że powtórka będzie co najmniej tak samo emocjonująca i warta poświęcenia swojego czasu. Wiele opinii uważało książkę za nieco słabszą od pierwszej części i tutaj muszę się w pewnym sensie zgodzić. Nie była już tak dopracowana jak jej poprzednik. Być może jednak wynik to z tego, że czytelnik zna już ten świat, poznał zasady, którymi rządzi się w nim magia i samo uniwersum nie szokuje tak jak przy pierwszym spotkaniu. Po głębszym zastanowieniu się sama historia jest prowadzona w podobnym tempie, a wydarzenia są równie zaskakujące co spodziewane.

"- Wiesz co, Ham - stwierdził Breeze - jedyną zabawną rzeczą w twoich żartach jest to, jak często brakuje w nich choć odrobinę dowcipu."

Zdecydowanie zgodzić się muszę jednak ze wszystkimi, którzy proszą autora o zaprzestanie prób tworzenia rozbudowanych wątków miłosnych. "Studnia wstąpienia" jest w pewnym sensie w pełni oparta właśnie o taki wątek i mimo tego, że został on wkomponowany w tło, to jednak drażni na niemalże każdym kroku. Z jednej strony gryzie się z samą historią i światem, wkomponowując się niejako "na siłę", z drugiej bez niego wydarzenia, które miały miejsce nie mogłyby się zdarzyć. Poza tym sama relacja pomiędzy dwójką bohaterów wydaje się być nie do końca zdrowa i to nie dlatego, że autor tak chciał. Ciężko uwierzyć w to, że "tak miało być", kiedy czyta się wątki uczuciowe, których bohaterami są też inne postacie poznane już w pierwszym tomie. Można odnieść wrażenie, że w świecie wykreowanym przez Brandona Sandersona WSZYSCY mają ogromne problemy z wyrażaniem uczuć i każdy jest nowicjuszem w sztuce tworzenia zdrowych relacji.

W toku historii poznajemy nieco lepiej wiele postaci, wśród których część przechodzi pewne przeobrażenia. Wykreowane są w dość wyrazisty sposób, każda z nich ma swój zestaw charakterystycznych cech, które jednak nawet podczas wewnętrznych przemian nie są zamieniane na całkiem przeciwstawne w mgnieniu oka. U niektórych z nich możemy poznać również nieco lepiej ich historię i zrozumieć dlaczego podchodzą do życia w ten a nie inny sposób. Ogólnie "Studnia wstąpienia" wydaje się być czymś w rodzaju przerywnika, pozwalającego na zbliżenie do się do bohaterów i lepsze ich zrozumienie. Oczywiście w tle cały czas rozgrywają się wydarzenia, które mogą zaważyć na życiu wszystkich postaci, jak i przyszłości poznanego już wcześniej Luthadel.

"Zabawne, jak wiele ksiąg można upchnąć w jednym pomieszczeniu, zakładając, że nie trzeba się w nim dużo ruszać."

Z jednej strony od książki nie można się oderwać (ostatnie strony prawie pożerałem w sensie dosłownym), a z drugiej chciałoby się jednak czegoś więcej. Spodziewałem się wartkiej akcji wraz z jej nagłymi zwrotami, niesamowitych scen walk, misternych intryg, a otrzymałem powieść niezwykle wciągającą, ale dość defensywnie napisaną. Oczywiście zarówno historie postaci, jak i walka o przetrwanie wraz z zagłębianiem się w przeszłość nie tylko głównych bohaterów została stworzona jako interesująca i dopracowana koncepcja. Cieszę się bardzo, że mogłem poznać świat, jego mieszkańców oraz przede wszystkim postacie, z którymi czytelnik spędza najwięcej czasu, ale byłem nastawiony na coś kompletnie innego. Jeśli więc Wy również sięgacie po "Studnię wstąpienia" z myślą o dużej ilości akcji, to zapomnijcie o tym. Otrzymacie coś równie dopracowanego i intrygującego, jednak o wiele bardziej stonowanego.

Po raz kolejny zakończenie pozostawia sporo do życzenia. Jest to kolejny przykład, który potwierdza możliwość pojawienia się ambiwalentnych uczuć w trakcie czytania książek Brandona Sandersona. Autor nadał wręcz idealną dynamikę akcji na ostatnich stronach, ale pozwolił chyba sobie popuścić nieco za bardzo wodze wyobraźni. Galopowałem wręcz przez kolejne strony co chwilę zatrzymując się na jakimś fragmencie i w mojej głowie pojawiały się myśli w stylu "Hej, to nie ma sensu!", "Ale zaraz, to się wyklucza!", "Nie no, naprawdę, coś tak banalnego?" - radość mieszała się więc z irytacją. Chociaż w ogólnym rozrachunku zakończenie i tak wydaje się być o wiele lepsze niż w przypadku "Z mgły zrodzonego".

"Studnia wstąpienia" to godna, chociaż nieco spokojniejsza kontynuacja "Z mgły zrodzonego". Potrafi przyciągnąć niczym Szarpacz i rozbudzić ciekawość jak Podżegacz. Wątki romantyczne niestety nie są zbyt... przyjemne, przez co ma się ochotę stać się głównym celem jakiegoś Monetostrzelnego. Warto jednak poprosić zaprzyjaźnionego Uspokajacza o odepchnięcie niechęci, bowiem rozpalenie własnego brązu pomoże przeniknąć do niezwykle barwnych historii wszystkich postaci. Bywają też momenty, w których sami gorąco zapragniemy odrobiny atium, jednak cierpliwość zostanie z pewnością nagrodzona.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

Z mgły zrodzony | Studnia wstąpienia | Bohater wieków
Stop prawa | Cienie tożsamości | Żałobne opaski


piątek, 16 marca 2018

A może zamienić audiobooki na podcasty?

Dzisiaj będzie post niekoniecznie ściśle związany z książkami, jednak w pewnym sensie pasuje do samego nurtu kulturalnego. Dlaczego? Bo można dzięki niemu rozszerzyć zaspokojanie swojego głodu wiedzy o tym, co się dzieje w literackim czy filmowym świecie o dodatkowe źródło! Mianowicie podcasty. Nie bez powodu tytuł tej notki jest taki, a nie inny, być może dla niektórych trochę... kontrowersyjny. Dla innych znowu clickbaitowy. Jednak z pełną świadomością użyłem właśnie takiego sformułowania, ponieważ moja odpowiedź na postawione w tytule pytanie jest prosta - tak, zamienić! A przynajmniej w pewnej części, bo naprawdę warto.

Czym jest podcast? 

Podcast to po prostu coś w rodzaju audycji dostępnej w internecie - zarówno poprzez serwisy streamujące, jak i w postaci plików audio do pobrania. Główną zaletą podcastów jest to, że może je tworzyć każdy. Obecnie istnieje mnóstwo serwisów, które pozwalają na dorzucenie swojego podcastu, jak i jeszcze więcej agregatorów, które zbierają w jednym miejscu wszystkie podcasty. Dzięki temu nie trzeba kombinować i słuchać ich tylko na stronach twórców. Tak naprawdę najwięcej podcasterów w Polsce i tak korzysta z iTunes, z którego to niemalże wszystkie aplikacje służące do słuchania podcastów są w stanie pobierać pliki. 

Kogo słuchać? 

Podcasty tworzone są przez zwykłych ludzi, dla zwykłych ludzi. Poruszają naprawdę przeróżne tematy, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Moim ulubionym podcastem, z którego czerpię wiedzę o wydarzeniach popkulturalnych jest Zombie vs Zwierz, prowadzony przez Pawła Opydo i Katarzynę Czajkę. Słucham również między innymi Michała Szafrańskiego, twórcę bloga oraz podcastu Więcej niż oszczedzanie pieniędzy oraz Michała Iwucia z Finansów Bardzo Osobistych, aby poszerzać swoją wiedzę o tym, jak dbać o własne finanse. No i oczywiście literackie Czytu Czytu z sieci Podsłuchane.pl. Wszystkie te podcasty tworzą ludzie, którzy mają doświadczenie w tym, co robią i chcą się nim dzielić z innymi. Całkiem za darmo!

Jak słuchać? 

Osobiście używam jedynie telefonu do słuchania podcastów. Z prostego powodu - jak jestem w domu, to nie mam czasu na podcasty, chyba że akurat wykonuję jakieś obowiązki domowe. Przed komputerem pracuję lub wykonuję rzeczy, podczas których nie jestem w stanie skupić się na słuchaniu czegokolwiek innego oprócz muzyki. Czasem chce się też książkę poczytać, a czasem po prostu pooglądać śmieszne koty. Jednak niekiedy trzeba wyjść z domu, np. do sklepu. Tutaj 10 minut w jedną stronę spaceru, w samym sklepie ze 20 minut wybierania i czekania w kolejce. Mamy już 40 minut straconego czasu. Na audiobooka dla mnie jest to zbyt rozpraszająca czynność, jednak idealna do przesłuchania podcastu! W związku z tym odpalam sobie Podcast Addict i słucham! Ustawiam kolejne odcinki w playlistę, najczęściej ściągam je sobie wcześniej na telefon (żeby uniknąć rwania internetu) i słucham. Kiedy muszę się na czymś skupić po prostu pauzuję odcinek i mogę do niego wrócić później. A wbrew pozorom wcale takie pauzowanie podcastu nie wybija człowieka z rytmu. Nie jest tak, jak w przypadku audiobooka, że czasem można się tak wybić z fabuły, że ciężko sobie przypomnieć co się do tej pory wydarzyło.

O innej aplikacji możecie posłuchać w odcinku podcastu Update o Pocket Cast!

Sama aplikacja pozwala na mnóstwo rzeczy - na wycinanie ciszy dla zaoszczędzenia czasu, na przyspieszanie samego podcastu (ja najczęściej słucham na przyspieszeniu co najmniej x1.5), na kolejkowanie, oznaczanie jako przesłuchane i tak dalej. Jest naprawdę rozbudowana, a przy tym łatwa w obsłudze i dość inuicyjna. Nie zdarzył się jeszcze podcast, którego nie mógłbym słuchać z jej wykorzystaniem. Ma swoją wyszukiwarkę i możliwość sukbskrybowania konkretnych podcastów, dzięki czemu kolejne odcinki, które się pojawią, zostaną dodane do listy w aplikacji.

Dlaczego słuchać? 

Dla poszerzania swojej wiedzy, bycia na bieżąco z tym, co się dzieje w interesujących nas dziedzinach. Można słuchać sobie muzyki, która jest kojąca i pozwala na odcięcie się od świata zewnętrznego. Można również spróbować posłuchać podcastów, które również odetną nas od tego, co się dzieje wokół nas, ale przekażą nam również merytoryczne informacje, dzięki którym być może rozwiniemy się w sposób, o który byśmy siebie nie podejrzewali! Sam kiedyś uwielbiałem sobie po prostu odpalić Spotify i posłuchać muzyki. Odkąd zacząłem słuchać podcastów, to teraz nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez nich - a przynajmniej wtedy, gdy idę gdzieś sam.

Sam zacząłem od DevTalk, który prowadzony jest przez Macieja Aniserowicza. Słuchałem na początku wykorzystując YouTube, każdego ranka kiedy szykowałem się do pracy. Potem, o ile dobrze pamiętam, w moim repertuarze podcastowym pojawiło się Jak oszczędzać pieniądze. Blog już wcześniej czytałem, jednak postanowiłem sprawdzić podcast. Mniej więcej w tym momencie zacząłem się rozglądać za aplikacją - bo trochę kiepsko jednak operować YouTubem w przypadku podcastów. :P Od tamtej pory, a będzie to już dobrych parę miesięcy, przesłuchałem łącznie ponad 13 dni podcastów! Tak, jakby zlepić wszystkie odcinki, które przesłuchałem w jeden ciąg, to byłoby to ponad 13 dni za jednym zamachem!


Czy podcasty są popularne? 

Podcasty w Polsce nie są jeszcze tak bardzo popularne, jednak za granicą już od dawna triumfują nad wieloma innymi formami dzielenia się swoją wiedzą. Nie wymagają od nas skupienia się na dwóch zmysłach, jak filmy. Jedyne, co trzeba odizolować na potrzeby podcastów to nasz słuch - oprócz niego możemy robić co tylko chcemy. Słuchać podczas gotowania? Jasne! Słuchać podczas sprzątania? Oczywiście! Nie we wszystkich przypadkach uda nam się słuchać audiobooków, dlatego też można zamienić je czasem właśnie na podcasty. 

Za granicą jest trochę inaczej - szukając zwłaszcza anglojęzycznych podcastów, możecie zostać wręcz przytłoczeni ich liczbą. Powstały podcasty do nauki języków (jak 6 Minute English od BBC), podcasty technologiczne, a nawet podcasty poświęcone w całości seryjnym zabójcom (patrz: The Serial Killer Podcast)! Słuchanie zagranicznych podcastów jest samo w sobie świetną opcją na podszlifowanie języka, w końcu słucha się zwykłych ludzi, którzy niekoniecznie przykładają dużą wagę do poprawnej dykcji. Dzięki temu można "symulować" słuchanie pierwszej z brzegu osoby spotkanej na ulicy obcego, zagranicznego miasta. :)

Zachwycony tym, co mogą dać przeciętnemu człowiekowi dobrze wybrane podcasty, chciałem niniejszym wpisem zainteresować Was tym rodzajem publikacji, która może być świetnym uzupełnieniem zarówno w rozrywce, jak i życiu zawodowym czy prywatnym. Mnogość podcasterów oraz regularnie rosnące ich grono gwarantuje, że każdy znajdzie podcast, który będzie odpowiadał jego potrzebom. Na końcu niniejszego wpisu zamieszczam niektóre podcasty, których słucham, razem z linkami do ich stron domowych. Oczywiście wszystkie z nich są dostępne w aplikacji Podcast Addict, jak również w mnóstwie innych aplikacji! Sam po prostu używam akurat tej, więc w razie czego mogę pomóc w miarę możliwości w jej obsłudze. :) Kolejne podcasty najczęściej wpadały mi w ręce przypadkiem, często też sami podcasterzy polecają innych w swoich odcinkach. W końcu sami też słuchają mnóstwo podcastów! 


Po wejściu w każdy link wylądujecie od razu na podstronie/stronie dotyczącej podcastu. Możecie nawet od razu sobie odpalić jakiś odcinek, ponieważ większość z podcasterów daje możliwość odsłuchania bezpośrednio na stronie. Ocenicie, sprawdzicie czy to Wam pasuje, być może znajdziecie inspirację do tego, o czym chcielibyście posłuchać. :) Polecam jednak spróbować na dedykowanej do tego aplikacji, ponieważ ułatwia ona zdecydowanie życie i pozwala inaczej spojrzeć na podcasty.



Źródła obrazków:

poniedziałek, 12 marca 2018

"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz

"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andrzej Mathiasz
Tytuł: Druga rzeczywistość
Wydawnictwo: Novea Res
Stron: 458
Data wydania: 22 listopada 2017


Zawodowo związany jestem ściśle z branżą IT. Tak naprawdę to dosłownie w niej siedzę, choć może się przy tym wydawać dziwne, że jako platformę blogową wybrałem Bloggera, a nie poszedłem "na swoje". W każdym razie jako osoba związana z branżą zaciekawiłem się "Drugą rzeczywistością" autorstwa Andrzeja Mathiasza kiedy tylko zobaczyłem słowa autora skierowane do mnie - "Dotyka problemu sztucznej inteligencji, która przez przypadek wymyka się spod kontroli". Książka opisywana jako sensacja z tłem znanym wielu osobom - wirus wymykający się spod kontroli. Tym razem jest to jednak wirus komputerowy.

Na początku był to niewinny eksperyment - jak większość tego typu działań. Tom Clark był najlepszym kandydatem do jego poprowadzenia. Niestety jak zwykle coś poszło nie tak i wirus wydostał się spod kontroli. Zaczął rozprzestrzeniać się na cały świat, obejmując swoimi mackami nawet największych możnych. Wirus komputerowy, który ma w garści najwyższych dostojników sprawujących władzę nad najważniejszymi krajami i obiektami nigdy nie wróży niczego dobrego. Na pewno dla Toma Clarka, który jako jedyny jest w stanie go pokonać i zniszczyć.

Spodziewałem się, że książka w sposób bardziej realistyczny będzie dotykała kwestii związanych z technologią. Jak się okazuje autor poszedł na całość i stworzył obraz, który być może można w pewnym stopniu zaliczyć do science-fiction. A na pewno do jakiegoś odłamu lub czegoś na skraju. Wizja świata oraz technologii w nim występującej przedstawiona przez Andrzeja Mathiasza zdecydowanie przekracza bowiem możliwości, jakie może zaoferować współczesna technika (a nawet taka, którą będziemy widzieli za parę lat) będąc jednocześnie dość ciekawą interpretacją jej rozwoju. Sam świat nie jest może nad wyraz rozbudowany i nie mamy możliwości poznać go dogłębnie, jednak jest on tylko tłem dla historii, która rozgrywa się na kolejnych kartkach książki.

"Ludzie uznają swoje krótkie i niepowtarzalne życie za najcenniejsze, ale równocześnie są gotowi je poświęcić z najbardziej błahego powodu."

Dla autora książka ta nie jest pierwszyzną, więc nie powinien nikogo dziwić dobry warsztat, który prezentuje Andrzej Mathiasz. Ma już na swoim koncie zarówno scenariusze do spektakli teatralnych, jak i wielokrotnie nagrodzone książki dla dzieci. "Druga rzeczywistość" nie jest więc wbrew porom debiutem w czystym tego słowa znaczeniu, chociaż jest prawdopodobnie pierwszą pozycją, którą znajdziemy oficjalne w serwisach literackich pod nazwiskiem jej autora. Te fakty niewątpliwie pozytywnie wpływają na opisywaną właśnie lekturę, choć stanowią też wyzwanie. Tematyka oraz grupa docelowa jest zupełnie inna, co może sprawić problemy - i nieznacznie na pewno sprawia.

Bardzo interesującym zabiegiem jest dostosowanie stylu oraz wykorzystanego słownictwa do postaci, o których akurat traktuje narracja. W jednej chwili Andrzej Mathiasz używa naprawdę bogatego zasobu słownictwa, gdzie widać ogrom ozdobników, wtrąceń z obcych języków, kwiecistych metafor i rozbudowanych peryfraz, by za chwilę zamienić się w rynsztokowy wręcz język pełen niewybrednych słów. Jednak nawet wulgarne fragmenty ze Skalskym są o wiele bardziej rozbudowane. Na pewno nadaje to specyficznego klimatu każdemu rozdziałowi czy akapitowi i od razu przypina pewną łatkę danej postaci. Fragmenty ze Skalskym, którego poznajemy już na samym początku powieści, kojarzyły mi się niezmiennie z Sin City - mimo że teoretycznie obie historie nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Przed oczami jednak widziałem Johna Hartigana mającego jednak niezwykle charakterystyczną twarz Skalsky'ego.

W historię wgryzamy się powoli, jednak sukcesywnie. Początek niestety nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia, chociaż złe ono również nie było. Można powiedzieć, że w wielu miejscach opisy były aż nazbyt rozwlekłe, przez co wręcz nudne. "Druga rzeczywistość" nadrabia jednak pomysłem, który - mimo pewnej sztampowości - okazał się być naprawdę dobry. Tutaj jednak mam pewien problem z oceną, ponieważ z jednej strony wgryzałem się z dość sporą ochotą w kolejne wydarzenia, jednak nie byłem przez nie wciągany. Winię za to głównie wspomniane już dłużące się opisy, które pomimo złożenia z wykorzystaniem bardzo bogatego słownictwa, były jednak w wielu miejscach ciężkie do przełknięcia. Być może jeśli autor zdecydowałby się na nieco mniej rozpisywania się, całość byłaby o wiele łatwiejsza do przyjęcia. Przede wszystkim jednak szybciej i łatwiej by wciągała.

"A on - było nie było - nie jest złotą rybką, tylko przeciwnie, rekinem biznesu. W dodatku czarnym! Miała jednak czarna gnida pecha - całkiem białego. I tym pechem był Skalsky."

Duży plus należy się za całkiem sprytnie posklejaną historię, której sens czytelnik odkrywa w miarę czytania. Sam jej odbiór bowiem to jedno, a meandry wydarzeń, które miały miejsce wraz z powodami takich, a nie innych decyzji czy opisów to zupełnie inna sprawa. Czasem co prawda motyw zdradzenia czegoś wcześniej, zanim czytelnik pozna szczegółowy opis może jednak tutaj być nieco... zdradziecki. Tego typu fragmenty łączą się bowiem nieszczęśliwie z kompletnie inaczej opisanymi zdarzaniami. Co prawda ostatecznie żadnych dziur logicznych nie ma i wszystko jest w pełni wyjaśniane, jednak z początku może się to wydać mylące. Z jednej strony jest to więc bardzo mocna strona - bowiem Andrzej Mathiasz dobrze wodzi czytelnika za nos - ale z drugiej konkretne sceny zostały być może trochę niefortunnie dobrane. Sprawiają na początku wrażenie amatorszczyzny i braku przemyślenia ze strony autora, co nie jest oczywiście prawdą.

Słowem krótkiego podsumowania, "Druga rzeczywistość" to powieść, która może wywołać ambiwalentne uczucia, chociaż z wielu stron można ją widzieć jako książkę dojrzałą. Być może nieco przeciągniętą i "przepisaną", z nieco niefortunnie dobranymi zabiegami fabularnymi, jednak z pewnością należy jej się duża doza uwagi. Niektórych opisywanych przeze mnie minusów niektórzy nie zauważą lub po prostu nie zwrócą na nie uwagi. Warto jednak spróbować dać jej szansę, ponieważ sama historia, jak i świat wykreowany przez autora z pewnością należą do nietuzinkowych. Bogactwo środków stylistycznych i szeroki zasób słownictwa powinien być kolejnym, mocnym argumentem zachęcającym do zapoznania się z zawartością tych prawie pięciuset stron sensacji na tle science-fiction. Osobiście zostałem zachęcony do śledzenia dalszej kariery autora, nawet mimo uwag co do niniejszej pozycji.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorowi, Panu Andrzejowi Mathiaszowi!

sobota, 10 marca 2018

Bardzo chcę! #43 - Richard Morgan "Modyfikowany węgiel"

Źródło: Lubimy Czytać
Tak, wiem, ostatnio na blogu pojawia się mnóstwo fantastyki przeróżnego rodzaju. Co jednak począć, kiedy wszędzie wokół pojawia się jej coraz więcej i to w coraz lepszym wydaniu. Przy okazji jakoś się tak złożyło, że zwłaszcza otatnim czasie najwięcej interakcji mam z bloggerami, którzy czytają i opiniują głównie fantastykę, więc automatycznie więcej mi jej wpada w oko. Chociaż zgodnie z tą zasadą, to zaraz powinienem zacząć czytać romansidła (no cześć Po drugiej stronie okładki!)... Tym razem jednak ciągle trzymam się wiernie fantastyki, przynajmniej w tym konkretnym odcinku cyklu "Bardzo chcę"! Bo w marcu akurat będzie trochę książek z innych gatunków, o innej tematyce. Tym razem jednak tytuł na 10 marca 2018 roku bez żadnej walki wygrał z innymi pozycjami.

Widziałem już dawno zapowiedzi serialu, który powstał na podstawie tej książki. Ba! Nawet mam go już dodanego do "Mojej listy" w Netflixie. Jednak nie chcę zaczynać oglądania bez wcześniejszego przeczytania "Modyfikowanego węgla". Zwłaszcza, że nawet jak na fanów książek, jest to kolejność bardzo mocno polecana. Nie będę więc się wychylał z szeregu i również postaram się pójść zgodnie z zaleceniami, a więc najpierw książka, potem serial! Jak mi to wyjdzie w praktyce - dopiero się okaże. :)

Nie będę próbował samodzielnie przybliżać o czym jest ta książka, ponieważ najlepiej zrobi to opis Wydawnictwa, który można przeczytać między innymi na portalu Lubimy Czytać: 
W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy. 
To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało... 
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.

Zainteresowani? A może już czytaliście i chcecie mnie pospieszyć z lekturą? :)


czwartek, 8 marca 2018

"Koniec drogi" - Dmitry Glukhovsky

"Koniec drogi" - Dmitry Glukhovsky
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Koniec drogi
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 64
Data wydania: 15 lutego 2018


Nazwisko Dmitry Glukhovsky kojarzy się głównie z Uniwersum Metro 2033, które rozrosło się do bardzo znacznych rozmiarów. Swoje historie osadzają w nim autorzy wielu narodowości, czerpiąc z tego korzyści zarówno dla siebie, jak i swoich Czytelników. "Koniec drogi" nie jest jednak związana z wspomnianym światem, choć - jak sam autor podkreśla - nawiązania do niej znajdują się w powieści "Metro 2034". Opisywana właśnie pozycja to nieopublikowane do tej pory opowiadanie, które powstało w 2006 roku. Krótkie, ale bardzo treściwe.

Historia dwójki ludzi - chłopca oraz starca - zmierzających Drogą. Drogą, która być może ma, a być może nie ma swego końca. Wiadomo jednak, że jest ona tam od zawsze, jeszcze zanim świat stał się taki, jakim widzą go mieszkańcy wiosek. Wieść gminna niesie, że kiedyś wzdłuż Drogi stały potężne, rosyjskie miasta, ale teraz nikt nie chce się zapędzać w jej okolice. Oprócz chłopca i starca.

Opowiadanie wydane przez Wydawnictwo Insignis zostało napisane przez autora w 2006 roku. Minął długi czas, zanim zostało ono przetłumaczone i opublikowane w Polsce, a obecnie dołączane jest jako gratis do "Wędrowca" Surena Cormudiana. "Koniec drogi" nie jest co prawda w żaden sposób bezpośrednio związany z Uniwersum Metro 2033 (nie licząc wzmianek w "Metro 2034"), ale widać już w nim zafascynowanie autora tematami apokalipsy nuklearnej i tego, jak może wyglądać świat wyniszczony wojną totalną.

Mimo tego, że "Koniec drogi" to raptem nieco ponad 60 stron w wydaniu polskim, to sama historia opowiedziana została w przyciągający sposób. Czytelnik ląduje gdzieś w środku niczego - pojedynczej wioski, która wiedzie powoli swoje wioskowe życie próbując dostosować się do obecnej, powojennej rzeczywistości. Widać jedynie maleńki wycinek całego świata, który dla wszystkich mieszkańców jest obcy, niezbadany i - co chyba najważniejsze - całkowicie nieistniejący. Zwłaszcza dla osób, które urodziły się już po kataklizmie wywołanym globalnym konfliktem zbrojnym. Młody, trzynastoletni chłopiec, który jest jednym z głównych bohaterów, jest idealnym odzwierciedleniem nowego pokolenia. Ciekawski, buntowniczy i nie zdający sobie sprawy z niebezpieczeństw.

Dla równowagi postawiony został starzec, którego - jak już wiemy z opisu książki - chłopiec spotyka na Drodze. Doświadczony, twardy, mający swój cel w życiu. Co prawda objętość tej pozycji nie pozwala na szczegółowe przedstawienie różnic w ich podejściu do otaczającego świata, jednak można je zauważyć gołym okiem podczas lektury. Nawet te najważniejsze. Jakby Dmitry Glukhovsky chciał porównać w jaki sposób na tragedię potrafi patrzeć dziecko, urodzone już po czasach kataklizmu, a jak człowiek, który to wszystko przeżył. W końcu autor pisał to opowiadanie podczas jednego ze swoich wyjazdów do strefy konfliktu zbrojnego. Wokół niego co chwilę dało się słyszeć wystrzały z broni. Jak sam napisał - "Z tamtej perspektywy nuklearny koniec świata, na który prędzej czy później sami się skażemy, wydawał się bardzo prawdopodobny".

Całość osadzona została nie tylko w środku niczego, ale również bez jasnego początku i końca z punktu widzenia czasu. Nie wiemy dokładnie co się działo tuż przed opisywanymi wydarzeniami (chociaż możemy się domyślać z kolejnych stron), ani nie wiemy czego można by się spodziewać po zakończeniu opowiadania. Zostało ono zresztą urwane w sposób wręcz obiecujący coś większego. Zupełnie jak dobry trailer do filmu, który zapowiada świetną zabawę, tylko trzeba chwilkę poczekać, dosłownie parę miesięcy. Sam Glukhovsky twierdzi zresztą, że "historia chłopca i starca, wędrujących opuszczoną, niekończącą się drogą (obecnie ukończoną), zasługuje na coś więcej niż opowiadanie" - miejmy więc nadzieję, że doczekamy jej kontynuacji.

Parę słów warto zostawić również na temat samego wydania. "Koniec drogi" jest bowiem dostępny za darmo, zarówno w formie e-booka, jak i jako drukowany dodatek do "Wędrowca" Surena Cormudiana. E-booka chyba nikomu przedstawiać nie trzeba - można go pobrać z dowolnej księgarni internetowej oferującej książki elektroniczne (np. Virtualo). Wydanie papierowe jest również dostępne bez opłat i nie jest przeznaczone do sprzedaży. To akurat dobrze, gdyż tak naprawdę cała książeczka ma ponad 100 stron. Połowę zajmuje właśnie "Koniec drogi", drugą połowę natomiast fragment "Tekstu" - niedawno wydanej powieści, której autorem również jest Dmitry Glukhovsky. Na pewno jest to dobry pomysł na marketing innej pozycji Wydawnictwa Insignis - co może się podobać, ale może również spotkać się z niezbyt przychylnymi opiniami.

Z mojej perspektywy nie ma to większego znaczenia dla mnie, jako czytelnika. Dla Wydawnictwa jest to dodatkowy marketing, a do tego zapewne zmniejszenie kosztów wydruku. Co innego, gdyby za "Koniec drogi" należało zapłacić - w tym przypadku oceniałbym negatywnie taką decyzję Wydawnictwa. "Tekst" jednak jest doklejony do książeczki również w sposób, który nie dezorientuje podczas czytania "Końca drogi" - jest bowiem odwrócony do góry nogami w stosunku do głównego elementu wydania papierowego.

Sześćdziesiąt parę stron, które potrafią wciągnąć nawet mimo swej niewielkiej objętości. Historia rozpoczęta gdzieś w oderwaniu od rzeczywistości i podobnie się kończąca. A jednak autorowi udało się stworzyć naprawdę porządne opowiadanie, które chce się czytać. Mało tego - oczekuje się od niego więcej. Niech za samą pozytywną rekomendację służy fakt, że na temat tych kilkudziesięciu stron udało mi się napisać już kilka akapitów i poruszyć sporo tematów. Warto więc zaopatrzyć się w e-booka i poświęcić te parędziesiąt minut na przeczytanie opowiadania, które może się okazać pouczające i niezwykle interesujące. A jeśli zastanawiacie się nad zakupem "Wędrowca", to niech "Koniec drogi" jako dodatek będzie dla Was dodatkowym argumentem "za".

Łączna ocena: 8/10