środa, 20 czerwca 2018

[KONKURS] "Łzy Mai" Martyny Raduchowskiej

"Łzy Mai" Martyna Raduchowska
Źródło: Lubimy Czytać
Krótko, zwięźle i na temat: mam dla Was dzisiaj konkurs organizowany wespół z Wydawnictwem Uroboros, które jest sponsorem nagród, które możecie wygrać! Chodzi o dwa egzemplarze "Łez Mai" - pierwszej części cyklu "Czarne Światła", którego autorką jest Martyna Raduchowska! Być może kojarzycie autorkę z takich tytułów jak "Szamanka od umarlaków" czy też "Antologia opowiadań o Opolu: Festiwal Natchnienia". "Łzy Mai" również mogły obić się Wam o uszy (albo nawet i o oczy), gdyż nie jest to pierwsze wydanie tej powieści. Premiera, która odbędzie się 4 lipca 2018 roku będzie ponownym wydaniem powieści, tym razem pod skrzydłami Wydawnictwa Uroboros, ponieważ - mam nadzieję, że Wydawnictwo mnie nie będzie chciało zlinczować za puszczenie pary - na jesieni pojawi się kolejna część tego cyklu. Również nakładem Wydawnictwa Uroboros. :)

Krótkie przedstawienie fabuły - żebyście wiedzieli o co walczycie! Najprościej będzie jak zamieszczę oficjalny opis, ten bowiem będzie najbardziej "bezpieczny":

"Czwarta dekada XXI wieku. Po trzech latach od najkrwawszej rebelii w historii New Horizon porucznik Jared Quinn wraca do służby w wydziale zabójstw. Czasy się jednak zmieniły, teraz nad bezpieczeństwem obywateli czuwa Riot Shield – cybernetyczny policjant, który zastępuje dochodzeniówkę niemal w każdym zadaniu. 
Szybko się okaże, że inteligentna maszyna nie daje sobie rady z pochwyceniem tajemniczego i nieuchwytnego mordercy. Czas wrócić do starych i dobrze sprawdzonych metod… Ich uosobieniem będzie oczywiście Quinn, który borykając się z kryzysem tożsamości, niebezpiecznie zbliża się do obłędu."

Jeśli czujecie się wystarczająco zaintrygowani, to poniżej znajdziecie instrukcję, w jaki sposób możecie się stać posiadaczami "Łez Mai"! Aż DWIE osoby mają na to szansę, jednak muszą wykazać się odrobiną kreatywności. Mam nadzieję, że nie będziecie pod dużą presją, jeśli wspomnę, że to sama autorka, Martyna Raduchowska, wybierze jedną z dwóch osób, które otrzymają egzemplarz jej książki? :) 

Żeby jednak nie przedłużać, oto co musicie zrobić, aby zdobyć szansę na wygranie "Łez Mai"!



ZADANIE:

Cybernetyczny policjant to wciąż obszar niemalże niemożliwy do pełnego wdrożenia zgodnie z obowiązującym zakresem wiedzy i umiejętności ludzkich. Być może kiedyś jednak stanie się on faktem. Być może Raport Mniejszości stanie się codziennością. A być może pojawią się inne wspomagacze wymiaru sprawiedliwości. A jak Ty myślisz, jaka technologia/aplikacja/urządzenie mogłoby pomóc całego wymiarowi sprawiedliwości - począwszy od policjantów, a na sędziach czy strażnikach więziennych zakończywszy - w utrzymywaniu ładu i porządku w pełni scyfryzowanej przyszłości? Zastanów się i opisz pokrótce taką rzecz w e-mailu, który wyślesz na adres zpiorem@gmail.com, a może to Ty zdobędziesz jeden z dwóch egzemplarzy "Łez Mai"! Pamiętaj, że jedną z odpowiedzi wybierze autorka, Martyna Raduchowska. Bądź kreatywny i innowacyjny!

Odpowiedzi proszę wysyłać na adres zpiorem@gmail.com. Jedną szczęśliwą (albo raczej kreatywną ;) ) osobę wybierze autorka, Martyna Raduchowska, więc cały przebieg wyboru będzie wyglądał następująco:

1. Następnego dnia po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń przesyłam zbiorcze zestawienie odpowiedzi BEZ JAKICHKOLWIEK DANYCH IDENTYFIKACYJNYCH do Wydawnictwa Uroboros, które następnie przekaże je autorce, Martynie Raduchowskiej. W zbiorze będą same odpowiedzi.
2. Kiedy otrzymam wybraną odpowiedź, która wygrywa jeden egzemplarz książki, spośród reszty zgłoszeń wybieram drugą, zwycięską odpowiedź, której autor lub autorka również otrzyma egzemplarz "Łez Mai".
3. W dniu ogłoszenia wyników opublikuję w osobnym poście na blogu obie zwycięskie odpowiedzi, bez publikacji jakichkolwiek danych identyfikacyjnych autorów.
4. Osobiście odezwę się do osób, które są autorami nagrodzonym odpowiedzi z prośbą o podanie adresów do wysyłki nagród. Adresy te zostaną następnie przekazane Wydawnictwu w celu wysłania nagród.


REGULAMIN:

1. Organizatorem konkursu jest właściciel i autor bloga "Z piórem wśród książek", dostępnego pod adresem https://zpiorem.pl.
2. Fundatorem nagród jest Wydawnictwo Uroboros.
3. Nagrodami w konkursie są dwa egzemplarze książki autorstwa Martyny Raduchowskiej - "Łzy Mai", wydanej przez Wydawnictwo Uroboros.
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest wysłanie e-maila wraz z odpowiedzią na pytanie konkursowego do Organizatora konkursu, na adres zpiorem@gmail.com.
5. Konkurs trwa od 20.06.2018 roku do 30.06.2018 roku. Zgłoszenia można przesyłać do północy w nocy między 30.06.2018 r., a 1.07.2018 r.
6. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w drodze wyboru przez autorkę książki, Martynę Raduchowską, oraz Organizatora konkursu.
7. Podczas konkursu jedyne zbierane przez Organizatora konkursu dane to adresy e-mail skrzynek, z których wysłane zostaną odpowiedzi konkursowe oraz adresy zwycięzców, pod które zostaną wysłane nagrody. Adresy zostaną zebrane przez Organizatora i przekazane Fundatorowi i nie będą udostępniane innym podmiotom w żadnym celu.
8. Wyniki w postaci publikacji w osobnym poście samych zwycięskich odpowiedzi (bez podawania danych identyfikujących ich autorów) zostaną opublikowane maksymalnie trzy dni robocze po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. Organizator skontaktuje się ze zwycięzcami poprzez odpowiedź na wysłane zgłoszenie.


wtorek, 19 czerwca 2018

[PREMIERA] "Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska

"Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Krystyna Chodorowska
Tytuł: Triskel. Gwardia
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 352
Data wydania: 20 czerwca 2018


Fantastyki nigdy za wiele, podobnie jak książek polskich autorów. Do tego jeśli chodzi o Wydawnictwo Uroboros, to jak do tej pory nigdy się nie zawiodłem, więc z chęcią sięgam po kolejne pozycje, które wyszły spod ich skrzydeł. Skusiłem się więc na “Triskel. Gwardia”, które z opisu wydawało się prostym, ale przyjemnym fantasy, które nie będzie wymagające, jednak przyniesie dużo rozrywki. Po lekturze okazało się, że moje przewidywania były w pełni zgodne z rzeczywistością. Dokładnie tego się spodziewałem po tej lekturze, chociaż jedna rzecz lekko mnie zasmuciła. Może jednak idźmy po kolei.

Gdy w jednym krańcu świata Imperium trzyma rządy twardej ręki, w innym ludzie są wolni i mogą robić wszystko, co im się żywnie podoba - oczywiście w granicach prawa. Tego z kolei strzeże Gwardia, która składa się z ludzi o nadnaturalnych zdolnościach. Scyld City okazuje się więc miejscem idealnym dla wszystkich tych, którzy są stłamszeni w Imperium. Dla Mayday, jednej z członkiń Gwardii jest to wspaniałe miasto, jednak myślami jest również ze swoimi rodakami. Nie zawsze wszystko się jednak układa wspaniale, zwłaszcza gdy nagle po wielu latach braku kontaktu, w mieście pojawia się jej przyjaciel, bojownik rebelii przeciwko Imperium. Takie spotkania nigdy nie mogą się dobrze skończyć, a zazwyczaj oznaczają dopiero początek o wiele większych kłopotów…

Kiedy podchodzi się do próby napisania opinii o książce, trzeba pamiętać o paru rzeczach. Jedną z nich jest sensowne ustawienie danej pozycji na tle innych. Nie należy wrzucać do jednego worka Mickiewicza z Stephenie Meyer czy Sapkowskiego z Tołstojem. Ważną informacją więc będzie, że “Triskel. Gwardia” staram się odbierać w kategoriach typowej młodzieżówki, która nie jest do końca uszczegółowiona, a wiele elementów zostało potraktowanych nieco po macoszemu. Bardzo charakterystyczne jest na przykład użycie współczesnego, znanego wszystkim świata do stworzenia uniwersum, w którym dzieje się opisywana historia. Wiele elementów takich jak nazwiska, cechy charakterystyczne miejsc czy analogie krajów/miast Krystyna Chodorowska zastosowała zapewne w celu łatwiejszego odnalezienia się w tym, co stworzyła.

“Szary garnitur wyglądał na drogi, ale ruchy mężczyzny były twarde, zdecydowane. Żołnierz, uznała Sinead, albo coś jeszcze gorszego”.

Sama historia bazuje na połączeniu walki rebeliantów o wolność z motywem superbohaterskim oraz ogromną intrygą na skalę - dosłownie - międzywymiarową. Pewnym aspektem, z którym nie czułem się zbyt komfortowo - chociaż rozumiem jego występowanie - jest dość wybiórcze podejście do walki, obrażeń oraz śmierci. Na kartkach książki pojawiło się parę trupów, jednak traktowane są one bardzo przedmiotowo. Zabicie kogoś to tylko pociągnięcie za spust i w sumie nic istotnego. Takie tam, kolejne wyrzucenie papierka na ulice - potępiane, niedobre, ale w sumie nic tragicznego. Podczas walk krew się nie leje (mimo, że są naprawdę efektowne i bardzo twarde), coś takiego jak obrażenia niemalże nie występuje, a słowo “kontuzja” nie wystąpiło chyba ani razu w żadnej odmianie. Wiele stoczonych w przeszłości walk nie odcisnęło trwałego piętna na prawie żadnym z głównych bohaterów (specjalnie używam sformułowania “prawie żadnym” - sami zobaczycie dlaczego). Z jednej strony staram się w pełni to zrozumieć - w końcu ewidentnie jest to książka dla młodzieży i nieco młodszych osób, więc nie powinna ociekać krwią, tylko interesować treścią - ale z drugiej trochę mi to zgrzyta.

Nie licząc jednak samej kwestii brutalności i podejścia do starć między Gwardią a “tymi złymi”, autorce udało się stworzyć całkiem interesującą historię. Nie jest ona ani rozbudowana ze szczegółami ani niezwykle innowacyjna, jednak potrafi zaciekawić głównie wieloma torami, po których się porusza. Z jednej strony mamy zwykła studentkę, która w sercu ma swoją zniewoloną ojczyznę, z drugiej grupę osób obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami (oraz same zdolności), a z trzeciej nieco polityki i intrygę, o której od samego początku nie można wiele powiedzieć. Dotyka ona niemalże każdego wydarzenia, które możemy obserwować, jednak niewiele na jej temat wiemy. Krystyna Chodorowska niechętnie dzieli się szczegółami, nasycając ciekawość Czytelnika i zachęcając go do dalszego czytania. Być może osoby dorosłej nie przyczepi na stałe do fotela, jednak sądząc po poziomie zaciekawienia, jak został u mnie wywołany, jestem w stanie się założyć, że młodzież połknie haczyk jak pelikan rybę. 

Czasem prostotę można porządnie zamieszać, jednak autorce udało się uniknąć chaosu. Nawet pomimo tego, że porusza się pomiędzy wieloma wątkami, z czego kilka z nich dotyczy tak naprawdę tej samej osoby. Cała historia sama w sobie napisana jest z sensem i logiką. Nawet części dotyczące wspomnianych już nadnaturalnych zdolności mają lekką domieszkę nauki wtrąconą do próby wyjaśnienia niewyjaśnionego. Oczywiście w granicach rozsądku i z dużą dozą wyobraźni. Mimo wszystko taki akcent może zostać bardzo pozytywnie odebrany. Świadczy to o pewnego rodzaju szacunku do Czytelnika, bez względu na to, w jakim jest wieku - nie serwuje się mu pierwszej lepszej papki, tylko w miarę przemyślane rozwiązania. Co prawda sam zakres wykorzystywanych przez jedną osobę zdolności może być dość szeroki, jednak opisy ich użycia oraz spektrum możliwości mają częściowo twarde podłoże.

“Inne wymiary to wszystkie możliwe równoległe światy. Ukształtowane na takich samych zasadach jak nasze, z tymi samymi prawami fizyki, z tej samej materii”.

“Triskel. Gwardia” nie należy do zbyt długich książek. Zarówno pod kątem objętości, jak i szybkości czytania jest raczej poniżej średniej. Zapewnić może jednak sporo frajdy. Daleko jej do najwyższych lotów fantastyki, w której można poczuć się jakby nasz mózg wylądował w pralce, ale nie można powiedzieć, że jest to nudna pozycja. Szczerze powiedziawszy co prawda nie wywołała u mnie dreszczyku emocji czy nieodpartej chęci przeczytania jeszcze więcej, ale nawet nie zauważyłem kiedy minęły te chwile spędzone sam na sam z powieścią Krystyny Chodorowskiej. A były one naprawdę przyjemne, absolutnie nie żałuję żadnej minuty poświęconej lekturze. A należy jeszcze dodać do tego, że przyzwyczajony do nieco bardziej brutalnych czy bezpośrednich historii, należy jednak starać się patrzeć na tę pozycję przez pryzmat jej podobnych. A na ich tle “Triskel. Gwardia” wypada naprawdę całkiem świetnie.

Podsumowując, jest to lekka, ale ciekawa propozycja, która zdecydowanie może przypaść do gustu trochę młodszym czytelnikom, chociaż dorośli także mogą uznać ją za odświeżającą w pewnym sensie. Czasem odcięcie się od opisów niezwykle brutalnych scen, jak również od niezwykle skomplikowanych i dopracowanych uniwersów, stanowi świetną odskocznię od codzienności. A stylowi Krystyny Chodorowskiej nie można absolutnie nic zarzucić, czytanie jej książki można przyrównać do konsumpcji bajaderek - jesz i chociaż się nie najesz, to nacieszysz podniebienie pysznym i lekkim deserem, który zostanie w Twojej pamięci na dłużej. Jeśli te bajaderki to przedsmak czegoś jeszcze lepszego, to ogólnie rzecz biorąc zostałem przekupiony. 

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 13 czerwca 2018

Z Netflixa pod pióro S01E05 - "Alienista" sezon 1

Alienista
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: The Alienist
Twórca: Hossein Amini, E. Max Frye
Rok: 2018
Gatunek: dramat, kryminał


Nowe seriale na Netflixie pojawiają się dosłownie jak grzyby po deszczu. Początkowo, kiedy serwis ten wszedł do Polski, przyrost nowości nie był zbyt zachęcający. Mi akurat - człowiekowi, który ogląda filmy raz na ruski rok, a seriale jeszcze rzadziej - kompletnie to nie przeszkadzało. Korzystałem z tego, co jest, bo wiedziałem że i tak Netflix oferuje mi więcej niż bym mógł przerobić. Teraz jednak naprawdę ciężko jest wybrać coś do oglądania, bo wpadamy w pułapkę wyboru. Najczęściej więc po prostu polegam na decyzji mojej lepszej połówki, co tym razem obejrzymy. Mamy swoje "rytualne" oglądanie odcinków, najczęściej podczas posiłków, kiedy mamy akurat czas. Tym razem wybrała nam "Alienistę", który okazał się być dobrym strzałem. Chociaż nie polecam go do posiłków. ;)

Przełom XIX i XX wieku był dla Nowego Jorku czasem wielkiego rozwoju, ale i mrocznych sekretów. Nie było dnia, aby na ulicach nie znaleziono chociaż jednego trupa. Za część zbrodni odpowiadali szaleńcy, psychopaci i socjopaci. Badaniem ich zachowań zajmowali się alieniści, czyli ówcześni psychopatologowie. Dr Laszlo Kreizler jest jednym z lepszych i uznanych alienistów. Podejmuje się wytropienia mordercy grasującego w 1896 roku po nowojorskich ulicach, mordującego w bestialski sposób chłopięce prostytutki. Pomaga mu w tym ilustrator pracujący dla New York Times, a także jedna z pierwszych kobiet pracujących dla policji.

Na samym wstępnie, zanim zaczniecie czytać dalej tę opinię odpowiedzcie sobie proszę na następujące pytanie: ilu spośród niżej zapisanych cech/wydarzeń/tematów nie jesteście w stanie przyjąć do swojego umysłu i to w dużym natężeniu:

  • dziecięca prostytucja,
  • młodzi chłopcy przebrani za dziewczyny,
  • naturalizm,
  • bestialskie mordy,
  • obrazy przedstawiające szczegóły rzezi,
  • dzielnice biedoty (patrz: naturalizm).

Jeśli chociaż trzy punkty pojawiły się w Twojej odpowiedzi, to istnieje duża szansa, że nie jest to zdecydowanie serial dla Ciebie. Możesz przerwać czytanie już teraz, chociaż możliwe, że będziesz tego żałował. ;) Wszystko z powyższej listy nie jest tylko wspomniane, bądź lekko liźnięte w "Alieniście". To jest jego kwintesencja - kompletne przełamanie jakichkolwiek tematów tabu i pokazanie wszystkiego dokładnie takim, jakim mogło być. Oczywiście tak czy siak wiele rzeczy jest "upiększonych", jednak twórcy serialu nie bawili się w zbyt dużą cenzurę. Dwunastoletni, brudni chłopcy uwodzą bogatych mężczyzn z wyższych sfer, a ci z kolei wręcz ślinią się na widok wystających ramion spod brudnych sukienek. Ci sami chłopcy leżą potem martwi, poszatkowani jak warzywa na sałatkę.

Klimat, który został stworzony w "Alieniście" jest naprawdę świetny. Gra kontrastów została poprowadzona prawie jak z nut - z jednej strony biedne dzielnice Nowego Jorku, przepełnione chorobą i przestępczością, a z drugiej sterylnie czyste salony wyższych sfer. Przede wszystkim jednak widać jak na dłoni, w jaki sposób te "wyższe sfery" działały w owych czasach. Korupcja, służalczość wobec tych, którzy mają pieniądze - to chleb powszedni. Łącznie z tuszowaniem wielu zbrodni oraz niezbyt... moralnych zachowań, które mogłyby być źle odebrane. To jednak chleb powszedni wielu seriali i filmów osadzonych w dawnych czasach, kiedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż teraz.

Sam serial opiera się na książce o tym samym tytule, której autorem jest Caleb Carr. Stworzył on fikcyjną historię, w której występują zmyślone postacie. Jedynie dwie z nich to postacie historyczne, które rzeczywiście żyły i zajmowały się tym, co przedstawia film. Tymi postaciami są: Theodor Roosevelt, dwudziestym szósty prezydent Stanów Zjednoczonych, który w latach 1895-1897 pełnił rolę szefa nowojorskiej policji, oraz Thomas Byrnes - naczelnik nowojorskiej policji w latach 1880-1895. Sam seryjny morderca, grasujący po serialowym Nowym Jorku również nie jest prawdziwy, jednak bazując na historii tego miasta można śmiało założyć, że stanowi on wypadkową wielu innych, podobnych mu zwyrodnialców. Z jednej więc strony dotykamy nieco prawdziwej historii, z drugiej mamy stworzony od zera obraz wydarzeń, które tak naprawdę mogłyby mieć miejsce - a być może nawet część z nich kiedyś, w bliżej nieokreślonym miejscu się wydarzyła.

Wielkie pochwały należą się za scenografię oraz kostiumy. Końcówka XIX wieku została wspaniale odwzorowana zarówno w postaci miasta, jak i ubioru ówczesnych ludzi. Wąskie kadry zazwyczaj nie stanowią problemu, wiele rzeczy można zrobić z wykorzystaniem CGI, jednak ktoś musiał się porządnie napracować tworząc makiety całych dzielnic oraz widoków miasta z lotu ptaka. Podobnie sprawa się ma z dzielnicami biedoty, gdzie w większości i tak panował półmrok nawet za dnia, a ludzie chodzili ubrani w cokolwiek. Wydają się być w miarę łatwe do odwzorowania, chociaż poziom detali potrafi przyprawić o dreszcze. Za to przy salonach wyższych sfer wykonany został kawał naprawdę świetnej roboty. Przyjemnie się patrzy zwłaszcza na ubiór mężczyzn, tak w owych czasach różnorodny i elegancki. Podobnie sprawa się ma z używanym językiem - nawet tutaj widać kontrast i wpływ dobrych manier oraz czegoś, co dzisiaj nazwalibyśmy poprawnością polityczną.

Sama historia jest za to... po prostu poprawna. Mamy do czynienia ze śledztwem przeplatanym prywatnymi rozterkami Dr Kreizlera, którego odgrywa Daniel Brühl znany między innymi z Bękartów Wojny oraz Good Bye Lenin! - rozterkami, z którymi zmierzyć się musi znany i szanowny alienista. Przez cały sezon przewijają się prywatne porachunki i walka z przeszłością wielu postaci, co oczywiście dodatkowo ubarwia produkcję i przyciąga do ekranów. Jeśli jednak ktoś spodziewa się niesamowitych zwrotów akcji to nie jest to ten serial. Tutaj mamy do czynienia z metodycznym śledztwem i stopniowym odkrywaniem kart, wymieszanym z nieznacznymi zabiegami odciągającymi uwagę. Ktoś, kto oczekuje od serialu mnóstwa dynamiki może być zawiedziony, jednak osoby przedkładające klimat nad akcję z pewnością odnajdą w "Alieniście" prawie siedem godzin dobrej rozrywki. O ile można tego słowa używać przy tak bezpośredniej i dość brutalnej produkcji.

Łączna ocena: 7/10

Kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


niedziela, 10 czerwca 2018

Bardzo chcę! #46 Miklós Nyiszli - "Byłem asystentem doktora Mengele"

Źródło: Lubimy Czytać
Wszyscy ci, którzy regularnie śledzą mojego bloga, z pewnością wiedzą, że uwielbiam kontrowersyjne i trudne tematy. Nie czytam ich jednak zbyt często, choćby dlatego, że zwyczajnie nie da się cały czas mierzyć się z taką tematyką w sposób umożliwiający poprawne jej zgłębienie. Czasem jednak pojawia się ochota zgłębienia najczarniejszych odmętów ludzkiego umysłu i spojrzenie na to, co człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi. Dla uczczenia pamięci, próby zrozumienia czy choćby zapoznania się z motywami, jakie potrafią urodzić się w głowach innych ludzi. Często dobrym pomysłem jest próba spojrzenia na jakiś problem z boku, oczami kogoś innego. Dlatego też tym razem chciałbym zapoznać się z zapiskami kogoś, kto miał tę nieprzyjemność pracować z niesławnym Josephem Mengele - nazistowskim lekarzem, który odpowiedzialny jest za śmierć wielu tysięcy ludzi.

Miklos Nyiszli, autor niniejszej książki, przeżył grozę Auschwitz, jednak cena jaką przyszło mu za to zapłacić, wiele osób uzna za bardzo wysoką. W roku 1944 został przydzielony do pracy razem z Josephem Mengele, w jego "laboratorium". Asystował przy wielu eksperymentach, zabiegach oraz innych bestialskich czynach, które były czymś "naturalnym" w placówce prowadzonej przez Anioła Śmierci. Książka ta jest obrazem wydarzeń, które miały miejsce w 1994 roku w obozie utworzonym przez nazistowskich najeźdźców. Opisywana jest jako rzeczowa relacja, przekazująca fakty, bez zabarwienia emocjonalnego. 

Spójrzcie zresztą sami jak wygląda krótki opis Wydawnictwa:

"Węgierski lekarz anatomopatolog Miklos Nyiszli, więzień Oświęcimia, w 1944 roku był w obozie przydzielony do pracy w "laboratorium" doktora Mengele, zbrodniarza wojennego (...). 
Przez placówkę eksperymentalną Sonderkommando stworzoną i kierowaną przez doktora Mengele przewinęły się setki ofiar, które uśmiercano, aby zdobyć materiał do "naukowych" badań. 
Obraz przestępczej działalności tej komórki, opis pracy Sonderkommando i buntu zatrudnionych w nim więźniów (październik 1944 rok) zawarty w tej książce, stanowi materiał dokumentalny, tym bardziej wstrząsający, iż podany w postaci rzeczowej, beznamiętnej relacji człowieka wtajemniczonego we wszelkie szczegóły zbrodniczego procederu."

A czy Wy jesteście gotowi na takie pozycje?


sobota, 9 czerwca 2018

"Będzie bolało" - Adam Kay

"Będzie bolało" - Adam Kay
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Adam Kay
Tytuł: Będzie bolało
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Katarzyna Dudzik
Stron: 312
Data wydania: 6 czerwca 2018


Ogólnie pojęta medycyna od zawsze była w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Co prawda nigdy nie czułem się na siłach zostać lekarzem (chociaż chciałem zostać ratownikiem medycznym), jednak wszystko co jest związane z tym zawodem oraz przede wszystkim samą medycyną jako nauką, połykam dosłownie jak pelikan ryby. Książka Adama Kaya wydawała się być nieco odmienna od typowych przedstawicieli literatury traktującej o lekarzach oraz ratowaniu ludzkiego życia. Ma bowiem pokazywać z czym się musi zmierzyć młody lekarz w Wielkiej Brytanii. Czy zrobiła to w sposób “odpowiedni”? Zdecydowanie tak! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ciężko by to było zrobić lepiej, jeśli tylko chciałoby się, aby książka miała tak wydźwięk jak “Będzie bolało” - czyli przedstawienie pracy lekarza stażysty i rezydenta w sposób zabawny i ciekawy.

Kilka lat studiów, niesamowicie ciężkich i wymagających, a po tym wszystkim z jakiegoś powodu nie ma pływania w basenie wypełnionym banknotami 50-funtowymi. Tutaj czeka jeszcze człowieka STAŻ. Magiczne słowo o magicznej mocy, bowiem tylko podczas jego odbywania młody lekarz kompresuje dobę i wzmacnia własny organizm. Adam Kay pokazuje czym są wielogodzinne dyżury i jakie uczucia potrafią wywołać - od radości, poprzez śmiech aż po płacz i zgrzytanie zębów. Droga do spełnienia zawodowego nie zawsze bywa tak prosta i przyjemna, jak się może wydawać...

Książka Adama Kaya prowadzona jest w formie pamiętnika przeplatanego krótkimi wyjaśnieniami, kiedy autor przechodził na kolejny szczebel kariery. Czytelnik prowadzony jest przez okresy stażu oraz rezydentury wraz z podziałem na stopnie, które zostały utworzone przez brytyjski NHS, czy odpowiednik naszego, polskiego NFZ. Każdy z dziennych wpisów stanowi niejako podsumowanie tego, co działo się danego dnia lub jest po prostu jedną historią, która przydarzyła się autorowi. Są to odległe już lata, podczas których Adam Kay prowadził notatki pochodzące z jego pracy. W trakcie pisania książki odkopał je z czeluści swojego domowego archiwum i obrobił odpowiednio, aby nadawały się do publikacji.

"Pomysł do programu Dragon's Den - jak zostać milionerem: pager z przyciskiem drzemki".

W większości przypadków są to historie albo zabawne, albo w pewnym sensie przerażające. Takich, w których opisuje miłe i przyjemne chwile jest niewiele, chociaż jeśli już się pojawiają, to naprawdę potrafią zrobić wrażenie. Przerywniki pomiędzy poszczególnymi szczeblami jego lekarskiej kariery od samych początków stażu zaczynając, pełne są dodatkowych wyjaśnień. W jaki sposób to wszystko działa, jaką drogę musi przejść lekarz od skończenia studiów do momentu uzyskania specjalizacji. Pojawiają się nawet kwoty, które zarabiają młodzi lekarze i muszę przyznać, że są w pewnym sensie podobne do kwot stażystów i rezydentów w Polsce - czyli niezbyt oszałamiające. Trochę takie typowe mięsa informacyjnego można więc znaleźć w “Będzie bolało”, chociaż najbardziej bolesne dla autora były zdecydowanie opisywane fragmenty pamiętnika.

Nic dziwnego, że w Wielkiej Brytanii książka stała się pozycją dość kontrowersyjną. W niektóre, opisane przez Adama Kaya wydarzenia, czasem jest wręcz ciężko uwierzyć, jednak jako że znam z autopsji drogę od studenta w górę, to jestem w stanie bez najmniejszego problemu uwierzyć we wszystko, co autor napisał. A trzeba przyznać, że napisał z jajem. Ten kolokwialny zwrot chyba najlepiej odzwierciedla sposób, w jaki były lekarz (obecnie niepraktykujący już) opisuje to, co mu się przytrafiło. Mógłbym się założyć, że obecna forma dalece się różni od oryginalnych notatek, ale to akurat dobrze. Adam Kay zdecydowanie ma talent do opowiadania o nawet najstraszniejszych rzeczach w sposób przyjemny i wręcz zabawny.

Humor to niewątpliwie jedna z najmocniejszych stron “Będzie bolało”. Autor wplata tyle żartów, ironii i sarkazmu ile się tylko da, chociaż jednocześnie nie przesadza z ich ilością. Jeśli jakąś sytuację można zamienić w żart, to niemalże na pewno zostanie to zrobione. Zwłaszcza ostatnie zdania w każdym z pamiętnikowych wpisów są pełne humorystycznych puent lub retorycznych pytań. Oczywiście tematy, które nie powinny być sprowadzane do żartów, przytaczane są w aurze powagi - w wielu miejscach Adam Kay wspomina o śmierci czy pewnych politycznych zawirowaniach mających wpływ na zdrowie wszystkich pacjentów. Tutaj więc możemy liczyć na po prostu rzetelne przekazanie informacji oraz emocji, jakie towarzyszyły autorowi.

"Zapewniłem ją, że każdy osiemnastolatek wolałby obedrzeć ze skóry własne jądra i zanurzyć je w occie niż zadawać pytania o powody, dla których jego matka znalazła się na oddziale ginekologicznym."

Świetna pozycja dla kogoś, kto chce zobaczyć "drugą stronę barykady". Pamiętać należy jednak o tym, że “Będzie bolało” jest książką opowiadającą o pracy lekarza stażysty oraz rezydenta, nie specjalisty. Ci ostatni są zresztą przedstawiani - z wykorzystaniem hiperboli - jako mistrzowie nad mistrzami, którzy rządzą się nieco innymi prawami niż młody, lekarski narybek. To również człowiekowi powinno dać do myślenia i zweryfikować jego poglądy na to, że istnieją tylko tonący w bogactwach lekarze. Autor jednak w żadnym przypadku nie demonizuje specjalistów, pokazuje jedynie sam system w krzywym zwierciadle. O wielu swoich byłych mentorach wyraża się z szacunkiem oraz niejaką wdzięcznością, chociaż tematy te okrasza dużą porcją ironii.

Humor, rzetelność, prostota i lekkość - tymi czterema słowami można śmiało podsumować książkę brytyjskiego lekarza (w sumie można rzec, że już byłego). Jeśli szukacie czegoś, co przybliży Wam drogę od studenta do specjalisty (no, prawie) to dobrze trafiliście. Zgodnie ze stanem mojej wiedzy jest ona bardzo podobna do tej, którą mamy w Polsce, więc jest to dodatkowa zachęta do przeczytania. Wszystko podane w sposób lekkostrawny, z dużą dozą humoru, ale i bardziej poważnymi, refleksyjnymi wręcz momentami. Oby więcej tego typu książek odsłaniających kuchnie różnych zawodów. A już zwłaszcza książek napisanych w sposób, w jaki pisze Adam Kay. Jeśli do tej pory nie mieliście okazji przeczytać blurba książki, to zerknijcie tam teraz - słowo "komik" występujące koło nazwiska autora zdecydowanie nie wzięło się znikąd.

Łączna ocena: 8/10


środa, 6 czerwca 2018

[PREMIERA] "Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński


"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Wroński
Tytuł: Gliny z innej gliny
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 6 czerwca 2018



Z prozą Marcina Wrońskiego nie miałem do tej pory do czynienia, chociaż kojarzyłem jego cykl o Komisarzu Maciejewskim. “Gliny z innej gliny” są zwieńczeniem całej serii, pewnego rodzaju kropką nad “i” postawioną przez autora. Zgodnie z informacjami od Wydawnictwa W.A.B. nie trzeba wcale znać wcześniejszych tomów, aby spokojnie móc sięgnąć po dziesiątą część cyklu. Długo więc mnie nie trzeba było namawiać - miałem nawet nadzieję, że po lekturze zapragnę zapoznać się z poprzednimi książkami. W końcu osadzenie akcji w Lublinie z czasów dwudziestolecia międzywojennego może okazać się czymś niesamowicie dla mnie interesującym. Po lekturze muszę przyznać, że rzeczywiście takie właśnie było.

Czterech różnych autorów, jeden główny bohater. Jedenaście lat od wydania pierwszej książki, dziesiąty tom w cyklu. Tak właśnie kończy się historia Zygmunta Maciejewskiego, pracującego dla lubelskiej policji i rozwiązującego najbardziej nietypowe zagadki kryminalne. Przekrój niemalże całego XX wieku, począwszy od lat 20. aż do 80. - a nawet i później. Cztery różne spojrzenia na świat oraz na bohatera oraz cztery różne style mają przeprowadzić Czytelnika przez ostatnią podróż śladami Maciejewskiego.

Rzeczywiście nie trzeba znać wcześniejszych książek, aby spokojnie przeczytać i zrozumieć “Gliny z innej gliny”. Co prawda brak znajomości dziewięciu wcześniejszych tomów uniemożliwia mi ocenę poziomu zdradzania wydarzeń, jednak na pewno nie czułem, że czegoś mi brakuje do pełnego zrozumienia wszystkich przedstawionych historii. Ciężko mi się również odnieść do podobieństwa kreacji głównego bohatera przez trzech zaproszonych do tworzenia niniejszej książki autorów. W obrębie tego tomu wszystko jednak wydaje się mieć ręce i nogi i być napisane w pełni zgodnie ze sobą. Na pewno jest to dobra pozycja do rozpoczęcia przygody z prozą Marcina Wrońskiego - można się zapoznać z jego stylem, sposobem budowania historii i sprawdzić, czy Lublin lat 20. XX wieku to jest coś, co nam pasuje.

Zazwyczaj w zbiorach krótkich form literackich można zaobserwować opowiadania, powiastki czy historie mające różny poziom. Jedne są ciekawsze, inne mniej, część z nich cechuje się wyrazistymi bohaterami i interesującą fabułą, a inne ciągną się jak flaki z olejem i nie wciągają ani trochę. “Gliny z innej gliny” są jednak jednym z nielicznych zbiorów, w których praktycznie wszystkie historie trzymają równy poziom. Są oczywiście nieznaczne wahania, niektóre z opowiadań przypadły do gustu bardziej, inne mniej, ale nie potrafię wskazać żadnego z nich palcem i napisać “o, to było słabe”. Niezbyt często spotykam takie zbiory i przyznam szczerze, że nieco obawiałem się klasycznego scenariusza (nawet mimo zacnych nazwisk biorących udział w projekcie). Na szczęście mogę z czystym sumieniem napisać - jeśli szukacie zbioru, w którym opowiadania trzymają poziom, to jest to coś dla Was.

“Liczyć to można na liczydła, mawiał ojciec Krafta, który przyjechał do Lublina z nadzieją na założenie sobie fabryczki, ale rozbił sobie łeb o kredyty i nieuleczalne pijaństwo tutejszych robotników”.

Trochę zgrzytem dla mnie było niepełne dogadanie się autorów co do przyszłości Zygi Maciejewskiego. Część historii osadzona jest w latach późniejszych niż te, w których działał lubelski policjant w dziewięciu poprzednich częściach cyklu. Mamy tutaj i czas II Wojny Światowej, i okres PRL, a nawet i lepiej znane młodemu pokoleniu lata 90. XX wieku. Większość wydarzeń jest spójna i zgodna co do wersji, jednak było parę (zwłaszcza w przypadku Róży), które się autorom nieco rozjechały. Co prawda nie powinno mieć to większego znaczenia - w końcu wszystkie są alternatywami, które wcale nie musiały się akurat tak potoczyć - ale jednak jakoś to zgrzyta. Pełne ujednolicenie z pewnością lepiej by wpłynęło na ogólny odbiór.

Jeśli miałbym wybrać, którego z autorów historie najbardziej mnie urzekły, to byłby chyba Marcin Wroński. Być może dlatego, że najlepiej znał Maciejewskiego (w końcu go stworzył), a być może dlatego, że najlepiej mu wychodzi opisywanie historii dziejących się w latach 20. i 30. XX wieku. Zwłaszcza kiedy się przeskakuje między kolejnymi opowiadaniami, czuć różnicę w stylu. Zarówno w narracji, jak i samych dialogach - wszak język polski ewoluował od tamtych czasów, więc warto to podkreślić. Na szczęście Marcin Wroński nie sili się na próby wplecenia archaizmów wszędzie, gdzie się tylko da - jego teksty wyglądają naturalnie, ale czuć, że nie opisują współczesnych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że prace pozostałych autorów są gorsze - jak wspomniałem, trzymają poziom, po prostu u nich nie czuć “tego czegoś”. Chociaż stworzyli też ciekawe historie, którym można dać się porwać choć trochę.

Na pewno “Gliny z innej gliny” są dobrym zbiorem. Nie wybitnym, ponieważ pomysły na poszczególne opowiadania były ciekawe, jednakże nie powalające. W kilku miejscach książce udało się skupić całkowicie moją uwagę, ale nie pochłonęły mnie całkowicie. Brakowało pewnego dreszczyku emocji, napięcia podczas rozwiązywania kolejnych zagadek, a czasem nawet zakończenia potrafiły dawać wiele do życzenia (historie kończyły się w niezbyt oczekiwanym momencie). Jednak trzeba przyznać, że sama forma wyszła naprawdę świetnie. Taka wycieczka w czasie jest nie tylko czymś może nie tyle świeżym, co nie aż tak bardzo wyeksploatowanym, to na dodatek dziesiąty tom wydaje się być doskonały do zapoznania się z postacią Zygi Maciejewskiego. Ja się osobiście czuję zachęcony do zapoznania się z wcześniejszymi historiami o lubelskim policjancie.


Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 4 czerwca 2018

Co pod pióro w czerwcu 2018?

Kolejny długi weekend się skończył - jeden dzień urlopu, a cztery dni wolnego. Co prawda przysmażyło niesamowicie i aż się nie chciało w ogóle brać za cokolwiek, ale to akurat idealne warunki do leżenia plackiem i czytania. Skorzystałem więc z tego i trochę pogoniłem samego siebie do przodu, jednak nie tak, żeby jakoś mocno to wpłynęło na same plany czytelnicze. Te bowiem będą raczej podobne ilościowo do poprzedniego miesiąca. Jak zwykle staram się nie szarżować i nie przecenić swoich możliwości. Zwłaszcza, że są to tylko plany orientacyjne - wszystko się może zmienić choćby pod koniec miesiąca!

Majowe plany prawie w pełni udało się zrealizować. Nie przeczytałem jedynie pozycji "Gliny z innej gliny", ale to akurat tylko dlatego, że jej po prostu nie posiadałem. ;) Przyszła pod koniec maja, jednak wziąłem się za "Moją europejską rodzinę", więc jakoś tak... nie wyszło. :) Jest więc to jedyna pozycja, która przechodzi na następny miesiąc, czyli ten, obecny. Zwłaszcza, że jest to egzemplarz recenzencki, jeszcze przed premierą! Ogólnie poniżej zobaczycie sporo nowości, w tym między innymi premiery czerwcowe - jeśli jesteście więc ich ciekawi, to zapraszam do śledzenia bloga! 

Jak zwykle wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński

Zbiór opowiadań, który teoretycznie planowałem przeczytać w maju, jednak przeliczyłem się z wyliczeniem, kiedy go otrzymam. Nic straconego - w czerwcu już na pewno zapoznam się z historiami, których autorami są Marcin Wroński, Andrzej Pilipiuk, Ryszard Ćwirlej oraz Robert Ostaszewski. Cały zbiór wchodzi w skład cyklu z Komisarzem Maciejewskim, który być może kojarzą zwłaszcza mieszkańcu Lublina. :)

"Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska
"Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska

Pozycja wydawana przez Uroboros, a której premiera odbędzie się 20 czerwca 2018 roku. Autorstwa Polki, Krystyny Chodorowskiej, nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Motyw superbohaterów jeszcze nie umarł, więc z chęcią zobaczę jak autorka ulepiła posąg z wielokrotnie używanej gliny. A być może okaże się, że tak naprawdę udało jej się dokopać do świeżych pokładów tego surowca i powieść będzie kompletnie nowym, niespotykanym dotąd garncem?

"Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza" - Adam Kay
"Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza" - Adam Kay

Tym razem Wydawnictwi Insignis i medycyna, czyli spowiedź lekarza, który przeżył to, co przeżyć musi każdy młody adept medycyny - staż. Co prawda w Wielkiej Brytanii, nie w Polsce, jednak z pewnością wiele aspektów można użyć jako wspólny mianownik służby zdrowia w wielu krajach. Szwagierka sama jest lekarzem, więc mniej więcej wiem czego mogę się spodziewać po tej książce, jednak mam nadzieję, że autorowi uda się mnie zaskoczyć.

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch
"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch

Trzecia i chyba nie ostatnia - choć mam nadzieję, że na pewno nie najgorsza - część "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu", którą miałem okazję zacząć czytać naprawdę dawno temu. Tyle czasu minęło, że nawet nie pamiętam dokładnie kiedy to się stało. Niedawno skończyłem drugą część, z pozytywnym odbiorem. Teraz więc sięgnę po kolejną, którą otrzymałem niedawno od Wydawnictwa Uroboros jako ezgemplarz recenzencki. Mam nadzieję, że okaże się co najmniej tak dobra jak poprzednie. A nie obrażę się wcale za wyeliminowanie paru minusów, które mnie trochę gryzły w poprzednich tomach. ;)

sobota, 2 czerwca 2018

Podsumowanie maj 2018

Pół roku. Zaraz świętować będzie połowę roku dwa tysiące osiemnastego, a przecież jeszcze niedawno cieszyliśmy się grudniowym wolnym i obserwowaliśmy fajerwerki (ku wielkiemu niezadowoleniu naszych czworonożnych pupili). A już za chwilę będziemy cieszyć się wakacjami - a w każdym razie te osoby, które będą sobie mogły na to pozwolić - i ani się obejrzymy jak znowu będzie grudzień. Czas ucieka, a my z nim. Jednak wraz z tym uciekającym czasem, pozostaje za nami coraz więcej przeczytanych książek! Z jednej strony to powód do narzekania - w końcu tyle wspaniałości już przeminęło - jednak z drugiej powinniśmy się cieszyć, że mieliśmy okazję przeżyć niezwykłe przygody! No, o ile akurat nie trafiliśmy na coś gorszego. :) W każdym razie jednak każda kolejna książka to posiłek dla naszej wyobraźni, którą tuczymy każdego dnia!

Mój maj minął naprawdę przyjemnie, nie mogę narzekać. Wyobraźnia jest syta, dostała porządne porcje dobrego jedzenia, więc jest zadowolona. Mam nadzieję, że nie zachce jej się drzemać, bo na czerwiec też planuję dla niej niesamowite uczty! O tym jednak więcej naskrobię za parę dni, w planach na zbliżający się miesiąc. ;) Na razie powspominajmy miniony miesiąc - w końcu czekają na Was wykresy i inne zestawienia!

Na sam początek klasycznie podstawowe wykresy dotyczące liczby książek, stron i tak dalej:



Jak widzicie, tempo zostało utrzymane - przynajmniej jeśli chodzi o liczbę przeczytanych stron. "Piter" oraz "Wieża Świtu" były dość grubaśnymi pozycjami, więc na pewno przełożyły się na liczbę książek, które byłem w stanie pochłonąć. Nawet mimo tygodniowego wolnego na początku maja nie poświęcałem o wiele więcej czasu na czytanie, jak zwykle próbując znaleźć jakieś wolne sloty czasowe na przeróżne rzeczy. ;)



Fanpejdż na fejsbuku powoli, ale sukcesywnie rośnie! Tylko ja coś mam zrywy postów i przerwy nawet kilkudniowe. Ech, do prowadzenia profili w social mediach bym się zdecydowanie nie nadawał - trzeba znać swoje miejsce w szeregu! Jeśli o resztę danych chodzi - cóż, po prostu ponownie są. Jako że nie wykonuję żadnych specjalnych "akcji marketingowych" to i ruch nie rośnie. Z drugiej strony jeśli będzie miał rosnąć to urośnie - to w końcu hobby, nie jakaś działalność zarobkowa, więc niechaj naturalna kolej rzeczy działa! Chociaż co ciekawe przybyła mi trójka obserwatorów na Bloggerze - jak widać Czytelnicza Lista ma się jeszcze całkiem dobrze. ;)



Połowa roku jeszcze nie minęła, za to jestem już właśnie w połowie wysokości stosu książek w stosunku do mojego wzrostu. Wszystko jak na razie wskazuje na to, że wreszcie uda mi się wykonać to wyzwanie! Praktycznie połowa blogosfery książkowej już o tym zapomniała (chociaż ciągle na stronie wyzwania widać mnóstwo chętnych!), jednak ja jestem uparty. To jedyne wyzwanie, w jakim uczestniczę (kiedyś brałem udział również między innymi w Czytam opasłe tomiska, jednak zostało zakończone - a można było sumować strony i robić tabelki i wykresy!) i się uparłem. Zrobię. Kiedyś. Na pewno.



Dużo tego tym razem nie ma, ale wbrew pozorom nie jest tak, że nie mam czego czytać. Wręcz przeciwnie. Przy moim tempie to nie musze się martwić zapasami przez najbliższe pół roku. Ostatnio sporo egzemplarzy recenzenckich do mnie wpływa, więc to właśnie one idą na pierwszy ogień. Mam jednak sporo kupionych, które czekają sobie na lepsze czasy. Kiedyś nadejdą. ;)

Klasycznie zamieszczę jeszcze listę wszystkich przeczytanych przeze mnie książek w czerwcu. Przeczytane w tym przypadku równa się zrecenzowane, bo nie mam jakiegoś ogromnego przemiału, który by mi uniemożliwiał napisania opinii o każdej książce. :)


1. "Wiedźmikołaj" - T. Pratchett
2. "Wyklucie" - E. Boone
3. "Wieża świtu" - S. J. Maas
4. "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - A. Kańtoch
5. "Piter" - S. Wroczek

Na koniec oczywiście to, co zwykle, czyli garść informacji o popularnych wpisach o źródłach odwiedzin! Najwięcej wejść Google Analytics odnotowało na post z opinią premiery książki Marty Kisiel - "Toń". Najwięcej wejść natomiast wygenerował mi "Świat Fantasy", prowadzony przez Łukasza! Serdecznie dzięki, choć zapewne jak zwykle wyszło to niechcący. :D

A jak Wam minął miesiąc?


czwartek, 31 maja 2018

"Piter" - Szymun Wroczek

"Piter" - Szymun Wroczek
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Szymun Wroczek
Tytuł: Piter
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 596
Data wydania: 9 listopada 2011


Całe Uniwersum Metro 2033 poznałem stosunkowo niedawno - tak naprawdę moja przygoda z nim zaczęła się dopiero w 2017 roku. Bardzo długo po czasach, w których przeżywało czasy swojej świetności. Mimo wszystko wciąż powstają nowe powieści i wciąż jest wielu fanów spragnionych kolejnych historii z postapokaliptycznej Moskwy. Wiele opowieści osadzonych jest jednak w innych miastach - tak jak właśnie "Piter", którego akcja dzieje się w Petersburgu. Co prawda sama powieść wydana została również wiele lat temu, jednak w dniu pisania tej opinii istnieje także jej kontynuacja, czyli "Piter. Wojna". Nic więc chyba dziwnego, że chciałem jak najszybciej nadrobić zaległości w książkach, które napisał Szymun Wroczek. Mam jednak nadzieję, że następne spotkanie z tym autorem będzie o wiele lepsze.

Kiedyś wspaniałe miasto, dzisiaj - podobnie jak Moskwa - zgliszcza i dom dla przerażających mutantów. Jedynie podziemia są bezpieczne. W petersburskim Metrze schroniła się część ludności, która obecnie próbuje przeżyć za wszelką cenę. Chcą jednak prowadzić w miarę normalne życie - a do takie zaliczają się śluby. Iwan Mierkułow miał właśnie obiecać dozgonną wierność swojej wybrance, jednak przeszkodził mu w tym wybuch wojny. Jakby nie było jej wystarczająco przed wieloma laty, na górze, na powierzchni. Tym razem jednak lokalny konflikt może przypomnieć wydarzenia sprzed lat, które doprowadziły do konieczności zamieszkania w metrze. Jednak tym razem nie ma się już gdzie schować...

"Piter" zdecydowanie należy do nieco bardziej wymagających powieści z Uniwersum Metro 2033. Od samego początku czuć zarówno przygnębiający klimat, w którym toczyć się będzie historia, jak i wiele zabiegów ze strony autora, które tworzą z "Pitera" dość ciężką w odbiorze pozycję. W wielu miejscach pojawiają się wyrwane - choć tylko na pierwszy rzut oka - z kontekstu przemyślenia głównego bohatera, często również jego sny przedstawiane są jako bieżące wydarzenia. Wszystko oczywiście w aurze tajemnicy i wspomnianego już przygnębienia. Pod tym względem powieść Szymuna Wroczka wpasowuje się idealnie w klimat całego Uniwersum, chociaż znacznie się różni o "Metra 2033". Jest nie tylko prostsza, ale również pozostawia po sobie mniej wspomnień i o wiele słabiej przywiązuje do siebie Czytelnika.

"Jeśli nie szukasz przygód, przygody znajdą cię same. W tym momencie przygoda stała przed nimi pod postacią ryżawego faceta w długiej do kolan kurtce puchowej".

Historia opowiedziana przez autora jest z jednej strony niezbyt skomplikowana, ale z drugiej może nasuwać na myśl wielowarstwowość. Tak naprawdę nawet nie trzeba się bardzo silić na próby interpretacji, żeby zobaczyć wręcz gołym okiem historię człowieka oraz historię całej społeczności. Metro petersburskie stworzono w podobnym rozkładzie architektonicznym jak metro moskiewskie, w związku z czym mogło posłużyć jako schronienie dla wielu ludzi po tym, jak powierzchnia została zamieniona w piekło. Ludzie po jakimś czasie zaakceptowali swój los i w walce o przetrwanie przeszli na porządek dzienny z wieloma rzeczami. "Piter" pokazuje w jaki sposób społeczeństwo potrafi zaprzepaścić wiele wartości nawet w obliczu zagrożenia.

Mimo wszystko nie jest to zbyt porywająca opowieść. Co więcej, wraz z kolejnymi kartkami przeżywamy kolejne przygody i obserwujemy kolejne tarapaty, w jakie wplątują się bohaterowie. Niestety nie zawsze mają one sens oraz wytłumaczenie. Po prostu wygląda to trochę, jakby autor postanowił pokazać Czytelnikowi spory fragment petersburskiego metra i koniecznie chciał osadzić Iwana w jego naturalnym środowisku - czyli kłopotach. Na myśl może się nasunąć również próba ukazania metra jako mieszaniny wszelkiego rodzaju oszołomów i dziwnych organizacji założonych przez ocalałych, ale każde kolejne są coraz bardziej odjechane. Niestety często też w negatywnym tego słowa znaczeniu. Po prostu w wielu miejscach Szymun Wroczek wręcz przekombinował. Za dużo udziwnień, zbyt wiele rozmaitych pomysłów oraz - przede wszystkim - o wiele za dużo "magicznych" sposobów na uwolnienie się od problemów.

"Uczeni potwory rozwijają naukę znacznie efektywniej od uczonych pacyfistów".

Zakończenie jest niesamowicie chaotyczne. Z jednej strony wszystko idzie zbyt gładko, a z drugiej cała akcja jest jakaś taka... rwana. W jednej chwili jesteśmy w jednym miejscu, w drugiej przenieśliśmy się w czasie o kilka godzin do przodu, a za moment cofamy się jeszcze do momentu sprzed pierwszej sceny. Kilka sytuacji było rozwiązanych naprawdę po bandzie, prawie ocierając się wręcz o naginanie historii na potrzeby fabuły. Niezbyt dobrze więc będę wspominał końcówkę, chociaż otworzyła się świetnie na kolejną część, jakby od samego początku Szymun Wroczek zdawał sobie sprawę z tego, że napisze kolejny tom. Typowy cliffhanger co prawda to nie jest, jednak ewidentnie wskazuje na kontynuację, po którą mimo wszystko chce się sięgnąć. Nawet pomimo tych minusów, które można znaleźć w "Piterze".

Jak widać nie jest to najlepsza z książek całego uniwersum, chociaż nie jest również zła. Ma swoje wady oraz zalety, swoje blaski i cienie. Nie należy do prostych w odbiorze książęk, jednak nieco nad wyraz było twierdzenie, że jest w tym jakaś głębsza myśl przewodnia. Chociaż pięknie pokazuje, że człowiek człowiekowi wilkiem w niemalże każdej sytuacji - nawet po nuklearnej katastrofie, która zapędza resztki cywilizacji do tuneli metra, kilkadziesiąt metrów pod powierzchnię ziemi. Dobrze się czyta, jednak nikt nie powinien spodziewać się niczego niesamowitego.

Łączna ocena: 6/10


poniedziałek, 28 maja 2018

Z ekranu pod pióro #24 - "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie"


Źródło: Filmweb
Tytuł: Han Solo: Gwiezdne wojny - historie
Reżyseria: Ron Howard
Premiera: 2018
Gatunek: space opera, sci-fi

Wiele się mówiło o filmie opowiadającym historię Hana Solo na długo przed jego premierą. Pojawiały się głosy zarówno mówiące, że będzie to jeden z najgorszych filmów z tego uniwersum, jakie kiedykolwiek powstały. Inne głosy natomiast były niemalże przekonane, że będzie czymś w rodzaju brakującego ogniwa pomiędzy poszczególnymi trylogiami. Jeśli jakieś dzieło potrafi wywołać tak ambiwalentne uczucia jeszcze przed pojawianiem się na wielkim ekranie, to wiem już, że za nic w świecie nie dowiem się który obóz ma rację, jeśli sam nie obejrzę danej produkcji. A nawet jeśli nie dowiem się, która strona tego konfliktu "wie lepiej", to z pewnością będę się potrafił umiejscowić po konkretnej stronie barykady. Po obejrzeniu muszę stwierdzić, że jednak chyba pozostanę na przedpolu.

Kto by się spodziewał, że zwykły przemytnik odegra kluczową rolę w wydarzeniach, które mają wpływ na kształt całego wszechświata? Dlaczego awanturnik balansujący na granicy prawa podejmuje takie, a nie inne decyzje? Czym się kieruje, jakie przeżycia go do tego skłoniły? Han Solo nie od zawsze stał po stronie Rebelii. Choć wydaje się to być oczywiste, nie urodził się jako wielki bojownik o wolność i sprawiedliwość. Kim był za młodu i czemu nikt nie zadaje zbyt wielu niewygodnych pytań? Cała prawda o Hanie Solo jest jednocześnie prosta i niezwykle skomplikowana. Zaczyna się od słów "dawno, dawno temu w odległej galaktyce"...

Film wywoływał ambiwalentne uczucia na długo przed premierą, dzieląc niejako społeczność fanów Star Wars na dwa główne obozy: tych, którzy uważali, że będzie to gniot oraz tych, którzy spodziewali się spektakularnego sukcesu. Zazwyczaj kiedy widzę takie "starcia" jestem niemalże pewny, że po seansie opowiem się po konkretnej stronie barykady. W przypadku "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" jest jednak inaczej. Nie mogę powiedzieć, że był to majstersztyk, ale grzechem byłoby również stwierdzenie, że jest to dno i dwa metry mułu. Osobiście odbieram go jako po prostu ciekawy, choć niezbyt porywający przerywnik pomiędzy poszczególnymi częściami. Może się podobać, jednak niekoniecznie będziecie nim zachwyceni.

Na ogromny plus zasługuje na pewno sama historia Hana Solo, przedstawiona od jego lat na Korelii, aż po ostateczne rozpoczęcie przygody przemytnika z Chewiem u boku. Tak naprawdę jest to jedynie wycinek jego życia, bezpośrednio poprzedzający jego czysto awanturnicze życie, jednak bez pokazania jego "solowych" (he-he) występów. Całość skupia się wokół najważniejszych z punktów widza wydarzeń, takich jak poznanie Chewbakki czy zdobycie Falcona Millenium. Co więcej, cała historia jest dość sensownie przedstawiona i nawet jeśli ma jakieś nieścisłości w stosunku do ogólnie przyjętej wiedzy, to na pierwszy rzut oka nie widać żadnych potknięć. Można powiedzieć, że ten wycinek paru lat z życia Hana Solo to kwintesencja tego, co wiemy na jego temat z dotychczasowych filmów.

"Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" nie jest jednak dziełem, które potrafiłoby przyciągnąć do ekranu jak magnes. Brakuje mu pewnego polotu, za to występuje duże natężenie efektów specjalnych. Część opisanych wydarzeń wręcz krzyczy "powstaliśmy dla CGI", natomiast od niektórych z nich wręcz wieje nudą. Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się dobrze, jednak nie ma ani dreszczyka emocji, który towarzyszy nawet tak znienawidzonej przez wielu fanów Trylogii Prequeli. Wszystko jest takie… techniczne dobre. Człowiek ogląda, widzi, że mu się to podoba, ale nie może znaleźć żadnych punktów, za które dałby więcej punktów w konkursie wspaniałych scen. Nawet nie jestem do końca w stanie wyrazić tego słowami, ponieważ zarówno zdjęcia, muzyka, jak gra aktorska są po prostu "w porządku". 

Gry aktorskiej również nie można nazwać oskarową. Zarówno Alden Ehrenreich jak i Emilia Clarke zagrali swoje role poprawnie, można rzec - na rzemieślniczy sposób. Dokładnie, sprawnie, jednak nie widać było niczego, co mogłoby wybić się wśród innych filmów. Trochę to dziwne, bowiem najnowsze produkcje Star Wars charakteryzują się dość skrajnymi uczuciami, jakie wywołują zarówno sami aktorzy, jak i ich gra. Wystarczy przypomnieć sobie kontrowersje wokół postaci Kylo Rena oraz szum wokół samego aktora odgrywającego tę rolę - Adama Drivera. Oscar Isaac wynoszony jest wręcz pod niebiosa za to, jak odgrywa Poe Damerona. Nawet Daisy Ridley wywołuje pewne emocje, w tym przypadku - podobnie jak u Adam Drivera - dość skrajne. Wśród aktorów tworzących historię Hana Solo nie zauważyłem nikogo wybijającego się w żaden sposób.

Dla fanów serii "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" może być rozczarowaniem, ale również po prostu okazją do lepszego poznania tytułowego bohatera. Zapewne osoby, które są doskonale zaznajomione z całym uniwersum nie będą zachwycone żadnymi ciekawostkami, czy smaczkami, jednak dla przeciętnego fana film ten może stanowić miły przerywnik. Na tym jednak poprzestańmy - na miłej przerwie od budowania napięcia, tworzenia nowej-starej historii i kina budzącego mnóstwo skrajnych uczuć. Po prostu zasiądźmy do spokojnego, niewiele wnoszącego, choć miłego dla oka filmu, który pokrótce opowie co działo się "dawno, dawno temu w odległej galaktyce".

Łączna ocena: 6/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

środa, 23 maja 2018

Z Netflixa pod pióro S01E04 - "Dark" sezon 1

Dark
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Dark
Twórca: Baran bo Odar, Jantje Friese
Rok: 2017
Gatunek: sci-fi, dreszczowiec


Wspominałem chyba już kiedyś, że nie oglądam zbyt wielu seriali? Kiedyś, jak człowiek mógł prawie bezkarnie wylegiwać się godzinami w łóżku lub łoić przed komputerem w co chciał, to i więcej czasu na seriale miał. Teraz jak już coś oglądam, to dawkuję sobie odcinek po odcinku. Najczęściej tak naprawdę ze dwa, góra trzy epizody na dzień w weekend. Jeśli więcej kończę sezon w jeden miesiąc to jest sukces! "The Black Mirror" jeszcze na ten przykład nie skończyłem. Jednak czasem warto zacząć coś nowego, a że "Dark" akurat ładnie się podstawił na stronie głównej Netflixa, to i się nim zainteresowałem. No i w sumie dobrze, że to zrobiłem.

Rok 1986. Niewielką miejscowością wstrząsa niewyjaśnione zaginięcie małego chłopca. Mimo bardzo szczegółowych poszukiwań, dziecka nie uda się niestety odnaleźć. Rodzina - choć nigdy nie pogodzona ze stratą - zalecza w końcu rany i powoli wraca do codzienności. Aż do roku 2019, w którym to samo miasteczko ponownie dotyka ta sama tragedia. Tym razem jednak kilka rodzin pozna swoje sekrety i połączenia, które między nimi istnieją. Istnieją teraz i istniały od lat - "nieważne gdzie, ważne kiedy".

Pierwsze odcinki serialu bardzo mocno przypominają skrzyżowanie "Stranger Things" z "It" Kinga. Małe, prowincjonalne miasteczko, w którym po raz kolejny, po kilkudziesięciu latach, dochodzi do podobnych wydarzeń. Giną dzieci, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć czemu. Na terenie miasteczka znajduje się elektrownia atomowa, która jest obiektem pilnie strzeżonym i wszystko wskazuje na to, że prowadzone są w niej pewne eksperymenty. Osoby, które miały okazję oglądać "Stranger Things" nawet z opisu z pewnością wywnioskują ogromne podobieństwo, a po pierwszych dwóch odcinkach pomyślą sobie "hej, przecież to jest to samo!". Na całe szczęście okazuje się, że jest to nieco mylne wrażenie, ponieważ cała reszta różni się znacząco od wspomnianego serialu.

Bardzo mocną stroną "Dark" są kadry - można odnieść wrażenie, że cała produkcja opiera się na zabawie obrazem. Odpowiednia praca kamery buduje nastrój i podkreśla emocje, które wywołują poszczególne sceny. Sam serial sprawia wrażenie ciężkiego, twardego, surowego. Z drugiej strony wiele kolorów jest nasyconych - czego próbkę można zobaczyć nawet na plakacie promującym serial. Ogólnie rzecz biorąc cały "Dark" to właśnie gra kadrów, obrazów, kolorów i muzyki. Co chwilę przewijają się krótkie sceny wymieszane ze sobą i postępujące w konkretnej kolejności, dające pewne wskazówki widzowi. Każdy taki łańcuch niesie ze sobą w tle muzykę sprawiającą wrażenie niepewności i tajemnicy.

Pewnym "minusem" dla części osób może być język produkcji. Jest to bowiem niemiecki serial i dokładnie w takim języku jest wydany w Netflixie. Pisząc "minus" nie mam na myśli oczywiście samego faktu, że jest to właśnie język niemiecki, tylko to, że nie jest to język angielski. Dopiero kiedy obejrzy się serial lub film w innym języku można zauważyć jak bardzo człowiek jest uzależniony od angielskiego. Nie jest niczym niezwykłym odwrócenie na chwilę uwagi od ekranu podczas dialogów, bo instynktownie człowiek i tak zrozumie o czym rozmawiają postacie nawet bez napisów. Tutaj jednak jeśli nie posługujesz się mową naszych zachodnich sąsiadów, to niestety możesz mieć problemy ze zrozumieniem czegokolwiek bez napisów. Nie piszę tego, żeby podkreślić to jako wadę, bo nią nie jest. Jednak lojalnie ostrzegam, że nie jest to serial do obejrzenia w trakcie robótek ręcznych czy wykonywania innych czynności. Chyba, że znasz niemiecki, to nie masz się czym martwić.

Tutaj tak naprawdę "minusy" się całkowicie kończą. W jakimś miejscu w internecie pojawiła się kiedyś opinia, że Netflix spróbował zrobić coś podobnego do "Stranger Things", ale wyszło im o wiele lepiej. Ja się z tą opinią całkowicie zgadzam. Mimo początkowego podobieństwa do miksu "To" oraz wspomnianego już serialu "Stranger Things", "Dark" jest kompletnie odmienną i świetną produkcją. Im dalej zapuszczamy się w odcinkach, tym większą sieczkę z naszych mózgów robią. Serial porusza aspekty podróży w czasie oraz tuneli czasoprzestrzennych nie tylko jako tła to stworzenia historii. Oprócz tego pokazuje zarówno stronę fizyczną tego zagadnienia, choć bez zagłębiania się w niezjadliwe szczegóły, a także potencjalne reakcje społeczne na podróże w czasie. Oglądając tę produkcję można dostać choroby lokomocyjnej - często trzeba dobrze wytężyć swój mózg, aby objąć umysłem to, co aktualnie widzimy.

Samego zakończenia pierwszego sezonu nie da się opisać w sensowny sposób. Wspominałem już wcześniej, że "Dark" potrafi wrzucić mózg do pralki, dopchać kamieniami i odpalić wirowanie. Jeśli jednak w połowie czujecie się poobijani, to pod koniec pralka zostanie wstawiona do Rollercoastera. Nawet na stronie Wikipedii, gdzie serial jest przedstawiany, powstały całe tabele i mapy powiązań pomiędzy punktami w czasie, ułatwiające identyfikację poszczególnych bohaterów. Jednak na pytanie kłębiące się w głowie podczas seansu nie odpowie nikt. Czasem bowiem można zacząć się zastanawiać czy jeśli któraś z postaci zrobi coś, to czy to nie wpłynie na to, po to by zaraz wpłynąć na... I tak dalej, i tak dalej...

Naprawdę jeden z lepszych seriali, jakie powstały ostatnimi czasy. Nie opiera się na schematach, a do tego porusza pieruńsko trudną do wykonania tematykę - czas. Mnóstwo twórców potknęło się na temacie czasu, zarówno w filmie, jak i literaturze. Tym razem mamy jednak misternie splecioną sieć powiązań, tworzącą jednolitą, chociaż poszatkowaną całość, w formie skomplikowanej układanki. Nie zapomniano o warstwie audiowizualnej - gra kolorów i kadrów, odpowiednio skrojona do nastroju muzyka. Jednym słowem coś naprawdę świetnego. Jeśli jeszcze się zastanawiacie, dajcie mu się wciągnąć w wir czasu.

Łączna ocena: 9/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


niedziela, 20 maja 2018

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - Anna Kańtoch

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - Anna Kańtoch
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Anna Kańtoch
Tytuł: Tajemnica Nawiedzonego Lasu
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 363
Data wydania: 4 listopada 2015


Z prozą Anny Kańtoch miałem do czynienia jeden raz w życiu - przy okazji czytania pierwszego tomu "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" - ale skradła ona moje serce już przy tym pierwszym podejściu. Minęły cztery lata od tego spotkania i mimo, że wiele razy myślałem o sięgnięciu po kolejne tomy (lub po prostu inne książki autorki), to okazja trafiła się tak naprawdę dopiero teraz. Mimo tak długiej przerwy oraz sporej dziury w pamięci, oceniam moje kolejne spotkanie z Anną Kańtoch jako zdecydowanie udane i czekam na następne!

Dwa miesiące to nie jest wcale taki długi okres jak na zapomnienie o grozie w Markotach. Nina powoli wraca do codzienności, chociaż z tyłu głowy ma ICH - osoby, które z pewnością będą ją ścigać za to, co posiada. W chwili, w której najmniej się tego spodziewa, komuniści dopadają ją w postaci sierżant Sowy i porucznika Lisa, którzy zabierają ją do tajemniczego Instytutu Totenwald. Wraz z przyjaciółmi poznanymi w wakacje musi stawić czoła codzienności przygotowanej im przez gospodarzy. A do tego musi uważać, żeby nie dostać od nich czerwonej kartki. W tym wszystkim nie pomaga jej ani fakt, że znajduje się niemalże na samym krańcu polski, ani to, że w pobliżu znajduje się niezwykle intrygująca wioska węglarzy...

Wspominałem już, że minęło sporo czasu, odkąd skończyłem pierwszy tom, czyli "Tajemnicę Diabelskiego Kręgu". Zastanawiałem się więc tuż przed sięgnięciem po "Tajemnicę Nawiedzonego Lasu", czy odnajdę się szybko w wydarzeniach. Okazało się, że martwiłem się niepotrzebnie. Anna Kańtoch bowiem bardzo subtelnie, ale skutecznie przypomniała najważniejsze wydarzenia z poprzedniej części. Być może nawet wykorzystanie zwrotu "przypomnieć wydarzenia" jest lekkim nadużyciem - przyrównałbym to bardziej do wplecenia między wiersze najważniejszych szczegółów bądź samych konsekwencji wydarzeń mających miejsce w Markotach. Cenię sobie właśnie takie nienarzucające się przypomnienia, które jednak pozwalają na łatwe wejście w kolejny tom bez konieczności główkowania co się tam dokładnie zdarzyło wcześniej.

"- Twoi rodzice zniknęli w tajemniczych okolicznościach?(...)
- Odpowiedz - pogoniła ją sierżant.
- Kiedyś mama zostawiła mnie z bratem i wróciła sześć godzin później. 
- Tajemnicze zniknięcie?
- Nie, długa kolejka po mięso".

W wielu miejscach historia "Tajemnicy Nawiedzonego Lasu" jest nieco naiwna, jednak nie należy zapominać, że nie jest ona skierowana do ludzi pragnących świata dopiętego na ostatni guzik. Znalazło się więc parę niuansów, na które mógłbym pokręcić nosem, gdybym z pełną świadomością nie sięgnął po książkę zdecydowanie przeznaczoną dla młodzieży. A jeśli miałbym spróbować cofnąć się w czasie i przyłożyć siebie samego sprzed 10 lat do literatury, to z pewnością mógłbym oszaleć na punkcie historii stworzonej przez Annę Kańtoch. Pod względem zarówno pomysłu, jak i wykreowanego świata jest naprawdę wspaniale! Połączenie Polski z czasów PRL, niemalże tuż po zakończeniu II Wojny Światowej, ze światem specyficznej magii oraz Aniołów wyszło autorce świetnie. Muszę przyznać, że z wielką chęcią przeczytałbym również coś... bardziej poważnego osadzonego w tym klimacie.

Mimo pewnej prostoty, całość czyta się niezwykle przyjemnie. Przede wszystkim jednak aż chce się wracać. Kolejne zagadki, które pojawiają się na drodze Niny i jej paczki przyjaciół zachęcają do ich rozwiązywania. Może nie w sposób, w jaki zachęca większość kryminałów, jednak mimo to większość nowych poszlak i śladów działało na mnie jak marchewka na osła - szedłem na oślep wprost w objęcia kolejnych kartek książki. Jak widać można stworzyć niezbyt skomplikowaną historię, która mimo wszystko porwie Czytelnika na dłuższy czas. To niewątpliwie ogromny plus tej książki, tak samo zresztą jak wiele drobnych szczegółów, które przyciągną uwagę zwłaszcza młodzieży.

Już od samego początku wiadomo, że Nina będzie miała do czynienia z NIMI. Świadczą o tym zarówno pierwsze strony "Tajemnicy Nawiedzonego Lasu", jak i blurb. Wspominam o NICH z prostego powodu - są oni bowiem jednym z tych szczegółów, o których wspominałem w poprzednim akapicie. ONI noszą imiona pochodzące od zwierząt, a które pasują do cech zarówno fizycznych, jak i charakteru, osoby noszącej dane imię. W pierwszej chwili może się to wydawać czymś nieistotnym, wręcz błahym, jednak w połączeniu zarówno z samą historią, jak i stylem jej opisania, tworzy to - o dziwo - niesamowitą synergię. Nie wiedzieć czemu, gdzieś w połowie tomu, sam zacząłem się zastanawiać jakimi dokładnie cechami może pochwalić się kolejna przedstawiona postać - próbowałem zgadnąć co autorka miała dokładnie na myśli używają tego, a nie innego zwierzęcia.

"- (...) Jesteście przyszłością narodu, powinniście mieć więcej rozumu.
Przyszłość narodu umilkła, skarcona".

Samo zakończenie tym razem było o wiele lepiej zbudowane, niż w poprzedniej części (w której trochę na nie marudziłem). Ponad to napędza jeszcze mocniej spiralę tajemnicy, ponieważ autorka nie wyłożyła jeszcze wszystkich kart na stół. Można powiedzieć, że ciężko opędzić się od myśli, która wręcz nakazuje sięgnąć po kolejny tom. Na całe szczęście skończyłem drugi tom mając w zanadrzu "Tajemnicę Godziny Trzynastej", więc mogę odetchnąć z ulgą nie zagryzać paznokci zadająć sobie wciąż pytanie "kiedy kolejna książka?!" - mogę szybko po nią sięgnąć.

Podsumowując, jest to bardzo udana powieść, która z pewnością przypadnie do gustu tak młodzieży, jak i dorosłym osobom. Historia napisana jest prosto, być może nieco naiwnie, ale w sposób interesujący i budzący dreszczyk emocji. Anna Kańtoch odpowiednio te emocje dawkuje i wprowadza aurę tajemnicy na każdym wręcz kroku. Można nawet rzec, że "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" co najmniej utrzymała poziom swojej poprzedniczki. Zastanawiam się więc, jak wygląda następny tom i czy zaskoczy mnie równie miło, jak zrobiła to obecnie opisywana książka.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl "Tajemnica Diabelskiego Kręgu"

środa, 16 maja 2018

"Wieża świtu" - Sarah J. Maas

"Wieża świtu" - Sarah J. Maas
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Wieża świtu
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Stron: 848
Data wydania: 18 kwietnia 2018


Cykl "Szklany tron" nie należał do tych, z którymi zaprzyjaźniłem się od samego początku. Ciężkie chwile, które przeżyłem na początku okazały się jednak tego warte. Widziałem już w pierwszym tomie pewien potencjał, na który liczyłem i się nie przeliczyłem. Kolejne książki okazywały się coraz lepsze, a ja całkowicie zostałem pochłonięty przez historię opowiadaną przez autorkę, nawet pomimo pewnych wad poszczególnych tomów. Nic więc dziwnego, że jak tylko nadarzyła się okazja, to postanowiłem sięgnąć po kolejną książkę z serii - chociaż prawie przegapiłem jej premierę. W każdym razie nadrobiłem to i obecnie jestem po lekturze. Dobrze było zapoznać się z tym tomem, chociaż nie wiem czy był mi absolutnie niezbędny do szczęścia.

Uzdrowicielki z Torre Cesme są słynne na cały świat - mówi się, że jeśli ktoś może dokonać niemożliwe, to tylko one. Z tą wiedzą Chaol Westfall wyruszył wraz z Nesryn Faliq do miasta zwanego Antica, aby spotkać się z uzdrowicielkami. Liczy na to, że przywrócą mu władzę w nogach, którą stracił całkiem niedawno. Oczywiście nie mogłaby to być zwykła podróż człowieka szukającego ukojenia w cierpieniu - oprócz wyleczenia, Chaol planuje namówić kagana władającego miastem do udziału w wojnie. W końcu dotknąć ona może absolutnie wszystkie krainy. Jednak nawet taka wizyta w czasach, w których przyszło żyć Chaolowi, może nie być dokładnie taka, jakiej się spodziewał.

Historia ta powstała jako wydarzenia toczące się równolegle do poprzedniego tomu, czyli "Imperium burz". Wiele osób podczas opisywania swoich wrażeń z lektury "Wieży świtu" próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy tom ten był potrzebny. Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta - zwłaszcza po jego przeczytaniu. Zanim ktoś zapozna się z jego zawartością, może w o wiele łatwiejszy sposób insynuować pewne rzeczy, niż po jego przeczytaniu stwierdzać fakty. Nie jest to bowiem książka łatwa w ocenie - nawet pomijając dość lekkie podejście autorki do wielu aspektów (na przestrzeni niemalże całego cyklu "Szklany tron"). Tak naprawdę powinno się "Wieżę świtu" rozbić na dwie części i rozważać ją jako dwa kompletnie różne aspekty. Jeden niezwykle intrygujący i rzeczywiście utrzymujący się w duchu całego cyklu, natomiast drugi wybitnie nudny i klasyfikujący się do wycięcia.

"- Demony nie kierują się czymś takim jak motywy czy powody. Być może powoduje nim jedynie żądza zniszczenia".

Jeśli nie przepadaliście za Chaolem w poprzednich częściach, to tutaj Wasze nastawienie do niego wcale się nie zmieni. No, chyba że na gorsze. Autorka przedstawia tutaj byłego Kapitana Gwardii, a obecnego Namiestnika Adarlanu jako człowieka niezwykle chwiejnego emocjonalnie, który za główny cel w życiu ma użalanie się na siebie. Można by to uznać za dobrą robotę wykonaną przez autorkę - w końcu stworzyła postać konsekwentnie prowadzoną, którą można znienawidzić za jej charakter czy osobowość - ale lord Westfall jest wręcz niemożliwie drażniący. A raczej wątki z nim. Tak naprawdę nie pokazują one złożoności problemu (nie licząc jego dziwnych, niczym nie usprawiedliwionych wybuchów dziecięcej złości w dosłownie losowych momentach), a jedynie na siłę pokazują dokładnie te same sceny, tylko ukazane "nieco" inaczej. Tak naprawdę jakby ograniczyć wątki z Chaolem do... może pięćdziesięciu stron, to temat zostałby wyczerpany. Pozostałe kilkaset stron to strata czasu.

Ponownie się pojawia motyw romantyczny, bo jakże by mogło go zabraknąć. Niestety nigdy nie miałem cierpliwości do wątków miłosnych, które tworzy Sarah J. Maas. Były zawsze przepełnione górnolotnymi frazesami, które błyskawicznie przechodziły w proste, wręcz grubiańskie sugestie. Tworzą one paskudny dysonans, który wwierca się w mózg i robi z niego coś nieprzyjemnego. Jeśli występowałyby osobno, to o wiele lepiej by były odbierane - jednak taki miks zdecydowanie do mnie nie przemawia. Zwłaszcza, że części z frazesami zawsze towarzyszy pruderyjność, która nijak się ma do dzikości, która wychodzi z postaci w najmniej spodziewanym i logicznym momencie. Im mniej takich wątków w "Szklanym tronie", tym lepiej.

Chaol przeplatany jest historią związaną z Nesryn, której szczegółów nie chcę zdradzać - po pierwsze nie jest to bowiem jasne od samego początku, jaki wątek zostanie z nią poprowadzony, a po drugie jest on zbyt ciekawy, żeby uchylać rąbka tajemnicy. Jest on jednak na tyle ciekawy, że z pewnością przypadnie do gustu wszystkim fanom dotychczasowych zmagań głównych bohaterów. Mamy zarówno dobrą przygodę, jak i porządną intrygę, a nad to dobrze skrojone postacie. No, żeby być szczerym, to nie wszystkie, jednak tworzą one przyzwoity całokształt. Można się naprawdę wkręcić, zwłaszcza że pojawia się parę ciekawych informacji, które zdecydowanie będą miały wpływ na dalszą część całej historii.

"- Bo czy można robić coś innego poza piciem w kraju, w którym nie ma nic poza śniegiem i owcami?"

Sarah J. Maas przyzwyczaiła Czytelników w poprzednich tomach, że raczej nie stawia na zaskakujące wątki. Wielu rzeczy można było się błyskawicznie domyślić, a czasem autorka wręcz świadomie przekazywała Czytelnikom dane, o które bohaterowie musieli walczyć w pocie czoła. Tym razem pojawiła się co najmniej jedna sytuacja, w której byłem bardzo zaskoczony - pozytywnie oczywiście. Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że tego również można było się domyślić, ale nie było to absolutnie tak jasne i klarowne, jak zazwyczaj. No i nie ulega wątpliwości, że po prostu zostałem zaskoczony. Dobrze by było, gdyby w kolejnej części również takie zabiegi miały miejsce. Więcej tajemnic, więcej ukrywania prawdy.

"Wieża świtu" okazała się więc być z jednej strony przeciętną książką, ale z niezwykle intrygującym wątkiem. Można rzec, że jest to tom pełen sprzeczności - można go jednocześnie lubić i cieszyć się, że się go wreszcie skończyło. W ogólnym rozrachunku wypada dobrze, chociaż w mojej opinii o wiele gorzej niż niemalże wszystkie poprzednie tomy. Jest tu zdecydowanie za dużo zbędnych emocji, romantycznych scen (które prowadzone są bardzo niekonsekwentnie), ale po drugiej stronie wagi stoi Nesryn wraz ze swoimi przygodami oraz istotne dane zebrane przez dwójkę znanych nam już z wcześniejszych książek bohaterów. W pewnym sensie nawet ciężko ominąć ten tom bez negatywnego wpływu na fabułę kolejnej powieści, ale zapewne autorka przypomni pewne kwestie w szóstej już odsłonie "Szklanego tronu".

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl "Szklany tron"