niedziela, 17 marca 2019

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Złodziej czasu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 408
Data wydania: wrzesień 2016


Jak tak spojrzałem sobie na swój spis przeczytanych książek i zobaczyłem, że niedługo minie rok, odkąd ostatni raz sięgnąłem po książkę Terry’ego Pratchetta, naszło mnie pytanie „co tak długo?!”. Przede mną jeszcze sporo tomów do przeczytania, żeby skończyć samą kolekcję Świata Dysku, a gdzie jeszcze pozostałe tytuły, spoza tego zbioru. Następny w kolejności wypadł „Złodziej czasu”, którego miałem już okazję czytać wcześniej. Oczywiście było to tyle lat temu, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, więc odświeżająca lektura wcale nie była złym pomysłem. Zwłaszcza, że pamiętam tę konkretną historię jako naprawdę jedną z lepszych, jakie napisał brytyjski autor. Po przypomnieniu jej sobie dalej mam to samo zdanie.

Tylko najstarsi górale pamiętają o istnieniu Mnichów Historii. Chociaż jeśli ktoś by przebadał zależność między przeszłością tych górali i jej wpływ na teraźniejszość, którą rzeczeni górale przeżywają, to mógłby zacząć się zastanawiać nad sensownością słuchania bajdurzeń. Jedno jest jednak pewne dla każdego – czas to pieniądz, a pieniądze się pomnaża, inwestuje, traci i rozdaje. Niedobrze by było dla ekonomii, gdyby pieniądze przestałyby płynąć, a dla całego świata nie byłoby dobrze, gdyby czas stanął w miejscu. Lu-tze wraz ze swym niepokornym uczniem mają więc trudne zadanie przed sobą. Ścigać się muszą z… czasem.

„Kiedy człowiek spogląda w otchłań, otchłań nie powinna do niego machać”.

Tym razem Terry Pratchett wziął na swój satyryczny warsztat niezwykle ciekawe połączenie. „Złodziej czasu” kręci się wokół ogólnie pojętej edukacji oraz buddyzmie, klasztorach pełnych mnichów oraz ich sztukach walki. Na pierwszy rzut rzeczy te pasują do siebie jak pięść do nosa, ale jak się przyjrzeć dogłębniej, to się okazuje, że zarówno w życiu (prawie) każdego człowieka, jak i mnicha ze stereotypowego klasztoru nauka pełni niezwykle ważną rolę. A najzabawniejsze sytuacje pojawiają się wtedy, gdy spróbujemy skonfrontować stereotypowego mnicha ze stereotypową nauczycielką. Nic więc dziwnego, że kolejny tom z podcyklu poświęconemu postaci Śmierci jest pełen rozbrajających gagów, prześmiewczych, ale trafnych uwag i ogólnie rzecz biorąc jest… no, śmieszny.

W „Złodzieju czasu” mamy do czynienia z dość malowniczym językiem oraz bardziej „technicznymi” opisami. Zakon Mnichów Historii zna parę sztuczek i nie zawaha się ich użyć! Zwłaszcza krojenie czasu jest mega wkręcające i chętnie bym przeczytał nawet cały cykl dotyczący tej umiejętności. Mnóstwo terminologii związane z czasem też robi swoje. Dla mnie, jako osoby, która uwielbia wszystko, co jest związane z jakąkolwiek techniką, takie fragmenty to skarb dla oczu. Nawet jeśli jest to pratchettowskie wykonanie, czyli z jajem i dużą dawką satyry. W zdecydowanej większości dominują one jednak w pierwszej połowie powieści – później akcja się zagęszcza i jest nieco bardziej… klasyczna. W rozumieniu prozy Pratchetta oczywiście.

„Gdyby w jakiejś grocie umieścić duży przełącznik z tabliczką: »Przełącznik Końca Świata! NIE DOTYKAĆ«, farba na niej nie zdążyłaby nawet wyschnąć”.

Oczywiście jest to powieść pełna humoru, przepełniona satyrą oraz często sarkastycznym spojrzeniem na pewne sprawy. To jednak nie powinno być zaskoczeniem dla wszystkich, którzy znają twórczość Terry’ego Pratchetta. Chociaż niektóre jego książki są w tym aspekcie słabsze od innych, to „Złodziej czasu” zdecydowanie należy do czołówki. Bardzo wyważony humor, nienachalny, poruszający dokładnie te nitki, które poruszać powinien. A do tego bardzo metafizyczny nawet w swoim głównym celu, czyli parodii tego, co dana książka opisuje. Zazwyczaj sposób, w jaki Terry Pratchett jest w stanie rozbawić czytelnika, jest jedną z mocniejszych stron jego książek, ale trzeba przyznać, że tym razem to nie tylko „jedna z”, ale wręcz najmocniejsza.

Świetna powieść z nietypowym połączeniem tematów, dająca mnóstwo satysfakcji z lektury. Od samego początku do końca wciągająca, Mogę ją z czystym sumieniem nazwać jedną z moich ulubionych książek, które napisał Terry Pratchett. Nie tylko ze względu na humor, ale również położenie dużego nacisku na terminologię i przedstawienie niezwykle interesującej koncepcji czasu i przestrzeni. Szkoda tylko jednego – to już ostatni tom, w którym jedną z głównych ról odgrywa Śmierć. Co prawda pojawia się epizodycznie w wielu podcyklach wchodzących w skład cyklu Świata Dysku, ale jednak co Śmierć to Śmierć. Cieszę się jednak, że mogłem sobie odświeżyć ten świetny tytuł i niebawem zanurzę się zapewne w kolejnych przygodach mieszkańców dysku osadzonego na skorupie Wielkiego A’Tuina.

Łączna ocena: 8/10


środa, 13 marca 2019

[PREMIERA] „Dziennik 29. Interaktywna gra książkowa” – Dimitris Chassapakis

„Dziennik 29. Interaktywna gra książkowa” – Dimitris Chassapakis
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dimitris Chassapakis
Tytuł: Dziennik 29. Interaktywna gra książkowa
Wydawnictwo: FoxGames / GW Foksal
Stron: 144
Data wydania: 13 marca 2019


Książki raczej nie kojarzą się nowymi technologiami, prawda? Chyba, że same opisują jakieś rozwiązanie, które można okrzyknąć rewolucyjnym w świecie technologicznym. Największy skok w stronę nowoczesności (o ile można tak to nazwać) książki zaliczyły w momentach powstania i popularyzacji e-booków oraz audiobooków. Jednak właśnie na stałość w wyglądzie, możliwość dotknięcia ich i pewnego rodzaju przewidywalność sprawiają, że mają tak wielu fanów. A co, jeśli Wam powiem, że da się połączyć książkę i smartfona w inny sposób niż poprzez e-booka czytanego na telefonie? Ja byłem taką wieścią zachwycony. Jestem już „po lekturze” i cieszę się bardzo, że zdecydowałem się na wypróbowanie „Dziennika 29”!

Weź ołówek, swojego smartfona oraz „Dziennik 29” i odkryj, co się mogło stać z ekipą badawczą, która pracowała nad śladami obcej cywilizacji. 28 tygodni bezskutecznych badań przepadły niemalże bez śladu, wraz z całą ekipą. Pozostał tylko dziennik pełen niecodziennych zagadek. To właśnie on jest kluczem do informacji co się stało z zespołem badaczy, w jaki sposób zniknęli i czy można ich w ogóle odnaleźć. Na te pytania jednak będzie można odpowiedzieć dopiero po rozwiązaniu wszystkich zagadek pozostawionych w dzienniku. Czy komuś się to uda?

Nie można nazwać mnie graczem – ani komputerowym, ani planszowym, ani mobilnym. Jestem typowym casualem, który czasem sobie w coś zagra, ale jednak nie czuje się na tyle zajarany grami, żeby podejmować się ich recenzowania. „Dziennik 29” jest jednak nietypową grą, z którą jeszcze nigdy się nie spotkałem. Forma książki z zagadkami i koniecznością wykorzystania współczesnych technologii w postaci przeglądarki internetowej aż się prosi o bliższe zapoznanie się z nią. Tym właśnie bowiem jest ta pozycja – grą zawartą w książce, która na kolejnych stronach ma zagadki do rozwiązania, a ich rozwiązania należy podać na specjalnie przygotowanej do tego celu stronie internetowej. Na niej otrzymujemy klucz (oczywiście po uprzednim podaniu prawidłowej odpowiedzi), a z kolej klucze te często potrzebne są do rozwiązania kolejnych zagadek.



Formuła jest prosta jak budowa cepa, jednak poszczególne łamigłówki już niekoniecznie. Na pewno są różnorodne – czasem trzeba po prostu użyć mózgu i coś obliczyć, czasem wykorzystać internet w celu znalezienia definicji lub nazw pewnych rzeczy (albo nawet i miejsc, mapa się przyda!), a czasem trzeba odpłynąć od twardej rzeczywistości i dać się ponieść skojarzeniom, bez których nie da się wpaść na ten jeden, genialny pomysł, który doprowadzi do rozwiązania zagadki. Niektórych nie byłem w stanie rozwiązać i przyznaję się do tego bez bicia. Były dla mnie nieco zbyt abstrakcyjne i nie byłem w stanie wejść na odpowiedni „poziom duchowy”, chociaż przekonałem się osobiście, że te łamigłówki nie są z kosmosu. Jedną z takich bardziej abstrakcyjnych moja lepsza połówka rozwiązała tuż po tym, jak zapoznała się z jej treścią. A ja nie dałem rady nawet z podpowiedzią…

To, że nie byłem w stanie rozwiązać niektórych zagadek nie przeszkodziło mi w przejściu przez całą książkę-grę. Na wspomnianej stronie internetowej każda łamigłówka ma swoją własną podstronę, na której nie tylko można wpisać rozwiązanie, ale również otrzymać podpowiedź (jeśli nie mamy pomysłu) oraz prawidłową odpowiedź (jeśli uznamy, że za długo się męczymy). Zarówno podpowiedź jak i odpowiedź są oznaczone osobnymi linkami, po kliknięciu których i tak trzeba jeszcze raz potwierdzić, że na pewno chcemy odsłonić daną kartę. Dzięki temu zabiegowi nie ujawnimy sobie rozwiązania niechcący – zwłaszcza jak operować będziemy telefonem, na którym łatwo w coś niechcący kliknąć. Jednak samo stopniowanie pomocy w rozwiązaniu zagadek jest naprawdę bardzo w porządku ze strony twórców. Dają szansę na samodzielne dojście do odpowiedzi, ale również pomagają i nawet uniemożliwiają zaistnienie sytuacji, w której utknęliśmy na którejś ze stron.

Warto jeszcze wspomnieć o czymś, co nie jest związane bezpośrednio z samą grą, ale FoxGames, które wydaje „Dziennik 29”. Miałem wątpliwości co do jednej z zagadek – nie pasował mi sposób jej rozwiązania, coś mi tam zgrzytało. Opisałem więc problem wraz z moimi wątpliwościami i wysłałem w wiadomości prywatnej do profilu FoxGames, który to profil przekierował mnie na skrzynkę mailową. Na nią bardzo szybko dostałem odpowiedź z wyjaśnieniem jak to powinno działać i gdzie sam popełniłem błąd w założeniach. Zachowanie jakby nie patrzył normalne, jakiego można się spodziewać, ale mimo to zawsze człowiek w takiej sytuacji cieszy się jak dziecko, że dostał odpowiedź z wyjaśnieniem i nie został spuszczony na drzewo. 

Ile ja radochy miałem z przebrnięcia przez tę pozycję to moje. Ile się razy denerwowałem, że nie mogę czegoś rozwiązać to też moje. Jeśli chcecie spróbować czegoś nowego, co zawiera zdecydowanie nie takie proste (a do tego bardzo urozmaicone) zagadki, to śmiało sięgajcie po „Dziennik 29”. Możecie nad nim spędzić mnóstwo czasu – idę bowiem o zakład, że nie rozwiążecie wszystkich łamigłówek za pierwszym podejściem, w ciągu kilkunastu sekund! Nie potrzebujecie niczego więcej niż ołówka, książki i własnego smartfona, więc mobilność tego ciekawego tworu jest naprawdę bardzo duża. Najlepiej będzie jednak jeśli sami przekonacie się, czy przypadnie Wam do gustu, czy okaże się zbyt trudny/łatwy/nudny. Ja jestem zachwycony i chyba zacznę się rozglądać za podobnymi rozwiązaniami.

Łączna ocena: 8/10



Za możliwość przeczytania dziękuję


Zdjęcia pochodzą z materiałów dostarczonych przez Grupę Wydawniczą Foksal.

poniedziałek, 11 marca 2019

[PREMIERA] „Oczy uroczne” – Marta Kisiel

„Oczy uroczne” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Oczy uroczne
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 320
Data wydania: 13 marca 2018


Coraz częściej sięgam po twórczość Marty Kisiel – zarówno jej starsze, jak i nowe książki. Nie miałem jednak jeszcze do czynienia z cyklem „Dożywocia”, chociaż niektórych bohaterów w nim występujących miałem już okazję poznać. Zastanawiałem się, czy skusić się na przeczytanie tej pozycji, czy jednak poczekać, aż uzupełnię braki, ale głosy w internecie (nie w mojej głowie!) mówiły, że nie ma żadnego problemu z nieznajomością poprzednich tomów. Skusiłem się więc i stwierdziłem, że zobaczę po prostu jak to będzie. Miałem tylko nadzieję, że sobie za mocno nie zaspoileruję tego i owego z wcześniejszych powieści. Tego się dowiem po lekturze poprzedniczek, a na razie wiem tyle, że na 100% po nie sięgnę!

Dla Ody będzie to kolejna zima pełna chorych, smarkających i sarkających pacjentów. Tak przynajmniej jej się wydaje aż do samego przesilenia zimowego, które nie będzie dla niej zbyt łaskawe. Jej przyjaźń z płanetnikiem zostanie wystawiona na próbę, w okolicy zacznie grasować niezbyt przyjemne stworzenie, a sama Oda odkryje w sobie pokłady emocji, o których nigdy by samą siebie nie podejrzewała. Zimowy czas jest magiczny, a dom, w którym umościł się mały czort wcale tej magii nie niweluje – wręcz przeciwnie. Odę czekają więc ciężkie czasy, całkowicie wbrew temu, co by sobie życzyła.

„Nikt nie uwierzyłby ani w homen, ani w cmentarnego demona, choć jednocześnie wszyscy bez namysłu oddawali cześć skomercjalizowanej wariacji na temat biskupa z czwartego wieku”.

Jako stosunkowo nowy czytelnik twórczości Marty Kisiel nie mam bladego pojęcia czy Bazyl pojawił się po raz pierwszy w #kiślowersum czy jest już stałym bywalcem, ale jestem małym czortem wręcz oczarowany! Licho ma swój urok, jest rozkosznym, słodkim i trochę nieporadnym aniołkiem, jednak Bazyl przebija go w każdym calu. Jest świetnie skonstruowaną postacią, która rozbraja humorem i rozczula swoją czortowską nieporadnością i filozofią. W sumie większość najbardziej zabawnych sytuacji było w mniej lub bardziej bezpośredni sposób związana właśnie z Bazylem. Mam nadzieję, że uda się Bazyla jeszcze nie jeden raz spotkać w książkach Marty Kisiel, bo udał się jej przednio.

Wierzenia słowiańskie są naprawdę pięknymi wierzeniami, ale nie tak mocno wrytymi w popkulturę, jak mitologia nordycka, bardzo ostatnimi czasy popularna. „Oczy uroczne” ukazują kolejne tajemnice, które kryją się za legendami związanymi z demonami, magicznymi stworzeniami oraz mocami, które panują nad naturą. Jeśli coś można nazwać świeżym powiewem to zdecydowanie to. Zdaję sobie sprawę, że Marta Kisiel nie jest jedyną osobą, która porusza taką tematykę, jednak warto o tym wspomnieć, zwłaszcza że robi to bardzo dobrze. Wiele nawiązań posiada swoje przypisy, odsyłające czytelnika do literatury, która wniosła ogromny wkład w spisanie słowiańskich wierzeń (jak choćby dzieła Lucjana Siemieńskiego).

„– Jakby się tak dobrze zastanowić, pani doktor, to gdzieś u samego sedna to zawsze jest kwestia wiary – odparła łagodnie pielęgniarka. – Wiary w naukę albo wiary w cuda”.

Sama historia stworzona przez Martę Kisiel jest po raz kolejny bardzo przyjemna. Sielska atmosfera, która powoli, lecz sukcesywnie zmienia się w napiętą, chociaż nie przerażającą, gwarantuje dobrą lekturę. Zwłaszcza jeśli ta lektura została napisana przez osobę o tak lekkim piórze jak aŁtorka „Oczu urocznych”. Po raz kolejny przeżyłem fajne chwile podczas czytania i przyznam szczerze, że wiele razy ciężko mi było się od niej oderwać. Należy oczywiście zaznaczyć, że jest to bardzo lekka i niewymagająca, choć świetnie napisana powieść. Nie można się po niej spodziewać arcydzieła współczesnej literatury, ale ciężko odmówić jej pewnego waloru edukacyjnego oraz mnóstwa walorów rozrywkowych. 

Kolejna wspaniała książka Marty Kisiel, którą miałem przyjemność czytać. Zachęca do sięgnięcia w głąb nie tylko świata, który stworzyła autorka (a który wcale nie różni się zbyt mocno od tego naszego, rzeczywistego), ale również po książki zawierające wiedzę o wierzeniach słowiańskich. A przy tym wszystkim „Oczy uroczne” są bardzo wdzięczną lekturą, która rozweseli zapewne każdego smutasa! Humor, lekkie pióro autorki, duża dawka wiedzy oraz dreszczyk emocji – z tych właśnie składników Marta Kisiel stworzyła ten posiłek, w którym głównym daniem był Bazyl. Cóż tu można więce rzec na temat – oby Marta Kisiel dalej pisała w tym stylu!

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję





Cykl "Dożywocie"

Dożywocie | Siła niższa | Szaławiła | Oczy uroczne


niedziela, 10 marca 2019

Bardzo chcę! #55 – „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej” Joanna Ostrowska

Źródło: Lubimy Czytać
Czemu by Was nie pozaskakiwać dalej? Chyba że już się przyzwyczailiście, że w tym cyklu pojawiają się ostatnio dość nietypowe książki, niekoniecznie będące beletrystyką. Po prostu coraz częściej trafiam na niesamowicie intrygujące tytuły, które są czymś więcej niż prostą rozrywką, dającą samą przyjemność z czytania. George Santayana rzekł kiedyś, że „Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie” – zgodnie z tą myślą staram się nadrabiać moje braki w wiedzy historycznej, zwłaszcza w tych najbardziej przerażających jej fragmentach, o których wiele osób chciałoby całkowicie zapomnieć i nigdy nie przywoływać. A że od dłuższego czasu pojawia się coraz więcej książek dotyczących najbardziej kontrowersyjnych tematów związanych z obozami koncentracyjnymi, to moja uwaga kieruje się w ich stronę. 

Dopóki nie poznamy pełni okrucieństwa, które każdego dnia przeżywali więźniowie obozów, nie dowiemy się jak bardzo plugawe i barbarzyńskie miejsca zgotowali ludzie ludziom na Ziemi. Oczywiście za chęcią poznania szczegółów stoi również u niemal każdego człowieka ten sam mechanizm, dzięki któremu tak ogromną popularnością cieszy się true crime. Jest to czysta, nie do końca normalna, ludzka ciekawość, która chce po prostu poznać historię, jakkolwiek bezdusznie by to nie brzmiało. Zwłaszcza, że ja wprost uwielbiam kontrowersyjne i mega trudne tematy. Im ciężej przez nie przebrnąć, tym lepiej – każą umysłowi pracować i uczą go schematów, od których powinien trzymać się z daleka.

Nie będę się silił na opisanie tej książki własnymi słowami, niech za skrót służy opis Wydawnictwa Marginesy – zrobili to o wiele lepiej, niż ja bym zrobił kiedykolwiek:

„Seksualność w trakcie zbrojnego konfliktu najczęściej sprowadza się do przemocy: masowych gwałtów, zniewolenia, naznaczania. Doświadczenie seksualnej pracy przymusowej w nazistowskim burdelu nadal pozostaje w sferze tabu. Przemilczany pozostaje sam fakt istnienia systemu kontrolowanego nierządu, przemilczane są jego ofiary. Przemilczany jest też okres powojenny – czas, w którym wojenny los kobiet równał się z grzechem kolaboracji, kobiet, którym publicznie golono głowy za intymne relacje z wrogiem.  
Historia seksualnych pracownic przymusowych w okresie wojny nigdy nie będzie klasyczną narracją. Prawdopodobnie nigdy nie stanie się też częścią polskiej pamięci zbiorowej. Jest już za późno. Mikrobiografie bohaterek tej książki pozostaną niedokończone. Rzadko zdarza się, żeby któraś z ofiar pozostawiła świadectwo, nikt też nie zadbał o to, aby zaświadczyły o swojej przeszłości. Powojenne milczenie o ich cierpieniu było najprawdopodobniej najsurowszą karą. Ich cierpienie pozostało niewypowiedziane. 
Dotychczas nie było „odpowiedniego” momentu. Nadal tak zwani więźniowie asocjalni, homoseksualiści, ofiary przemocy seksualnej to „nieistotne wyjątki”. Strach było o nich mówić. Nie mogliśmy albo nie chcieliśmy o nich usłyszeć. Joanna Ostrowska wypełnia tę lukę”.

Czytaliście? A może unikacie książek o tej tematyce?

piątek, 8 marca 2019

„World of Warcraft: Przez mroczny portal” – Christie Golden, Aaron Rosenberg

„World of Warcraft: Przez mroczny portal” – Christie Golden, Aaron Rosenberg
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Christie Golden, Aaron Rosenberg
Tytuł: World of Warcraft: Przez mroczny portal
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Stron: 360
Data wydania: 13 lutego 2019


Całą serię World of Warcraft pochłaniam jak Horda zbłąkanych żołnierzy Przemierza. Kiedy tylko widzę nową książkę z tej serii, to od razu zacieram ręce ciesząc się nawet samą perspektywą przeczytania kolejnej historii, najczęściej doskonale mi znanej. Wydarzenia pomiędzy Drugą a Trzecią Wojną, bo właśnie o nich traktuje „World of Warcraft: Przez mroczny portal”, to ta część Lore, która jest nieco mniej znana osobom, które nie grały we wszystkie możliwe części gier wydanych przez Blizzarda oraz tym, którzy z własnej woli nie czytali dokumentów stworzonych przez fanów. Sam niewiele pamiętam z tego krótkiego wycinka czasu (choć bardzo znaczącego dla późniejszych wydarzeń), więc być może dlatego książka nie porwała mnie aż tak bardzo, jak poprzednie.

Po dwóch latach od zamknięcia Mrocznego Portalu szaman Ner’zhul z pomocą Rycerzy Śmierci ponownie przejmuje kontrolę nad Hordą w ostatniej próbie zjednoczenia wodzów klanów. Tym razem Azeroth nie jest jego głównym celem – Przymierze udowodniło, że jest silne i potrafi oprzeć się potędze Hordy. Jednak nie bez powodu arcymag Khadgar nie był w stanie do końca zamknąć przejścia. Jego zaangażowanie w budowanie Nethergate jednak się opłaciło, chociaż jednocześnie stało się dla Hordy bardzo pomocne w realizacji ich własnych planów. I nie tylko ich, bo na horyzoncie pojawia się Śmiercioskrzydły wraz ze swoim potomstwem.

Fabuła książki opowiada dokładnie o tej części historii Uniwersum Warcrafta, która dzieje się w dodatku do gry Warcraft II: Beyond the Dark Portal. Ciężko nazwać to zapomnianym dodatkiem, bowiem wielcy fani całej serii czerpali mnóstwo przyjemności z gry, jednak osoby związane z samym World of Warcraft mogą mieć o wiele mniejsze pojęcie na temat wydarzeń, które rozegrały się w kampaniach ludzi i orków. Sam przyznam się bez bicia, że z Wyprawy Przymierza oraz zniszczenia Draenoru nie pamiętam zbyt wiele. Mimo to zdaję sobie sprawę, że powstanie Outlandu to jeden z dość istotnych momentów dla Uniwersum. Szkoda więc tym bardziej, że historia opowiedziana w „World of Warcraft: Przez mroczny portal” nie porywa tak bardzo, jak chciałbym, żeby mnie porwała.

Na pewno po części winę zwalić można na same wydarzenia, które nie obfitowały wcale w zwroty akcji i pozbawione były raczej możliwości budowy napięcia. Była to prosta wyprawa, o prostych celach zarówno dla Hordy, jak i Przymierza. No i tutaj wszystko jest w książce w jak najlepszym porządku – mamy odpowiednią chronologię wydarzeń (Blizzard sam się niestety w pewnym momencie zakręcił), mamy siły Przymierza spychające Hordę „w dół” oraz mamy Ner’zhula, który pragnie otworzyć kolejne portale do innych światów. Mamy również smoki, intrygi Hordy oraz szlachetne pobudki Przymierza (choć okraszone nieco innymi, niekoniecznie współgrającymi ze Światłością emocjami). Nie mamy jednak tego czegoś, co w poprzednich częściach nakazywało czytelnikowi pozostać przy książce i dowiedzieć się jaki będzie dalszy rozwój wypadków.

Pierwsza połowa książki wydaje się być wstępem do właściwych wydarzeń. Jest mnóstwo planowania, knowania, ale niestety mało akcji. Niewiele również dowiemy się na temat rozkładu sił politycznych oprócz tego, że jest sobie Przymierze, czyli ludzie, krasnoludy i elfy, oraz Horda, która ogranicza się do Orków z lekką domieszką Ogrów. Bez znajomości wcześniejszych historii ciężko się połapać o co w ogóle w tej całej wojnie chodzi i dlaczego Orkowie są ścigani przez siły Przymierza (oprócz tego, że są okrutni i zabijają ludzi). Brakowało mi też rozbudowanych opisów – moment przejścia przez Mroczny Portal aż się prosił o takie opisanie Stair of Destiny, że aż miałbym ochotę rzucić wszystko i pobiec wykupić abonament na World of Warcraft. Niestety tym razem ta magia nie zadziałała i po prostu dalej brnąłem przez równie bezpłciowy opis Path of Glory.

Czytając poprzednie książki Christie Golden oraz Aarona Rosenberga, odnoszę wrażenie, że to właśnie Christie Golden czuje ten klimat, a Rosenberg jest jedynie rzemieślnikiem, który poprawnie wykonuje swoje rzemiosło. Natomiast znowu kawał dobrej roboty zrobiła Dominika Repeczko, której tłumaczenia World of Warcraft czyta się wspaniale. Ja od zawsze marudziłem, marudzę i będę marudził na wybiórcze tłumaczenie nazw własnych, ale na to się nic nie poradzi – niewiele osób ma wpływ na samego Blizzarda, który narzuca takie, a nie inne standardy. Jednak to, w jaki sposób Dominika Repeczko czuje ten świat jest niezwykłe. Dopiero jak człowiek się zastanowi jak łatwo można zepsuć tłumaczenie książek z Uniwersum Warcrafta, to dopiero zaczyna się doceniać pracę tłumacza.

Niewątpliwie książka ta jest bardzo ważnym elementem całej serii. Tłumaczy jak ostatecznie upadł Draenor i do czego doprowadziła arogancja i pycha Ner’zhula, a do tego robi to mimo wszystko w sposób, do jakiego przywykłem – prosty, ale klimatyczny i przyjemny. Pozbawiona jest jedynie tych wodotrysków, do których przywykłem, a które były pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym najnowszych książek opowiadających o zmaganiach Hordy i Przymierza. Mimo wszystko jako element pomagający poznanie Lore polecam. Zastanawiam się też nad powrotem do niej podczas czytania po kolei, zgodnie z chronologią wydarzeń. Naprawdę mocno się zastanawiam jaki będzie wtedy mój odbiór tej pozycji.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


poniedziałek, 4 marca 2019

Co pod pióro w marcu 2019?

Najkrótszy miesiąc za nami, teraz wjeżdża marzec, który ma 31 dni! Swoją drogą znacie sposób na „przypomnienie” sobie ile dni ma każdy kolejny miesiąc? Ustawiacie sobie swoja pięści obok siebie i liczycie sobie po kolei kłykcie i przerwy między nimi - kłykieć małego palca dowolnej ręki to styczeń i ma 31 dni (wystający). Dolina między kłykciami obok kłykcia małego palca to luty i ma 28/29 dni (wpadający, więc „mały”). Kłykieć palca serdecznego to marzec, który ma znowu 31 dni. I tak dalej i tak dalej. Jak dojedziecie do kłykcia palca wskazującego, który symbolizuje lipiec (wystający, 31 dni), to przeskakujecie na drugą rękę omijając kciuki (pięść obok pięści) i znowu macie palec wskazujący i znowu 31 dni (sierpień ma 31 dni!). Ach te sposoby z przedszkola!

Poględziłem bez sensu, więc teraz może warto wreszcie przejść do meritum, czyli do moich planów na marzec! W poprzednim miesiącu udało się wykonać plan, nawet razem z niespodzianką! Co prawda same opinie przeszły na marzec, jednak zarówno „Oczy uroczne”, które były wspomnianą niespodzianką, jak i jedna książka ponad stan zaliczona. Mimo tego, że w lutym miałem wszystkie weekendy w pełni zajęte i praktycznie w ogóle nie wykorzystane do czytania, to w marcu szaleć nie zamierzam. Klasyczna czwórka, a co mi tam!

Jak zwykle wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać – nic nowego… :) 

„World of Warcraft: Przez mroczny portal” – Christie Golden, Aaron Rosenberg

Ależ długaśny tytuł razem z autorami, co nie? Wydarzenia z pogranicza Drugiej i Trzeciej Wojny, Khadgar próbuje powstrzymać Ner'zhula przed otwarciem Mrocznego Portalu i stara się uratować Azeroth przed Hordą i potęgą szamana. Cóż, to World of Warcraft. A World of Warcraft czytam bez zastanawiania się nad tym. :D 
„Krew świętego” – Sebastien de Castell

Kolejna pozycja od Wydawnictwa Insignis, która zagości na moich półkach oraz w mojej głowie. Trzecia część tetralogii „Wielkich Płaszczy” osadzona w szpady, krwi i dworskich intryg. Wprost nie mogę się doczekać! Zarówno lektury tego tomu, jak i ostatniego, czwartego. 
„Złodziej czasu” – Terry Pratchett

Oj dawno nie było u mnie twórcy Świata Dysku! Ostatni raz czytałem jego książkę w maja 2018 roku. Nie wiem jakim cudem o nim zapomniałem, bo mam jeszcze trochę kolekcji do nadrobienia, ale dobrze, że ostatecznie mi się przypomniało. W marcu więc będziecie mieli okazję zobaczyć co sądzę o Mnichach Historii. :)
NIESPODZIANKA

Bardzo nietypowa, oj bardzo. :) Nie jestem jeszcze w jej posiadaniu, więc nie zdradzam szczegółów, coby nie zapeszyć, ale będzie to coś, czego na tym blogu nigdy nie było! Zresztą w moich rękach też. A zapewne wiecie, że uwielbiam nowinki i udziwnienia. A tymi słowami można śmiało tę lekturę nazwać!

sobota, 2 marca 2019

Posumowanie luty 2019

Za nami najkrótszy miesiąc w roku – a że nie był to przy okazji rok przestępny, to wciąż mogliśmy nacieszyć się dwudziestoma ośmioma dniami! Dla niektórych to jednak dobra wiadomość. Po długim styczniu, który nastąpił niemalże zaraz po Świętach Bożego Narodzenia oraz hucznie obchodzonym Nowym Roku, krótki miesiąc jest wręcz zbawienny. Nie trzeba tyle czasu czekać na wypłatę! :) Mniej dni musi minąć, zanim ponownie na konta wpłynie kasa. :) A dla niektórych to po prostu miesiąc z mniejszą liczbą dni, w które mogą czytać – z mojej perspektywy, czyli człowieka lubiącego liczby, oznacza to teoretycznie mniejszy wynik ogólny w liczbie przeczytanych książek czy stron. Oczywiście jak wiadomo, średnie wyjdą zapewne i tak podobne, niezależnie od liczby dni. W końcu wziąć pod uwagę trzeba mnóstwo innych czynników… :)

Nie zanudzajmy jednak elementami statystyki, lepiej przejść do tematu, który Was tu ściągnął! A jest nim podsumowanie lutego na moim blogu. Na liczby nie mogę narzekać. Na prywatne życie również – chociaż nie wiem czy bardziej się cieszyć z tego, że praktycznie wszystkie weekendy były zapchane różnymi aktywnościami, czy też marudzić na o wiele słabsze wyniki czytelnicze w tych dniach. :) Dwa weekendy były weekendami wyjazdowymi, chociaż dość bliskimi (raptem 100 km oraz 150 km w jedną stronę), pozostałe dwa to weekendy odwiedzinowe. Siłą rzeczy więc miałem nieco mniej czasu na czytanie, chociaż można by zakładać zupełnie odwrotny scenariusz. Cieszy mnie więc wynik, który osiagnąłem. W sumie można powiedzieć, że jest po prostu taki sam, jak zwykle. :D

Sami zresztą zobaczcie jak się prezentują infografiki z danymi za miniony miesiąc. 


Tak dość klasycznie, no nie? Ani jakoś wybitnie dobrze, ani jakoś źle. Nawet mimo zajętych weekendów udało mi się mniej więcej utrzymać ten sam poziom co zawsze. To w sumie oznacza, że gdyby nie te weekendy to bym nawet więcej przeczytał! Ja tam jednak jak zwykle cieszę się, że znalazłem czas na chociaż tyle książek i tyle radości. :)


Jeden z ostatnich postów, które mają w sobie dane dotyczące profilu Google+. W końcu 2 kwietnia 2019 roku cały portal zostanie zamknięty przez Google. Aż się zastanawiam ile rzeczy pójdzie nie tak. :) Na szczęście Google dał się do tej pory poznać jako gracz, który stara się przygotować do zmian, które robi. Mam więc nadzieję, że za dużo perturbacji nie będzie. W każdym razie wracając do tematu, statystyki idą powoli do przodu. 

Najbardziej mnie ciekawi Instagram, ponieważ cały czas stoi w miejscu, ale niemalże każdego dnia mam nową osobę, która mnie zaczyna obserwować, a potem sobie zaglądam do aplikacji Follow Meter i widzę, że wszyscy po kolei cofają obserwacje. :D Trochę nie do końca chciałem wierzyć w skalę tych zachowań, ale jak się okazuje jednak rzeczywiście Instagram ma tę cechę „obserwowania na chwilę, a może ktoś da follow back”. Na razie tylko sobie wrzucam fotki, daję hasztagi i nic poza tym (nie licząc „serduszkowania” innych fotek, które mi się podobają), ale może kiedyś nauczę się tego Instagrama. :D


Jak widzicie, w lutym nie było zbyt bogato jeśli chodzi o nowe egzemplarze, które do mnie trafiły. Jakoś nie miałem weny na zakupy, mam na razie co czytać, a powoli sobie odkładam budżet książkowy – być może trafi się jakiś pięcioksiąg czy jeszcze grubszy cykl do zakupu na raz. Być może nie. A być może wreszcie się zbiorę w sobie, żeby kupić takie pozycje jak „Finansowy Ninja” czy „Włam się do mózgu”. :) Nie wiem jeszcze, nie spieszy mi się na razie!

Ha, to koniec infografik! Wspominałem co prawda w styczniowym podsumowaniu, że spróbuję użyć skracacza linków jako pewnego rodzaju narzędzia do zbierania danych o liczbie wejść, ale w sumie albo średnio zdaje egzamin, albo po prostu jest tak nikłe zainteresowanie przejściami z Instagrama za pomocą nieaktywnego linku. Innymi słowy nie ma sensu robić z tego żadnego podsumowania. :) Co ciekawe, główne źródła kliknięć to Facebook, a więc posty, które publikuję na Instagramie oraz jednocześnie na profilu Facebooka. Instagram rzeczywiście nie powinien się pojawić jako źródło, bo link nie jest aktywny, jednak bezpośrednich wejść jest jak na lekarstwo. W sumie nic dziwnego – też by mi się nie chciało kopiować i wklejać. :)

Na (prawie) koniec wklejam listę przeczytanych przeze mnie w lutym książek wraz z linkami do opinii o nich. Czyli w sumie jak co miesiąc. :)


Na samym końcu przyszła pora na dwa standardowe punkty programu, czyli najbardziej popularny post oraz blog, z którego pojawiło się najwięcej wejść. :D Tym razem najchętniej zaglądaliście do opinii o „Nomen Omen” Marty Kisiel – dobry wybór! Najwięcej wejść zanotowałem (a raczej Google Analytics zanotowało) z bloga Cząstka Mnie, prowadzonego przez Gosię! :) Dzięki!

A jak Wam minął ten krótki miesiąc? :D 


piątek, 1 marca 2019

„Trupia farma” – Bill Bass, Jon Jefferson

„Trupia farma” – Bill Bass, Jon Jefferson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Bill Bass, Jon Jefferson
Tytuł: Trupia farma
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Stron: 344
Data wydania: 13 września 2017


Książki o tematyce medycznej oraz okołomedycznej mógłbym pochłaniać na kilogramy. Jeśli przy okazji są to książki, które dotykają w jakikolwiek sposób kryminologii czy jakichkolwiek nauk, które obracają się wokół zbrodni i naukowym sposobom poszukiwania przestępców, to ja jestem wniebowzięty. Tym bardziej właśnie dziwi fakt, że dopiero niedawno sięgnąłem po „Trupią farmę”, mimo tego, że leżała na półce już od dawien dawna. Na wszystko jednak musi przyjść pora, i książka Billa Bassa o początkach jego Trupiej farmy, która nie raz przyczyniła się już do poprawy jakości dostępnych narzędzi pomagających organom ścigania jest już za mną. Wiecie co? Chcę jak najszybciej sięgnąć po jej kolejną część!

Zazwyczaj leżące na farmie ciało ściąga uwagę policji, prokuratury oraz lekarzy sądowych. Nie na Trupiej farmie – tutaj zwłoki układane są z pełną świadomością przez naukowców. Bill Bass, antropolog sądowy, stworzył miejsce, w którym całe rzesze badaczy obserwują w jaki sposób zwłoki się rozkładają, co wpływa na przyspieszenie rozkładu oraz jakie dodatkowe czynniki należy brać pod uwagę podczas określania przyczyny czy czasu zgonu. Niewielka farma w Tennessee to miejsce na równi groteskowe i przydatne. Bez niego zapewne wiele odkryć, które pomagają współcześnie złapać przestępcę, nie mogłoby zaistnieć. Bill Bass opowiada jaką drogę przeszedł od czasów studenckich aż do pomysłu i jego realizacji.

Na wstępie warto zaznaczyć, że jeśli się spodziewacie tylko opisu Trupiej Farmy oraz badań, które są na niej prowadzone, to przestańcie się tego spodziewać. Książka, której autorem jest Bill Bass, antropolog sądowy prowadzący tytułową „Trupią farmę” opisuje nie tylko to, jakie procesy na niej zachodzą, skąd pozyskują ciała czy w ogóle w jaki sposób wygląda ta jednostka badawcza, ale przede wszystkim drogę, którą przebył od czasów studenckich aż do momentu, w którym farma funkcjonuje już od wielu lat. Tak po prawdzie to zdecydowana większość książki stanowi opis poszczególnych przypadków, które autor badał w swoim życiu zawodowym, a które postawiły przed nim wiele pytań bez odpowiedzi. Chociaż lepiej by było napisać, że bez odpowiedzi dostępnych bez badań przeprowadzonych na farmie.

„Nie było to z pewnością badanie, które zamierzałbym dokładnie opisać i opublikować w »Journal of Forensic Sciences«, ale wystarczająco przekonujące, bym zrozumiał jedno: owszem, może się zdarzyć tak, że umrzesz i zgnijesz na pustej działce między czyimś domem i ulicą, a nie poczuje cię żaden z tysięcy ludzi przechodzących piętnaście metrów dalej”.

Początek książki jest dość ciężki – trudno przebrnąć przez opowieści autora i można się dość łatwo zniechęcić, ale po kilkudziesięciu stronach się rozkręca i tym razem już ciężko się oderwać. Każdy kolejny opisany przez Billa Bassa przypadek jest coraz ciekawszy, a opisy często przyprawiają o zawroty głowy. Mam tu na myśli zarówno bardzo bezpośrednie podejście do opisywania rozkładu ciała i procesów mu towarzyszących, jak i pewnych aspektów okołodochodzeniowych, których człowiek się nie spodziewa. Jak się okazuje, wiele czynności wykonywanych obecnie w kontrolowanych, laboratoryjnych warunkach, kiedyś robionych było w domowym zaciszu. Doprowadzało to na przykład do konieczności częstej wymiany kuchenek gazowych. Tyle ciekawostek „zza kulis” dawno nie widziałem – choćby dla nich warto sięgnąć po tę pozycję.

Historia Trupiej farmy to historia nie tylko wzlotów, ale również upadków. Jak można było się spodziewać, jej powstanie oraz samo istnienie potrafiło wywołać niemało kontrowersji oraz protestów. Żałuję trochę, że autor odniósł się do nich po macoszemu. Nie poświęcił zbyt wielu stron na opis zarówno samych demonstracji oraz ich powodów, jak również nie skupił się ani na rzeczywistych, ani potencjalnych konsekwencjach, które ze sobą niosły. Można powiedzieć, że potraktował je jako niezbyt istotne incydenty, nad którymi nie warto się w ogóle pochylać, jednocześnie jednak podkreślił, że co najmniej jeden z nich mógł zaważyć na „być albo nie być” całego przedsięwzięcia i wielu lat badań. Z jednej strony niby nie jest to mocno istotne dla całej książki, jednak sprawia, że czuje się pewnego rodzaju dysonans poznawczy. 

„Szczątki, które miałę mteraz ze sobą, stanowiły świadectwo krzepkości zmarłego farmera – ich ciężar, łącznie z foliową torbą (ale bez pojemnika), wynosił niemal 3700 gramów, zapewne mniej więcej tyle, ile ważył Chigger przychodząc na ten świat”.

To, co tworzy pewnego rodzaju klimat „Trupiej farmy” to opisy autora, które pozbawione są jakichkolwiek mechanizmu hamującego. Antropolog sądowy przywykł do bardzo nieprzyjemnych widoków, często o wiele bardziej nieprzyjemnych niż te, z którymi do czynienia na co dzień mają lekarze sądowi. Rozkładające się zwłoki, wzdęte od gazów wytwarzanych przez bakterie konsumujące wnętrzności, a do tego pokryte żerującymi czerwiami, które upodobały sobie naturalne otwory ciała, to niezbyt przyjemny widok. Nie poleciłbym go do śniadania. Lektury tych opisów również bym do posiłku nie polecił, jednak jako przedstawienie rzeczywistości takiej, jaką jest, już jak najbardziej. Cenię sobie bardzo tak bezpośrednie podejście do tematu. Zwłaszcza w przypadkach, w których próba ubrania tego w ładne słowa mogłaby się skończyć przeinaczeniem przekazu.

Naprawdę świetna książka, która pozwoli uchylić rąbka tajemnicy antropologii sądowej. Przybliżająca zwykłemu śmiertelnikowi informacje, które można wyciągnąć od zmarłych, którzy opuścili ziemski padół. Nie tylko jako historia badań antropologicznych, ale również jako poszczególne przypadki, w których nauka ta pomogła złapać i skazać mordercę. Pełna bezpośredniego przekazu przeplatanego humorem. Proste historie mające skomplikowane i często niebagatelne podłoże. Oby więcej takich książek, które w tak wspaniały sposób przedstawią kulisy zawodów nie wzbudzających na co dzień zainteresowania szerszej publiczności. 

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Trupia farma"

Trupia farma | Trupia farma. Nowe śledztwa


czwartek, 28 lutego 2019

Darmowy e-book – „Ostrze zdrajcy”

Źródło: Lubimy Czytać
Już niedługo, 13 marca 2019 roku, premierę będzie miał trzeci tom tetralogii „Wielkie Płaszcze”, której autorem jest Sebastien de Castell. Pierwsze dwa tomy gościły już na moim blogu, a moje opinie możecie przeczytać klikając w ich tytuły: „Ostrze zdrajcy”, „Cień rycerza”. Wydawnictwo Insignis, pod którego szyldem wychodzą w Polsce książki Sebastiena de Castella, postanowiła w ramach promocji zbliżającej się premiery udostępnić CAŁKIEM ZA DARMO e-book pierwszego tomu! Dostępny jest oczywiście w trzech formatach, tak, aby każdy kto chce mógł się zapoznać z zawartością: epub, mobi oraz klasyczny pdf. 

Sam mam w planach przeczytanie trzeciego tomu oraz w przyszłości czwartego – dwa pierwsze tomy wspominam bardzo dobrze i mam nadzieję, że takie same wspomnienia będę miał z trzecim tomem. :) 

E-booka możecie pobrać STĄD.



Oczywiście jeśli chcecie to możecie od razu zamówić w przedsprzedaży trzeci tom, „Krew Świętego”, dostępny między innymi w Empiku oraz w Świecie Książki. :)

Poniżej znajdziecie krótki opis ze strony Wydawnictwa dotyczący „Ostrza zdrajcy”, czyli pierwszego tomu, który możecie pobrać w formie e-booka:

„Wielkie Płaszcze. Sędziowie, bohaterowie… zdrajcy? 
Król nie żyje, Wielkie Płaszcze rozwiązano, a Falcio val Mond i jego towarzysze Kest i Brasti skończyli jako straż przyboczna szlachcica, który na domiar złego nie chce im płacić. Ale mogło być gorzej – ich chlebodawca mógłby leżeć martwy, podczas gdy oni musieliby bezradnie patrzeć, jak zabójca podrzuca fałszywe dowody wikłające ich w morderstwo. Chwileczkę… Przecież to właśnie się zdarzyło! 
W najbardziej zepsutym mieście świata zawiązuje się spisek koronacyjny, a to oznacza, że wszystko, o co walczą Falcio, Kest i Brasti, może lec w gruzach. Jeśli tych trzech zechce przeciąć intrygę, ocalić niewinnych i wskrzesić Wielkie Płaszcze, będą musiały wystarczyć im rapiery w dłoniach i obszarpane skórzane odzienie. Dziś bowiem każdy arystokrata jest tyranem, każdy rycerz – bandytą, a jedyne, czemu można ufać, to ostrze zdrajcy”.

A to opis trzeciego tomu, którego premiera będzie 13 marca 2019 roku:

„Jak się zabija Świętego? 
Falcio, Kest i Brasti niedługo się tego dowiedzą, bo ktoś znalazł na to sposób... 
Książęta od dłuższego czasu zastanawiali się, jak nie dotrzymać umowy dotyczącej osadzenia Aline na tronie, ale odkąd Święci zaczęli ginąć, rozchodzą się plotki, że sami Bogowie sprzeciwiają się jej koronacji. Kościoły starają się bronić, przywracając zbrojne zakony żołnierzy, asasynów i (przede wszystkim) Inkwizytorów – przez co kraj może stać się teokracją. Falcio może to powstrzymać, jedynie znajdując mordercę. Ma tylko jeden trop: przerażającą żelazną maskę, która sprawia, że Święci popadają w obłęd i stają się bezbronni. Lecz nawet jeśli zdoła odnaleźć zabójcę, będzie jeszcze musiał stawić mu czoła w walce. 
A to może być pojedynek, w którym każdy, nawet najzręczniejszy szermierz będzie bez szans”.

Zainteresowani? :D 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Z Netflixa pod pióro S02E01 - "Pachnidło" sezon 1

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Parfum
Twórca: Constantin Film
Rok: 2018
Gatunek: kryminał


Nawet nie chce mi się pisać, kiedy ostatni raz pojawił się epizod Z Netflixa pod pióro – było to tak dawno, że jest to idealna okazja do rozpoczęcia drugiego sezonu! Zwłaszcza, że serial, który chcę opisać, jest niemal równie krótki jak pierwszy sezon niniejszego cyklu. :) Ma raptem sześć odcinków, ale za to jakich! Może dzięki temu udało mi się go skończyć. Za wiele czasu na seriale nie mam, ale czasem wolę je niż filmy. No, chyba że dojdziemy do czasów, w których każdy serial będzie miał dwugodzinne odcinki, no to się zrobi problem… Na razie jednak powoli sobie łykam kolejne odcinki kilku seriali, rozwlekając to niemiłosiernie w czasie. Jednak dobrze mi z tym! Ważne, że kolejny fajny serial zaliczony. :)

Policja otrzymuje zgłoszenie morderstwa – ofiarą jest kobieta, która została pozbawiona gruczołów zapachowych. Wycięte zostały przez profesjonalistę – cięcia są precyzyjne i pewne. Jednymi z pierwszych przesłuchanych w sprawie są dawni przyjaciele denatki, z którymi łączyła ją głęboka więź jeszcze z czasów szkolnych. Przeszłość paczki przyjaciół nie należy do tych z gatunku sielskich i grzecznych. Wiele grzechów popełnili kiedyś, wiele grzechów popełniają również w teraźniejszości i nic nie wskazuje na to, aby przestali je popełniać.

Chyba zaczynam lubić niemieckie, współczesne kino – w każdym razie seriale. Bardzo mi pasują pod względem wizualnym. „Pachnidło” jest niesamowicie podobne do „Dark” jeśli chodzi o styl, w jakim zostały nakręcone zdjęcia. Albo symetryczne półzbliżenia z niewielką głębią ostrości, albo ekstremalnie szerokie kadry, które przytłaczają swoim ogromem. Uwielbiam takie ujęcia, zwłaszcza w dokładnie takiej mieszaninie. W „Dark” było podobnie, chociaż tam nieco bardziej skupiali się na kolorystyce – większość tła była utrzymywana w nieco zdesaturyzowanych kolorach, a nasycone były jedynie najważniejsze elementy. Tym razem jednak pierwsze skrzypce gra zabawa planami oraz głębią ostrości, jak również samą ostrością i poziomem detali w zbliżeniach. 

Niejakim standardem w pewnym sensie we współczesnych, niemieckich serialach, jest igranie poprawnością polityczną poprzez pokazywanie najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń i powiązań, jakie mogą się pojawić w społeczeństwie. Zwróciłem na to uwagę już podczas oglądania „Dark” i również od razu rzuciło mi się to w oczy w przypadku „Pachnidła”. Twórcy serialu nie bawili się w tworzenie dzieła, które mogą spokojnie obejrzeć dzieci, wręcz przeciwnie. Relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami zdecydowanie nie należą do zdrowych, a ich oglądanie również może wpłynąć niezbyt pozytywnie na co słabszą psychikę. Z drugiej strony oglądanie serialu, który porusza takie a nie inne tematy ma w sobie coś niezwykle intrygującego – jest jak sięgnięcie po zakazany owoc, po który normalnie nie wyciągnęlibyśmy ręki ze względu na społeczne normy zachowań.

Podobnie sytuacja wygląda z coraz większym mętlikiem, jaki pojawia się w miarę upływu kolejnych minut serialu. Chaos ten jest jednak w pełni kontrolowany, o czym przekonujemy się na samym końcu. Coby nie mówić, to jest to już drugi serial niemieckiej produkcji, którego zakończeniem jest bardzo usatysfakcjonowany, jak również jego narastającym bezładem, który jednak ma swój własny wzór wypisany w każdej niezrozumiałej w pierwszej chwili scenie. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych oglądanie czegoś takiego może być poza możliwościami, dlatego lojalnie uprzedzam. Ja uwielbiam tego typu klimaty, dlatego seans z każdym kolejnym odcinek był coraz lepszy.

Samo zakończenie jest zaskakujące i bez bicia się przyznaję, że nawet przez chwilę nie przyszło mi na myśl. Takie finisze jak to z „Pachnidła” się ceni i aż przyjemnie jest z nimi zakończyć przygodę z serialem (lub jego jednym sezonem). Widziałem i słyszałem głosy mówiące, że rozwiązanie jest zbyt nagłe, jednak jak dla mnie jest to ogromny plus. Nie jest nagłe w ten negatywny sposób, w którym bez ostrzeżenia otrzymujemy coś nowego, czego się nie spodziewaliśmy i co nijak się ma do tego, co do tej pory obejrzeliśmy. Osobiście widzę mnóstwo powiązań między tym zakończeniem, a scenami, które zobaczyłem we wszystkich odcinkach. Widzę sens i logikę, a przede wszystkim widzę zaskoczenie, które zawsze jest przeze mnie mile widziane.

Świetny serial, choć nie dla każdego. Jeśli lubicie specyficzną zabawę obrazem, nie boicie się tematów kontrowersyjnych i najlepiej czujecie się w chaosie wydarzeń – bierzcie się za „Pachnidło”! Nie pożałujecie. Nie polecę go jednak osobom bardziej wrażliwym lub nie przepadającym za tematyką jadącą nieco po bandzie poprawności i przyzwoitości. Twórcy się bowiem nie bawią w jakieś konwenanse i serwują rzeczy niekoniecznie zjadliwe przez osobę reprezentującą średnią całego, współczesnego społeczeństwa. Dla mnie to była świetna uczta dla oczu i umysłu, którą będę wspominał przez dłuższy czas. Na koniec jeszcze dodam – choć to nie jest najmniej istotna informacja – że nie jest to serial, który byłby adaptacją książki Patricka Süskind, chociaż oczywiście w pewnym sensie kręci się wokół jego dzieła. 

Łączna ocena: 8/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

środa, 20 lutego 2019

[PREMIERA] „Cienie Nowego Orleanu” – Maciej Lewandowski

„Cienie Nowego Orleanu” – Maciej Lewandowski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Maciej Lewandowski
Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 360
Data wydania: 27 lutego 2019


Nazwisko Macieja Lewandowskiego nie mówiło mi absolutnie nic, kiedy je pierwszy raz ujrzałem w propozycji Wydawnictwa Uroboros, ale nie był to pierwszy taki przypadek. Wiele razy już odkryłem w ten sposób nowych, świetnych autorów, jeśli tylko byli wydawani przez wydawnictwo, którego książki do tej pory bardzo mi podchodziły. Jeśli dorzucimy do tego mieszaninę kryminału z horrorem, to mamy coś, obok czego nie potrafię przejść obojętnie. Chętnie więc sięgnąłem po „Cienie Nowego Orleanu” nie mając bladego pojęcia o tym, co mnie spotka. Po lekturze muszę napisać, że targają mną ambiwalentne uczucia.

Porucznik John R. Legrasse jest prostym oficerem noworleańskiej policji. W policji przepracował wiele lat, wcześniej mając do czynienia z brutalnością frontu I Wojny Światowej. Stara się stąpać twardo po ziemi i jak najlepiej wykonywać swoją pracę. Czarna magia jest więc czymś, co nie do końca wpasowuje się w jego światopogląd. Ciężko jednak być sceptycznym w Nowym Orleaniu, który okultyzmem cuchnie na kilometr. Dla policjanta najważniejsze jest jednak złapanie zwyrodnialców, którzy w bestialski sposób okaleczają i mordują kobiety. Stary policjant nie wie jednak, jak szybko można przekroczyć granicę pomiędzy życiem a magią, i jak blisko Przedwiecznego można się znaleźć, czy się to komuś podoba, czy też nie…

Zacznę może od tego, co wywołuje we mnie pozytywne emocje, kiedy myślę o „Cieniach Nowego Orleanu”. A jest to przede wszystkim pomysł na połączenie kryminału z elementami horroru. Naprawdę genialne, choć może nie jakieś innowacyjne połączenie, jednak Maciejowi Lewandowskiemu wyszło ono przy okazji świetnie. Nie bez powodu napisałem „kryminał z elementami horroru”, ponieważ główne skrzypce gra zagadka kryminalna, którą rozwiązuje nowoorleański policjant, a w której tle pojawiają się elementy grozy, które docenią zwłaszcza fani Lovecrafta. Pod sam koniec powieści autor pozwolił sobie puścić wodze fantazji i mamy nieco więcej zjawisk nadprzyrodzonych, ale wszystko jest w granicach dobrego smaku – nie ma mowy o żadnym przegięciu w którąkolwiek stronę. Z wielką chęcią przeczytałbym jeszcze więcej tego typu historii.

Kolejną, wyróżniającą się cechą, którą śmiało można wspomnieć jako element reklamujący pozytywnie „Cienie Nowego Orleanu” jest bardzo konsekwentne trzymanie się charakteru i osobowości danej postaci. Zarówno główna postać policjanta po przejściach, jak i pojawiające się po drodze wiodące postacie mają pewien konkretny zestaw cech, charakterystyczny dla nich, a który jest utrzymywany przez Macieja Lewandowskiego bez względu na wydarzenia. Co prawda ciężko doszukać się możliwości stworzenia konkretnego portretu psychologicznego czy to porucznika Lagrasse, czy innej, dowolnej postaci, ale bez problemu można wychwycić ich główne, rzucające się w oczy cechy. Nie trzeba się martwić, że cyniczny, arogancki i zbyt szybko myślący oficer policji nagle stanie się dobrotliwym gliną. Konsekwencja musi być.

„Zwykła śmierć nie robiła na nim wrażenia. Dawno obłaskawił jej widmo. Na dnie wypełnionych deszczówką okopów widywał gorsze rzeczy”.

Niestety trochę się zawiodłem między innymi na przedstawieniu Nowego Orleanu z lat 20. XX wieku. Uwielbiam, kiedy akcja książek czy filmów jest osadzona na przełomie XIX oraz XX wieku – zarówno europejskie ulice raczkującego XX wieku (zwłaszcza w okolicach Wielkiego Kryzysu), jak i Nowy Jork czy Nowy Orlean tamtych czasów to niezwykle malownicze miejsca, jeśli oczywiście mogę tych słów użyć do ich opisu. Są niezwykle charakterystyczne, a opisy ulic po zmroku jednoznacznie kojarzą się z niebezpieczeństwem, rozpustą i obietnicą najpiękniejszych i najbardziej rozkosznych chwil, które w mgnieniu oka mogą zamienić się w śmierć i smród krwi wymieszanej z moczem. Niestety autorowi w mojej opinii nie udało się odwzorować tego klimatu. Miałem wrażenie, że akcja dzieje się raczej w połowie XX wieku. Być może zabrakło bardziej charakterystycznych dla tych czasów opisów, miejsc czy przedmiotów, a nieco za dużo słownictwa, które bardziej pasuje do lat późniejszych.

Nie mogę jednak odmówić Maciejowi Lewandowskiemu wiedzy na temat społeczeństwa żyjącego w tamtym czasach. Na kartkach książki można znaleźć sporo przypisów, które wyjaśniają co bardziej skomplikowane lub po prostu niezrozumiałe słowa – najczęściej oznaczające właśnie coś charakterystycznego dla Nowego Orleanu tamtych czasów. Wydarzenia, nazwy organizacji, przedmiotów, pewnych tradycji oraz innych rzeczy. Zdecydowanie widać, że autor nie podszedł do pisania „Cieni Nowego Orleanu” beztrosko, tylko albo wiedzę już miał, albo ją zdobył. Po prostu nie czułem tego klimatu, którego się spodziewałem i nie byłem w stanie się przenieść do lat 20. XX wieku, do Luizjany i poczuć woni bagien wymieszanej z zatęchłym smrodem miasta pełnego radości, śmierci i narkotyków.

Mimo tej przeogromnej wiedzy, jak i bogatego języka, doskonale dobranemu zarówno do tematyki książki, jak i stylu, w którym Maciej Lewandowski napisał „Cienie Nowego Orleanu”, niestety treść kompletnie mnie nie porwała. W wielu miejscach akcja toczyła się nieco zbyt chaotycznie jak na mój gust, a także zbyt często pojawiały się długie, odrobinę nużące opisy. To jest właśnie jeden z tych punktów opinii, który mnie najbardziej boli. Ciężko się nie zachwycać nad tą książką i jednocześnie ciężko ją polecać i zachwalać. Jedną z najlepszych cech, jaką może mieć powieść to właśnie przyciągnięcie czytelnika i pochwycenie w swoje szpony. Kiedy człowiek nie jest w stanie się oderwać od lektury i chce nawet zarwać noc. Tego niestety nie mogę napisać o tej skądinąd bardzo klimatycznej i przemyślanej książce.

Ogólnie rzecz ujmując jest fajnie, chociaż szału nie ma. Na pewno chętnie sięgnę po kolejną mieszaninę kryminału z horrorem, która wyjdzie spod ręki autora, bo nie dość, że samo połączenie wyszło mu świetnie, to na dodatek pióro ma lekkie. Nie będę jednak robił sobie nadziei na coś powalającego na kolana, ponieważ to i owo trochę kuleje, a całokształt nie należy raczej do tych porywających. Poprawnie napisana książka wyróżniająca się pomysłem oraz fabułą, ale trochę jednak niedopracowana (lub być może przekombinowana tu i ówdzie). To wszystko jednak da się trochę wyprostować, więc czemu by nie dać kolejnej szansy? Zwłaszcza, że mimo wszystko wspomnienia po „Cieniach Nowego Orleanu” będą raczej pozytywne. Mimo wszystko czas spędzony z tą lekturą nie był absolutnie czasem straconym. A moje uwagi mogą się mieć nijak do Waszych gustów – w końcu uwagi te są dość specyficzne i w 100% subiektywne.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


wtorek, 12 lutego 2019

[PREMIERA] „Nomen omen” – Marta Kisiel

„Nomen omen” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Nomen omen
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 336
Data wydania: 13 lutego 2019


Dzięki Wydawnictwu Uroboros miałem przyjemność poznać twórczość Marty Kisiel, która to błyskawicznie przypadła mi do gustu - niemal od pierwszych stron pierwszej książki. Co ciekawe swoją przygodę z aŁtorką zacząłem od książki o wiele mówiącym tytule „Toń”, która okazuje się być nieco inną niż przeciętna, referencyjna książka Marty Kisiel. Jak się okazuje, doskonale mnie ona przygotowała do „Nomen omen”, nawet pomimo tego, że stylem znacznie od siebie odbiegają. Każdy jednak kto przeczyta obie te pozycje, dostrzeże parę… podobieństw i wspólnych cech. W końcu nie bez powodu „Kiślowersum” kończy się „-sum”. :) 

Salomea Przygoda, dziewczę nieprzeciętnego wzrostu i takiego samego pecha, kiedyś musi zakończyć życie w ciepłym domu rodzinnym. No, może pewną przesadą może być nazwanie „ciepłym domem rodzinnym” domostwo zawierające dziecinnego ojca, niegrzeszącego inteligencją brata Niedasia i matkę, której głównym celem życiowym jest uwolnienie „rozbuchanego erotyzmu” własnej córki, no ale jest to dom. O niebo jednak lepszy (a na pewno bardziej normalny) niż lokum przy Lipowej pięć we Wrocławiu, gdzie Salka trafia w poszukiwaniu lepszego życia. Papuga o imieniu Roy Kane, która staje się jej współlokatorem, powinna być pierwszym znakiem, że z normalnością jej życie nie będzie miało nic wspólnego przez bardzo długi czas…

„– Czy pani naprawdę nie ma serca?– Ponoć nie. Przede wszystkim mam rozum”.

Szybko sobie przypomniałem co reprezentuje Marta Kisiel – wysoką jakość zapakowaną w niezwykle interesujący styl. Pamiętam, że kiedy sięgnąłem po „Toń”, w oczy na dzień dobry rzuciło mi się bogactwo słownictwa, którym operuje autorka. Pisząc bogactwo mam na myśli nie tylko dużą różnorodność słów, ale również umiejętne posługiwanie się nimi, dzięki czemu czytelnikowi może się wydawać, że pojawia się ich więcej, nawet jeśli są to w dużej mierze odmiany tych samych słów i ogrom synonimów. Wydawać by się mogło, że zabiegi polegające na zdrabnianiu słów, wykorzystywaniu wielu epitetów oraz metafor niekoniecznie wpłyną w tak ogromnym stopniu na jakość, ale jednak proza Marty Kisiel udowadnia, że jest inaczej. A „Nomen omen” jest tego najlepszym przykładem.

To, co mnie najbardziej urzekło w powieści to przepiękne wręcz wplecenie World of Warcraft w fabułę. Ja jako fan tej gry, który spędził lwią część liceum na graniu, jestem po prostu zachwycony połączeniem, jakie stworzyła Marta Kisiel, bo wiem, że może to być zabawne dla osób, które w WoWa nigdy nie grały. Autorka wybrała niemalże najbardziej charakterystyczne zwroty, które mogły paść z ust graczy (choć czasem przepuszczonych przez bardzo krzywe zwierciadło) i już wiem, jak mogłem brzmieć dla osób postronnych podczas rozmów z kumplami. Co prawda „za moich czasów” były nieco inne instancje rozgrywane oraz nie używało się kilku współczesnych kalk językowych pochodzących z języka angielskiego, ale cóż… Efekt tak niepozornej rzeczy sprawił na mnie mega pozytywne wrażenie. :) 

„– Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu – westchnął ciężko Niedaś i poczłapał za panią Jagą w stronę przystanku”.

„Nomen omen” wydaje się być w wielu miejscach wręcz ociekający naiwnością, ale jest to ta naiwność, która rozczula, a nie denerwuje. Zwłaszcza, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z tego, w jakim stylu pisze Marta Kisiel i co jej książki sobą reprezentują. Ta powieść idealnie wpasowuje się w schemat lekkiej książki fantastycznej, osadzonej w nie do końca normalnych realiach, którymi rządzą nie do końca normalne i nie do końca „fantastyczne” zasady. Chyba właśnie dlatego lubię książki tej autorki – nie są wymagające, za to zdecydowanie można je nazwać wciągającymi, chociaż nie pozostawiają po sobie aż tak głębokiego śladu. Historie nie są powalające, jednak wystarczająco dobrze skrojone, żeby czytało się z ogromną przyjemnością. W „Nomen omen” na pewno fani świetnie stworzonych postaci będą zadowoleni, bo każdy z bohaterów prowadzony jest konsekwentnie, a do tego na tyle wyraziście, że szybko można zapałać miłością lub nienawiścią do tej albo innej osoby.

Polecam i to zdecydowanie. Na odstresowanie, odcięcie się od szarej rzeczywistości, na poprawę humoru, na spotkanie z czymś niesamowicie pozytywnym i zakręconym. Im więcej książek Marty Kisiel czytam, tym większą mam ochotę na kolejne tytuły. Prostota, humor oraz bardzo lekkostrawna odmiana fantastyki wykorzystana w jej powieściach czynią po prostu cuda. Nie szukajcie w „Nomen omen” lektury górnolotnej i nie oczekujcie powalenia Was na kolana, ale spodziewajcie się dużej dawki endorfin wydzielonych w trakcie czytania. Być może wcale nie takim głupim pomysłem byłoby podsuwać książki Marty Kisiel osobom z dołem emocjonalnym – przy niektórych sytuacjach oraz dialogach mało kto nie parsknąłby śmiechem, lub chociaż uniósł kąciki ust w namiastce uśmiechu.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


niedziela, 10 lutego 2019

Bardzo chcę! #54 – „Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?” Paulina Łopatniuk

„Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?” Paulina Łopatniuk
Źródło: Lubimy Czytać
Nietypowych książek w cyklu „Bardzo chcę!” ciąg dalszy! Nie wiem czy znacie (a jeśli nie znacie, to bardzo polecam) – ale ostrzegam lojalnie, że zawartość nie jest dla ludzi o słabych nerwach – fanpejdż Patolodzy na klatce, prowadzony przez Paulinę Łopatniuk. Popularyzuje ona wiedzę nie tylko z zakresu samej patologii, ale również onkologii, chorób zakaźnych czy pasożytniczych. Duży nacisk kładzie na wizualną stronę swoich wpisów – zarówno na swoim blogu, jak i fanpejdżu na Facebooku – a co za tym idzie wiele z wrzucanych przez nią zdjęć może być uznane za „mocne”. „Patologów na klatce” znam niezbyt długo, jednak z wielkim zainteresowaniem przyglądam się zarówno nowym wpisom, jak i archiwalnym. Język, którego używa autorka jest przystępny i przy okazji prosty, podszyty grubą warstwą czarnego humoru. Chyba więc Was nie dziwi, że od razu swoje oczy skierowałem na informację o tym, że Paulina Łopatniuk wydaje książkę? ;)

„Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?” mają pokazać pewną dość oczywistą prawdę, przed którą jednak ucieka niemalże każdy człowiek – wszyscy możemy na coś zachorować. I to na coś tak paskudnego, że wymagane będzie wycięcie kawałka naszego ciała, narządów, tkanek czy czegokolwiek innego, o czym istnieniu wolimy nie pamiętać (niech tylko działa!), a kawałek ten ostatecznie trafi na warsztat patomorfologa. A jakie tam ciekawe rzeczy można wtedy zobaczyć! Jeszcze „ciekawiej” zaczyna się robić, kiedy niestety człowiek przegra walkę z chorobą, a wypadałoby dowiedzieć się, co dokładnie spowodowało śmierć. Wówczas można bazować nie tylko na preparatach mikroskopowych, ale również na całych narządach.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, czego mniej więcej można spodziewać się po książce Pauliny Łopatniuk, zapraszam na jej bloga oraz fanpejdż. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem, nie zaglądajcie w porze śniadania, jeśli nie jesteście pewni, że to wytrzymacie. Być może ujrzycie potworniaka w sobotni poranek. ;) Ja wiem, co mogę znaleźć na kartkach „Patologów”, więc na pewno sięgnę po ten tytuł!

A oto jak opisuje książkę Wydawnictwo Poznańskie:

„Czy gdzieś w twoim ciele mogą kryć się pozostałości twojego brata bliźniaka? Dlaczego londyńscy kominiarze zaskakująco często cierpieli na raka moszny? I czy to możliwe, żeby guz podwoił się w ciągu zaledwie doby? 
Szokujące, obrzydliwe, zabawne, fascynujące… Nowotwory i inne choroby kryją wiele tajemnic. Autorka popularnego bloga Patolodzy na klatce przeprowadzi cię przez twój świat wewnętrzny, zaczynając od różowo-fioletowych maziajów na szkiełku pod mikroskopem, a kończąc na stole sekcyjnym w prosektorium. W tej książce opowiada o wszystkim, co zwykłych ludzi przyprawia o ból głowy. Dosłownie. 
«Nie znacie nas, my jednak niejednokrotnie znamy was lepiej niż wasi bliscy. W końcu liczy się wnętrze, a mało kto bada je dogłębniej niż patolodzy»”.

Czujecie się zainteresowani, czy wręcz przeciwnie? :D  

EDIT:

Widzicie (albo raczej już nie widzicie, hehe) do czego może doprowadzić brak porządnek korekty własnych tekstów przed publikacją? Pomijając oczywiście fakt, że „korekta własnych tekstów” brzmi trochę jak oksymoron. Dopiero autorka zwróciła mi uwagę, że zapisałem jej nazwisko z błędem – Łopatiuk zamiast Łopatniuk, i to trzy razy! A na domiar złego w tytule zapisałem poprawnie.  Jak, ja się pytam samego siebie. Pozostaje jedynie się pokajać, przeprosić i przyjąć lekcję z pokorą, a na przyszłość starać się sprawdzać wszystko nawet i pięć razy. :) 

czwartek, 7 lutego 2019

„Marsjanin” – Andy Weir

„Marsjanin” – Andy Weir
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andy Weir
Tytuł: Marsjanin
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Marcin Ring
Stron: 384
Data wydania: 19 listopada 2014


Chyba nie ma osoby wśród fanów ogólnie pojętej kultury, która nie słyszałaby o filmie „Marsjanin”, opowiadającym o astronaucie walczącym na Marsie o własne życie. Jest to adaptacja książki Andy’ego Weira o tym samym tytule – niezwykle interesującej pozycji, która potrafi przyciągnąć uwagę już samym swoim opisem. Sam film mam w planach już od dawna, jednak bardzo chciałem najpierw zapoznać się z papierową wersją. Z jednej strony wiem, że wpłynie to na odbiór filmu („ale to tak nie było!”), ale z drugiej aż szkoda przejść obojętnie obok książki, w oparciu o którą powstał tak głośny film. Jak się okazało, była to dobra decyzja, gdyż przy książce spędziłem niesamowite chwile.

Trzecia załogowa misja na Marsa składa się z sześciu osób – każda z nich o innej specjalizacji, ale wszystkie mają ten sam cel. Jak najlepiej wykonać swoją pracę i przeżyć. Mark Watney już po kilku dniach będzie musiał starać się bardziej niż inni, ponieważ jako jedyny zostanie na powierzchni Czerwonej Planety. Reszta załogi odleci z powrotem na Ziemię, uznając swojego kompana za martwego. Dla Marka będzie to prawdziwe wyzwanie – jak przeżyć nie mając niemalże niczego poza tym, co zostało przysłane wcześniej jako zaopatrzenie misji dla sześciu osób. 

„W trakcie tego procesu występuje stadium pośrednie, amoniak. Chemia, będąc niegodną zaufania dziwką, zapewnia to, że trochę amoniaku nie przereaguje z hydrazyną”.

Powiem od razu, wprost, bez ogródek – jest to niesamowita książka. Nie tylko wciąga od pierwszych stron, nie tylko potrafi utrzymać przy sobie Czytelnika, ale daje mu tak ogromną radość z lektury, że ciężko to opisać. Jest doskonale wyważona – odpowiednia ilość naukowego bełkotu połączona z idealnie dobraną porcją walki psychologicznej samego ze sobą, doprawiona dokładnie taką szczyptą humoru, jaka powinna być. Fan nowych technologii znajdzie w „Marsjaninie” od groma ciekawych dla niego fragmentów – jak choćby opisy działania poszczególnych urządzeń, które potrzebne są do przetrwania głównego bohatera. Tutaj na białym koniu wjeżdża patron osób, dla których nauka sama w sobie jest muzą i natchnieniem do działania – opisywane są procesy, które zachodzą w poszczególnych reakcjach oraz jak do nich można doprowadzić mają takie a nie inne narzędzia i materiały.

Nie samą pomysłowością i wiedzą jednak człowiek przeżyje na Marsie. Zwłaszcza jeśli jest tam sam, a wie doskonale, że nie uda mu się złapać żadnej taksówki na Ziemię. Zapasy są ograniczone, nie ma nieskończonej ilości części zamiennych, a nieprzyjazne (wręcz zabójcze) środowisko nie pomaga wcale w procesie planowania i po prostu przeżywania. Dlatego mamy też do czynienia z pokazem determinacji oraz silnej woli, jakie musi w sobie odnaleźć Mark Watney, aby przetrwać. Bez względu jak bardzo ciężkie kłody będzie mu rzucała pod nogi Czerwona Planeta oraz on sam, swoimi ludzkimi błędami. Tak, to też jest pięknie pokazane, jak człowiek nawet w chwilach największego skupienia pozostaje jedynie człowiekiem, który sam siebie może zapędzić do grobu.

„Zastanawiam się, co w NASA by powiedzieli na to, że tak poczynam sobie z RTG. Pewnie schowaliby się pod biurkami i dla pocieszenia głaskali swoje suwaki logarytmiczne”.

Tempo całej akcji jest również po prostu idealne – nie odczuwałem ani zbyt szybkiego przemierzania z jednego punktu fabularnego do drugiego, ani zbędnego rozwlekania akcji. Nie można marudzić na brak zwrotów akcji, które jak się możecie domyślać, nie należą do pozytywnych. Nadają niesamowitej dynamiki całej powieści i jeszcze bardziej przytrzymują czytelnika przy lekturze. Autorowi udało się nawet osiągnąć to, że bardzo szybko zapomniałem o dość… nietypowo szybkim powrocie do zdrowia głównego bohatera. W końcu był „ciężko ranny”, a opisy sugerowały wręcz sytuację prawie beznadziejną. Mimo wszystko wyglądało na to, że Mark Watney natychmiast odzyskał pełną sprawność, co było podejrzane nawet z wykorzystaniem technologii, którą miał pod ręką. Przypomniało mi się o tym dopiero po skończeniu lektury, więc wygląda na to, że Andy Weir wiedział co robi.

Jeśli mam być szczery, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakaś książka aż tak mnie do siebie przyciagnęła. Nie licząc wieczorów, nie mam za bardzo czasu na czytanie, stąd mój plan dnia wygląda tak, że na lekturę poświęcam ostatnie minuty przed snem – czasem godzinę, czasem dwie, a czasem maksymalnie pół godziny. W przypadku „Marsjanina” szukałem każdego dnia możliwości znalezienia dodatkowych choćby pięciu minut, żeby przeczytać chociaż kilka stron. Za każdym razem, kiedy ten czas znalazłem, nie chciałem się oderwać od lektury. Po prostu magia, brakowało mi takiej książki. Nawet jeśli po skończeniu lektury odczuwam pewien dyskomfort spowodowany wspomnianą kwestią rany głównego bohatera, to nie zmienia to faktu, że cała książka jest naprawdę mega. Oby więcej takich.

„Nie wytrzymało połączenie podłogi ze ścianą. Ma to sens. Kąt prosty w zbiorniku ciśnieniowym. Fizyka nie cierpi takich rzeczy”.

Kompletnie nie dziwię się, czemu postanowiono nakręcić film na podstawie książki. Po pierwsze, narracja w formie dzienników (czy raczej „solników”?) aż się prosi o przedstawienie historii właśnie w takiej formie, z perspektywy głównego bohatera. Po drugie Andy Weir poprowadził fabułę w ten sposób, że idealnie pasuje do budowania napięcia na wielkim ekranie, a przy okazji pozwala na odpowiednie przygotowanie punktu kulminacyjnego – wszystko w tej książce krzyczy „namaluj mnie jak jedną ze swych”... Ekhm… No, po prostu krzyczy i się kojarzy z filmem. To oczywiście w samej lekturze również pomaga niesamowicie. Obrazy przedstawiające poszczególne sceny same się pojawiają przed oczami, kolejne sceny same ubierają się w rekwizyty, a czytelnik zaczyna gryźć paznokcie jakby był na bardzo emocjonującym seansie.

Wciągająca, pełna humoru oraz naukowych szczegółów (nawet jeśli czasem dotyczą technologii, które na chwilę obecną nie istnieją) książka, którą Andy Weir napisał bardzo zgrabnie i z sensem. Doskonałe tempo, idealnie dawkowane emocje czynią z „Marsjanina” genialną książkę na każdą okazję. Nieco mniejszy font niż zazwyczaj spotykany w książkach zapewnia dłuższy czas spędzony z lekturą, co jest akurat w tym przypadku niewątpliwym plusem. Tak bardzo mnie ta powieść zachęciła do sięgnięcia po filmową adaptację, że muszę jak najszybciej znaleźć dwie godziny wolnego czasu. Na pewno jednak sama książka pozostanie w mojej pamięci bardzo długo i wiele razy będę ją polecał. Tutaj nie ma miejsca nawet na marginesy błędu dopuszczalne przez NASA – mam 100% pewności i zaczynam od teraz. Przeczytajcie, bo warto.

Łączna ocena: 9/10