piątek, 15 listopada 2019

[PREMIERA] „Niewidzialna obrona” – Matt Richtel

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Matt Richtel
Tytuł: Niewidzialna obrona. Przełomowe odkrycia dotyczące układu immunologicznego
Wydawnictwo: Muza S.A.
Tłumaczenie: Jolanta Sawicka
Stron: 496
Data wydania: 13 listopada 2019


Kiedy byłem dzieckiem, uwielbiałem oglądać „Było sobie życie” – serial animowany przybliżający w bardzo przystępny sposób tajniki działania ludzkiego organizmu. Nie mam pojęcia czemu, ale „Niewidzialna obrona” od razu kojarzy mi się z tym właśnie serialem, w którym chyba po raz pierwszy usłyszałem o czymś takim jak białe krwinki. System immunologiczny to oczywiście o wiele, wiele więcej niż tylko leukocyty – to również bardzo złożone procesy, o których wiele jeszcze musimy się nauczyć jako ludzkość. Matt Richtel stworzył książkę, która ma być pewnego rodzaju przewodnikiem po świecie immunologii, który jest niezwykle ciężki i trudny do ogarnięcia dla przeciętnego człowieka. Trzeba było więc stworzyć coś, co przetłumaczy skomplikowaną terminologię na coś bardziej zrozumiałego. Autorowi udało się to w pełni!

Układ immunologiczny to jeden z najbardziej skomplikowanych tworów, który istnieje w ludzkim organizmie. Każdego dnia walczy o utrzymanie równowagi podczas usuwaniu niechcianych i niebezpiecznych patogenów z naszych organizmów. Sama immunologia bardzo przypomina układ, którym się zajmuje – jest skomplikowana, pełna niezrozumiałych i nieintuicyjnych sformułowań, definicji i haseł. Jeśli jednak weźmie się człowieka, który nie jest naukowcem, ale który zrozumie to, co mądre głowy mu przekażą, można stworzyć w miarę prosty przewodnik. Jeżeli do tego dorzuci się historię kilku osób, których dolegliwości mogą przedstawić istotę skomplikowania tego problemu, to dostaniemy „Niewidzialną obronę” – książkę przybliżającą układ immunologiczny w sposób zrozumiały niemalże przez wszystkich.

Na wstępie warto Wam wszystkim wiedzieć, że Matt Richtel nie jest naukowcem ani lekarzem, tylko dziennikarzem oraz pisarzem. Ma na swoim koncie wiele publikacji, w tym kilka książek – jest również zdobywcą Nagrody Pulitzera z 2010 roku. Wszystko, co zawarł w swojej książce, jest wynikiem pracy z naukowcami oraz lekarzami, wieloma godzinami rozmów z nimi oraz konsultacjami. Zapewne drugie tyle czasu musiało zająć zrozumienie przyswojonych tematów do tego stopnia, w którym jest w stanie tłumaczyć zawiłości immunologii innym osobom. Kiedy sięgniecie po „Niewidzialną obronę”, sami zobaczycie, że praca, którą włożył w tę książkę, musiała być tytaniczna. Matt Richtel naprawdę to musi rozumieć, aby wyjaśniać w ten, a nie inny sposób. Zapewne wiele aspektów było konsultowanych na bieżąco ze specjalistami, ale i tak poziom wiedzy i zrozumienia tematu jest naprawdę godny podziwu.

„Pierwsze próby tłumienia układu immunologicznego polegały na napromieniowywaniu pacjenta, ale te eksperymenty się nie powiodły (inaczej mówiąc, pacjenci umierali)”.

Mimo tego, że układ immunologiczny wraz z wszystkimi jego elementami oraz kolejnością aktywacji poszczególnych części naprawdę przypomina pajęczynę, to lektura ta ma to wszystko w miarę sensownie uporządkowane. Ciężko mi się wypowiadać pod względem merytorycznym, ale dla mnie, jako laika, sposób i kolejność przedstawiania kolejnych aktorów jest doskonały. Pozwolił mi nie tylko ogarnąć umysłem same elementy, ale również to, jaką rolę odgrywają w obronie naszego organizmu przed patogenami. Oraz jakim cudem nie atakują (zazwyczaj) własnego organizmu. Zdaję sobie sprawę z tego, że „Niewidzialna obrona” to jedynie wierzchołek góry lodowej, pod którym jest mnóstwo niezwykle skomplikowanych procesów, których nie sposób zawrzeć w jednej książce popularnonaukowej, ale i tak dawka wiedzy jest ogromna, a do tego podana w przystępny sposób.

Autor miesza trochę typową narrację z książek popularnonaukowych – przekazywanie informacji, faktów, łamanie czwartej ściany (a robi to w bardzo humorystyczny sposób!) – z nieco bardziej sfabularyzowanymi fragmentami. Jako jeden z trzonów, o który opiera się w swoich próbach wyjaśnienia czytelnikowi zawiłości immunologii, wybrał historię kilku osób – prawdziwych, naprawdę żyjących – których organizm albo wykorzystał swój system immunologiczny do walki na śmierć i życie, albo obrócił się przeciwko nim samym. Te właśnie przykłady pozwoliły mi jeszcze jaśniej spojrzeć na przytoczone przez autora fakty i umieścić zwykłą teorię w praktycznym przykładzie – nawet jeśli jest to tylko opisany praktyczny przykład. Przy okazji fragmenty te urozmaicają całość i pozwalają mózgowi nieco odetchnąć od zalewu danych. W końcu nie chcemy, żeby nam się przegrzał, prawda?

„Kiedy zbierałem materiały do tej książki, znany immunolog powiedział mi, że »dzieci powinny zjadać pół kilo brudu dziennie«”.

Tak po prawdzie to te nieco fabularne wstawki robią mega robotę. Zwłaszcza widać to pod sam koniec, gdzie pewnego rodzaju zwieńczeniem całej przedstawionej historii jest przypadek przyjaciela autora, Jasona, który zmierzył się z wyjątkowo paskudnym chłoniakiem Hodgkina. Nowotwór ten w większości przypadków jest dość łatwy do wyleczenia, jednak nie w tym przypadku – o czym dowiadujemy się już na pierwszych stronach książki. Ostatnie kilkadziesiąt stron natomiast jest o wiele szerszym opisem zmagań Jasona z chorobą, okraszonym (opisem oczywiście, nie Jasonem) dużą szczyptą prywatnych przemyśleń Matta Richtela. Wydawać się może na początku, że jest to zbędna prywata, jednak po przeczytaniu być może zrozumiecie, czemu jednak uważam to za bardzo wartościowe wstawki. Przekazują dużo emocji, ale jednocześnie pokazują dzięki temu, jak bardzo rozwój immunologii może wpłynąć na nasze życie.

Naprawdę kawał świetnej literatury, napisanej w bardzo przystępnym języku, a traktującej o niezwykle trudnym do ogarnięcia układzie immunologicznym. Chyba jedna z najlepiej napisanych książek opisujących skomplikowane zagadnienia, jakie miałem okazję czytać. Autor nie jest zbyt nachalny w żartach, ale potrafi świetnie przełamać czwartą ścianę. Tłumaczy wszystko od podstaw i w odpowiedniej kolejności. Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób Wasz organizm radzi sobie każdego dnia z trudami obrony Was przed patogenami, to jest to lektura idealna dla Was. Do tego otrzymacie parę wskazówek dotyczących wpływu diety oraz snu na odporność, oraz potencjalne zagrożenie ze strony chorób autoimmunologicznych i przy okazji spędzicie po prostu parę godzin o bardzo edukacyjnym charakterze.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



niedziela, 10 listopada 2019

Bardzo chcę! #63 – „Czynnik diabła” Craig Russel

Źródło: Lubimy Czytać
Wreszcie wracamy do beletrystyki – tym razem robię przerwę od przedstawiania literatury faktu czy popularno-naukowej! Wszak zdecydowana większość książek, które czytam, to kryminały, thrillery czy inna fantastyka. Na mojej półce „Chcę przeczytać” w serwisie Lubimy Czytać leży spora liczba tytułów, za które nie wiadomo kiedy się wezmę. Dlatego też staram się nie dorzucać kolejnych książek kompulsywnie, bo utonąłbym kompletnie w nieprzeczytanych tomiszczach – i to nie w sposób dosłowny, bo najpierw bym musiał je wszystkie kupić/pożyczyć. 😅Staram się jakoś selekcjonować to, co dorzucam do czytelniczych portali, nawet jeśli nie ma znaczenia z ich perspektywy, czy będzie tam leżało dziesięć tytułów czy dziesięć tysięcy. W każdym razie jakiś czas temu (już nie pamiętam nawet dokładnie kiedy) dorzuciłem na półkę książk Craiga Russela o pięknym tytule „Czynnik diabła”.

Serwis Lubimy Czytać sklasyfikował tę powieść jako kryminał, sensacja, thriller, a opis sugeruje elementy dramatu psychologicznego. Powieść miała niedawno swoją premierę w Polsce, raptem dwa miesiące temu. GoodReads ocenia (a dokładniej użytkownicy tego portalu) „Czynnik Diabła” na ponad 4 punkty w pięciostopniowej skali, czyli naprawdę wysoko! Akcja toczy się w 1935 roku jest połączeniem tradycyjnego kryminału/thrillera (zabójca, pościg za nim i tak dalej) z próbami wyizolowania czegoś, co się zwie „czynnikiem diabła” – czyli tym, co powoduje czynienie zła. Oczywiście nie może zabraknąć eksperymentów na sześciu najbardziej niebezpiecznych morderców, jacy żyją w kraju! Chyba więc nie zastanawiacie się już, czemu akurat ten tytuł trafił tym razem do mojego cyklu „Bardzo chcę!”?

Najlepiej będzie jednak, jeśli sami zobaczycie, w jaki sposób opisuje tę książkę Wydawnictwo Prószyński - Ska:

„Praga, rok 1935. Młody psychiatra Viktor Kosárek, były student Carla Gustava Junga, przybywa do otoczonego mroczną sławą zakładu dla obłąkanych Hrad Orlu. Wyposażona w nowoczesny sprzęt placówka znajduje się w zamku przez wieki obrosłym ponurymi legendami. Zamknięto tam sześcioro najokrutniejszych morderców w kraju: Drwala, Klauna, Kolekcjonera Szkła, Wegetariankę, Skiomantę i Demona. Kosárek zamierza wykorzystać najnowsze osiągnięcia techniki, aby wyizolować u nich archetypiczny składnik osobowości odpowiedzialny za czynienie zła - tak zwany czynnik diabła. Gdy tylko zaczyna odkrywać ich zdumiewające tajemnice, natrafia na łączący całą szóstkę zatrważający wspólny element. 
W tym samym czasie mieszkańców Pragi ogarnia przerażenie - w jej ciemnych zaułkach grasuje bowiem nieuchwytny morderca. Policyjny śledczy Lukáš Smolák, desperacko usiłujący złapać sprawcę, przez gazety nazwanego Skórzanym Fartuchem, zauważa podobieństwo między nim a działającym przed półwieczem w Londynie Kubą Rozpruwaczem. Smolák zwraca się po pomoc do lekarzy w Hradzie Orlu, mających doświadczenie z psychotycznymi kryminalnymi umysłami. Zachodzi obawa, że Skórzany Fartuch może mieć jakieś związek z szóstką zamkniętych w zakładzie pacjentów. 

Zanurzona w międzywojennej rzeczywistości Europy Środkowej i osadzona w cieniu gęstniejącego za czeską granicą nazistowskiego mroku stylowo napisana, doskonale skonstruowana, bogato zobrazowana powieść jest wspaniałą rozrywką. Nie sposób się od niej oderwać”.

Czytaliście? Polecacie? A może po prostu jesteście zainteresowani?

piątek, 8 listopada 2019

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: PS Kocham Cię na zawsze
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Stron: 448
Data wydania: 16 października 2019


„P.S. Kocham Cię” to chyba jedyny tytuł, który kręci się wokół miłości, ogromu emocji oraz ogólnie pojętego poszukiwania szczęścia, który nie tylko jestem w stanie zaakceptować, ale który również cenię. Jestem raczej typowym facetem – komedie romantyczne, romanse czy erotyki są absolutnie poza moimi możliwościami pojmowania. Jednak ekranizacja z 2007 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nawet większe niż literacki pierwowzór. Dość entuzjastycznie podszedłem więc do wieści o kontynuacji tej rzucającej sporą część świata na kolana powieści. Pewnie będę jednym z nielicznych gości, którzy sięgną po ten tytuł, ale zrobiłem to – i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Miałem nadzieję na coś o wiele lepszego niż poprzedniczka, ale chociaż poziom został utrzymany. Mniej więcej.

Holly wreszcie udało się wyjść na prostą i zacząć żyć niemalże pełnią życia. Doskonale pamiętam nieżyjącego już Gerry’ego oraz niesamowitą przygodę, którą przeżyła po jego śmierci. Gabriel stara się sprawić, żeby jej życie było jak najprostsze i jak najbardziej przyjemne – jak przystało na nowego partnera wdowy. Kiedy jednak siostra Holly zaprasza ją do udziału w podcaście, w którym miałaby opowiedzieć swoją historię, ze szczególnym naciskiem na sprawę listów, dla kobiety, która utraciła męża, może to być o wiele za dużo. Najbardziej obawia się tego, że wszystkie złe myśli wrócą do niej, chociaż nie wie jeszcze, jak bardzo może pomóc innym, dzieląc się swoją historią.

Całkiem dobrze wspominam poprzednią część „P.S. Kocham Cię” – jest to co prawda jedna z nielicznych książek, których adaptacje filmowe są według mnie lepsze niż literacki pierwowzór, ale naprawdę warto się z tą historią zapoznać. Byłem bardzo ciekawy, jak Cecelia Ahern postanowiła poprowadzić kontynuację, a zwłaszcza jak w tej powieści wypadnie Holly, która dała się poznać jako niezbyt przystosowana do życia jednostka, która potrafi wykrzesać z siebie jakąś inteligencję czy zaradność (o dziwo). Siedem lat po śmierci Gerry’ego mogło zmienić główną bohaterkę na wiele różnych sposobów – okazało się jednak, że autorka postanowiła pozostawić Holly taką, jaką była. Nieporadną, nieumiejącą podejmować decyzji, nieumiejącą uczyć się na błędach, nieprzystosowaną do życia i płynącą z prądem życia.

Nie tylko sama Holly jest przedstawiana jako osoba nie do końca umiejącą sobie poradzić w życiu. Gabriel, którego autorka przedstawia na samym początku jako nowego partnera głównej bohaterki, również pokazuje w pewnym momencie, że podejmowanie dobrych decyzji nie jest jego mocną stroną. Przez pewien czas zastanawiałem się jakim cudem można tworzyć tak kiepskie postacie, ale zdałem sobie wreszcie sprawę z tego, że to akurat działa na korzyść Cecelii Ahern. Jakby nie patrzył, nie tylko stworzyła, ale również poprowadziła przez dwie książki bohaterkę, która konsekwentnie emanuje żałością, niedostosowaniem do życia oraz innymi negatywnymi cechami. Do tego dosztukowała kolejną osobę, która ma równie skrzywione podejście do życia. Czytelnik potrafi określić swoje emocje w stosunku do obu postaci jasno i wyraźnie, a do tego wkomponowują się one świetnie w całą historię. Pozostaje mi jedynie napisać – chapeau bas.

Tym razem mam jednak sporo zastrzeżeń również do samej historii. Pomysł był bowiem nieziemski i między innymi on mnie skusił do sięgnięcia po drugą część. W końcu taki klub, o którym wspomina blurb, daje przeogromne pole do popisu. Cecelia Ahern wykorzystała to na tyle, jak bardzo się dało, ale niestety chyba miejscami wręcz przekombinowała. Opisy dłużą się niemiłosiernie, ciągle powtarzają się dokładnie te same słowa (głównie informujące o wdzięczności lub informujące, jakie to wszystko musi być ciężkie). Czuć, że miała to być o wiele bardziej depresyjna powieść, jednak miejscami wyszła z tego wręcz groteska – głównie tam, gdzie autorka przesadziła. Niestety ani to książka radosna, ani przygnębiająca, tylko w wielu miejscach zwyczajnie nudna. Chociaż gdyby wyciąć te powtarzające się fragmenty, to pewnie co najmniej sto stron mniej by miała…

To, co się na pewno udało Cecelii Ahern, to między innymi sensowne użycie współczesnych trendów do skomponowania całej historii. Co prawda podcasty znane były już od dawien dawna, ale dopiero od kilku lat stają się coraz bardziej popularne. Autorka postanowiła więc użyć podcastu, stworzonego przez siostrę Holly (tak, teraz każdy może sobie zrobić podcast bez żadnego problemu!) jako element, który rozpędzi lawinę zdarzeń. Nie próbowała wykorzystać jakiegoś oklepanego, starego sposobu, tylko postanowiła dostosować się do obecnych czasów. Nawet w późniejszych wydarzeniach postanowiła zerwać tu i ówdzie z tradycją i pokazać, że bardziej nowoczesne narzędzia i sposoby przekazu myśli również mogą iść w parze z tradycyjnymi wartościami.

Ciężko mi jednoznacznie określić, który z tomów był według mnie lepszy. Każdy z nich jest inny i przekazuje zupełnie inne wartości – chociaż ostatecznie, tak czy owak, skupiają się na śmierci, przemijaniu oraz pamięci o zmarłych. „PS Kocham Cię na zawsze” jest na pewno nieco nudniejszy od swojego poprzednika oraz zawiera ponownie dużą dawkę osób nieumiejących w życie. Chętnie zobaczę ekranizację, która już została ogłoszona (oczywiście z Hillary Swank), bo treść książki jak żadna inna nadaje się na dobry film. Być może okaże się, że odniesie podobny sukces, a osoby oczarowane pierwszą częścią, będą również oczarowane drugą. To samo dotyczy książki – to chyba jedna z tych, wobec których każdy powinien wyrobić sobie swoją własną opinię.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



poniedziałek, 4 listopada 2019

Co pod pióro w listopadzie 2019?

Nowy Rok zbliża się wielkimi krokami! Przed nim jeszcze Święta Bożego Narodzenia, które pewnie część osób wykorzysta na urlopowanie się i czytanie (lub robienie innych, relaksujących rzeczy), a część po prostu spędzi jak każdy inny dzień roku! Wcześniej jednak trzeba przeżyć listopad, jeden z najbardziej pluchowatych i nieciekawych miesięcy w całym roku. No to jesień ni to zima – ani za ciepło, ani za zimno. Miesiąc depresji, nudy i okupowania kanapy. Idealne się wydają więc jakieś wesołe pozycje, które odgonią chmury, przegonią deszcz i wprowadzą nas wszystkich w przyjemny nastrój! Razem z rozgrzewającą herbatą oczywiście. Być może nawet z prądem (nie, nie próbujcie wlewać herbaty w gniazdko elektryczne!).

U mnie część książek zaplanowanych na październik przejdzie na listopad. Trochę mi się plany pozmieniały, w ostatniej chwili wleciało parę egzemplarzy recenzenckich, więc musiałem się na nich skupić. To jednak nie szkodzi, albowiem książka to nie zając – zdecydowanie nie ucieknie! Może nawet i lepiej, że nie udało się do tej pory kilku książek przeczytać, bo będą nieco lepiej pasowały na listopad. A jeśli znowu się nie uda to cóż – oby przerwa świąteczna byłą dla mnie wystarczająco łaskawa!

Chyba niespecjalnie Was zaskoczę, jeśli napiszę, że okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać?

„P.S. Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern

Pewnie niektóre osoby się zdziwią, widząc ten tytuł właśnie u mnie. Na co dzień stronię od literatury, którą można w dużym uproszczeniu nazwać „wyciskaczami łez” wszelkiego rodzaju. „P.S. Kocham Cię” jest jednak jednym z nielicznych wyjątków, które bardzo dobrze wspominam. Jeśli druga część będzie tak samo dobra, to grzechem byłoby nie przeczytać!
„Niewidzialna obrona” – Matt Richtel

Pewnie już nie jeden raz wspominałem na łamach bloga o tym, że ogólnie pojęta medycyna (w tym również jej historia) leży w kręgu moich zainteresowań. Immunologia jest dziedziną, która potrafi być niezwykle zaskakująca oraz przede wszystkim rozwojowa. „Niewidzialna obrona” przybliża jej historię oraz obecny stan wiedzy ludzkiej na jej temat. Trudno więc, żebym przeszedł obojętnie obok tej pozycji!
„Powódź” – Paweł Fleszar

Miałem już okazję czytać (chociaż nie w całości) pierwszą książkę tego autora, czyli „Wyśnioną jedenastkę” – był to thriller sportowy, z akcją osadzoną w Krakowie (pięknie opisanym Krakowie swoją drogą). Tym razem mamy do czynienia z humorystycznym kryminałem, również osadzonym w mieście Kraka. Zobaczymy więc, z czym to się je.
„Włam się do mózgu” – Radek Kotarski

Przeniesione z poprzedniego miesiąca – co prawda bardzo chciałem zobaczyć, cóż Radek Kotarski ma do powiedzenia na temat nauki (a ma sporo, co udowodnił niejednokrotnie), ale chciałem też przeczytać inne książki! Cóż, wyszło, jak wyszło… Postaram się więc nadrobić to w listopadzie!





A jakie są Wasze plany? 

sobota, 2 listopada 2019

Podsumowanie październik 2019

Jak tam Wam minął październik? Otrząsnęliście się już po zmianie czasu na zimowy? Ja na szczęście nie miałem z tym nigdy problemu (chociaż lubię ponarzekać dla samej zasady – no i naprawdę nie sądzę, żeby ten relikt zamierzchłych czasów dalej był potrzebny), więc jestem już w pełni przestawiony na CET! Teraz aż do grudnia będzie tylko coraz gorzej. Coraz wcześniej będzie ciemno, coraz zimniej i w ogóle, więc będzie to w sumie idealny czas na czytanie wieczorową porą! Nie będę zbyt chętny na wychodzenie z domu, zwłaszcza po zmroku (chociaż codzienne, poranne spacery na pewno będę uskuteczniał), chociaż z drugiej strony nie sądzę, żebym ten „dodatkowy” czas wykorzystał na lekturę, skoro jest tyle różnych rzeczy do robienia! W każdym razie to tylko luźne dywagacje dotyczące przyszłości.

Skupmy się jednak na teraźniejszości. W sumie to ja się powinienem skupić i to nawet na przeszłości. Znaczy się na październiku. Tym razem czuć było już zbliżającą się wielkimi krokami zimę – temperatura czasem dotykała zera stopni Celsjusza. Chociaż był też bardzo ciepły tydzień, podczas którego wyciągnąłem z szafy krótkie spodenki! Pierwsze choróbska zdążyły się rozgościć na krótko w domu, chociaż to ja nie byłem dla nich miejscem zamieszkania. A oprócz tego dużo się działo, miałem parę wyjazdów i/lub wizyt, więc cały mój wolny czas był intensywnie eksploatowany. W efekcie udało mi się przeczytać tyle, ile mi się udało – czyli w sumie całkiem sporo.

Najlepiej jednak historię czytelniczą października powiedzą za mnie infografiki oraz wykresy i inne diagramy – w krótkich, żołnierskich liczbach. Zupełne przeciwieństwo mojego rozpisania się. 😁



Wyszło, jak wyszło – nie mogę powiedzieć, że się obijałem w październiku, ale starałem się trzymać mojej zasady czytania przed snem! Parę dni byłem na wyjeździe służbowym, więc wtedy nie udało się praktycznie ani jednej strony przeczytać, ale i tak jestem zadowolony z wyniku.



Powoli, do przodu. Chociaż bez szaleństw. Można w sumie powiedzieć, że bardzo stabilnie, o! To jest chyba najlepsze określenie. Szału oczywiście nie ma i nie było, chociaż nie wiadomo dokładnie czemu – obstawiam moje kompletne ignorowanie czegoś takiego jak marketing. Dlatego też to jest kolejne miejsce, w którym nie zamierzam narzekać!

Instagram towarzyszy mi już od prawie roku (założyłem go w grudniu 2018 roku), ale dopiero od niedawna wrzucam w podsumowania najbardziej popularne zdjęcie ostatniego miesiąca. Tym razem mamy o takie coś:





Chcecie wiedzieć, co w październiku może pojawić się zarówno na blogu, jak i na Facebooku i Instagramie u mnie? 😁 O, takie cztery książki! Co najmniej! Liczę oczywiście na więcej, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie siedzę przy „Legendach Archeonu. Nocne Słońca” (swoją drogą cały czas trwa KONKURS, szczególy parę zdjęć wcześniej i na blogu i w ogóle na pewno znajdziecie!), które są takim trochę grubaskiem. 😅 Jednak cisnę! ————————— #bookaddicts #kochamczytac #kochamczytać #książki #książka #ksiazka #ksiazki #czytambolubię #czytanietopasja #czytanieuzależnia #bookstagrampl #czytam #bookaddicts #instabook #czytamksiążki #instagramczyta #bookstagram #bookstagrammer #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #tbr #october #booksinoctober #octoberbooks
Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)



Cóż, trochę ich w październiku wleciało. Większość oczywiście do recenzji – Wydawnictwa rozpoczęły ostre akcje promocyjne i na rynku pojawia się coraz więcej ciekawych pozycji! Na kilka z nich się skusiłem, chociaż zawaliłem się nieźle na terminy (i niestety wszystkich nie udało mi się dotrzymać). Robim co możim!

Lista poniżej zawiera linki do wszystkich opinii, które zamieściłem w minionym miesiącu:


Na sam koniec oczywiście klasyczne dwie pozycje – najpopularniejszy post i blog, z którego odnotowałem najwięcej wejść! Pierwszym z nich jest informacja „Czy nowe książki można kupić na wagę”, natomiast drugim ponownie blog Świat Fantasy prowadzony przez Łukasza. Dzięki!

A jak Wasz październik?

środa, 30 października 2019

[PREMIERA] „Chciwość” – Marc Elsberg

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marc Elsberg
Tytuł: Chciwość
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Stron: 464
Data wydania: 30 października 2019


Thrillery goszczą w mojej biblioteczce dość tłumnie – nie przesadzę chyba, jeśli napiszę, że stanowią jej zdecydowaną większość. Teraz do kolekcji dołączył kolejny tom, wydany przez W.A.B., którego historia osadzona została w bliżej nieokreślonej przyszłości, której jednak daleko od science-fiction. Opis na tyle mnie zaintrygował i wybił się wśród tych wszystkich książek wydawanych każdego dnia, że długo mnie nie trzeba było namawiać. Zresztą równie szybko przesyłka do mnie dotarła i mogłem się zabrać za lekturę. Tak naprawdę nie wiedziałem, czego się mogę spodziewać, chociaż wiązałem duże nadzieje z „Chciwością”. Niestety, okazały się być one płonne.

Powtórka z roku 2008, kiedy to nastąpił kryzys gospodarczy, jest tuż za rogiem. Największe koncerny mają ogromne problemy finansowe i nie mogą już dalej utrzymywać swoich długów w ryzach. Najbogatsi stają się jeszcze bardziej zamożni, a na ulicę wylewają się tłumy niezadowolonych z braku równości w dystrybucji dóbr ludzi. Wydaje się jednak, że Herbert Thompson, uznany na całym świecie ekonomista i laureat Nagrody Nobla, ma pomysł na rozwiązanie większości ekonomicznych bolączek. Ma go przedstawić na szczycie głów państw w Berlinie. Niestety nie udaje mu się dojechać na miejsce, a jedyny świadek wypadku może mieć duże problemy ze złożeniem zeznań.

Zacznę może od tego, co mnie przytłoczyło tym, jakie to jest złe i niedobre. Główny bohater, którego poznajemy już na samym początku to młody chłopak. Świadek przykrego „wypadku”, o którym wspomina blurb. Młody chłopak na samym początku wydaje się bardzo sprytny i ogólnie mieć łeb na karku. Całkiem nieźle udaje mu się odnaleźć w sytuacji, w jakiej się znalazł, a jego inteligencję autor podkreślić wykształceniem, które odebrał i zawodem, który wykonuje. Cóż, bardzo szybko ten czar pryska i chłopak zamienia się w kompletne przeciwieństwo – głupi, niekumający prostych rzeczy. Wręcz poniżej przeciętnej. Następnie znowu jest geniuszem, który błyskawicznie potrafi opracować plan wyjścia z trudnej sytuacji i załapać koncepcje, których podstawy przerastały jego zdolności pojmowania. Widzicie już, o co mi chodzi? Tak, ta postać się kompletnie nie trzyma kupy. 

W wielu miejscach „Chciwość” przypominała mi książki Dana Browna – średniej jakości akcja, bohaterowie, którzy są po prostu agentami specjalnymi (chociaż to zwykli, prości wręcz ludzie), umiejącymi uciec przed profesjonalistami i policją. Ciężko przez to przebrnąć, zwłaszcza jeśli dorzuci się do tego sporo zagadek logiczno-matematycznych rozwiązywanych przez wszystkie postacie. Co prawda blurb sugerował coś w rodzaju ratowania świata, jednak nie sądziłem, że po raz kolejny spotkam się z podobnym stylem, z którym miałem do czynienia w „Inferno”. Cóż, szkoda bardzo, że tak wyszło, bo sam motyw zagadek i łamigłówek (z braku laku tak je nazwę, coby zbyt wiele szczegółów nie zdradzać) jest naprawdę fajny.

Przez całą książkę jednym z głównych motywów jest próba dowiedzenia się, co chciał przedstawić na szczycie w Berlinie laureat Nagrody Nobla, który został zamordowany w sfingowanym wypadku. Główni bohaterowie próbują rozgryźć notatki zawierające pewne niezbyt oczywiste na pierwszy rzut oka… zagadki (?), które teoretycznie mogą doprowadzić do rozwikłania tajemnicy dobrobytu, jak ją zacząłem w pewnym momencie nazywać. Mega fajną opcją było wrzucenie „odręcznie” rysowanych obrazków, które miały symbolizować bazgroły postaci z książki i wyszło to naprawdę świetnie. Łatwiej można było sobie wyobrazić całokształt procesów myślowych oraz tego, co mieli bohaterowie na myśli (mimo względnej prostoty, ich rozważania nie należały do najprostszych). 

„Klasyczny błąd konfirmacji: preferujesz tylko te informacje, które potwierdzają twój pogld. Kto ma swoje zdanie, nie potrzebuje żadnych faktów!”

Niestety Marc Elsberg zamieścił również mnóstwo terminologii ekonomicznej, nie zawsze wyjaśnionej (lub wyjaśnionej w nie do końca zrozumiały sposób). Mimo tego, że jestem na tyle świadomym użytkownikiem pieniądza, że wiele pojęć czy procesów nie było mi obcych, to gdybym nie miał zielonego pojęcia, czym są, po wyjaśnieniach autora wcale bym tego nie zrozumiał. Co by wyjaśniało również, czemu wielu nowych dla mnie rzeczy kompletnie nie zrozumiałem. Za to nawet Wikipedia, która nie należy do najprościej napisanych, przybliżyła trudną tematykę o wiele lepiej. Widać, że autor umie to posklejać do kupy, próbuje brylować, zna trudne słownictwo, ale albo sam nie do końca rozumie, o czym pisze, albo jego umiejętności dydaktyczne leżą i kwiczą.

Warte pochwalenia są jednak same próby objaśnienia pewnych koncepcji ekonomicznych, o których sam Marc Elsberg opowiada w paru słowach podziękowań. Rzuca nawet kilkoma stronami internetowymi, na których można znaleźć nieco więcej informacji o matematycznych podstawach magicznego sposobu, wokół którego toczy się tak naprawdę cała historia. Co prawda z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba jest to po prostu kolejny koncept ekonomiczny, jakich wiele, jednak sama otoczka stworzona wokół niego całkiem zgrabnie stworzyła pewną historię. Tutaj należą się słowa uznania, albowiem właśnie sama fabuła to jest to, co potrafi utrzymać czytelnika przy życiu z „Chciwością”. Po prostu trochę wykonanie szwankuje w niektórych miejscach.

Cóż mogę powiedzieć – zła ta powieść to nie jest. Oklepana, schematyczna, z niedopracowaną główną postacią (chociaż pozostałe dają radę), a jednocześnie z mega ciekawym sposobem na dodanie dynamiki. Zwięzła pod względem opisów i koncepcyjnie nawet przyzwoita. Trudno jest ją więc opisać w paru prostych słowach, ponieważ składa się z tak wielu, sprzecznych ze sobą elementów, że nie sposób zamknąć wrażeń po lekturze w kilku raptem zdaniach. Zapewne można by ją było rozebrać na czynniki pierwsze jeszcze bardziej, ale chyba tyle wystarczy Wam, Drodzy Czytelnicy, do określenia, czy chcecie po nią sięgnąć, czy nie. Osobiście nie żałuję chwil spędzonych z nią, bo jednak wyniosłem z niej parę dodatkowych koncepcji oraz elementów ekonomii, które mogą mnie zaciekawić. Byle tylko nie z tłumaczeniem ich zawiłości przez autora „Chciwości”...

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 21 października 2019

[PREMIERA] „Małe Licho i anioł z kamienia” – Marta Kisiel

„Małe Licho i anioł z kamienia” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i anioł z kamienia
Wydawnictwo: Wilga
Stron: 325
Data wydania: 30 października 2019


Nie sposób nie pokochać Licha oraz twórczości Marty Kisiel już od pierwszego spotkania z książkami autorki. Bogate słownictwo, nietuzinkowy humor i wspaniałe przygody to jest coś, co potrafi przyciągnąć nawet dorosłego do literatury dziecięcej. Osobiście nawet powoli zaczynam się wkręcać w wielką bitwę #teamBazyl kontra #teamLicho, więc staram się z jednej strony nadrabiać zaległości w czytaniu dorobku „ałtorki” oraz sięgać na bieżąco po jej nowe dzieła. „Małe Licho i anioł z kamienia” zbliża się wielkimi krokami, więc długo się nie zastanawiałem nad wciśnięciem tej książki do moich planów czytelniczych. Nie żałuję ani trochę, że tak szybko chciałem przeczytać!

Z doskonałych imprez trudno się urwać, a jeszcze gorzej jest, kiedy się kończą. Tak niespodziewanie, nagle, dokładnie wtedy, kiedy miały się skończyć. Trudno się bowiem oprzeć grom planszowym, zwłaszcza jeśli towarzyszy im popcorn. Niestety wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – chociaż nie zawsze kończy się zbiorową kwarantanną. W związku z zajściem takowej, Małe Licho wraz z przyjaciółmi i rodziną musi spędzić ferie nie u siebie, ale u ciotki, która mieszka niemalże w samym środku bardzo intrygującego lasu. Natomiast w samym lesie dzieją się niemniej intrygujące rzeczy, z którymi Bożek będzie miał do czynienia przez cały czas swojego pobytu.

Największą wadą tej książki jest jej długość. Jest zwyczajnie za krótka! Co prawda historia w niej zawarta nie należy do najbardziej rozbudowanych, ale ma oczywiście wszystkie cechy charakterystyczne dla powieści ałtorki – jest przezabawna, pouczająca, łatwo przyswajalna zarówno dla młodszych czytelników, jak i dorosłych. A ponadto jest rzecz jasna niezwykle wciągająca mimo swego infantylnego charakteru. Wszak jakby nie patrzył, jest to książka, której grupą docelową są jednak nieco młodsi czytelnicy, a nie dorośli poszukujący wyrafinowanej i niezwykle wymagającej lektury.

„Mama nic nie mówiła, skupiona na drodze. Bożek też nic nie mówił, skupiony na fochu”.

„Małe Licho i anioł z kamienia” łączy ze sobą poszczególne elementu Kiślowersum i daje nam niecodzienny miks tego, co znamy z historii o Małym Lichu oraz tym, z czym niektórzy czytelnicy mogli spotkać się choćby w „Oczach urocznych” – a muszę Wam napisać, że jest to połączenie wprost genialne! Nie chcąc zdradzić zbyt wielu szczegółów, napiszę jedynie, że spotkanie niektórych postaci pociągnęło za sobą bardzo ciekawe reakcje, a co za tym idzie przezabawne (choć czasem groźne) sytuacje. Poszczególne części świata stworzonego przez Martę Kisiel zaczynają się coraz bardziej zazębiać, co mnie osobiście bardzo cieszy. Napawa to ogromnym optymizmem i zwiększa ciekawość tego, co przyniesie przyszłość w literaturze ałtorki.

Oczywiście Marta Kisiel nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w tę historię paru „smaczków” z polskiej klasyki literatury! Najbardziej rzuca się oczywiście w oczy Mickiewicz i jego „Dziady” (cóż, ciężko nie rozpoznać jednego z cytatów, nawet jeśli się jest #teamSienkiewicz), chociaż na samym końcu książki ałtorka wyjaśnia również pochodzenie innych cytatów, które recytowane są przez bohaterów w pewnej sytuacji. Znajdzie się jednak również pewien smaczek przeznaczony dla fanów bardziej współczesnej literatury – Geralt byłby dumny. W sumie nie jest to pierwszy (i zapewne nie ostatni) raz, w którym Marta Kisiel przemyca elementy klasyki lub współczesnej popkultury do swoich książek.

Jak zwykle książka na wysokim poziomie – jednocześnie prosta, ale z przekazem i to nie byle jakim. Ucząca pokory oraz czym jest poświęcenie w codziennym życiu każdego człowieka. Idealna zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, ze względu na uniwersalne przesłanie oraz sposób, w jaki została napisana. Pełna doskonałego humoru, radości oraz pewnego rodzaju niepewności – w końcu jakby nie patrzył, jest to historia z dreszczykiem, w której mamy do czynienia z potworami, demonami, aniołami oraz innym siłami nadprzyrodzonymi! Sami zresztą przekonajcie się, jak doskonała potrafi być książka teoretycznie przeznaczona dla młodego czytelnika. Zapewniam, że nawet mając trzydzieści lat, będziecie w stanie czerpać radość z lektury najnowszych przygód Bożka i jego rodziny oraz przyjaciół!

Łączna ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania dziękuję