poniedziałek, 16 września 2019

Dlaczego nie żałuję założenia Instagrama?

Tak, mam Instagrama. Znaczy takiego „blogowego”, a nie prywatnego – o takim bym zresztą raczej nie pisał takiego wpisu. Mam go sobie od grudnia 2018 roku, aktywnie z niego korzystam, chociaż widżetu na blogu się jeszcze nie dorobiłem (chociaż może między czasem pisania tych słów a ich publikacją dorobię się go i zapomnę o tym). Wrzucam średnio dwanaście lub trzynaście zdjęć w miesiącu, praktycznie codziennie publikuję jakąś relację (story znaczy się, jeśli ktoś tak woli). W sumie jestem o wiele bardziej aktywny tam niż na Facebooku, na którym również mam fanpejdż. Długo się zastanawiałem nad tym, czy Insta założyć, czy nie – analizy SWOT co prawda nie robiłem, ale ważyłem plusy i minusy, które – oczywiście tylko według mnie – istniały. Ostatecznie się zdecydowałem i… nie żałuję. W sumie do tego stopnia, że chętnie Was wszystkich namówię na założenie go! Dla bloggerów, aby mieli własny zakątek w tym portalu, a dla czytelników blogów, aby mogli obserwować swoje ulubione blogi!

Jam jeszcze wcale nie aż taki stary, chociaż mnóstwo osób mi już per pan mówi. Trzydziecha już wisi na ramieniu i dyszy wprost do ucha. Oporny więc trochę jestem na te wszystkie nowe portale social mediowe i zupełnie nowe sposoby komunikacji. Uwielbiam podcasty, o czym już pisałem zresztą na blogu, Facebooka miałem jako prywatne konto już w bodaj 2011 roku, przejechałem przez wszystkie portale typu Nasza Klasa, Grono i tak dalej. Oglądam YouTube (zarówno jakieś śmieszne filmiki, jak i konkretnych twórców), miałem nawet krótki epizod ze Snapchatem. Jednak wiecie co? Nie rozumiałem kompletnie przez długi czas idei robienia zdjęć i ich wrzucania gdziekolwiek. Znaczy, okej, czasem wrzuciłem swoje zdjęcie skądś na fejsa. Jednak portal społecznościowy tylko do wrzucania fotek? No nie… Jak to? Po co to? A na co to, komu to potrzebne? Nie umiem robić zdjęć, nie ogarniam zasad tworzenia kompozycji, coś tam tylko z optyki pamiętam z zajęć fizyki, jeśli chodzi o te wszystkie przesłony i inne ogniskowe i ich wpływ na zdjęcie. No ale cóż… Świat idzie do przodu…
W związku z tym wreszcie stwierdziłem, że koniec tego dobrego, trzeba spróbować! W końcu ciągle widziałem wszędzie wokół, że życie blogosfery książkowej (i nie tylko jej) zaczęło się kręcić wokół Instagrama. Zasięgi na Facebooku leciały na łeb na szyję, obsługa staje się coraz bardziej upierdliwa, powiadomienia działają, jakby chciały, a nie mogły. Cóż. Co może pójść nie tak?

W grudniu 2018 roku założyłem sobie więc Instagrama z myślą „a, trudno, zobaczę co to, jak mi się nie spodoba, to po prostu oleję/usunę i tyle”. Poczytałem sobie oczywiście jak to sensownie pospinać z blogiem, żeby się zintegrowało z fanpejdżem na fejsie, poklikałem, podziałałem no i jest. Wrzuciłem nawet pierwsze zdjęcie, popatrzyłem, o co chodzi, jakie są możliwości, potem poleciało kolejne i tak się zaczęło. Parę razy się potknąłem oczywiście na przestrzeni tych prawie dziewięciu miesięcy, ale widzę mnóstwo plusów i przewag Instagrama nad Facebookiem. Nawet (albo zwłaszcza) dla takiego totalnego amatora jak ja. W paru punktach chciałbym więc je przedstawić. Zastanawiam się też, czy Wy – niezależnie czy jesteście twórcami w internecie, czy treści konsumujecie – macie podobne przemyślenia dotyczące tej platformy. Pomijam oczywiście w tym zestawieniu kwestię prywatności, pewnych cech monopolizmu Facebooka, nie do końca uczciwych i moralnych praktyk, na których przyłapano firmę trzymającą w swoich rękach takie twory jak Facebook, Messenger, Instagram czy WhatsApp. To jest insza inszość.

Bardziej przyjemny interfejs


Facebook jest coraz większy i coraz ciężej się z niego korzysta. Wręcz masakrycznie. Żeby cokolwiek zrobić, muszę się przekopać przez tonę linków, a kolejne podstrony ładują się godzinami. Toż to strasznie wolne.



Zwłaszcza jeśli muszę się dostać do czegokolwiek związanego z moim fanpejdżem, to po prostu zakrawa to o interfejsonalny absurd. Serio, trwa to pół godziny, a i tak nie ma gwarancji, że się portal nie rozsypie.

Większa stabilność i lepsza aplikacja


Tak, Instagram jest o wiele bardziej stabilny. Być może dlatego, że jest po prostu aplikacją skierowaną na jeden typ aktywności – wrzucanie zdjęć i ich przeglądanie. Aplikacja Facebooka też jest prawie nieużywalna, a w wersji Lite traci większość funkcjonalności. Instagram za to nie wywala się w losowych momentach, nie gubi powiadomień, nie wycina nagle Twojego postu „bo tak”. Z Facebookiem ciągle są jakieś problemy, niekoniecznie wynikające z wielkiej awarii. Po prostu jest niestabilny. Natomiast Instagram spełnia swoją funkcję i korzystanie z niego to przyjemność.

Sensowny feed!


Nie jest tak, że na Instagramie zobaczycie wszystko, co śledzicie. Jednak ten feed jest o wiele bardziej sensowny. Nie atakuje Was wujek Zdzisiek na rybach i mnóstwo reklam kremu na opryszczkę (a podobno reklamy mają targetowane, tylko nie powiedzieli według jakiej losowej osoby targetują na tym Facebooku), wśród których giną Wasi ulubieni twórcy. Ba, jako twórca nie musicie wcale wchodzić w specjalne miejsca, przekopywać się przez tysiąc podstron jak to jest w przypadku Facebooka! Po prostu zdjęcia macie przed sobą. Wszystkie relacje na samej górze. W sumie tyle – prosto, łatwo i w miarę na bieżąco. Przede wszystkim jednak bez śmieci zebranych na przestrzeni lat prowadzenia swojego prywatnego konta.

Wysyłanie wiadomości to czysta przyjemność!


Messenger jest jeszcze spoko (chociaż osobiście niezbyt go lubię, jeśli mogę, to korzystam z innych komunikatorów), ale jeśli macie swój fanpejdż i próbujecie odpisać komuś na wiadomość… A co gorsza na telefonie… To wiecie, co mam na myśli. Ba, jak prowadzi się fanpejdż na Facebooku, to nawet często nie dostanie się powiadomienia o tym, że przyszła nowa wiadomość (patrz jeden z punktów wyżej). Instagram to zupełnie inna liga. Przede wszystkim w ogóle powiadomienia działają poprawnie, a do tego aplikacja jest na tyle szybka i intuicyjna, że wejście w wiadomości to raptem dwa kliknięcia. Interfejs jest przejrzysty, więc rozwiać można niemalże jak za pomocą normalnego komunikatora. Aż się chce wymieniać wiadomościami! Zupełnie inny komfort!



Coraz większa popularność Instagrama


Praktycznie większość blogów, które obserwuję, mają Instagrama. Co więcej, widzę zmniejszenie aktywności tych blogów na Facebooku. Na Instagramie pulsuje życie! Krzyczy wręcz, żeby tam wejść, nawet jeśli się nie chce w ogóle używać go aktywnie, do wrzucania zdjęć. To medium jako miejsce do wymiany komentarzy, śledzenia nowinek u ulubionych twórców jest o wiele lepsze niż Facebook. Zapewne jest to wypadkowa wszystkich punktów, które wymienię w tym wpisie oraz wielu innych, o których nawet nigdy nie pomyślę. Kiedy sobie próbuję porównać oba portale, należące wszak do tej samej firmy, to coś mi się w głowie nie kompiluje. Facebook jawi mi się powoli jako dogorywający dla fanpejdży smok, który ustępuje pola młodszemu Instagramowi. Bardziej zwinnemu, energicznemu i mogącemu dać od siebie o wiele więcej.

Lepszy system komentarzy


Wydawać by się mogło, że system komentarzy to tylko system komentarzy. Nic bardziej mylnego! Znowu trochę dotkniemy pewnej… przypadłości Facebooka pod tytułem „znikające komentarze” lub innej, znanej jako „komentarze, które nie chcą się załadować”. Jeśli dorzucimy do tego fochy przy przełączaniu się między trybem fanpejdża a prywatnej strony (tak, wiele razy chciałem coś skomentować jako strona, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że piszę jako strona, a opublikowało komentarz jako konto prywatne) to dostajemy jedną, wielką masakrę. W Instagramie to po prostu działa. To jest straszne, że po prostu działający system jest systemem lepszym – źle to świadczy o tym drugim systemie. Jednak na dodatek ze względu na tak, a nie inaczej zaprojektowany interfejs użytkownika w Instagramie, dodawanie i odpowiadanie na komentarze jest o wiele bardziej przyjemne. Przy okazji jasno i wyraźnie widać, czy piszemy coś w głównym wątku, czy też jako odpowiedź. Nie ma problemów z oznakowaniem kogoś lub czegoś – co również jest notorycznym problemem w Facebooku.



Obsługa obu portali jednocześnie


No, może nie do końca tak to działa… Jest jednak integracja, która pozwala na obsługę teoretycznie (prawie) w dwie strony. Można wykorzystywać Facebooka, aby czytać wiadomości w Instagramie, podglądać powiadomienia i tak dalej. Jednak nie o to chodzi – w końcu korzystanie z FB w stosunku do Instagrama jest mega toporne. Chodzi bardziej o możliwość „obsługi” publikacji treści – jeśli chcę wrzucić nowe zdjęcie na Instagrama, to mogę zaznaczyć opcję jednoczesnej publikacji tego samego na Facebooku! Stąd właśnie (jeśli ktoś jeszcze nie doszedł do tego) na Facebooku często pojawiają się wpisy pełne hasztagów oraz wywołań innych osób z wykorzystaniem znaku „@”. To naprawdę mega opcja, zwłaszcza jeśli nie chce lub nie może się poświęcać osobno czasu na obsługę obu portali. Dzięki temu za pomocą jednego kliknięcia można podzielić się nowymi treściami zarówno z obserwującymi na Instagramie, jak i Facebooku!



Cóż, muszę przyznać, że Instagram bardzo mocno mi przypadł do gustu, zarówno jako bloggerowi, jak i po prostu osobie, która chce śledzić co się w blogosferze książkowej dzieje. Pozwala mi zarówno łatwo dzielić się moimi myślami, wpisami i całą resztą treści, jak i śledzić moich ulubionych twórców. Ba, o wiele łatwiej jest mi odnajdywać zupełnie nowe osoby, o których bym się z Facebooka za nic w świecie nie dowiedział! 

A zdjęcia? Zdjęcia się robią. :) Tutaj też muszę przyznać, że zaczęło mi to nawet frajdę sprawiać i to sporą. Nie umiem w kompozycję, nie tworzę spójnego profilu jak u niektórych osób, ale robię po prostu tak, jak to czuję. Późniejsza obróbka to również kolejna umiejętność, która sprawia nie tylko frajdę, ale może się przydać w życiu, nawet zawodowym. Mistrzem fotoszopa nigdy nie będę, ale przynajmniej się nauczę jak odpowiednio rozjaśnić zdjęcie lub kolory zmodyfikować, aby nadać odpowiedni charakter. 

Pozostaje mi tylko polecić wypróbowanie, jeśli jeszcze nie macie Instagrama. Nie trzeba wiązać go bezpośrednio z prywatnym kontem na Facebooku ani logować się za jego pomocą – możecie nawet stworzyć nowe konto z jakimś dziwny adresem e-mail, a jak się nie spodoba to po prostu wywalić. Może jednak tak jak ja, zostaniecie z nim na dłużej…


czwartek, 12 września 2019

„Infekcja. Exodus” – Andrzej Wardziak

„Infekcja. Exodus” – Andrzej Wardziak
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andrzej Wardziak
Tytuł: Infekcja. Exodus
Wydawnictwo: Pascal
Stron: 448
Data wydania: 31 sierpnia 2016


Pierwszą część tej dylogii przeczytałem w tamtym miesiącu – nie ujęła mnie tak mocno, jak na przykład „Przegląd Końca Świata”, ale nie powiem, żeby to była też zła powieść. Pokazywała potencjalny wybuch zombie apokalipsy na naszych ziemiach, a dokładniej w stolicy naszego kraju, Warszawie. Andrzej Wardziak zbudował tam historię toczącą się wokół kilku, skrajnie od siebie różnych osób. Od dawien dawna jestem fanem żywych trupów, więc lubię się zapoznać z wieloma punktami widzenia – im więcej różnorodności, tym lepiej. Żeby jednak sięgnąć po coś kolejnego, warto najpierw zakończyć jeden cykl. Niniejszym więc zakończyłem „Infekcję” i stwierdzam, że obie książki mają bardzo podobny poziom.

Wszyscy żywi już wiedzą, że mają przerąbane. Przeżyli jednak już tyle, że nie mogą się poddać, nie teraz, kiedy widzą światełko w tunelu, a nadzieja rozlewa się po ich duszach jak oszalała. Kiedy jednak człowiek wpadnie już w ten rytm życia i przyzwyczai się do zupełnie nowej sytuacji, w jego głowie pojawiają się pytania. Skąd się tak naprawdę to wszystko wzięło? Czy to jakiś wirus, broń biologiczna czy wręcz kara boska? Przede wszystkim jednak dlaczego muszą unikać również wojska, które przecież powinno zapewnić im schronienie i poczucie bezpieczeństwa?! Wszystko się jednak sprowadza to jednego, prostego celu – trzeba przeżyć.

„[...] Bóg, zamiast poczciwego starca z długą brodą, bardziej przypomina rozpieszczonego bachora kucającego z lupą nad mrowiskiem”.

„Infekcja. Exodus” jest kontynuacją „Infekcji. Genesis” i zaczyna się (cóż za zaskoczenie!) w dokładnie tym miejscu, w którym zakończył się pierwszy tom. Wspominam o tym wbrew pozorom nie bez powodu. Liczyłem trochę na nieco bardziej rozbudowany początek – jakąś sceną z innego miasta lub wprowadzeniem zupełnie nowego wątku. Andrzej Wardziak jednak (co w sumie nie jest absolutnie złe) od razu zaczął z grubej rury i wrzucił czytelników w wir zabawy. Moje nadzieje jednak nie zostały tak do końca rozwiane, bo na kolejnych kartach książki autor dorzuca kolejne wątki i rozbudowuje całą historię o kolejne osoby oraz miejsca. Zanudzić się więc z tymi samymi bohaterami nie można, chociaż sam główny wątek nie został doprawiony niczym nowym od czasów poprzedniego tomu.

Większość uwag, które miałem do poprzedniego tomu, można śmiało przenieść na drugą część. Cóż no, nie jest to powalająca książka, która przyciąga do siebie od samego początku. Wiele opisów jest za bardzo rozwleczonych, a wydarzenia przeciągnięte tak, jak tylko się da. Sama fabuła również nie powala innowacyjnością – po początkowym entuzjazmie spowodowanym ukazaniem apokalipsy od dosłownie samego początku, czar pryska. Dalej mamy klasyczne „przygody” grupy osób, która walczy o przeżycie w totalnie zmienionym świecie. Czasem są to intrygujące zdarzenia, które na chwilę przykuwają całą uwagę czytelnika, a czasem klasyczne przypadki, których rozwiązanie zna się już od samego początku. Wciąż jednak dość ciekawy efekt daje osadzenie tego w polskich realiach – dziwnie się czułem, czytając opisy podwarszawskich miejscowości czy widząc same polskie nazwiska.

„Rzeczywistość to momentami straszna łajza”.

Trzeba jednak przyznać, że zakończenie jest całkiem zacne. Otwarte, dające jasno do zrozumienia, że istnieje opcja kontynuacji. Zresztą też wydarzenia bezpośrednio poprzedzające epilog nie należą o dziwo to takich stereotypowych, co dla mnie jest ogromnym plusem. Miłe zaskoczenie po powieści, którą można uznać za średnią. Na pewno końcówka podbija nieco wrażenia, jakie pozostawia po sobie druga część „Infekcji”, chociaż nie wiem, czy do końca zadowoli ona wszystkich. Końcówka w sensie. Nie chciałbym za dużo zdradzić oczywiście, bo jeśli bym napisał, czy jest happy end, czy nie ma happy endu, to wiele osób mogłoby mieć mi to za złe – i to bardzo delikatnie ujmując. W każdym razie nastawcie się na coś całkiem fajnego i niesztampowego. Niekoniecznie może się Wam spodobać, zależy od Waszych oczekiwań, ale zapewne będziecie przyjemnie zaskoczeni.

Można uznać „Infekcję. Exodus” za przeciętniaka. Drugi tom nie wniósł zbyt wiele nowych rzeczy do historii o apokalipsie zombie, a na dodatek nie nadrabia ani wartką i konkretną akcją, ani czarnym humorem, ani też nietypową kompozycją. Większość wydarzeń to wypisz wymaluj schematy znane z innych historii o żywych trupach. Ostatni tom dylogii Andrzeja Wardziaka nie jest jednak powieścią złą – napisana poprawnym językiem, w ogólnym rozrachunku jako po prostu dobra książka. W sumie tyle, bez żadnych szaleństw, ale też bez wielu negatywnych cech, które mogłyby przekreślić ją całkowicie. Jeśli chcecie zacząć swoją przygodę ze światem pełnym chodzących umarlaków, to spróbujcie czegoś innego. Jednak jeśli macie na swoim koncie już parę tego typu powieści i chcecie jeszcze więcej, to dylogia „Infekcji” może nie być wcale takim złym pomysłem. Po prostu nie zobaczycie niczego nowego, ale miejscami możecie się całkiem nieźle bawić. Tylko się nie nastawiajcie na fajerwerki!

Łączna ocena: 6/10





Cykl "Infekcja"

wtorek, 10 września 2019

Bardzo chcę! #61 – „Niedźwiedzica z Baligrodu i inne historie Kazimierza Nóżki” Marcin Szumowski

Źródło: Lubimy Czytać
Ależ Was dzisiaj zaskoczę! Na pewno! Idę o zakład, że nie spodziewaliście się tutaj takiej książki! Co prawda czasem literatura faktu gości u mnie na blogu (jak również w mojej biblioteczce), jednak do tej pory były to raczej tematy ciężkie, związane z mroczną historią świata. Tym razem jednak jest to coś o wiele bardziej wesołego i przyjemnego dla człowieka. Być może kojarzycie filmy z Kazimierzem Nóżką, w których „rozmawia” z niedźwiedziem. „Grzesiu, czego ty nie śpisz?” – ten oraz wiele innych cytatów wpadło dość szybko do mojej pamięci i w niej zostało głównie z powodu mojego ogromnego uwielbienia nie tylko do samej przyrody, ale do niedźwiedzi. Uwielbiam te stworzenia, wiele wiem na ich temat, każdego miesiąca staram się finansowo wspierać organizacje, które walczą z farmami żółci w Azji czy trzymaniem niedźwiedzi w niewielkich klatkach przy restauracjach (tak, wciąż są takie miejsca). Historie Kazimierza Nóżki ujęły mnie więc od samego początku.

„Niedźwiedzica z Baligrodu i inne historie Kazimierza Nóżki” miała swoją premierę w kwietniu, więc tutaj przyznaję się bez bicia, że zamuliłem. Dopiero niedawno dowiedziałem się o istnieniu tej książki, ale od razu wrzuciłem ją na półkę „Chcę przeczytać” w serwisie Lubimy Czytać. Lektura ta opowiada nie tylko o swoich najbardziej popularnych przygodach, ale również o tym, jak wygląda sama natura z perspektywy leśnika – osoby, która ma z nią do czynienia na co dzień. Możemy się spotkać również na kartach książki z innymi osobami, które w Bieszczadach wypełniają swoje obowiązki, a które często z tą naturą również mają do czynienia. 

Opis od Oficyny 4eM jest dość długi i wyczerpujący, więc zerknijcie na niego po więcej szczegółów! :)

„Wszyscy chyba znają historie, jak leśniczy Kazimierz Nóżka ratował niedźwiadki przed wilkami? Albo rozmawiał z niedźwiedziami Grzesiem i Lesiem? Marcin Szumowski, dziennikarz i pasjonat przyrody, zabiera czytelnika w świat jedynego w Polsce leśniczego, który przyjaźni się z niedźwiedziami i potrafi z nimi rozmawiać. 
W książce „Niedźwiedzica z Baligrodu i inne historie Kazimierza Nóżki” słynny leśniczy po raz pierwszy ujawnia, jak przebiegał dalszy ciąg wilczego polowania, który na krótkim filmiku obejrzały setki tysięcy osób. Okazuje się, że drapieżniki nie tak łatwo zrezygnowały z małych niedźwiedzi. Kazimierz Nóżka pokazuje świat zwierząt, który jest nieosiągalny dla przeciętnego mieszczucha. Spotykamy w nim wielkie niedźwiedzie, przemykające jak duchy rysie, polujące pod osłoną nocy wilki, majestatyczne żubry, zwinne wydry, kuny oraz skryte żbiki. A wszystko na wyciągnięcie ręki, w relacjach człowieka, który większość życia spędził w bieszczadzkich lasach. 
To także wspaniała lektura dla wszystkich, którzy kochają historię Bieszczad. Bo jest nie tylko o zwierzętach. Poznajemy też przedziwne przygody miejscowych drwali, gajowych i smolarzy. Przytaczane historie raz mrożą krew w żyłach, innym razem przywołują uśmiech i wzruszają do łez”.

I jak? Zainteresowani? 😁

środa, 4 września 2019

Co pod pióro we wrześniu 2019?

Kto z Was właśnie zakończył wspaniałe wakacje i teraz musi zasuwać do szkoły? A kto jest studentem i cieszy się bonusowym miesiącem wolnego (lub przygotowuje się do studenckiej kampanii wrześniowej)? Ja nie należę do żadnej z tych grup – po prostu sobie grzecznie pracuję. 😀Swój urlop miałem w sierpniu, więc teraz trzeba zasuwać, ale z nową energią! Tak w sumie to w ciągu ostatnich dwóch tygodni zdążyłem odwiedzić dwa skrajne punkty w Polsce - Trójmiasto oraz Zakopane! Chociaż może „skrajne” to złe słowo – w końcu najdalej na południe wysuniętym punktem w Polsce jest szczyt Opołonek, natomiast na północy jest to Jastrzębia Góra. Ale i tak kawał drogi jest między Gdańskiem a Zakopanem. 

Cóż, w każdym razie mamy nowy miesiąc, nowe wyzwania, zapewne nowe książki do przeczytania oraz poznania. A ja sobie kulturalnie, jak co miesiąc, zaplanuję dokładnie taką samą liczbę lektur, jak do tej pory. W sierpniu udało mi się ją przebić praktycznie dwukrotnie, ale nie liczę na taki sam wynik we wrześniu. Wiecie, urlop jednak bardzo pomaga w czytaniu. 😅Na pewno w planach mam kontynuację tego i owego, a nawet zakończenie trylogii! Zobaczcie więc, czego możecie spodziewać się w nadchodzącym miesiącu.

Jak zwykle okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Potworny regiment” – Terry Pratchett

Czymże byłby miesiąc bez Pratchetta i jego Świata dysku? Kolejny w kolejce do przeczytania jest „Potworny Regiment”, który wchodzi w skład podcyklu o Straży Miejskiej (jeden z moich ulubionych). Tym razem zobaczymy co brytyjski pisarz miał do napisania na temat wojny i wszystkiego, co z nią związane!
„Przyczynowy Anioł” – Hannu Rajaniemi

Jak się powiedziało A, to należy powiedzieć B, a jak już się też wypowiedziało B, to czas na C. Tym C będzie właśnie „Przyczynowy Anioł”, czyli trzecia i ostatnia część trylogii Jean le Flambeur, opowiadającej o kosmicznym złodzieju. Jak na razie nie powaliło mnie na kolana, chociaż drugi tom był lepszy od pierwszego. Liczę na to, że ta tendencja się utrzyma. 😀
„Legendy Archeonu. Nocne Słońca”

To już drugi tom „Legend Archeonu” – nowego cyklu fantasy, którego autorem jest Thomas Arnold! Pierwszy tom wspominam bardzo dobrze, więc nie mogę się doczekać kolejnego. Premiera zapowiedziana mniej więcej na połowę września, więc mam nadzieję, że uda się przeczytać jeszcze we wrześniu!
„Infekcja. Exodus”

Tutaj również postanowiłem dociągnąć temat do końca i po prostu dylogię jak najszybciej się da. Co prawda pierwsze część mnie nie porwała, ale chętnie dam szansę drugiej – no i przy okazji te konkretne zombiaki nie będą się za mną ciągnąć nie wiadomo ile. Jeszcze gotów jest zapomnieć co się działo w „Infekcja. Genesis”...





A jakie Wy macie plany? Bardziej ambitne? 😁



wtorek, 3 września 2019

[PREMIERA] „Kolory zła. Czerwień” – Małgorzata Oliwia Sobczak

„Kolory zła. Czerwień” – Małgorzata Oliwia Sobczak
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Małgorzata Oliwia Sobczak
Tytuł: Kolory zła. Czerwień
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 384
Data wydania: 4 września 2019


Większość kryminałów, które czytam, to kryminały napisane przez zagranicznych autorów (lub autorki). Głównie to oczywiście współcześni twórcy jak Jo Nesbø czy Jørn Lier Horst (i to tacy jak widać „na fali”). Polska jednak ma swoich świetnych pisarzy oraz pisarki, którzy nie raz i nie dwa udowodnili, że wcale nie są gorsi. A czasem wręcz lepsi (cały czas jestem ogromnym fanem twórczości Thomasa Arnolda)! Powoli więc odkrywam zarówno tych topowych, jak i dopiero pojawiających się w mentalności czytelniczej twórców. Tym razem miałem przyjemność zapoznać się z trzecią (według serwisów literackich) już książką Małgorzaty Oliwii Sobczak. Trzecią łącznie, ale pierwszą, która jest kryminałem. W sumie, jeśli napisze kolejną powieść kryminalną, to chętnie po nią sięgnę!

Morze wyrzuciło ciało – gdyby dziennikarze się uparli, mogliby bardzo regularnie używać tych słów jako nagłówka do kolejnej wstrząsającej wieści z trójmiejskich wydarzeń. Tym razem jednak nie jest to samo wyrzucenie ciała na brzeg – tym razem prokurator Leopold Bilski będzie miał o wiele trudniejszy orzech do zgryzienia niż jedynie ustalenie, czy był to wypadek, czy też czyn karalny. Co do odpowiedniego sklasyfikowania tego wydarzenia nie ma żadnych wątpliwości. Problemy pojawiają się, kiedy na jaw wychodzi, że sprawa ta bardzo przypomina niewyjaśnioną zbrodnię sprzed siedemnastu laty, w której przewijają się nazwiska nie tylko ówczesnego, mafijnego świata, ale również sędzi Heleny Boguckiej.

Na pewno autorce nie można odmówić lekkości pióra. Sprawnie posługuje się słowem, skleja barwne zdania i tworzy z nich wiele mówiące opisy. Czasem można się zastanowić, czy aż nie „za wiele mówiące”. Miejscami miałem wrażenie, że Małgorzata Oliwia Sobczak trochę nienaturalnie próbuje wkleić definicje niektórych słów czy też bardziej obszernych wyjaśnień na tematy niekoniecznie znane przeciętnemu Kowalskiemu. Jednak nie licząc tego, to całą książkę czytało się naprawdę przyjemnie. Bardzo budujące jest, kiedy czyta się powieść pokazującą, że język polski potrafi być bogaty, ale jednocześnie nie doszło do próby przeintelektualizowania całości. Niestety rzadko mogę to napisać, szkoda, że nie jest to standard we współczesnej literaturze.

„Zbrodnię zawsze trzeba traktować jak opowieść. Jeśli dobrze określi się miejsce, które ślad zajmuje w historii zbrodni, można zrekonstruować jej przebieg”.

Już od samego początku (a nawet z samego blurba) wiadomo, że sprawa kryminalna wzięta na tapet przez „Kolory zła. Czerwień” ma swoją historię w przeszłości, w wydarzeniach sprzed siedemnastu lat. Samo powiązanie tych samych osób i to z różnych światów wydaje się mega intrygujące, tylko jest jeden, mały problem. Sam początek jest jednym, wielkim chaosem. Czułem się odrobinę tak jak podczas oglądania „Dark” – trudno na początku połączyć nazwisko z datą. Na szczęście autorka oznaczyła rozdziały datą wydarzeń w nich opisywanych, ale nasz mózg jednak lubi płatać figle. W tym przypadku w postaci stawiania zupełnie innej osoby przed oczami. Siedemnaście lat to wbrew pozorom całkiem niezły szmat czasu i można dostać kręćka. Nie wiem, czy dałoby się jakoś lepiej rozwiązać, żeby uniknąć tych efektów ubocznych, czy po prostu musimy „handlować z tym”, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Tym, co wyróżnia „Kolory zła. Czerwień” na tle innych kryminałów to na pewno sposób prowadzenia całej opowieści. Nie tylko możemy obserwować wydarzenia z przeszłości oraz teraźniejszości, porównując obie przedstawione zbrodnie, ale również nieco głębiej wchodzimy w życie bohaterów. Powieść ta jest bowiem o wiele bardziej czymś w rodzaju kryminalnej obyczajówki niż czystym kryminałem. Autorka przedstawia proces dążenia do rozwiązania zagadek, ale jednocześnie czytelnik może poznać dość dogłębnie życie poszczególnych postaci, razem z całym rozwojem wydarzeń aktualny, jak i tych sprzed siedemnastu lat. W typowych, norweskich proceduralach kryminalnych, całą opowieść można rozdzielić na wątek kryminalny oraz prywatny, dotyczący najczęściej głównego bohatera. W przypadku książki Małgorzaty Oliwii Sobczak ten prywatny wątek rozprzestrzenia się na wiele osób, pokazując życie zarówno zawodowe, jak i te bardziej osobiste.

Autorka zdecydowanie potrafi wodzić czytelnika za nos w kwestii tego, „kto zabił”. Co prawda zawsze dawałem się ponieść powieści i nie skupiałem się nigdy na próbie odgadnięcia, kto był sprawcą i jakie jest rozwiązanie zagadki, ale mimo to czerpię radość z robienia mnie w balona w tej sprawie. Wyznacznikiem dobrego kryminału jest między innymi umiejętność ukrycia sprawcy przez autora aż do samego końca – aż do momentu, w którym wszystko się rozwiązuje, a morderca umiera lub zostaje złapany. Małgorzata Oliwia Sobczak potrafiła to zrobić w swojej powieści, chociaż jeśli ktoś jest dobry w te klocki, to zapewne uda mu się w miarę szybko połączyć parę faktów i dojść do rozwiązania. Bardzo sugerujące tropy, wskazujące na inne osoby, nie pomogą tej osobie w zbyt łatwym zwycięstwie! Trzeba się natrudzić w labiryncie autorki.

„Kolory zła. Czerwień” jak widać, mają swoje wady, ale oprócz tego są naprawdę obiecującym kryminałem. Napisanym w nieco innej formie niż to, do czego przyzwyczaili nas współcześni pisarze, ale utrzymanym w konwencji powieści kryminalnej. Przyjmuję więc ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Przyznać też muszę, że jeśli Małgorzata Oliwia Sobczak zaplanuje kolejny kryminał, to z wielką chęcią się z nim zapoznam. Z jednej strony po to, aby poznać dalsze losy prokuratora Leopolda Bilskiego (ciekawie się czyta o pracy policjantów wykonywanej przez prawnika), a z drugiej, aby zobaczyć czy da się to i owo poprawić oraz wyeliminować te nieszczęsne definicje. Jeśli szukacie dobrej, polskiej powieści z zagadką kryminalną w tle, to dobrze trafiliście. Sami spróbujcie i zobaczcie, czy pióro autorki Wam podejdzie – wierzę, że tak będzie.

Łączna ocena: 7/10



Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 2 września 2019

Podsumowanie sierpień 2019

Ach, sierpień już za nami! Minął mi niesamowicie szybko. Zaliczyłem krótki urlop z równie krótkim wypadem w Tatry (po ponad 10 latach od ostatniej wizyty!), czego efektem jest między innymi zdjęcie, które możecie podziwiać w tym wpisie. Widok na Morskie Oko z Czarnego Stawu pod Rysami (swoją drogą zapraszam na fotorelację!). Nie, na Rysy nie człapałem, jeszcze nie pora na to! Wieczory wyjazdowe były raczej relaksacyjne – staraliśmy się tak max. po 18 już wracać do pensjonatu – ale nie udało się zbyt wielu książek przeczytać. Dawno nie oglądałem telewizji, więc dopóki było jasno, to siedzieliśmy w altance i podziwialiśmy góry, a potem seans z policjantami z CSI! To się nazywa szaleństwo!

Przez cały sierpień jednak udało mi się przeczytać całkiem niezłą liczbę książek. Sam urlop na pewno w tym pomógł, bo nie poświęciłem całego na wyjazd. Normalnie w weekendy rozpoczynam poranek od spokojnego rozbudzania się z książką w ręku, a podczas urlopu mogłem to robić prawie codziennie! Plus oczywiście chwile relaksu gdzieś w ciągu dnia oraz standardowe wieczory. Jak widzicie więc, pod wieloma względami sierpień był dla mnie łaskawy i nie mogę na niego narzekać. Trochę się też Instagram znowu ruszył do przodu, chociaż bladego pojęcia nie mam, co jest tego powodem. Mimo to cieszę się niezmiernie! 

Cóż, to chyba warto przejść już do głównej części podsumowania, czyli wykresów, infografik i w ogóle. Zapraszam!



I tutaj właśnie widzicie całkiem niezły wynik, który wykręciłem w sierpniu. Not bad jak na mnie, prawda? Chyba to będzie najlepszy miesiąc roku 2019, czuję to w kościach! Całkiem nieźle mi poszło z „Piter. Wojna” – głównie w pociągu przeczytałem. Chwilę siedziałem sobie oczywiście również wieczorami na wypadzie w góry, ale to były raczej krótkie strzały. W każdym razie i tak korzystałem z urlopu, ile się dało!



Tutaj się mniej więcej statystyki utrzymują na podobnym poziomie, co w poprzednich miesiącach. Instagram znowu się trochę do przodu ruszył, chociaż Facebook stoi w miejscu. Trochę się skrócił czas trwania sesji, ale pewnie ma to wiele wspólnego z tym, że cały czas stosunek nowych do powracających jest dość… ciekawy. Cóż, jakieś 90% pozyskań to wejścia poprzez szukanie organiczne (innymi słowy ktoś wpisał hasło w wyszukiwarce i wszedł na mojego bloga), więc mniej więcej się to pokrywa ze sobą. Co ciekawe, pojawiło się wejście z maila! Na wpis z serii Co pod pióro, więc bardzo bym chciał wiedzieć, w jakim kontekście się pojawiło w czyimś mailu. 😁

A tutaj możecie zobaczyć najbardziej popularny w sierpniu pod względem ilości polubień (zasięgu w sumie też) wpis na Instagramie, który popełniłem:




No cóż, całkiem nieźle nawet. Zacząłem nawet jednak kolejną kolekcję – Czarny Kryminał – więc dość regularnie będą do mnie książki spływały! W sierpniu przyszła również przedostatnia paczka z kolekcji Mistrza Grozy – w październiku jeszcze przyjdzie jedna paczka z czterema tomami.

Na (prawie koniec) lista przeczytanych przeze mnie w sierpniu książek – tym razem nieco dłuższa niż zazwyczaj!


A już naprawdę na sam koniec informuję, że najlepiej klikającym się w sierpniu postem był wpis pod tytułem „Czy nowe książki można kupić na wagę”. Najwięcej wejść z innego bloga Google Analytics zanotowało ze Świata Fantasy, prowadzonego przez Łukasza – dzięki! 

A jak Wasz sierpień? Urlopowo? Przyjemnie?


piątek, 30 sierpnia 2019

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dziewczyna, która kochała Toma Gordona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Stron: 218
Data wydania: 21 marca 2018


W tym miesiącu nie było jeszcze Stephena Kinga. A skoro jest u mnie na półkach, to trzeba by wreszcie się spiąć i wykorzystać końcówkę miesiąca do przeczytania kolejnej powieści z cyklu Kolekcja Mistrza Grozy. Nie miałem jednak ochoty na nic dwutomowego, więc sięgnąłem nieco dalej po jednotomową historię o jakże długim tytule „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”. Długość całej książki jest odwrotnie proporcjonalna do długości jej tytułu – to raptem 218 stron tekstu, który powstał w 1999 roku. Inny polski tytuł, pod którym można znaleźć tę pozycję w księgarniach to po prostu „Pokochała Toma Gordona”. A czy tę książkę można pokochać? Chyba nie. Mnie się w każdym razie nie udało.

Lasy potrafią być bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dziewczynek. A taką małą dziewczynką jest Trisha, która wybrała się na sobotnią wycieczkę wraz z mamą oraz starszym bratem, aby przejść kilka kilometrów Szlakiem Appalachów. Szybko się przekonuje, że odłączanie się od rodziny i zejście ze szlaku za potrzebą może nie być dobrą możliwością. Podczas próby znalezienia jakiejkolwiek drogi pocieszeniem dla małej Trishy jest transmisja meczu Red Soxów, których miotacza, Toma Gordona wręcz kocha. Tak jak od determinacji Toma zależą losy jego drużyny, tak od determinacji dziewczynki zależy jej życie.

Wydawać się może, że tym razem Stephen King nie przyłożył się do wyliczeń i poprawnego przygotowania się do książki. Już od samego początku widać sporo błędów i dziur logicznych, które ciężko w jakikolwiek sposób wyjaśnić. Rzucają się w oczy dość mocno, przez co można mieć poważne wątpliwości co do tego, czy aby na pewno autor się zgadza – w końcu można Kingowi wiele zarzucić, ale jednak nie takie „lekkie” podejście do rzeczywistości i utrzymania sensu w tym, co tworzy. Zwłaszcza że nie jest to długa książka, a do tego nie jest zbyt skomplikowana w kompozycji. Mamy do czynienia głównie z jedną postacią oraz otaczającą ją przyrodą. Warto się więc zatrzymać przed pisaniem kolejnych słów i poświęcić chwilę na przeliczenie czasu potrzebnego na daną czynność lub obliczenie sensownej odległości.

Niestety większość powieści można uznać za raczej nudną. Stephen King udowodnił między innymi w „Misery”, że potrafi pisać książki opierające się na jednym pomieszczeniu i dwóch osobach w sposób intrygujący i przyciągający, jednak tym razem jedna Trisha oraz dużo wolnej przestrzeni nie zrobiło roboty tak, jakby się można było tego spodziewać. Wiele razy natrafiałem na te opisy Mistrza Grozy, które są dla niego dość charakterystyczne – zbyt długie i niewiele wnoszące do fabuły. Takie, które się omija wzrokiem, a po opuszczeniu dwudziestu pięciu procent strony człowiek zauważa, że w sumie absolutnie nic go nie ominęło. Szkoda, bo można było z tego zrobić naprawdę świetną historię, może nie tyle pełną życia, ile pełną przyciągających wątków.

Na plus za to jest przedstawienie samotności, przerażenia mieszającego się z nadzieją oraz próbami przeżycia w wybitnie niesprzyjających warunkach. Nie tylko widać, w jaki sposób historia, która przydarzyła się małej Trishy, może wpływać na samą psychikę, ale również i ciało. Pewnie można by się kłócić na temat wieku dziewczynki oraz tego, jak się zachowywała w niektórych sytuacjach (niekoniecznie adekwatnie do wieku), jednak mogłaby to być czysto akademicka dyskusja, bez możliwości wyłonienia jej zwycięzcy. Chwile zwątpienia, wybuchy radości, kiedy coś się udało – duża huśtawka nastrojów oraz fochy organizmu pięknie ilustrują problem, z jakimi ludzie muszą się zmierzyć, kiedy się ich pozbawia elektryczności, samo jeżdżących pojazdów i stałych dostaw pożywienia.

„No tak średnio bym powiedział, tak średnio” – tymi słowami pewien chłopak opisał swoje naładowanie baterii po wakacjach w być może znanym Wam filmie na YouTube. Ja się pod tymi słowami podpisuję wszystkimi kończynami, ale w kontekście naładowania baterii po lekturze „Dziewczyny, która kochała Toma Gordona”. Wybitny średniak, który ma pewne plusy (King prawie zawsze świetnie pokazuje to, co się dzieje we wnętrzach ludzi, i niekoniecznie mam na myśli gore), jednak całokształt jest przeciętny. Drętwa akcja, nudne opisy, sporo kłótni słowa pisanego z logiką to nie jest to, co by się chciało otrzymać od książki. To zdecydowanie jedna z tych książek Stephena Kinga, o której raczej chciałoby się zapomnieć. No, w każdym razie ja bym chciał.

Łączna ocena: 5/10


środa, 28 sierpnia 2019

„Lem. Antologia” – Stanisław Lem

„Lem. Antologia” – Stanisław Lem
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Lem. Antologia
Wydawnictwo: Cyfrant
Stron: 176
Data wydania: 2017


Antologia ta bardzo długo leżała na moim czytniku. Sięgnąłem po nią tak naprawdę jedynie ze względu na to, że obiecywała najwięcej podczas podróży pociągiem. Wcześniej nie miałem bezpośredniej styczności z twórczością Stanisława Lema, więc nie chciałem zaczynać swojej przygody z najwybitniejszym polskim pisarzem science fiction od takiej antologii. Wyszło jednak inaczej i „Lem. Antologia” jest już za mną. Trochę żałuję, że jednak nie udało mi się utrzymać wcześniej założonego planu, bo chyba rozpoczęcie przygody od tej konkretnej pozycji nie było zbyt dobrym pomysłem.

Dorobek Stanisława Lema jest ogromny. Jego nazwisko zna niemalże każdy Polak, a jego twórczość wydana została już wiele razy. „Lem. Antologia” to e-book, w którym zebrano sześć dzieł pisarza, dla czytelników Krakowskich Przystanków Literackich. Jedynie sześć pozycji, które pozwolą zapoznać się z szerokim wachlarzem możliwości, jakie miał nieżyjący już autor i z czym można się spotkać podczas kolejnych lektur jego dzieł. Krótko, treściwie i na temat.

Mam mały problem z odniesieniem się do tej antologii. Stanisław Lem jaki jest każdy widzi – okrzyknięty został najwybitniejszym polskim pisarzem science fiction i to nie bez powodu. Udowadnia to nawet w „Lem. Antologia”. Problemem jednak jest dobór dzieł, które zostały wrzucone do tego zlepku – niestety ciężko inaczej to nazwać. Twórcy zbioru chyba uparli się na wybranie najbardziej do siebie nieprzystających fragmentów oraz opowiadań i wrzucenie do jednego wora. Niestety mimo zachęcających słów, które padły w drugim akapicie niniejszego tekstu, mi jako osobie, która wcześniej nie miała styczności z twórczością Lema, robi się mętlik w głowie. Nie wiadomo bowiem ani od czego zacząć, ani czemu to wszystko wygląda tak, a nie inaczej.

W antologii zawierają się następujące utwory:

  • „Science fiction: beznadziejny przypadek – z wyjątkami”
  • „Terminus”
  • „Nowa Kosmogonia”
  • „Tragedia pralnicza”
  • „Maszyna Trurla”
  • „O ewolucji”

Niestety część stanowią opowiadania, a część jedynie fragmenty większych dzieł. I to fragmenty wydarte z nich wręcz bez ostrzeżenia, w losowym momencie. Takie w każdym razie wrażenie można odnieść. „Terminus”, oraz „Maszyna Trurla” to typowe opowiadania, „Tragedia pralnicza” laikowi może jawić się w formie jako coś pośredniego między reportażem a opowiadaniem, natomiast pozostałe trzy pozycje potrafią wprawić w osłupienie. Wydają się być bowiem przemówieniami samego Lema – nie jest to dobry pomysł zaczynać przybliżania twórczości od takiej formy. Jeśli czytelnik sam wcześniej nie zapozna się z formą twórczości autora, to może odbić się wręcz od ściany niezrozumienia.

Same utwory oczywiście pokazują skąd takie uwielbienie u tysięcy osób w stosunku do twórczości Stanisława Lema. Przeogromny zasób słownictwa i lekkość, z jaką Stanisław Lem kleił słowa w całe historie wręcz zniewala. Przy okazji opowiadania, które trafiły do tego zbioru bardzo mocno potrafią przykuć uwagę i zostawić czytelnika z dość głębokimi rozterkami oraz przemyśleniami. Pozostałe utwory ukazują za to kunszt pisarski i oratorski autora, który objawia się głównie intelektualnymi wywodami, których nie powstydziłyby się najtęższe głowy świata w swoich przemówieniach oraz dyskusjach toczonych w ławach najlepszych akademii. Kiedy się odrzuci ten wszechogarniający chaos spowodowany wybitnie kiepskim doborem zestawu do antologii, to ukazuje się Stanisław Lem w całej, legendarnej okazałości.

Jeśli Stanisław Lem jest jeszcze przed Tobą, to zastanów się, czy na pewno chcesz sięgać po ten zbiór. Kompozycyjnie leży i kwiczy, ale na pewno utwory nie zostały dobrane losowo. Wręcz przeciwnie. Dobrano je w jak najbardziej przeciwstawny sposób. Jeśli masz już na swoim koncie coś, co wyszło spod pióra polskiej legendy science fiction, to chyba nie ma przeciwwskazań przed sięgnięciem po „Lem. Antologia”. Krótkie, ale błyskotliwe formy, pozostawiające wiele do myślenia, a do tego bardzo bogate leksykalnie. Innymi słowy można dostrzec w tym zbiorze to, za co Stanisław Lem jest tak wychwalany. Chociaż nie mam pojęcia jak wybrane dzieła wyglądają na tle całej twórczości – jeśli istnieją o wiele lepsze opowiadania czy inne formy twórczości, to czeka mnie dużo radości z odkrywania pisarskiego dorobku polskiego futurologa.

Łączna ocena: 6/10


wtorek, 27 sierpnia 2019

Drugi tom cyklu Thomasa Arnolda – „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – już za progiem!

Tak! Oficjalnie już można ogłaszać, że wielkimi krokami zbliża się drugi tom „Legend Archeonu”! Jego pełny tytuł to „Legendy Archeonu. Nocne Słońca”. Być może coś Wam świta ta nazwa (a mam nadzieję wręcz, że ją doskonale kojarzycie, bo warto) – Legendy Archeonu. Pierwszy tom miałem przyjemność czytać prawie rok temu. Autorem obu części jest Thomas Arnold, polski autor, który swoją przygodę zaczynał od kryminałów i thrillerów, takich jak „33 dni prawdy” czy „Tetragon”. „Legendy Archeonu. Strach Stary i Nowy” były jego pierwszą przygodą z literaturą fantastyczną, którą to przygodę postanowił kontynuować!

Już w połowie września (wstępna data premiery to dokładnie 10 września 2019 roku) w ręce czytelników trafi drugi tom, a wraz z nim możliwość dalszej eksploracji świata stworzonego przez Thomasa Arnolda. Za parę dni będziecie mogli skorzystać z możliwości zakupu książki wraz z bardzo fajnym, archeońskim kubkiem w ramach przedsprzedaży. Oczywiście poinformuję o jej starcie w moich social mediach. Dlatego zachęcam do polubienia:



A oto, co będzie można w rzeczonej przedsprzedaży nabyć:




Wszystkich niezdecydowanych zapraszam do przeczytania mojej opinii o pierwszym tomie, a jako dodatek dorzucam poniżej opis fabuły drugiej części, której również patronuję (tak jak pierwszej), co możecie zobaczyć na powyższych zdjęciach.

„Po upadku Hellekina Królestwem Archeonu, do niedawna uznawanym przez wielu za centrum świata, zaczęli władać padlinożercy. Jedynie czasem płoszyła ich Śmierć, gdy przechadzała się zarastającymi drogami i zaglądała do opuszczonych chat w poszukiwaniu bytów, które postanowiły rzucić jej wyzwanie – skryć się przed zagładą, jaką horda sprowadziła na te ziemie. 
Archeończycy, którzy przeżyli czarną falę, wierzyli, że po śmierci przywódcy Venenów jego słudzy wrócą do tuneli i tam dokonają żywota. Tymczasem mroczne legiony jedynie się przegrupowały – generałowie odzyskali wolną wolę, co doprowadziło do licznych konfliktów. Rozpoczęły się walki o strefy wpływów, a głównym obiektem sporu stała się przerzedzona wojną ludność Archeonu. 
Na początku każdy pragnął jedynie przeżyć, lecz ci, którym się udało, szybko pojęli, że to śmierć jest łaską, a nie życie”.


Wszystkie grafiki pochodzą wprost od autora oraz Wydawnictwa Vectra i nie są wykonane przeze mnie.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Z piórem w górach, czyli Zakopane 2019

W sumie przyznam szczerze, że początkowo nie pomyślałem, żeby wrzucić krótką fotorelację na bloga z mojego niedawnego wypadu wakacyjnego. Dopiero Oxfordka podrzuciła mi ten, jakże oczywisty, pomysł. W końcu blog nie samymi książkami musi stać, a udało mi się zrobić parę fajnych fotek, które być może zachęcą Was do wizyty w naszych pięknych, polskich Tatrach. Tylko spróbujcie poza sezonem, bo tłumy są naprawdę nieziemskie… 😅Postaram się w niniejszym wpisie zostawić jak najmniej tekstu, a jak najwięcej zdjęć. Lekkie zarysowanie tego co i gdzie zwiedzaliśmy jednak się przyda, a przy okazji chciałbym podzielić się wrażeniami nie tylko z samych górskich szlaków, ale i Zakopanego, abyście w razie czego mogli się uczyć na moich błędach.

Swego czasu jeździłem w góry co roku – głównie właśnie Tatry. Były to wycieczki zorganizowane, dwutygodniowe, więc nie musiałem się martwić o takie rzeczy jak nocleg, wyżywienie czy transport. Jak się okazuje można się nieźle naciąć, ale o tym na koniec – dla najwytrwalszych lub tych, którzy chcą się tego i owego dowiedzieć! W związku z tym, że Tatry od samego początku uwielbiałem, a do tego wiem gdzie warto iść i które szlaki są dobre dla początkujących, to wybór padł właśnie na Zakopane. Wypad zrobiliśmy bardzo krótki, bo raptem trzydniowy, ale i tak udało się zobaczyć to i owo.







Ach, cóż to był za urlop! W sumie to urlop jeszcze mam, ale właśnie siedzę sobie w pociągu i wracam z parodniowego wypadu w Tatry. Napstrykałem zdjęć co nie miara, więc czemu by się jakimś nie pochwalić. Tutaj macie widok na Rysy i Niżne Rysy z poziomu Czarnostawiańskiego Kotła, zrobione z brzegu Czarnego Stawu pod Rysami. Z prawej strony hen hen w górę jakby spojrzeć (chociaż tutaj ich nie widać) ujrzelibyście turnie Kazalnicy. A tak to macie jej piękną, ciągnąca się na pięćset metrów w górę ścianę. 😁 ————————————— #góry #mountains #czarnystaw #morskieoko #mountainphotography #tatry #zakopane #mountainlover #mountainlovers #tatrywysokie #naturephotography #nietylkoksiazki #polishmountains #szlak #kochamtatry #podhale #tatras_mountain_photo #tatrzanskiparknarodowy #igmountains #tatramountains
Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)

Niektóre z prezentowanych zdjęć zostały lekko zmodyfikowane, głównie żeby były „lepszej jakości” (wyostrzenie, lekkie nasycenie kolorów, pozbycie się lekkich zamgleń czy rozjaśnianie), ale większość jest kompletnie nieruszona. Jestem po prostu zbyt leniwy, a do tego zapewne i tak Blogger/Facebook/cokolwiek gdzie to wyląduje zetnie jakość. Pewnie jednak rozpoznacie te zmodyfikowane. 😁

UWAGA! Ta strona może wczytywać się bardzo długo ze względu na sporą liczbę dużych obrazków! Nie chciałem ich przycinać ani zmniejszać ich jakości.

DZIEŃ 1.


Pierwszy dzień to – a jakże – Morskie Oko. Nie bez powodu Palenicę Białczańską nazywają ostatnio Wrotami Rzeźni. Jest rzeźnia. Multum osób, a parking już zawalony. Nie jedźcie tam samochodem. Busy kursują co dosłownie 5 do 10 minut z dworca PKS. Szkoda Waszych nerwów na stanie w korku do parkingu a potem szukanie miejsca na mega zatłoczonych placach.

Plan był bardzo prosty i zrealizowany w 100% – Palenica Białczańska -> Morskie Oko -> Czarny Staw pod Rysami -> Morskie Oko -> Palenica Białczańska. Po drodze rzecz jasna sławne Wodogrzmoty Mickiewicza!



Mieliśmy farta, bo pierwszego dnia była mega lampa. Słońce waliło po prostu jak oszalałe, co miało swoje plusy w postaci przepięknych widoków, a minusy w postaci… gorąca. Zwłaszcza jak się szło nie osłoniętymi fragmentami drogi asfaltowej… Jednak dojście do Morskiego Oka i piękne widoki zarówno na sam staw jak i na piętrzące się za nim Mięguszowieckie Szczyty były tego warte. Co prawda „plaża” cała zasłana turystami, no ale cóż – taki mamy klimat i trzeba się z tym liczyć. W końcu sami dorzuciliśmy kolejne cegiełki do tłumu!







Długo jednak nie zasilaliśmy tłumów i ruszyliśmy czerwonym szlakiem wokół Morskiego Oka. Jednak to nie jego okrążenie było naszym celem, ale wdrapanie się na Czarnostawiański Kocioł, gdzie podziwiać można Czarny Staw pod Rysami. Samo podejście jest dość proste z technicznego punktu widzenia, ale mega męczące. Wchodzi się po czymś w rodzaju schodów z kamieni, miejscami trzeba też sobie pomóc ręką. Przewyższenie wynosi bodaj 185 metrów, a już z oddali widać że może nie być tak łatwo. Szlak prowadzi zakosami, chociaż w zimę pokonuje się go w linii prostej – po prostu ginie pod śniegiem i lodem, więc raki na nogi, czekan w dłoń i byle do góry. 😁

To pośrodku to właśnie Czarnostawiański Kocioł – tam się wybraliśmy!

Po wdrapaniu się na górę ponownie witają nas przepiękne widoki. No i zasapany głos mojej ładniejszej połówki, która wspominała coś o utopieniu mnie za brak ostrzeżenia, że może być ciężko. 😅A przepiękne widoki to są tutaj ze wszystkich stron! Patrząc na wprost, na Czarny Staw, mogliśmy obserwować wspaniałe Żabie Szczyty, Niżnie Rysy oraz oczywiście same Rysy (które z tej perspektywy są malutkie – kto znajdzie je na zdjęciach i wskaże poprawnie? 😁). Z prawej strony zaś góruje nad stawem Kazalnica, ze swoimi ponad pięciuset metrowymi, niemal pionowymi ścianami (ja chcę tam wejść!). Gdy się odwróciliśmy widać było Morskie Oko w całej okazałości, wraz z Mięguszowieckimi Szczytami czy Opalonym Wierchem. Coś przepięknego, dla takich widoków warto się tam wdrapać.





Powrót to po prostu odwrócenie tego, jak przyszliśmy – czyli w dół po kamieniach, wokół Morskiego Oka (można obejść całkowicie, my akurat wróciliśmy tą samą drogą), no i asfaltówką do Palenicy Białczańskiej.








Wyruszyliśmy dość, bo dopiero o 10:30 byliśmy na Palenicy, więc z powrotem na parkingu byliśmy chyba koło 17:30 o ile dobrze pamiętam. Nie spieszyliśmy się więc jak widzicie. A po powrocie do pensjonatu oczywiście relaks i książka. 😁



DZIEŃ 2.


Początkowo w planach była Dolina Chochołowska z wejściem na Grzesia. Jednak jesteśmy za duże mieszczuchy, które się na kanapach rozleniwiły, więc Morskie Oko z Czarnym Stawem pod Rysami dały nam popalić. 😅Skończyło się więc na przechadzkach po mieście. Jako że mieszkaliśmy blisko Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach, to zaczęliśmy wycieczkę od niego. Bardzo ładne Sanktuarium, ze wspaniałymi witrażami. Niewielkie, ale warte zobaczenia.




Kolejnym punktem programu była – a jakże – Wielka Krokiew! Wejście na nią kosztuje 15 zł (bilet normalny) lub 10 zł (bilet ulgowy) i w tej cenie można sobie albo wejść o własnych siłach na górę i zejść, dostać się na trybuny i obejrzeć panoramę Zakopanego z platformy na samej górze, albo skorzystać z wyciągu krzesełkowego.

My na górę weszliśmy o własnych siłach, gdyż po drodze jest wiele punktów widokowych, z których można podziwiać poszczególne części samej skoczni, jak i panoramę Zakopanego. Na górze posiedzieliśmy chwilę, zjedliśmy sobie coś i postanowiliśmy śmignąć w dół wyciągiem krzesełkowym – żadne z nas wcześniej nie jechało takim wyciągiem, więc czemu by nie spróbować! Widoki też świetne, chociaż większość zasłaniały drzewa. Jednak samo poczucie wysokości też fajne.









Ostatnim punktem programu był spacer w stronę Krupówek, z oglądaniem Zakopanego. Tak po prostu. Po drodze wstąpiliśmy do Górskiego Diamentu, całkiem sporej, na wpół otwartej (coś w rodzaju wielkiej altany) restauracji, gdzie skusiliśmy się na desery. Przepyszne! Jednak to, co zwraca też uwagę na ten lokal to wystrój. Żałuję, że zrobiłem tylko jedną i to kiepską fotkę, ale oczywiście więcej zdjęć możecie zobaczyć w Google Maps. Wygląd sugeruje pozostawienie kupy siana na miejscu przy zakupie małej herbaty, ale jest wręcz przeciwnie – ceny są względnie normalne. Za dwa desery (z czego jeden taki przeogromny, w pucharze, nie podołałem) oraz napoje zapłaciliśmy około 60 zł. Ogólnie polecam!



A Krupówki jak to Krupówki – stragany, sklepy i słynny potok przy Góralskich Sukiennicach. 😁



Na koniec postanowiliśmy skoczyć jeszcze na Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich, który się wówczas odbywał w Zakopanem. Było sporo rękodzieła z różnych krajów, chociaż najdłużej się zakręciliśmy przy instrumentach muzycznych. Wcześniej udało nam się posłuchać jak brzmi jeden z nich na scenie – niestety nie przypomnę sobie jego nazwy…





DZIEŃ 3.


To był już taki dzień do relaksu, chociaż chcieliśmy zaliczyć klasyczną pętlę Doliny Strążyskiej, Sarniej Skały i Doliny Białego. Nie było zresztą już co szaleć, bo prognozy zapowiadały przelotne deszcze od południa. Nie było więc sensu pchać się gdzieś na dalszy szlak, zwłaszcza że na następny dzień zapowiadali burze. Niestety ten następny dzień, czyli czwartek 22.08.2019 roku, okazał się bardzo tragiczny w skutkach dla kilkudziesięciu osób będących w drodze na Giewont, kiedy to około godziny 14:00 piorun uderzył w krzyż na szczycie góry i energia przeniosła się na łańcuchy

Środa zaczęła się nawet dość pogodnie, jednak wiedzieliśmy, że koło południa coś tam chluśnie. I tak cały czas w plecakach mieliśmy zarówno softshelle, jak i kurtki przeciwdeszczowe i pokrowce na plecaki (nawet w słoneczny poniedziałek – nigdy nie wiadomo kiedy w górach nastąpi załamanie pogody), więc deszcz nam nie był groźny. Przed 10:00 (a nawet chyba koło 9:30) byliśmy już przy wejściu do Doliny Strążyskiej. Początkowo słońce ładnie oświetlało wszystko wokół, a że szlak był mega prosty, to aż się chciało iść. 






Odbiliśmy oczywiście do Wodospadu Siklawica, gdzie można było poczuć pierwsze „niezbyt przyjemne” efekty dużej wilgotności – kamienie na szlaku były dość śliskie. Jednak na miejscu i tak było sporo osób. Z tego właśnie powodu nie widzicie poniżej wodospadu w całej okazałości – na dole było sporo ludzi…



Dalej od Polany Strążyskiej droga zaczęła być nieco… bardziej wymagająca. Ponownie pojawiły się życzenia rychłej śmierci pod moim adresem, wypowiadane przez moją ładniejszą połówkę. 😅Szlak bowiem piął się w górę kamiennymi schodami utworzonymi z kamieni. Klasycznie – zakosami. Tak było aż do Czerwonej Przełęczy, więc dał w kość. Głównie jednak z powodu wszechogarniającej mgły. Szlak był oczywiście doskonale widoczny, ale wilgoć czuć było w powietrzu. Koszulka zrobiła mi się w moment mokra i nie było czym oddychać. Jak doszliśmy do Czerwonej Przełęczy, skąd już tylko 10 minut marszu dzieliło nas od Sarniej Skały, postanowiłem zmienić koszulkę na Softshella – po prostu t-shirt był za mokry. Zresztą i tak temperatura zaczęła spadać. Oboje więc ubrani już w softshelle zaczęliśmy się wspinać do góry.





Tutaj mała dygresja. Już na tym etapie (było przed południem, może 11:30) pogoda zaczynała się psuć. Mimo to byliśmy jednymi z nielicznych osób, które posiadały jakikolwiek ekwipunek. Pół biedy kiedy ludzie mieli takie cieniutkie peleryny przeciwdeszczowej. Jednak widok zmoczonych dzieci drałujących pod górę w jakichś prostych butach sportowych i koszulce na krótki rękaw był smutny. A przypominam, że nie była to nagła zmiana pogody, tylko informacja zapowiadana w prognozach już na dzień wcześniej. Góry to nie wyprawa do pobliskiego parku – pamiętajcie o tym. Nawet krótkie szlaki potrafią dać w kość przy pogorszeniu pogody.

W każdym razie udało się dotrzeć na szczyt dość szybko, gdzie chwilę odpoczęliśmy. Normalnie z Sarniej Skały doskonale widać Giewont i przy dobrej pogodzie dostrzec można ludzi kręcących się przy krzyżu. Niestety wszędzie było mleko, więc – cóż – widać było ledwo turnie Sarniej Skały.

Powrót Doliną Białego nie był wcale taki prosty. Okazało się, że na dole sobie popadało, więc szlak był naprawdę śliski i łatwo można było zjechać tyłkiem (nawet mimo, że jest on technicznie wręcz banalnie prosty). Zaczęliśmy schodzić koło południa, może trochę przed i na dole byliśmy chyba w okolicach 14:00. Normalnie tę trasę się szybciej pokonuje, no ale, rozumiecie – ślisko. 😅Wyszliśmy tuż przy Wielkiej Krokwi i już powolnym spacerem ruszyliśmy na jakieś jedzenie, a potem na zasłużony odpoczynek do pensjonatu. Oczywiście cały czas lekko padało.

PODSUMOWANIE


Łącznie udało nam się przejść około 55 kilometrów (nie tylko szlakami, ale również po mieście), więc wcale nie tak dużo. Najdłużej poza pensjonatem byliśmy oczywiście w poniedziałek, gdzie na samym szlaku spędziliśmy około 7 godzin. Czyli w sumie i tak krótko. 😅Na pewno wrócimy jeszcze nie raz w góry, zwłaszcza że mojej ładniejszej połówce się spodobało, mimo złorzeczenia, które na „trudniejszych” częściach szlaków się pojawiały. Tylko następnym razem na pewno na dłużej! Jeszcze wiele atrakcji przed nami.

WNIOSKI


Ostatni raz byłem w Tatrach ponad 10 lat temu. Jak wspominałem już na początku, wiele się zmieniło od tamtego czasu, a na część rzeczy nie musiałem wtedy zwracać uwagi. Po tym krótkim wypadzie wyciągnąłem parę wniosków, których postaram się nie zapomnieć.

Taxi jest drogie jak cholera


Tak, taksówki są naprawdę drogie jak cholera. 8 zł za „trzaśnięcie drzwiami” to takie minimum. 5 zł za kilometr to standard. Mieszkaliśmy w pięknej okolicy, w Kościelisku, gdzie była cisza i spokój (oraz ładny widok na góry), ale oznaczało to, że trzeba się poruszać taksówkami. Ubera ani Bolta nie ma i pewnie nie będzie, komunikacja miejska jeździ raz na godzinę. Są oczywiście busy, które lecą w stronę Doliny Chochołowskiej, ale nie zawsze można dojść do odpowiedniego przystanku. Ewentualnie nie zawsze się chce. Wyszło więc na to, że na same przejazdy taksówkami wydaliśmy niecałe trzy stówy, co stanowiło znaczny procent całego budżetu.

Lepiej więc wynająć sobie coś w centrum Zakopanego, nawet jeśli będzie drożej (a na pewno będzie), bo różnicę w cenie pokryje się w taksówkach.

Śniadanie w cenie? Sprawdź od której godziny!


Mieliśmy wykupiony pobyt ze śniadaniami – takie już przyzwyczajenie. Nie wzięliśmy pod uwagę jednak tego, od której godziny śniadania są serwowane i nie zapytaliśmy wcześniej. Dobrze więc, że nie mieliśmy długich tras (chociaż jakby Chochołowska doszła do skutku to mogłoby tu być różnie). Śniadania u nas były bowiem serwowane dopiero od 8:30 rano, więc musieliśmy swoje plany ruszania między 8:00 a 9:00 nieco zmodyfikować. Jedzenie jednak było tak pyszne, że mogliśmy to przeżyć!

Zawsze więc albo wcześniej się należy dopytać w jakich godzinach są śniadania, albo z nich zrezygnować i samodzielnie je przygotować – im wcześniej wyruszy się na szlak, tym lepiej.

Cóż, i tutaj mamy piękne przejście do kolejnego wniosku…

Ruszaj na szlak jak najwcześniej!


Nie tylko dlatego, że niektóre trasy są długie. Nawet na te krótkie, jak wyprawy na regle Tatr, warto wyjść jak najwcześniej z dwóch głównych powodów:


  • Ludzie są z natury leniwi i nie ruszają zbyt wcześnie, więc im wcześniej wyjdziemy, tym mniej ludzi będzie na szlaku.
  • Od rana nie ma takich upałów, więc jeśli trafimy na ładną lampę, to dopiero na koniec naszej wędrówki.

Nie ma co się bać cen w knajpach


Kto nie słyszał legend nadmorskich, jakoby lokalsi sprzedawali turystom 100g tłustej ryby z dwiema frytkami za 70 zł? Chyba każdy. A najgorsze jest to, że jak się nie wie gdzie iść, to rzeczywiście nad morzem człowieka oskubią. Ba, zwykłe knajpy są drogie. Bywam w Trójmieście parę razy w roku na kilka dni, znam polecane miejsca od miejscowych (czyli tanie w miarę i dobre), a i tak mój portfel protestuje przeciwko nagłemu skokowi wydatków. Zakopane pod tym względem jest o wiele bardziej przyjazne. 

Sprawdziliśmy kilka lokali kierując się czasem jedynie ocenami na Google Maps, a czasem po prostu na chybił-trafił. W ten drugi sposób odkryliśmy mały lokal o pięknej nazwie Kury i makarony - „Obiady domowe i makarony”. Brzmi może i niezbyt zachęcająco, ale serwują naprawdę świetne żarcie i za śmieszne pieniądze. Za 30 zł spokojnie kupicie obiad z napojem i to tak ogromny, że możecie go nie zmieścić. Naprawdę.



Spróbowaliśmy również Krupowej Izby, która mieści się na Krupówkach. To jest oczywiście nieco droższa knajpa, z pełną obsługą kelnerską, ale również z o wiele większym wyborem potraw. Tutaj trzeba się już liczyć z wydatkiem co najmniej 50 zł za obiad, ale w o wiele wyższej jakości. Porcje też są naprawdę słuszne. Około 120 zł wydaliśmy za obiad dla dwóch osób z lemoniadami żurawinowymi, kawą z lokalną nalewką oraz piwem ciemnym miodowym. Oczywiście najedliśmy się. Wręcz przejedliśmy. 


I to by chyba było na tyle… 😅Za rok też tam wrócimy!