niedziela, 10 listopada 2019

Bardzo chcę! #63 – „Czynnik diabła” Craig Russel

Źródło: Lubimy Czytać
Wreszcie wracamy do beletrystyki – tym razem robię przerwę od przedstawiania literatury faktu czy popularno-naukowej! Wszak zdecydowana większość książek, które czytam, to kryminały, thrillery czy inna fantastyka. Na mojej półce „Chcę przeczytać” w serwisie Lubimy Czytać leży spora liczba tytułów, za które nie wiadomo kiedy się wezmę. Dlatego też staram się nie dorzucać kolejnych książek kompulsywnie, bo utonąłbym kompletnie w nieprzeczytanych tomiszczach – i to nie w sposób dosłowny, bo najpierw bym musiał je wszystkie kupić/pożyczyć. 😅Staram się jakoś selekcjonować to, co dorzucam do czytelniczych portali, nawet jeśli nie ma znaczenia z ich perspektywy, czy będzie tam leżało dziesięć tytułów czy dziesięć tysięcy. W każdym razie jakiś czas temu (już nie pamiętam nawet dokładnie kiedy) dorzuciłem na półkę książk Craiga Russela o pięknym tytule „Czynnik diabła”.

Serwis Lubimy Czytać sklasyfikował tę powieść jako kryminał, sensacja, thriller, a opis sugeruje elementy dramatu psychologicznego. Powieść miała niedawno swoją premierę w Polsce, raptem dwa miesiące temu. GoodReads ocenia (a dokładniej użytkownicy tego portalu) „Czynnik Diabła” na ponad 4 punkty w pięciostopniowej skali, czyli naprawdę wysoko! Akcja toczy się w 1935 roku jest połączeniem tradycyjnego kryminału/thrillera (zabójca, pościg za nim i tak dalej) z próbami wyizolowania czegoś, co się zwie „czynnikiem diabła” – czyli tym, co powoduje czynienie zła. Oczywiście nie może zabraknąć eksperymentów na sześciu najbardziej niebezpiecznych morderców, jacy żyją w kraju! Chyba więc nie zastanawiacie się już, czemu akurat ten tytuł trafił tym razem do mojego cyklu „Bardzo chcę!”?

Najlepiej będzie jednak, jeśli sami zobaczycie, w jaki sposób opisuje tę książkę Wydawnictwo Prószyński - Ska:

„Praga, rok 1935. Młody psychiatra Viktor Kosárek, były student Carla Gustava Junga, przybywa do otoczonego mroczną sławą zakładu dla obłąkanych Hrad Orlu. Wyposażona w nowoczesny sprzęt placówka znajduje się w zamku przez wieki obrosłym ponurymi legendami. Zamknięto tam sześcioro najokrutniejszych morderców w kraju: Drwala, Klauna, Kolekcjonera Szkła, Wegetariankę, Skiomantę i Demona. Kosárek zamierza wykorzystać najnowsze osiągnięcia techniki, aby wyizolować u nich archetypiczny składnik osobowości odpowiedzialny za czynienie zła - tak zwany czynnik diabła. Gdy tylko zaczyna odkrywać ich zdumiewające tajemnice, natrafia na łączący całą szóstkę zatrważający wspólny element. 
W tym samym czasie mieszkańców Pragi ogarnia przerażenie - w jej ciemnych zaułkach grasuje bowiem nieuchwytny morderca. Policyjny śledczy Lukáš Smolák, desperacko usiłujący złapać sprawcę, przez gazety nazwanego Skórzanym Fartuchem, zauważa podobieństwo między nim a działającym przed półwieczem w Londynie Kubą Rozpruwaczem. Smolák zwraca się po pomoc do lekarzy w Hradzie Orlu, mających doświadczenie z psychotycznymi kryminalnymi umysłami. Zachodzi obawa, że Skórzany Fartuch może mieć jakieś związek z szóstką zamkniętych w zakładzie pacjentów. 

Zanurzona w międzywojennej rzeczywistości Europy Środkowej i osadzona w cieniu gęstniejącego za czeską granicą nazistowskiego mroku stylowo napisana, doskonale skonstruowana, bogato zobrazowana powieść jest wspaniałą rozrywką. Nie sposób się od niej oderwać”.

Czytaliście? Polecacie? A może po prostu jesteście zainteresowani?

piątek, 8 listopada 2019

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: PS Kocham Cię na zawsze
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Stron: 448
Data wydania: 16 października 2019


„P.S. Kocham Cię” to chyba jedyny tytuł, który kręci się wokół miłości, ogromu emocji oraz ogólnie pojętego poszukiwania szczęścia, który nie tylko jestem w stanie zaakceptować, ale który również cenię. Jestem raczej typowym facetem – komedie romantyczne, romanse czy erotyki są absolutnie poza moimi możliwościami pojmowania. Jednak ekranizacja z 2007 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nawet większe niż literacki pierwowzór. Dość entuzjastycznie podszedłem więc do wieści o kontynuacji tej rzucającej sporą część świata na kolana powieści. Pewnie będę jednym z nielicznych gości, którzy sięgną po ten tytuł, ale zrobiłem to – i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Miałem nadzieję na coś o wiele lepszego niż poprzedniczka, ale chociaż poziom został utrzymany. Mniej więcej.

Holly wreszcie udało się wyjść na prostą i zacząć żyć niemalże pełnią życia. Doskonale pamiętam nieżyjącego już Gerry’ego oraz niesamowitą przygodę, którą przeżyła po jego śmierci. Gabriel stara się sprawić, żeby jej życie było jak najprostsze i jak najbardziej przyjemne – jak przystało na nowego partnera wdowy. Kiedy jednak siostra Holly zaprasza ją do udziału w podcaście, w którym miałaby opowiedzieć swoją historię, ze szczególnym naciskiem na sprawę listów, dla kobiety, która utraciła męża, może to być o wiele za dużo. Najbardziej obawia się tego, że wszystkie złe myśli wrócą do niej, chociaż nie wie jeszcze, jak bardzo może pomóc innym, dzieląc się swoją historią.

Całkiem dobrze wspominam poprzednią część „P.S. Kocham Cię” – jest to co prawda jedna z nielicznych książek, których adaptacje filmowe są według mnie lepsze niż literacki pierwowzór, ale naprawdę warto się z tą historią zapoznać. Byłem bardzo ciekawy, jak Cecelia Ahern postanowiła poprowadzić kontynuację, a zwłaszcza jak w tej powieści wypadnie Holly, która dała się poznać jako niezbyt przystosowana do życia jednostka, która potrafi wykrzesać z siebie jakąś inteligencję czy zaradność (o dziwo). Siedem lat po śmierci Gerry’ego mogło zmienić główną bohaterkę na wiele różnych sposobów – okazało się jednak, że autorka postanowiła pozostawić Holly taką, jaką była. Nieporadną, nieumiejącą podejmować decyzji, nieumiejącą uczyć się na błędach, nieprzystosowaną do życia i płynącą z prądem życia.

Nie tylko sama Holly jest przedstawiana jako osoba nie do końca umiejącą sobie poradzić w życiu. Gabriel, którego autorka przedstawia na samym początku jako nowego partnera głównej bohaterki, również pokazuje w pewnym momencie, że podejmowanie dobrych decyzji nie jest jego mocną stroną. Przez pewien czas zastanawiałem się jakim cudem można tworzyć tak kiepskie postacie, ale zdałem sobie wreszcie sprawę z tego, że to akurat działa na korzyść Cecelii Ahern. Jakby nie patrzył, nie tylko stworzyła, ale również poprowadziła przez dwie książki bohaterkę, która konsekwentnie emanuje żałością, niedostosowaniem do życia oraz innymi negatywnymi cechami. Do tego dosztukowała kolejną osobę, która ma równie skrzywione podejście do życia. Czytelnik potrafi określić swoje emocje w stosunku do obu postaci jasno i wyraźnie, a do tego wkomponowują się one świetnie w całą historię. Pozostaje mi jedynie napisać – chapeau bas.

Tym razem mam jednak sporo zastrzeżeń również do samej historii. Pomysł był bowiem nieziemski i między innymi on mnie skusił do sięgnięcia po drugą część. W końcu taki klub, o którym wspomina blurb, daje przeogromne pole do popisu. Cecelia Ahern wykorzystała to na tyle, jak bardzo się dało, ale niestety chyba miejscami wręcz przekombinowała. Opisy dłużą się niemiłosiernie, ciągle powtarzają się dokładnie te same słowa (głównie informujące o wdzięczności lub informujące, jakie to wszystko musi być ciężkie). Czuć, że miała to być o wiele bardziej depresyjna powieść, jednak miejscami wyszła z tego wręcz groteska – głównie tam, gdzie autorka przesadziła. Niestety ani to książka radosna, ani przygnębiająca, tylko w wielu miejscach zwyczajnie nudna. Chociaż gdyby wyciąć te powtarzające się fragmenty, to pewnie co najmniej sto stron mniej by miała…

To, co się na pewno udało Cecelii Ahern, to między innymi sensowne użycie współczesnych trendów do skomponowania całej historii. Co prawda podcasty znane były już od dawien dawna, ale dopiero od kilku lat stają się coraz bardziej popularne. Autorka postanowiła więc użyć podcastu, stworzonego przez siostrę Holly (tak, teraz każdy może sobie zrobić podcast bez żadnego problemu!) jako element, który rozpędzi lawinę zdarzeń. Nie próbowała wykorzystać jakiegoś oklepanego, starego sposobu, tylko postanowiła dostosować się do obecnych czasów. Nawet w późniejszych wydarzeniach postanowiła zerwać tu i ówdzie z tradycją i pokazać, że bardziej nowoczesne narzędzia i sposoby przekazu myśli również mogą iść w parze z tradycyjnymi wartościami.

Ciężko mi jednoznacznie określić, który z tomów był według mnie lepszy. Każdy z nich jest inny i przekazuje zupełnie inne wartości – chociaż ostatecznie, tak czy owak, skupiają się na śmierci, przemijaniu oraz pamięci o zmarłych. „PS Kocham Cię na zawsze” jest na pewno nieco nudniejszy od swojego poprzednika oraz zawiera ponownie dużą dawkę osób nieumiejących w życie. Chętnie zobaczę ekranizację, która już została ogłoszona (oczywiście z Hillary Swank), bo treść książki jak żadna inna nadaje się na dobry film. Być może okaże się, że odniesie podobny sukces, a osoby oczarowane pierwszą częścią, będą również oczarowane drugą. To samo dotyczy książki – to chyba jedna z tych, wobec których każdy powinien wyrobić sobie swoją własną opinię.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



poniedziałek, 4 listopada 2019

Co pod pióro w listopadzie 2019?

Nowy Rok zbliża się wielkimi krokami! Przed nim jeszcze Święta Bożego Narodzenia, które pewnie część osób wykorzysta na urlopowanie się i czytanie (lub robienie innych, relaksujących rzeczy), a część po prostu spędzi jak każdy inny dzień roku! Wcześniej jednak trzeba przeżyć listopad, jeden z najbardziej pluchowatych i nieciekawych miesięcy w całym roku. No to jesień ni to zima – ani za ciepło, ani za zimno. Miesiąc depresji, nudy i okupowania kanapy. Idealne się wydają więc jakieś wesołe pozycje, które odgonią chmury, przegonią deszcz i wprowadzą nas wszystkich w przyjemny nastrój! Razem z rozgrzewającą herbatą oczywiście. Być może nawet z prądem (nie, nie próbujcie wlewać herbaty w gniazdko elektryczne!).

U mnie część książek zaplanowanych na październik przejdzie na listopad. Trochę mi się plany pozmieniały, w ostatniej chwili wleciało parę egzemplarzy recenzenckich, więc musiałem się na nich skupić. To jednak nie szkodzi, albowiem książka to nie zając – zdecydowanie nie ucieknie! Może nawet i lepiej, że nie udało się do tej pory kilku książek przeczytać, bo będą nieco lepiej pasowały na listopad. A jeśli znowu się nie uda to cóż – oby przerwa świąteczna byłą dla mnie wystarczająco łaskawa!

Chyba niespecjalnie Was zaskoczę, jeśli napiszę, że okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać?

„P.S. Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern

Pewnie niektóre osoby się zdziwią, widząc ten tytuł właśnie u mnie. Na co dzień stronię od literatury, którą można w dużym uproszczeniu nazwać „wyciskaczami łez” wszelkiego rodzaju. „P.S. Kocham Cię” jest jednak jednym z nielicznych wyjątków, które bardzo dobrze wspominam. Jeśli druga część będzie tak samo dobra, to grzechem byłoby nie przeczytać!
„Niewidzialna obrona” – Matt Richtel

Pewnie już nie jeden raz wspominałem na łamach bloga o tym, że ogólnie pojęta medycyna (w tym również jej historia) leży w kręgu moich zainteresowań. Immunologia jest dziedziną, która potrafi być niezwykle zaskakująca oraz przede wszystkim rozwojowa. „Niewidzialna obrona” przybliża jej historię oraz obecny stan wiedzy ludzkiej na jej temat. Trudno więc, żebym przeszedł obojętnie obok tej pozycji!
„Powódź” – Paweł Fleszar

Miałem już okazję czytać (chociaż nie w całości) pierwszą książkę tego autora, czyli „Wyśnioną jedenastkę” – był to thriller sportowy, z akcją osadzoną w Krakowie (pięknie opisanym Krakowie swoją drogą). Tym razem mamy do czynienia z humorystycznym kryminałem, również osadzonym w mieście Kraka. Zobaczymy więc, z czym to się je.
„Włam się do mózgu” – Radek Kotarski

Przeniesione z poprzedniego miesiąca – co prawda bardzo chciałem zobaczyć, cóż Radek Kotarski ma do powiedzenia na temat nauki (a ma sporo, co udowodnił niejednokrotnie), ale chciałem też przeczytać inne książki! Cóż, wyszło, jak wyszło… Postaram się więc nadrobić to w listopadzie!





A jakie są Wasze plany? 

sobota, 2 listopada 2019

Podsumowanie październik 2019

Jak tam Wam minął październik? Otrząsnęliście się już po zmianie czasu na zimowy? Ja na szczęście nie miałem z tym nigdy problemu (chociaż lubię ponarzekać dla samej zasady – no i naprawdę nie sądzę, żeby ten relikt zamierzchłych czasów dalej był potrzebny), więc jestem już w pełni przestawiony na CET! Teraz aż do grudnia będzie tylko coraz gorzej. Coraz wcześniej będzie ciemno, coraz zimniej i w ogóle, więc będzie to w sumie idealny czas na czytanie wieczorową porą! Nie będę zbyt chętny na wychodzenie z domu, zwłaszcza po zmroku (chociaż codzienne, poranne spacery na pewno będę uskuteczniał), chociaż z drugiej strony nie sądzę, żebym ten „dodatkowy” czas wykorzystał na lekturę, skoro jest tyle różnych rzeczy do robienia! W każdym razie to tylko luźne dywagacje dotyczące przyszłości.

Skupmy się jednak na teraźniejszości. W sumie to ja się powinienem skupić i to nawet na przeszłości. Znaczy się na październiku. Tym razem czuć było już zbliżającą się wielkimi krokami zimę – temperatura czasem dotykała zera stopni Celsjusza. Chociaż był też bardzo ciepły tydzień, podczas którego wyciągnąłem z szafy krótkie spodenki! Pierwsze choróbska zdążyły się rozgościć na krótko w domu, chociaż to ja nie byłem dla nich miejscem zamieszkania. A oprócz tego dużo się działo, miałem parę wyjazdów i/lub wizyt, więc cały mój wolny czas był intensywnie eksploatowany. W efekcie udało mi się przeczytać tyle, ile mi się udało – czyli w sumie całkiem sporo.

Najlepiej jednak historię czytelniczą października powiedzą za mnie infografiki oraz wykresy i inne diagramy – w krótkich, żołnierskich liczbach. Zupełne przeciwieństwo mojego rozpisania się. 😁



Wyszło, jak wyszło – nie mogę powiedzieć, że się obijałem w październiku, ale starałem się trzymać mojej zasady czytania przed snem! Parę dni byłem na wyjeździe służbowym, więc wtedy nie udało się praktycznie ani jednej strony przeczytać, ale i tak jestem zadowolony z wyniku.



Powoli, do przodu. Chociaż bez szaleństw. Można w sumie powiedzieć, że bardzo stabilnie, o! To jest chyba najlepsze określenie. Szału oczywiście nie ma i nie było, chociaż nie wiadomo dokładnie czemu – obstawiam moje kompletne ignorowanie czegoś takiego jak marketing. Dlatego też to jest kolejne miejsce, w którym nie zamierzam narzekać!

Instagram towarzyszy mi już od prawie roku (założyłem go w grudniu 2018 roku), ale dopiero od niedawna wrzucam w podsumowania najbardziej popularne zdjęcie ostatniego miesiąca. Tym razem mamy o takie coś:





Chcecie wiedzieć, co w październiku może pojawić się zarówno na blogu, jak i na Facebooku i Instagramie u mnie? 😁 O, takie cztery książki! Co najmniej! Liczę oczywiście na więcej, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie siedzę przy „Legendach Archeonu. Nocne Słońca” (swoją drogą cały czas trwa KONKURS, szczególy parę zdjęć wcześniej i na blogu i w ogóle na pewno znajdziecie!), które są takim trochę grubaskiem. 😅 Jednak cisnę! ————————— #bookaddicts #kochamczytac #kochamczytać #książki #książka #ksiazka #ksiazki #czytambolubię #czytanietopasja #czytanieuzależnia #bookstagrampl #czytam #bookaddicts #instabook #czytamksiążki #instagramczyta #bookstagram #bookstagrammer #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #tbr #october #booksinoctober #octoberbooks
Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)



Cóż, trochę ich w październiku wleciało. Większość oczywiście do recenzji – Wydawnictwa rozpoczęły ostre akcje promocyjne i na rynku pojawia się coraz więcej ciekawych pozycji! Na kilka z nich się skusiłem, chociaż zawaliłem się nieźle na terminy (i niestety wszystkich nie udało mi się dotrzymać). Robim co możim!

Lista poniżej zawiera linki do wszystkich opinii, które zamieściłem w minionym miesiącu:


Na sam koniec oczywiście klasyczne dwie pozycje – najpopularniejszy post i blog, z którego odnotowałem najwięcej wejść! Pierwszym z nich jest informacja „Czy nowe książki można kupić na wagę”, natomiast drugim ponownie blog Świat Fantasy prowadzony przez Łukasza. Dzięki!

A jak Wasz październik?

środa, 30 października 2019

[PREMIERA] „Chciwość” – Marc Elsberg

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marc Elsberg
Tytuł: Chciwość
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Stron: 464
Data wydania: 30 października 2019


Thrillery goszczą w mojej biblioteczce dość tłumnie – nie przesadzę chyba, jeśli napiszę, że stanowią jej zdecydowaną większość. Teraz do kolekcji dołączył kolejny tom, wydany przez W.A.B., którego historia osadzona została w bliżej nieokreślonej przyszłości, której jednak daleko od science-fiction. Opis na tyle mnie zaintrygował i wybił się wśród tych wszystkich książek wydawanych każdego dnia, że długo mnie nie trzeba było namawiać. Zresztą równie szybko przesyłka do mnie dotarła i mogłem się zabrać za lekturę. Tak naprawdę nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać, chociaż wiązałem duże nadzieje z „Chciwością”. Niestety, okazały się być one płonne.

Powtórka z roku 2008, kiedy to nastąpił kryzys gospodarczy, jest tuż za rogiem. Największe koncerny mają ogromne problemy finansowe i nie mogą już dalej utrzymywać swoich długów w ryzach. Najbogatsi stają się jeszcze bardziej zamożni, a na ulicę wylewają się tłumy niezadowolonych z braku równości w dystrybucji dóbr ludzi. Wydaje się jednak, że Herbert Thompson, uznany na całym świecie ekonomista i laureat Nagrody Nobla, ma pomysł na rozwiązanie większości ekonomicznych bolączek. Ma go przedstawić na szczycie głów państw w Berlinie. Niestety nie udaje mu się dojechać na miejsce, a jedyny świadek wypadku może mieć duże problemy ze złożeniem zeznań.

Zacznę może od tego, co mnie przytłoczyło tym, jakie to jest złe i niedobre. Główny bohater, którego poznajemy już na samym początku to młody chłopak. Świadek przykrego „wypadku”, o którym wspomina blurb. Młody chłopak na samym początku wydaje się bardzo sprytny i ogólnie mieć łeb na karku. Całkiem nieźle udaje mu się odnaleźć w sytuacji, w jakiej się znalazł, a jego inteligencję autor podkreślić wykształceniem, które odebrał i zawodem, który wykonuje. Cóż, bardzo szybko ten czar pryska i chłopak zamienia się w kompletne przeciwieństwo – głupi, niekumający prostych rzeczy. Wręcz poniżej przeciętnej. Następnie znowu jest geniuszem, który błyskawicznie potrafi opracować plan wyjścia z trudnej sytuacji i załapać koncepcje, których podstawy przerastały jego zdolności pojmowania. Widzicie już, o co mi chodzi? Tak, ta postać się kompletnie nie trzyma kupy. 

W wielu miejscach „Chciwość” przypominała mi książki Dana Browna – średniej jakości akcja, bohaterowie, którzy są po prostu agentami specjalnymi (chociaż to zwykli, prości wręcz ludzie), umiejącymi uciec przed profesjonalistami i policją. Ciężko przez to przebrnąć, zwłaszcza jeśli dorzuci się do tego sporo zagadek logiczno-matematycznych rozwiązywanych przez wszystkie postacie. Co prawda blurb sugerował coś w rodzaju ratowania świata, jednak nie sądziłem, że po raz kolejny spotkam się z podobnym stylem, z którym miałem do czynienia w „Inferno”. Cóż, szkoda bardzo, że tak wyszło, bo sam motyw zagadek i łamigłówek (z braku laku tak je nazwę, coby zbyt wiele szczegółów nie zdradzać) jest naprawdę fajny.

Przez całą książkę jednym z głównych motywów jest próba dowiedzenia się, co chciał przedstawić na szczycie w Berlinie laureat Nagrody Nobla, który został zamordowany w sfingowanym wypadku. Główni bohaterowie próbują rozgryźć notatki zawierające pewne niezbyt oczywiste na pierwszy rzut oka… zagadki (?), które teoretycznie mogą doprowadzić do rozwikłania tajemnicy dobrobytu, jak ją zacząłem w pewnym momencie nazywać. Mega fajną opcją było wrzucenie „odręcznie” rysowanych obrazków, które miały symbolizować bazgroły postaci z książki i wyszło to naprawdę świetnie. Łatwiej można było sobie wyobrazić całokształt procesów myślowych oraz tego, co mieli bohaterowie na myśli (mimo względnej prostoty, ich rozważania nie należały do najprostszych). 

„Klasyczny błąd konfirmacji: preferujesz tylko te informacje, które potwierdzają twój pogld. Kto ma swoje zdanie, nie potrzebuje żadnych faktów!”

Niestety Marc Elsberg zamieścił również mnóstwo terminologii ekonomicznej, nie zawsze wyjaśnionej (lub wyjaśnionej w nie do końca zrozumiały sposób). Mimo tego, że jestem na tyle świadomym użytkownikiem pieniądza, że wiele pojęć czy procesów nie było mi obcych, to gdybym nie miał zielonego pojęcia, czym są, po wyjaśnieniach autora wcale bym tego nie zrozumiał. Co by wyjaśniało również, czemu wielu nowych dla mnie rzeczy kompletnie nie zrozumiałem. Za to nawet Wikipedia, która nie należy do najprościej napisanych, przybliżyła trudną tematykę o wiele lepiej. Widać, że autor umie to posklejać do kupy, próbuje brylować, zna trudne słownictwo, ale albo sam nie do końca rozumie, o czym pisze, albo jego umiejętności dydaktyczne leżą i kwiczą.

Warte pochwalenia są jednak same próby objaśnienia pewnych koncepcji ekonomicznych, o których sam Marc Elsberg opowiada w paru słowach podziękowań. Rzuca nawet kilkoma stronami internetowymi, na których można znaleźć nieco więcej informacji o matematycznych podstawach magicznego sposobu, wokół którego toczy się tak naprawdę cała historia. Co prawda z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba jest to po prostu kolejny koncept ekonomiczny, jakich wiele, jednak sama otoczka stworzona wokół niego całkiem zgrabnie stworzyła pewną historię. Tutaj należą się słowa uznania, albowiem właśnie sama fabuła to jest to, co potrafi utrzymać czytelnika przy życiu z „Chciwością”. Po prostu trochę wykonanie szwankuje w niektórych miejscach.

Cóż mogę powiedzieć – zła ta powieść to nie jest. Oklepana, schematyczna, z niedopracowaną główną postacią (chociaż pozostałe dają radę), a jednocześnie z mega ciekawym sposobem na dodanie dynamiki. Zwięzła pod względem opisów i koncepcyjnie nawet przyzwoita. Trudno jest ją więc opisać w paru prostych słowach, ponieważ składa się z tak wielu, sprzecznych ze sobą elementów, że nie sposób zamknąć wrażeń po lekturze w kilku raptem zdaniach. Zapewne można by ją było rozebrać na czynniki pierwsze jeszcze bardziej, ale chyba tyle wystarczy Wam, Drodzy Czytelnicy, do określenia, czy chcecie po nią sięgnąć, czy nie. Osobiście nie żałuję chwil spędzonych z nią, bo jednak wyniosłem z niej parę dodatkowych koncepcji oraz elementów ekonomii, które mogą mnie zaciekawić. Byle tylko nie z tłumaczeniem ich zawiłości przez autora „Chciwości”...

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 21 października 2019

[PREMIERA] „Małe Licho i anioł z kamienia” – Marta Kisiel

„Małe Licho i anioł z kamienia” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i anioł z kamienia
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 325
Data wydania: 30 października 2019


Nie sposób nie pokochać Licha oraz twórczości Marty Kisiel już od pierwszego spotkania z książkami autorki. Bogate słownictwo, nietuzinkowy humor i wspaniałe przygody to jest coś, co potrafi przyciągnąć nawet dorosłego do literatury dziecięcej. Osobiście nawet powoli zaczynam się wkręcać w wielką bitwę #teamBazyl kontra #teamLicho, więc staram się z jednej strony nadrabiać zaległości w czytaniu dorobku „ałtorki” oraz sięgać na bieżąco po jej nowe dzieła. „Małe Licho i anioł z kamienia” zbliża się wielkimi krokami, więc długo się nie zastanawiałem nad wciśnięciem tej książki do moich planów czytelniczych. Nie żałuję ani trochę, że tak szybko chciałem przeczytać!

Z doskonałych imprez trudno się urwać, a jeszcze gorzej jest, kiedy się kończą. Tak niespodziewanie, nagle, dokładnie wtedy, kiedy miały się skończyć. Trudno się bowiem oprzeć grom planszowym, zwłaszcza jeśli towarzyszy im popcorn. Niestety wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – chociaż nie zawsze kończy się zbiorową kwarantanną. W związku z zajściem takowej, Małe Licho wraz z przyjaciółmi i rodziną musi spędzić ferie nie u siebie, ale u ciotki, która mieszka niemalże w samym środku bardzo intrygującego lasu. Natomiast w samym lesie dzieją się niemniej intrygujące rzeczy, z którymi Bożek będzie miał do czynienia przez cały czas swojego pobytu.

Największą wadą tej książki jest jej długość. Jest zwyczajnie za krótka! Co prawda historia w niej zawarta nie należy do najbardziej rozbudowanych, ale ma oczywiście wszystkie cechy charakterystyczne dla powieści ałtorki – jest przezabawna, pouczająca, łatwo przyswajalna zarówno dla młodszych czytelników, jak i dorosłych. A ponadto jest rzecz jasna niezwykle wciągająca mimo swego infantylnego charakteru. Wszak jakby nie patrzył, jest to książka, której grupą docelową są jednak nieco młodsi czytelnicy, a nie dorośli poszukujący wyrafinowanej i niezwykle wymagającej lektury.

„Mama nic nie mówiła, skupiona na drodze. Bożek też nic nie mówił, skupiony na fochu”.

„Małe Licho i anioł z kamienia” łączy ze sobą poszczególne elementu Kiślowersum i daje nam niecodzienny miks tego, co znamy z historii o Małym Lichu oraz tym, z czym niektórzy czytelnicy mogli spotkać się choćby w „Oczach urocznych” – a muszę Wam napisać, że jest to połączenie wprost genialne! Nie chcąc zdradzić zbyt wielu szczegółów, napiszę jedynie, że spotkanie niektórych postaci pociągnęło za sobą bardzo ciekawe reakcje, a co za tym idzie przezabawne (choć czasem groźne) sytuacje. Poszczególne części świata stworzonego przez Martę Kisiel zaczynają się coraz bardziej zazębiać, co mnie osobiście bardzo cieszy. Napawa to ogromnym optymizmem i zwiększa ciekawość tego, co przyniesie przyszłość w literaturze ałtorki.

Oczywiście Marta Kisiel nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w tę historię paru „smaczków” z polskiej klasyki literatury! Najbardziej rzuca się oczywiście w oczy Mickiewicz i jego „Dziady” (cóż, ciężko nie rozpoznać jednego z cytatów, nawet jeśli się jest #teamSienkiewicz), chociaż na samym końcu książki ałtorka wyjaśnia również pochodzenie innych cytatów, które recytowane są przez bohaterów w pewnej sytuacji. Znajdzie się jednak również pewien smaczek przeznaczony dla fanów bardziej współczesnej literatury – Geralt byłby dumny. W sumie nie jest to pierwszy (i zapewne nie ostatni) raz, w którym Marta Kisiel przemyca elementy klasyki lub współczesnej popkultury do swoich książek.

Jak zwykle książka na wysokim poziomie – jednocześnie prosta, ale z przekazem i to nie byle jakim. Ucząca pokory oraz czym jest poświęcenie w codziennym życiu każdego człowieka. Idealna zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, ze względu na uniwersalne przesłanie oraz sposób, w jaki została napisana. Pełna doskonałego humoru, radości oraz pewnego rodzaju niepewności – w końcu jakby nie patrzył, jest to historia z dreszczykiem, w której mamy do czynienia z potworami, demonami, aniołami oraz innym siłami nadprzyrodzonymi! Sami zresztą przekonajcie się, jak doskonała potrafi być książka teoretycznie przeznaczona dla młodego czytelnika. Zapewniam, że nawet mając trzydzieści lat, będziecie w stanie czerpać radość z lektury najnowszych przygód Bożka i jego rodziny oraz przyjaciół!

Łączna ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania dziękuję



czwartek, 17 października 2019

„Co mówią zwłoki” – Sue Black

„Co mówią zwłoki” – Sue Black
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sue Black
Tytuł: Co mówią zwłoki
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Stron: 404
Data wydania: 2 października 2019


Już od jakiegoś pół roku często sięgam po pozycje, które wychodzą spod skrzydeł Wydawnictwa Feeria Science – człowiek w pewnym momencie zaczyna doceniać bardziej niż kiedyś książki popularnonaukowe. Często bowiem bawiąc, uczą i ucząc, bawią, więc można połączyć przyjemne z pożytecznym. W moim przypadku jest to miła odskocznia zarówno od technicznego bełkotu zawartego w większości pozycji branżowych, jakie czytam, jak i od głównie rozrywkowego waloru beletrystyki. Jak na razie większość przeczytanych przeze mnie książek od Feeria Science oceniałem jako dobre lub bardzo dobre, więc chętnie sięgnąłem po „Co mówią zwłoki” – kolejny tytuł poświęcony pracy antropologów. Częściowo nie jest więc to dla mnie nic nowego, ale w wielu przypadkach umiał mnie skutecznie zaskoczyć.

Śmierć jest tematem tabu, chociaż – co może być bardzo zaskakujące – głównie w kulturach uważanych za cywilizowane i rozwinięte. Najczęściej ludzkie zwłoki należy po prostu pochować z szacunkiem i zostawić je ziemi lub dowolnemu żywiołowi, który jest dopuszczalny w uczestniczeniu w obrzędach pochówku. Tymczasem dla antropologów nawet kości sprzed wielu tysięcy lat są skarbnicą wiedzy o człowieku oraz jego otoczeniu. Sue Black w swojej książce stara się udowodnić, na jak wiele sposobów zawód antropologa jest w stanie pomóc nie tylko policji, ale również innym zawodom w dochodzeniu do prawdy oraz prawdziwych wydarzeń, jakie rozegrały się wiele lat wcześniej.

Pierwsze, co się rzuca w oczy podczas lektury „Co mówią zwłoki” to pasja, z jaką pisze autorka. Nie dość, że satysfakcja z wykonywanej pracy oraz możliwości niesienia pomocy wszystkim ludziom wręcz wylewa się z książki, to na dodatek Sue Black umie stworzyć niesamowicie obrazowe opisy. Dzięki nim nie tylko czytelnik jest w stanie zobaczyć to, co opisuje, ale również poczuć emocje, które towarzyszą konkretnemu, opisywanemu wydarzeniu. Przez książkę wręcz się płynie, mając przed oczami wszystko to, co miała kiedyś autorka oraz niemalże czując to, co ona prawdopodobnie mogła czuć. Rzadko się spotyka aż taki talent do przekazania obrazów oraz uczuć słowami.

Nie bez powodu wspominam o uczuciach (i to takich, które mogła czuć sama Sue Black), ponieważ spora część książki to nie tylko same suche fakty, ale również wydarzenia z życia autorki. Nie nazwałbym tego żadną autobiografią – fragmenty zawarte w „Co mówią zwłoki” dotyczą stricte tematu książki i mają na celu przekazanie dodatkowej wiedzy, czy też raczej umiejętności obcowania ze śmiercią. Czasem można odnieść wrażenie, że fragmenty te mogłyby być nieco krótsze (lub wręcz dużo krótsze), chociaż umiejętność obrazowego opisywania, o której wspomniałem w akapicie wyżej, robi robotę również w tym aspekcie. Nawet więc najgłębsze wspomnienia wydają się bardzo istotne (nawet jeśli po dłuższym zastanowieniu się można dojść do zgoła odwrotnego wniosku).

„Jak wiadomo, tego typu łańcuch »łańcuch poszlak i dowodów« jest tak wytrzymały, jak wytrzymałe jest jego najsłabsze ogniwo”.

Sue Black raczy czytelnika mnóstwem ciekawostek dotyczących zarówno historii antropologii, jak i samego podejścia ludzkości do śmierci. Również z tymi bardzo niechlubnymi i kontrowersyjnymi tematami jak kanibalizm, sprzedaż dziecięcych zwłok od centymetra czy tworzeniem „dżemu z krwi” jako bazy dla wielu lekarstw w epoce baroku. Innymi słowy, nie istnieje w tej książce temat tabu. Jeśli coś według autorki było warte przekazania jako argument lub przykład dla zobrazowania jej słów, to go po prostu użyła. Zresztą od samego początku Sue Black próbuje przekonać czytelników, że śmierć nie jest wcale końcem, o którym nie powinno się rozmawiać ani przed jego nadejściem, ani po utracie bliskiej osoby. To jest jedynie jeden z etapów ludzkiego życia, który można zresztą podzielić na kilka podetapów. A człowiek nawet po swojej śmierci może wpływać na innych ludzi, na co dowody również są przedstawione w „Co mówią zwłoki”.

Książka z powodzeniem może być polecana zarówno osobom, które dopiero chcą poznać tajemnice pracy antropologa sądowego, jak i tym, które mają za sobą już jakieś tytuły opowiadające o tej profesji. Część informacji pokrywa się z tym, co miałem okazję czytać w innych książkach, jednak większość przypadków jest dla mnie nowa. Sue Black nie tylko opowiada o podstawach takich jak rozpoznanie czterech głównych „cech” zmarłego, ale również porusza tematy dotyczące wojen oraz kataklizmów – w jaki sposób umiejętności antropologów mogą być przydatne na miejscu masowego mordu czy też katastrofy naturalnej. Wszystko to oczywiście bazuje na doświadczeniu autorki, co rzecz jasna łączy się z tym, co miałem okazję napisać o jej książce do tej pory.

Trochę informacji, które się pojawiają w każdej pozycji o tej tematyce, ale sporo nowości, których nie znalazłem jak dotąd nigdzie. Polecić więc można każdemu, niezależnie od jego poziomu wiedzy i liczby książek o antropologii sądowej, które przeczytał (no, chyba że ten ktoś sam jest antropologiem). Barwny i obrazowy język oraz umiejętność wywoływania emocji i ich przekazywania to niewątpliwie zalety książki, której autorką jest Sue Black. Może czasem liczba wspomnień przytłacza (zwłaszcza te nieco luźniej związane z zawodem autorki), jednak bez wielu z nich „Co mówią zwłoki” straciłyby swój charakter. Byłyby zupełnie innym dziełem. Wtedy nie wiem w sumie czy byłyby tak kształcące i otwierające umysł ludzki jak teraz.

Łączna ocena: 7/10



Za możliwość przeczytania dziękuję

niedziela, 13 października 2019

[WYNIKI] „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – wyniki konkursu

Przez dziesięć dni mogliście zgłaszać swój udział w konkursie, w którym do wygrania były dwa egzemplarze najnowszej powieści Thomasa Arnolda – „Legendy. Archeonu. Nocne Słońca”. 😀W czwartek minął termin przyjmowania zgłoszeń, natomiast dzisiaj – zgodnie z terminem zapisanym w regulaminie – pragnę ogłosić wyniki! Dla przypomnienia, mogliście wybrać jeden z dwóch, lub oba sposoby zdobycia nagrody. Albo po prostu wysłać odpowiedź na pytanie konkursowe na mój adres e-mail, albo polubić fanpejdź/profil Thomasa Arnolda/Wydawnictwa Vectra ORAZ do tego wysłać odpowiedź na pytanie konkursowe! Nawet jeśli odpowiedź byłaby taka sama, zwiększaliście swoją szansę na wygraną!

Każdy z tych sposobów miał osobną pulę, z której wybrałem tę zwycięską, najbardziej mi odpowiadającą odpowiedź! Muszę przyznać, że w tej… węższej kategorii nie miałem najmniejszego problemu z wyborem. Kreatywność level hard – ten e-mail zdecydowanie odstawał od całej reszty! W drugim przypadku miałem trochę większy orzech do zgryzienia, ale ostatecznie się udało wybrać. Cóż, nie pozostaje mi więc nic innego, jak przedstawić zwycięskie zgłoszenia (z pominięciem rzecz jasna jakichkolwiek danych ich autorów/autorek. :) 

JEDEN



DWA

„Skoro była mowa o Świecie Czarownic, to teraz czas na kolejne oczekiwania. 
Gdy byłam mała, połykałam jak młody pelikan wszelkie wiadomości i informacje o kosmosie. Nie było rzeczy, której bym nie wiedziała (szkoda tylko, że teraz ich już nie pamiętam; no dobra, czasem otworzy się jakaś szufladka i zabłysnę, ale tak na zawołanie jest mi trudno). 
Z powyższym wiąże się moje następne oczekiwanie względem literatury fantastycznej. Czasem chcę przeczytać coś, co jest całkowicie oderwane do spraw ziemskich (i to dosłownie), więc sięgam po powieści, w których akcja dzieje się częściowo na Ziemi (z musu) i częściowo w przestrzeni kosmicznej. Oczywiście i tu muszą być zastosowane elementy dystopijne (hm... jestem ciekawa, dlaczego tyle powieści fantasy wiąże się z wymieraniem całych ras?), bo wtedy mój wewnętrzny psychopata się cieszy jak dziecko jedzące po raz pierwszy watę cukrową. 
Ostatnio trafiłam na serię Daniela Arensona. Myślałam, że będzie taka sobie, bo jakieś niskie noty ma na LC, a tymczasem tak mnie wsysło, że nie mogłam się doczekać kolejnej części i mam nadzieję, że wydawnictwo dociągnie serię do końca, a nie przerwie w połowie. Ta seria jak najbardziej mi odpowiada (i tego też oczekuję), bo opowiada losy chłopaka, który przeszedł drogę od zera do bohatera (chyba inaczej tego nie można nazwać) i bardzo fajna ukazana jest jego przemiana wewnętrzna i to, jak zmienia się jego perspektywa i zdanie na różne tematy. Przestaje chodzić za tłumem, a zaczyna podejmować samodzielne decyzje. 
Mam nadzieję, że coraz więcej będzie powieści fantasty, które mają w sobie duży ładunek psychologiczny (jak wyżej), z odrobiną romansu w tle (no heloł, w końcu należę do płci pięknej). 
Sorry, za słowotok, ale czasem, gdy zaczynam pisać, to nie wiem, kiedy skończyć, stąd moja nauczycielka języka hiszpańskiego jako jedynej daje ograniczenia w ilości zdań (max 15). 
Podsumowując, oczekuję, że literatura fantastyczna będzie jak Świat Czarownic (pierwszy mail) lub seria Arensona (ów mail). 
Koniec i kropka”.

Serdecznie gratuluję i już biegnę napisać Wam wiadomość z informacją o wygranej! 😁

Wszystkim oczywiście dziękuję serdecznie za zgłoszenia w imieniu swoim oraz Thomasa Arnolda i życzę udanej lektury! A moją opinię o książce możecie przeczytać o tutaj.



czwartek, 10 października 2019

Bardzo chcę! #62 – „Życie 3.0. Człowiek w erze sztucznej inteligencji” Max Tegmark

Źródło: Lubimy Czytać
W świecie IT co chwilę pojawiają się nowe buzzwordy, które wywołują niezdrowe podniecenie u większości osób śledzących najnowsze trendy. Wiele z tym buzzwordów przedostaje się jednak również do innych branż i każdy człowiek jest wręcz atakowany zewsząd informacjami o tym, jak jakaś nowa, wspaniała technologia zmieni jego życie. Chyba każdy z Was już słyszał gdzieś pojęcie „machine learning” i widział reklamy świetnych produktów wykorzystujących uczenie maszynowe do poprawy Waszego życia. Cóż, tym razem nie do końca jest to tylko buzzword, a rzeczywistość. Nie wiem, czy wiecie, ale na początku lat 10. XXI wieku weszliśmy w czwartą rewolucję przemysłową, która teraz gna na złamanie karku do przodu i próbuje zrewolucjonizować życie ludzi w każdy możliwy, nowoczesny sposób. Jednak wciąż najwięcej informacji o tym, jakie są przewidywania co do przyszłości i jaki los nas wszystkich czeka, można znaleźć w opracowaniach naukowych.

Dlatego właśnie przyjmuję z radością każdą informację o nowych „książkach dla ludzi”, które są łatwo dostępne i przede wszystkim zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Wiecie, komputery kwantowe nawet dla osoby z branży IT bywają dość… abstrakcyjnym pojęciem. No, dopóki nie zobaczy tych wszystkich wzorów – wtedy taki człowiek dochodzi do wniosku, że chyba za słabo uważał na zajęciach z matematyki. Pozycje takie jak „Życie 3.0. Człowiek w erze sztucznej inteligencji” są więc bardzo potrzebne, aby można było w bardziej przystępny sposób śledzić zmiany i przewidywania naukowców. Problem jest tylko jeden z tą tematyką… Trzeba te książki czytać jak najszybciej, bo po roku mogą być już zdezaktualizowane… 😅

„Życie 3.0. Człowiek w erze sztucznej inteligencji” to jednak w miarę świeża pozycja, z kwietnia 2019 roku. Niedawno dopiero jej tytuł pojawił się w moim zasięgu widzenia, ale mam jeszcze trochę czasu na dorwanie się do niej. Zgodnie z opisem przybliża ona problem rozwoju sztucznej inteligencji i jej wpływu na różne części życia społecznego, zawodowego czy finansowego. To, że rozwój AI wpłynie na ludzkość, to jest pewne – pytanie jednak jak to zrobi. Max Tegmark jest profesorem w MIT, więc zdecydowanie jest to odpowiednia osoba do snucia teorii na ten temat! A jak dokładnie opisuje tę książkę Wydawnictwo Prószyński i S-ka?

„Jak sztuczna inteligencja wpłynie na świat – wojny, prawo, zatrudnienie, przestępczość, relacje społeczne i nasze własne poczucie człowieczeństwa? Czy powinniśmy się obawiać wyścigu zbrojeń w zakresie broni autonomicznych, a może tego, że maszyny całkiem nas zastąpią na rynku pracy? Powstanie sztucznej inteligencji ma większy potencjał do przekształcenia naszej przyszłości niż jakakolwiek inna technologia – i nie ma nikogo o większych kwalifikacjach do zbadania tej przyszłości niż Max Tegmark, profesor w MIT. 
A jakiej przyszłości Ty chcesz? Ta książka zachęci Cię do przyłączenia się do dyskusji, która może okazać się najważniejszą w naszych czasach. Reprezentowane są w niej najrozmaitsze punkty widzenia i przedstawiane najbardziej kontrowersyjne zagadnienia – od superinteligencji aż do świadomości”.

Zainteresowani? 😁

środa, 9 października 2019

„Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – Thomas Arnold

„Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – Thomas Arnold
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Thomas Arnold
Tytuł: Legendy Archeonu. Nocne Słońca
Wydawnictwo: Agencja Reklamowo - Wydawnicza VECTRA
Stron: 866
Data wydania: 15 września 2019


Minął prawie rok od wydania pierwszej części „Legend Archeonu”, których autorem jest Thomas Arnold – polski autor urodzony w Rybniku, a piszący pod pseudonimem. Na swoim koncie ma już kilka powieści kryminalnych, w których głównymi bohaterami jest dwójka detektywów – James Adams i David Ross. „Legendy Archeonu. Strach stary i nowy” to już nieco inna para kaloszy, Thomas Arnold bowiem wszedł z jej pomocą na ścieżkę powieści fantastycznej, którą 15 września 2019 roku postanowił dalej kroczyć i przedstawić nam drugą część – „Legendy Archeonu. Nocne Słońca”. Z niecierpliwością czekałem na drugi tom – to, co autor pokazał w pierwszej części, miało ogromny potencjał. Co prawda mogło być o wiele lepiej, ale i tak widać duży progres, a sama historia jest – jak to u Thomasa Arnolda – świetna.

Upadek przywódcy pociąga za sobą upadek całego państwa. W tym jednak przypadku, do upadku Archeonu doprowadził przywódca Czerni, a po jego upadku największa siła, jaką Archeon kiedykolwiek widział, rozproszyła się na o wiele mniejsze oddziały. To jednak nie koniec zarazy toczącej jedno z najważniejszych Królestw Terenów Centralnych. To jedynie przegrupowanie się oddziałów i dalsze życie w ciągłym strachu o własne życie i duszę. Polityka prowadzona przez generałów nie śniła się nawet największym pesymistom stąpającym po ziemiach Archeonu. Do wielu osób dość szybko dotarło, że być może śmierć jest o wiele bardziej łaskawa niż jakikolwiek obecny przywódca podbitych ziem.

Już w pierwszym tomie „Legend Archeonu” autor pokazał, że planuje stworzyć długą historię, osadzoną w ogromnym świecie. To jednak dopiero „Nocne Słońca” pokazują, z czym trzeba się będzie zmierzyć. Mapy zawarte w książce (na wewnętrznej stronie okładek, dość klasycznie) pokazują świat podzielony na dwie części – z pierwszym z nich mogliśmy zapoznać się w „Strachu starym i nowym”. Przedstawiał on tereny kończące się na wschodzie Wielkimi Równinami, półwyspem należącym do Myrenów oraz na północnym wschodzie Pustymi Polami z Przełęczą Lodowych Wiatrów przecinającą Wielkie Góry Północne. Okazuje się, że jest to tak naprawdę dopiero połowa świata (przynajmniej na tę chwilę), którą Thomas Arnold planuje pokazać swoim czytelnikom.

„– Oczywiście! Żadnej nie biorę sobie za żonę i nie obiecuję wierności, bo wiem, że i tak nie dotrzymałbym słowa”.

„Legendy Archeonu. Nocne Słońca” dla odmiany z tyłu książki nie mają powtórzonej mapy, którą znaleźć można po wewnętrznej stronie przedniej okładki (jeszcze przed czwórką tytułową książki). Tym razem mamy ziemie, które rozciągają się od Wielkich Równin oraz Terenów Myrenów dalej na wschód, ukazując drugie tyle ziem. Oczywiście nie kończą się one „Terenami Niezbadanymi”, więc nie wiadomo tak naprawdę, co jeszcze autor wymyśli. Czytelnik jest rzecz jasna prowadzony przez nowe krainy wraz z postaciami, które przemieszczają się w sobie wiadomym celu – którego zdradzać oczywiście nie będę. Chociaż powinienem nieco doprecyzować, kto nam dokładnie pokazuje nowe ziemie. Głównym bohaterem i osobą, wokół której dzieje się najwięcej jest Hagan, którego znamy z pierwszego tomu.

Chociaż większość akcji skupia się na Haganie, to autor pokazuje również posunięcia Venenów, a przede wszystkim ich dowódców, którzy wiele lat po wydarzeniach pierwszego tomu wciąż trzymają Tereny Centralne twardą ręką. Jest to też sposób na przedstawienie wielu szczegółów dotyczących zarówno tego, w jaki sposób sami Veneni działają, czym się kierują czy jakie mają cechy, ale również uchylenie rąbka tajemnicy cóż takiego autor przygotował zarówno nam, czytelnikom, jak i postaciom, z którymi mamy do czynienia na kolejnych kartach książki. Ogólnie „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” zdradzają mnóstwo szczegółów dotyczących świata utworzonego przez Thomasa Arnolda – o jego historii, zwyczajach poszczególnych narodów, ich kulturze oraz prawach rządzących różnymi krajami. Dawka informacji jest naprawdę ogromna i pozwala o wiele lepiej poznać całe uniwersum.

Nie wiem, czy dokładnie taki był zamysł Thomasa Arnolda, kiedy pisał „Legendy Archeonu. Nocne Słońca”, ale książka wspaniale pokazuje jedną rzecz, której bym się nie spodziewał spotkać w takiej powieści. Historia wielu krajów potrafi być w rzeczywistym świecie zmieniana na bieżąco i już nie raz pojawiły się próby jej zakłamania w różnych zakątkach świata. Czasem było to celowe działanie, kiedy indziej próba ochrony własnych obywateli, a więc działanie otulone w dobre chęci. Drugi tom „Legend Archeonu” pokazuje nieco wyolbrzymiony (choć z perspektywy postaci bardzo realny) problem manipulacji historią spowodowany przeróżnymi pobudkami. Być może miał to być jedynie wątek poboczny lub wręcz niezamierzony efekt, jednak warto go wypatrywać podczas lektury – aby zobaczyć, jak to może zadziałać w praktyce.

„Nikt nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio wybuchły tutaj jakieś zamieszki, więc w porównaniu do ziem targanych wojnami, gdzie mapy maluje się krwią, a granice wytycza ciałami poległych wojowników, przypadkowego obieżyświatowi El-Baal rzeczywiście mogło się kojarzyć z krainą szczęśliwości”.

Widać również, że autor coraz bardziej swobodnie porusza się w zawiłych zasadach, którymi rządzi się fantastyka. Nie ma problemów z odpowiednim prowadzeniem konkretnego wątku, wstawki dotyczące świata oraz mechaniki jego działania są bardzo naturalne. Opisy nie przytłaczają, ale również nie traktują ani okoliczności przyrody, ani wydarzeń po macoszemu. Niestety wciąż nie mogę ujrzeć w większości postaci czegoś więcej niż imienia. Hagan wyszedł dobrze – obecnie myśląc o nim, jako o głównym bohaterze całego drugiego tomu, jestem w stanie od razu podać jego charakterystykę. Co prawda cech szczególnych wyglądu oprócz wzrostu nie byłbym w stanie wymienić, jednak cechy charakteru i osobowości już jak najbardziej. Wiem, co czuję, myśląc o nim i jakie potrafi we mnie emocje wywołać. Niestety ciężko mi jest to samo powiedzieć o wielu innych postaciach, mimo że trafiają się wyjątki, takie jak Kobe (bardzo intrygująca kobieta).

Pewnym problemem może też być dość szybkie rozpoczynanie i kończenie konkretnego wątku. Thomas Arnold nie ma kompletnie żadnego problemu z poprowadzeniem danej akcji, jednak coś mi zgrzyta przy sytuacjach takich jak poznanie nowych postaci, rozpoczęcie wdrażania w życie planu czy innego wydarzenia, które… no… rozpoczyna się. Wiele razy wydawało mi się o wiele zbyt dynamiczne i być może potraktowane nieco po macoszemu, aby szybciej wejść już w fazę rozwinięcia, w której Thomas Arnold czuje się jak ryba w wodzie. Czasem to samo odczucie towarzyszyło mi przy rozwiązywaniu jakiegoś wątku – trochę za szybko, trochę zbyt płytko. Chociaż autor zdecydowanie nie szedł na łatwiznę i nie próbował naciągnąć wydarzeń do fabuły, którą wymyślił. Zapewne po prostu jest to kolejny etap, który trzeba sobie zwyczajnie wyrobić, pisząc. Być może w kolejnym tomie nie będę miał już na co marudzić.

Zakończeniem autor nie powalił na kolana, jak to zazwyczaj miał w zwyczaju robić, ale również nie zasmucił. Ładne otwarcie dla trzeciego tomu, które równie dobrze mogłoby być i zamknięciem całej historii. Ogólnie rzecz biorąc „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” są bardzo „równą” książką, co widać na każdym etapie. Nie ma sinusoidy, na której grzbietach spotkamy lepsze fragmenty, a w dolinach te o wiele gorsze. Do tego jednak Thomas Arnold już przyzwyczaił – zarówno w swoich thrillerach, jak i teraz, podczas jego przygody z literaturą fantastyczną. Chciałoby się, aby na większość autorów można było liczyć w takim samym stopniu, jak na Thomasa Arnolda. Tutaj nawet brak cliffhangera powodującego obgryzanie paznokci nie wywołuje uczucia zawiedzenia. Po prostu się wie, że następna część zostanie rozpoczęta w mniej więcej tym samym miejscu i dalej będzie można zagłębić się w świat tonący w Czerni.

„– Na Terenach Centralnych przyszło na świat dwadzieścia pokoleń Anxienów. Po tylu latach nie mówisz już o powrocie, Haganie. To byłaby ucieczka z Archeonu, który stał się naszym domem”.

Na parę słów zasługują również ilustracje, których autorem jest Franciszek Nieć. Idealnie pasują do klimatu, który stworzył autor w swojej powieści, więc szkoda, że mają jedną, główną wadę. Jest ich trochę za mało. Być może można to przekuć w coś pozytywnego, ponieważ kiedy już się całkowicie o nich zapomni, to znienacka pojawiają się w polu widzenia i ilustrują wydarzenia, o których aktualnie się czyta. Czarno-białe, proste, ale przekazujące absolutnie wszystko, co mają przekazać. Pamiętajcie, proszę, że żaden ze mnie znawca, więc przekazać mogę jedynie subiektywne odczucia na ten temat – a są one bardzo pozytywne. Ilustracje dobrze mi się zgrywają z treścią książki, dlatego żałuję, że nie ma ich więcej. Żywię również nadzieję, że autorowi uda się utrzymać współpracę z artystą.

Nie jest to powieść pozbawiona wad, fan fantastyki, który zjadł zęby na najbardziej znanych i podziwianych pozycjach może mieć pewne zastrzeżenia. Jednak ciężko odmówić Thomasowi Arnoldowi zarówno rozmachu, z jakim stworzył świat (oraz jak dobrze przybliża czytelnikowi jego szczegóły), jak i pomysłu na samą historię. Całe uniwersum wydaje się nie mieć końca tak jak pomysły autora. Nawet jeśli coś wydaje się powtórką z rozrywki, znaną z jakiegoś innego świata (a to wszak w literaturze fantastycznej wcale nie trudno) to nie czuje się, że jest to rozmrożony i odgrzany kotlet. Autor robi coraz większe postępy i o wiele lepiej czuje się w tych klimatach, co można poczuć na własnej skórze, kiedy sami nie zauważymy, gdzie nam czas ucieka. A ucieka cały czas na lekturze, którą szybko się zjada, nawet mimo jej grubości.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Thomasowi Arnoldowi!



niedziela, 6 października 2019

Z ekranu pod pióro #29 – „Joker”

Źródło: Filmweb

Tytuł: Joker
Reżyseria: Todd Philips
Premiera: 2019
Gatunek: dramat, kryminał, akcja


Już bardzo dawno ten cykl nie gościł na łamach mojego bloga. Zerknąłem na datę publikacji poprzedniego wpisu – listopad 2018. Pokrywa się ona z datą mojej ostatniej wizyty w kinie. To by oczywiście mogło wyjaśniać, jakim cudem przegapiłem ten wzrost cen biletów. Przyznam bez bicia, że mnie wbiło w fotel, kiedy zobaczyłem cenę 28 zł za bilet + 1,40 zł „opłaty serwisowe” (czy jakoś tak). Cóż no… Powiedziałem jednak sobie już parę miesięcy temu, że na Jokera muszę, po prostu muszę iść do kina. Zresztą moja ładniejsza połówka również była tego samego zdania, więc po prostu poszliśmy. W końcu i tak się tam pojawiamy raz na rok… Przynajmniej wiemy, że jeśli bardzo mocno na premierze nam nie zależy, to lepiej wypożyczyć film w dowolnym iTunes, Google Videos czy innym tego typu serwisie. Wracając jednak do samego „Jokera” – gdybym wiedział dokładnie, z czym się go je, to nie wahałbym się przed zakupem biletu ani chwili.

Dla Arthura życie jest jednocześnie proste i skomplikowane. Na co dzień pracuje jako klaun, rozbawiając dzieci oraz dorosłych do łez, a jednocześnie pragnie zostać komikiem i wystąpić w programie Murraya Franklina. Arthur jest też nieco niestabilny psychicznie – niedawno wyszedł z zakładu psychiatrycznego i regularnie odwiedza pomoc społeczną, gdzie otrzymuje pomoc w postaci rozmowy oraz kolejnych dawek leków. W jego życie co chwilę wplatają się jednak bardzo nieprzyjemne sytuacje, które w połączeniu z napiętą sytuacją w całym Gotham, dają początek czemuś o wiele większemu, czego nawet sam Arthur nie jest w stanie przewidzieć.

Gęsta i przytłaczająca atmosfera oraz depresyjny wydźwięk utrzymuje się od samego początku, aż do końca. „Joker” nie jest próbą przeniesienia na ekran jednej z istniejących już koncepcji początków jednego z najbardziej rozpoznawalnych przeciwnika Batmana. To jest zupełnie nowe podejście od tematu, które jednak łączy wiele wątków z dotychczas przedstawionych koncepcji. Film nie przedstawia Jokera jako początkującego, drobnego przestępcę, ale jako człowieka, który próbuje żyć normalnie, jednak społeczeństwo odciska na nim zbyt duże piętno, żeby był w stanie zachować stabilność psychiczną. To wspaniałe studium przypadku, w którym naprawdę trudno się doszukać czegoś zabawnego.

Joaquin Phoenix stanął na wysokości zadania i zaserwował mistrzowskie odegranie roli, w którą się wcielił. Ośmielę się nawet stwierdzić, że być może mamy tutaj kandydata do nominacji do Nagrody Akademii Filmowej. Czasem można było odnieść wrażenie, że niektórych scen nie da się zagrać – po prostu trzeba być tak pokrzywionym przez życie, aby w sposób realistyczny ukazać rodzące się szaleństwo u Arthura Flecka. Aktor podczas przygotowań do roli zrzucił około 23 kg (52 funty zgodnie z oficjalnymi informacjami), co – zgodnie ze słowami samego Phoenixa – przyczyniło się do pewnych zaburzeń nie tylko fizycznych:

„As it turns out, [extreme weight loss] impacts your psychology, and you really start to go mad when you lose that much weight in that amount of time, (...)”.

Sam film to piękne, ale i smutne, patchworkowe studium postaci Jokera – ukazanie jego historii w sposób zgoła inny od dwóch najbardziej popularnych teorii. Widać w niej jednak elementy zarówno pochodzące z „The Killing Joke”, jak i innych popularnych teorii, niekoniecznie zaliczanych do tych kanonicznych. Ogromny nacisk położony został również na przedstawienie obrazu Gotham jako spaczonego miasta, w którym rządzący oraz najbogatsi mieszkańcy za nic sobie mają to, jak żyją ludzie w najniższych warstwach i co się z nimi dzieje. Wszystko to, włącznie z podejściem społeczeństwa i wszystkich trzech władz znanych z podziału Monteskiusza, utworzyło to, czym jest Joker. Jak lubi mawiać moja ładniejsza połowa, „Joker to produkt społeczeństwa odtrąconego, niechcianego i niewysłuchanego, które w pewnym momencie nie ma już kompletnie nic do stracenia”.

Dodatkowe skupienie na postaci Arthura Flecka gwarantuje nam praca kamery – w zdecydowanej większości mamy do czynienia ze zbliżeniami oraz półzbliżeniami twarzy Joaquina Phoenixa i możemy podziwiać jego mimikę, zmieniającą się wraz z jego nastrojem. Dla kontrastu, sceny, w których twórcy chcieli skupić się na ukazaniu ogromnego problemu Gotham oraz tego, czymże jest taka jednostka jak przyszły Joker wobec przytłaczającego smutku wielkiego miasta, składają się z przeplatanych półzbliżeń z ujęciami z planu ogólnego. Nie trzeba mieć pojęcia czym się od drugiego różni, żeby poczuć moc wynikającą z takiego doboru planów w stosunku do przekazywanej treści. I jedno i drugie robi robotę oraz pokazuje, na czym dokładnie skupia się „Joker”. A skupia się właśnie na Jokerze.

Wszystko kręci się wokół Arthura Flecka do tego stopnia, że można nie zauważyć wręcz Roberta de Niro, który odgrywa rolę popularnego komika, którego główny bohater ogląda każdego dnia po pracy. Można również nie zauważyć znakomitej w roli matki Arthura Frances Conroy. Można nie zauważyć wielu aktorów oraz postaci przez nich granych, chociaż po dłuższym zastanowieniu się można dojść do wniosku, że bez nich ten film nie byłby taki dobry. Doskonale odegrali swoje role, jednak zostały bardzo mocno przyćmione przez Joaquina Phoenixa. Wydaje się jednak, że taki był w pewnym sensie cel Todda Philipsa, który całą pracę kamery skupiał na odtwórcy Jokera, a cała reszta miała być tłem oraz uzupełnieniem dla wielkiej potyczki pomiędzy Arthurem Fleckiem, oraz całym Gotham. Jakby miasto oraz biedny Arthur mieli stanąć do nierównej walki i być tą parą, która zagwarantuje widzom wspaniały, choć cichy pojedynek godzien najlepszych walk Hollywood.

Jest to przy okazji niewypowiedziane ostrzeżenie, które każdy powinien wziąć sobie do serca. Historia całej ludzkości zna niejeden przypadek, w którym zarówno pojedyncza, samotna osoba pozbawiona pomocy, jak i wystawiona na takie przeżycia, z jakimi zmierzył się filmowy Joker, doprowadziła do tragedii. Chociaż tutaj lepiej by było napisać, że to społeczeństwo doprowadziło do tragedii. Z drugiej strony mamy przeogromny moloch, jakim jest Gotham, powoli tonący w coraz większym chaosie i ciągnący w dół tę najbiedniejszą, niewysłuchaną warstwę społeczeństwa. Dwie godziny, które zaserwował nam Todd Philips, wystarczyły do ukazania jakimi torami mogą podążyć kostki domina walące cały dotychczasowy ład i porządek.

Idąc na seans, miałem duże oczekiwania. Wiedziałem o wygranej „Jokera” na 76. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Zdawałem sobie sprawę, jakie oceny uzyskuje na IMDb czy Rotten Tomatoes. Ciężko było oczekiwać czegoś innego niż genialnego show ukazującego historię jednego z najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterów. Otrzymałem dokładnie to, na co byłem przygotowany, a nawet więcej. Nie spodziewałem się pojedynku pomiędzy Jokerem a społeczeństwem i wielkim molochem, jakim jest Gotham. Nie spodziewałem się kompletnego zaburzenia wizerunku niektórych postaci, do tej pory uważanych za „tych dobrych” (chociaż DC lubi w ten sposób zaskakiwać). Nie spodziewałem się też wielu drobnych spraw, o których już nawet nie pamiętam. Jednak dzięki temu wyszedłem z kina o wiele bardziej zadowolony niż… się spodziewałem.

Łączna ocena: 9/10





Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

piątek, 4 października 2019

Co pod pióro w październiku 2019?

Kolejny miesiąc przed nami – cieszycie się, że czas tak zasuwa, jak nienormalny? Ja też się nie cieszę. Cóż jednak zrobić? Pozostaje cieszyć się następującymi po sobie miesiącami (a teraz ochłodzeniem, które w Toruniu połączone jest ze słońcem) i po prostu sięgać po następne tytuły do czytania! Swoją drogą wiecie, jak wspaniale jest iść wśród przyrody, kiedy słońce świeci prosto na Was, ale jednocześnie temperatura powietrza to jakieś 7 stopni Celsjusza? Coś pięknego! Szkoda, że to niedługo minie. Będę z tęsknotą wspominał takie poranne spacery. Jednak spacerował będę dalej oczywiście! Nie ma to jak dobry, półgodzinny spacer z samego rana.

Październik pewnie będzie bardzo zachęcał do siedzenia w domu (znając życie), więc pewnie uda się nieco więcej książek przeczytać. Wiadomo, wyjazdów i innych tego typu rzeczy się nie uniknie, temperatura na nie nie ma wpływu, ale te dni, które spędzę w domu, raczej nie będą mnie motywowały do wyjścia. Mimo wszystko klasycznie nie robię wielkich planów ani wielkich nadziei, bo nie ma to sensu. Czort jeden wie, jak to wszystko wyjdzie, więc lepiej nie szarżować za bardzo. Za to, jakie książki mam w planach! Już się nie mogę doczekać na samą myśl, aż po nie sięgnę!

Nie będę więc przedłużał i po prostu przejdę do prezentacji! Oczywiście okładki pochodzą – jak każdego miesiąca – z serwisu Lubimy Czytać.

„Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – Thomas Arnold

Tak, miało być we wrześniu, ale niestety się nie wyrobiłem… Kiedy książka do mnie przyszła był jeszcze co prawda tydzień na przeczytanie, jednak byłem jeszcze w trakcie „Przyczynowego Anioł” i nie chciałem przerywać (mógłbym wypaść z fabuły). Druga część nowego cyklu Thomasa Arnolda zaprezentowana więc zostanie w październiku! Spotkanie z Archeonem więc jest zapewne już w trakcie (ten post oczywiście powstał duuużo wcześniej).
„Co mówią zwłoki” – Sue Black

Tutaj mamy pozycję od wydawnictwa Feeria Science, kolejna na temat antropologii sądowej w mojej kolekcji. Podobno książka jest ogromnym ładunkiem nie tylko samej wiedzy, ale również humoru i anegdot. Mam nadzieję, że rzeczywistość okaże się taka jak obietnice, ale o tym przekonacie się ze mną za paręnaście dni!
„Włam się do mózgu” – Radosław Kotarski

Czy jest na sali ktoś, kto NIE kojarzy Radosława Kotarskiego, znanego między innymi z Polimatów oraz Wydawnictwa Altenberg? Nie? To doskonale! Co prawda ciężko pewnie mi będzie napisać jakąś opinię o tej książce, ale mam nadzieję, że jakoś mi się ta sztuka uda. Najbardziej jednak liczę na mnóstwo merytorycznej wiedzy, która pomoże mi w nauce – w końcu człowiek się powinien uczyć przez całe życie!
„Mock. Pojedynek” – Marek Krajewski

Jakiś kryminał by się przydał w tym zestawieniu, no nie? Skoro już zacząłem zbierać nową kolekcję, tym razem „Czarnego Kryminału”, to wypadałoby ją wreszcie zacząć. „Mock. Pojedynek” to pierwszy w kolejności w kolekcji, jednak ósmy w cyklu tom przygód Eberharda Mocka. Twórcy kolekcji postawili na kolejność chronologiczną (no, prawie), a więc zalecaną przez samego Marka Krajewskiego.



A jakie są Wasze plany na ten miesiąc? 😁