środa, 15 sierpnia 2018

"Zabójczyni" - Sarah J. Maas

"Zabójczyni" - Sarah J. Maas
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Zabójczyni
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Stron: 510
Data wydania: 26 października 2016

Z książkami, której autorką jest Sarah J. Maas nie zaprzyjaźniłem się od razu. Poczułem jakąś chemię podczas lektury “Szklanego tronu”, jednak coś mnie w tej znajomości irytowało. Dałem jej jednak szansę i obecnie jestem szczęśliwym czytelnikiem tego cyklu, który zapewnił mi wiele godzin bardzo fajnej zabawy. Historię zawartą w sześciu do tej pory wydanych książkach znam niemalże doskonale, jednak brakowało mi opisu wspomnianych wielokrotnie wydarzeń, które miały miejsce przed turniejem zorganizowanym przez króla Adarlanu. “Zabójczyni” zawiera w sobie pięć historii, które ukształtowały Celaenę Sardothien i miały duży wpływ na późniejsze wydarzenia. Okazały się być bardzo ciekawym uzupełnieniem całego cyklu.

Protegowana Arobynna Hamela nigdy nie należała do posłusznych i uległych osób. Zabójczyni Adarlanu miała pazur, który wiele razy wepchnął ją w sam środek kłopotów. A kiedy człowiek nie jest w pełni lojalny wobec Króla Zabójców, to nawet bycie jego ulubienicą nie uratuje od konsekwencji. Celaena na swojej drodze spotyka wielu ludzi, którzy w ten czy inny sposób wpłyną zarówno na jej życie, jak i późniejsze wydarzenia w Adarlanie. Pięć historii i pięć przykładów na to, jak bardzo skrajne poglądy mogą pojawić się w ludzkiej głowie. Zwłaszcza, gdy jest to głowa nieziemsko niebezpiecznej, a przy tym pyskatej i niedbającej o nic zabójczyni, która przywykła do życia w luksusach.

Tom zawiera w sobie wydane wcześniej w formie osobnych książek opowiadania, w tym między innymi pierwszy raz wydane po polsku opowiadanie “Zabójczyni i uzdrowicielka”. Do tej pory byłem na bieżąco z wydarzeniami dziejącymi się w “Szklanym tronie”, jednak co chwilę wspominane w poszczególnych tomach historie sprzed pierwszej części zachęcały do sięgnięcia po ich szczegóły. Przyznać muszę, że ciekawie czytało się o przygodach Celaeny na kilka lat przed głównym wątkiem. Nie była to lektura niezwykle fascynująca, jednak odkryła rąbka tajemnic, które unosiły się przez łącznie sześć tomów. Wiele aspektów zostało rozwiniętych, oraz mogłem poznać wreszcie niektóre postacie, o których tyle się naczytałem.

“Niemy Mistrz powiedział jej, że każdy człowiek inaczej radzi sobie z bólem, Niektórzy usiłują go utopić, inni zaczynają go kochać, a jeszcze inni pozwalają, by przekształcił się w furię”.

Same opowiadania są dość proste w budowie i stanowią logiczną całość. Nie są wyrwane kompletnie z kontekstu, jedna niemalże bezpośrednio wynika z drugiej, co daje efekt czytania powieści z nieco większymi dziurami czasowymi. Celaena jest w tym czasie tą rozpieszczoną i niesamowicie pewną siebie dziewuchą, jaką znamy z pierwszego tomu “Szklanego Tronu” - nieco to irytuje podczas lektury, chociaż konwencja postaci została dzięki temu zachowana. Oprócz samej Celaeny, którą znamy doskonale z całego cyklu, spotykamy również postacie dobrze znane, lub jedynie wspomniane. Bardzo ciekawym doświadczeniem było poznać losy uzdrowicielki poznanej w “Wieży świtu” - jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z tym tomem, to czeka Was dość miłe zaskoczenie. Nieważne, w jakiej kolejności zamierzacie czytać poszczególne tomy.

Jak to w powieściach autorstwa Sarah J. Maas, mamy oczywiście spory nacisk położony na wątek miłosny. Fani serii z pewnością wiedzą już doskonale o jaką parę chodzi, a ci, którzy zaczną swoją przygodę ze “Szklanym Tronem” od “Zabójczyni” dowiedzą się tego już w pierwszym opowiadaniu. Co ciekawe, wątek ten poprowadzony został o wiele mniej agresywnie niż się tego spodziewałem. Po pierwszym tomie głównego cyklu miałem bardzo nieprzyjemne wspomnienia, dlatego znając siłę miłości, o której wspominała Celaena, byłem przygotowany na ogromną ilość romantycznych momentów, które wręcz przesłodzą całą historię. Okazało się, że jednak autorka w tym przypadku nie dała się ponieść wodzom fantazji i raczej nie rozdmuchała samego romansu, a skupiła się raczej na samych przeżyciach niekoniecznie związanych z miłością. Zabieg zdecydowanie na plus, ponieważ cała książka utrzymana jest w klimatach akcji.

Bardzo przyjemny i odprężający, ale również potrafiący trzymać w napięciu tom. Fakt zebrania wszystkich opowiadań w jedną książkę, pod tytułem “Zabójczyni” to był zdecydowanie dobry krok. Dzięki temu wszystkie historie mamy dostępne w jednym miejscu, a stanowią one w końcu logiczną całość. Każda z nich potrafi wciągnąć, więc chciałoby się od razu sięgnąć po kolejną i zobaczyć jak dalej potoczą się losy Celaeny Sardothien, Zabójczyni Adarlanu. Wszystkie historie charakteryzuje ten sam styl, który spotkać można w pozostałych częściach cyklu “Szklany Tron”, więc z pewnością każdy fan może liczyć na świetną, przyjemną i lekką lekturę opisującą najlepszą zabójczynię w całym Adarlanie. Świetne uzupełnienie całego cyklu, które może spodobać się również osobom, które z twórczością Sarah J. Maas nie miały do tej pory do czynienia - nie oczekujcie jednak twardej, skomplikowanej fantastyki. To jest zupełnie inny ciężar, który jednak znajdzie swoje miejsce na wielu półkach.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl "Szklany tron"

niedziela, 12 sierpnia 2018

[PREMIERA] "Nocny człowiek" - Jørn Lier Horst

"Nocny człowiek" - Jørn Lier Horst
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jørn Lier Horst
Tytuł: Nocny człowiek
Wydawnictwo: Smak Słowa
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Stron: 376
Data wydania: 14 sierpnia 2018


Norwescy autorzy są cenieni w Polsce już od długiego czasu, chociaż w mojej prywatnej biblioteczce znalazło się miejsce dla jedynie dwóch z nich, a są to Jo Nesbø oraz Jørn Lier Horst. Obaj autorzy, mimo że reprezentują ten sam gatunek, różnią się w swoich powieściach w sposób znaczny. Dzieła Horsta są przede wszystkim równe - niemalże wszystkie przeczytane od tej pory przeze mnie książki tego autora reprezentują podobny poziom, co bardzo mnie cieszy - wiem dzięki temu czego mniej więcej spodziewać się po kolejnym tomie. Dokładnie z taką samą myślą usiadłem do “Nocnego człowieka” - piątego już tomu przygód komisarza Williama Wistinga. Po raz kolejny autor ani nie zawiódł ani nie zaskoczył, co w tym przypadku jest zdecydowanie komplementem.

Komisarz William Wisting widział w swojej karierze policjanta już wiele. Mimo to głowa nastoletniej dziewczyny nabita na pal w samym środku miasta należy do tych przypadków, w których nawet najbardziej doświadczony detektyw mięknie. To jednak właśnie on musi rozwiązać zagadkę makabrycznej zbrodni. Sprawy nie ułatwia mu kolejne ciało, wyłowione z wody. Media naciskają na policję, a wraz z nimi całe społeczeństwo. Albo sprawa zostanie szybko rozwiązana, albo czwarta władza będzie miała pożywkę jak nigdy dotąd. Jakby jednak tego było za mało, to Line, córka komisarza Wistinga, trafia ze swoimi artykułami o wspomnianym morderstwie coraz bliżej pierwszych stron gazet.

Nie bez powodu w krótkim opisie powyżej zawarłem informację o Line oraz jej podbojach pierwszych stron VG. Już od pierwszych stron powieści można zauważyć dodatkową zagadkę, którą tym razem próbuje rozwikłać młoda i ambitna Line Wisting - córka komisarza Williama Wistinga. Jest doskonałą dziennikarką, która umie nie tylko wykorzystać swój talent, ale również wszystkie dostępne środki, aby dopiąć swego i napisać jak najlepszy artykuł. “Nocny człowiek” to nie tylko pojedynek pomiędzy komisarzem a zagadką makabrycznej śmierci, ale również między Line a innym dziennikarzem, który wydaje się być cały czas o krok przed nią. Być może wydać się to może nieistotne, jednak Horst stworzył z tego pojedynku kolejny, dość istotny wątek, który można śledzić z jeszcze większym zapałem niż główny motyw książki.

“Towarzystwa ubezpieczeniowe zostałyby poproszone o zagwarantowanie, ż ludzie, którzy ucierpieli wskutek pożaru, otrzymają pełne odszkodowanie za poniesione straty, a gdyby nie chciały złożyć takich obietnic, na pewno zrobiłby to premier spacerujący po pogorzelisku w towarzystwie zakłopotanego burmistrza i osiemdziesięciu dziennikarzy”.

Sama zagadka kryminalna została poprowadzona w sposób dający czytelnikowi mnóstwo informacji i kierująca go na konkretny trop, który jednak niekoniecznie okaże się zawsze słuszny. To taka gra - czytelniku, daję Ci takie i takie informacje, zapewne wiesz co się teraz stanie, jeśli chcesz to podbij stawkę albo sprawdzaj. Jestem otwarty na przeróżne sposoby prowadzenia kryminału, jednak ten jest chyba jednym z moich ulubionych - zaraz po podaniu na tacy sprawcy i obserwacji w jaki sposób śledczy dochodzą do tych wniosków wraz z możliwością śledzenia wszystkich ich błędów i niedopatrzeń. W tym przypadku wydaje nam się, że wiemy co autor chce nam przekazać, jednak wrażenie to bywa złudne, co tylko dodaje nutkę pikanterii całej powieści.

Powieści, które pisze Jørn Lier Horst niemalże zawsze są wielowymiarowe - skupiają się nie tylko na samej przyjemności śledzenia postępów detektywów, ale również ukazują wybrany kraj wraz z pewnym problemem społecznym, który trapi nie tylko Norwegię, ale również cały świat. Tym razem mamy do czynienia z problemem narkotyków - ich przemytem oraz źródłami, z których pochodzą. Motyw kraju został nieco po macoszemu potraktowany w “Nocnym człowieku”, chociaż trzeba przyznać, że Horst nie wybrał zbyt łatwego do opisu państwa. W pewnym sensie wątek z nim związany może nawet wywoływać kontrowersje w niektórych kręgach, jednak w mojej opinii historia została opisana w sposób stonowany i zadowalający wszystkie strony, które mogłyby ujrzeć w książce Horsta próby narzucenia konkretnych poglądów.

Trochę brakowało mi pełnego rozwinięcia wątku „rywalizacji” pomiędzy dziennikarzami – przede wszystkim pewnego zakończenia. Przyznać muszę jednak, że ze względu na sposób wydawania całej serii (najpierw tomy późniejsze, dopiero później początkowe części), nie pamiętam czy został on dalej pociągnięty w późniejszych powieściach. Skoro jednak nie zapadł mi w pamięci, można założyć, że raczej nie miało to miejsca – lub zwyczajnie został przeze mnie pominięty jako kompletnie niezrozumiały. Tutaj niestety wychodzi pewna słabość takiej a nie innej drogi wydawniczej – chronologia tomów jest ważna nawet w przypadku historii, które nie są do końca w pełni ze sobą powiązane. Takie smaczki jednak wpływają na odbiór książki i jeśli zostaną pozbawione kontekstu, mogą mieć negatywny wpływ na ocenę.

“Prohibicja stała się katalizatorem przemytu i przestępczości zorganizowanej. (...) Po trzynastu latach wzrostu przestępczości, wielu aresztowaniach i gigantycznych wydatkach na służbę zdrowia, alkohol znowu stał się legalny”.

Nieco zbyt szybko gnała akcja poza granicami Norwegii – nie chcę jednak psuć pełnej zabawy informując o dokładnym kraju, do którego tym razem trafił komisarz William Wisting. Pierwszy raz spotkałem się u Horsta z tak szybko opisanymi wydarzeniami, które wręcz gnały na złamanie karku – jedna strona opisywała Norwegię, na drugiej już byliśmy daleko poza nią, potem powrót, znowu wyjazd poza granice. Za szybko, zdecydowanie za szybko. Na całe szczęście to jedynie kilkanaście stron takiej gonitwy, więc da się ją przeboleć – gdyby jednak ją rozpisać w stylu Horsta, czyli spokojnie, z dbałością o detale i bez zbędnego przyspieszania akcji, to dostalibyśmy kilkadziesiąt dodatkowych stron bardzo fajnej historii. Niestety tutaj również autor nieco zaprzepaścił możliwości, jakie sam stworzył.

Mimo wszystko motyw, który tym razem Jørn Lier Horst wybrał jako główny wątek, wokół którego prowadzone jest śledztwo, został wykorzystany w całkiem zgrabny sposób. Nie licząc wspomnianych „wpadek”, czytelnik otrzymuje dobrą historię, która wciąga głęboko i każe również zastanowić się nad paroma sprawami. Zwłaszcza kilka dialogów, prowadzonych pomiędzy głównymi oraz pobocznymi postaciami, pokazują nieco inne spojrzenie na sprawy, wokół których wyrosło mnóstwo stereotypów. To właśnie jedna z tych cech twórczości tego autora, którą cenię sobie najbardziej. Zapewnia nie tylko dobrą i stałą pod względem jakości rozrywkę, ale również pozwala nieco szerzej spojrzeć na współczesne problemy, głównie związane z przestępczością. Można śmiało powiedzieć, że książki Horsta łączą przyjemne z pożytecznym.

Książkę ocenić więc można jako bardzo dobrą, utrzymaną w klimacie, do którego przyzwyczajeni są fani autora. Równy poziom, z paroma wtopami, jednak w ogólnym rozrachunku “Nocny człowiek” to lektura niezwykle przyjemna i wciągająca. Na Horsta można liczyć niemalże w każdym przypadku, a jego dzieła można czytać w ciemno. Jeśli komuś zależy na dobrej jakości, chociaż bez wielkich fajerwerków, to niech śmiało sięga po cykl o komisarzu Williamie Wistingu - piąty tom to godny następca poprzednich oraz przedsmak tego, co czeka na czytelnika w kolejnych częściach.

Łączna ocena: 7/10



Za możliwość przeczytania dziękuję:




Cykl "William Wisting"

piątek, 10 sierpnia 2018

Bardzo chcę! #48 Jack Ketchum - "Przejażdżka"

Jack Ketchum - "Przejażdżka"
Źródło: Lubimy Czytać
Czasem w moim cyklu "Bardzo chcę!" można ujrzeć ogromny rozstrzał gatunkowy. Raz fantastyka ustępuje miejsca kryminałowi, innym razem literaturze faktu - jeszcze chyba obyczajówki nie było (choć czasem gości ona na moich półkach). Często też znaleźć tutaj można klasyków, a zdecydowanie można do takowych zaliczyć Jacka Ketchuma - do klasyków literatury grozy. Współczesna literatura horroru i thrillera kojarzyć się wielu osobom może między innymi z takimi nazwiskami jak King czy właśnie Ketchum. Dzieł pierwszego ze wspomnianych mam na swoim koncie już wiele, jednak twórczość tego drugiego jest dopiero przede mną. Jest wiele tytułów, które chciałbym przeczytać, jednak "Przejażdżka" wybija się wśród nich zdecydowanym i sprężystym krokiem - chyba głównie ze względu na słowa, które napisał Michał z bloga Oczytany.eu:

"Nie każdy da radę doczytać tę minipowieść do końca".

Zdecydowanie mnie nimi przekonał. Lubię trudne i wymagające książki, które potrafią zamieszać w ludzkiej psychice i doprowadzić je na skraj wyczerpania. Ubóstwiam trudne tematy, które często zahaczają wręcz o tematy tabu - takie, o których ludzie boją się mówić, a które wywołują podczas lektury nieprzyjemny dreszcz niepokoju. Takie, które u kobiet wywołują paniczne zakrywanie ust rękami, a u mężczyzn wywołują głębokie bruzdy na czole oraz krzywe grymasy ust. Liczę więc na to, że "Przejażdżka" będzie rzeczywiście jazdą bez trzymanki, która została zamieniona w pewnego rodzaju sztukę. Nie jest bowiem problemem stworzyć opisy jatki, brutalnych przestępstw czy wręcz czystego gore - artyzmem jest wykonać to w ten sposób, aby czytelnik sam nie był pewien czy pragnie autora ubóstwiać za jego dzieło, czy przekląć trzy pokolenia wstecz.

A oto co na temat "Przejażdżki" ma do powiedzenia Wydawnictwo Replika:

"Książka nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii Horror. 
Seks, psychologia i zbrodnia to typowe cechy znakomitej prozy Jacka Ketchuma. Podobnie jak dziwne zbiegi okoliczności, które przepełniają jego kolejne wyśmienite książki. 
Wayne, barman i potencjalny zabójca, który zawsze tchórzy w ostatniej chwili, prawie dusi swoją dziewczynę podczas wspólnej wycieczki. Gdy ona ucieka, Wayne widzi parę, która popełnia brutalne morderstwo i rozpoznaje w jednym ze sprawców stałego klienta swego baru. 
Trupa Howarda, zabitego przez byłą żonę Carole i jej nowego kochanka Lee, odnajduje w strumieniu młody skaut, zaciekawiony cuchnącymi zwłokami. Ścieżki bohaterów łączą się, gdy Wayne zmusza Lee i Carole do z pozoru pozbawionej celu, przerażającej przejażdżki! 
Pełen rozbuchanych emocji i okropieństw dramat Ketchuma nieodparcie wciąga i pochłania czytelnika!"

Czytaliście coś z prozy Jacka Ketchuma? Polecacie? A może mieliście okazję gościć w wagonie "Przejażdżki"?


środa, 8 sierpnia 2018

"Immersja" - Erick Pol

"Immersja" - Erick Pol
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Erick Pol
Tytuł: Immersja
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 576
Data wydania: sierpień 2018

Miałem już w swoim życie okazję czytać połączenie najnowocześniejszych technologii przyszłości z klimatami świata osadzonego wiele lat wstecz. Tym razem jednak “Immersja” jest nieco inaczej przedstawioną historią. Zgadza się co prawda fakt, że technologia jest wykorzystana do zatonięcia w grze (zupełnie jak w Aktach Caine’a Stovera), jednak świat, w którym osadzone są główne wydarzenia jest o wiele starszy. Jest to bowiem Kreta z dwóch tysięcy lat przed naszą erą, kiedy rewolucja neolityczna już się dawno skończyła, a cywilizacja kreteńska oraz grecka właśnie powstawały. Takie kąska nie mogłem przegapić! Przyznać muszę, że był on smaczny, choć czasem dało czuś się nieprzyjemną gorycz.

Dzięki MayaVR podróże w czasie mogą być na wyciągnięcie ręki. No, może “podróże w czasie” to określenie na wyrost, jednak MayaVR potrafi stworzyć na bazie wprowadzonych danych archeologicznych świat niemalże idealnie odwzorowujący Kretę 1627 lat p.n.e. - Ben odczuwa na własnej skórze jak bardzo realistyczna jest ta gra. Problemem jednak okazuje się nie tylko dodatkowy, autoryzowany dostęp innych uczestników, jednak również nieautoryzowany dostęp intruzów, którzy nie mieli nigdy pojawić się w systemie. W czasach, w których zbudowano IAM przemoc potrafi się zrodzić z niewielkiego ziarenka chaosu, a w czasach starożytnych, kiedy dotychczasowe zasady przestają mieć znaczenie, przemoc staje się główną walutą.

Idylla. Spokój. Sielanka. Te trzy słowa idealnie pasują do klimatu, który towarzyszy podczas lektury pierwszych kilkuset stron powieści. Fajstos, 1627 lat przed naszą erą, to miejsce pełne spokoju, harmonii i wszechobecnej przyrody. Żyjący ludzie przedstawieni zostali jako miłujące spokój społeczności, które starają się chronić swoich pobratymców, wiodąc jednocześnie spokojne i pozbawione zwad życie. Naprawdę można się uspokoić i ukoić nerwy podczas lektury, chociaż nie na długo. Przeplatane fragmenty życia we “współczesnym” wydarzeniom świecie stopniowo stają się coraz bardziej nerwowe i napięte. Opisy zarówno jednego jak i drugiego świata na pewno są mocną stronę “Immersji”. Potrafią dobrze budować nastrój i pomagają wyobraźni pracować.

Nieco gorsze są dialogi. Często bywają dość sztuczne lub zbyt proste - rzec można, że nawet infantylne. Wiele razy zastanawiałem się, czy dalej czytam tę samą książkę. Prostota jest oczywiście bardzo często najlepszym, co może spotkać książkę, jednak poziom dialogów w tym przypadku był aż zbyt prosty. Zgodnie z moją wiedzą “Immersja” jest debiutem autora, więc osobiście patrzą zdecydowanie bardziej przychylnym okiem - w końcu dialogi nie są wcale najprostszą częścią każdej powieści, a wręcz przeciwnie. Warto jednak, abyście wiedzieli, że stanowią one przy okazji chyba najsłabszą część całej “Immersji”. Mam jednak nadzieję, że Erick Pol poprawi je w następnych powieściach, bowiem jest to rzecz, którą zwyczajnie należy szkolić udoskonalając swój własny warsztat.

Bardzo interesujący jest sam motyw sztucznej inteligencji połączonej z wirtualną rzeczywistością, który pokazuje w jaki sposób może wpływać na człowieka taka z porozu niewinna gra. Co prawda cały wątek psychologiczno-społeczny nie został w pełni rozwinięty (ani tym bardziej dokończony), to jednak możemy jako czytelnicy obserwować codzienne zmagania uczestników eksperymentu wraz z ich reakcjami. MayaVR ma ogromny wpływ nie tylko na myśli i codzienne zachowanie, ale również na to, co w pełni należy do naszej podświadomości. Nie mamy pewności, czy rzeczywiście tego typu technologie mogłyby w dokładnie taki sposób ingerować w nasze życie, jednak mamy możliwość obserwowania jednej z możliwości, jakie pojawią się wraz z rozwojem wirtualnej rzeczywistości i połączeniu jej wspaniałości z sieciami neuronowymi oraz innymi algorytmami sztucznej inteligencji. Bardzo smaczny kąsek dla wszystkich fanów tej tematyki.

Sam pomysł na fabułę należy uznać za poprawny i w miarę interesujący. Podróże w wirtualnej rzeczywistości, które miały początkowo być wyprawami czysto badawczymi, a które zmieniły się wręcz w kwestię życia lub śmierci to temat jednocześnie nietypowy i oklepany. Nagłe zwroty akcji w postaci dodatkowych uczestników nie należą do oryginalnych, jednak w wykonaniu Ericka Pola są bardzo zjadliwe i przyjemne w odbiorze. Zwłaszcza w połączeniu z opisami autora stanowią doskonały szkielet powieści. W wielu miejscach książka przykuwała do siebie, bo aż chciało się dowiedzieć co też autor wymyślić i jak potoczą się dalej losy bohaterów powieści. A tych mieliśmy kilku.

Niestety to również nie jest najmocniejsza strona “Immersji” - bohaterowie. Podczas lektury można dojrzeć pokaz przemiany głównego bohatera - naukowca, który biorąc udział w eksperymencie w pewnym sensie próbował zachować swoje stanowisko. MayaVR i drugie życie, które w niej prowadzi, zmieniają jego charakter zmuszając do wykształcenia cech i zachowań, o które wcześniej nikt by go nie posądzał. Nie jest on jednak tak wyrazisty, jakby można było się spodziewać. To samo można powiedzieć o pozostałych uczestnikach “gry”. Prowadzeni są oczywiście w większości konsekwentnie, zgodnie z założonym scenariuszem, jednak jest ich nie tylko zdecydowanie za mało, ale również często wydają się zbyt nijacy. Erick Pol stworzył coś w rodzaju sinusoidy, która ciągnie się przez całą książkę i ukazuje jej główne postacie na przemian jako osoby konkretne i dobrze skrojone oraz jako losowych ludzi, którzy pojawili się w historii, bo musieli się pojawić.

Mimo wspomnianych wad, książka jest naprawdę fajną powieścią, która rodzi nadzieje na lepszą kontynuację. Już wiele razy moja pobłażliwość w stosunku do debiutów zaowocowała mnóstwem wrażeń w późniejszych tomach. Problemy “Immersji” nie są niczym, czego nie można wyeliminować ćwicząc swój warsztat, a jej podwaliny są mocne i wystarczająco intrygujące. Świat stworzony przez Ericka Pola nie został może rozwinięty w stopniu zadowalającym, jednak głównie skupiał się na wydarzeniach w Fajstos, a te z kolei trzymają wysoki poziom, zwłaszcza w przypadku opisów zdarzeń, osób czy przyrody. Warto dać szansę, zwłaszcza jeśli patrzy się na debiuty przez palce. Wówczas można z tej powieści czerpać sporo przyjemności.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


sobota, 4 sierpnia 2018

Co pod pióro w sierpniu 2018?

Mam nadzieję, że sierpnień nie będzie tak przerażająco gorący jak końcówka lipca. Przy temperaturach rzędu 30 stopni Celsjusza mój mózg odmawia posłuszeństwa a oczy zamieniają się w niezdatną do czytania papkę. Może dlatego w lato nie mam zbyt dobrych wyników czytelniczych, bo nawet jak się smażę gdzieś to nie chce mi się sięgnąć po lekturę. No, ale jako że mam parę zobowiązań recenzenckich to trzeba się spiąć i nie marudzić, że "aaa może by tak tylko pogapić się w sufit", bo z tego jeszcze nigdy nic dobrego nie wyszło! Na pewno jest kilka pozycji, które chciałbym przeczytać koniecznie (i niekoniecznie jest to fantastyka!), więc myślę, że w tym miesiącu dla każdego coś dobrego. :)

Poprzedni miesiąc wyszedł idealnie jeśli o realizację planów chodzi. Cztery pozycje, wszystkie przeczytane - niekoniecznie w tej kolejności, w której podałem. Ta jednak nie miała u mnie nigdy znaczenia, co się nawinęło pod rękę (albo co było bliższe premiery), to brałem i czytałem. W tym miesiącu mam w miarę sprecyzowane plany choćby z tego powodu, że jedną z książek zaczałem już w lipcu, więc warto by ją jednak skończyć jak najszybciej. Do tego zbliża się premiera "Nocnego człowieka" od Wydawnictwa Smak Słowa, a przede mną jeszcze "Jedna jedyna", która jest wcześniejszym tomem. Z jednej strony będzie więc fantastyka, a z drugiej kryminał. Mam więc nadzieję, że wiele osób znajdzie coś dla siebie, z czego będzie można wybierać przy najbliższych, książkowych zakupach. :)

Oczywiście klasycznie wszystkie okładki pochodzą z portalu Lubimy Czytać.

"Zabójczyni" - Sarah J. Maas
"Zabójczyni" - Sarah J. Maas

Zbiór pięciu opowiadań, które zawierają historię sprzed wydarzeń znanych z cyklu "Szklany Tron". Przedstawią siedemnastoletnią Celaenę Sardothien oraz jej drogę do tego, kim się stała. Znane , lecz nieżyjące już postacie pojawiają się na kartach opowiadań, a te, które udało nam się już poznać, ukażą się z nieco innej strony. Tak, to zdecydowanie coś, co chcę przeczytać.
"Nocny człowiek" - Jørn Lier Horst
"Nocny człowiek" - Jørn Lier Horst 

Piąty tom przygód Williama Wistinga to jest coś, co na pewno przeczytam w sierpniu. Nie zrobiłem jeszcze pełnej inwentaryzacji swoich książek Horsta, ale wydaje mi się, że chyba już wszystkie mam porozrzucane po półkach i stolikach. W lipcu kupiłem trzy, "Nocny człowiek" również do mnie przyszedł, ale jako egzemplarz recenzencki, więc pora zacząć nadrabiać zaległości!
"Gemina" - Jay Kristoff, Amie Kaufman
"Gemina" - Jay Kristoff, Amie Kaufman

Druga część niesamowitej pod katem wizualnym książki "Illuminae". Pierwsza część wyróżniała się oczywiście nie tylko sposobem wydania (chociaż też została wydana w częściowym crowdfundingu), ale również sposobem jej napisania. Raporty, stenogramy, historie rozmów, logi systemów - jednym słowem wszystko, co KOMPLETNIE różni się od narracji. :)

"Immersja" - Erick Pol
"Immersja" - Erick Pol

Może i na ostatnim miejscu, ale pojawi się zdecydowanie jako pierwsza - już za chwilę! Niestety nie udało mi się wyrobić (chyba po raz pierwszy) dokładnie na premierę z egzemplarzem recenzenckim. Już teraz jednak mogę Wam zdradzić, że opinia będzie racze pozytywna, choć nie pozbawiona lekkiego narzekania. :) Chociaż połączenie czasów około dwóch tysięcy lat przed naszą erą z rozwiniętą technologią przyszłości jest bardzo ciekawe - Uroboros wie jak zainteresować czytelnika!




czwartek, 2 sierpnia 2018

Podsumowanie lipiec 2018

Lubicie wakacje? Kto nie lubi! Chociaż mogłyby być kapkę chłodniejsze - mowa oczywiście tylko o tych dniach, kiedy nawet spokojny spacer jest wyzwaniem. No ale cóż, jak przyjdzie zima to będę narzekał na to, że za zimno - tak źle, tak niedobrze. No nie dogodzi! Zawsze jednak można próbować dogodzić książkami, a to się, muszę przyznać, że w lipcu udało. Co prawda obroty zdecydowanie zmalały, ale staram się korzystać z ruchu kiedy można. Stąd też nieco mniejsza ilość czasu na inne przyjemności, w tym między innymi lekturę. Na początku sierpnia jadę poleniuchować i pozwiedzać na tydzień niecały, więc też nie wiem na ile akurat będzie to wypoczynek z książką - na pewno wezmę ze sobą czytnik. Nigdy nie wiadomo kiedy nadarzy się okazja. ;)

Jak już wspomniałem, lipiec nie był tak bogaty książkowo, jakbym sobie tego życzył, ale nie jest z drugiej strony też najgorzej. Ilościowo książek było mniej więcej tyle samo, co do każdego miesiąca do tej pory - jedynie różnią się liczbą stron. "Dolores Claiborne" oraz "Chorały z pogranicza czasu" czytało się nieco dłużej, niż wskazywać by na to mogła liczba ich stron. Mniejszy font, w przypadku książki Dominika Łuszczyńskiego nieco większy format - ale przynajmniej czytało się naprawdę przyjemnie, a to jest najważniejsze! Wyniki mogą być nieco... przymglone ze względu na to, że tak naprawdę jestem już pod koniec "Zabójczyni", ale jeszcze jej nie skończyłem. Mógłbym to spokojnie zrobić, ale czekała na mnie "Immersja", z którą chciałem się bardzo wyrobić jak najbliżej premiery. 

Zacznijmy jednak już samo podsumowanie - klasycznie od liczby książek, stron i tak dalej:



Jak widać, mamy tu niezłe skoki w liczbie stron - słupki latają jak szalone! Cóż jednak zrobić, akurat takie a nie inne książki się trafiły i przynajmniej wykresy mogą być weselsze. A nie tylko takie jakieś płaskie. ;) Ogólnie rzecz biorąc może i wakacje, ale jak widzicie książkowo z nich nie korzystam.



Prawie dwadzieścia nowych osób polubiło mój fanpejdż na Facebooku, co mnie niezmiernie cieszy! Zwłaszcza, że kapeczkę też zasięgi rosną, nawet mimo tego, że ostatnio nie byłem zbyt aktywny tam. Zwłaszcza jeśli chodzi o bardziej luźne posty. Chociaż staram się dzielić z Wami zapowiedziami książek, które mnie interesują oraz zdjęciami samych tomów, które do mnie przychodzą! O samych wynikach z Google Analytics ciężko coś powiedzieć. One po prostu są. ;)



No, wcale nie najgorzej, co? Udało się utrzymać mniej więcej poziom. No, dobra, jest niższy. Mimo wszystko na razie jestem dobrej myśli, bo wszystko wskazuje na to, że w tym roku uda mi się wreszcie ukończyć wyzwanie z sukcesem. Chociaż lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca...



No, trochę tego jest. Daleko mi do stosów, jakie widuje na niektórych blogach, ale parę książek jednak do mnie trafiło. A jeszcze powinienem w sierpniu wykorzystać kod bonusowy do Gandalf.com, więc pewnie kilka tomów też wpadnie. Możliwe, że zauważyliście brak Kinga z kolekcji - tym razem ustawiłem sobie przypomnienie w kalendarzu i zamówiłem sobie częściową prenumeratę, a pierwsza paczka wyjdzie 8 sierpnia 2018 roku. Sierpień więc być może też będzie miał w sobie trochę nowych nabytków. :)

Na koniec nieodłączna lista tytułów, które udało mi się przeczytać w minionym miesiącu, wraz z linkami do opinii.

1. "Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - U. Szczęch
2. "Tajemnica Godziny Trzynastej" - A. Kańtoch
3. "Dolores Claiborne - S. King
4. "Chorały z pogranicza czasu" - D. Łuszczyński
5. "World of Warcraft. Cisza przed burzą" - C. Golden

W lipcu najwięcej wejść pojawiło się z bloga Kącik z Książką, prowadzonego przez Kasię! :D Najwięcej wejść zaliczył za to wpis będący opinią o "Chorałach z pogranicza czasu" Dominika Łuszczyńskiego - lektura zdecydowanie nietypowa, niecodzienna i zasługująca na uwagę. :) No, to u mnie w zasadzie tyle. :D


wtorek, 31 lipca 2018

"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden

"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Christie Golden
Tytuł: World of Warcraft: Cisza przed burzą
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Stron: 408
Data wydania: 18 lipca 2018


Od niedawna odświeżam sobie lata młodości spędzone na graniu w World of Warcraft w nieco inny sposób - czytając książki bazujące na uniwersum stworzonym przez Blizzard. Prym wśród autorów na moich półkach wiedzie Christie Golden, która rzeczywiście stała się dla mnie kimś, kto pokazał, że jednak można napisać świetną powieść bazując na wydarzeniach z gry komputerowej. “Cisza przed burzą” jest tym razem nieco innym przypadkiem - do tej pory zawsze znałem fabułę książki i wiedziałem jak potoczą się wydarzenia. Najnowsza książka wydana przez Wydawnictwo Insignis opowiada jednak historię, która nawiązuje do najnowszego dodatku World of Warcraft: Bitwa o Azeroth. Mogłem więc zupełnie inaczej podejść do lektury i muszę przyznać, że mam nieco mieszane uczucia, chociaż przeważają jednak te pozytywne.

Nad Azeroth zawisło kolejne niebezpieczeństwo, choć tym razem nie są to armie Płonącego Legionu. Sargeras nawet podczas swojego upadku potrafił zadać temu światu potworny ból. Z rany powstałej po uderzeniu jego mieczem wypływa azeryt - Horda i Przymierze próbują dojść do tego, w jaki sposób ta niezwykła substancja może im pomóc nie tylko w leczeniu własnych ran, ale w umocnieniu swojej pozycji. Odwieczny konflikt może jednak tym razem nabrać zbyt dużego rozpędu. Ten z kolei może spowodować totalną anihilację całego Azeroth. Chyba, że wcześniej Anduinowi uda się wprowadzić w życie swój karkołomny i na pierwszy rzut oka od razu skazany na niepowodzenie plan…

Książkę tę odbieram zdecydowanie inaczej niż wszystkie poprzednie, przeczytane przeze mnie tytuły bazujące na World of Warcraft. Tym razem nie znałem wcześniej wydarzeń, które opisuje autorka, a na dodatek wiele znanych mi postaci już nie żyje. Z drugiej strony o wiele lepiej można poznać jedną z wielokrotnie pominiętych postaci, jaką jest Sylvannas Windrunner (czy też w tłumaczeniu - Sylwana Bieżywiatr). Jest mniej więcej taka, jakiej się spodziewałem. Wyzuta z emocji, podstępna, przebiegła, niesamowicie inteligentna i z bardzo rozwiniętymi zdolnościami przywódczymi. Po drugiej strony barykady stoi Anduin Wrynn, kapłan, król Stormwind (w polskim tłumaczeniu Wichrogrodu), który jest aż do bólu praworządny, dobry, moralny i jedyne o czym marzy to pokój na wszystkich kontynentach. Różnice te u obojga bohaterów widać od samego początku, co tylko podkreśla problem, z jakim zmaga się obecnie Azeroth.

“- Jak to krasnoludy. - Wzruszyła ramionami. - Słowa latają nad głowami. Czasami kufle. Aczkolwiek myślę, że to drugie zdarza się rzadziej, gdy kufle są pełne”.

Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym nie narzekał na tłumaczenie. Bynajmniej nie zamierzam złego słowa powiedzieć o tłumaczeniu samym w sobie czy o pracy Dominiki Repeczko - bez jej pracy książki te nie byłyby napisane tak świetnym językiem, który potrafi wprowadzić w klimat opisywanych scen. Jak w większości książek do tej pory chodzi oczywiście o tłumaczenie nazw własnych, które przez Blizzarda są odgórnie narzucane, a które po prostu nie mają ładu ani składu. Część nazwisk jest spolszczona, część nie, niektóre z nich brzmią po prostu groteskowo, a nazw krain można się domyślić jedynie próbując w sposób naprawdę bezpośredni tłumaczyć we własnym zakresie (lub posiłkując się ich położeniem geograficznym, jeśli zna się mapy Azeroth). Mam nadzieję, że Blizzard kiedyś nabierze trochę racjonalności i albo w pełni wyprostuje tłumaczenia, albo zaprzestanie ich wymagania - obecny stan rzeczy fani gier są w stanie przełknąć. Nie wyobrażam sobie jednak być młodym adeptem, który pragnie posmakować nowego świata i dostać coś tak… absurdalnego.

Nie jestem do końca pewien jak odebrać niemalże chorobliwie praworządne zachowanie bohaterów Przymierza. Dla porównania Sylwana wraz ze swoimi poplecznikami jest po prostu konkretną, dobrze zbudowaną postacią, której charakter i osobowość oddają jej pozycję. Z kolei Anduina można jeszcze w pełni wytłumaczyć tym, że jest kapłanem, jednak jego świtę już niekoniecznie. Nie aż do takiego stopnia. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że taki dokładnie mógł być zamysł Christie Golden, aby jeszcze bardziej uwypuklić różnice między Przymierzem oraz Hordą na tle głównego planu króla Anduina. Mimo wszystko wiele razy się skrzywiłem podczas lektury z tego powodu, nie zamierzam jednak wieszać psów na takim zabiegu - w końcu nie jest aż tak łatwo manewrować pomiędzy dwiema tak skrajnymi postawami, więc niewątpliwie autorce należą się słowa gratulacji. 

“Kiedyś pracowałem w Zimozdroju. Jestem śniegolubnym amatorem przytulanek przed kominkiem, kochającym święta piecuchem”.

Na ogromny plus zasługuje wątek pewnego goblina, który to (wątek) niestety nie jest tak długi i szczegółowy, jaki bym chciał, aby był, jednak zapewnił dużo dobrej zabawy. W całej książce występuje wiele nowych postaci oraz cały świat przewraca się do góry nogami, zwłaszcza pod kątem współpracy pomiędzy rasami, których nigdy by się nie posądzało o możliwość choćby przebywania we własnym towarzystwie. Horda otrzymuje nową przywódczynię, która prowadzi rządy nieco inne niż te, do których przywykła Stara Horda, natomiast Przymierze zastanawia się nad schowaniem starych strachów. Na pewno jest to książka, która spowoduje niezłe zamieszanie w głowach starych wyjadaczy, którzy pamiętają doskonale czasy pierwszych Warcraftów.

Całkiem dobra pozycja, choć ustępuje swoim poprzedniczkom. Wciąż jest to ten sam, niezwykle przyjemny styl Christie Golden (w postaci tłumaczenia Dominiki Repeczko), chociaż nie pokazuje takiego pazura, jakiego można było się spodziewać. Końcówka niesamowicie wciąga i jest na pewno dźwignią, która podnosi całą powieść o wiele wyżej, niż sugerować by mogła cała pierwsza połowa “Ciszy przed burzą”. Nie nazwałbym tej książki czołówką World of Warcraft, chociaż całokształt wypada całkiem dobrze. Jeśli jesteście przygotowani na wywrócenie do góry nogami wszystkiego, co wiedzieliście do tej pory o Azeroth oraz frakcjach zamieszkujących poszczególne kontynenty, to pewnie nie będziecie żałować. Jeśli jednak jesteście przyzwyczajeni do takiego a nie innego podziału sił i sposobów rządzenia - możecie przeżyć szok. Czy pozytywny, czy negatywny, to już musicie przekonać się o tym sami…

Łączna ocena: 7/10


niedziela, 22 lipca 2018

"Chorały z pogranicza czasu" - Dominik Łuszczyński

"Chorały z pogranicza czasu" - Dominik Łuszczyński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dominik Łuszczyński
Tytuł: Chorały z pogranicza czasu
Wydawnictwo: Phantom Books
Stron: 154
Data wydania: 15 maja 2018


Kiedy ktoś mówi mi o klasycznych literaturze grozy, na myśl przychodzi mi oczywiście Edgar Allan Poe oraz H. P. Lovecraft. Niemalże cała twórczość obu wspomnianych autorów jest jeszcze przede mną, chociaż sam ich dorobek jest doskonale znany chyba większości miłośników literatury. Dominik Łuszczyński w swoim zbiorze opowiadań nawiązuje właśnie do tych klimatycznych dzieł, których atmosferę trzeba po prostu umieć oddać. Nie każdemu się to udaje, i nie każdy jest w stanie napisać coś, co będzie miało podobny wydźwięk. Ciężki, mroczny, ale jednocześnie subtelnie pociągający za najgłębiej osadzone struny ludzkiej psychiki. Czy “Chorały z pogranicza czasu” można uznać za właśnie ten typ literatury? Zdecydowanie tak.

Kiedy groza wypływa z każdego zakątka otaczającego Cię świata, nie myślisz racjonalnie. Kiedy strach zaczyna szarpać Twoją i tak już nadwyrężoną psychikę, starasz się uciec jak najdalej, nie bacząc na przeciwności. Dokładnie do takiego stanu chce Cię, Drogi Czytelniku, doprowadzić autor w swoim zbiorze opowiadań. Każde z nich to kolejna porcja grozy, dawkowana w takiej ilości, aby utrzymać Cię przy życiu, ale zapędzić Cię w róg nie dając ani chwili wytchnienia.

Jeśli ktoś zapytałby mnie o to, jaka jest jedna, charakterystyczna cecha “Chorałów z pogranicza czasu”, to zdecydowanie wskazałby barwny i nieco archaiczny język. Opisy są bardzo barwne i wyraziste, nadając opisywanym miejscom czy wydarzeniom dodatkowej aury tajemniczości. Czytając opowiadania Dominika Łuszczyńskiego można się poczuć, jakby sięgnęło się po pozycję napisaną na długo przed narodzinami autora. Świetnie koresponduje to z nastrojem, który ewidentnie chce zbudować w swojej książce autor. Ciężki, nieco podniosły, rozlewający powoli emocje po umyśle czytelnika. 

“Jak można twierdzić, że każdy może być panem swego losu w społeczeństwie, w którym wartość człowieka określa się między innymi poprzez pryzmat jego wyglądu?”

Każde z opowiadań jest zupełnie inne i porusza kompletnie odrębną tematykę. Wszystkie jednak mają jeden wspólny mianownik - granie na emocjach czytelnika. Odwołują się zarówno do uczuć, jak i przywar czy też po prostu cech, które można w łatwy sposób piętnować lub ukazać ich zgubny wpływ. Czasem wręcz przez myśl przechodziło mi porównanie do bajek, ze względu na alegoryczność tych utworów, chociaż oczywistym jest, że z bajkami zdecydowanie nie mają nic wspólnego. Nie wywołały we mnie co prawda przerażenia, jednak atmosfera, którą budują miejscami aż prosi się o pokrojenie rzeźnickim nożem. Tutaj Dominik Łuszczyński wykonał naprawdę kawał dobrej roboty. Można się poczuć jak w samym środku opisywanej historii.

Oprócz barwnego języka, wszystkie opowiadania charakteryzują się bardzo dużą plastycznością. Miejsca wraz z ich opisami można dowolnie kreować w swojej wyobraźni, tworząc byty wprost z naszych najgorszych (lub też najlepszych) koszmarów. Autor pozostawia wiele miejsca na snucie własnych wyobrażeń i unika bezpośrednich porównań. Metafory są raczej ogólnikowe, choć wystarczająco rozbudowane, aby nacieszyć się samym językiem narracji. Odniosłem wrażenie, że taki zabieg był od samego początku stosowany z pełną premedytacją - być może moja niepewność wynika z niezbyt obszernej znajomości klasyki literatury grozy, jednak jeśli jest to standard, to omija mnie zdecydowanie zbyt wiele dobrego.

“Słyszał ich nieskładne szepty, niewyraźne charkoty i buczenia przerywane odgłosem pękających ropni”.

Sama treść historii i ich warstwa fabularna czasem mogłyby jednak być nieco mniej rozwleczone, lub wręcz przeciwnie - rozbudowane. Jest kilka pozycji, które z samego założenia nie powinny być rozszerzane na wiele stron, jednak w pewnym przypadkach czuje się lekki niedosyt. Wśród dłuższych form za to niektóre fragmenty można by pominąć - zwłaszcza kiedy mówimy o opisach. Mimo swego niesamowitego klimatu i niewielkiej liczby stron, bywały momenty, w których musiałem zwyczajnie odpocząć od “Chorałów z pogranicza czasu”. Sam klimat, który utworzył Dominik Łuszczyński jest jednak wart przebrnięcia przez mniej interesujące partie książki, a trud będzie wynagrodzony niecodziennymi przeżyciami związanymi z lekturą grozy.

Ogólnie rzecz biorąc jest to kawał fajnej literatury, która może się spodobać zarówno fanom powieści grozy, jak i osobom, które nie miały jeszcze styczności z tego typu literaturą. Dominik Łuszczyński prowadzi czytelnika przez swoje opowiadania w sposób klimatyczny, omijając szerokim łukiem elementy kojarzone ze współczesnym horrorem (zwłaszcza filmowym), co dla mnie jest przeogromnym plusem. Tego typu zbiory oraz powieści aż chce się czytać. Autorowi co prawda nie zawsze udało się zbudować idealną historię, jednak zapewne wszystko jest kwestią warsztatu - dać szansę jednak warto, choćby za język wykorzystany w “Chorałach na pograniczu czasu” oraz atmosferę, którą udało mu się stworzyć. Za te dwa elementy - chapeau bas!

Łączna ocena: 7/10


czwartek, 19 lipca 2018

[ZAPOWIEDŹ] "Legendy Archeonu. Strach stary i nowy" - Thomas Arnold


LEGENDY ARCHEONU NADCHODZĄ, A WRAZ Z NIMI
STRACH STARY I NOWY!

Z Kroniki Odda...
(fragm. Księgi VII – STRACH STARY I NOWY)

      Po ucieczce pierwszych ludzi z Terenów Centralnych i opanowaniu tych ziem przez olbrzymów, gigantów i niszczycieli, Archeon pozostawał przesiąknięty strachem, śmiercią oraz pierwotnym złem powołanym do życia przez Stwórców. Ku swej uciesze sprowadzali oni na świat kolejne monstra pustoszące lądy i oceany, a ich jedynym celem była chęć niszczenia tego, co już istniało. Pożoga i zagłada trwały setki lat, ale również ta era, jak każda, miała swój początek oraz koniec, zapisując się w legendach.

      Krew wsiąkła głęboko w ziemię, która na powrót przyjęła brunatną barwę, a rozkładające się ciała dały początek nowemu życiu. Strach uleciał i rozproszył się w powietrzu niczym dym z przygaszonej pochodni. W tym wszystkim jedynie Śmierć pozostała niezmienna. Cierpliwie czekała na odważnych, którzy postanowili wrócić i ponownie określić się mianem Archeonów – pierwotnej nacji zamieszkującej niegdyś Tereny Centralne.


Dotychczas w dorobku autora:

poniedziałek, 16 lipca 2018

"Dolores Claiborne" - Stephen King

Źródło: Lubimy Cytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dolores Claiborne
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Stron: 234
Data wydania: 18 października 2017


Zbyt dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ostatni raz sięgałem po książki Mistrza. Najwyższa pora to nadrobić, zwłaszcza że kolekcja cały czas się powiększa. “Dolores Claiborne” jest wręcz idealnym kandydatem po dość długiej przerwie od Kinga, bowiem uznawana jest za bardzo dobrą pozycję z dorobku tego autora. Przy okazji nie jest ciężka (podobno) ani trudna w odbiorze (podobno). Chciałem więc te “podobno” wyeliminować i jednoznacznie odpowiedzieć Wam na pytanie, czy słusznie uznawana jest za jedną z lepszych powieści Stephena Kinga. Z czystym sumieniem mogę napisać, że absolutnie nie dziwię się tej opinii i podpisuję się pod nią wszystkimi moimi kończynami. Przynajmniej dopóki są w pełni sprawne.

Przesłuchania na policji mogą być długie. Zwłaszcza, jeśli jest się podejrzanym o popełnienie morderstwa. Kiedy Vera Donovan żegna się z życiem, jako jedna z pierwszych na komendę trafia Dolores Claiborne - była opiekunka Very, która wielokrotnie dała do zrozumienia, że z chęcią pozbawiłaby życia swoją chlebodawczynię. Ku wielkiemu zdumieniu prowadzących śledztwo, Dolores nie ma jednak zamiaru przyznać się do zabójstwa. A na pewno nie do zamordowania Very. Za to zbrodnia sprzed prawie trzydziestu lat, dokonana na własnym mężu to coś zupełnie innego...

Co prawda wiele jeszcze książek Stephena Kinga przede mną, ale po “Mrocznej Wieży” myślałem, że niczym mnie już nie zaskoczy. A jednak Kingowi się to udało i to w gruncie rzeczy niepozorną powieścią, którą jest “Dolores Claiborne”. Nie chodzi jednak wcale o jakąś ponadczasowość czy wspaniałość bijącą inne dzieła Mistrza. Absolutnie - “Dolores Claiborne” nie jest bowiem ani mrożącym krew żyłach horrorem, ani trzymającym w napięciu thrillerem. Jest po prostu… nietypowa. Zaskoczyła mnie głównie forma, jaka została wykorzystana do jej napisania. Całą książka jest bowiem zapisem zeznań tytułowej Dolores Claiborne. King wykorzystał narrację pierwszoosobową, w której oskarżona opowiada policjantom coś, co można nazwać historią swojego życia.

“Czuję jakiś przeciąg, Andy. Czyżby tak wiało z twojej rozdziawionej gęby?”

Nie jest to jednak coś w rodzaju czytania zeznań - bardziej można to przyrównać do ich słuchania. Dolores w trakcie swojej przemowy komunikuje się bezpośrednio z policjantami, jednak Stephen King nie zawiera w tekście bezpośrednio ich odpowiedzi. Można je wywnioskować jedynie z dalszych wypowiedzi Dolores. Czytanie czegoś takiego jest naprawdę interesującym przeżyciem. Co ciekawe, muszę przyznać, że wyszło to niesamowicie. Wydawać by się mogło, że to w sumie takie nic, zwykły, znany od lat sposób prowadzenia narracji, ale jednak dorzucenie do tego pośredniej rozmowy z niewidocznymi dla czytelnika osobami dodał fajnego smaczku. Małe rzeczy, a cieszą. Nie przypominam sobie żadnej książki, którą czytałem, bądź o której wiem, żeby stosowała ten sam zabieg. Można więc powiedzieć, że i w tym przypadku King zrobił coś… oryginalnego.

Na ogromny plus zasługuje humor, którym autor wypełnił niemalże całą książkę. Nie zdążyłem dojść do trzydziestej strony, a już śmiałem się niemalże do upadłego! “Dolores Claiborne” ze swoim ciętym językiem i prostym humorem potrafi rozbawić do łez. Stephen King często w swoich książkach zawiera sporo specyficznego dla niego humoru, jednak w tym przypadku chyba przeszedł samego siebie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to humor przedstawiany przez prostą kobietę, jak sama o sobie mówi, wyspiarkę z krwi i kości, która przez całe życie pracowała urobiona po łokcie. To jednak świadczy jednak o kunszcie Kinga (oraz tłumacza polskiej wersji językowej! w końcu podołał wyzwaniu!), który był w stanie w wiarygodny sposób oddać styl i język, jakim posługiwała się Dolores Claiborne, której lata młodości przypadają w okolicach lat 40. i 50. XX wieku. Nie dość, że wyszło znakomicie, to jeszcze przykuwało uwagę jeszcze lepiej.

“A tak już jest, że sranie ma w sobie coś komicznego”.

Sama historia, którą opowiada Dolores na kartach książki jest słodko-gorzkim przedstawieniem jej żywota - prostego, pełnego nieszczęść, ale i przezabawnych sytuacji. Chociaż większość humoru bierze się z nieco satyrycznego podejścia głównej bohaterki do jej przeżyć. Nawet te nieprzyjemne chwile potrafi ubrać w bardzo zabawny sposób. Mimo tego, że jest to nic innego jak właśnie opowieść o dziejach pewnej wyspiarki, to Stephen King stworzył z tego historię, którą się wręcz pochłania. Wszystkie elementy układanki doskonale do siebie pasują, a do tego dążą do jednego - w jaki sposób Dolores Claiborne zabiła swojego własnego męża. O tym fakcie dowiadujemy się już na samym początku, a później czekamy na szczegóły, które zdradzi przesłuchiwana żona. Jestem naprawdę pod wrażeniem jak można zrobić tak ciekawą książkę z tak prostego i niezbyt porywającego motywu.

Zdecydowanie świetna książka. Nie jest to ta twórczość Stephena Kinga, za którą wynosi się go pod niebiosa, ale na pewno należy do tych książek, za które można autora ogólnie chwalić. Prosta, ale wciągająca i pełna humoru. Tego dobrego, specyficznego dla Kinga humoru, który nie wszystkim podchodzi. Jeśli jednak się okaże, że “Dolores Claiborne” trafiła w czyjś gust, to lepiej nie czytać jej w publicznym miejscu. Ludzie mogą zacząć się dziwnie patrzeć, jeśli co chwilę parska się śmiechem, lub wręcz zaczyna się śmiać na całe gardło. Doskonała nie tylko jako przerywnik, ale również jako pełnoprawna pozycja, która nie będzie w żaden sposób umniejszać Waszej domowej biblioteczce. Jednym słowem - polecam!

Łączna ocena: 8/10


czwartek, 12 lipca 2018

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Anna Kańtoch
Tytuł: Tajemnica Godziny Trzynastej
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 364
Data wydania: 18 kwietnia 2018


To już moje trzecie spotkanie z twórczością Anny Kańtoch - oczywiście każde z nich dotyczyło tego samego cyklu, czyli “Tajemnicy Diabelskiego Kręgu”. Pierwsze dwa były zaskakująco przyjemne, więc miałem spore nadzieje dotyczące tomu trzeciego. Co prawda nie spodziewałem się zwrotów akcji rodem z dobrego filmu ani budowania napięcia zgodnie z zaleceniami Hitchcocka, ale jednak w perspektywie podobnych książek młodzieżowych można było zrobić coś naprawdę dobrego. Okazało się, że autorka nie tylko utrzymała poziom, ale nawet go nieco podbiła w górę. Lektura bowiem była chyba jeszcze bardziej przyjemna niż poprzednie dwie części.

Kiedy budzisz się w nieznanym sobie miejscu i nie pamiętasz jak tu trafiłeś, nie wróży to niczego dobrego. Jeśli na dodatek pamiętasz, że jakiś czas temu wokół Ciebie byli Twoi przyjaciele, a teraz ich nie ma, brzmi to jeszcze gorzej. Jednak najgorsze co może Cię w tym przypadku spotkać, to odkrycie, że możesz się rozejrzeć po okolicy, jednak ostatecznie wolisz tego nie robić. Nie po tym, co widzisz wszędzie wokół. Nina musiała stawić temu czoła i nie tylko spróbować dostać się do domu, ale również dowiedzieć się czemu i w jaki sposób się tutaj znalazła. W końcu teraz… No właśnie. Teraz nie wiadomo kto i czemu ją tutaj zostawił. A miało być tak pięknie.

Kolejna część przygód Niny to kolejna zagadka do rozwiązania przez rezolutną czternastolatkę, która odziedziczyła po Wybrańcu bystrość. Muszę przyznać, że pomysły Anny Kańtoch mają w sobie coś świeżego i orzeźwiającego. Teoretycznie zamknięcie całej akcji w obrębie jednego miasta nie jest ani niczym nowym ani niespotykanym nawet w obrębie tego cyklu (w końcu drugi tom, “Tajemnica Nawiedzonego Lasu” skupiał się na jednym ośrodku z okolicznymi domostwami), ale sposób, w jaki autorka to wszystko prowadzi jest naprawdę świetny. Prosty, ale przyjemny - można się zarówno zaśmiać, skupić, zasmucić jak i zamyślić. W przypadku trzeciego tomu mamy do tego wszystkiego jeszcze zagadkę, która tym razem o wiele bardziej przypomina pełnoprawne śledztwo w wydaniu nastolatków - z intrygą, zwrotami akcji oraz zaskakującym zakończeniem.

Powieść jest lekkostrawna i jednocześnie intrygująca, a także świetnie się komponuje z poprzednimi częściami. Można powiedzieć, że widać wręcz tendencję wzrostową, co nie jest aż tak często spotykane. “Tajemnica Godziny Trzynastej” jest nieco bardziej dojrzała niż dwie poprzedniczki, chociaż wciąż należy pamiętać, że czytamy o grupie nastolatków prowadzących swoje śledztwo w świecie powojennej Polski, w której pojawiły się stworzenia zwane aniołami. To po prostu musi być niezobowiązujące i odrobinę naiwne, jednak nie w sposób godzący w ludzką inteligencję. Absolutnie. Cały cykl “Tajemnicy Diabelskiego Kręgu” napisany jest dla konkretnego typu czytelnika, i Anna Kańtoch trzyma się tego z podziwu godną konsekwencją. 

Tą samą konsekwencją cechuje się jej podejście do postaci, ponieważ każda z nich jest dokładnie taka, jaką pamiętamy z poprzednich części, bez nagłych zmian zachowania czy charakteru. Bohaterowie starają się uczyć na błędach, widać ich rozwój, ale nie są to dowolnie wybrane skoki. Oczywiście od razu rzuca się w oczy sam rozwój postaci, na które ogromny wpływ mają wydarzenia z trzech tomów, ale nie są ani jakieś przykłady studium przypadku, ani całkiem losowe, dopasowane tak, aby pasowały do fabuły. Innymi słowy zdecydowanie można poczuć się dobrze potraktowanym pod względem prowadzenia bohaterów - zarówno pod kątem fabularnym, jak i osobowościowym. Jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało.

Anna Kańtoch doskonale kontynuuje swoje dzieło - mimo ewidentnego przeznaczenia dla nieco młodszych czytelników, dorośli również znajdą w tym radość. Dodatkowo położenie większego nacisku na motyw kryminalnej zagadki rozszerza możliwości i intryguje o wiele bardziej. Osobiście kupuję ten tom i mam nadzieję na to, że nie jest to koniec przygód Niny i jej paczki. Oby więcej takich powieści, nawet jeśli w niektórych miejscach ciężko się doszukać logiki lub wręcz łatwo wytknąć jakieś niedociągnięcie. Być może mam bardzo liberalne podejście do przyjemnych i lekkich lektur i nie staram się ich rozkładać na czynniki pierwsze - po prostu jeśli sprawiają mi radość z czytania i nie angażują mocno mózgu, to jestem wręcz wniebowzięty. Jeśli na dodatek można powiedzieć wiele dobrych słów na ich temat, to w moich oczach rosną na o wiele, wiele większe.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


wtorek, 10 lipca 2018

Bardzo chcę! #47 Frances Gies, Joseph Gies - "Życie w średniowiecznej wsi"

Frances Gies, Joseph Gies - "Życie w średniowiecznej wsi"
Źródło: Lubimy Czytać
Czy ktoś jeszcze pamięta grę Stronghold, w której budowało się średniowieczne osady, przekształcane w obronne zamczyska i starało się utrzymać ludzi przy życiu? Albo Settlers Online - strategię bazującą na wieloczęściowej, kultowej grze The Settlers, w której wcieliliśmy się w rolę władcy próbującego stworzyć wspaniałe społeczeństwo oparte o czasy średniowieczne? Uwielbiałem te gry, ze względu na ich klimat. Średniowieczna wieś to coś, co mniej interesuje jeszcze bardziej niż stan rycerski czy życie osób z wyższych sfer. Zawsze fascynowała mnie zaradność oraz umiejętność dostosowania się do sytuacji nawet w sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wydają się być beznadziejne. Wiele osób podziela pogląd, że średniowieczny chłop wiódł smutne i ciężkie życie, bez względu na to, pod jakim panowaniem żył. Niewiele osób jednak wie, jak daleko od prawdy mogą być takie opinie.

Frances Gies oraz Joseph Gies są małżeństwem historyków, którzy na swoim koncie mają już podobną książkę, ale traktującą o życiu w średniowiecznym zamku. Jej tytuł to - analogicznie do obecnie omawianej pozycji - “Życie w średniowiecznym zamku”. Jak już jednak wspomniałem, o wiele bardziej interesuje mnie właśnie ta pozycja, ze względu na skupienie się na tej najbardziej rozległej warstwie społecznej, która stała się czymś w rodzaju fundamentów dla współczesnego modelu społeczeństwa - co zresztą możemy przeczytać w opisie.

Wydawnictwo postarało się o dość obszerny opis, który możecie przeczytać poniżej:
Poznaj świat, który zainspirował George’a R.R. Martina 
Fascynuje Cię średniowiecze? 
Zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądało życie w średniowiecznej wsi? Kim byli jej mieszkańcy? Czym się zajmowali? Co jedli? Jak się ubierali? Jak dbali o higienę i czy w ogóle to robili? Jak dokładnie wyglądała ich codzienność? Wszystkie te sekrety odkrywają przed nami znakomici badacze tej epoki Joseph i Frances Gies. 
Spotykamy mieszkańców wsi przy pracy i w czasie wiejskich uroczystości. Zasiadamy z nimi przy stole i w kościelnej ławie. Poznajemy czym jest pańszczyzna i jak wyglądały relacje między panem a chłopem. Poznajemy też wieś jako jedno z pierwszych nowoczesnych społeczeństw, które stworzyło podwaliny pod współczesną cywilizację.
Dwoje cenionych historyków po raz kolejny zabiera nas w fantastyczną podróż po czasach średniowiecza, które niezmiennie zachwyca i zaskakuje. 
Oglądasz „Grę o tron”? 
Natchnieniem dla George’a R. R. Martina przy tworzeniu fascynującego świata „Pieśni Lodu i Ognia” były czasy średniowiecza. Wówczas wśród jego lektur znalazły się także książki małżeństwa Giesów. Dziś każdy z nas może kroczyć jego śladami w poszukiwaniu tego, co go zainspirowało. 
„Życie w średniowiecznej wsi” to kolejna część wspaniałej trylogii, stanowiącej lekturę obowiązkową dla miłośników historii oraz każdego wielbiciela twórczości George’a R. R. Martina.

Wystarczająco zachęceni? A może jednak tego typu tematyka nie jest kompletnie dla Was? :)

niedziela, 8 lipca 2018

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Urszula Szczęch
Tytuł: Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 130
Data wydania: 21 maja 2018


Czasem czuję wręcz wewnętrzną potrzebę sięgnięcia po coś cięższego, a przede wszystkim niebędącego czystą fikcją. Być może powiedzenie, że tematyka seryjnych morderców jest mi bliska byłoby zbyt dużym nadużyciem, jednak jeśli tylko trafię na artykuł lub inną publikację na ich temat, to z ogromnym zainteresowaniem do niej siadam. Ciekawi mnie w jaki sposób pracują umysły zarówno socjopatów, jak i psychopatów oraz jak daleko potrafi się posunąć człowiek w próbie tworzenia sztuki z zabijania (jakkolwiek chore by to nie było stwierdzenie). Urszula Szczęch napisała książkę, która jest czymś więcej niż tylko kolejnym zbiorem historii o sławnych seryjnych mordercach, więc bez długiego zastanawiania się wziąłem się za lekturę. Niestety spodziewałem się czegoś innego, chociaż nie mogę powiedzieć, że było bardzo źle.

Kim są seryjni mordercy? Czym się różnią od przeciętnego człowieka? Jaki jest wspólny mianownik wszystkich, którzy dopuszczają się tak ohydnego czynu, jak wielokrotne odbieranie życia innym ludziom. Czy da się zmienić ich sposób myślenia? Czy należy ich jak najszybciej usunąć ze społeczeństwa? Jak wyglądało życie znanych, seryjnych morderców i co wpłynęło na to, że zabijali? Na to oraz wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć książka “Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków”. Podróż przez przyczyny i skutki morderstw dokonywanych z zimną krwią oraz często sprawiających niewysłowioną przyjemność ich sprawcom.

Książka dzieli się na trzy główne części, które starają się pokazać przyczyny, przez które człowiek “staje się” seryjnym mordercą, sposoby radzenia sobie z przestępcami dopuszczającymi się wielokrotnych morderstw oraz ukazują seryjnych morderców w świetle polskiego prawa. Od samego początku, czyli od psychopatologii seryjnych morderców mamy dużo mięsa. Potencjalne przyczyny, szalona przejażdżka po wpływach środowiskowych oraz biologiczno-chemicznych, dotyczących procesów zachodzących w ludzkim mózgu. Autorka przedstawia możliwości, które stać mogą za zmianami w osobowości, takimi jak urazy poszczególnych części mózgu. Pokazane są również historie znanych seryjnych morderców wraz z przybliżeniem ich dzieciństwa, które również mogło mieć wpływ na to, kim się stali.

Jedynym problemem w tej całej plejadzie przykładów, teorii i zwrotów w stylu “badania dowodzą” jest to, że… brakuje źródeł. Oczywiście czasem Urszula Szczęch bazuje na jakiejś książce, jednak w porównaniu z publikacjami nawet popularno-naukowymi, które miałem okazję w życiu czytać, to tutaj źródeł w ogóle nie ma. Co najgorsze, nie ma ich w przypadkach, w których autorka powołuje się na badania, które rzekomo czegoś dowodzą lub coś sugerują. Niestety nie wiadomo jakie to badania, musimy uwierzyć na słowo. Ale jeszcze gorsze jest podawanie źródeł w przypisach, które są wątpliwej jakości źródłami internetowymi, takimi jak jakiś dokument umieszczony w serwisie Chomikuj.pl czy nieistniejące już blogi umieszczane na darmowych platformach portali typu WP.pl. Na dodatek sugerując się datą ostatniego udanego, sprawdzonego dostępu, są to źródła z lat 2011 czy 2012 (sic!) - ciężko to nazwać wiarygodnymi źródłami i rzetelnym przygotowaniem się do tworzenia książki.

Książka sama w sobie jest dość nierówna. Nie chodzi tutaj o poszczególne części tematyczne, ale wręcz o każdy możliwy rozdział i akapit. Jest naprawdę sporo momentów, w których aż chce się czytać, gdzie autorka pokazuje konkrety i przedstawia fakty. Pojawiają się również fragmenty wywiadów z seryjnymi mordercami, z których można wynieść naprawdę wiele. Pada dużo nazwisk, zarówno polskich, jak i zagranicznych - postaci mniej lub bardziej znanych, którzy wsławili się niechlubnymi zbrodniami. Jest jednak również mnóstwo fragmentów, w których Urszula Szczęch całkowicie i jawnie chowa obiektywizm gdzieś w odmęty jakiegoś schowka i bezpośrednio wyraża swoje poglądy. Bez względu na to, jakie by nie były, wydźwięk większej części “Seryjnych morderców” obiecuje podejście na tyle rzetelne i bezstronne, na ile to możliwe. Fragmenty totalnej prywatny mocno więc kontrastują z całokształtem utworu.

Niezbyt zachęcające (czy nawet zbędne) są fragmenty dotyczące sytuacji seryjnych morderców w polskim prawodawstwie karnym. Liczyłem na prostą, ale ciekawą analizę, która pokaże czy to podstawowe zagadnienia, czy też jakieś niuanse dotyczące wielokrotnych zbrodni na życiu ludzkim, ale otrzymałem głównie paragrafową papkę napisaną czysto prawniczym, kompletnie niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka językiem. Artykuł za artykułem, paragraf za paragrafem - przepisy leciały wręcz jak z rękawa, bez praktycznie żadnego omówienia (oprócz tego czysto prawniczego). Pojawiły się chwile wytchnienia, które jednak szybko minęły, zastąpione przez kolejną serię z prawniczego karabinu. Niestety końcówka jest zdecydowanie najsłabszą stroną książki, bowiem czytelnik może nie zrozumieć zbyt wielu rzeczy. Ewentualnie musi usiąść i rozszyfrować prawniczy język na proste i zrozumiałe zdania.

“Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków” potrafi wywoływać ambiwalentne uczucia. Rzeczowe informacje przeplatane są prywatnymi poglądami, a do tego wiele razy jako źródła pojawiają się nieistniejące już, nieznane, prywatne blogi sprzed nawet siedmiu lat czy dokumenty na Chomikuj.pl. Czasem chłonie się książkę jak gąbka, a czasem ma się wrażenie bycia głazem po wodospadem. Wszystko po prostu spływa a biedny głaz by chciał jak najszybciej wytoczyć się spod strug wody. Ciężko jest mi wydać jednoznaczną ocenę, gdyż dla osób, które nie znają historii seryjnych morderców i nie wiedzą do czego potrafi być zdolny człowiek, to ta pozycja może być ciekawym wstępem do dalszego zgłębiania tematu. Chociaż - jak słusznie zauważyła autorka - mamy (jako ludzkość) zdecydowanie zbyt duży pociąg do zwyrodnialców odbierających życie innym ludziom.

Łączna ocena: 5/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


czwartek, 5 lipca 2018

Co pod pióro w lipcu 2018

Witamy w drugiej połowie 2018 roku! Jak się czujecie? Lipiec, słońce, wakacje, jakaś plaża albo inne góry czy jeziora! Można się rozłożyć i czytać i w ogóle. Albo po prostu nie mieć wakacji i czytać w domowym zaciszu, względnie w ogrodowym zaciszu. :D Co kto woli i na co ma ochotę (lub po prostu możliwości). Lipiec planuję spędzić raczej bez żadnych ekscesów - wypady wakacyjne zazwyczaj planuję na sierpień lub wrzesień. Jakoś tak... chłodniej jest. Zwłaszcza, że lubię pozaglądać w różne rejony Polski (tak, wiem, że koszty wyjazdu za granicę są podobne :P), więc staram się dostosować do pogody panującej w naszym kraju. Jakichś dziwnych zawirowań więc nie powinno być w mojej codziennej rutynie, z tego więc powodu raczej zaskoczenia żadnego w tym poście nie będzie!

Klasycznie, jak co miesiąc ostatnio, przedstawiam cztery pozycje, których możecie się spodziewać na blogu. :) Jest więcej niż prawdopodobne, że się one pojawią, chociaż historia już pokazywała, że potrafi płatać figle. Raczej tematycznie wciąż będę się obracał wokół fantastyki (zwłaszcza, że wjeżdża z hukiem nowa część World of Warcraft!), ale chcę sobie też koniecznie zrobić przerwę na odrobinę kryminału. Do tego - już poza oficjalnym zestawieniem - obiecałem autorowi "Wyśnionej jedenastki", Pawłowi Fleszarowi, że zapoznam się chociaż z fragmentami jego kryminału, którego nie wiem czy nie można przypadkiem zakwalifikować do thrillera sportowego. Ogólnie książka w formie papierowej dostępna jest dla każdego pod tym adresem, ale nie chciałem jej polecać bez zapoznania się (bardzo tego nie lubię, zwłaszcza jeśli nie znam autora i tego, na co go stać), jednak już zdecydowanie za długo z tym zwlekam pod naporem innych książek. Nie obiecuję, ale już publicznie ogłaszam, że mam to do zrobienia! A na razie przy okazji załączam link do publikacji - jeśli tylko macie ochotę sami się przekonać, to zapraszam! Tak akurat pod ten mundial!

A tymczasem przejdźmy do listy czterech pozycji, które planuję przeczytać w lipcu, a co za tym idzie - będziecie je mieli szansę zobaczyć na łamach bloga! :)

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch
"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch

Miałem ją przeczytać w czerwcu, jednak się nie udało. Trzecia część trylogii "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" musiała więc poczekać do lipca, jednak już pisząc ten post pod koniec czerwca, wiem że ją przeczytam tym razem. Po prostu jestem już w trakcie. :) Kolejne przygody grupki znajomych obdarzonych niezwykłymi mocami przede mną, a Wy już niebawem dowiecie się, co o nich tym razem sądzę.

"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden
"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden

To już kolejna książka z serii World of Warcraft, która pojawia się na polskim rynku - tym razem mamy do czynienia z dziełem Christie Golden, której książki mieliście okazję poznać na moim blogu. Firma Blizzard wypuszcza niebawem kolejny dodatek do gry World of Warcraft - "Battle for Azeroth". To właśnie na tym dodatku skupia się najnowsza powieść autorki "Narodzin Hordy". Mam nadzieję, że po raz kolejny będzie to uczta dla wyobraźni. ;)

"Dolores Claiborne" - Stephen King
"Dolores Claiborne" - Stephen King

Tak, nie samą fantastyką ogólnie pojętą żyje człowiek. Kolekcja Kinga się u mnie rozrasta i czasem brakuje mi odskoczni od wydarzeń nadprzyrodzonych w formacie "fantastycznym" - chciałoby się bardziej "mrocznie". A King to potrafi zapewnić. Tym razem więc sięgnę po historię męża Dolores Claiborne, która przydarzyła się mu w 1963 roku... :)

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch

Mordercy byli wśród ludzi od zarania dziejów. Nawet szczątki ludzi sprzed kilkunastu tysięcy lat noszą ślady sugerujące brutalne odebranie życia przez innego człowieka. Seryjni mordercy od wielu lat zaprzątają głowę psychologów i psychiatrów, a także przeciętnych ludzi - dlaczego to robią i czy jest jakaś szansa na to, aby zaprzestali swojego procederu. Będę miał okazję zapoznać się z tym, co ma na ten temat do powiedzenia Urszula Szczęch w swojej książce.