poniedziałek, 30 listopada 2020

„Cyberpunk Girls” – Praca zbiorowa

„Cyberpunk Girls” – Praca zbiorowa
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Krystyna Chodorowska, Magdalena Kucenty, Gabriela Panika, Martyna Raduchowska, Jagna Rolska, Agata Suchocka
Tytuł: Cyberpunk Girls
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 448
Data wydania: 12 listopada 2020

Słowo „cyberpunk” jest w ostatnich miesiącach na ustach absolutnie wszystkich graczy. Premiera gry „Cyberpunk 2077” była już kilkukrotnie przesuwana przez CD Projekt Red, co wywołało jeszcze większy szum i dotarło już do niemalże wszystkich grup społecznych. Wydanie zbioru opowiadań o tytule nawiązującym do świata najbardziej wyczekiwanej od kilku lat gry to doskonały pomysł! Na pewno od strony marketingowej. Jednak nie wystarczy dobra reklama, towar też musi być dobry, aby zdobył rzesze fanów. Czy zbiór stworzony przez autorki piszące na co dzień dla przeróżnych Wydawnictw i w bardzo różnym stylu robi robotę? Jako całość wyszedł naprawdę zaskakująco dobrze, chociaż poszczególne opowiadania mają przeróżny poziom.

Różne kobiety, różne przypadki, różne zajęcia, ale wszystko zebrane w jednym, konkretnym schemacie. Muszą sobie dać radę, muszą przeżyć i muszą odkryć tajemnice, które stanęły na ich drogach. W bardziej lub mniej określonej przyszłości, w przeróżnych sytuacjach na świecie, ale wszystko spaja jeden wspólny mianownik – rozwarstwienie społeczne. Trudno żyć w świecie, którym rządzą korporacje, a każdy człowiek jest w pełni śledzony przez przywódców. Czasem jednak trzeba się poświęcić dla dobra sprawy lub samej siebie. A nie jest to zawsze proste, zwłaszcza kiedy kłody rzuca Ci pod nogi absolutnie cała istniejąca rzeczywistość, jak i jej wirtualny odpowiednik.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to bardzo delikatne potraktowanie przekształcenia się świata we wszystkich opowiadaniach. W niektórych przypadkach zmiany są bardzo widoczne, jednak autorki nie zagłębiają się w szczegóły techniczne, nie próbują przedstawiać bliżej ani nowych metod i sposobów życia, ani technologii wykorzystywanej na co dzień. Tam, gdzie muszą się pojawić jakieś maszyny, opisy wszczepów czy innych modyfikacji, są robione w bardzo podstawowy sposób, jedynie na potrzeby pokazania, że coś takiego istnieje. Pod tym względem cały zbiór można zaliczyć raczej do soft cyberpunka, co być może niektórym niezdecydowanym może bardzo na rękę. Zamiast tonąć w nowomowie, będą się mogli skupić na samych historiach.

Te niestety były dość nierówne. Pierwsze dwa były naprawdę bardzo fajne. Trudno z początku mi było odnaleźć się w „Heartbyte”, jednak dość szybko wskoczyłem na odpowiednie tory i dalej przejażdżka już była komfortowa. Później, począwszy od trzeciego opowiadania, było już bardzo różnie, i to nawet w obrębie jednego, konkretnego tytułu. Takie „Amber” na przykład od samego początku mnie mocno wciągnęło i aż mi się zamarzyła pełnoprawna powieść osadzona w tym świecie. Końcówka niestety została rozegrana zbyt szybko i chaotycznie. „Spandau” z kolei było rozwleczone za mocno w czasie – gdyby usunąć niepotrzebne przeszkadzajki, to objętość by się spokojnie skurczyła o kilkadziesiąt nawet procent, bez uszczerbku dla historii.

Całokształt jednak jest na spory plus, bo wszystkie te historie tworzą spójną całość. Kiedy przechodzi się z jednego opowiadania do drugiego, nie czuje się czegoś kompletnie obcego. Mimo że są to różne światy, stworzone przez różne autorki, to jednak utrzymane w podobnym klimacie. Wszędzie dominuje skupienie na głównej bohaterce, okrojenie wszystkiego z nadmiarowej ilości technologicznej nowomowy, a do tego nawet pomimo ogromnych różnic w ewolucji rzeczywistości, odczuć można spójność pomiędzy nimi. Zupełnie jakby to było po prostu jedno, wielki uniwersum, z nieco innymi zasadami panującymi w poszczególnych dystryktach.

Bardzo ciekawy zbiór opowiadań, trochę nierównych i niekoniecznie dobrych dla wyrafinowanych znawców gatunku, ale na pewno jest doskonałym wyborem dla początkujących czytelników. Staram się zawsze na antologie spojrzeć jako na jeden obraz, a ta, pomimo swoich nierówności w poszczególnych jej składowych, jawi się jako zaplanowany i napisany w konkretnej konwencji zbiór, co warto docenić. Jeśli więc nie jesteście pewni, czy klimaty cyberpunka Wam się w ogóle spodobają, możecie sięgnąć po „Cyberpunk Girls” i samodzielnie się przekonać. Nie zaatakują Was interfejsy wszczepów, świadomości przeniesione do cyberrzeczywistości i inne, bardziej zaawansowane tematy. Dostaniecie jednak namiastkę w postaci korpolicji, neurożelu oraz ludzi kompletnie zapadających się w wirtualnej rzeczywistości! Takie niewielkie ilości akurat na sam początek.

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję

piątek, 27 listopada 2020

„Ja, anielica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, anielica
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 30 września 2020

Moje pierwsze spotkanie z cyklem o Wiktorii Biankowskiej nie należało może do najlepszych, ale jednak obiecywało wiele. Znaczy okej, może nie wiele, ale na pewno pokazywało, że autorka ma pomysł na cały świat i bohaterów, tylko po prostu wówczas pisała „Ja, diablica” jako jedną ze swoich pierwszych książek. Rok po rozpoczęciu anielsko-diabelskiego cyklu wydała jego drugi tom, czyli „Ja, anielica”, o którym czytałem wiele różnych opinii – chociaż w większości bardzo dobre. Dość często spotykałem wśród nich wyrazy lekkiego rozczarowania, ponieważ według czytelników drugi tom jest na nieco niższym poziomie niż pierwszy. Ja natomiast plasuję go nieco wyżej – wciąż nie jest to ponadprzeciętna książka, ale część problemów z pierwszego tomu została wyeliminowana.

Jeśli Wiktoria myślała, że długo będzie się cieszyła ze związku z Piotrusiem, to nie wzięła pod uwagę uporu Beletha. Beleth, jak to Beleth, piekielnie przystojny i przekonujący, ma do Wiktorii bardzo niewinną prośbę. Wszystko rzecz jasna z dobroci serca i szlachetnych planów, które ma, ale do których realizacji potrzebuje kogoś w Niebie. Czemu więc nie wysłać tam byłej diablicy? W końcu co może się złego stać. Wszak Niebo słynie ze sztywnych manier, totalnej nudy i absolutnego braku brawury na drodze. No, chyba żeby liczyć syna Szefa, który wozi się nowiutkim maserati…

„Przecież śmierć wcale nie jest czymś strasznym. To po prostu przejaw skrajnego niedoboru zdrowia”.

Cóż, na pewno jest to odrobinę bardziej dojrzała pozycja niż „Ja, diablica”. Oczywiście cały czas kręci się wokół przedstawiania Zaświatów w krzywym zwierciadle, ale czuć ogólnie, że nawet same opisy są bardziej konkretne i pełnowartościowe. Przy okazji nie ma już tak dużego nagromadzenia bardzo oczywistych porównań w Niebie, jak to było z Piekłem! Mamy Edenię, mamy również obsesję na punkcie siódemki (chociaż to jest w sumie dość spodziewanym efektem), jednak infantylne porównania nie atakują nas ze wszystkich stron. Ba! Nawet sam początek książki jest naprawdę… magiczny w pewnym sensie. Tajemniczy nawet można rzec, chociaż później wracamy do starej, dobrej Wiktorii i jej dalszych przygód, tym razem w Niebie.

Właśnie, Niebo! W pierwszej części autorka przedstawiła swoją wizję Piekła, natomiast teraz przyszedł czas na Niebo. A nie jest ono wcale takie, jakiego można się było spodziewać! Wbrew pozorom nie jest dokładnym przeciwieństwem Niższej Arkadii. Można powiedzieć, że jest bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jednak to, co najbardziej mnie w nim urzekło to putto – znane również jako kupidyn lub amor! Kreacja tych stworzeń przedstawiona przez Katarzynę Berenikę Miszczuk jest bezbłędna! Jak na razie to najlepsze, co mnie spotkało w całym cyklu o Wiktorii Biankowskiej i aż dziw bierze, że o jej wersji putto nie jest głośniej w różnych opiniach o książce.

Widać już też pewnego rodzaju schemat, w którym stara się obracać autorka. Schemat opowieści rzecz jasna. Wydarzenia toczą się podobnie do tych znany z poprzedniej części cyklu – chociaż rzecz jasna same szczegóły są kompletnie inne. Nawet mniej więcej w tym samym momencie wszystko zaczyna się zagęszczać (po przeczytaniu około 70% – ach te czytniki i ich wskaźniki!) i dąży już powoli do finału. W pewnym sensie to pomaga trochę w odnalezieniu się w tym wszystkim i oszacowaniu, czy powoli zbliżamy się do końca, czy można się spodziewać jeszcze jakichś zwrotów akcji. W końcu najważniejszy jest tu relaks i zabawa, nie jest to powieść z gatunku hard thriller czy innego skomplikowanego kryminału!

„Gabriel uśmiechnął się wesoło, jakby poczuł z tego powodu ulgę. Zapewne poczuł. Z kolei Szatan... on wyglądał, jakby miał się rozpłakać”.

Wciąż brakuje mi bardzo szerszego przedstawienia Zaświatów w wersji autorki, bo wszystkie informacje, jakie otrzymuje czytelnik, to tylko taka dawka, która pozwoli na bieżące śledzenie wydarzeń. Brakuje takiego szerszego spojrzenia na wszystkie krainy albo chociaż na krainę, której dotyczy konkretna książka. W pewnym sensie niewielką rekompensatą jest ponowne użycie konkretnego motywu religijnego, tak jak miało to miejsce w „Ja, diablica”. Tym razem są to klucze henochiańskie wraz z otaczającymi je „nieczystymi rzeczami”. Ba! Katarzyna Berenika Miszczuk nawet pokusiła się o cytowanie „Biblii Szatana”! Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy w przypisach zobaczyłem właśnie ten tytuł. Kompletnie się tego nie spodziewałem, ale to na akurat na plus. Szkoda tylko, że w całokształcie przedstawienie świata wykreowanego przez autorkę cały czas traktowane jest po macoszemu…

Cieszę się, że sięgnąłem po kolejny tom, bo całkiem dobrze się bawiłem i widzę poprawę w stosunku do poprzedniej powieści. Ciągle nie jest to historia, do jakiej przywykłem, kiedy czytałem inne książki tego typu, aczkolwiek zaczynam doceniać powoli lekkość i brak zobowiązań w prozie Katarzyny Bereniki Miszczuk. Kolejne dwa tomy mają o wiele lepsze opinie, więc liczę na dobry rozwój powieści. Cały czas plasuję ten cykl gdzieś w kategorii rzeczy przyjemnych do przeczytania, ale daleko stojących od ambitnej czy wymagającej literatury – czasem jednak ma się na coś lekkiego ochotę. W takim przypadku, po przefiltrowaniu wątku romantycznego, ciągłych umizgów Beletha oraz skakania z akcji na akcję, oraz braku porządnego rysu świata, dostajemy całkiem miłą historię z lekkim humorem. A to czasem nawet więcej, niż się możemy spodziewać, prawda?

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

Ja, diablica | Ja, anielica | Ja, potępiona | Ja, ocalona


środa, 18 listopada 2020

„Ogień nie zabije smoka” – James Hibberd

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
James Hibberd
Tytuł: Ogień zabije smoka
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Stron: 528
Data wydania: 12 listopada 2020

Pewnie nie istnieje osoba, która choćby nie słyszała o jednym z najgłośniejszych seriali HBO – „Grze o tron”. Można ją kochać, można jej nie cierpieć, a nawet można jej nie oglądać, jednak produkcja narobiła wokół siebie wystarczająco dużo szumu, żeby była chociaż kojarzona z tytułu. Ogromne wrażenie robią też szacunki przychodów, które wynoszą – w zależności od źródła – od 2,5 miliarda dolarów do nawet 3,5 miliarda dolarów, przy szacowanym koszcie produkcji zbliżającym się do 700 milionów dolarów. Nic więc dziwnego, że każdy próbuje ukroić coś z tego ogromnego tortu, a jeśli ten ktoś zapewni jeszcze więcej rozrywki fanom serialu, tym większy kawałek sobie wyrwie. Taką osobą jest James Hibberd, którego książka opisująca ciekawostki z planu oraz wywiady z aktorami i twórcami serialu została wydana w Polsce 12 listopada 2020 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B.

Wiele jest osób, które towarzyszyły „Grze o tron” przez wszystkie jej sezony, jednak niewiele z nich spisało swoje wrażenia oraz rozmowy z poszczególnymi osobami na papierze. Jeszcze mniej wydało swoje notatki w formie książki. James Hibberd oddał jednak w ręce wielu czytelników i fanów serialu skondensowaną dawkę aktorów, reżyserów, wypowiedzi showrunnerów oraz nawet dyrektorów HBO, wraz z ogromną ilością ciekawostek z planu, wpadek, triumfów, porażek. Wszystko spisane na pięciuset dwudziestu ośmiu stronach polskiego wydania, zawierającego same smaczki z wielu lat produkcji, które po zakończeniu serialu mogą stanowić łakomy kąsek dla osób spragnionych starej, dobrej „Gry o tron”.

„Nie jest niczym dziwnym, że podplenie kaskadera i przyglądanie się jak płonie, to dość niebezpieczny manewr”.

Nie do końca wiedziałem, czego mam się spodziewać po tej książce. Liczyłem na to, że po prostu pokaże jakieś smaczki, rzuci trochę anegdot, a przestrzenie wypełni średnio interesującymi wywiadami z aktorami oraz showrunnerami. Byłbym więcej niż zadowolony, gdybym otrzymał taki zestaw. Rozumiecie, nigdy nie miałem jeszcze okazji czytać książki, która byłaby poświęcona produkcji jakiegoś serialu lub filmu. Pojawiło się ich oczywiście całe mnóstwo, zresztą o same „Grze o tron” również (nawet wypowiedzi z kilku z nich są cytowane w dziele Jamesa Hibberda), jednak nawet nie kartkowałem ich nigdy w żadnej księgarni. Jestem więc zaskoczony tym, jak bardzo oczarowany byłem podczas lektury „Ogień nie zabije smoka”!

Zawartością tej pozycji w rzeczy samej są elementy, które wymieniłem. Są ciekawostki, różne anegdotki z planu (jak również opisy chwil smutnych lub strasznych), ale w jednym się bardzo mocno pomyliłem. Wypowiedzi aktorów, reżyserów, scenarzystów czy dyrektorów HBO nie są przedstawione w formie nudnawych wywiadów. Kojarzycie takie krótkie wstawki w filmach typu „making off”, w których konkretne postacie udzielają krótkiego komentarza na temat wydarzeń opisywanych przez narratora? To dokładnie taki zabieg zrobił James Hibberd! Być może to normalne w tego typu książkach, w końcu w filmach dokumentalnych się to sprawdza, ale mnie osobiście bardzo ucieszyła taka forma. Jest nie dość, że przystępna, to jeszcze mega interesująca. Przyciąga uwagę.

Cała książka ma swoją chronologię zgodną z kolejnością powstawania sezonów. Nie ma jakiegoś chaosu, który można kategoryzować poszczególnymi postaciami czy wydarzeniami. Po prostu James Hibberd leci po kolei od castingów przed serialem, przez wszystkie poszczególne sezony aż po finał. Dzięki temu można sobie powoli przypominać, co się działo w konkretnych odcinkach, jakie były kamienie milowe serialu, a przy okazji obserwować rozwój nie tylko aktorów, ale i całego przedsięwzięcia. Od niskich budżetów na odcinki, które powinny być kręcone z rozmachem, aż po bitwy morskie oraz lądowe, które robiły ogromne wrażenie na ekranie. No, może z wyjątkiem jednej, feralnej, z ósmego sezonu, po której widzowie nie zostawili na HBO suchej nitki…

„Raz chyba zasnąłem i obudziłem się w środku sceny. Znacie to przerażające uczucie, gdy budzicie się i nie wiecie, gdzie jesteście? No to wyobraźcie sobie, że budzicie się w samym środku »Gry o Tron«. Istny koszmar”.

Tutaj jednak wchodzimy z bardzo, ale to bardzo ważnym elementem „Ogień nie zabije smoka”. Zarówno showrunnerzy, jak i reżyserowie, scenarzyści oraz sami producenci wyjaśniają, czemu niektóre decyzje zostały podjęte w takim, a nie inny sposób. Oraz dlaczego nie wszystkie podobały się obsadzie i kierownictwu. Bardzo często problemem był oczywiście budżet (choć i tak dla przeciętnego człowieka ogromny), a czasem zwyczajnie nieszczęśliwe wypadki wśród załogi. No, ewentualnie „głupota” niektórych aktorów i aktorek, o czym sami wspominają z mieszanką rozbawienia i zażenowania własnymi decyzjami. To są naprawdę bardzo wartościowe informacje, bo pozwalają nam spojrzeć nieco inaczej na niektóre kontrowersyjne wydarzenia oraz sceny. Zwłaszcza te, które tak mocno odbiegają od wydarzeń znanych fanom literatury Martina.

Jest to pozycja, która powinna usatysfakcjonować niemalże każdego fana „Gry o Tron” w wersji serialowej. Ani chwili się nie nudziłem w trakcie lektury – mało tego, ciągle chciałem więcej! Zastanawiałem się co chwilę, jakie smaczki pojawią w odniesieniu do kolejnych wydarzeń oraz ostatnich sezonów. Rozczarowałem się nieco tłumaczeniem showrunnerów, dlaczego w ostatnim sezonie dziura logiczna poganiała dziurę logiczną, jednak byłem w ogóle w stanie spróbować zrozumieć ich decyzje. Tak czy siak, ubawiłem się przednio, bo anegdotki były naprawdę przezabawne, a czasem dobór słów zwyczajnie rozkładał na łopatki, nawet jeśli były to nieco… niebezpieczne sprawy (jak opis płonących kaskaderów – dosłownie płonących). James Hibberd wykonał kawał świetnej i tytanicznej pracy, którą naprawdę warto docenić!

Łączna ocena: 9/10





Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 11 listopada 2020

„Ja, diablica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

„Ja, diablica” – Katarzyna Berenika Miszczuk
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, diablica
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 16 września 2020

O cyklu anielsko-diabelskim, znanym pewnie lepiej pod nazwą cyklu o Wiktorii Biankowskiej, pewnie niektórzy z Was już słyszeli. Nie jest to wcale nic nowego, Katarzyna Berenika Miszczuk wydała pierwszy jego tom już w 2010 roku. Tuż przed publikacją czwartego z kolei tomu Wydawnictwo W.A.B. wydało wznowienie w odświeżonej wersji, więc skorzystałem z okazji i postanowiłem przeczytać wreszcie historie młodej Wiki, która nagle i niespodziewanie umarła. W końcu przewijał mi się ten cykl wielokrotnie przed oczami na różnych blogach, Instagramie, Facebooku i gdziekolwiek tylko nie istnieje społeczność książkowa. No to spróbowałem. Na razie szału nie ma, ale nie daję za wygraną.

Wiktoria wcale nie przewidywała tego, że jej życie skończy się tak nagle, w młodym wieku. Całe studia jeszcze przed nią, a co dopiero mówić o czerpaniu radości ze świata! Może jednak korzystać z przyjemności, jakie oferuje zarówno Ziemia, jak i Piekło przez całą wieczność. Jak? Dokładnie tak jak inne diablice, których w Piekle pojawia się powoli coraz więcej – nawet Lucyfer idzie z duchem czasu i rozumie potrzebę równouprawnienia! Tylko dlaczego akurat na nią padł wybór? Wszystko to trochę śmierdzi i wcale nie trąca siarką. Wiktoria szybko łapie trop, chociaż nie jest pewna, czy faktycznie cieszy się z bliskiego rozwiązania zagadki.

Cóż, początek jest naprawdę ciężki do przebrnięcia. Gdy Wiktoria trafia do Piekła, okazuje się, że jest ono jak z krzywego zwierciadła stworzonego przez gimnazjalistę. Wszędzie występują bardzo infantylne nazwy nawiązujące właśnie do piekła, diabelstwa, cyfry „6” we wszystkich wariantach – nawet w dialogach można zobaczyć nieco żenujące nawiązania do dziecinnych nazw. Przyznam, że skręcało mnie z żenady co chwilę. W tamtych fragmentach przy książce trzymała mnie bardzo żywa narracja oraz ogólna lekkość pióra autorki – po prostu pomysły były bardzo kiepskie, ale sama treść napisana była przyciągająco. Widać było, że Katarzyna Berenika Miszczuk ma na to wszystko jakiś pomysł, więc trzeba po prostu zobaczyć, jak będzie dalej.

Od pewnego momentu było dużo lepiej. Nawet w którymś momencie same diabły (lub demony) zaczęły narzekać na te bardzo stereotypowe nawiązania w nazewnictwie. Z drugiej strony autorka postanowiła też przytoczyć średniej długości wywód dotyczący znaczenia cyfry „6” dla całego Piekła, oczywiście na bazie znanych nam wszystkim informacji z wiar chrześcijańskiej. Ogólnie znalazło się sporo tego typu nawiązań, jak choćby polskie tłumaczenie imienia Lucyfer, które pochodzi z języka łacińskiego. Przyznać trzeba, że do poziomu Zygmunta Miłoszewskiego czy choćby Dana Browna autorce jest bardzo daleko w tej materii, ale mimo wszystko takie smaczki należy docenić. Zwłaszcza że pisarka stworzyła „Ja, diablica” w wieku 22 lat, jako pierwszą powieść wydaną z Wydawnictwem W.A.B. (choć nie jest to jej debiut literacki).

„– Gabriel, dlaczego akurat Gabriel? – Azazel mamrotał do siebie pod nosem. – Taki pozer! Kto chce zwiastować Zachariaszowi? Ja! Ja! Słyszałem, jak się wyrywał. A potem jeszcze się dopchał do zwiastowania Maryi. Durny karierowicz!”

To, co na pewno rzuca się w oczy to grupa docelowa, dla której została napisana ta powieść. Wszystkie znaki na ziemi i niebie (he-he) wskazują na młodzież, głównie ze względu na dość lekkie podejście do rozbudowy świata oraz jego skomplikowania. Podobnie jest z trzymaniem się jakiejkolwiek fizyki czy logiki – dość częste są kłócące się z rozsądkiem wydarzenia lub podejmowane przez poszczególne postacie decyzje. Komuś nieprzyzwyczajonemu do powieści młodzieżowych mogą się one wydać wręcz spartaczeniem roboty pisarskiej, ale w zdecydowanej większości te uproszczenia pokrywają się z tym, co robią inni autorzy oraz autorki w swoich powieściach. Po prostu skupiają się bardziej na narracji oraz prowadzeniu samej historii niż na szczegółach technicznych, zwłaszcza świata. No, chociaż parę razy zdarzyło się Katarzynie Berenice Miszczuk trochę przegiąć, bo aż mnie zęby zabolały (jak np. w scenie z księżycem – wystarczy do zidentyfikowania konkretnej sceny, ale nie zdradzę w ten sposób zbyt wielu szczegółów).

Koncepcja Piekła oraz Nieba jako królestwa (?) Arkadii jest może nie tyle nietuzinkowa, ile z pewnością intrygująca. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że tak naprawdę powieść powstała w 2010 roku. Trochę szkoda, że nie jest to bardziej „twarda” literatura, bo świat wykreowany przez autorkę mógłby być naprawdę niezwykle rozbudowany i ciekawy. Trochę też liczę na to, że w kolejnych częściach cyklu pisarka położyła nieco większy nacisk na wprowadzenie czytelnika w meandry działania obu królestw – Piekła oraz Nieba. Sama koncepcja doskonałej zabawy, która pojawia się już na samym początku książki, świeża nie jest, ale na pewno została dobrze wykorzystana. Nawet w mojej opinii udało się autorce nie przesadzić z tymi wolnościami oraz imprezami. Ciekaw jestem, jak wygląda Niebo w jej wersji…

Jak już wspomniałem, technicznie powieść jest na odpowiednim poziomie. Czyta się ją szybko, potrafi miejscami przyciągnąć, chociaż odnoszę wrażenie, że akcja często dzieje się o wiele zbyt szybko. Przy okazji w wielu sytuacjach wkrada się chaos – nie do końca wiadomo, czemu coś się wydarzyło tak szybko, kilka razy zgubiłem się nieco w wydarzeniach, ale każdy powrót do lektury następował z pozytywnym nastawieniem. A to w końcu jest bardzo ważne, nawet jeśli powieść ma sporo problemów, które warto w przyszłości naprawić. Przy okazji parę razy zdarzyło się nawet, że poczułem się zaskoczony uplecioną przez Katarzynę Berenikę Miszczuk intrygą. W końcu jesteśmy w Piekle, a diabły powinny ciągle knuć, prawda? Chociaż mogłyby knuć z mniej… romantycznym wątkiem, a nieco bardziej pożądliwym…

„Prawdziwi przyjaciele. Kto by pomyślał, że znajdę ich w piekle”.

Chyba mam jakieś skłonności masochistyczne, bo ciągle sięgam po książki z mocno zarysowanym wątkiem romantycznym, a ja takich wątków zwyczajnie nie cierpię. Zwłaszcza jeśli wpływają na brak realizmu postaci (jak knujący od wielu tysięcy lat diabeł, który nagle się robi pocieszny i współczujący oraz ma wiele rozterek, bo się „zakochał”). Ciężko mi też je zawsze jednoznacznie ocenić, bo trudno się wysilić na choć odrobinę obiektywizmu, kiedy się czegoś po prostu nie cierpi. Dlatego też może jedynie zaznaczę, że wątek romantyczny jest dość mocno zarysowany w „Ja, diablica”, więc jeśli liczycie na to, to możecie uznać się za szczęśliwych. W przeciwnym przypadku musicie jakoś to po prostu przeżyć, jeśli chcecie sięgnąć po tę pozycję.

Jak więc widzicie mam sporo zastrzeżeń do „Ja, diablica”, ale widzę również sporo plusów – no i do tego całkiem niezły potencjał. Wyszły kolejne cztery książki z tego cyklu, pomiędzy nimi autorka napisała jeszcze wiele innych (część z nich nagradzana przeróżnymi nagrodami), więc wierzę, że są to po prostu problemy wczesnego pisarstwa. W końcu niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto stworzył idealną powieść i to na samym początku swojej kariery literackiej! Zdarzają się takie perełki, ale całą resztę twórców trzeba po prostu wspierać i nie przekreślać ich, jeśli tylko widzimy pewnego rodzaju iskierkę w ich dziełach. Ja takową tutaj widzę, więc po prostu bez zbędnej zwłoki sięgnę po kolejny tom i przekonam się, o ile poprawiła się proza pisarki!

Łączna ocena: 5/10





Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

Ja, diablica | Ja, anielica | Ja, potępiona | Ja, ocalona


wtorek, 10 listopada 2020

Bardzo chcę! #74 – „Operator 594” Krzysztof Puwalski

Źródło: Lubimy Czytać

Pewnie chcielibyście już nieco odpocząć od ciągłego zalewu książek okołomedycznych? To mam dobre i złe wieści! Dobre są takie, że nie przedstawiam Wam dzisiaj niczego, co jest związane mniej lub bardziej z medycyną. Złe natomiast są takie, że nie będzie to też beletrystyka… Jakoś już od dłuższego czasu bardziej się jaram ogólnie pojętym non-fiction i w swoich planach czytelniczych większy nacisk kładę na chciejki z tej właśnie kategorii. Tak więc i tym razem przedstawiam Wam nie fantastykę, nie kryminał, a literaturę faktu! Wbrew pozorom nie jest to pierwsza książka o tematyce… hmm, jakby to ująć… militarnej po prostu (?), z którą będę miał do czynienia. Jednak z pewnością jest to pierwsza polska pozycja tego typu.

Wcześniej obracałem się głównie wokół SEALS-ów, czyli sił operacji Specjalnych Marynarki Wojennej USA. Wiecie, jak wygląda szkolenie, co tak naprawdę przeżywali w trakcie wykonywania misji (rzecz jasna tylko tych odtajnionych), a nawet jak wygląda współpraca wojska z cywilnymi najemnikami. Kilkukrotnie pojawiły się nawiązania do GROM-u, jednostki wojskowej Wojsk Specjalnych, a nawiązania ta przepełnione były szacunkiem oraz pozytywnymi słowami. Czemu więc miałbym nie przeczytać książki człowieka, który przez 12 lat służył właśnie we wspomnianej, polskiej jednostce? To może być ciekawe przeżycie, tak spojrzeć oczami innego komandosa, zwłaszcza jeśli jest to polski komandos.

Spójrzcie jednak sami, jak książkę opisuje Wydawnictwo Bellona, które wypuściło „Operatora 594” we wrześniu tego roku:

„Krzysztof Puwalski – PUWAL – 22 lata w Siłach Specjalnych w tym 12 lat w GROM-ie.

Ten czas to spełnienie jego marzeń.

Historia Operatora /594/ to niezwykła przygoda człowieka z determinacją dążącego do upragnionego życiowego celu.

W książce znajdziesz przykłady ludzkiej wytrwałości, siły, pasji, pragnienia przeżycia przygody, akcji i adrenaliny, ale też wyczerpania, tęsknoty, oraz walki z samym sobą.

Dotkniesz świata jednostek specjalnych dostępnego tylko dla wybranych.

Przeczytasz o najbardziej spektakularnych akcjach bojowych w Iraku i Afganistanie, podczas których z narażeniem życia operatorzy zespołów bojowych ratowali zakładników i neutralizowali terrorystów. To akcje, które do tej pory nie wyszły poza teczki operacji oznaczonych klauzulą TAJNE.

W GROM-ie selekcja nigdy się nie kończy.

Jak wiele możesz poświęcić, aby osiągnąć swój wymarzony cel? Czy masz w sobie siłę, która umożliwi ci dokonanie niemożliwego?

Pamiętaj, że wszystko, czego pragniesz jest po drugiej stronie strachu”.


piątek, 6 listopada 2020

„Pasterska korona” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Terry Pratchett
Tytuł: Pasterska korona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 302
Data wydania: 13 kwietnia 2017

Dzięki kolekcji „Świata Dysku” mogłem nie tylko przypomnieć sobie te książki Terry’ego Pratchetta, które już kiedyś przeczytałem, ale przede wszystkim zapoznać się z całym cyklem. Cała ta przygoda zajęła mi kilka lat, ale była naprawdę wspaniała. Doprowadziła mnie do ostatniego, wydanego w ramach kolekcji tomu, czyli „Pasterskiej korony”. Jest ona w pewnym sensie ukoronowaniem nie tylko podcyklu o Tiffany Obolałej, ale i całego Świata Dysku – w każdym tego słowa znaczeniu, nie tylko tym chronologicznym. Zdecydowanie powinna być czytana jako ostatnia, bo po niej już nic nie jest takie samo.

Tiffany jakoś sobie radzi kursując tu i tam oraz starając się pomóc wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują. Radzi sobie wręcz doskonale, zważywszy oczywiście na okoliczności. Te – jak zwykle wokół Tiffany – nie są zbyt kolorowe. Świat musi znowu stanąć naprzeciw elfów, które postanowiły posmakować tego, co elfy lubią najbardziej, czyli złośliwości oraz krwi. Młoda czarownica nie zamierza jednak pozwolić im wygrać. Mało tego! Być może uda się chociaż jednego elfa nauczyć, czym jest dobroć, przyjaźń, wzajemna pomoc oraz jakie to wywołuje uczucia. Tam w środku, w głębi każdej istoty żywej, nawet goblina.

Absolutnie nie spodziewałem się, że „Pasterska korona” będzie posiadała aż tak ogromny ładunek emocjonalny. Pod tym względem jest wyjątkowa w swoim rodzaju wśród wszystkich książek Uniwersum Świata Dysku. Nawet z najtwardszego człowieka wyciśnie całą gamę emocji, począwszy od radości, przez złość, strach, aż po smutek. Terry Pratchett zagrał na najczulszych strunach ludzkiej psychiki i zrobił to po mistrzowsku. Tak naprawdę na tym można by całkowicie zakończyć całą opinię o ostatniej powieści z jego cyklu, albowiem nic ważniejszego w niej nie ma. Nie może być bowiem nic ważniejszego niż cały przekrój praktycznie wszystkich podstawowych ośmiu emocji. Aż zacząłem nadużywać tego słowa.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że powieść ta została wydana już po śmierci brytyjskiego pisarza, która to nastąpiła 12 marca 2015 roku, to wydźwięk „Pasterskiej korony” nabierze rumieńców. Głównie chodzi o wydarzenia opisane na samym początku, które jednak trudno opisywać bez zdradzania bardzo istotnych elementów fabuły (nawet wszelkie opisy oraz blurb tego unika). Ogólnie rzecz biorąc, czytając tę powieść, powinniście się przygotować nie tylko na falę różnych emocji, ale również na uświadamianie sobie pewnych spraw, nad którymi być może nie zastanawialibyście się w „normalnej” sytuacji. Znaczy takiej, gdyby autor książki, którą właśnie pochłaniacie, nie zmarł przed jej opublikowaniem. Zaufajcie mi, to robi ogromną różnicę w tym przypadku.

Tiffany jest oczywiście cały czas sobą. Tą samą spokojną, zrównoważoną, pracowitą, choć lekko zagubioną czarownicą, którą można było poznać w kilku poprzednich tomach. Dokładnie takie same są elfy – złośliwe, wredne, do cna zepsute oraz łase na świat ludzi. Jednak tak naprawdę konflikt między czarownicami oraz tymi małymi, magicznymi stworzeniami to jedynie tło dla wielu bardzo ważnych przekazów, które Terry Pratchett wplótł pomiędzy wiersze swojej powieści. Co oczywiście nie nie zmienia faktu, że fabularnie książka stoi na bardzo wysokim poziomie. Podziwiam naprawdę sposób, w jaki brytyjskiemu pisarzowi udało się to wszystko ze sobą połączyć i stworzyć coś tak pięknego, jak „Pasterska korona”.

Przepiękne zakończenie całości. Naprawdę, polecam wszystkim, jako ukoronowanie całego cyklu. Emocjonujący oraz emocjonalny utwór. Nie próbujcie jednak zaczynać swojej przygody z Pratchettem od niego! Zostawcie go sobie na absolutnie sam koniec. Jako wisienkę na torcie, bo i tak stracicie co najmniej połowę najlepszych rzeczy – będą wyrwane z kontekstu. Więcej się rozczulać nad „Pasterską koroną” nie będę, sami najlepiej ocenicie, czy odbierzecie ją jako równie piękną i niesamowitą.

Łączna ocena: 9/10


środa, 4 listopada 2020

Co pod pióro w listopadzie 2020?

Pewnie spodziewacie się ujrzeć tu jakieś typowe dla jesieni tytuły? Jeśli tak, to niestety muszę Was zasmucić – raczej nie ulegam nastrojom pogodowym i nie dobieram książek do panującej za oknem pogody. Tak naprawdę nie mam żadnego klucza doboru, oprócz chwilowego widzimisię pod koniec miesiąca. Jedynie rozpoczęte cykle mogą kierować moimi wyborami – w końcu warto kończyć to, co się rozpoczęło, prawda? Przez chwilę nawet myślałem, że fajnie by było „Zgrozę w Dunwich” przeczytać w listopadzie, a najlepiej zacząć ją na samym początku (wiecie, Halloween na koniec października, Wszystkich Świętych i te sprawy), ale chyba jednak jeszcze nie jestem na nią gotowy. Tak jakoś czuję, że jeszcze powinienem poczekać, zanim sięgnę po ten zbiór. Nie wiem czemu, ale wolę tego głosu posłuchać.

Wybrać więc musiałem do swoich planów zupełnie inne tytuły. Wiedziałem, że prawdopodobnie trafi w moje ręce kilka egzemplarzy recenzenckich, chociaż nie byłem pewien (i wciąż zresztą nie jestem) ile z nich doleci i ile w ogóle przeczytam w listopadzie. No a warto też jednak półkowniki czytać, zwłaszcza te nieco starsze. W końcu nowości i Wy macie po uszy w social mediach, no i również ja. Wyszedł więc taki… trochę niepewny miks, który nie mam pojęcia, jak mocno zmieni się na przestrzeni całego miesiąca. Równie dobrze może się okazać, że tym razem swoje plany wywrócę kompletnie do góry nogami. No, ale to już zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Tymczasem przedstawiam teoretyczne plany na świeżo rozpoczęty miesiąc! Wszystkie okładki jak zawsze pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Dzielnica obiecana” – Paweł Majka

To był mój plan na poprzedni miesiąc, ale nie wyszedł. W takim razie przechodzi na listopad! Jedna z polskich wersji tego, co mogłoby się wydarzyć po wojnie nuklearnej. Zobaczymy, cóż Paweł Majka wymyślił dla Nowej Huty, jednej z krakowskich dzielnic, i jak będzie wyglądała w Uniwersum Metro 2033.

„Ja, diablica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

W tym przypadku źle wycelowałem z datą otrzymania egzemplarzy recenzenckich… Znaczy, zgubiłem się trochę we własnych planach, więc prawdopodobnie cykl diablekso-anielski Katarzyny Bereniki Miszczuk zacznę dopiero w listopadzie – a w każdym razie mam taką nadzieję!

„Ogień nie zabije smoka” – James Hibberd

Kolejna pozycja recenzencka, również od Wydawnictwa W.A.B.! Szał na „Grę o tron” już dawno ostygł, ale bardzo możliwe, że ta książka chociaż na chwilę rozpali go ponownie. No albo i nie – przekonamy się niebawem. Czemu tak sądzę? Kulisy kręcenia jednego z najgłośniejszych seriali ostatnich lat mogą faktycznie być bardzo… gorące...

„Raróg” – Anna Sokalska

Pora też sięgnąć po jakiś bardziej klasyczny thriller lub coś do niego zbliżone. „Raróg”, którego egzemplarz wygrałem w konkursie, wydaje się idealnym kandydatem! Anny Sokalskiej nie czytałem nigdy wcześniej, a internety mówią, że była nominowana do kilku nagród za swoją twórczość. Czemu więc nie spróbować?

AUDIOBOOKI

Klasycznie nie wiem, na co trafię w trakcie poszukiwań (zwłaszcza że co chwilę pojawiają się nowe pozycje w Empik Go, którego to abonament posiadam), ale pewne plany się już wyklarowały. Tak mniej więcej. Spośród wszystkich tytułów, które obecnie leżą w mojej biblioteczce w aplikacji, te są tymi, które teoretycznie powinny iść w pierwszej kolejności:

  • „Triumf chirurgów” – Jürgen Thorwald
  • „Broad Peak. Niebo i piekło” – Przemysław Wilczyński
  • „Pies” – Jakub Gończyk
  • „Lalka” – Bolesław Prus (słuchowisko)


poniedziałek, 2 listopada 2020

Podsumowanie październik 2020

To już czwarty kwartał, czaicie? Czwarty kwartał 2020 roku! Przez calutki październik nie mogłem sobie tego uświadomić, ten cały rok (mimo że bardzo szalony) minął przerażająco szybko. Nie no, wiem, że jeszcze mamy dwa miesiące, ale one to już pójdą naprawdę błyskawicznie. Wreszcie jednak przyszła też jesień, bo wrzesień tak się zdecydować nie mógł. Oczywiście słońce było bardzo spoko, ale nie z samego rana, kiedy wiatr był za zimny na krótki rękaw, a nasza grzejąca gwiazda zbyt ciepła, żeby mieć na sobie choćby bluzę… Październik był pod tym względem o wiele bardziej łaskawy!

Równie łaskawy był w kwestii mojego czytelnictwa – zarówno pod względem samego czytania, jak i nowych zdobyczy. Udało mi się zakończyć w końcu cały cykl „Hyperiona”, który trochę mi zajął. Do tego zająłem się kolejnymi audiobookami o tematyce wysokogórskiej, natomiast na papierze przeczytałem również otrzymane od wydawnictw egzemplarze recenzenckie. Jak więc widzicie, było niemalże wszystko, czego mol książkowy może pragnąć! Być może nie do końca jestem zadowolony z ilości wolnego czasu, który miałem i który mogłem poświęcić na czytanie, ale nie zawsze można mieć wszystko. Trzeba się cieszyć z małych rzeczy, to wielkie może kiedyś przyjdą!

Teraz jednak przejdźmy już po moim klasycznym wstępie do głównej atrakcji programu. Infografik! Kurczę, ta Canva jest tak prosta i banalna, że nawet kopiuj-wklej jest łatwiejsze niż wcześniej…


Wyszło mi w sumie… klasycznie. Zbliżyłem się do magicznej liczby dziesięciu tytułów, chociaż jej nie przekroczyłem. Jakościowo było naprawdę spoko, absolutnie nie mogę narzekać. Pewnie dałbym radę wcisnąć jeszcze jeden audiobook, ale podcastów w październiku było tyle (albo raczej były tak długie), że one mnie trochę przytkały. No, ale jakby nie chciał, to bym nie słuchał prawda? A kupę wartościowej wiedzy z nich czerpię…

No właśnie. Podcasty! W październiku było z nimi niezłe szaleństwo! Nie jest to jeszcze poziom z lipca, kiedy to łącznie przesłuchałem ponad 70 godzin, ale widać, że twórcy już w pełni wrócili po wakacjach. Przyjemnie!

Całkiem niezły wynik wyszedł też w serialach. W pewnym sensie jest to na pewno zasługa… uwaga, uwaga… „Brzyduli”! Tak! Zacząłem oglądać drugi sezon „Brzyduli”, który pojawił się po dziesięciu latach! Można mieć faktycznie zastrzeżenia do samej fabuły, ale aktorzy (ci sami zresztą) robią fajną robotę. Można powiedzieć więc, że jest to takie moje guilty pleasure, do którego siadam w każdy wieczór! Jednak nie był to jedyny serial, który oglądałem, pełna lista unikatowych tytułów jest o, tutaj:

  1. Rozczarowani
  2. Nawiedzony dwór w Bly
  3. Brzydula
  4. Gambit królowej

Ja niezbyt umiem w social media, co nie jest pewnie dla nikogo, kto jest ze mną dłużej, żadną niespodzianką. Nie będzie więc pewnie żadnym zaskoczeniem, że klasycznie te liczby jakoś nie poszły znacząco w górę… No cóż, życie!

Wrzucę Wam za to zdjęcie z Instagrama, które miało w październiku najwięcej serduszek:

View this post on Instagram

Czytaliście jakąś książkę Dana Simmonsa? Ja niedawno skończyłem już cały cykl „Hyperiona” i niniejszym moja przygoda ze światem Hegemonii Człowieka, tak wspaniale wykreowanym przez autora, dobiegła końca. „Triumf Endymiona” nie był tym, czego się spodziewałem. Żebyście nie zrozumieli mnie źle – to naprawdę dobra powieść. Świetnie skrojona, z genialnym uniwersum, wielowarstwowa, wplatająca między zwykła rozrywkę wiele wartościowych przemyśleń. No i wciąż wychylająca się z każdego zakątka baza opierająca się na literaturze brytyjskiej… Jednak czegoś mi zabrakło. Zarysów charakterologicznych postaci. Takiego zżycia się z nimi, czy w ogóle możliwości opisania ich inaczej niż „no ten co tam biegał z tamtą”. Był ogromny nacisk na świat, ale dużo mniejszy niż na bohaterów. ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ Jeśli chcecie przeczytać nieco więcej o moich przemyśleniach na ten temat, to zapraszam na bloga – tam pojawiła się już wczoraj dość obszerna recenzja! 😁 ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ —————————————— ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #czytamfantastykę #hyperion #dansimmons #czytamfantasy #książkowelove #bookishfeatures #takczytam #bookster #bookwormlife #readingbooks #readingissexy #zdjeciezksiazka #recenzjaksiazki #opiniaoksiazce #czytanietoprzyjemnosc #czytamirecenzuję #fantastycznaksiążka #ksiazkoholizm #bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska

A post shared by Z piórem wśród książek (@zpiorem) on

Moja biblioteczka nie powiększyła się o zbyt dużą liczbę książek – wszystkie za to „za darmo”, jako wygrane lub egzemplarze recenzenckie. Udało mi się kupić parę e-booków w promocji Wydawnictwa SQN, Papier więc wzbogacił się o takie oto pozycje:

  1. „Zbawiciel” – L. Herman
  2. „Przebudzenie Lewiatana” – J. S.A. Corey
  3. „Ja, ocalona” – K. B. Miszczuk

A na koniec klasycznie lista przeczytanych książek!

  1. „Triumf Endymiona” – D. Simmons
  2. „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” – D. Kortko, M. Pietraszewski
  3. „Prawda. Krótka historia wciskania kitu” – T. Philips
  4. „Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” – E. Revol
  5. „Zbawiciel” – L. Herman
  6. „Czerwony głód” – A. Applebaum
  7. „Kwantechizm, czyli klatka na ludzi” – A. Dragan
  8. „Rodziny himalaistów” – K. Skrzydłowska-Kalukin, J. Sokolińska
  9. „Pasterska korona” – T. Pratchett
  10. „Pies” – J. Gończyk

Mam nadzieję, że Wasz październik był równie udany pod względem czytelniczym, jak mój!


niedziela, 1 listopada 2020

Zbiorczo spod pióra – październik 2020

Dociera już do Was, że zostały jedynie dwa miesiące do Nowego Roku? Serio, serio! Właśnie minął październik, dziesiąty miesiąc w roku, no i przy okazji rok 2020 zaczyna się chylić ku końcowi. To były niesamowite miesiące, a wielu śmieszków zastanawia się, co nam te dwa ostatnie miesiące mogą przynieść! To jednak nie jest miejsce, w którym będę Was bombardował kolejnymi apokaliptycznymi wizjami (chyba że akurat będę opisywał wrażenia spotkania z kolejną książką z Uniwersum Metro 2033!) – w końcu ma to być miejsce, w którym można oderwać się od rzeczywistości i zatopić w świecie książek! Sam zresztą robię to regularnie, więc wolę się skupić na wrażeniach, jakie daje poruszanie po światach wykreowanych przez autorów.

Niektórzy odczuwają jakąś taką chandrę, kiedy tylko zaczyna się jesień. Wrzesień bardzo nas rozpieścił, było w nim dużo słońca, za to październik rozpoczął się niezbyt zachęcającą do spacerów pogodą – chyba że ktoś lubi deszcze, to był wniebowzięty! W każdym razie dążę do tego, że u mnie raczej nastrój za oknem nie wpływa za bardzo na wybory czytelnicze. Zawsze sięgam po to, na co mam aktualnie ochotę lub fazę. Od września złapałem lekką fazę na literaturę górską, więc trochę jej się pojawiło wśród moich audiobooków… Starałem się jednak też przeplatać to innymi książkami. Jak mi to wyszło? Ano tak, jak widać poniżej!

Jeszcze przed przejściem do meritum tego wpisu, pragnę nadmienić, że wszystkie okładki pochodzą jak zwykle z serwisu Lubimy Czytać. :) 

„Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” – Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Format: Audiobook
Stron/długość: 9h 44m
Lektor: Filip Kosior

Skromny, wytrwały, nieco choleryczny, ale skuteczny – te słowa dość dobrze pasują do opisu postaci Krzysztofa Wielickiego, narysowanej przez książkę autorstwa Dariusza Kortko oraz Marcina Pietraszewskiego. Nie istnieje oczywiście żadna biografia osoby, która jeszcze żyje, napisana w pełni obiektywnie, jednak co ciekawe wiele kontrowersji wokół decyzji legendarnego himalaisty zostało w tym tytule poruszonych. Wszak w tym sporcie kontrowersje to chleb powszedni – przebywając w strefie śmierci, powyżej ośmiu tysięcy metrów nad poziomem morza, decyzje muszą być podejmowanie w mgnieniu oka i często ich konsekwencją jest życie lub śmierć.

Cała książka to zbiór opisów wypraw Krzysztofa Wielickiego, ze szczególnym naciskiem na te najważniejsze dla niego. Przeplatane są wstawkami z jego życia prywatnego – zarówno historii jego fascynacji wspinaczką wysokogórską, jak i jego życia rodzinnego i pewnego rodzaju ewolucji. Faktycznie to, co niektórzy zarzucają tej książce, czyli chaotyczność, może trochę wyprowadzić z równowagi, ale nie zaburza absolutnie chronologii. Przy okazji można ominąć te fragmenty, które niekoniecznie kogoś interesują, chociaż gorąco polecam zapoznać się z całością. Postać Wielickiego jest naprawdę… intrygująca.

„Prawda. Krótka historia wciskania kitu” – Tom Philips

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 22m
Lektor: Maciej Kowalik

Wcześniej słuchałem już innej książki tego samego autora, „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”. Jest ona pełna humoru i niesamowitych ciekawostek, które zostały przez autora zebrane wręcz od zarania dziejów ludzkości, aż po czasy współczesne. Spodziewałem się czegoś podobnego po „Krótkiej historii kitu” i prawie to dostałem. Niestety historie nie są już tak wszechstronne, chociaż wciąż charakterystyczny dla Toma Philipsa humor jest wszędobylski. Wciąż miło się słucha (mam nadzieję, że czyta również), jednak nie jest już to aż tak wciągająca pozycja, jak jej poprzedniczka.

Autor głównie skupia się na przedstawieniu największych kłamstw w okresie, w którym prasa zaczęła święcić triumfy, a słowo pisane zaczęło trafiać do szerokiego grona odbiorców. W pewnym sensie ma to być dowód na to, że tak zwana epoka postprawdy wcale nie zaczęła się dopiero w „naszych czasach”, ale już dawno temu. Niestety brakuje takiego pełnego przekroju przez różne czasy, na co wskazywać by mógł tytuł tej pozycji. Całość operuje wokół paru raptem wieków, i to tych bliższych nam, niż dalszych. Z czasów określanych jako przed naszą erą znajdziemy tylko jedną wzmiankę, na dodatek dość krótką. Spodziewałem się po tej książce o wiele więcej, chociaż i tak nie było źle.

„Przeżyć. Moja tragedia na Nanga Parbat” – Elisabeth Revol

Format: Audiobook
Stron/długość: 4h 46m
Lektor: Paulina Holtz

Pamiętacie ten szum medialny z 2018 roku dotyczący akcji ratunkowej na Nanga Parbat? Wiele przeróżnych głosów, głównie osób, które wypowiadały różne zdania, siedząc na ciepłych kanapach? Elisabeth Revol w pewnym sensie odpowiedziała na te głosy i opisała swoje przeżycia ze stycznia 2018 roku. Jednak nie ograniczyła się do suchego przekazania chronologii wydarzeń, ta książka to coś o wiele większego. Jest niesamowicie emocjonalna i pokazuje nie tylko to, z czym himalaistka musiała się zmierzyć w ciągu kilku dni, ale również, w jaki sposób w ogóle narodziło się partnerstwo między nią a Tomkiem Mackiewiczem.

Przedstawia również swoje przeżycia w ciągu kolejnych miesięcy po wydostaniu się z lodowego piekła, łącznie z przemyśleniami dotyczącymi tego, co mogli oboje zrobić lepiej. Nie jest to jakaś wybielająca historia, która ma pokazać tę dwójkę himalaistów z perspektywy dobrych ludzi, którzy nie popełnili żadnego błędu. Wręcz przeciwnie – Elisabeth Revol wskazuje wszystkie problemy, których można było w ten czy inny sposób uniknąć. Samego Tomka, z którym wspinała się już wielokrotnie, również pokazuje w niekoniecznie białym świetle – stara się po prostu przekazać tyle, ile jest tylko w stanie w jak najbardziej obiektywny sposób. Przynajmniej na tyle, w jakim stopniu można mówić o obiektywizmie w przypadku tak głębokich przeżyć emocjonalnych.

„Czerwony głód” – Anne Applebaum

Format: Audiobook
Stron/długość: 16h 41m
Lektor: Albert Osik

Bardzo przerażający i brutalny reportaż. Zupełnie jak Hołodomor, który miał miejsce w latach 1932–1933, podczas którego życie straciło około 3,3 mln mieszkańców Ukrainy. Anne Applebaum opowiada nie tylko o tym, co się działo w trakcie samego Wielkiego Głodu, ale również, w jaki sposób do niego w ogóle doszło. Historia sięga wielu lat wstecz, aż do rewolucji bolszewickiej, po drodze zahaczając o fale głodu z lat 1921–1923. Kawał historii innymi słowy, przedstawiający szokujące informacje – zarówno z perspektywy ówczesnego, przeciętnego ukraińskiego rolnika, jak i z perspektywy wysoko postawionego działacza partii.

Mnogość szczegółów, do których dokopała się autorka, potrafi niemalże przytłoczyć. Nie tyle samą ich ilością, ile drobiazgowością oraz okrucieństwem, które z nich bije. Nie od dzisiaj wiadomo, że Stalin, który stał za Hołodomorem, był jednym z największych zbrodniarzy, jakie nosiła nasza matka Ziemia, ale często do przeciętnego człowieka nie dochodzi w ogóle ogrom tragedii, które spowodował. Tak samo, jak nie potrafi się przebić przez świadomość to, z jak zimnym wyrachowaniem do tego wszystkiego doprowadzał. Anne Applebaum przedstawia to wszystko w bardzo rzeczowy, choć bezkompromisowy sposób. Jeśli drastyczne szczegóły Wam nie przeszkadzają, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Na lekcjach historii tyle nie usłyszycie.

„Kwantechizm, czyli klatka na ludzi” – Andrzej Dragan

Format: E-book
Stron/długość: 280

Jeśli kiedykolwiek nazwisko Andrzeja Dragana Wam się obiło o uszy, to bardzo możliwe, że nie do końca wiecie, co on tu robi obok tytułu jasno nawiązującego do fizyki. Autor jest w niektórych kręgach znany jako fotograf, chociaż naukowo jest związany właśnie z fizyką. Książkę, którą miałem okazję przeczytać, sam nazywa „zupą-śmietnikiem”, która zawiera wszystko, co mu przyszło do głowy, łącznie z historiami z jego życia – w tym takimi, które opowiadają, w jaki sposób w ogóle związał się z fizyką. W dużej mierze są to jednak przybliżenia najważniejszych i najbardziej fundamentalnych zasad fizyki, o których niestety nie usłyszymy w szkole (a jak usłyszymy, to i tak nie zrozumiemy).

O dziwo, Andrzej Dragan ma smykałkę do tłumaczenia. Wyznaje zasadę, że jeśli nie potrafi czegoś wytłumaczyć swojej babci, to znaczy, że sam tego nie rozumie – no i faktycznie wychodzi na to, że rozumie wszystko, co porusza w książce. Ogranicza się do tego, czego można się dowiedzieć z różnych książek popularnonaukowych, jednak muszę przyznać, że o wiele lepiej mi się czytało jego tłumaczenia niż Stephena Hawkinga. Trzeba się tylko liczyć z tym, że w „Kwantechizmie” pojawia się wiele negatywnych nawiązań zarówno do dowolnej religii oraz wiary, jak i filozofii – autor nie ma dobrego zdania o nich i nie kryje się z niechęcią. Jeśli nie kłóci się to z Twoim światopoglądem, to nie powinno to stanowić większego problemu.

„Rodziny himalaistów” – Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Joanna Sokolińska

Format: Audiobook
Stron/długość: 5h 33m
Lektor: Albert Osik

Trochę zawiodła mnie ta książka. Być może miałem nieco inne wyobrażenie tego, czym jest. Liczyłem na opowieści o tym, co czuły rodziny zmarłych himalaistów, kiedy oni ruszali na swoje wyprawy. Co czują obecnie rodziny, których ojcowie, matki, dzieci, zdobywają wysokie góry. W jaki sposób sobie z tym radzą, czy ich wspierają, czy jest to dla nich problemem. Innymi słowy, miałem nadzieję na dość szeroki przekrój rozmów i równie szeroki punkt widzenia. Niestety efekt jest bardzo, ale to bardzo wąski. Dotyczy co prawda kilku różnych osób, kręci się wokół ich wypraw za życia, jak i tych ostatnich, w których zostawili swoje rodziny po raz ostatni.

Właśnie. Po raz ostatni. „Rodziny himalaistów” w sumie powinny zmienić tytuł na „Rodzinny zmarłych himalaistów”, bo to wokół nich skupiają się wszystkie historie. Nie od dziś wiadomo, że śmierć członka rodziny to dla zdecydowanej większości przeogromny ładunek emocjonalny, który bardzo skutecznie potrafi zmienić postrzeganie niektórych aspektów. Zabrakło więc bardzo ważnej części, czyli historii nieobarczonych tym ładunkiem. Przy okazji w wielu miejscach odnosiłem wrażenie, że autorki chcą przekonać wszystkich, że wspinaczka wysokogórska to bardzo, ale to bardzo zła pasja – spójrzcie sami, co przeżywają rodziny! Z jednej strony więc faktycznie pojawiły się wspomnienia przeżyć oraz tego, z czym się musiały rodziny mierzyć, a z drugiej nawet obiektywność pozostawia wiele do życzenia.

„Pies” – Jakub Gończyk

Format: Audiobook
Stron/długość: 5h 24m
Lektor: Jakub Kamieński

Książka mnie zaskoczyła mega pozytywnie. W sumie, gdybym nie trafił na nią w Empik Go podczas leniwego przeglądania ich zasobów, to bym pewnie długo o niej nie usłyszał. A byłaby to wielka szkoda. „Pies” Jakuba Gończyka przypomina mi bowiem „Agonię” Pawła Kapusty, lekko zmieszaną z „Gadem”. Podobny, sarkastyczny, cięty i lekko cyniczny styl narracji jak w „Gadzie” oraz tak szeroka gama osób i instytucji odpowiedzialnych za kiepska kondycję policji jako całej formacji jak w „Agonii”. Dosłownie, tak szeroka, jak się tylko da – w sumie wiele osób pewnie się domyśla, jak to może wyglądać od środka i jak wiele różnych przypadków oraz wyjątków można napotkać, ale jednak przeczytać na własne oczy to też coś innego.

Jeśli nie jesteście pewni, czy faktycznie jest to książka dla Was, to możecie spróbować się z nią obwąchać (he-he) na facebookowym profilu „Psia Perspektywa – Jakub Gończyk”, który w pewnym sensie był pierwowzorem papierowego reportażu. W końcu faktycznie w samej książce jest to również zbiór historii z codziennej pracy polskiej policji, począwszy od tych miłych, a skończywszy na najbardziej porypanych i przerażających interwencjach. Rzecz jasna z perspektywy przeciętnego pracownika prewencji. Innymi słowy, mamy pełny przekrój. Czy polecam? Oj tak.


piątek, 23 października 2020

„Zbawiciel” – Leszek Herman

„Zbawiciel” – Leszek Herman
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Leszek Herman
Tytuł: Zbawiciel
Wydawnictwo: Muza
Stron: 874
Data wydania: 14 października 2020

Jak do tej pory proza Leszka Hermana jedynie obijała mi się o uszy, jednak nie miałem okazji sam jej spróbować. Trochę ryzykowne jest zaczynanie jakiegoś cyklu od jego czwartego tomu, ale zdarzało mi się to już wcześniej (Harry’ego Hole’a zacząłem od tomu… dziesiątego), wiec pomyślałem, że w sumie czemu nie. Okazał się to być jednocześnie dobry i zły pomysł. Dobry, ponieważ odkryłem, że faktycznie sposób pisania Leszka Hermana jest tym, co mój gust bardzo lubi. Złym natomiast, gdyż zaspoilowałem sobie co najmniej jedną z wcześniejszych książek, i to tak dość mocno… Z samego „Zbawiciela” jestem jednak bardzo zadowolony!

Wybuch – nawet niewielki, jedynie rozsypujący kwiatki na głowy wszystkich zebranych osób – w katedrze to doskonały materiał dla dziennikarzy. Kolejny wybuch zawalający rusztowanie to już jednak sprawa również dla policji. Paulina i Piotr, którzy pracują dla „Dziennika Szczecińskiego”, muszą jednak szukać innych sposób na dotarcie do prawdy o tych wydarzeniach – obecna redaktor naczelna niechętnie z nimi współpracuje i uważa, że mają o wiele zbyt wybujałą wyobraźnię. A trop z jakiegoś powodu prowadzi do jednego z obrazów namalowanych przez samego Leonarda da Vinci…

Cóż, jak już wspomniałem, nie próbujcie zaczynać całego cyklu od tego tomu. To jest bardzo zły pomysł. Wychodzi na to, że naprawdę wiele wydarzeń (i to dość istotnych na pierwszy rzut oka) opiera się na tym, co wydarzyło się w poprzednim lub wręcz poprzednich tomach. Nie jest to oczywiście nic zaskakującego, jednak tym razem mam na myśli nie same prywatne wątki przedstawiające życie konkretnych postaci, ale dosłownie elementy fabuły wynikające wprost z wcześniejszym tomie. Dla samej radości czytania „Zbawiciela” nie ma to prawie żadnego wpływu, jednak z pewnością nadrabianie zaległości już nie będzie takie przyjemne. Wszak będziecie już wiedzieli, co się stało.

Po przeczytaniu samego opisu jeszcze w czasie podejmowania decyzji o tym, czy chciałbym się z tą książką zaznajomić, czy też nie, spodziewałem się czegoś na miarę Dana Browna czy Zygmunta Miłoszewskiego. Akcji zasuwającej jak szalona, dość wysoko sięgającej intrygi, która od samego początku wciąga czytelnika w wyższe sfery. Lord tu był, a jakże, ale jako jedna z głównych postaci po tej „dobrej” stronie. Przez praktycznie połowę książki nie uświadczyłem takiego właśnie szaleństwa, a zamiast tego autor zaserwował spokojne wprowadzenie w temat i budowanie kuli śnieżnej bez nerwowości i zrzucania kilku ton śniegu od razu na głowę czytelnika. No i wiecie co? To też jest świetne. Zupełnie inaczej mi się czytało „Zbawiciela” niż książki wcześniej wspomnianych autorów – potrafiła wciągnąć, przykuć, ale w bardziej stonowany i mniej agresywny sposób. 

Nie można oczywiście tego uznać za „lepsze” lub „gorsze” od tego, na co byłem nastawiony. Rzekłbym wręcz, że jest to po prostu inne podejście, które robi tak samo dobrą robotę, jak to wspomniane przeze mnie wcześniej. Ma to rzecz jasna swoje słabsze strony, jak na przykład dłuższe zagnieżdżanie się w powieści i mniejsza dynamika fabuły, jednak później to wszystko się wyrównuje. Niektórzy zresztą mogą nie lubić takiego ogromnego dynamizmu i rzucania czytelnika w wir wydarzeń – czemu więc wtedy nie spróbować podejścia Leszka Hermana? Być może ono będzie tym, co przyciągnie Was do tego typu książek.

Jedną z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się „Zbawicielowi”, jest postać redaktor naczelnej Przeworskiej. To jest jedna z najbardziej irytujących postaci, z jakimi miałem do czynienia! W pewnym momencie od razu przyszła mi na myśl Dolores Umbridge, jedna z najbardziej znienawidzonych postaci literackich we współczesnej literaturze. Bardzo szybko zbliżające się sceny z panią naczelną zaczęły nawet mi, czytelnikowi, podnosić ciśnienie. Naprawdę trzeba umieć wykreować taką bohaterkę, która wzbudza chęć mordu i palpitację serca oraz drganie powieki. Tylko wiecie, nie chodzi oczywiście o to, że irytuje sama postać – wtedy nie byłoby to dobre. To jej zachowanie, poglądy oraz podejście do pracowników, konsekwencji podejmowanych decyzji (albo ich braku) generuje napięcie na samą myśl o tym, że znowu pojawi się dialog pomiędzy dowolną postacią, a redaktor Przeworską. Aż z całą reszt prawników czuje się tęsknotę do poprzedniego redaktora! Nawet jeśli się go w ogóle nie zna, jak to było w moim przypadku.

Sama końcówka to już prawie że rollercoaster. Trudno się oderwać, bo autor zaczyna coraz bardziej zaciskać ten kłębek pomysłów i potencjalnych rozwiązań, a czytelnik niby widzi już drogę, którą podąży nitka, ale jednak wciąż wszystko się wokół niego ściska. Można powiedzieć, że cały „Zbawiciel” przypomina pod tym względem podróż wagonikiem wśród jezior, pięknej zieleni i widoków napawających spokojem, tylko po to, by nagle tory zniknęły za rozpadliną na ostatni kilometr podróży. A do tego na samym końcu czeka niespodzianka. Jaka, zapytacie? Ano taka, że wreszcie dowiadujemy się kto za tym wszystkim (i nie tylko wszystkim) stoi. Jeden wątek był dość łatwy do przewidzenia, chociaż w głowie się nie mieścił, jednak za to drugi nie był wcale taki oczywisty. A w końcu niespodzianki w takich książkach są na wagę złota, o to wszak w nich chodzi!

Naprawdę fajny kawał literatury. Wybawiłem się przednio (chociaż nie na samym początku, miałem kilka chwil zawahania, przyznaję bez bicia), elementy zaskoczenia były, co najmniej jednej z postaci szczerze nienawidzę (i jednocześnie chcę, żeby się pojawiła w kolejnym tomie!), więc wygląda na to, że bilans jest całkiem dobry. Na pewno książka ta zachęciła mnie do sięgnięcia po poprzednie powieści Leszka Hermana, jednak wciąż nie mogę odżałować tego zepsucia sobie co najmniej trzeciego tomu spoilerami… Nie popełnijcie tego błędu. Sięgnijcie po „Zbawiciela”, bo warto, ale najpierw nadróbcie wcześniejsze trzy części. Wygląda na to, że możecie stracić zbyt wiele, a tego możecie nie przeżyć!

Łączna ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję:




piątek, 16 października 2020

„Triumf Endymiona” – Dan Simmons

„Triumf Endymiona” – Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Triumf Endymiona
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Stron: 874
Data wydania: 1 sierpnia 2018

To ostatni już tom cyklu „Hyperion”, w którym miałem okazję spędzić mnóstwo czasu ze wspaniale wykreowanym uniwersum, niezwykłymi historiami oraz wielowarstwową fabułą, która zaspokaja nie tylko najbardziej prymitywne potrzeby rozrywki, ale również kultury i spojrzenia na swoje życie z nieco innej perspektywy. Jak do tej pory pierwsze dwa tomy, opowiadające o wydarzeniach przed Upadkiem, były o wiele lepsze od „Endymiona” (chociaż trzecia książka ukazała kunszt autora w dostosowywaniu i rozbudowywaniu świata), ale w końcu jakoś trzeba zakończyć cały cykl, najlepiej z przytupem. Sporo więc oczekiwałem po „Triumfie Endymiona”, kiedy brałem się za jego lekturę – może nie czegoś na miarę pierwszej części, ale jednak czegoś, co wywoła u mnie wow. W sumie wow nie było, ale i tak było całkiem nieźle.

Kościół Katolicki wraz ze współpracującym z nim Paxem wciąż sprawują pełną władzę nad wszystkimi światami, które ocalały po Upadku. Sakrament zmartwychwstania jest zbyt silną obietnicą, żeby ktokolwiek z niego zrezygnował. Jednak Enea niezmiennie jest zagrożeniem dla obecnej równowagi, nawet jeśli zniknęła gdzieś na kilka lat, całkowicie poza radary dostojników watykańskich. Jednak przejdzie ten dzień, w którym pojawi się z powrotem na terytorium kontrolowanym przez Pax, a wtedy wielu graczy będzie musiało podjąć nowe decyzje, lub pozostać przy starych. W każdym przypadku jednak będą musieli przekalkulować potencjalne konsekwencje i zmierzyć się z nimi, niezależnie od tego, jakie decyzje podejmą.

„Triumf Endymiona” utrzymany został w klimacie trzeciej części całego cyklu – cały czas obserwujemy losy Enei, Raula, Bettika, ojca de Soyi i całej reszty postaci, których poznaliśmy w poprzednim tomie. Każde z nich ma swoją porcję stron przeplataną historią pozostałych osób. Możemy więc z jednej strony przerwać w dowolnym momencie, a z drugiej próbować dogonić najbardziej nas intrygującą część. Autor jednak nie próbował stosować cliffhangerów na końcu rozdziałów, więc raczej nie miałem problemów z odstawieniem lektury na później. Być może jest to jeden z tych głównych problemów ostatniego tomu – a tych w sumie można kilka wytypować.

„Niektórzy otyli ludzie noszą ciężar własnego ciała jak stygmat folgowania swoim żądzom, symbol lenistwa i słabości, są jednak i tacy, którzy obnoszą się z nim prawdziwie po królewsku, traktując swoją cielesną powłokę jak oznakę władzy”.

Wciąż wydarzenia są o wiele ważniejsze niż postacie, mimo tego, że cała powieść aż błaga o, choć odrobinę głębsze zarysy charakterologiczne. Niestety w związku z tym, że pojawiają się kolejni bohaterowie, jest bardzo trudno upchnąć coś więcej prócz suchych opisów przeżyć oraz wydarzeń. Co prawda Raul jako główny narrator próbuje czasem przemycić swoje przemyślenia, jednak nie za wiele nam to mówi o jego osobie. Niemal do samego końca pozostał dla mnie po prostu zlepkiem faktów dotyczących jego historii i nie umiem w ogóle opisać go jako człowieka obdarzonego duszą. Podobnie jest z większością pozostałych osób, z bardzo wyrazistym jak na „Triumf Endymiona” kardynałem Lourdusamym, który mógłby stać się jednym z najbardziej czarnych charakterów. No, mógłby. Gdyby Dan Simmons mu na to pozwolił.

Wciąż jednak fascynuje to, jak autor nie tylko stworzył ten cały świat oraz zmienił go pomiędzy drugim a trzecim tomem, ale również jak mu się udało upleść tak doskonałą w szczegółach intrygę związaną z jego historią. „Triumf Endymiona” nawiązuje bardzo mocno do wydarzeń z pierwszej dylogii i ukazuje to, co mieliśmy okazję przeczytać, w zupełnie innym świetle. Być może niektóre momenty wydać się mogą nieco naciągane, jednak, tak czy siak, czapki z głów za tak szczegółowe opisanie wszystkiego bez zgubienia się w zeznaniach. Oczywiście co najważniejsze, brawa również za starania włożone w próby uargumentowania istnienia przecudnych zasad fizyki na przeróżnych planetach, które mamy okazję odwiedzić wraz z postaciami. Zapewne fizyk zgrzytałby zębami, jednak dla przeciętnego czytelnika, któremu fizyka nie jest obca, będzie to całkiem miły gest.

Z drugiej strony trzeba się przygotować na to, że w drugiej połowie książki ta fizyka przekształca się w fantastykę. Pojawia się coraz więcej kompletnie niemożliwych do wytłumaczenia zjawisk. Można wyczuć jakiś taki… dysonans pomiędzy poprzednimi tomami, w których autor starał się jednak poruszać w obrębie „wytłumaczalnych” zjawisk, a tutaj jednak pozwolił sobie popłynąć. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie w fabule, bez tej kompletnej fantastyki faktycznie trudno byłoby pociągnąć te wątki w ten sposób, trzymając się jedynie mniej więcej realistycznych motywów. Tak po prawdzie to nawet można się tego było domyślić w trakcie lektury poprzednich tomów, bo ona już daje pewne informacje świadczące o tym, że mamy do czynienia z po prostu fantastyką w dużej mierze.

„Religia od zawsze oferuje nam tego rodzaju fałszywy dualizm. Cisza nieskończonej przestrzeni albo przytulne ciepło wewnętrznej pewności”.

Samo zakończenie określiłbym jako poprawne. Mamy ciekawy plot twist, którego pewnie co bardziej bystrzy czytelnicy, mogliby się domyślić, mamy też domknięte praktycznie wszystkie wątki. Fabuła, która rozwijała się tak naprawdę na przestrzeni czterech tomów, odnalazła swoje zwieńczenie. Pozostaje jedynie pytanie, czy takie zakończenie każdemu podpasuje. Widziałem je nieco inaczej w trakcie lektury wszystkich powieści, ale można powiedzieć, że mimo wszystko jestem usatysfakcjonowany tym, co otrzymałem. Niestety nie udało mi się jeszcze lepiej poznać samego Raula Endymiona ani Enei, ponieważ nawet w trakcie rozwiązania wszystkiego ich postacie nie zostały tak przybliżone, jakbym sobie życzył. Wielka szkoda, ale niestety na to się nic nie poradzi.

Podsumowując, jest to całkiem przyjemne zwieńczenie dwóch dylogii, z których składa się cały cykl. Pozostawia trochę do życzenia w kwestii bohaterów oraz samego poprowadzenia akcji, ale trzeba Danowi Simmonsowi oddać, że przepięknie połączył ze sobą ogrom wątków i stworzył bardzo drobiazgowy świat. Tak naprawdę to cały wszechświat, który do samego końca odsłania przed czytelnikiem swoje tajemnice. To chyba największe plusy „Triumfu Endymiona” oraz całego cyklu – nieprzebrane przestrzenie uniwersum, które w dużej mierze dość twardo osadzone jest na współczesnej fizyce.

Łączna ocena: 7/10