czwartek, 16 maja 2019

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Pomniejsze bóstwa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 378
Data wydania: 29 września 2016


To już kolejny miesiąc, w którym czytam Pratchetta! Udaje mi się jak na razie trzymać swoje tempo jednej książki tego brytyjskiego autora miesięcznie, a do tego cały czas czytam tytuły po kolei, zgodnie z ich ukazywaniem się w kolekcji Świata Dysku. Tym razem padło na „Pomniejsze bóstwa”, należące do cyklu o Starożytnych Cywilizacjach. Poprzedni tom, czyli „Piramidy” nie należały może do najlepszych powieści Pratchetta, ale pokazywały coś zupełnie innego niż znani doskonale wszystkim fanom twórczości autora Śmierć, Rincewind czy Samuel Vimes. „Pomniejsze bóstwa” są kolejnym przykładem odejścia nieco od koncepcji cyklu obejmującego kilka kolejnych książek, a do tego rozgrywa się daleko poza Ankh-Morpork. Tym razem jednak nie mam praktycznie żadnych, większych zastrzeżeń!

Aby bogowie mogli istnieć, potrzebna jest wiara. Aby wiara miała sens, potrzeba bogów. W ten sposób koło się zamyka, chociaż ma w sobie o wiele więcej logiki, niż można sądzić. W końcu czyż biedronka nie potrzebuje mszyc, a mszyce biedronek? Zapewne tak by pomyślał Brutha, nowicjusz w Cytadeli, który codziennie walczy z głosami i stara się nie poddać demonom. Podobnie walczą pomniejsze bóstwa, jednak o zupełnie coś innego – o wiarę kogokolwiek (lub czegokolwiek), kto (lub co) znajdzie się wystarczająco blisko, aby dostrzec małe cuda. Czasem większe, a czasem po prostu człowiek uzna dane wydarzenie za chory głos w jego własnej głowie. 

Brytyjski pisarz tym razem pojechał po bandzie dość ostro! Oczywiście w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, w każdym razie według mnie. Każda jego książka to w mniejszym lub większym stopniu wyśmiewanie pewnych charakterystycznych cech danej grupy społecznej, zjawiska, przyzwyczajeń ludzkich czy dowolnego innego elementu, jaki można znaleźć w ludzkim życiu. Jeszcze nigdy jednak nie widziałem tak dosadnego, a zarazem zabawnego (choć graniczącego z groteską w wielu momentach) wyśmiania tak wielu stereotypów. Tak, nie bez powodu tytuł tej powieści to „Pomniejsze bóstwa – Terry Pratchett wziął na warsztat religie i rozmontował je na czynniki pierwsze. Na pierwszym planie widać zdecydowanie nawiązania do jednej religii, w głównej mierze, ale w ostatecznym rozrachunku dopatrzeć się można wielu z nich.

„– Zadziwiające.Kolejna pauza, bagno milczenia, gotowe pochwycić mastodonta nieprzemyślanej uwagi”.

Wspomniałem, że wielokrotnie humor zawarty w tej powieści ociera się o groteskę, jednak w mojej opinii nie o obrazoburstwo. Jak wiadomo, temat religii jest dość… delikatnym tematem. Tak jak polityka czy upodobania kulinarne. Oj, jak łatwo jest powiedzieć o jedno słowo za dużo w tych tematach, wojna murowana. Na całe szczęście Terry Pratchett po raz kolejny udowodnił, że wie jak coś wyśmiać, bez obrażania. Rzecz jasna jeśli ktoś będzie chciał się czuć obrażony, to zostanie, ale jeśli miałbym spróbować obiektywnie spojrzeć na zarówno same żarty, jak i całokształt budowy Omni wraz z jej systemem polityczno-religijnym, to ciężko mi się dopatrzeć jawnej pogardy czy chęci obrażenia kogokolwiek. Za to widzę mnóstwo wytykania palcem tych najbardziej absurdalnych, nielogicznych czy wręcz mrocznych elementów, które występują w wielu religiach. 

Miłą odskocznia w „Pomniejszych bóstwach” jest też miejsce akcji, czyli Omnia wraz otaczającymi ją innymi krajami, takimi jak Efeb, Tsart czy Djelibeybi. Wszystkie oczywiście stworzone na modłę starożytnych cywilizacji, takich jak Egipt, i czerpiące z nich garściami. W Świecie Dysku pojawiają się oczywiście zarówno krótkie informacje o tych krajach, jak i nieco dłuższe opisy ludzi stamtąd pochodzących, jednak jak do do tej pory nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ani społeczeństwu poszczególnych krajów (nie licząc Djelibeybi w „Piramidach”), ani ich geografii. Świat Dysku często kojarzy się albo  Ankh-Morpork, albo z Ramtopami, miło więc poznać kolejną część noszonego na skorupie żółwia świata. Zwłaszcza, że żółw w tym tomie jest niezwykle symboliczny!

„Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć”.

Dość interesująca jest też kwestia „walki” zwolenników teorii, że cały świat to kula, z osobami twierdzącymi, że świat to dysk podtrzymywany przez cztery słonie stojące na grzbiecie wielkiego żółwia. W czasach, w których powstawały „Pomniejsze bóstwa” taki konflikt miał zupełnie inne znaczenie niż teraz, w roku 2019. Tak naprawdę wszędzie wokół można zauważyć ostre dyskusje, które dotyczą podobnego problemu, ale rzeczywistego, w odniesieniu do Ziemi. Co prawda waloru edukacyjnego w odniesieniu do tego tematu powieść ta nie ma, ale na pewno pozwala na spojrzenie z zupełnie innej perspektywy – kompletnie odwrotnej. Sam Pratchett chyba nie przewidział, że jeden z mniej istotnych wątków w książce, którą pisał, będzie kiedyś aż tak namacalny.

Bawiłem się przednio podczas lektury, naprawdę. Piszę i mówię to przy okazji opisywania wrażeń po przeczytaniu niemalże każdej książki, którą napisał Terry Pratchett, ale tym razem mogę to jeszcze mocniej podkreślić. Tak, świetna powieść, pełna celnych uwag i krytyki, zarówno rzeczy współczesnych, jak i historycznych. Mnóstwo humoru (często czarnego) oraz kompletnie inny klimat niż ten, do którego brytyjski pisarz przyzwyczaił swoich fanów. Gorące piaski pustyni połączone z różnorodnymi sposobami rządzenia poszczególnymi krajami to coś, co można nazwać tchnieniem nowości w Świecie Dysku. Nawet jeśli to tchnienie pochodzi z gorącej patelni pełnej żółwi, jaszczurek, węży oraz Pomniejszych Bóstw.

Łączna ocena: 8/10

niedziela, 12 maja 2019

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Paolo Bacigalupi
Tytuł: Złomiarz
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Stron: 288
Data wydania: 6 marca 2013


Kiedy widzę słowo „MAG” przy nazwie wydawnictwa, które wydało daną książkę, to myślę sobie, że zdecydowanie warto ją kupić. Jeśli więc obok tej nazwy zobaczę nalepioną nową cenę, która wynosi raptem 6,99 zł, to nieważne co by się działo, dany tytuł zaraz wyjdzie ze sklepu razem ze mną. Mniej więcej taka jest historia tego, w jaki sposób „Złomiarz” trafił do mnie. Niepozorna książeczka, która swoim opisem zapewnia czytelnika, że zostanie zabrany do alternatywnego świata, w którym nie ma wcale niesamowitych, technologicznych nowinek, za to jest ogromna przepaść między poszczególnymi warstwami społeczeństwa. Obietnice to jedno, a rzeczywistość to drugie, a tutaj niestety okazuje się, że aż tak wesoło i wspaniale z tą książką to nie jest.

Brzegi Zatoki Meksykańskiej tętnią życiem – a dokładniej gorączkowymi próbami utrzymania tego życia przez każdego, kto pracuje w stoczniach rozbiórkowych. Wielkie tankowce oraz inne ogromne statki, które kiedyś majestatycznie sunęły po okolicznych wodach, teraz leżą martwe na brzegach i rozbierane są ze wszystkiego, co można cennego na nich znaleźć – czyli metalu. Jednym z pracowników jest Nailer, który pracuje w lekkiej ekipie. Gdy po jednym z większych sztormów trafia na rozbity w głębi wyspy kliper, czuje że złapał Bogów za nogi. Niespodzianka, którą znajdzie pod pokładem, może jednak nieco pomieszać mu szyki w szybkim zdobyciu bogactwa. Zwłaszcza jak się okaże, że ta niespodzianka potrafi chodzić i jest piękną, młodą kobietą ociekającą wręcz złotem…

„Kiedyś, dawno temu, Nowy Orlean oznaczał wiele rzeczy: jazz, Kreoli, miasto tętniące życiem, Mardi Gras, imprezy, zapomnienie; oznaczał pochłaniającą wszystko bujną zieloną roślinność. Teraz oznaczał tylko jedno. Przegraną”.

Początek książki zachęca bardzo mocno, zwłaszcza kreacją świata – brzegi Zatoki Meksykańskiej pozbawione są jakichkolwiek udogodnień, za to zalegają na nich wraki ogromnych statków, których wyposażenie to jedynie metal wszelkiego rodzaju. Paolo Bacigalupi stworzył klasyczny obraz społeczeństwa dla dystopii – przeogromna przepaść pomiędzy biedotą, która to stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa, a najbogatszymi, o których ludzie tylko głównie słyszeli legendy. Rzeczywistość wykreowana przez autora bazuje na doprowadzeniu do upadku miast przez ludzi, a konkretniej przez ich (czy też – nie bójmy się tego sformułowania – naszą) chciwość, pogoń za pieniądzem bez względu na koszty, jakie musi ponieść natura naginana do woli człowieka.

Niestety sam świat i jego kreacja to nie wszystko. Książce potrzebny jest zarówno sam pomysł, jak i jego wykonanie, a to trochę kuleje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że autor nie do końca wie co robi i wcale nie przemyślał pewnych aspektów. Jakby stworzył sobie oś czasu całej historii, na którą naniósł kamienie milowe i po prostu starał się przeskoczyć pomiędzy nimi. W efekcie dość często sceny są nudne, nie wciągają ani trochę i tylko marzy się o tym, aby jak najszybciej przez nie przebrnąć. Ponad to niektóre postacie są naprawdę świetnie skrojone (jak ojciec Nailera), natomiast inne są tak bardzo bezpłciowe, że to aż boli. Widać też dużą niekonsekwencję w utrzymywaniu zasad, którymi rządzi się stworzony przez autora świat. Jest tu tak dużo wyjątków od reguły, że niestety staje się to bardzo nienaturalne i mocno przeszkadza w odbiorze.

„– Ale Fuksiarz ma o wiele lepiej niż my.– Jasne. – Splunął. – To jest to, co sobie mówi prosiak w chlewie, kiedy jego brata mu zarzynają na obiad. – Wzruszył ramionami. – I tak jesteś w chlewie. I tak umrzesz”.

Samo zakończenie (książki rzecz jasna, nie całej historii, jest to bowiem dopiero pierwszy tom) również nie powala na kolana. Jest po prostu… poprawne. Takie rzemieślnicze. Ciężko jest mi się do czegoś przyczepić w nim, ale tak samo ciężko jest mi cokolwiek pochwalić. Nie ma tu żadnego cliffhangera, ciężko szukać również obietnicy czegoś niesamowitego, co dopiero ma nadejść w kolejnym tomie, jednak jednoznacznie widać zakończenie pewnego etapu i otwarcie kolejnego. To w sumie kolejny przykład na to, że „Złomiarz” jest poprawną powieścią, której mocną stroną jest poprawność wykonania oraz świat wykreowany przez autora, jednak brakuje jej ikry. Nie porywa w żadnym aspekcie i nie może się równać do wielu innych pozycji wydanych przez Wydawnictwo MAG.

Wiele więcej na jej temat powiedzieć jest mi ciężko. Na pewno sięgnę po drugi tom, choćby po to, aby wgryźć się jeszcze mocniej w kreację świata. Być może dowiem się czegoś więcej na temat nie tylko samych podziałów społecznych, ale również tego, w jaki sposób całe to społeczeństwo działa według zupełnie nowych zasad. Bardzo żałuję, że powieść nie była bardziej porywająca, ponieważ drzemie w niej ogromny potencjał – nie mamy do czynienia z klasycznym obrazem postapokaliptycznego świata, ale z hybrydą katastrofy oraz naturalnego rozwoju ludzkości. Liczę na to, że to, co mogłem przeczytać w tej książce, to nie wszystko, co ma do powiedzenia Paolo Bacigalupi. Liczę na więcej i jest to kolejny powód, dla którego planuję wziąć się za następną część. Nawet pomimo pozytywnych wspomnień, które jednak nie budzą we mnie entuzjazmu. 

Łączna ocena: 6/10

piątek, 10 maja 2019

Bardzo chcę! #57 – „Powiesić, wybebeszyć, poćwiartować czyli historia egzekucji” Jonathan J. Moore

Źródło: Lubimy Czytać
Znowu na mojej liście książek, które najbardziej chcę przeczytać (lub po prostu zwróciły mocno moją uwagę, więc chcę je wyróżnić) trafił tytuł, który nie jest beletrystyką. Tym razem jednak nie jest przedstawicielem tematyki medycznej, chociaż jakby się bardzo uprzeć, to może dałoby się go w niej sklasyfikować. :) W końcu pewnie tu i ówdzie (a może nawet w tej książce) mogłyby się pojawić głosy, że trzeba znać ludzki organizm, aby wiedzieć w jaki sposób kogoś stracić. Zarówno jeśli chce się dla niego szybkiej i czystej egzekucji, jak również tej nieco mniej przyjemnej, a obiecującej mnóstwo bólu i cierpienia. Taka historia egzekucji jest z jednej strony dość kontrowersyjnym tematem, a z drugiej niezwykle ciekawym – jak zresztą niemal wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się być banalne, prostackie, brutalne i niezbyt wyrafinowane.

Książka opowiada właśnie wspomnianą historię egzekucji począwszy od czasów starożytnych, aż po czasy (powiedzmy) najnowsze. Nie wiem czy wiecie, ale kara śmierci przez ling chi stosowana była jeszcze na początku XX wieku w Chinach. A była to dość brutalna i „widowiskowa” forma egzekucji, w języku polskim znana jako kara tysiąca cięć. Pojawiła się między innymi w „Historii chińskich tortur”, o której opinię możecie przeczytać na moim blogu. Tam się jednak skupiali na ogólnie pojętych torturach i to w Chinach, natomiast w tym przypadku książka opisuje egzekucje na całym świecie. Zobaczcie jednak co dokładnie zawiera opis Wydawnictwa. :)

„Największa rozrywka w średniowieczu? Oczywiście – publiczna egzekucja!  
Miażdżenie, palenie, ćwiartowanie, topienie, gotowanie żywcem i nabijanie na pal. Średniowieczny mieszczanin byłby zawiedziony nowoczesnymi metodami wykonywania kary śmierci. 
Ta książka to bezkompromisowe spojrzenie na historię egzekucji na przestrzeni wieków. W miarę jak poznajemy kolejne zabójcze techniki – od działającej z szybkością błyskawicy gilotyny, po długie i powolne obdzieranie żywcem ze skóry – jedno staje się pewne – uśmiercanie to od zawsze dynamicznie rozwijająca się branża!  
Zaczniemy od starożytnych widowisk w Koloseum, gdzie skazańców rozrywały na strzępy dzikie zwierzęta. Później przeniesiemy się do średniowiecza – czasów czarownic i najbardziej wymyślnych tortur. Przyjrzymy się też misternej sztuce wieszania na szubienicach. Czeka nas również wizyta we Francji, ojczyźnie gilotyny. A w XX wieku? Krzesło elektryczne, komora gazowa oraz zastrzyk trucizny. 
Jak długo obcięta przez kata głowa pozostaje świadoma? Czy można przeżyć własną egzekucję? Czy kat to dobry zawód?  
Ta pełna krwawych ilustracji, rozkosznie makabryczna książka to lektura nie dla ludzi o słabych nerwach i zdecydowanie tylko dla dorosłych.”

Czujecie się zainteresowani? :D 

wtorek, 7 maja 2019

[PREMIERA] „Królestwo popiołów” – Sarah J. Maas [cz. II]

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Królestwo popiołów cz. II
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Stron: 512
Data wydania: 15 maja 2019


Finały cykli bywają różne – jedne powalają na kolana jeszcze bardziej niż wszystkie wcześniejsze tomy, a inne serwują rozczarowanie. Fani książek Stephena Kinga są do tej drugiej opcji zapewne przyzwyczajeni, nie jeden bowiem raz Mistrz Grozy stworzył wspaniałą powieść, której zakończenie woła o pomstę do nieba. Przed zakończeniem wszyscy stawiamy pewne wymagania, o których jednak autorzy często nie mają pojęcia – no bo i skąd, zwłaszcza jeszcze przed wydaniem książki? ¯\_(ツ)_/¯ Aktualnie za mną jest już finał kolejnego cyklu, który to (cykl oczywiście! cały cykl!) zapadnie w mojej pamięci na długo. Z moich opinii możecie się dowiedzieć, że jest to prosta, niewymagająca, ale niebywale wciągająca historia. Jej zakończenie również ma te cechy, ale jak na zakończenie długiego cyklu przystało, potrafi wciągnąć.

Plaga ciemności pod wodzą Erawana rozprzestrzenia się po Erilei. Jednym z głównych bastionów, które wciąż się opierają jest Orynth, stolica Terrasenu. To właśnie dwumetrowe, stare mury odpierają kolejne hordy króla Valgów. Aelin jednak nie próżnuje i nadciąga Aedionowi z odsieczą, prowadząc ze sobą więcej sojuszników, niż lordowie Terrasenu mogliby sobie wyobrazić. W tym samym czasie Dorrian zawiązuje nietypowy sojusz, aby zdobyć to, czego brakuje do zakończenia inwazji raz a porządnie. Aelin Galathynius ma jednak oczywiście swoje plany co do tego, jak rozegrać tę partię toczoną na szachownicy, którą jest cała Erilea…

Autorka chyba wykorzystała niemalże wszystkie swoje siły na to, aby trzymać czytelnika w napięciu i niepewności tak długo, jak się tylko da. Nie przypominam sobie, żebym w poprzednich tomach widział tyle idealnie wymierzonych scen, które kończą dany rozdział! Co prawda czasem postanowiła następny rozpocząć z dokładnie tymi samymi bohaterami, przez co efekt cliffhangera jest o wiele mniejszy, ale z drugiej strony zmusza to wtedy do dalszego czytania. A trzeba przyznać, że akcja zagęszcza się coraz bardziej z każdą kolejną stroną, chociaż przez zdecydowaną większość „Królestwa popiołów” nie ma żadnych powalających plot twistów. Po prostu naturalnie budowane napięcie połączone z przechylaniem szali zwycięstwa w poszczególnych bitwach i rozgrywkach politycznych to na jedną, to na drugą stronę.

Jeśli miałbym porównać moje uczucia w stosunku do sposobu, w jaki ostatecznie została rozwiązana kwestia Erawana oraz legionów Valgów, to przywołałbym przykład trzeciego odcinka ósmego sezonu Gry o Tron. Niby czuję się ukontentowany, ale jednocześnie czuję ogromny niedosyt. Nie chciałbym tu zdradzić zbyt wielu szczegółów rozwiązania autorki, dlatego ciężko mi się jakoś sensownie wysłowić i przedstawić co dokładnie uważam za niedociągnięte bez rzucania spoilerami na prawo i lewo. Niechaj więc za jedyną opinię w tej sprawie służy takie oto zdanie: Erawan, Maeve i Brama Wyrda zostali tak zredukowani, że można zacząć szukać haczyka. Cała otoczka więc wypadła naprawdę fajnie, natomiast najważniejsze elementy tej układanki Sarah J. Maas potraktowała po prostu jako zło konieczne, które jakoś tam trzeba wyjaśnić. 

„– Jesteś terytorialna, lubisz dominować, masz skłonności do agresji…– W sztuce komplementowania kobiet nie masz sobie równych”.

Cała reszta, czyli bitwy, pojedynki, intrygi oraz fortele poszczególnych postaci były dokładnie takie, jakie być powinny – wciągające, napisane z rozmachem oraz charakterystycznymi dla takich finałów elementami przesady. Ale hej, w końcu na to się nastawiamy czytając książki pokroju „Szklanego tronu” – ma być rozmach, mają być bohaterskie czyny, wreszcie mają być nie do końca sensowne sceny, które jednak napawają czytelnika ekscytacją i wciągają w wir wydarzeń. Trzeba zresztą przyznać, że autorka miała jeszcze parę asów w rękawie, których nie zawahała się użyć na sam koniec. Wchodziły one oczywiście po części w zakres potencjalnych ruchów, które mogą zostać wykonane, ale u mnie znajdowały się one gdzieś w okolicy kategorii z napisem „nie kombinuj aż tak”. Autorka jednak postanowiła pokombinować i bardzo dobrze – jest szansa, że będziecie zaskoczeni paroma rozwiązaniami, dzięki czemu radość płynąca z lektury będzie jeszcze większa.

Podsumowując, „Królestwo popiołów” okazuje się być bardzo przyzwoitym zakończeniem całej sagi. Mnóstwo bitew, wciąż sporo intryg, kilka zwrotów akcji oraz dużo emocji u wszystkich postaci. Na duży minus zaliczyć można marginalizowanie znaczenia trzech tak naprawdę najważniejszych wątków w całym cyklu i rozwiązanie ich od niechcenia, na odwal się. Byle tylko rozwiązać. Zostawia to duży niedosyt, więc dobrze, że cała reszta prezentuje się dobrze. Można było zakończyć ten cykl o wiele lepiej, bez pozostawiania lekkiego niesmaku, jednak z drugiej strony nie można się też bardzo mocno czepiać – drugi tom „Królestwa popiołów” zapewnił mi w końcu zabawę, na jaką liczyłem. Wciągnął, pozamykał zdecydowaną większość wątków, nie poszedł w stronę naginania rzeczywistości na potrzeby fabuły, więc chociaż po części usatysfakcjonowany mogę zamknąć ten rozdział. Chociaż szkoda, bo chętnie bym ponownie spotkał się z Aelin i jej dworem.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl "Szklany tron"

sobota, 4 maja 2019

Co pod pióro w maju 2019?

Tak w sumie to właśnie mamy koniec majówki niemalże – została jeszcze tylko niedziela. No i dzisiaj rzecz jasna. Chociaż pojęcia nie mam, o której dokładnie opublikuję ten wpis. Jak zwykle to i owo przygotowuję sobie znacznie wcześniej, aby nie pisać na ostatni dzień. Wpisy tego typu jestem w stanie w dużej mierze naskrobać z wyprzedzeniem co najmniej kilkudniowym, bo wiem doskonale, co chcę przeczytać. Ewentualnie co już czytam. :) Tworzę ten wpis na tyle wcześnie, że nie wiem nawet jak mi poszło z czytaniem w weekend majowy – na ile plany mi pozwoliły zapaść się po prostu w lekturę, a na ile manewrowałem w różne strony miasta i okolic. Przyjmijmy jednak, że wyszło średnio, a każda nadprogramowa książka to miła niespodzianka zarówno dla mnie, jak i dla Was. :)

Maj to dla mnie głównie finał „Szklanego tronu”, który leży u mnie już od kwietnia – obie części! Ciężko mi było się oderwać od „Królestwa popiołów”, ale miałem również w planach inną książkę, tym razem od Wydawnictwa Feeria Science, którą również chciałem przeczytać. Zostawiłem więc sobie drugi tom ostatniej części przygód Celaeny Sardothien, ale wjeżdża na pewno na samym początku maja! Nie ma przebacz. Oprócz tego zaserwuję Wam na pewno jedną pozycję od MAGa oraz kolejną od Feeria Science. Będzie więc taki trochę miks fantastyki oraz literatury popularnonaukowej. A na deser będzie Pratchett! A co mi tam! Kolejny miesiąc trzymania się zasady „miesiąc bez Pratchetta to miesiąc stracony”!

Przejdźmy jednak do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli do rozpiski wraz z okładkami (które jak zwykle pochodzą z serwisu Lubimy Czytać). :)

„Królestwo popiołów” – Sarah J. Maas

Tym razem będzie to już druga i jednocześnie ostatnia część finału całego cyklu „Szklany tron”. Poprzedni tom dał mi do zrozumienia, że najlepsze dopiero przede mną. Mam więc nadzieję, że autorka pokaże, że potrafi kończyć z pompą! A jeśli nie pokaże to cóż… Trudno. :)

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi

Kupiona kiedyś za jakieś grosze, znaleziona prawdopodobnie w jakimś koszyku z tanimi książkami. Widzę MAG – biorę. Jest to pierwsza część cyklu o tym samym tytule co niniejsza powieść, który umieszczony został w świecie pełnym walki o każdy kolejny dzień. Nawet jeśli będzie to przeciętniak, to mam nadzieję, że pokaże mi coś nowego.
„Happy mózg” – Dean Burnett

Tak naprawdę pełny tytuł to „Happy Mózg. Skąd bierze się szczęście i co mózgowi do tego” (ale czemu?!), chociaż pierwsze dwa słowa w pełni sugerują o czym jest ta książka. Niedawno na blogu gościła książka traktująca o dopaminie, a tym razem zagłębię się w odpowiedź na pytanie co człowiekowi daje szczęście i w jaki sposób powstaje ono w mózgu. Wszak wszystko to chemia!
„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett

Wspominałem, że fajnie by było czytać co najmniej jedną książkę Pratchetta miesięcznie? No i mam nadzieję, że będzie fajnie, bo w maju planuję kolejną! Tym razem „Pomniejsze bóstwa”, w której autor skupia się na tym miliardzie duchów i tytułowych pomniejszych bóstw, które są wokół nas. Jak się zapewne możecie już domyślać, tym razem Pratchett na warsztat wziął ogólnie pojętą wiarę oraz wierzenia. :) 

A Wy jakie macie plany czytelnicze na maj? :) 

czwartek, 2 maja 2019

Podsumowanie kwiecień 2019

No i jak tam Wam minął kwiecień? Dobrze? Źle? Tak jak zwykle? W Toruniu pierwsze dni, w których można było chodzić w koszulkach i krótkich spodniach zostały zaliczone, więc teraz będzie jeszcze lepiej! Jeśli doliczyć do tego premierę wyczekiwanego przeze mnie finału „Szklanego Tronu”, to już w ogóle można uznać miniony miesiąc za bardzo udany. Było też parę dni wolnego, chociaż nie do końca zostały wykorzystane na lekturę (ach te święta, odpocząłem od nich dopiero w ostatnim tygodniu kwietnia), no ale były. Sam jednak nie mam pojęcia czym się cieszę, bo i tak jak zwykle nie wykorzystałem ich na pełny wypoczynek czy zajęcie się swoimi sprawami. Wiecie sami jak to zresztą jest. :) Teraz przed nami jednak weekend majowy! No dobra, właśnie jest weekend majowy… :D

Wziąłem sobie oczywiście urlop na dzisiaj, chociaż te słowa piszę znacznie wcześniej. Jeszcze w ostatnich dniach kwietnia, kiedy czwarty miesiąc w roku podryguje w ostatnich spazmach. Czy jakoś tak – na pewno mniej więcej w ten sposób można by to ująć w jakiejś książce. Nie jesteśmy jednak w niej (chyba…), więc wypadałoby jednak zejść na ziemię i pokazać trochę twardych statystyk, co nie? Jakieś wykresy, tabelki, listy i inne takie z przeróżnych danych, które zebrałem na temat minionego kwietnia. A nawet moja mała tabela zbierająca liczbę zdjęć wrzucanych na Instagrama ma się dobrze! Nie znudziła mi się! :D

Klasycznie, jak każdego miesiąca zacznę podsumowanie od podstawowych statystyk dotyczących przeczytanych książek oraz ogólnie pojętego bloga!



Jak widzicie twardo trzymam się liczby przeczytanych książek i to nawet mimo tego, że były święta! Wleciała mi nieco grubsza pozycja, a święta na pewno nieco pomogły w czytaniu (o dziwo), jednak ostatni tydzień kwietnia był dla mnie dość… intensywny jeśli chodzi o pracę. Wieczory również miałem pozajmowane, więc niestety było mniej czasu na czytanie. Jednak jest to jak na razie najlepszy miesiąc w tym roku pod kątem liczby stron! Jednocześnie pierwszy z przekroczonymi dwoma tysiącami. :D 



Tutaj również mamy raczej spokojną sytuację – odrobinę do przodu z różnego rodzaju lajkami i innymi obserwacjami, odsłony i te typowo blogowe statystyki raczej bez zmian. Biorąc pod uwagę, że w sumie nie robię absolutnie żadnych akcji marketingowych, nie udostępniam niczego nigdzie sam i cały ruch to głównie organiczny ruch + stali bywalcy, to osobiście jestem zadowolony. Nie topnieje nic, więc to najważniejsze! :D



Książek to ja zbyt wielu nie zdobyłem w minionym miesiącu, nawet mniej niż w poprzednim! O całą jedną sztukę! Przyszły do mnie w sumie tylko kolejne tomy z kolekcji Kinga oraz egzemplarze recenzenckie, ale niedługo chciałbym zrobić sobie zakupy z tytułami, którymi chciałbym wypełnić swoją biblioteczkę. 

A oto i pełna lista książek przeczytanych przeze mnie w kwietniu, wraz z linkami do opinii o nich. Ponownie złota piątka (ktoś pamiętam na Pegasusa? :D):


Czas więc przejść do ostatniej części podsumowania, czyli najpopularniejszego wpisu oraz „największego” źródła wejść wśród blogów książkowych. :D Najczęściej odwiedzaliście opinię o pierwszej części „Królestwa popiołów” Sarah J. Maas – co mnie w sumie nie dziwi (zwłaszcza jeśli doliczy się udostępnienie przez Wydawnictwo Uroboros na ich fanpejdżu). Najwięcej wejść natomiast zapewnił mi tym razem Michał z bloga Oczytany.eu – dzięki! :)

A Wam jak minął kwiecień? :D 

niedziela, 28 kwietnia 2019

„Ewolucja w miejskiej dżungli” – Menno Schilthuizen

„Ewolucja w miejskiej dżungli” – Menno Schilthuizen
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Menno Schilthuizen
Tytuł: Ewolucja w miejskiej dżungli. Jak zwierzęta i rośliny dostosowują się do życia wśród nas
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski
Stron: 392
Data wydania: 24 kwietnia 2019


Jakoś nie byłem przekonany do stwierdzeń typu „od zawsze lubiłem przyrodę”, czy też „zwierzęta i rośliny zawsze mnie fascynowały”. Wydają mi się pustymi słowami, deklaracjami powtarzanymi zwłaszcza przy okazji sięgania po takie książki jak „Ewolucja miejskiej dżungli”. Zdecydowanie bardziej pasuje mi coś w rodzaju „staram się być świadomy otaczającej mnie przyrody”, z dużym naciskiem na słowo „świadomy”. W końcu człowiek już dawno przejął siłą dużą część planety i cały czas to robi. Często nie do końca zdając sobie sprawę, jak to wpływa na zwierzęta (ooo jaki ładny miś, dokarmimy go?). Książki, jak ta, którą właśnie opisuję, mogą pomóc w zrozumieniu tego, jak dzika przyroda radzi sobie z ludzkim życiem oraz rozwojem. A jeśli o samą „Ewolucję w miejskiej dżungli” chodzi, to zdecydowanie jest w tym temacie pomocna!

Czy powstanie długich, betonowych autostrad zagroziło żyjących na ich terenach ptakom? Z pewnością tak. Czy parki miejskie są wystarczające dla małych zwierząt, które pragną znaleźć spokojny dom? Zdecydowanie nie. Czy miejskie kanały są dobrym miejscem dla jakichkolwiek roślin? Z pewnością nie. Natura jednak radziła sobie z większymi przeciwnościami niż ludzie i ich betonowe dżungle. Ewolucja nie zatrzymuje się ani na chwilę i dba o to, aby wszystkie stworzenia, od małego komara latającego w metrze, aż po niedźwiedzie żyjące obok ludzi, miały szansę na dostosowanie się do błyskawicznie zmieniających się warunków w miastach. 

„Powolniejsze jaskółki o długich skrzydłach kończyły jako byłe jaskółki na pasie awaryjnym, a ich długoskrzydłę geny były eliminowane z puli genowej”.

O niesamowitości tej książki mogą świadczyć już pierwsze strony, w których autor pokazuje jak bardzo wkręcony jest w to co robi i jak mocno to kocha. Rozpościera przed czytelnikiem niezwykły i barwny opis owada, zawierający mnóstwo szczegółów. Dosłownie przed oczami stanął mi piękny motyl, taki rajski wręcz, którego chciałoby się oglądać godzinami w powiększeniu. Gdzieś w połowie coś mi zaczęło nie grać – niektóre opisywane elementy tak jakoś nie pasują do motyla. No ale przecież Menno Schilthuizen tak się zachwyca, tak wspaniale opisał wszystko, od nóżek aż po skrzydła! Co prawda pominął ich barwę, no ale opisał skrzydła. No tak, okazuje się, że z takim pietyzmem wręcz opisał komara. To dla mnie był pierwszy znak, że książka została napisana przez prawdziwego pasjonata, który włożył w nią (jak w całą swoją pracę) własne serce.

To, co najbardziej cenię w książkach popularnonaukowych, to odpowiednia bibliografia oraz przypisy – co zresztą już wspominałem niejednokrotnie. Menno Schilthuizen nie zawiódł mnie pod tym względem i zawarł w „Ewolucji w miejskiej dżungli” jedno i drugie – bibliogragia długa na kilkanaście stron, a przypisy dość nietypowe. Nie objaśniają jedynie paru bardziej skomplikowanych terminów, ale stanowią niejako dodatkowe wyjaśnienie sensu oraz podstaw każdego rozdziału. Wśród pozycji, na których bazował autor możemy znaleźć zarówno tytuły prac należących do niego samego, jak i naukowców często wspomnianych na łamach książki. Kolekcja jest pokaźna, więc bez najmniejszego problemu będziemy w stanie znaleźć interesujące nas opracowania, jeśli tylko poczujemy taką potrzebę. A autor potrafi ją rozbudzić, oj potrafi.

„Taka dwoistość nasienna stanowi sposób pępawy na to, by zarazem mieć ciastko i zjeść ciastko”.

Wygląda na to, że autor wybrał najciekawsze i jednocześnie najprostsze przypadki, które potrafią człowieka bardzo zainteresować. Osobiście nie nazwałbym się nigdy entomologiem ani tym bardziej lepidopterologiem – motyle lubię, są spoko, fajnie popatrzeć, ćmy są intrygujące, chociaż nie aż tak „milusińskie” jak motyle, ale opisy Menno Schilthuizena potrafią rozbudzić nie tylko samą wyobraźnię, ale również ciekawość. Przykład krępaka nabrzozaka to jeden z wielu, które w swojej prostocie są wręcz genialne, i równie wspaniale przedstawione. Kiedy czytałem zarówno o całej historii jego przypadku, jak i mozolnych i wybitnie nudnych badaniach nad postępem ewolucji (namacalnym wręcz i widocznym gołym okiem w czasie krótszym niż jedno ludzkie pokolenie!) to aż sam chciałem choć na chwilę znaleźć się obok badaczy aby móc obserwować ćmy. Tak, obserwować ćmy, badać ich rozwój i sposoby przystosowania się do życia w habitacie zmienionym przez ludzi. Chapeau bas Panie Schilthuizen za takie rozbudzenie mojego zainteresowania.

Świetna, otwierająca oczy na istniejącą wokół nas przyrodę pozycja, którą z czystym sumieniem mogę polecić absolutnie każdemu – a zwłaszcza wszystkim mieszkańcom miasta. Przygoda, w którą zabiera nas Menno Schilthuizen jest pełna sytuacji i faktów oczywistych, z których jednak nie zdajemy sobie nawet sprawy. Mnogość życia oraz jego możliwości adaptacji do zmieniających się warunków w miejskiej, betonowej dżungli jest wprost zadziwiająca. Ogrom źródeł oraz badań biologów również robi wrażenie, a rozbudowane przypisy będące niejako rozwinięciem celu, w którym powstał każdy z rozdziałów jest na ogromny plus dla autora. Tego typu książki czyta się z przyjemnością, a ich walor edukacyjny jest absolutnie bezdyskusyjny. 

Łączna ocena: 8/10



Za możliwość przeczytania dziękuję