czwartek, 23 kwietnia 2020

Z Netflixa pod pióro S02E06 – „Sex Education” sezony 1-2

„Sex Education”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł:
Sex Education
Twórca: Netflix
Rok: 2019, 2020
Gatunek: dramat, komedia

Przyznać muszę, że początkowo nie byłem przekonany do tego serialu. Mam tu na myśli oczywiście w ogóle sięgnięcie po niego. No bo, wiecie, nastolatek prowadzący poradnię seksualną w szkole nie brzmi zbyt zachęcająco na pierwszy rzut oka. Widziałem jednak mnóstwo pozytywnych opinii, zwłaszcza zachwalających bardzo neutralne podejście do kwestii seksu, tematów LGBTQ i tak dalej. Do tego pochwały dla humoru i takiej… lekkości serialu ostatecznie mnie przekonały. No i okazało się, że wciągnąłem oba sezony nad wyraz szybko jak na mnie – chociaż na pewno fakt, że każdy z nich miał tylko osiem odcinków na pewno w tym pomógł. Łącznie bowiem wyszło raptem około 13 godzin oglądania.

Otis na pierwszy rzut oka jest zwykłym, cichym nastolatkiem – prawiczkiem, który ma problemy z kontaktem z dziewczynami. Jego dodatkowym zmartwieniem w tej dziedzinie jest mama – znana pani seksuolog, z książką na koncie. Jego totalnym przeciwieństwem jest Maeve, która co prawda ma swoje własne problemy i jest wyrzutkiem, jednak ciężko jej odmówić doświadczenia i przebojowości. Jednak Maeve potrzebuje kasy, a Otis może jej ją zapewnić. Jak? Doradzając innym uczniom w sprawach seksualności – wszak edukacja seksualna w szkołach nie jest na zbyt wysokim poziomie. O czym zresztą nasz przedsiębiorczy duet bardzo szybko się przekonuje…

Na samym początku niniejszego wpisu możecie zobaczyć, że obok gatunku wstawiłem dwa słowa: „dramat” oraz „komedia”. W większości przypadków w tym cyklu biorę je po prostu z Filmweba – żeby samodzielnie nie głowić się nad klasyfikacją. Czasem coś mi nie pasuje i dorzucam coś od siebie albo zmieniam. W pierwszej chwili patrząc na takie połączenie, też chciałem zmodyfikować te gatunki, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie powinienem tego robić. „Sex Education” jest faktycznie połączeniem dramatu oraz komedii. W prześmiewczy często sposób próbuje przekazać wiedzę, która może się przydać wielu nastolatkom na całym świecie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie internet jest pełen kompletnie sprzecznych opinii.

Część osób właśnie to czytających jest nastolatkami – część ma już ten etap życia za sobą. Na pewno więc większość z Was przypomina sobie sytuacje, w których nie wiedzieliście jak się zachować, co zrobić i czy macie się martwić. Do tego w czasach obecnych osoby o różnych orientacjach seksualnych z o wiele mniejszym strachem ujawniają swoje preferencje. Z tym natomiast często wiąże się niewiedza reszty społeczeństwa o szczegółach życia seksualnego innego niż klasyczna para heteroseksualna, uprawiająca seks dla prokreacji. Cały czas jest niska świadomość różnych chorób czy dysfunkcji – ba, często ludzie dowiadują się o czymś takim jak „aseksualizm” z BoJack Horsemana! Serial ten więc robi kupę dobrej roboty edukacyjnej, serio.

A jak to robi? W najprostszy i chyba najbardziej skuteczny sposób. Jak przekazywać wiedzę o seksie tak, żeby wszyscy chętnie słuchali i podświadomie przyswajali wiedzę? Za pomocą żartów! Czasem potrzebne są do tego żarty niskich lotów, żeby dotrzeć do odbiorcy, a czasem po prostu należy wyśmiać i wytknąć pewne problemy. Tutaj właśnie ujawnia się ta komediowa natura wspomagająca przekazywanie dramatów, które przeżywają ludzie każdego dnia (i to nie tylko nastolatkowie). Czasem humor ten jest bardzo brutalny czy wręcz prymitywny, ale trudno z drugiej strony oczekiwać bardzo wyrafinowanych żartów dotyczących seksu analnego czy rzeżączki. Jest śmiesznie, jest lekko, a pod tym płaszczem pozorów mamy sporo porządnej wiedzy. Czego chcieć więcej?

Na przykład postaci, z którymi się można zżyć, których codzienne tragedie można śledzić z wypiekami na policzkach. Czy „Sex Education” to dostarcza? Si, oczywiście. Nie wszyscy są tacy, niektóre postacie są bardzo płytkie i nijakie, ale śledzenie losów Maeve i Otisa oraz tego, co się wokół nich dzieje, potrafi naprawdę wciągnąć! Ba, mało tego, tak jak pierwszy sezon skupiał się głównie na różnych problemach nastolatków (trochę trącał proceduralem nawet), tak drugi to jest emocjonalny rollercoaster. Nie wiadomo komu kibicować, nie wiadomo co się zaraz stanie, a najgorsze (lub wręcz najlepsze) jest to, że podobne sytuacje mogły być (a może i były) udziałem każdego z nas. To nie są jakieś oderwane od życia scenariusze. Można powiedzieć, że to samo życie. 

Część z Was pewnie się zastanawia nad tym, czy serial ten nie jest wielką, krzyczącą propagandą LGBTQ, która jedyne co próbuje robić, to przedstawić tylko inne niż heteroseksualna pary (lub grupy). Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, że nie jest. Niestety często ostatnio poprawność polityczna nakazuje umieszczanie osób i zachowań nieheteronormatywnych na pierwszym planie, w sposób wręcz ostentacyjny. Przyjacielem serialowego Otisa jest Eric – gej, który wychowywany jest w bardzo religijnej rodzinie. Brzmi jak coś, co może zostać wykorzystane w ostentacyjny sposób? Oczywiście! Czy zostało wykorzystane? Absolutnie nie. Co więcej, jego rozterki miłosne również śledzi się z zapartym tchem i trudno jednoznacznie kibicować konkretnemu rozwiązaniu jego problemów.

Podsumowując, jest to lekki, humorystyczny, ale przedstawiający również wiele problemów serial. Spójny w przekazie, zabawny i dający widzowi postacie, z którymi może się zżyć. Nie jest to szczyt kinematografii, czasem jego humor jest aż zbyt prostacki, ale w ogólnym rozrachunku śmiało mogę go polecić. Z drugiej strony jest na tyle specyficzny, więc musicie tak naprawdę sami ocenić, czy jest to coś dla Was. Mnie przekonał do siebie, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że część z Was może nie przełknąć tego epatowania seksem w naprawdę przeróżnych, często mocno perwersyjnych formach. 

Łączna ocena: 7/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

niedziela, 19 kwietnia 2020

„Prawo do użycia siły” – Denis Szabałow

Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Denis Szabałow
Tytuł: Prawo do użycia siły
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 444
Data wydania: 2 marca 2016

Za bardzo wkręciłem się w całe Uniwersum Metro 2033, żeby teraz odpuścić. Ledwo więc skończyłem „Cienie Post-Petersburga” i już lecę z kolejnym tomem – zgodnie z kolejnością proponowaną przez Matkę Przełożoną w jej poście dotyczącym właśnie chronologii czytania. Będę musiał dokonać jeszcze paru zakupów, żeby się utrzymać w ryzach, ale może to na razie poczekać. W każdym razie widziałem sporo głosów, że książki, które „wyszły na powierzchnię” są o wiele lepsze od tych, które nadały charakterystycznego klimatu betonowych tuneli. Po lekturze „Prawa do użycia siły” ciężko się nie zgodzić z tym stwierdzeniem – Denis Szabałow kupił mnie w całości i nawet nie oczekuję wydania reszty!

Po nuklearnej zagładzie każdy radzi sobie jak może. Niewiele ludzkich osad i innych kryjówek pozostało na całym ziemskim globie. Plotki głoszą, że w Moskwie i Petersburgu ludzie gnieżdżą się w metrze, ale kto by w to wierzył. Szczęściarze mogą się cieszyć z przeciwatomowych schronów, które jednak nie dają gwarancji ciągłości zapasów przez całą wieczność – w pewnym momencie trzeba wyjść na powierzchnię i stawić czoła nowemu porządkowi natury. Oraz innym ludziom, którzy mają podobne problemy zaopatrzeniowe. Czasy natomiast są ciężkie i czasem brat bratu pośle kulę w plecy, nie patrząc, ile towaru za ten nabój mógłby kupić.

„Prawo do użycia siły” oczarowało mnie od samego początku. Naczytałem się już trochę książek z Uniwersum Metro 2033 oraz Metro 2035, ale wszystkie one były mocno zbliżone do oryginalnej trylogii. Osadzone w ciemnych tunelach metra, skupiające się na wolno płynącej akcji, rzucającej czytelnika z jednej niepewnej sytuacji do drugiej. Widoczny był też duży nacisk na ludzką psychikę i jej przemianę podczas przymusowego zamknięcia w betonowej dżungli tuneli. Tymczasem pierwsza powieść w trylogii Denisa Szabałowa to kompletnie odmienne spojrzenie. To ciągła akcja, karuzela emocji spowodowana eksploracją powierzchni, a do tego dużo informacji z czasów początków Schronu – jak wyglądała ewolucja społeczeństwa po zakończeniu istnienia współczesnego świata.

„Praktyka bez teorii jest ślepa, a teoria bez praktyki martwa, jak lubił mawiać pułkownik”.

Tak naprawdę cała książka skupia się właśnie na dwóch, przeplatanych ze sobą wątkach. Pierwszym z nich jest to, co tu i teraz – czyli wyprawy Daniły i Sańki na powierzchnię, związane głównie z bieżącymi potrzebami Schronu oraz stalkerskimi rajdami. Drugi natomiast pokazuje nie tylko historię głównego bohatera, ale również początek trudnej drogi, jaką musiało przejść społeczeństwo uratowane przez nuklearną zagładę. Wspaniale pokazany jest kontrast między obecnymi, czasem wręcz monotonnymi wyprawami na powierzchnię, a tym, jak jeszcze parę lat wcześniej wszyscy siedzieli zamknięci w czterech ścianach Schronu i ani myśleli wyściubić nosa. Kolejną różnicą, która się od razu rzuca w oczy przy porównaniu tej powieści z dotychczas przeze mnie czytanymi książkami, jest obecność ogromnej ilości szczegółów dotyczących militariów. One się wręcz wylewają.

Denis Szabałow umieścił na czele ludności Schronu byłego pułkownika specnazu, dzięki czemu otworzył sobie drogę do dowolnego wręcz rozlewania swojej miłości do militariów na kartach książki. Kiedy spojrzycie na mapę na okładce książki oraz przeczytacie pierwsze strony książki, zobaczycie, że kolejnym motywem ułatwiającym mu rzucanie fachowej terminologii oraz typowo żołnierskich wstawek są wojskowi, którzy również stanowią frakcję żyjącą na powierzchni. Dzięki temu wszystkie pojęcia dotyczące broni palnej, pojazdów wojskowych, stosowanej taktyki, strategii, elementów wyposażenia wojskowego i tak dalej, mogły zostać w sposób naturalny wrzucone do książki. Oczywiście te najtrudniejsze mają stosowne przypisy (czasem niestety dość długie), Na całe szczęście militaria i szczegóły z nimi związane nie przysłaniają najważniejszego, czyli fabuły oraz akcji.

„Mój dowódca żartował: jeśli macie syndrom czeczeński, to okno w pokoju trzeba zasłonić szafą, żeby snajper was nie trafił, a spać w łazience, żeby nie pocięło was odłamkami”.

Kiedy człowiek sięga po książkę osadzoną w świecie postapokaliptycznym, spodziewa się mutantów, walki z nimi na śmierć i życie, skażenia powietrza oraz wielu innych, charakterystycznych dla takiego świata elementów. Często jest tak, że albo tych mutantów jest za dużo, albo nie ma ich wcale. Tymczasem Denis Szabałow świat postapokaliptyczny wykorzystał jako tło, korzystając z jego dobrodziejstw jako dodatkowych elementów, które nie tylko urozmaicają samą historię, ale również muszą być wzięte pod uwagę podczas planowania strategii oraz taktyki. Odpowiednio dobrana strategia pozwoli przeżyć ludziom w tych trudnych i niespodziewanych czasach, natomiast taktyka musi uwzględnić niespodzianki w postaci promieniowania czy dziwnych, niekoniecznie przyjaźnie nastawionych stworów. Natomiast sama gra toczy się o zupełnie inną stawkę niż po prostu wybicie paru monstrów. Gra toczy się o coś bardziej przyziemnego, o co mogłaby się toczyć również w czasach nam, czytelnikom, współczesnych.

Chyba najlepsza książka należąca do Uniwersum Metro 2033, jaką do tej pory przeczytałem. Pełna energii, akcji, dobrych postaci, sensownej fabuły i przede wszystkim traktująca świat po apokalipsie jako kolejne miejsce, w którym trzeba nauczyć się żyć. Tak, żyć, a nie wegetować. To ją bardzo odróżnia od głównej trylogii czy choćby Cieni Post-Petersburga. Tam chęć do życia majaczyła gdzieś na skraju świadomości, czasem nawet ktoś wykonał ku niemu jakieś kroki. Tutaj jednak wszyscy wciągają życie pełnymi płucami i nie chcą go oddać. Pokazują jak o nie walczyć i to wraz z tym, co ludziom wychodzi najlepiej. Niszczeniem siebie nawzajem i wszystkiego wokół. Jednak w jakim stylu!

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Konstytucja Apokalipsy”

Prawo do użycia siły | Prawo do życia | Prawo do zemsty


czwartek, 16 kwietnia 2020

„Dziennik 29. Przebudzenie” – Dimitris Chassapakis

Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Dimitris Chassapakis
Tytuł: Dziennik 29. Przebudzenie
Wydawnictwo: FoxGames / GW Foksal
Stron: 144
Data wydania: 11 marca 2020

Nie wiem, czy mieliście już do czynienia z czymś takim jak interaktywna gra książkowa, ale właśnie możecie przeczytać opinię o takim ciekawym tworze. Pierwszy raz spotkałem się z taką formą rozrywki przy okazji recenzowania bezpośredniej poprzedniczki niniejszej książki, czyli „Dziennik 29. Interaktywna gra książkowa” tego samego autora. Bawiłem się naprawdę przednio i nieźle musiałem nagimnastykować swój mózg. Od tamtej pory bawiłem się również z „Dziennikiem. Wyprawa 1907”, który również miał identyczne zasady, ale bił na głowę „Dziennik 29”. Teraz w moje ręce wpadło „Dziennik 29. Przebudzenie” i muszę przyznać, że poziom trzyma – ale poziom swojej poprzedniczki. Wciąż do „Wyprawy 1907” mu bardzo daleko.

Czy smartfon musi służyć tylko do przeglądania mediów społecznościowych? Czy może zastąpić książkę? A może to książka jest całkowicie oderwana od współczesnej elektroniki? „Dziennik 29. Przebudzenie” może zmienić to myślenie i pokazać, że jedno może współgrać z drugim i zapewnić świetną zabawę. Warunkiem jest posiadanie przeglądarki internetowej, ołówka, „Dziennika 29. Przebudzenie” oraz chęci do zagłębiania się w świat zagadek, łamigłówek oraz niezmierzonych tajemnic, układających się w jedną, wielką, spójną całość. W zależności od bystrości umysłu zabawa gwarantowana na wiele godzin lub dni – a może i tygodni!

Czym jest ten „Dziennik 29. Przebudzenie”? Jeśli jest to pierwsza opinia, na którą trafiliście, to spieszę z krótkim wyjaśnieniem! Książka składa się z zagadek, które są rozpisane na kolejnych stronach. Musicie je rozwiązywać i posiłkować się kluczami, które otrzymacie za udzielenie poprawnej odpowiedzi. Skąd te klucze i gdzie udzielać odpowiedzi? Ano na specjalnie do tego przygotowanej stronie internetowej. Potrzebny jest więc dostęp do internetu oraz przeglądarka internetowa. Bez nich uda się Wam przejść przez parę zagadek, ale nie przez wszystkie – część wymaga kluczy z poprzednich łamigłówek. W jaki sposób natomiast należy rozwiązywać te zagadki? W każdy możliwy! Być może wystarczy się przyjrzeć danej stronie, czasem trzeba coś wyciąć, zagiąć rogi, przekręcić książkę – innymi słowy wszystkie chwyty dozwolone!

Zagadki mają bardzo różny stopień zaawansowania i trudności. Wydaje mi się (chociaż to tylko subiektywne odczucie), że w tej części jest średnio wyższy poziom trudności niż w poprzednim „Dzienniku 29”. Niektórych z nich za nic w świecie nie mogłem sam rozwiązać – pewnie by się to oczywiście udało, ale w jakimś bliżej nieokreślonym, skończonym czasie. Na całe szczęście były podpowiedzi na stronie oraz możliwość podejrzenia prawidłowego rozwiązania – w innym przypadku chyba bym się nie uporał do maja z przejściem przez tę wcale nie taką grubą książkę…

Tutaj pojawia się pewnego rodzaju problem, który zauważą w sumie jedynie ci, którzy mieli okazję przebrnąć przez „Wyprawę 1907”. Tam bowiem było coś takiego jak poziom poczytalności, którą traciło się wraz z podglądaniem podpowiedzi i używaniem gotowych rozwiązań. Przydałoby się coś takiego również tutaj, bo takie pozbawione konsekwencji używanie podpowiedzi może psuć nieco zabawę. Niby się w ten sposób hartuje silną wolę, ale wiadomo – lepiej jej pomóc. Zwłaszcza jeśli ktoś siada do tej gry wieczorem, po całym dniu pracy lub wykonywania innych czynności, które nam te nasze baterie rozładowują. Z drugiej strony trudno porównywać dwa różne tytuły od dwóch różnych autorów, jednak pozostawiam pewnego rodzaju ostrzeżenie. Dla wszystkich, którzy z „Wyprawą 1907” mieli do czynienia.

Niemniej jednak jest to cały czas świetna zabawa na długie godziny. Czasem jak się człowiek za mocno wkręci, to może przy tym przesiedzieć naprawdę parę godzin – chociaż przy tych najtrudniejszych łamigłówkach potrafi pojawić się frustracja. Wtedy lepiej odłożyć „Dziennik 29. Przebudzenie” na bok i wrócić za jakiś czas. Być może uda się w tym czasie wpaść na genialny pomysł, jak podejść do męczącej zagadki? Jest to też całkiem niezła zabawa dla całej rodziny – co kilka głów to nie jedna. Więcej perspektyw na ten sam problem to większa szansa znalezienia prawidłowej odpowiedzi. A przy okazji można traktować to jako rozrywkę integrującą rodziny lub znajomych – w końcu to typowa gra, w której musimy zwyciężyć „komputer”, gdzie wszyscy ze sobą współpracują.

W swoich założeniach niezbyt skomplikowana (po prostu jest zagadka i trzeba ją rozwiązać), ale sprawiająca dużo frajdy. Brakuje jej tego, co oferuje „Wyprawa 1907” (poczytalność, kody dostępu do kolejnych rozdziałów etc.), więc pojawia się pewnego rodzaju niedosyt, ale wciąż jest to fajna pozycja do zabawy. Jeśli ktoś nie miał wcześniej do czynienia z tego typu grami interaktywnymi, to zarówno „Dziennik 29. Przebudzenie”, jak i jego pierwsza część będą wręcz idealne – właśnie ze względu na niski stopień skomplikowania. W prosty sposób sprawdzicie, czy jest to rozrywka dla Was, czy też nie – i to bez spędzania wielu minut na mozolnym przebijaniu się przez instrukcję obsługi. Bierzecie ołówek, smartfon/komputer oraz książkę i zaczynacie zajęcia w siłowni dla Waszego mózgu!

Łączna ocena: 7/10

piątek, 10 kwietnia 2020

Bardzo chcę! #68 Kevin Dutton – „Mądrość psychopatów”

Kevin Dutton – „Mądrość psychopatów”
Źródło: Lubimy Czytać
Nie będę ukrywał, że w mojej biblioteczce z „chciejkami” pojawia się coraz więcej wszelkiego rodzaju reportaży oraz literatury popularnonaukowej! Kolejne tytuły pojawiają się jak grzyby po deszczu. Najczęściej jest to wynik grzebania sobie po różnych blogach i profilach osób recenzujących książki – zwłaszcza tych, których czytam najczęściej. W końcu wiem, z kim mniej więcej mój gust się pokrywa. Wychodzi więc na to, że chyba pojawia się coraz większa moda na takie książki. Ewentualnie po prostu ludzie w pewnym momencie zaczynają… bo ja wiem… „dojrzewać” do nich? Lub po prostu zaczynają szukać czegoś innego? Chcą poszerzać swoją wiedzę o świecie? Ciężko stwierdzić, chociaż na pewno jest to niezły temat na długą dyskusję!

W każdym razie chyba Was nie zdziwi, że i tym razem nie przychodzę do Was z beletrystyką. W tym miesiącu przedstawiam Wam książkę, którą bardzo chciałbym przeczytać, jednak wiem, że nie każdy z Was czuje ten sam poziom entuzjazmu. Już z samego opisu widać, że nie jest to łatwy tytuł, chociaż zapewne bardzo… pouczający. A chyba najbardziej przerażające jest stwierdzenie autora, które można przeczytać pod koniec blurba, zachęcającego do sięgnięcia po tę pozycję. Cóż to jest? Zobaczcie sami:

„Psychopata. Słowo to kojarzy nam się natychmiast z mordercami, gwałcicielami, zamachowcami-samobójcami i gangsterami. Ale inaczej niż w filmach, prawdziwi psychopaci nie zawsze uciekają się do przemocy i nie zawsze popełniają przestępstwa. Wręcz przeciwnie. Mają wiele zalet.

W swojej przełomowej wyprawie w świat psychopatów ceniony angielski psycholog Kevin Dutton ujawnia, że istnieje coś takiego jak „skala szaleństwa”, na której każdy z nas ma swoje miejsce. Wykorzystując najnowsze osiągnięcia w dziedzinie obrazowania mózgu i neurobiologii, wykazuje, że jedynie cienka linia oddziela zdolnego chirurga od seryjnego mordercy. A swoje spektrum psychopatii ilustruje niezwykle przekonującymi i zaskakującymi badaniami.

Dutton dekonstruuje źle pojmowany termin „psychopata” za pomocą śmiałych artykułów i oryginalnych badań naukowych. Rozmawia z psychopatami zamkniętymi w pilnie strzeżonym szpitalu Broadmore, poddaje się eksperymentowi, który czyni z niego psychopatę, odwiedza mnichów buddyjskich, by śledzić ruch ich gałek ocznych i mikroekspresje, i udowadnia, że dzisiejszy bandzior czający się na źle oświetlonym parkingu jutro może się stać bohaterskim żołnierzem Sił Specjalnych.

Wysuwa również kontrowersyjną tezę, że nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej psychopatyczne. Psychopaci są nieustraszeni, pewni siebie, charyzmatyczni, bezwzględni i skupieni na celu – a jest to zestaw cech niezbędnych, by odnieść sukces w dwudziestym pierwszym wieku.

Książka Duttona to prowokacyjna i zaskakująca podróż w głąb szaleństwa. Z pewnością wywoła w nadchodzących latach wiele dyskusji”.

Czytalibyście?

sobota, 4 kwietnia 2020

Co pod pióro w kwietniu 2020

Kwiecień w tym roku rozpoczyna się bardzo nietypowo – pod znakiem kwarantanny. Zapewne nikomu (albo niewielkiej liczbie osób) nie jest do śmiechu, ale z drugiej strony dla wielu z nas jest to po prostu okazja do nadrobienia paru zaległości czytelniczych lub serialowo-filmowych. Wiecie, skoro i tak powinniśmy powstrzymać się od gromadzenia się w zbiorowiskach, to czemu się nie zrelaksować przy dobrej książce? Widzę zarówno po Facebooku, jak i Instagramie, że części z Was się udaje zrealizować taki plan i nawet mimo tego, że mi to średnio wychodzi, to przynajmniej mam więcej contentu do czytania i dorzucania sobie do planów czytelniczych na bliżej nieokreśloną przyszłość! Seriali zresztą też mógłbym dopisywać i dopisywać…

Pracowałem zdalnie nawet przed pandemią koronawirusa, więc pod tym względem u mnie się niewiele zmieniło – nie licząc braku możliwości wychodzenia na piwo/kawę/jedzenie, a do tego odpadły mi wizyty na siłowni. Obowiązki więc zostały te same, a i tak braki we wspomnianych wydarzeniach staram się nadrabiać online lub po prostu w domowym zaciszu – czasowo więc nie wypadam jakoś dużo lepiej. Dlatego znowu nie robię wielkich planów, zwłaszcza że głównie chwalę się tym, co planuję przeczytać na papierze. Audiobooki i słuchowiska są u mnie bardzo ruchomym tematem i zmienić się może wszystko bardzo szybko. W końcu mam dostęp do tytułów od razu po ich pojawieniu się w Empik Go!

Przedstawiam więc po prostu plany czytelnicze na zbliżający się miesiąc – w tym kolejną pozycję z mojej listy #5na2020, czyli pięciu książek, które już dawno chciałem przeczytać! Swoją drogą chyba muszę trochę zagęścić ruchy, bo to już kwiecień… Oczywiście wszystkie zdjęcia okładek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Miasto ślepców” – José Saramago

Już od bardzo dawna chciałem sięgnąć po tę książkę, a teraz jest chyba najlepsza pora na to, nie sądzicie? Grupa zamkniętych w szpitalu psychiatrycznym osób, które zapadły na białą ślepotę. W mieście wręcz szaleje epidemia tej ślepoty. Brzmi znajomo? Studium kondycji ludzkiej, jak określają „Miasto ślepców” krytycy. Zobaczymy.

„Ślepnąc od świateł” – Jakub Żulczyk

Tym razem polskie podwórko – książka, którą dopiero niedawno zrobiłem, a którą chce przeczytać, zanim sięgnę po adaptację serialową. Głośny swego czasu tytuł, w dużym uproszczeniu traktujący o codzienności dilera kokainy, jednak w nieco innym świetle, niż chciałoby tego społeczeństwo. Z jakiegoś powodu książka ta jest oceniana bardzo wysoko – chętnie więc poznam ten powód!
„Prawo do użycia siły” – Denis Szabałow

Kontynuuję swoją przygodę z postapokaliptycznym światem i wjeżdżam w kolejną trylogię, tym razem autorstwa Denisa Szabałowa. Znowu będzie sporo powierzchni, a nie zatęchłych tuneli metra, oraz jeszcze więcej szczegółów dotyczących militariów. Autor jest ich fanem, więc zapowiada się niezła zabawa!

„Para w ruch” – Terry Pratchett

To już prawie koniec mojej przygody ze Światem Dysku – zostało jeszcze parę tomów. Na szczęście ten jest dość grubaśny, jak na powieści tego brytyjskiego autora, więc będzie to nieco dłuższa przygoda. Na dodatek ponownie Patrycjusz złoży propozycję nie do odrzucenia Moistowi von Lipwigowi!

AUDIOBOOKI

Tym razem zapewne wiele ich nie będzie – skupić się bowiem chcę na ukończeniu opowiadań wiedźmińskich wydanych przez superNOWĄ, które mam dostępne w ramach Empik GO, a potem wjechaniu prosto w Trylogię Husycką Sapkowskiego – łącznie jest to ponad 70 godzin słuchowisk, więc na jednym miesiącu się to na pewno nie skończy…

A jak tam Wasze plany na nadchodzący miesiąc?

czwartek, 2 kwietnia 2020

Podsumowanie marzec 2020

Niezbyt przyjemny ten marzec, co? Chyba nikt się nie spodziewał takiego scenariusza, jaki życie nam zafundowało. W sumie nie bez powodu mówi się, że to ono pisze najlepsze historie. Ja bym się co prawda kłócił, czy takie tąpnięcia w gospodarce oraz nagły wzrost śmiertelności na praktycznie całym świecie to akurat ten „najlepszy” scenariusz, ale jakoś się musimy wszyscy odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Część z Was po raz pierwszy zasmakowała tego, czym jest praca zdalna (być może niekoniecznie w najlepszym jej wydaniu), a część miała możliwość pobyczenia się chwilę z dala od szkoły. Natomiast dla niektórych to z pewnością ciężkie czasy, w których albo praca zdalna nie była możliwa, albo branża podupadała. Zapewne jednak chociaż część osób (patrząc po social mediach okołoksiążkowych) odnalazła spokój właśnie w możliwości zatopienia się w lekturze!

Ja tak naprawdę pod tym względem nie odczułem tej kwarantanny jako coś zupełnie nowego dla mnie. Na co dzień pracuję zdalnie, a moja aktywność w dużej mierze opiera się na zarówno obowiązkach domowych, jak i innych zajęciach związanych raczej z internetem. Jedyne co się więc zmieniło to brak wizyt w siłowni oraz brak wyjść ze znajomymi – a że nie jestem mocno socjalnym stworzeniem i cenię sobie domowe zacisze, to nawet nie odczułem tego zbyt mocno. Jednak brak zmian oznacza również brak możliwości wykorzystania tego czasu do wzmożonego nadrabiania zaległości czytelniczych oraz kinowych (w domowym zaciszu rzecz jasna). Sami zresztą zaraz zobaczycie, że i moje statystyki się odrobinę wahnęły… 😅



Liczbę książek podbił tutaj „Wiedźmin”, którego zacząłem sobie słuchać w formie słuchowisk – a każde wydane jest jako osobna pozycja. W ogóle to jest moje odkrycie lutego te słuchowiska wydane przez superNOWA to po prostu sztos! Muszę sobie koniecznie zaplanować „Trylogię Husycką”, którą mam już dodaną do aplikacji Empik Go – to dopiero będzie zabawa… A reszta to tak jak widzicie – niby podobnie, ale trochę inaczej (zwłaszcza w liczbie przesłuchanych minut). A o dziwo sporo odcinków podcastów się pojawiło!



Już w ostatnim tygodniu marca widać było, że tutaj wyniki są paręnaście procent gorsze niż w poprzednim okresie. Natomiast ja cały czas nie mam pewności czy aby na pewno Google Analytics dobrze sobie radzi z ruchem na Bloggerze, bo trochę podejrzanie wyglądają te wyniki w porównaniu do blogów o niby podobnych zasięgach, ale opartych na własnym hostingu. Muszę się kiedyś wreszcie zmobilizować do migracji, tylko mi się tak bardzo nie chce…

Za to staram się być aktywny na Instagramie, który bardzo mocno polubiłem. Naprawdę, polecam – co prawda syf też się znajdzie, jak w każdych social mediach, ale jako platforma do dzielenia się myślami, chwilami oraz rozmów z innymi osobami jest naprawdę spoko. Bije na głowę Facebooka. W każdym razie tak się prezentuje najbardziej popularne w lutym zdjęcie na moim profilu:

Wyświetl ten post na Instagramie.

Normalnie nie bawię się w takie zabawy, nawet jeśli im kibicuje – pomysł @niekulturalniepl z #niekulturalnisiedzawdomu jest bardzo spoko, ale również nie myślałem o strzelaniu fotek. Wicie, niby Insta, ale jakoś się nigdy nie umiem zmobilizować do takich bardziej kreatywnych, zdjęciowych zadań. Jednak jak zobaczyłem dzisiejszy temat, czyli „stos, hałda, wieża”, to od razu mi przyszła banalna, ale oczywista wieża „Wieży świtu” Sarah J. Maas. 😀 No to tego… to łapcie wieżę… 😀 ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ —————————————— ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #bookinstagram #stosksiążek #szklanytron #throneofglass #sarahjmaas #czytaniejestsuper #książki #ksiazki #lubieczytac #lubieczytacksiazki #polskiebookstagramy #bookinstagram #bookstagramcommunity #mybookfeatures #czytambolubie #booksarelife #wordswordswords #niekulturalniepl ##bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska

Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)




Szału nie ma, tyłka nie urywa, ale jednak coś wpadło. Rzecz jasna wszystko jeszcze przed epidemią. Na zakupy jakoś, tak czy siak, od jakiegoś czasu nie mam weny, bo bym musiał wybrać odpowiednie pozycje, dobrać do tego sklep i tak dalej… Mam na razie co czytać – a poza tym są też audiobooki (choćby cały zestaw Wolnych Lektur do nadrobienia).

Tutaj natomiast znajdziecie opinie książek, które udało mi się przeczytać w marcu. Zarówno te pełnowymiarowe, jak i krótsze, w podsumowaniu zbiorczym:


Na sam koniec oczywiście jeszcze dwie informacje o najbardziej popularnym poście oraz blogu, który zapewnił mi najwięcej wejść! Pierwszym z nich jest „Czy nowe książki można kupić na wagę” (ponownie), natomiast tym razem część wejść zawdzięczam Łukaszowi z bloga Świat Fantasy – dzięki!

A jak tam Wasz marzec w tych niespodziewanie intrygujących czasach?

środa, 1 kwietnia 2020

Zbiorczo spod pióra – marzec 2020

Jak tam minął miesiąc? Dużo przeczytaliście lub przesłuchaliście? Albo może obejrzeliście, albo ograliście wiele gier? Obejrzeliście spektakl teatralny, może byliście na musicalu, albo nawet w operze? Ja się ograniczyłem do czytania i słuchania, chociaż Netflix i HBO GO cały czas w użytku też są! Najbardziej jednak książki papierowe oraz audiobooki/podcasty. Każdego wieczora jakaś godzina na papier i niezliczone ilości krótkich przerw w ciągu dnia na słuchanie. Niezłe efekty to daje! Zwłaszcza w przypadku tej drugiej aktywności – gdyby tylko jeszcze można było nie bawić się w żadne włączanie słuchawek i gdyby trochę dłużej żyły niż parę godzin (takie małe to wiadomo, nie będą długo trzymały) to byłoby cudownie! Zostałaby tylko praca nad podzielnością uwagi. 

Cóż, nie ma co jednak marudzić i w ogóle, tylko przejść do sedna tego postu, prawda? Poniżej już trzecie zestawienie krótkich opinii (dosłownie w paru słowach) na temat przeczytanych lub przesłuchanych książek. Mam nadzieję, że chociaż trochę pozwolą Wam zdecydować o sięgnięciu bądź i zostawieniu w spokoju konkretnych tytułów! 

„Getting Things Done” – David Allen

Format: Audiobook
Stron/długość: 14h 45m
Lektor: Marcin Fugiel

Biblia produktywności, jak to niektórzy nazywają „Getting Things Done” Davida Allena. Coś w tym jest, bo rzeczywiście wiele programów wspomagających produktywność opiera się właśnie na metodzie GTD, a sama książka jest przez autora dość regularnie aktualizowana. Do tego naprawdę jest to Biblia, z której można czerpać garściami. Sensownie podzielona, odpowiednio kategoryzowana i przekazująca mnóstwo merytorycznej wiedzy.

Jeśli masz problemy z uporządkowaniem swojego życia, to David Allen na pewno Ci pomoże – chociaż może to nie być łatwe na początku. Autor rzuca czytelnika od razu na pożarcie danych statystycznych, badań oraz przede wszystkim sprawdzonych sposobów, z których korzysta mnóstwo osób na świecie każdego dnia. Osobiście znałem już założenia GTD dużo wcześniej i wiele w moim życiu było zaprojektowanych właśnie pod tą metodę, ale i tak książka ta udowodniła mi, jak wiele jeszcze mogę poprawić. Innymi słowy, gorąco polecam – to nie jest jakiś dupny poradnik jak odmienić swoje życie, tylko jasne porady co zrobić, żeby to wszystko zaczęło po prostu działać.

„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 1m
Lektor: Roch Siemianowski

Absolutnie nie dziwię się, że książka wygrała plebiscyt Lubimy Czytać w swojej kategorii – nie dziwię się również, że to na niej oparli się twórcy serialu „Czarnobyl”. Kawał naprawdę dobrego reportażu, warty czasu poświęconego na czytanie. Szczegółowy, ale konkretny, zbierający nie tylko najważniejsze informacje, ale również mnóstwo ciekawostek. Bez patetycznego wydźwięku i bez wybielania czy oczerniania na siłę. Po prostu wyważony i świetny.

Tyle informacji o katastrofie w Czarnobylu nie znalazłem nigdzie. Wszystko posegregowane w odpowiednie kategorie i przedstawiony w logiczny sposób. „O północy w Czarnobylu” nie próbuje grać na emocjach, tylko przedstawia po prostu suche fakty. Jeśli oglądaliście serial, to sięgnijcie, tak czy siak, po książkę – jest nieco inna od swojej serialowej adaptacji i zawiera o wiele więcej danych i informacji. Tak, to możliwe, nawet mimo tego, że sam serial trwał łącznie kilka godzin. W końcu czas czytania przez lektora to siedemnaście godzin… Które warto poświecić.

„Cujo” – Stephen King

Format: Papier
Stron/długość: 330
Tłumacz: Jacek Manicki

Stephen King ma w swoim dorobku książki lepsze oraz gorsze i „Cujo” można zaliczyć niestety do tej drugiej grupy. Niech za pewnego rodzaju opinię posłuży informacja, że podczas lektury udało mi się bezwiednie przyciąć komara, co nie zdarzyło mi się od długiego czasu. Językowo ciężko coś zarzucić – jest napisana po prostu poprawnie, czyli tak, jak można się tego spodziewać po Mistrzu Grozy. W końcu pisać to on umie, a zwłaszcza po tylu wydanych książkach. Niestety tym razem kompletnie nie potrafił mnie zachęcić do lektury.

Tak naprawdę pierwsze ponad sto stron jest… o niczym. Kilka niezwiązanych ze sobą historii, które się toczą wokół życia ludzi i tytułowy Cujo, który wiedzie żywot względnie szczęśliwego psiska. Tylko przeczytaniu blurba daje nadzieję, że wreszcie coś się zacznie dziać z tym postaciami. No i faktycznie, zaczyna się dziać – jednak nie nazwałbym tego szczytem umiejętności pisarskich i fabularnych Kinga. To wybitnie średnia książka, którą można sobie przeczytać głównie wtedy, gdy chcemy po prostu zaliczyć wszystkie powieści Stephena Kinga. Inaczej w sumie szkoda czasu.

„Wiedźmin” (opowiadania) – Andrzej Sapkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 2h 22m + 1h 39m + 1h 48m + 2h 1m
Lektor: Słuchowisko

To tak naprawdę kolejna część słuchania opowiadań z Wiedźminem w roli (najczęściej) głównej, napisanych przez Andrzeja Sapkowskiego. Dostępne są jako osobne pliki do przesłuchania, więc po prostu skrupulatnie je dodaje do siebie. Trochę jednak szkoda, że tak szybko się je zalicza, bo są po prostu nieziemskie! Sama proza to wiadomo, jednemu może się podobać, innemu nie (sam jestem fanem Wiedźmina, więc tak naprawdę te historie to dla mnie jest żadna nowość), ale wykonanie przez superNOWA słuchowisk to coś pięknego!

Doskonale dobrani lektorzy, którzy wiedzą, co robią (Krzysztof Banaszyk jako Geralt wymiata) no i te dźwięki w tle. Idealnie wpisują się w klimat. Jako medium 10/10, totalnie. Jeśli jesteście fanami, to koniecznie musicie spróbować – chyba że nie umiecie w ogóle przetrawić formy słuchanej. W sumie nie – i tak spróbujcie! :D

„W ruinie” – Praca zbiorowa

Format: E-book
Stron/długość: 288

Wydawnictwo Insignis wydało już kilka zbiorów opowiadań napisanych przez fanów Uniwersum Metro 2033 – inicjatywa zacna, bardzo fajnie, że nowe osoby mogą się pokazać jako autorzy. W takich zbiorach wszystko jest oczywiście całkowicie od siebie różne i mamy do czynienia z wieloma poziomami jakości. „W ruinie” pod tym względem nie ustępuje w niczym poprzednim dwóm zbiorom, które miałem okazję przeczytać. Nie w sumie też lepsze, chociaż kilka opowiadań być może zapadnie mi w pamięci.

Mamy tu nawet do czynienia z historią osadzoną na Śląsku i to z wykorzystaniem śląskiej gwary! Co prawda akurat to opowiadanie nie przypadło mi do gustu, ale chyba warto o tym wspomnieć, jako o ciekawostce. Tak po prawdzie to przygody, z którymi mamy do czynienia w tym zbiorze rozrzucone są po całej Polsce, więc możemy sobie obejrzeć apokalipsę z perspektywy wielu miast. Jeśli chcecie jakiegoś podsumowania to myślę, że takie będzie najlepsze: nice to have dla fanów Uniwersum, chociaż nie spodziewajcie się niczego niesamowitego.