wtorek, 31 marca 2020

Wyniki konkursu z „Substancją czynną”!

Przyszła pora na ogłoszenie wyników konkursu, w którym do wygrania była „Substancja czynna”, najnowsza książka Thomasa Arnolda – tym razem jest to zbiór opowiadań osadzonych w aptekach i opowiadający o losach różnych pracowników. O wiele lżejszy niż to, do czego przywykli fani autora, ale wciąż czuć w nim Thomasa Arnolda. Jeśli chcecie zobaczyć, co sądzę o tej książce, to zapraszam do przeczytania opinii, która od wczoraj leży już na blogu! Serdecznie więc zapraszam, a tymczasem już więcej nie przedłużam – przejdźmy do najważniejszego tematu niniejszego wpisu. Do wyłonienia zwycięskiego komentarza!

Przede wszystkim dzięki wszystkim za zgłoszenia! Zarówno na blogu, jak i Facebooku oraz Instagramie! Łatwo nie było wybrać tę najbardziej przekonującą wypowiedź, ale udało się! Niniejszym więc ogłaszam, że „Substancja Czynna” powędruje do osoby, która zostawiła takie oto zgłoszenie:

„Grupa wyselekcjonowanych lekarzy zostaje wysłana wraz z tysiącem ludzi w kosmos, by z medycznego punktu widzenia nadzorować kolonizację planety A-9637/W. Każdy z lekarzy w trakcie lotu promem pełni dyżury przez określony czas. Tymczasem ktoś w wyszukany i jednocześnie brutalny sposób morduje przebywających w stanie hibernacji kolonizatorów. Czy misja ma szansę powodzenia? (takie połączenie fantastyki z sensacją)”.

Serdeczne gratulacje! Thomas Arnold skontaktuje ze szczęśliwą osobą w celu ustalenia formy przesyłki i tak dalej. Mi pozostaje życzyć wspaniałej lektury – ja już jestem po!

poniedziałek, 30 marca 2020

„Substancja czynna” – Thomas Arnold

„Substancja czynna” – Thomas Arnold
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Thomas Arnold
Tytuł: Substancja czynna
Wydawnictwo: Agencja Reklamowo — Wydawnicza VECTRA
Stron: 392
Data wydania: 6 marca 2020


Nie ma roku, w którym nie pojawiłaby się nowa książka Thomasa Arnolda – daleko mu z częstotliwością wydawania kolejnych powieści do Remigiusza Mroza, ale jakość co najmniej podobna! Tym razem autor w pewnym sensie zaskoczył, bo po raz pierwszy opublikował zbiór opowiadań. To dość niewdzięczna forma, która często lubi nie wyjść – zupełnie jak dobre ciasto. Człowiek się namęczy, a w efekcie dostaje zakalca. „Substancja czynna” została jednak przetestowana wcześniej, zanim padła decyzja o wydaniu w formie książki. Wylądowała bowiem w magazynie MGR.FARM, publikowana jako osobne opowiadania. Przeszła więc wstępną ocenę, jak się okazuję dobrą, a teraz udostępniana jest szerszej publiczności – w tym mnie. A ja jak zwykle jestem zachwycony!

W każdej aptece pracuje wiele osób na różnych stanowiskach – począwszy od stażysty, który dopiero uczy się wszystkiego, a zakończywszy na kierowniku, który ma największe kompetencje, ale i odpowiedzialność. Każde ze stanowisk wiąże się z innymi możliwościami, obowiązkami i przywilejami. Często można je wykorzystać do niecnych celów, czy to świadomie, czy też nie. Pięć różnych opowiadań to pięć różnych stanowisk i ich historie – czasem trochę mniej prawdziwe, a czasem trochę bardziej. Zawsze jednak nietypowe, trzymające w napięciu i jakże zwodniczo realistyczne. Wejdź więc do apteki, rozejrzyj się po ekspedycji, a potem zagłęb się w mroczne czeluście receptury oraz innych pomieszczeń tego tajemniczego przybytku…

Thomas Arnold, jak to Thomas Arnold, stanął na wysokości zadania. Na dodatek poradził sobie z formą opowiadania – co niestety nie jest łatwe. Często trudno pisarzom odpowiednio rozłożyć całą historię i ustalić dobrą dynamikę, żeby całość nie skończyła się ani za wcześnie, ani za szybko. W „Substancji czynnej” mamy łącznie pięć opowiadań i żaden z nich nie ma tych klasycznych, często występujących problemów. Chociaż nie są to też bardzo skomplikowane historie, więc w pewnym sensie autor miał trochę ułatwione zadanie – więcej bowiem w nich obyczajówek niż kryminałów. Zagadki oczywiście nie opuszczają żadnego z nich, ale nie każde kończy się (lub też ma w sobie) elementem zbrodni, przestępstwa czy innego czynu prawnie zabronionego. Moralnie tak, ale niekoniecznie prawnie.

Wszystkie opowiadania powstały początkowo dla magazynu MGR.FARM, który jest branżowym czasopismem farmaceutycznym. Można by więc sobie pomyśleć, że będą pełne branżowego żargonu, niekoniecznie zrozumiałego dla przeciętnego człowieka, za to niewymagającego wyjaśnień dla farmaceutów. Nie wiem jednak, czy jest to efekt dopieszczania opowiadań pod wydanie w formie książkowej, czy też zabieg poczyniony od samego początku, ale mnóstwo niezrozumiałych sformułowań zostało wyjaśnionych w sposób dość naturalny, jako część opisów. Dzięki temu możemy również zajrzeć za kulisy tego, jak działa apteka – jakie jest prawo farmaceutyczne, jakie pomieszczenia, czym się zajmują pracownicy oprócz sprzedaży leków i reszty asortymentu – innymi słowy to takie małe kompendium wiedzy o działalności apteki. 

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do dość bezkompromisowej narracji, jaką można spotkać w książkach Thomasa Arnolda, to możecie poczuć się nieco rozczarowani – lub po prostu spojrzeć na autora z innej strony. Ze względu na początkowe przeznaczenie opowiadań, nie mógł sobie pozwolić na jazdę po bandzie, więc powstały o wiele łagodniejsze historie. Nie są jednak w żadnym wypadku nudne. Czasem trochę brakowało dynamiki lub po prostu konkretny, opisywany przypadek nie był bardzo… interesujący, jednak od początku do końca autor mimo wszystko utrzymał poziom. Tam, gdzie tylko mógł, zamieszał oczywiście na swój sposób i stworzył falę przeskakujących podejrzeń lub zakręcił nimi tak, że łatwo było dostać kołowacizny i zaprzestać domyślania się, jak się to wszystko rozwiąże. Nawet w tych najbardziej delikatnych przypadkach.

Cóż mogę więcej napisać o „Substancji czynnej”? Dobre opowiadania, napisane przez dobrego autora. Inne niż jego dotychczasowa twórczość, ale równie interesujące. Można powiedzieć, że jest to idealna lektura na czas relaksu, podczas którego nie chce się sięgać po bardzo wymagającą lekturę – jako przerywnik pomiędzy wyżymającymi mózg zagadkami kryminalnymi i długimi oraz ciężkimi cyklami fantasy, te pięć opowiadań to idealny wybór. Zwłaszcza jeśli ktoś już polubił prozę Thomasa Arnolda – choć tym razem umiejscowioną na naszym polskim podwórku. Oczywiście czytelnikowi zazwyczaj nie robi to różnicy, jeśli jednak ktoś woli czytać o polskich realiach (w końcu w takich się zawodowo obracał Thomas Arnold), to może to być kolejna zachęta do sięgnięcia po tę książkę.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Thomasowi Arnoldowi!



sobota, 28 marca 2020

Z Netflixa pod pióro S02E05 – „Wataha” sezony 1-3

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Wataha
Twórca: HBO
Rok: 2014, 2017, 2019
Gatunek: sensacyjny, thriller


Tytuł „Wataha” obijał mi się o uszy już od dłuższego czasu – w końcu pierwszy sezon był w 2014 roku, więc nic dziwnego, że o nim słyszałem. Jakoś jednak nie było nam po drodze. Po części pewnie dlatego, że dopiero w tamtym roku wykupiłem sobie dostęp do HBO Go, a wcześniej nie miałem dostępu do HBO nawet w abonamencie telewizyjnym, a po części zapewne powody były jeszcze bardziej prozaiczne – inne seriale. A że nie konsumuję seriali w ilościach hurtowych, to cóż… Tak wyszło. Kiedy już jednak się wziąłem za „Watahę”, to szybko nie odpuściłem – co prawda klasycznie obejrzenie trzech sezonów zajęło mi kilka tygodni, ale nie żałuję ani minuty spędzonej z tym serialem. Nie jest idealny, ale jest naprawdę dobry. No i do tego polski!

Bieszczady obejmują przeogromny obszar sąsiadujący z Ukrainą, z której co chwilę przedostać się próbują nielegalni imigranci. Straż Graniczna ma ręce pełne roboty niemalże każdego dnia. Często w przerzutach palce maczają największe szychy zarówno polskiej, jak i ukraińskiej sceny gospodarczej i politycznej, więc może dojść do takich sytuacji, jak zamach bombowy, który przeżył tylko Wiktor Rebrow – reszta strażników zginęła. Kapitan Straży Granicznej próbuje więc rozgryźć tę zagadkę i dojść do tego, kto stoi za tym zamachem. Rozmiary toczonego śledztwa mogą jednak wpłynąć na jego przyszłe życie w bardzo negatywny sposób.

Jedną z najmocniejszych stron tego serialu są niewątpliwie postacie – większość z nich to mocno, konkretnie zarysowane osobowości, mające swoje przyzwyczajenia, wewnętrzne kodeksy i sposoby radzenia sobie z problemami. Prym wiedzie według mnie Łuczak, były strażnik, który jednocześnie jest przyjacielem Wiktora Rebrowa. Co ten człowiek wyprawia, to jest coś pięknego! Sprawia wrażenie trochę głupkowatego mieszkańca wschodnich rubieży, który mieszka na uboczu, to i owo wie, żyje tak, jak kiedyś się żyło na wsi, a tak naprawdę wiele wie na temat zarówno przeszłości tych okolic, jak i obecnych wydarzeń. Przy okazji jest prostolinijny, bezpośredni i ma dość prostacki, chociaż urokliwy rodzaj humoru! Naprawdę coś pięknego! Swoją drogą jakiś czas temu rozpływałem się nad tym, jak genialnie lektor przeczytał „Agonię” Pawła Kapusty – tak, to był Jacek Lenartowicz, odtwórca roli Łuczaka we własnej osobie!

Zdjęcia to kolejny powód, dla którego warto obejrzeć „Watahę”. Piękne panoramy połonin, ujęcia zamglonych lasów, rzeki San i całej tej przyrody, z której bezkresu słyną Bieszczady. Nawet sceny patroli czy pościgów wśród bieszczadzkich lasów ukazują piękno tych gór, zarówno w lecie, jak i podczas mroźnej zimy. Wrażenia robią dalekie plany, na których widać, jak maleńki jest człowiek w kontekście ogromu przestrzeni. No i jak trudno tak naprawdę zapanować Straży Granicznej nad takimi terenami i jak ogromnym wyzwaniem jest uszczelnianie granic. W końcu tamtędy można dość łatwo przerzucać narkotyki, ludzi czy też inne „towary” (tak, „towary”, bo przedmiotowe traktowanie nielegalnych imigrantów to jeden z głównych tematów serialu). Piękno połączone z niebezpieczeństwem.

Tutaj możemy przejść do kolejnej sprawy, która mnie urzekła, czyli właśnie tematyki. Wszystko w serialu kręci się wokół Straży Granicznej i jej pracy – zarówno wątek główny, czyli próba rozwikłania zagadki zamachu bombowego, w którym ginie cała tytułowa Wataha (czyli obsada strażnicy Straży Granicznej), jak i wszystkie poboczne, które dyktują w pewnym sensie tempo całości. Nie przypominam sobie żadnego innego serialu, który byłby poświęcony tym służbom oraz problemie nielegalnego przerzutu różnych substancji, przedmiotów i ludzie przez zielone granice. Twórcy serialu poruszyli chyba większość najbardziej popularnych i istniejących w ludzkiej świadomości problemów z tym związanych, łącznie z ukazaniem potencjalnej siatki sięgającej bardzo wysoko do ludzi, którzy na co dzień obracają się w bardzo ciekawych kręgach. Tutaj znowu prym wiedzie postać Kality, który pojawia się już na początku serialu i daje się poznać jako roztropny i konkretny mafioso o cechach pozwalających wtopić się w tłum.

Można mieć za to trochę zarzutów (zwłaszcza w pierwszym sezonie, kolejnych dwóch wydaje się to nie dotyczyć w takim stopniu) do dynamiki wydarzeń. Akcja jest raczej wolna, jakby kazała się delektować innymi aspektami serialu, chociaż czasem może to zniechęcić – zwłaszcza w pierwszych kilku odcinkach. Z drugiej jednak strony pierwszy sezon był kręcony w 2014 roku, więc mimo wszystko były to nieco inne czasy (choć odległe jedynie o sześć lat), z nieco innym podejściem do kręcenia seriali. Na całe szczęście kolejne sezony tego problemu już nie mają – a zwłaszcza trzeci, który dostał wręcz jakiegoś turbodoładowania i naprawdę dużo się dzieje. Dużo i szybko. No, przynajmniej widz się nie zgubi w śledzeniu tego, co się dzieje na ekranie. Drugi sezon ma też dość denerwującą mnie osobiście tendencję do tworzenia dziur logicznych tylko po to, żeby je zaraz zasypać. W efekcie wszystko jest wyjaśnione i ma ręce oraz nogi, ale przez chwilę ma się pewien niesmak. Na całe szczęście i tutaj twórcy zmienili to podejście w trzecim – przeze mnie uważanym za najlepszy – sezonie.

Cóż, po obejrzeniu wszystkich trzech sezonów „Watahy” wcale się nie dziwię, dlaczego jest taki bum na ten serial – no i czemu wszyscy wokół się jarali tym, że pojawił się trzeci sezon. Z odcinka na odcinek coraz lepszy, a wiele niedociągnięć jest eliminowanych po drodze. Mega klimat, świetne postacie, które będę pamiętał przez długi czas, no i nietypowa problematyka. Przy okazji serial ten udowodnił, że można w Polsce robić produkcje dotyczące nietypowych lub ciężkich tematów, dotykających najwyższych szczebli władz, bez ciągłego rzucania mięchem i strzelania do siebie nawzajem przez cały czas. Można stworzyć obraz budujący napięcie, kręcący się wokół skomplikowanych akcji oraz lawirowaniu między przemocą a dyplomacją. Można, tylko trzeba chcieć. A jak już się komuś zachce, to można z tego zrobić coś, o czym będą mówić dziesiątki tysięcy widzów.

Łączna ocena: 8/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

czwartek, 26 marca 2020

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Abbie Greaves
Tytuł: Ciche dni
Wydawnictwo: MUZA
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Stron: 320
Data wydania: 15 kwietnia 2020


Na co dzień nie czytam takich książek jak „Ciche dni” – o życiu, małżeństwie, miłości i tragedii, jaka może dotknąć zwykłych ludzi. Opis zaserwowany przez Wydawnictwo MUZA zachęcił mnie jednak nutką tajemnicy, która sugeruje niezwykłe i zapewne traumatyczne przeżycia, które doprowadziły małżeństwo do stanu, w którym ich poznajemy. No i przy okazji jest to debiut Abbie Greaves, a ja bardzo lubię debiuty! Książka ostatecznie okazała się nieco inna, niż się spodziewałem, ale wyjątkowo nie stanowi to problemu. Czemu? Ano temu, że jest zadziwiająco przyciągająca i to pomimo (albo dzięki) tematyki, która nie jest tą, po którą sięgam na co dzień. Czasem jednak warto sięgnąć po książki w stylu „Cichych dni”. Zwłaszcza jeśli są napisane tak jak debiut Abbie Greaves.

Maggie i Frank są małżeństwem już czterdzieści lat. To bardzo długi czas, który pozwala ludziom poznać się na wylot. Tak by się w każdym razie mogło wydawać. Gdy Frank milknie i przestaje się odzywać do swojej żony, jeszcze nic nie zwiastuje tragedii. Jednak kiedy uporczywe milczenie przy zachowaniu normalności w pozostałej części codziennego życia przeciąga się do prawie sześciu miesięcy, dla Maggie jest to już o wiele za dużo. Zwłaszcza że Frank nigdy nie wyjawił swojej żonie powodów tego braku słów. Po tragicznych wydarzeniach, których jest świadkiem we własnej kuchni po pół roku milczenia, być może zmieni zdanie – ma czas wyjawić swoje tajemnice, dopóki Maggie jest w śpiączce.

Przede wszystkim jest to bardzo udany debiut. Ciężko mi zarzucić tej książce cokolwiek, zwłaszcza że przyciągnęła do siebie nawet mnie – osobę, która raczej męczy się, czytając historię małżeństwa, śledząc ich problemy i bolączki. Czy też mówiąc bardziej bezpośrednio – czytając historię miłości. Romanse to kompletnie nie moja bajka, obyczajówki od czasu do czasu lubię przeczytać dla rozluźnienia (byle tylko nie miały zbyt dużej liczby wątków miłosnych). Może się więc wydawać, że „Ciche dni” mnie odrzucą i nie uznam ich za wartościowe, a czas spędzony przy nich potraktuję jako czas stracony. Jednak nic z tych rzeczy, bo jest to naprawdę dobry i wyważony debiut.

Historia opowiadana przez Abbie Greaves to historia małżeństwa z wieloletnich stażem – czterdzieści lat razem to liczba, która robi wrażenie. Frank i Maggie są szczęśliwi, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jak się jednak okazuje, każde z nich skrywa swoje tajemnice, o których to drugie nie wie. Są to na pierwszy rzut oka raczej niegroźne (w większości przypadków) sekrety, które nie powinny wpływać na ich codzienne życie. Gdyby jednak tak było, to ta książka by nie powstała. Okazuje się bowiem, że każde z tych maleństw dolewało kolejną kroplę do czary, która w pewnym momencie musiała się przelać. Powieść sugeruje, że można było tego uniknąć, gdyby tylko nie zawiodła rzecz, która we współczesnych czasach zawodzi niezwykle często – komunikacja.

Zadziwiające jest, jak autorce udało się z banalnych wręcz rzeczy stworzyć atmosferę nie tylko emocji, ale i tajemnicy. To jest naprawdę fascynujące, w jaki sposób wykorzystała dość trywialne problemy, z którymi każdego dnia na całym świecie spotyka się mnóstwo związków, do zbudowania historii prowadzącej do tragedii – i to ogromnej, bo ocierającej się o śmierć. Początkowo nie spodziewałem się ani takiego obrotu spraw, ani tym bardziej wywleczenia na światło dzienne takich problemów. Wyolbrzymienia, przerost formy nad treścią, chwytające za serce przejaskrawienia – to były rzeczy, które przebiegały mi przez myśl, kiedy zostawiałem za sobą kolejne strony „Cichych dni”. W końcu to dość popularne rozwiązanie do grania na uczuciach i emocjach czytelnika. Tymczasem opisana przez autorkę historia naprawdę może być historią kogoś z nas – no, może z kilkoma drobnymi wyjątkami. Prosta, banalna, ale jednocześnie jakże złożona dla naszej emocjonalności.

Czy polecę tę książkę? Zdecydowanie tak. W pewnym sensie jest to dobra rekomendacja sama w sobie, bo w większości przeczytanych przeze mnie powieści tego pokroju nie widziałem absolutnie żadnej wartości. Jedynie prostą rozrywkę, która fundowała parę ckliwych momentów i to tylko jeśli ktoś był bardzo podany na emocjonalną manipulację. Tutaj widzę mądrze zbudowaną historię, podaną na talerzu razem ze wzbudzającymi emocje momentami oraz przyprawioną szczyptą napięcia. Czy można byłoby w niej coś poprawić? Z pewnością – co najmniej kilka lekko gryzących się z pospolitością wydarzeń czy nieco bardziej stabilne tempo akcji. Jednak patrząc na „Ciche dni” przez pryzmat debiutu, to jest to naprawdę bardzo udana książka. Fani gatunku powinni być zachwyceni.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



sobota, 21 marca 2020

KONKURS z „Substancją czynną”!

Już od praktycznie dwóch tygodni możecie kupić najnowszą książkę Thomasa Arnolda, pod tytułem „Substancja czynna”! Jest to zbiór opowiadań, początkowo wydany w magazynie „MGR.FARM”, który po pewnym czasie przeniósł się na papier książki. Oczywiście wydany został przez Wydawnictwo Vectra, jak prawie cały dorobek literacki autora, i dołącza do całego, sporego już grona tytułów, które wyszły spod pióra pisarza z województwa śląskiego. Tym razem mamy odrobinę inny klimat – co prawda są to sprawy okołokryminalne, jednak osadzone w środowisku farmaceutycznym, tak dla odmiany! Jeśli chcecie zdobyć tę książkę całkiem za darmo (no, może jedynie za odrobinę kreatywności), to czytajcie dalej!

Do wygrania jest

📖 „Substancja czynna” – Thomas Arnold

Co należy zrobić, aby zdobyć książkę?⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

1️⃣ Napisz w komentarzu, w jakim środowisku medycznym (pielęgniarki? anestezjolodzy? szpital zakaźny? stomatolodzy? coś totalnie innego?) osadzoną książkę chętnie byś przeczytał/przeczytała (nie musi to być wcale kryminał!) – możesz również dopisać dlaczego akurat w takim, choć nie jest to konieczne. 😀

Zachęcam oczywiście do polubienia profilu Thomasa Arnolda na Instagramie oraz/lub Facebooku (choć nie jest to warunek wzięcia udziału w konkursie)!

To wszystko! Po zakończeniu zgłoszeń wybiorę komentarze, które najbardziej do mnie przemawiają i wyniki oczywiście ogłoszę na blogu maksymalnie trzy dni po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. UWAGA! Konkurs jest również prowadzony na Facebooku oraz na blogu, zgłoszenia z WSZYSTKICH platform trafiają do jednej puli! Powodzenia!

📅 Konkurs trwa OD 21.03.2019 do 28.03.2020 (godz. 23:59)!
🌍 Wysyłka nagród TYLKO na terenie Polski!
🔒 Biorąc udział w rozdaniu wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych niezbędnych do wysyłki. Dane te nie będą przetwarzane przeze mnie, profil/adres e-mail zwycięzcy zostanie przekazany Fundatorowi nagrody, czyli Thomasowi Arnoldowi, który skontaktuje się ze zwycięzcą w celu uzyskania danych do wysyłki nagrody.

wtorek, 17 marca 2020

„Za horyzont” – Andriej Diakow

„Za horyzont” – Andriej Diakow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andriej Diakow
Tytuł: Za horyzont
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 466
Data wydania: 9 października 2013


Andrieja Diakowa czytam już trzeci miesiąc z rzędu – oczywiście za każdym razem jest to kolejna część jego trylogii „Cienie Post-Petersburga”. Jestem za każdym razem pod coraz większym wrażeniem, jak prosto, ale we wciągający sposób można wyjść z podziemi i stworzyć historię opartą o szkielet Uniwersum Metro 2033, jednak poza betonowymi tunelami jakiegokolwiek metra. To już ostatnia taka przygoda w wykonaniu tego autora, więc trochę jest mi szkoda – zżyłem się bowiem z tymi świetnie wykreowanymi bohaterami oraz niecodziennymi relacjami między nimi, no i z samym klimatem świata przedstawionego przez Andrieja Diakowa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki trzeciej części naszła mnie jeszcze większa ochota na eksplorację nieodkrytych przeze mnie jeszcze zakątków postapokaliptycznego świata zapoczątkowanego przez autora trylogii „Metra”!

Imperium Wegan rozpoczęło swoją ekspansję w tunelach, a robi to w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób – za pomocą krwi i mięsa. Oczywiście nie swojego. Taran z pewnością mógłby pomóc primorskim w odparciu odwiecznego wroga, jednak jego informacje dotyczące tajemniczego projektu badawczego pcha go na wschód – daleko poza metro i jego sprawy. Gleb nawet przez chwilę nie pomyślałby parę lat temu, że wyjdzie poza w miarę bezpieczny obręb tuneli – tymczasem jednak rusza z przybranym ojcem oraz grupą sprawdzonych w boju towarzyszy o wiele dalej, niż tylko na powierzchnię. Rusza do Władywostoku, oddalonego o jakieś 9 000 kilometrów od jego obecnego domu.

„Kiedy rozsądek przegrywa z emocjami, żadne słowa pociechy nie mają sensu. A litość boli jeszcze bardziej. W takich sytuacjach pomaga tylko złość. To właśnie ona dodaje sił, by pokonać chandrę i przygnębienie. Klin klinem”.

Jeśli spodobała Wam się poprzednia część, „W mrok”, to z pewnością będziecie oczarowani ostatnim tomem trylogii. W każdym razie przynajmniej od strony umiejscowienia akcji – a dokładniej ciągłej zmiany tego miejsca. Andriej Diakow miał sporo pomysłów, na co mogą natrafić Taran z ekipą w trakcie swojej ekspedycji. Nie mogło oczywiście zabraknąć innych ludzi napotykanych po drodze (to w sumie dość oczywiste, jednak nie zdradzę Wam, jacy to byli ludzie i w jakich okolicznościach spotkani!), jak i kompletnie „nowych” i niespotykanych nigdzie indziej mutantów! „Za horyzont” kipi wręcz nowościami i bardzo mocno dmucha świeżością w stęchłe korytarze metra.

W zwieńczeniu Cieni Post-Petersburga mamy też o wiele mniej walki z własnymi lękami oraz ogólnie pojętą psychiką, a o wiele więcej konkretnej akcji. Strzelaniny, ucieczki, próby poradzenia sobie ze skrajnie niebezpiecznymi sytuacjami (chociaż nie tylko w formie walki) dają wrażenie grania w całkiem niezłego RPG-a. Może i daleko tej powieści do klasyków gatunku, które porywają i powodują, że czytelnik przepada bez śladu, ale na pewno jest warta czasu przeznaczonego na przeczytanie. Zwłaszcza że wizualizacja miejsc, przez które przedziera się Taran ze swoją ekspedycją, dają duże pole do popisu dla wyobraźni. Aż jestem mega ciekaw, jak wyglądałyby niektóre z miejsc przedstawione przez różnych czytelników! To mogłoby się nadawać na jakąś wystawę!

„Człowiek przez całą swoją historię najlepiej nauczył się tworzyć broń. Reszta to takie tam, poboczne odkrycia...”

Rozwiązanie całej historii jest zupełnie inne, niż się spodziewałem. W pewnym sensie łączy w sobie kilka możliwości, które rozważałem wraz z pochłanianiem kolejnych stron, jednak nie poszło w żadną konkretną stronę. Jest jakby wypadkową wszystkich możliwości, które były przeze mnie brane pod uwagę i robi sens, serio. Wydaje mi się, że Andriej Diakow wybrał dość bezpieczne, ale sensowne zakończenie – takie, które pozostawia po sobie pozytywne wspomnienia. Przy okazji autor zostawił otwarcie dla potencjalnej kontynuacji lub crossa – jeszcze co prawda nie sprawdzałem, czy ktoś (sam autor lub inny pisarz) skorzystał z tej okazji, więc po prostu po cichu mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam, chociaż część postaci, z którymi przeżyłem całkiem przyjemne trzy tomy.

Bardzo fajne zakończenie, z jednej strony utrzymane w klimacie poprzednich dwóch tomów, a z drugiej pokazujące, że świat Metra nie musi się skupiać jedynie na betonowych tunelach, ciągłym strachu o następny dzień i intrygach poszczególnych stacji. To może być też cały świat otwarty na eksplorację i posiadający zupełnie inne zagrożenia! Szczerze powiedziawszy, chętnie bym przeczytał więcej książek, które osadzają bohaterów w takiej scenerii. Ekspedycji, odkrywania na nowo świata i tej niepewności, co się za chwil stanie przy jednoczesnym zachowaniu pewnej przewidywalności samego życia. No i przy okazji przydaliby się tacy bohaterowie jak w całej trylogii Andrieja Diakowa. Duet Tarana i Gleba przez wszystkie trzy książki robił niezłą robotę, a ekipa z każdym kolejnym tomem powiększała się o coraz ciekawsze indywidua. Trochę mi będzie żal rozstawać się z nimi oraz z ich szalonymi pomysłami.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Cienie Post-Petersburga”

środa, 11 marca 2020

[PREMIERA] „Podstęp” – Maria Adolfsson

„Podstęp” – Maria Adolfsson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Maria Adolfsson
Tytuł: Podstęp
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Agata Teperek
Stron: 480
Data wydania: 11 marca 2020


Kryminały skandynawskie kojarzą mi się głównie z takimi wydawnictwami jak Smak Słowa czy Wydawnictwo Dolnośląskie – oba znane z wydawania historii Harry’ego Hole’a czy Williama Wistinga. Tymczasem Wydawnictwo W.A.B. należące do Grupy Wydawniczej Foksal zaskoczyło mnie propozycją zrecenzowania książki napisanej przez szwedzką pisarkę, Marię Adolfsson. Z kryminałami skandynawskimi mam ogólnie rzecz biorąc bardzo dobre skojarzenia – wszystkie kojarzą mi się z duszną, ale dobrą literaturą, jakże odmienną od klasyki czy współczesnych tytułów należących do zachodnich lub naszym rodzimych autorów.

Życie w Doggerlandzie płynie spokojnie, a policja zazwyczaj nie ma zbyt wiele do roboty. Turystyczny kraj wyspiarski nie jest zbyt skomplikowany, tak samo jego społeczeństwo – rozboje, morderstwa w afekcie oraz inne tego typu przestępstwa bardzo szybko udaje się rozwiązać. Zupełnie inaczej wygląda sprawa morderstwa – bo co do tego, że było to morderstwo, nikt nie ma wątpliwości – byłej żony naczelnika wydziału kryminalnego. Dla Karen Eiken Hornby nie jest to dobra wiadomość z dwóch powodów. Nie dość, że ofiarą jest była żona jej szefa, to na dodatek to ona przejmuje chwilowo władze nad całym wydziałem, a na dodatek musi poprowadzić śledztwo. Jak się dobrze domyśla, będzie to bardzo nieprzyjemne i głębokie kopanie…

Na wstępie warto zaznaczyć, że określane mianem „fikcyjnych”, wyspy zwane Doggerland wcale nie są takie fikcyjne. Ba! Był nawet zamieszkały przez ludzi, chociaż jeszcze w okresie kamienia. Istniał w czasach zlodowacenia północnopolskiego, które skończyło się kilkanaście tysięcy lat temu. Doggerland łączył Wielką Brytanię z kontynentem europejskim, co obecnie można określić jako połączenie wysp brytyjskich z wybrzeżami Holandii, Danii oraz Niemiec. W książce napisanej przez Marię Adolfsson jest to jednak archipelag wysp, których główną gałęzią gospodarki wydaje się turystyka. Właśnie po jednym z festiwali, które między innymi nastawione są na zdarcie z turystów dużej ilości pieniędzy, dochodzi do odnalezienia zwłok byłej żony naczelnika wydziału kryminalnego. Nie zapowiada to dla policji niczego dobrego…

Od samego początku czuć, że to bardzo… skandynawski klimat. Jeśli czytaliście dowolnych pisarzy z tamtych rejonów geograficznych, to pewnie kojarzycie te mocno skupiające się na opisach wszystkiego fragmenty, które z jednej strony przedstawiają wszystko w jak największej liczbie szczegółów, ale z drugiej ciążą i trochę odpychają. „Podstęp” jest dokładnie taki – o wiele więcej jest skupiania się na historii, wyglądzie ludzi, miejsc oraz sytuacji politycznej czy gospodarczej kraju, w którym rozgrywa się akcja, niż na samej akcji. W pewnym sensie jest też wiele elementów obyczajowych z wyciąganiem na wierzch brudów wielu rodzin włącznie. Jeśli tego nie lubicie, to uważajcie na tę książkę. Jeśli jednak to jest coś, co Was przyciąga, to na pewno będziecie usatysfakcjonowani.

Cała akcja oczywiście posuwa się w związku z tym bardzo ślamazarnie. Około dwusetnej strony wciąż tak naprawdę jesteśmy niemalże w tym samym miejscu, w którym byliśmy na samym początku. W zamian za to poznajemy jednak Doggerland wraz z jego pięknem oraz charakterystyką mieszkańców razem z podziałem na poszczególne wyspy. Nurkujemy w przeszłości głównych postaci, które skrywają niejedną tajemnicę, oraz poznajemy różne grzeszki wielu rodzin zamieszkujących wyspy od wielu pokoleń. To wszystko jest oczywiście niezmiernie ciekawe, to trzeba przyznać, chociaż mocno stopuje to, co jest najważniejsze – śledztwo. Zanim się dojdzie do czegokolwiek konkretnego, trzeba niestety przebrnąć przez tonę słów, które skądinąd naprawdę ciekawe, to jednak w wielu przypadkach nie wnoszą zbyt wiele do książki.

To jednak mam wrażenie charakterystyczny styl Marii Adolfsson. Widać, że lubi pisać i trzeba przyznać, że również umie. Takie długie opisy oraz ciągłe odchodzenie w wiele różnych pobocznych wątków może się podobać lub nie, jednak nie można jej zarzucić braku warsztatu. Wszystkie te elementy są bowiem bardzo spójne i nie są oderwane od siebie. Nie odniosłem ani razu wrażenia, że autorka skacze pomiędzy wątkami i wsadza coś na siłę. Mimo tego, że „Podstęp” jest zbudowany na dygresji, to jest to jednak dygresja skrupulatnie zaplanowana. Ja jestem akurat z osób, którym takie rozjazdy we wszystkie strony nie przeszkadzają, pod warunkiem, że są to właśnie sensowne rozjazdy, jak w tym przypadku. No i przy okazji czasem miło jest poczytać o pięknie natury, prawda?

Zakończenie jednak daje naprawdę niezły rollercoaster. No dobra, może trochę przesadziłem, bo nie ma nagłego rzucania czytelnikiem we wszystkie strony, ale rozwiązanie jest dość zaskakujące, wręcz kompletnie nieprzewidywalne. Nawet w najbardziej śmiałych rozmyślaniach nie przeleciał mi przez głowę taki scenariusz. Dość interesująco zostały również rozwiązane niektóre poboczne wątki, sugerując, że w kolejnej części może się dziać dużo ciekawych rzeczy – chociaż jeszcze bardziej skupiających się na życiu prywatnym komisarz kryminalej. W pewnym sensie jest to również jeden z głównych powodów, dla których chętnie sięgne po kolejny tom. Być może będzie nie tylko uspokajający swoją swoistą monotonią, ale również nieco bardziej… intrygancki.

Na pewno jest bardzo… charakterystyczna książka, której styl łatwo da się rozpoznać. Spójna z innymi skandynawskimi kryminałami, jednak nasycona o wiele mocniej niż one elementami pobocznymi, obyczajowymi, socjologicznymi oraz mieszająca się o wiele bardziej w prywatne życie śledczych. Wolno płynąca historia, tocząca się prosto przed siebie niczym czołg, brak nagłych zwrotów czy innych fabularnych wygibasów gwarantuje spokój ducha – jednak może też zirytować, w zależności czego się oczekuje od kryminału. Na pewno jednak jest dopracowana, a wiele motywów, które sięgają historycznie kilkadziesiąt lat do tyłu, zostało przemyślanych i odpowiednio zaplanowanych. Jedyne co mi przychodzi do głowy jako porównanie to stare Volvo V70 w wersjach z końca lat 90. XX wieku – proste, być może wręcz kanciaste, ale bezpieczne i wygodne.

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



wtorek, 10 marca 2020

Bardzo chcę! #67 – Ryan North „Jak wynaleźć wszystko”

Ryan North „Jak wynaleźć wszystko”
Źródło: Lubimy Czytać
Dużo tych książek popularnonaukowych u mnie ostatnio, co nie? Zaczynam je masowo konsumować dzięki audiobookom, ale mimo wszystko szybciej przybywają, niż nadążam z ich pochłanianiem! Zwłaszcza że, tak czy siak, jestem ograniczony zasobami dostępnymi w ramach abonamentu Empik Go. W końcu skoro i tak płacę te cztery dychy co miesiąc i mam jeszcze czego słuchać, to po co dodatkowo wydawać kasę na osobne audiobooki? Warto jednak sobie zaznaczać te tytuły, które fajnie by było kiedyś przeczytać lub przesłuchać. Jednym z nich jest właśnie „Jak wynaleźć wszystko”, na który natknąłem się, w sumie pamiętam, kiedy i gdzie – jak dobrze, że istnieją takie serwisy jak Lubimy Czytać i GoodReads!

Zgodnie z opisem, książka ta to swoisty podręcznik budowy cywilizacji, że tak to przewrotnie ujmę. Trochę ludziom zajęło dojście do tego, co obecnie wiedzą – wiele wynalazków, bez których nie wyobrażamy sobie życia, wpadło w ręce ich wynalazców często całkowitym przypadkiem. Czemu więc nie napisać czegoś, co w razie czego będzie zawierało przepisy na najważniejsze rzeczy, bez których cofniemy się do krzesania ognia kamieniami lub patykami? Cóż, brzmi to bardzo kusząco, nie sądzicie? Spójrzmy jednak na to, jakimi słowami opisuje tę książkę samo Wydawnictwo Prószyński i S-ka:

„Najzabawniejszy poradnik dla zagubionych podróżników! 
Jak można zmieścić całą wiedzę ludzkości w jednej książce? Z pozoru wydaje się to niemożliwe, jednak wszystko stanie się jasne, jeśli dodamy, że tą książką jest poradnik dla podróżujących w czasie, którzy bezpowrotnie utknęli w odległej przeszłości. Skoro nie można wrócić do teraźniejszości, trzeba samemu wynaleźć wszystko, czego nam potrzeba! 
Książka zawiera wiedzę o nauce, inżynierii, sztuce, wszystkie fakty i liczby, które pozwalają człowiekowi bez żadnego wcześniejszego przygotowania zbudować od podstaw całą cywilizację. Stworzenie cywilizacji zajęło ludzkości mnóstwo czasu, jednak z tym poradnikiem, można to zrobić naprawdę szybko. Nie trzeba przez setki tysięcy lat tkwić w ciemnościach, by stworzyć język, zacząć hodować kozy, ani cierpliwie czekać, aż rozwój techniki pozwoli na wytwarzanie układów scalonych do komputera. Można wynaleźć to wszystko w jeden wieczór. A przy okazji doskonale się bawić!”

Zainteresowani?


niedziela, 8 marca 2020

[PREMIERA] „Płacz” – Marta Kisiel

„Płacz” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Płacz
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 316
Data wydania: 11 marca 2020


Marty Kisiel nie trzeba przedstawiać fanom Wydawnictwa Uroboros – a ci, którzy jeszcze jej nie znają, powinni nadrobić to jak najszybciej! Jej książki, mimo że kwalifikowane do literatury fantastycznej, są w stanie porwać każdego, łącznie z wrogami tej odmiany gatunkowej. Chyba najbardziej znaną postacią z jej książek jest Małe Licho, które przewija się przez wiele książek ałtorki. „Płacz” jest jednak częścią innego, przeznaczonego dla nieco bardziej dojrzałych czytelników „Cyklu wrocławskiego”. Poprzednie dwie części – „Toń” oraz „Nomen omen” – dały się poznać jako o wiele dojrzalsze, jednak wciąż pełne tego humoru, który doskonale znany jest fanom kiślowersum. „Płacz” utrzymuje się w tych samych klimatach, choć ma też coś nowego – grę na emocjach.

Piękne, choć niewielkie Góry Sowie potrafią być bardzo urokliwe i zapewniają niesamowite widoki. Siostry Stern jednak nie do końca chcą być pochłonięte kontemplowaniem przyrody. Ich umysły męczy wiele rzeczy – pewne zaginięcie sprzed kilku lat, które jest niezwykle intrygujące oraz przede wszystkim chęć niesienia pomocy. Nawet jeśli wcześniej trzy nierozerwalne siostry jednak się rozdzieliły. Rodzina powinna trzymać się razem, w przeciwnym wypadku może się to skończyć źle dla któregoś jej członka. Zwłaszcza jeśli przeszłość chowa się bardzo głęboko za płaszczem tajemnicy i niepewności.

Klasyczna Dżusi to po prostu klasyczna Dżusi! Wszędzie jej pełno, kocha szpilki, dobre obrania, no i Karolka (byle nie titkował jej za często). A Karolka kocha też Niedaś, bo Karolek karmi Niedasia. Wszystkiemu przyglądają się dwie siostry Bolesne, a Klara patrzy na to wszystko z boku. Prawda, że coś to przypomina? Tak, poprzedni tom „Cyklu wrocławskiego”. Marta Kisiel szybko posadziła mnie na tym samym fotelu, puszczając ten sam, bardzo przyjemny obraz. Nie certoliła się w żadne przydługawe wstępy, tylko od razu rzuciła na pożarcie starym, dobrym, sprawdzonym postaciom. Dla mnie oczywiście bomba, bo trochę się już stęskniłem za klimatem, jaki panuje przy Alei Lipowej 5 we Wrocławiu!

Wiecie, gdzie bym chętnie zobaczył „Płacz”? Na wielkim ekranie. Serio – niektóre sceny są tak bardzo filmogenne, że aż głowa mała. Zwłaszcza te momenty, w których Marta Kisiel postanowiła grać na emocjach czytelnika i wywołać u niego coś więcej niż tylko śmiech wywołany jej charakterystycznym poczuciem humoru. Smutek. Żal. Zagrożenie. Zaduma. Przy okazji wiele następujących po sobie scen wygląda jak właśnie przygotowane pod ekranizację – błyskawiczne przebitki z wydarzeniami dziejącymi się równolegle, do tego lekka mieszanina czasów w postaci czegoś, co można nazwać retrospekcjami, no po prostu wszystko krzyczy „zróbcie film, zróbcie film!”.

Ta powieść jest też w pewnym sensie jeszcze bardziej poważna niż poprzednie dwie. Być może trochę za to odpowiada tematyka, którą wybrała Marta Kisiel, wynikająca niejako ze scenerii, w której umieściła swoją historię. A sama sceneria też potrafi rozbudzić emocje – ciężko się bowiem oprzeć urokowi Gór Sowich oraz małemu miasteczku, tak barwnie opisywanemu przez Martę Kisiel w książce! No i przy okazji mamy też trochę więcej wyjaśnień dotyczących zarówno wydarzeń z wcześniejszych tomów, jak i wyjaśnień dotyczących niektórych z postaci. Nie będę jednak wyjaśniał, których dokładnie, aby nie zepsuć zabawy z poprzednimi książkami tym osobom, które jeszcze nie zapoznały się ani z „Toń”, ani „Nomen Omen”.

Jak widać, jest to bardzo udana kontynuacja historii siostr Stern oraz sióstr Bolesnych. Być może nieco bardziej poważny wydźwięk może rezonować z ogromem humoru, który kojarzony jest z powieściami Marty Kisiel, ale Dżusi z Karolkiem potrafią mimo wszystko wpompować w człowieka tyle radości i wywołać u niego tyle śmiechu, że równowaga zostaje zachowana! Jakość oczywiście na wysokim poziomie. Oraz rzecz jasna po raz kolejny mamy do czynienia z walorem edukacyjnym, przedstawiającym mały wycinek historii miejsca, w którym została osadzona akcja. Aż się człowiekowi zachciewa samemu odwiedzić miejsca wymienione w „Płaczu”! Tak, wszystkie. Czemu potwierdziłem Wasze niezadane na głos pytanie? Przeczytajcie koniecznie, to się z pewnością dowiecie!

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 4 marca 2020

Co pod pióro w marcu 2020?

Luty był szybki, no nie? I to nawet pomimo tego, że skubaniec miał o jeden dzień więcej niż zazwyczaj! W sumie to tak zawsze jest, że grudzień mija szybko, potem się styczeń odrobinę wlecze (bo powrót do rzeczywistości po dużej ilości wolnego), luty robi cyk! i wjeżdża dopiero w miarę normalny marzec. Teraz tylko wyglądać świąt, potem wakacji i zanim się obejrzymy, znowu będziemy mieli choinki w domach i tak dalej. Dość… przygnębiająca w pewnym sensie perspektywa, no nie? No bo wiecie, tak ten czas zasuwa, a wszystkie przyjemności przemijają. Zostają wspomnienia, a i owszem, ale jakoś tak… Jak z książką dobrą. Bosko się czytało, jeszcze się coś z niej pamięta, ale już kolejna czeka na swoją kolej i tak w kółko. 😅

Faktycznie kolejne czekają na swoją kolej, więc zabieram się za nie niezwłocznie! Czasem się zaczynam zastanawiać, czy taki wewnętrzny „przymus” sięgania od razu po kolejną książkę to jest jakaś forma uzależnienia? Tak czasem to wygląda wręcz śmiesznie, jak się pisze/mówi, że nie można żyć bez czytania i tak dalej. Takie puste frazesy niby. Jednak coś w tym kurczę jest. Czasem przychodzą dni, kiedy się nic nie chce i wtedy można spędzić je, nawet po prostu oglądając śmieszne koty w internetach, ale tak to cały czas chcę wczytywać się w kolejne historie. No a teraz jeszcze się wsłuchiwać. 😁

Cóż, nie ma co marudzić i takich rozkmin sobie snuć, tylko trzeba pokazać, co sobie zaplanował wstępnie na najbliższy miesiąc! Jak zwykle oczywiście wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Podstęp” – Maria Adolfsson

Kryminał skandynawski, który swoją premierę będzie miał 11.03.2020 r., czyli już niedługo, za parę dni. Cała historia zamknięta została na nieistniejącej wyspie, która ma swoje tajemnice oraz – jakże by inaczej – przeszłość, o której wiedzą tylko jej mieszkańcy. Skandynawskie kryminały cechują się tym, że są bardzo duszne i ciężkie, a ja już dawno takiej pozycji nie czytałem!
„Cujo” – Stephen King

Miałem przeczytać w lutym, ale ostatecznie nie dałem rady. Trudno, przerzucam więc próbę na marzec, bo dawno nie czytałem Kinga, a kolekcja czeka! Zobaczymy więc, czymże jest historia psa, który z przyjaznego olbrzyma zamienia się we wściekłą, chorą bestię, która zaczyna pragnąć krwi.
„Substancja czynna” – Thomas Arnold

Kolejna książka od Thomasa Arnolda i kolejna, na której okładce możecie zobaczyć moje logo – tego autora już od dawna polecam w ciemno! Tym razem mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań, nieco lżejszych, bowiem zamieszczonych oryginalnie w magazynie farmaceutycznym. Nie wierzę jednak, że straciły swój pazur i mam nadzieję, że po lekturze będę mógł Was o tym zapewnić!
„Za horyzont” – Andriej Diakow

Cóż, trzeba skończyć trylogię! Jeszcze gotów jestem zapomnieć, co w niej było i o co chodziło. Taran z Glebem tym razem muszę zmierzyć się nie tylko ze swoim strachem, ale i niezbyt chętnymi do współpracy mieszkańcami metra – w obliczu wojny z weganami każdy chce mieć stalkera po swojej stronie. Tymczasem gdzieś daleko na wschodzie tli się iskierka nadziei, którą Taran chce dostać w swoje ręce… 

AUDIOBOOKI

Oczywiście, a jakże by inaczej! Jeszcze nie zdecydowałem dokładnie, jednak pewnie w marcu będę słuchał takich tytułów, jak:

„Getting Things Done” – Allen David
„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham
„Czarna Wołga” – Przemysław Semczuk

Chociaż mam ogromną ochotę zagłębić się w słuchowiska z Wiedźminem oraz odkryte przeze słuchowiska całej Trylogii Husyckiej (jakieś 70 godzin!)... A jak się uda to i więcej! Zobaczymy, jak czas pozwoli i jak bardzo aktywni będą twórcy podcastów, których na co dzień słucham.

wtorek, 3 marca 2020

[PREMIERA] „Książka, której nigdy nie przeczytasz” – Wiktor Orzeł

„Książka, której nigdy nie przeczytasz” – Wiktor Orzeł
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Wiktor Orzeł
Tytuł: Książka, której nigdy nie przeczytasz
Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Stron: 166
Data wydania: 3 marca 2020


Lubię czasem przeczytać książkę, którą ciężko zakwalifikować do jakiegoś konkretnego rodzaju. Taką właśnie książką jest „Książka, której nigdy nie przeczytasz” (ach, i weź tu unikaj, człowieku, powtórzeń przy takim tytule!). Wiktor Orzeł już mi udowodnił Ostatnim razem, przy swoim poprzednim dziele o równie intrygującym co obecna powieść tytule „I tak dalej”, że nie mieści się w żadnych konkretnych ramach. No, może prócz ram ogólnie pojętej prozy, bo w końcu nie był to tomik poezji. Jak dla mnie bomba, zwłaszcza że jego książki nie należą do długich, ale już poprzedni tytuł pokazał, że krótsze, nie znaczy gorsze. Zresztą „Książka, której nigdy nie przeczytasz” również to udowadnia.

Zenon będzie kiedyś bardzo poczytnym pisarzem, na pewno. Przecież ciężko pracuje nad swoją pierwszą książką, która na sto procent zostanie okrzyknięta najlepszym debiutem roku, a może i wszech czasów. A skoro nie musi nic innego w życiu robić, bo ma dzianych rodziców, to czemu nie korzystać z okazji i nie żyć na garnuszku u nich, mając 27 lat. Kasa się zgadza, prochy są, alkohol jest, imprezy są, czego chcieć więcej? Weny? No przydałaby się. Jednak to świat jest przecież taki zły, że przez niego ta wena nie przychodzi. Spokojnie, kiedyś będzie lepiej. Zdobędzie sławę i pieniądze, ale na razie pójdzie się wyjebać w kosmos ze znajomymi na jakiejś imprezie.

Ponownie, jak to było już w przypadku „I tak dalej”, trzeba pochwalić autora za lekkość pióra i bogactwo słownictwa, które są cechami charakterystycznymi „Książki, której nigdy nie przeczytasz”. Utrzymanie zresztą całej historii w tonie lekko przesadzonego intelektualizmu panoszącego się w domu Zenona, głównego bohatera, świetnie koresponduje z wyszukanymi metaforami oraz bardziej skomplikowanymi konstrukcjami. Jednocześnie jednak tekst nie rzuca w twarz słownikiem synonimów i to z wybranymi najrzadziej używanymi słowami – po prostu jest konkretnie, mądrze i różnorodnie. Można się czepiać wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że technicznie Wiktor Orzeł wie doskonale, co robi.

Ta zaleta jest jednocześnie w pewnym sensie wadą. Cała książka pisana jest naprzemiennie z perspektyw kilku osób, począwszy od wspomnianego już Zenona, młodego dwudziestosiedmiolatka, przez jego bogatych rodziców, a zakończywszy na szoferze czy ogrodniku. Tu się właśnie ten problem pojawia – wypowiedzi wszystkich postaci (w formie czegoś, co można nazwać pamiętnikiem), są na takim samym poziomie wypowiedzi. Zenon, który aspiruje do roli pisarza i intelektualisty, być może nawet filozofa, posługuje się identycznym językiem co dawny znajomy jego ojca, który nie ma żadnego fachu ani wykształcenia w ręku. To oczywiście co do zasady nie powinno być oceniane w kontekście wykształcenia, jednak jeśli wstawimy tutaj również ogrodnika oraz inne osoby, które po prostu posługują się tym samym, bardziej wyszukanym językiem, to daje sporo do myślenia.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że książka jest w pewnym sensie projekcją życia autora, lub wizualizacją jego marzeń, lub lęków – ciężko jednoznacznie stwierdzić. Nie zamierzam się oczywiście bawić w żadne interpretacje, bo ani nie jestem w tym dobry, ani nigdy tego nie pochwalałem – spisuję jedynie moje wrażenia, które towarzyszyły mi w trakcie lektury. Niewiele wiem na temat prywatnego życia, które wiedzie Wiktor Orzeł (tak naprawdę nic nie wiem), więc ciężko nawet powiedzieć, że moje przeczucia mają jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości, ale wiele na to wskazuje. W pewnym momencie wręcz zaczyna się współczuć lub zazdrościć autorowi (w zależności od tego, z jakim nastawieniem spoglądamy na kolejne zdania) tych przeżyć lub jego wyobrażeń, które dzieją się w „Książce, której nigdy nie przeczytasz”. Na pewno dla czytelnika jest to ciekawe przeżycie – wprowadzające jednak kolejną zmienną generującą chaos w próbie wydania jakiejkolwiek opinii.

Pole do interpretacji jednak jest szerokie. Szerokie oraz ciągnące się aż po sam horyzont myśli – a na dodatek bardzo współczesne. Zenon jest bowiem tym człowiekiem, którego wiele osób nie cierpi, a drugie tyle osób kocha i po kryjomu ubóstwia. Nikt jednak nie wie co dzieje się w środku głowy Zenona ani jak naprawdę wygląda jego na pierwszy rzut oka usłane różami życie. Wiele osób chciałoby, żeby tak właśnie wyglądał przeciętny dzieciak wywodzący się z nowobogackiego domu, który ma wszystko podane na tacy, a na dodatek bawi się w bycie influencerem i mu to wychodzi. To właśnie tutaj, w tym teatrze sprzeczności możemy znaleźć niezmierzone przestrzenie błagające o ich interpretację. Byle szybciej, byle już. To jest też punkt zapalny, który jednych może zachwycić, a innych odrzucić.

Wygląda na to, że Wiktor Orzeł tworzy – czy to świadomie, czy też nie – dzieła, które nie tylko nie dają się jednoznacznie zamknąć w konkretnej kategorii, ale również nie da się wydać na ich temat opinii w żaden wymierny sposób. Pozostaje jedynie tak naprawdę bardzo klasyczna ocena takich elementów, jak kompozycja, język, warsztat, stylistyka i tak dalej. Tego się jednak nie podejmę, bo brak mi zarówno wykształcenia, jak i doświadczenia. Wielu z Was również będzie trudno to zrobić, ale chyba nie macie wyjścia, jeśli chcecie dowiedzieć się, czy warto tę książkę przeczytać, czy też nie. Po prostu każdy może ją zupełnie inaczej odebrać i dostrzec zupełnie inne aspekty oraz spojrzeć na nie z zupełnie innego punktu widzenia. Być może więc, Drogi Czytelniku, na skutek targania niepewnościami rzeczywiście będzie to więc „Książka, której nigdy nie przeczytasz”.

Łączna ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję autorowi!


poniedziałek, 2 marca 2020

Podsumowanie luty 2020

Najkrótszy miesiąc w roku już za nami – chociaż tym razem mieliśmy wyjątkowo długi luty! Wiecie, rok przestępny i tak dalej. Jednak te dwadzieścia dziewięć dni minęło jak zwykle bardzo szybko i dla mnie bardzo pracowicie. Jak w sumie zresztą każdy miesiąc. Chociaż udało mi się nieco zrelaksować krótkim wypadem do stolicy, w której to między innymi wreszcie odwiedziłem Centrum Naukowe Kopernik! Bardzo fajne miejsce, polecam każdemu, kto nie tylko lubi naukę, ale również chciałby pomacać sobie jakieś eksponaty w muzeum. Tam można nie tylko macać, ale wręcz je gnieść, zginać, skakać po nich, krzyczeć na nie i próbować je przechytrzyć. Brzmi świetnie? Jest świetne!

Czytelniczo u mnie mniej więcej tak samo, jak w styczniu. Mniej audiobooków mi się udało przesłuchać, głównie ze względu na okres przejściowy między ostatnimi testami Legimi i ostatecznym wyborem abonamentu (swoją drogą, jeśli jeszcze nie widzieliście mojego małego porównania aplikacji Legimi oraz Empik Go to zajrzyjcie koniecznie!). Papier jednak to zawsze papier i u mnie utrzymuje się na niemalże identycznym poziomie przez większość roku! W sumie nawet nad tym nie do końca panuję, jakoś tak wychodzi. Nieważne ile stron mają poszczególne książki, to ich liczba się praktycznie co miesiąc zgadza. Ciekawe zjawisko. W każdym razie chyba pora przejść do garści danych statystycznych!



Jak widzicie, mniej więcej utrzymuję poziom. Na pewno papieru, z audiobookami kapkę gorzej. No i w sumie wleciał też jeden e-book, recenzencki (chociaż papier również powinien u mnie wylądować), więc stron jako stron wyszło mniej. Jednak jak już wspomniałem miesiąc temu, staram się i tak zbierać to wszystko do kupy bez rozróżniania formatu książki, żeby to jakoś sensownie też w te statystyki pozbierać na koniec roku. Mam nadzieję, że same audiobooki będą bardziej regularne od marca, bo już wybrałem serwis, któremu co miesiąc będę oddawał pieniądze!



Tak jakby kapkę mniej tych użytkowników. Ogólnie coraz bardziej odnoszę wrażenie, że Google Analytics nie do końca sobie poprawnie radzi z Bloggerem z różnych przyczyn… Gdzieś mi w głowie w planach i tak siedzi migracja na Wordpressa zapewne, chociaż jest raczej dalsza niż bliższa. W każdym razie niedawno porównywałem tu i ówdzie wartości z GA i wygląda na to, że jest różnica między tym, jak zbiera dane na Bloggerze, a jak na pełnoprawnych, „własnych” hostingach. Nie dowiem się jednak, dopóki nie zrobię migracji!

Cały czas się starałem być bardzo aktywny na Instagramie! Nie umiem totalnie w promocję, chociaż nie może ona być aż taka trudna, skoro widywałem już profile mające grubo ponad tysiąc obserwatorów po niecałym pół roku działania (sic!). No ale cóż… W każdym razie tutaj możecie zobaczyć najchętniej serduszkowane zdjęcie w lutym!




Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)



No na bogato to ten miesiąc nie był. Kilka zdobyczy jest, chociaż nie aż tyle, co w styczniu – no i nie robiłem zakupów. Wleciały tak naprawdę recenzenckie oraz kolekcja „Czarnego Kryminału”. Jednak ziarnko do ziarnka i tak dalej!

Na prawie koniec przedstawiam listę przeczytanych przeze mnie książek (lub przesłuchanych) wraz z odnośnikami do paru słów o każdej z pozycji:


A na sam koniec przedstawiam Wam wpis pod tytułem „Czy nowe książki można kupić na wagę” (znowu!), który zaliczył najwięcej wejść w minionym miesiącu! Natomiast blogiem, z którego Google Analytics nabiło najwięcej wejść na mojego bloga, jest Świat Fantasty prowadzony przez Łukasza – dzięki!

A jak Wam minął luty?

niedziela, 1 marca 2020

Zbiorczo spod pióra – luty 2020

To mamy już drugi miesiąc 2020 roku a sobą, a za mną kolejne książki zarówno papierowe, jak i audiobooki. Poniżej już drugie zestawienie opinii (chociaż może to trochę za dużo powiedziane) o wybranych tytułach. O większości z nich nie chciałem lub nie czułem potrzeby się rozpisywać. Jednak jak już wspomniałem w poprzednim miesiącu, bardzo chcę podzielić się, chociaż paroma słowami o każdej przeczytanej lub przesłuchanej pozycji. W końcu o wszystkim można wyrazić swoją opinię i złapać choćby najważniejsze rzeczy, będące kwintesencją książki. No, ewentualnie po prostu napisać, że jest najbardziej przeciętna pozycja wśród przeciętnych. Różne są opcje. W każdym razie zapraszam na tych parę pozycji!

Standardowo (a jakże by inaczej!) wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. Cóż, wyglądają chociaż spójnie i w taki sam sposób, nie to moje koślawe i nie do końca kompletne zasoby fotek...

„Polska odwraca oczy” – Justyna Kopińska

Format: Audiobook
Stron/długość: 7h 42m
Lektor: Krystyna Czubówna

To moje pierwsze spotkanie z reportażami Justyny Kopińskiej i to całkiem udane. „Polska odwraca oczy” jest zbiorem kilku luźno ze sobą powiązanych (lub niepowiązanych wcale) reportaży, które poruszają przeróżną tematykę – od więziennictwa, przez historie kilku znanych osobistości ze sceny politycznej, aż po takie wydarzenia, jak szerzej opisany w osobnej książce przypadek ośrodka dla dzieci w Zabrzu. Pewnego rodzaju wisienką na torcie (od której jednak zaczynamy) jest rozmowa z żoną Mariusza Trynkiewicza – w pewnym sensie jest to rozpoczęcie z wysokiego C.

Z niemalże wszystkich reportaży, z każdego ich fragmentu, wyczuwalne było doskonałe przygotowanie Justyny Kopińskiej. Pewnego rodzaju ukoronowaniem jej starań jest Krystyna Czubówna, która jest lektorem tej książki. Nie sposób przejść obojętnie obok jednego z najsłynniejszych w Polsce głosów, który na dodatek z pełnym spokojem oraz profesjonalizmem czyta historie, które potrafią rozsierdzić człowieka do granic możliwości. W końcu nie co dzień słucha się o rzeczach, które już dawno przekroczyły granice absurdu.

„Wojna bogów” – Tomasz Stężała
Format: papier
Stron/długość: 528

Książki historyczne mają to do siebie, że mogą być albo wspaniałe, albo denne. „Wojna bogów” nieco zatarła ten schemat dwóch obozów, bo w mojej skromnej opinii ani nie zachwyca, ani nie wywołuje negatywnych uczuć. W prosty sposób przedstawia życie przeciętnej rodziny rzemieślniczej w XIII wieku, z podkreśleniem możliwości, jakie mieli ludzie z tego stanu oraz ograniczeń. Do tego przybliża problem walk między zakonem krzyżackim a pruskimi plemionami na pomorzu oraz Warmii i Mazurach. 

Z drugiej strony miejscami jest dość nudnawa, opisy się potrafią dłużyć, a do tego nie stanowi tak mocnego źródła historycznego, jak by się chciało. Sam autor uczciwie informuje o różnicach między prawdą historyczną a fikcją zawartą w jego książce. Trudno też orzec co jeszcze jest jedynie wymysłem, a co można uznać za prawdopodobne. Na pewno jednak „Wojna bogów” umie rozpalić ciekawość i zachęca do dalszego grzebania w odmętach internetu – zwłaszcza na temat Hermann von Balka.

„Krótka historia czasu” – Stephen Hawking

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 59m
Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Już na samym początku Stephen Hawking w swojej książce zapewnia, że postara się przybliżyć trudne tematy związane z grawitacją i jej rolą we wszechświecie (oraz jego historią) w jak najprostszy sposób. Nawet obiecał, że pojawi się tylko jeden wzór! Słowa dotrzymał, chociaż tutaj muszę Was ostrzec – materiał miejscami mimo wszystko jest wciąż dość skomplikowany, więc o wiele lepszym wyborem niż audiobook, jest dowolnego rodzaju słowo pisane. Po to, aby można było spokojnie przeczytać dany fragment nawet kilka razy i niczego nie zgubić.

Autor przedstawia wiele teorii oraz udowodnionych już faktów, snuje ogrom domysłów, ale pokazuje również drogę ewolucji w myśleniu człowieka o tym, jak powstał wszechświat (a raczej jak mogło się to stać) i jak teoretycznie mógłby zakończyć swój żywot. Nie brakuje takich tematów jak czarne dziury, teoria strun, cząstki elementarne oraz oddziaływania, jakie występują we wszechświecie. Ogromna dawka wiedzy dla wszystkich głodnych poznania, choć kawałka tego, czym zajmują się naukowcy na całym świecie! 

„Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” – Justyna Kopińska

Format: Papier
Stron/długość: 232

Jeden z najlepszych reportaży, jakie miałem do tej pory możliwość przeczytać. Wstrząsający, opowiadający o nieludzkich wręcz zachowaniach, ale skrupulatnie przygotowany, rzeczowy oraz poruszający nieco więcej, niż tylko sam los pokrzywdzonych. Historia ośrodka w Zabrzu powinna być przykładem dla całego społeczeństwa – aby powtarzana aż do znudzenia pomogła zapobiegać wydarzeniom z „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie”.

Świetne jest to, że Justyna Kopińska nie sprawia wrażenia atakowania konkretnej grupy (w tym przypadku sióstr zakonnych). Jednak jasno i wyraźnie stara się przekazać, że ślepe zawierzanie w niewinność właśnie ze względu na przynależność do jakiejś grupy może spowodować jeszcze więcej szkody. Właśnie chyba to jest najbardziej przerażające w tym reportażu – ludzie potrafią być ślepi nawet wtedy, gdy prawda strzeli im z liścia w twarz i pluje pod nogi.

„Astrofizyka dla zabieganych” – Neil deGrasse Tyson

Format: Audiobook
Stron/długość: 4h 26m
Lektor: Wojciech Żołądkowicz

To już druga pozycja o astrofizyce, którą przeczytałem (przesłuchałem?) w tym miesiącu. Można powiedzieć, że „Astrofizyka dla zabieganych” jest taką skróconą i prostszą wersją „Krótkiej historii czasu”. Dla mnie było to wspaniałe podsumowanie tego, czego dowiedziałem się od Stephena Hawkinga! Chyba nie obrażę w tym momencie żadnego z autorów, gdy napiszę, że krótsza z tych książek była niczym powtórka przed egzaminem, chociaż podana w nieco lżejszej i bardziej humorystycznej formie.

Z „Astrofizyki dla zabieganych” można wyciągnąć naprawdę wiele informacji. Oczywiście wszystkie dotyczą tego, co dzieje się w kosmosie, jakie potencjalnie były jego początki oraz w jaki sposób naukowcy dochodzili do obecnego stanu wiedzy. Pojawia się wiele nazwisk znanych fizyków, informacji o ich odkryciach oraz wpływie na współczesny stan wiedzy. Często autor okrasza swoje słowa żartami – część jest dość sucha, ale w ten bardzo pozytywny sposób. Niby nie jest śmieszne, ale bardzo pocieszne, a w głowie pojawia się myśl w stylu „heh, ach te żarciki astrofizyków”. Jak choćby ten o idealnie kulistej krowie…

„Fakt, nie mit” – Piotr Stanisławski, Aleksandra Stanisławska

Format: Audiobook
Stron/długość: 8h 21m
Lektor: Maciej Jabłoński

Mitów wokół nas jest wiele, począwszy od nieszkodliwych teorii spiskowych, a zakończywszy na groźnych dla ludzkiego zdrowia i życia opiniach. Piotr Stanisławski oraz Aleksandra Stanisławska – być może niektórym znani z fejsbukowej strony „Crazy Nauka” – postanowili uporać się z niektórymi z nich, korzystając oczywiście z możliwości, jakie dają im duże zasięgi w social mediach. Na warsztat wzięli najbardziej popularne i gorące obecnie tematy, takie jak kwestia szczepionek, płaskości ziemi, teorii ewolucji czy globalnego ocieplenia.

Każdy z rozdziałów dotyczy innego tematu i jest podzielony w bardzo logiczny sposób. Przedstawienie mitu wraz z wyjaśnieniem czemu ludzie myślą tak jak myślą, przedstawienie szczegółowych informacji, dlaczego jest tylko mitem, a na końcu seria czegoś, co można nazwać FAQ. Praktycznie każdy z tematów konsultowany był z co najmniej jednym specjalistą w danym temacie, którego nazwisko wymieniane jest na końcu rozdziału. Innymi słowo szybko, prosto i rzetelnie. A przede wszystkim zrozumiale!

„Droga, z której się nie wraca” – Andrzej Sapkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 1h 39m
Lektor: Wielu (słuchowisko)

„Droga, z której się nie wraca” Andrzeja Sapkowskiego była moim pierwszym w życiu słuchowiskiem, więc trudno mi ocenić jak wypadło na tle innych słuchowisk. Na pewno mogę powiedzieć, że nie spodziewałem się kompletnie, jak różne jest to doświadczenie w porównaniu do zwykłych audiobooków. Coś pięknego – nie ma żadnych problemów z połapaniem się w opisach oraz dialogach. Co więcej, wszelkiej maści efekty dźwiękowe jak płonące ognisko, dźwięki lasu czy szczęk oręża dorzucają jeszcze więcej dynamizmu i immersja jest o wiele lepsza.

Samo opowiadanie jest krótkie i przedstawia Visennę oraz Korina – czarodziejkę i druidkę z kręgu mayeńskich druidów oraz poznanego przez nią najemnika – podczas krótkiej przygody związanej oczywiście z małymi kłopotami ludności z okolic przełęczy Klamat.

„Jeszcze dzień życia” – Ryszard Kapuściński

Format: Audiobook
Stron/długość: 4h 23m
Lektor: Dorociński Marcin

Może nie jestem jakimś pożeraczem reportaży, ale ostatnio trochę więcej się ich pojawia w mojej biblioteczce, a mimo to jeszcze nie przeczytałem niczego, co wyszło spod pióra Ryszarda Kapuścińskiego. A w końcu nie bez powodu istnieje nagroda jego imienia, którą nagradza się najlepsze reportaże. „Jeszcze dzień życia” jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł tego autora, więc uznałem, że to dobry początek przygody.

Cóż, wybór okazał się rzeczywiście dobry. Reportaż szybki, prosty, ale doskonale przedstawiający poruszaną problematykę. Podzielony na sensowne części, które sklejają się w logiczną całość. Ryszard Kapuściński opisuje wojnę w Angoli pomiędzy MPLA oraz FNLA i UNITA w latach 1975-1976 i pokazuje wiele niezauważonych przez innych korespondentów wojennych problemów, takich jak dosłowny wyjazd całego miasta na statkach. Mega polecam, bo nie przytłacza samą wojną (dość nietypową swoją drogą), ale ukazuje jej kulisy w przystępny sposób.