wtorek, 4 sierpnia 2020

Co pod pióro w sierpniu 2020?

Kolejny wakacyjny miesiąc przed nami, choć dla wielu osób (w tym mnie) będzie to miesiąc taki jak każdy inny! No, z małym wyjątkiem – trochę odpoczynku się przyda. Nie wiem, na ile w jego trakcie będę miał czas na czytanie, bo ja lubię aktywny wypoczynek. Znaczy się dużo chodzenia, zwiedzania, oglądania i najlepiej kwatera tylko na spanie! Chociaż jak pamiętam poprzedni rok, to wieczorami udawało mi się zrelaksować z książką w dłoni. Pewnie więc i w tym roku się uda tak zrobić, bo to w sumie był bardzo dobry deal. Tylko jakby tak jeszcze wcześniej wstać rano, żeby mieć więcej dnia dla siebie… Tak czy siak, koło 22:00 lub 23:00 padaliśmy na twarz i zasypialiśmy jak kamienie, więc godzina udania się na spoczynek raczej się nie wydłuży.

Na najbliższy miesiąc planuję sobie dokładnie taką samą liczbę książek jak zwykle zresztą. Tym razem też będzie co najmniej jeden grubasek – „Endymion” Dana Simmonsa. Jak już jechać z cyklem „Hyperiona”, to na całego! Do września więc powinienem mieć zakończony cały cykl. Do tego trzeba skończyć pozostałe, rozpoczęte cykle oraz serie! Obecnie jestem w trakcie czytania całego „Metra 2033” oraz „Świata Dysku” Pratchetta, z czego ten drugi jest już prawie skończony. Cały czas mam rozpoczętego całego Kinga oraz „Czarny Kryminał”, ale to nie tym razem! No, chyba że mi się uda jednak przeczytać więcej, niż założyłem. 

Jak zwykle rzecz jasna wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Endymion” – Dan Simmons

„Upadek Hyperiona” zamknął pewien rozdział w historii Hegemonii Człowieka, a „Endymion” otwiera kolejny – dziejący się trzysta lat po wydarzeniach z drugiej części. Kompletnie inne postacie, z echami tych, które znamy z poprzednich dwóch tomów. Świat stworzony przez Simmonsa jest wspaniały, więc mam nadzieję, że autor dalej pociągnął historię w równie emocjonujący sposób!
„Mrówańcza” – Rusłan Mielnikow

Książka uznawana za jedną z tych najbardziej niezwykłych w całym Uniwersum Metro 2033, chociaż jednocześnie wzbudzająca skrajne emocje. Niektórzy twierdzą, że jest jedną z najlepszych, a inni z kolei uznają ją za przeciętniaka. Na pewno ma w sobie niespotykany jak do tej pory pomysł, protagonistę, którego wszystkie obozy tej walki chwalą. No cóż, może być ciekawie!
„W północ się odzieję” – Terry Pratchett

Polubiliście Tiffany Obolałą? Mam nadzieję, że tak, bo to będzie kolejne spotkanie z czarownicą z Kredy. Tym razem już będzie robiła to, co czarownice robią na co dzień – będzie czarownicą. Ponownie dopadną ją rozterki, które zapewne mają coś wspólnego z kłębem zła, pogardy oraz nienawiści. Uwielbiam ten podcykl związany z Tiffany, bo niemalże każda książka ma wiele warstw i każdy może w niej znaleźć zupełnie coś innego, ale zawsze wartościowego!


„Mitologia nordycka” – Neil Gaiman

Kupiłem tę książkę przy okazji – żeby dobić do darmowej wysyłki… Jednak nie brałem jej w ciemno! Widziałem sporo dobrych opinii, no a do tego przecież to jest Neil Gaiman! Co może tutaj pójść nie tak? Napisana nieco innym sposobem, niż większość mitologii (w końcu ma być bardziej współczesna i dla przeciętnego człowieka) może się okazać bardzo przyjemnym przypomnieniem najważniejszych jej aspektów. Niestety mitologia nordycka to ta, z której pamiętam najmniej spośród najbardziej popularnych...





niedziela, 2 sierpnia 2020

Podsumowanie lipiec 2020

Takie średnie lato mamy w tym roku, co nie? O wiele chłodniejsze niż w tamtym roku – co dla mnie akurat jest bardzo spoko! Jestem z tych, którzy lubią nieco chłodniejszy klimat. Tak naprawdę najlepsza dla mnie temperatura to jakieś 15°C – wszystko powyżej 20°C to już skwar, upał nie do zniesienia… Chociaż jak jest 5°C to też nie narzekam – po prostu zarzucę na siebie coś lekkiego i tyle! W takich więc temperaturach, jakie mieliśmy w lipcu dopiero czuję, że żyję i osobiście (zapewne ku zgrozie większości z czytających te słowa) liczę na to, że sierpień będzie podobny! Nawet pomimo tego, że planuję sobie wyjechać na parę dni na mały, aktywny odpoczynek! Cóż, przynajmniej się nie rozpłynę.

Kiedy człowiek już pracuje tak na pełny etat i nie odlicza czasu od wakacji do wakacji, to takie miesiące jak lipiec, czy sierpień, stają sie w pewnym sensie takimi samymi miesiącami jak grudzień albo inny wrzesień. Jedyne, co się zmienia, to temperatura oraz ogólnie pojęta pogoda (no i czasem jest nieco więcej wolnego). Tak było i w tym przypadku – po prostu lipiec przeżyłem mniej więcej podobnie, jak resztę miesięcy. Zawsze znalazła się chwila na czytanie, obejrzenie jakiegoś serialu oraz inną, nieco mniej… „dynamiczną”, ale wciąż rozrywkową aktywność. Trochę mniej audiobooków przesłuchałem niż zazwyczaj, bo tym razem królowały podcasty. „Nerdzi w kulturze” zaserwowali hurtowo zaległe audycje, więc praktycznie cały tydzień słuchałem tylko ich. 😆

No, mały wstępniak za nami, to chyba pora przejść do statystyk, co nie? Tym razem już uzupełnionych również o listę obejrzanych seriali oraz filmów, bo ostatnio nie pomyślałem o utworzeniu takowej… 😅




Wygląda na to, że to był „najsłabszy” miesiąc, przynajmniej tak by wskazywała liczba przeczytanych pozycji. Jednak jak się spojrzy na liczbę stron na papierze, to jest identycznie, jak w czerwcu! Natomiast audiobooki… Cóż, „Nerdzi w kulturze” wypuścili hurtem zaległe audycje, więc spędziłem siedemnaście godzin przy słuchaniu podcastów – i to tylko tego jednego podcastu! Tutaj więc się podział czas na audiobooki...




„Nerdzi w kulturze” rozbili tutaj bank, dosłownie… Przez covidowe szaleństwo u nich też się trochę cały schemat rozregulował. Normalnie podstawą są audycje live, których zapis dopiero później jest zrzucany i wypychany jako podcast, co też nie zawsze następuję od razu po audycji – najczęściej po 2-3 sztuki na raz – ale tym razem obsuwa była całkiem duża… Jednak o tym w sumie już wspominałem akapit wcześniej.

Oczywiście od razu załączam listę obejrzanych przeze mnie seriali:

  1. „Dark” (końcówka trzeciego sezonu)
  2. „Mr. Robot” (końcówka pierwszego sezonu + drugi sezon)



Odsłony wyglądają podejrzanie w porównaniu do poprzednich miesięcy, prawda? Ano prawda, Google Analytics też tak twierdzi. Między 5.07 a 8.08 miałem jakiś… napływ czort jeden wie jakiego ruchu z dość podejrzanego źródła. Przy 0% odrzuceniach, dwóch stronach na sesję oraz pięciosekundowych odwiedzinach nie brzmi to jak legitny ruch. Jestem jednak noga w GA, więc nie do końca umiem odfiltrować tego typu ruch, tak więc mamy troszkę przekłamane statystyki… W sumie jakby nie były i tak przez używanie AdBlocków. 😅

Cały czas utrzymuję podobny styl płaskich zdjęć z oczobitnym, jasnym tłem. Nie jest to może szczyt piękna, ale wbrew pozorom jest to całkiem niezłe wyzwanie – żeby wszystkie elementy poukładać równo (co mi zazwyczaj jeszcze nie wychodzi 😅) i utrzymać odpowiednie proporcje. Jakoś tak polubiłem ten format… Na razie więc przy nim zostanę, zwłaszcza że nie zauważyłem zbyt dużego odpływu obserwujących, jak tylko wyklarował się taki a nie inny profil. A tutaj możecie zobaczyć, które ze zdjęć było najczęściej „serduszkowane” w lipcu:

View this post on Instagram

Jak tam plany na weekend? U mnie tym razem trochę wyjazdowo, ale oczywiście zabieram ze sobą kolejną część cyklu napisanego przez Dana Simmonsa – zaczynam „Upadek Hyperiona”! Mam nadzieję, że będzie co najmniej równie dobry i różnorodny jak pierwszy tom! Z takimi książkami żadna pogoda nie jest straszna, ani deszcz, ani słońce. 😁 Miłego weekendu! ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ —————————————— ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #fridayvibes #weekendvibes #lovecoffee #coffeeandbooks #hyperion #dansimmons #czytamfantastykę #bookinstagram #bookstagramcommunity #mybookfeatures #czytambolubie #booksarelife #wordswordswords #ksiażkidlaciebie #goodbooks #zdjęciedlaksiążki #czytanietopasja #ksiazkowainspiracja #allyouneedisbooks #bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska

A post shared by Z piórem wśród książek (@zpiorem) on


Kiążek w tym miesiącu nie kupiłem. Tak w ogóle, w ogóle. Nie zamówiłem, nie przyszły żadne egzemplarze recenzenckie, ani inne papierowe egzemplarze. E-booki zresztą też nie. Tak po prostu! 

Oczywiście nie może też zabraknąć listy książek, które przeczytałem lub przesłuchałem w lipcu:


A jak Wasz lipiec? Udany?

sobota, 1 sierpnia 2020

Zbiorczo spod pióra – lipiec 2020

Połowa wakacji już za nami – oczywiście o ile ktoś w ogóle ma wakacje! Niezależnie jednak od tego, czy jesteście studentami, uczniami czy też każdego dnia napędzacie kierat firm, w których pracujecie, to pewnie w lipcu albo sierpniu cieszycie się, chociaż chwilą względnej wolności. A jak taka wolność, to książki, prawda? Do braku tej wolności książki się również świetnie nadadzą, aby trochę… osłodzić ten codzienny znój! Papierowe, elektroniczne, audio – do wyboru, do koloru. U mnie lipiec to był zwykły miesiąc, jak każdy inny, bez urlopów i innych nadmiarowych wolnych, chociaż jeden z weekendów miałem wyjazdowy. No ale to tylko weekend, a do tego bardzo napakowany różnymi wydarzeniami – na książki raczej czasu nie było!

Tym razem miałem sporo do powiedzenia (a dokładniej napisania) na temat kilku tytułów, więc postów na blogu pojawiło się więcej, niż w czerwcu. Ba, nawet skrobnąłem recenzję jednego z audiobooków, chociaż to u mnie rzadkość! Był jednak na tyle dobry, że chciałem się z Wami podzielić wrażeniami oraz tymi plusami, które najbardziej zapadły mi w pamięci. W związku z tym poniżej nie będzie aż tylu pozycji, co w ubiegłym miesiącu, jednak mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie. Jak zwykle jeszcze dodam, że zdjęcia okładek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać – choć to pewnie dla stałych bywalców nie jest nowością, a dla nowych osób niech będzie pierwszą informacją!

„Saga Puszczy Białowieskiej” – Simona Kossak

Format: Audiobook
Stron/długość: 16h 56m
Lektor: Anna Apostolakis, Leszek Filipowicz

To naprawdę bardzo piękna książka! Pięknie napisana i pięknie przeczytana. Zarówno Anna Apostolakis, która czytała fragmenty, które ja nazywam „naukowymi”, jak i Leszek Filipowicz, ten od części „baśniowej”. Nie bez powodu tak je określam, bo cała książka podzielona jest na nieco baśniowy wstęp opowiadający o konkretnym aspekcie (na przykład gatunku zwierzęcia i jego historii), bardzo sfabularyzowany, często sięgający po legendy i historie ocierające się o mitologię oraz drugi, bardziej naukowy. W tym autorka przytacza już konkretną, potwierdzoną badaniami historię, często ze stanem obecnym.

Z „Sagi Puszczy Białowieskiej” można wynieść naprawdę dużo wartościowej wiedzy! Nie dość, że pięknie podanej, to na dodatek naprawdę przybliżającej ten wspaniały kawałek natury. Jak się okazuje, był on od bardzo wielu wieków dość mocno eksploatowany i stanowił jeden z bardzo ważnych ośrodków (co nie wyszło Puszczy na dobre) dla władców naszego kraju. Wiedz jest przekazywana bardzo często w formie ciekawostek, w sposób bardzo przystępny – czuć wręcz, że autorka jest pasjonatką. Nie pisała tego z musu, tylko dla pieniędzy czy rozgłosu, ale naprawdę kocha ten temat i wie na temat tego kompleksu leśnego bardzo dużo.

„Kapelusz pełen nieba” – Terry Pratchett

Format: Papier
Stron/długość: 306
Tłumacz: Piotr W. Cholewa

Proza Terry’ego Pratchetta jest ze mną, odkąd pamiętam – trafiłem na niego już w jakiejś bibliotece, zapewne szkolnej, kiedy szukałem kolejnych książek do czytania. Swego czasu przeczytałem praktycznie połowę tego, co do danego czasu zostało wydane w Polsce, a teraz mogę po kolei iść przez wszystkie książki ze „Świata Dysku”. Tak po prawdzie to ja wręcz kończę kolejny przebieg… „Kapelusz pełen nieba”, przybliżający postać Tiffany Obolałej, jest jedną z ostatnich książek z całego cyklu napisanego przez brytyjskiego pisarza. Jest to dość… ciekawy przypadek krzywego zwierciadła, bo tym razem ta pratchettowska ironia jest tak trochę przez łzy…

Tiffany musi zmierzyć się z czymś, co można nazwać uosobieniem ludzkiej pychy, strachu i żądzy władzy jednocześnie. A w końcu jest tylko nastolatką, którą dopiero co zaczyna rozumieć nastoletnie sprawy. Do tego staje się czarownicą, więc musi przyjąć jeszcze więcej wiedzy, niż przeciętne dziecko w jej wieku. Można powiedzieć, że „Kapelusz pełen nieba” jest bardzo pozytywną i napawającą nadzieją książką – kompletnie inną niż większość książek Pratchetta. Pokazuje, że nawet dziecko ma siłę do walki z niezwyciężonym – z własnymi słabościami. Oraz że wszyscy ludzie powinni brać przykład z Tiffany i każdego dnia walczyć z samym sobą, aby być o wiele lepszym dla całego świata.

„Ciemne tunele” – Siergiej Antonow

Format: Papier
Stron/długość: 328
Tłumacz: Paweł Podmiotko

„Ciemne tunele” wypadają zarówno na tle innych powieści z Uniwersum Metro 2033, jak i na tle po prostu innych książek dość słabo. Jeśli jeszcze ktoś niedawno – tak jak ja – przeczytał wspaniałą „Konstytucję Apokalipsy”, to lektura dzieła Siergieja Antonowa wyda mu się wybitnie słabą. Niby jakiś pomysł był, i to nawet całkiem fajny (choć poruszający te same tematy, co inne powieści), ale wykonanie jest raczej mierne. Da się przeczytać, jednak nie ma tego czegoś – takiej nutki zaintrygowania, choć odrobiny dusznego klimatu, nie czuć tych betonowych tuneli ani wszechogarniającego smutku i przygnębienia. Po prostu się czyta i tyle.

To, co można zaliczyć na plus, to niewątpliwie bitwa ideologii, którą możemy obserwować na przestrzeni całej powieści. Główny bohater jest przedstawicielem anarchistów, ma swoje poglądy na świat i to, jak powinien on wyglądać. Po drodze w trakcie jego wędrówki zmierzy się z wieloma różnymi poglądami na życie i to, jak powinna wyglądać władza – nie spodziewajcie się jednak żadnej przemiany wewnętrznej. Matury na podstawie „Ciemnych tuneli” nie napiszecie. Widzicie, ten wątek z przeogromnym potencjałem też został potraktowany po macoszemu, jak cała reszta książki. Szkoda, ale możemy się, chociaż nacieszyć tym, co jest.

sobota, 25 lipca 2020

„Upadek Hyperiona” – Dan Simmons

Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Upadek Hyperiona
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 626
Data wydania: 4 listopada 2015

Bardzo długo zbierałem się do tego, aby sięgnąć po cały cykl „Hyperiona”. Dan Simmons przewijał się przez niemal wszystkie blogi książkowe, które czytam – niekoniecznie pod postacią akurat wspomnianej powieści dzielącej swój tytuł z poematem Johna Keatsa, ale pod przeróżnymi tytułami. Kiedy wreszcie udało mi się dobrać do pierwszej części, można powiedzieć, że zostałem oczarowany. „Hyperion” może i nie jest arcydziełem, które będę wychwalał pod niebiosa, ale jest książką bardzo dojrzałą, wielowarstwową, zaskakującą i gruntownie przemyślaną. Przede wszystkim jednak w pewnym sensie wyjątkową i pokazującą ogromny kunszt pisarski autora. Nic więc chyba dziwnego, że szybko sięgnąłem po „Upadek Hyperiona”! Muszę przyznać, że choć jest to już zupełnie inne dzieło, to wciąż trzymające ten sam, wysoki poziom.

Bitwa o Hyperiona może okazać się „być albo nie być” dla całej Hegemonii Człowieka. Sztuczne Inteligencje nigdy nie były w stanie ująć planety w swoich predykcjach, a wygląda na to, że cały trójkąt w postaci Hegemonii, TechnoJądra oraz Wygnańców widzą w tej zacofanej planecie gdzieś na skraju Sieci coś, co może przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę. Pielgrzymi też muszą odegrać swoją rolę, udając się w – wydawać by się mogło, że z góry skazaną na porażkę – pielgrzymkę do Grobowców Czasu. Dzierzba może okazać się o wiele ważniejszym graczem, niż można sądzić. A na pewno, jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele osób uznaje go jedynie za zwykły mit. Mit, który być może wpłynie na losy całego wszechświata.

„Upadek Hyperiona” jest już kompletnie inną książką niż pierwszy tom cyklu. Tym razem mamy już pełną fabułę, która nie jest podzielona na opowieści poszczególnych osób, tak od siebie skrajne, a zarazem spójne. Rzecz jasna poznajemy dalsze losy Pielgrzymów, ale również całej Hegemonii Człowieka, która staje nad skrajem przepaści. Wszystko opisywane z kilku różnych perspektyw – wspomnianych osób wybranych przez Kościół Dzierzby do odbycia wędrówki do Grobowców Czasu, kolejnego cybryda, który znalazł się w pobliżu samej Przewodniczącej Senatu oraz czasem kilku innych osób. Dzięki temu mamy całościowy obraz tego, co się dzieje w Sieci, z jej planetami, jak wyglądają kolejne ruchy rojów Wygnańców i przede wszystkim jak Hyperion wpływa na wszystko wokół.

„– Rozprzestrzeniamy się po Galaktyce jak komórki raka w zdrowym organizmie. Mnożymy się, nie myśląc o niezliczonych formach życia, które muszą zginąć lub zostać usunięte ze swojego naturalnego środowiska, byśmy my mogli zająć ich miejsce. Tępimy konkurujące z nami inteligentne formy życia”.

Dan Simmons nie byłby sobą, gdyby tym razem nie nawiązywał bardzo często do malarstwa. W wielu opisach miejsc, planet, czy po prostu krajobrazów, używa porównań do dzieł znanych malarzy, takich jak choćby Hieronim Bosch, być może fanom fantastyki bardziej znany z „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Oczywiście nie brakuje też nawiązań do literatury, w tym rzecz jasna korzenia, wokół którego wszystko się toczy, czyli Johna Keatsa oraz jego poematów. Zresztą fascynacja jego postacią wydobywa się nie tylko z samego rdzenia całego cyklu, ale również z postaci, ich rozmów, miejsc odwiedzanych przez bohaterów oraz dosłownie całej książki.

To jest w ogóle niesamowite, w jaki sposób Dan Simmons skonstruował nie tylko świat, ale i całą historię, wokół której toczy się akcja obu tomów. Tak naprawdę dopiero w „Upadku Hyperiona” pokazują się fakty, do których nie sposób było dotrzeć po lekturze pierwszego tomu. Kierunek poprowadzenia wydarzeń jest zaskakujący i zawiły. Nie sposób nie użyć tutaj magicznego słowa „intryga” – na dodatek w pewnym sensie „polityczna intryga”. Blurb sugeruje rozwój wypadków, ale wszystkie detale to właśnie te elementy głównego dania, które nadają mu ten niesamowity smak. Bez tych niewielu zwrotów akcji, które możemy obserwować, nie byłaby to już ta sama książka. Swoją drogą ciekaw jestem, ile czasu zajęło autorowi rozpisanie sobie tego wszystkiego i połączenie w spójną, logiczną całość. Pogubić się może w jego wizji byłoby trudno, jednak łatwo można było popełnić drobny błąd, który zaważyłby na odbiorze – o dziury logiczne wcale nie jest trudno.

„Trudno zachować pogodę ducha, kiedy się umiera”.

Wspomniałem o raczej nielicznych zwrotach akcji nie bez powodu. Spora część „Upadku Hyperiona” to jednak historia Pielgrzymów, których poznaliśmy w poprzedniej książce. Śledzimy ich losy oraz – nie będzie to spoilerem, bo w końcu wszyscy doskonale wiemy, że będzie to miało miejsce – ich spotkania z Dzierzbą. Nieco więcej światła pada również na Władcę Bólu, jego historię, cel oraz materię, którą się otacza. Tutaj często mamy do czynienia z nieco metafizycznymi opisami, przemyśleniami poszczególnych postaci oraz iście nadnaturalnymi wydarzeniami. Te fragmenty są najwolniejszą częścią całej powieści. Slow action w pełnej krasie – co może niestety przez niektóre osoby zostać odebrane negatywnie.

Jak dla mnie jest to naprawdę świetna kontynuacja, nieustępująca w swojej poprzedniczce. Świetne zakończenie, ponownie bardzo głębokie rozwinięcie, ogrom nawiązań do literatury i sztuki, a do tego nieziemski (he-he) świat wykreowany przez Dana Simmonsa, tworzą świetną mieszankę. Pomimo swojej inności, „Upadek Hyperiona” godnie rozwija pierwszy tom. Być może w niektórych momentach jest zbyt… powolna, spokojna i wolno się rozwijająca, jednak całokształt oceniam bardzo pozytywnie. Aż nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po „Endymiona”, opowiadającego o tym, co wydarzyło się wiele lat po Pielgrzymce z siódemką znanych nam postaci. To może być jeszcze ciekawsze przeżycie i po cichu na to liczę.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Hyperion’

Hyperion | Upadek Hyperiona | Endymion | Triumf Endymiona


poniedziałek, 20 lipca 2020

„Bezcenny” – Zygmunt Miłoszewski

„Bezcenny” – Zygmunt Miłoszewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Zygmunt Miłoszewski
Tytuł: Bezcenny
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 496
Data wydania: 20 maja 2020

O Zygmuncie Miłoszewskim nie słyszałem, zanim nie sięgnąłem po jego „Bezcennego”. Tego zresztą też zresztą przesłuchałem (w formie audiobooka na Empik Go) zupełnie przypadkowo. Widziałem, że wydana została „Kwestia ceny”, czyli druga część cyklu o Zofii Lorentz, w formie słuchowiska – a na te ostatnio poluję jak rasowy drapieżnik. Warto jednak najpierw zapoznać się z pierwszą częścią, jeśli chce się zacząć jakiś cykl, więc odstawiłem „Kwestię ceny” i odgrzebałem „Bezcennego” jako prostego audiobooka, czytanego przez Andrzeja Chyrę. Nie miałem w sumie absolutnie żadnych wymagań, ale jakbym miał, to zapewne zostałyby w pełni spełnione. Naprawdę żałuję, że autor ten nie wpadł w moje ręce dużo, dużo wcześniej.

Doktor Zofia Lorentz od lat stara się robić to, do czego została stworzona – tropić zaginione dzieła sztuki na zlecenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W trakcie II Wojny Światowej większość dziedzictwa narodowego Polski została zagrabiona, zwłaszcza podczas ucieczki nazistów pod koniec konfliktu – Hans Frank pełniący funkcję Generalnego Gubernatora wiedział doskonale, które obrazy są najcenniejsze. Kiedy więc doktor Lorentz dostaje od samego premiera informację o odnalezieniu „Portretu Młodzieńca” pędzla Rafaela Santiego, nie zastanawia się ani chwili nad nietypową propozycją prezesa Rady Ministrów. Nie ma jednak jeszcze pojęcia, w jak niebezpieczną grę zostanie wplątana.

Wiecie, do czego najbardziej bym porównał „Bezcennego”? Do książek Dana Browna. Tylko mógłbym to zrobić jedynie wtedy, gdybym chciał dopiec Zygmuntowi Miłoszewskiemu. Miałem tę wątpliwą przyjemność spróbować Dana Browna i w pamięci mam dość infantylne historie z masą dziur logicznych. Jednak jeśli ktoś zachwycił się prozą tego autora, to Zygmunt Miłoszewski oraz jego bardzo dopracowana historia pogoni za dziełami sztuki, powinni kompletnie zaskoczyć, zaprzeć dech w piersiach i zapewnić kilka godzin pełnej napięcia rozrywki. Dla całej reszty będzie to mega dobra książka, świadcząca o szerokim badaniu tematu poprzedzającym pisanie. Przygoda, napięcie, polityka, intryga i niebezpieczeństwo – to wszystko znajduje się w „Bezcennym”.

„Panie premierze. Proszę, żeby mi pan natychmiast zabrał ten kaszubski palec sprzed oczu. Natychmiast. Rozumiem, że jest pan Dyzmą bez kompetencji i wykształcenia, pogubionym w swojej nieoczekiwanej karierze, na dodatek mama nie nauczyła pana manier i nie ma pan pojęcia, jak odnosić się do kobiet”.

Podczas lektury kilka moich relacji na Instagramie pokazywało, jak bardzo jestem usatysfakcjonowany. Na szczególną uwagę zasługuje to, w jaki sposób Zygmunt Miłoszewski przedstawił tematykę malarzy impresjonistycznych oraz ich dzieł. Idę o zakład, że gdyby uczniowie w szkole zaczęli masowo czytać „Bezcennego”, to ich zainteresowanie historią sztuki gwałtownie by wzrosło. Sam autor w posłowiu wspomina, że włożył mnóstwo pracy w zrozumienie problemu rozkradzionych oraz zaginionych dzieł sztuki w trakcie II Wojny Światowej, a z tym z kolei wiąże się poznanie poszczególnych malarzy oraz ich dorobku. To, w jaki sposób pisarz przedstawia cały świat sztuki, nawet we mnie wywołał ogromną chęć przyjrzenia się bliżej sztuce impresjonistycznej. Ba, nawet naszła mnie ochota na odwiedzenie Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie!

Nigdy bym w sumie nie pomyślał, że kiedykolwiek będę porównywał polskiego pisarza do Dana Browna i w myślach zestawiał dzieła tych dwóch autorów obok siebie. Mało tego! Nigdy bym nie pomyślał, że obok takiego duetu pojawi się myśl, w której zachęcę tego drugiego do brania nauki od mojego rodaka. To w sumie tylko świadczy o mojej krótkowzroczności i w pewnym sensie braku wiary w naszych polskich pisarzy. Mógłbym bardzo długo wymieniać to, co było o wiele lepsze w „Bezcennym” niż w „Inferno”. Lepsze przygotowanie merytoryczne dotyczące poruszanego tematu. Lepsza budowa napięcia. Bardziej przemyślane sceny. Mniej wodotrysków, a więcej bardziej realistycznych wydarzeń. Bohaterowie, którzy mają pewien wyraz i u których można wyszczególnić jakieś konkretne cechy. A do tego wszystkiego o wiele lepsza (choć to subiektywna opinia) intryga, która na końcu wybucha z ogromną pompą, ale wydarzenia po drodze nie kłócą się z jej zakończeniem.

„– Nie dość, że wasz święty obraz to ruska ikona, to na dodatek Madonna jest czarna? Jeszcze mi powiedz, że była Żydówką. Polscy narodowcy o tym wiedzą?”

Przy okazji jest jeden z tych nielicznych audiobooków, w których aż tak mocno się nie gubiłem. Oczywiście wciąż nie było to tym samym, co popularnonaukowe pozycje lub reportaże, ale lektor zrobił dobrą robotę. Dość łatwo można było się odnaleźć w dialogach i rozpoznać poszczególne postacie. Dość istotną kwestią akurat w „Bezcennym” są też opisy scen akcji, w których teoretycznie można się nieźle zgubić – zwłaszcza jeśli lektor nie potrafi odpowiednio zaakcentować łańcuchów wydarzeń wraz z ich kolejnością. Tymczasem nawet najbardziej skomplikowane fragmenty zostały zaserwowane w sposób zrozumiały i przyjemny w odbiorze. Dopiero w takich audiobookach jak ten, człowiek zaczyna doceniać pracę lektora. 

„Bezcenny” to kompletnie inna jakość powieści przygodowej, z jaką miałem do czynienia. Wciągająca, zrównoważona, odpowiednio napisana i łącząca w sobie mnóstwo aspektów – począwszy od walorów edukacyjnych, poprzez ogrom ciekawostek, a na czystej, niczym nieskażonej rozrywce. Wprost nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część przygód Zofii Lorentz, zwłaszcza że została wydana w formie słuchowiska. Skoro zwykły audiobook sprawił mi tyle frajdy i doprowadził do tego, że koniecznie jeszcze w tym roku chcę odwiedzić Muzeum Książąt Czartoryskich tylko po to, by obejrzeć obrazy impresjonistów (hej, ja się w ogóle nie interesuję sztuką!), to co może zrobić kolejny tom? Tego nie wiem, ale chętnie się dam zaskoczyć! Oby pozytywnie.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Zofia Lorentz’

Bezcenny | Kwestia ceny


wtorek, 14 lipca 2020

„Stranger Things. Ciemność nad miastem” – Adam Christopher

„Stranger Things. Cisza nad miastem” – Adam Christopher
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Adam Christopher
Tytuł: Stranger Things. Ciemność nad miastem
Wydawnictwo: Poradnia K
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Stron: 460
Data wydania: 3 lipca 2019

Z niecierpliwością czekam na czwarty sezon serialu „Stranger Things”, na który niestety sobie trochę poczekam. Początkowo premiera miała odbyć się jakoś na początku 2021 roku, jednak pandemia spowodowała zatrzymanie zdjęć, które rozpoczęły się w lutym 2020, a to z kolei oznacza przesunięcie wszystkiego w czasie. Do kiedy? To jest doskonałe pytanie, na które chyba jeszcze nikt nie zna odpowiedzi. W oczekiwaniu na kolejny sezon nadrabiam więc (dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K) książki, które osadzone są w tym uniwersum. „Mroczne umysły” nie do końca mnie przekonały, chociaż jako książka młodzieżowa były całkiem niezłe. „Ciemność nad miastem” to już odrobinę inna liga – wciąż młodzieżowa, ale według mnie o niebo lepsza od poprzedniczki.

Nastka nie może wytrzymać nudnej atmosfery świąt z samym Hopperem pod dachem. Przybrany ojciec dziewczynki nigdy nie był najlepszy, jeśli chodzi o kontakty z innymi ludźmi, a zwłaszcza z dziećmi, jednak stara się jak tylko może. Do tego stopnia, że zgadza się opowiedzieć Nastce o swojej przeszłości w nowojorskiej policji, kiedy nastolatka wyciąga stare pudło z dokumentami i zdjęciami z tamtego okresu. Okazuje się, że Hopper skrywa niejedną tajemnicę, a największe piętno na jego psychice odcisnął nie Wietnam, w którym odsłużył dwie tury, ale właśnie jedna ze spraw, z którą miał styczność prawie na początku swojej detektywistycznej kariery…

„Włożył krew, pot i czasami, jak mu się zdawało, część zdrowia psychicznego w walkę na wojnie, która nie mogła się skończyć i która toczyła się bez żadnych zrozumiałych powodów. A tymczasem życie w pipidówce w Stanach uwięzło w czymś w rodzaju pętli czasu i po powrocie nie dostrzegł żadnych zmian. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek się zmieni, czy w ogóle może się zmienić?”

Tym razem, jak sam opis wskazuje, mamy do czynienia z historią Hoppera – doskonale nam znanego, twardego, trochę apodyktycznego i niezwykle ciężkiego w obyciu szeryfa, który pod twardą skorupą kryje człowieka wrażliwego i chętnego do pomocy. W jakiś sposób życie musiało go doświadczyć, że stał się taki, a nie inny i to właśnie między innymi wydarzenia z Nowego Jorku, z 1977 roku, mają w tym swój duży udział. Zdecydowana większość „Ciemności nad miastem” to właśnie ta wspomniana historia pewnego dochodzenia, które Hopper prowadził w związku z serią morderstw na terenie miasta, które nigdy nie śpi. Przeplatane jest wstawkami z samą Nastką, zadającą pytania i dociekającą prawdziwej natury tych wydarzeń.

Tak po prawdzie Adam Christopher zaserwował coś w rodzaju kryminału lub thrillera osadzonego w Uniwersum „Stranger Things”. Jeśli mam być szczery, to nie za bardzo widzę jakikolwiek bardziej poważny związek pomiędzy samymi wydarzeniami w serialu a opisaną historią. Wygląda to bardziej na próbę popłynięcia na fali świetnego i głośnego serialu przy jednoczesnym spełnieniu swoich pisarskich marzeń: wydania kryminału. Oczywiście w pewnym sensie to dochodzenie tłumaczy nam, dlaczego szeryf z Hawkins był takim człowiekiem, jakim go poznaliśmy, ale też nie do końca – już w 1977 roku miał wiele cech, które znamy z serialu. Był uparty, łatwo wybuchał gniewem i ogólnie można go było opisać jako chłodnego oraz trudnego w obyciu. Wygląda na to, że prowadzone dochodzenie po prostu utwardziło jego charakter i zabetonowało te cechy, które pozwoliły mu je przeżyć.

„Bo strach stanowi klucz. Jeśli ludzie się boją, możesz nad nimi panować”.

Jeśli jednak wytniemy na chwilę sam związek ze „Stranger Things” i skupimy się jedynie na samej zawartości, jako zwykłej książce, to jak na pozycję przeznaczoną dla młodzieży jest to naprawdę kawał fajnego kryminału. Można powiedzieć, że to taki typowy slow action – cała akcja rozwija się powoli, ale jest na tyle zawiła i tajemnicza, że przykuwa uwagę. W tle przewija się mnóstwo sekretów, na pierwszy rzut oka niespójnych ze sobą poszlak, jak również ulubione przez amerykańskich policjantów Federalne Biuro Śledcze. Jeśli jest FBI, to musi być naprawdę coś bardzo grubego. No i faktycznie Hopper ze swoją partnerką – Delgado – tonie w niezbyt przyjemnej sprawie, w której nie powinni nawet moczyć stóp. Historia może usatysfakcjonować nie tylko młodzież, dla której książka ta jest przeznaczona, ale również dorosłego czytelnika.

Może i trochę boli ten brak bezpośredniego powiązania (czy nawet pośredniego lub choćby cienia wpływu) pomiędzy Hopperem ze „Stranger Things” a nowojorskim detektywem z 1977 roku, ale z drugiej strony nikt nie powiedział, że musi ono być. „Ciemność nad miastem” jest fajnym, prostym, choć mimo wszystko ciekawym i wciągającym kryminałem, pokazującym przeszłość stróża prawa z Hawkins. Jako fan „Stranger Things” nie jestem ani usatysfakcjonowany, ani zawiedziony. Jako czytelnik jestem wystarczająco ukontentowany. Mogę śmiało polecić jako niewymagającą, ale pozostawiającą przyjemny posmak przekąskę pomiędzy bardziej ambitnymi lekturami.

Łączna ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję




piątek, 10 lipca 2020

Bardzo chcę! #70 – „Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii” Jeffrey Alan Lieberman

Źródło: Lubimy Czytać
Zaskoczeni, że znowu w ramach cyklu „Bardzo chcę!” pojawia się książka popularnonaukowa i to na dodatek o tematyce medycznej? Nie od dzisiaj mnie ciągnie w tę stronę, o czym pewnie wiedzą stali bywalcy mojego bloga – zawsze byłem jednak zbyt leniwy i nie chciało mi się uczyć, więc karierę medyczną odpuściłem już na samym początku. Ba! Nawet nie myślałem o podejściu do matury z biologii i chemii, wymaganej w tamtych czasach podczas rekrutacji na jakiekolwiek kierunki związane z medycyną! Bardzo za to lubię cały czas czytać zarówno o najnowszych odkryciach, jak i obecnym systemie, pracy w poszczególnych zawodach, jak i ciekawostkach oraz historii medycyny. Zwłaszcza ta ostatnia jest dla mnie niezwykle ciekawa, co chyba widać po moich zachwytach nad „Stuleciem chirurgów”...

Tym razem będę miał (jak już wreszcie się dobiorę do tej pozycji…) z historią psychiatrii! Ta dziedzina medycyny od dawien dawna była uznawana za trochę… trędowatą. Psychiatrzy mają i mieli swoje bardzo ważne miejsce w medycynie, jednak pacjenci często boją się samego słowa określającego tę specjalizację. Psychiatria bowiem kojarzy się z szaleńcami, „czubkami” oraz „wariatami” – choć nie do końca słusznie. Z opisu „Czarnej owcy medycyny” wynika jednak, że można dzięki niej poznać również tę ciemną stronę, zwłaszcza z czasów, których nie chcą pamiętać współcześni specjaliści, głównie ze względu na dość niehumanitarny i niekoniecznie naukowy charakter niektórych badań. Oprócz tego jednak jest ogromny kawał wiedzy historycznej do przekazania i pokazania, że nie taki psychiatra straszny, jak go malują!

A co takiego dokładnie przedstawia nam opis Wydawnictwa Poznańskiego?

„Z tej książki dowiesz się:
• Co łączyło Zygmunta Freuda ze Steve’em Jobsem?
• Jak wyglądały prehistoryczne przypadki trepanacji czaszki?
• Dlaczego choroby psychiczne leczono lobotomią?
• Co wspólnego miał gangster Al Capone z kompozytorem Robertem Schumannem?

Przez lata psychiatria uchodziła za czarną owcę medycyny. Wizyta u psychiatry była ostatecznością i często wiązała się z ostracyzmem społecznym. Nie pomagał fakt, że powstające teorie dotyczące leczenia schorzeń psychicznych często były ze sobą sprzeczne.

Jeffrey A. Lieberman – były szef Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – prowadzi nas, wręcz w detektywistyczny sposób, przez historię jednej z najciekawszych dziedzin medycyny. Pokazuje trudności, przed którymi stawali psychiatrzy, próbując znaleźć przyczyny chorób i sposoby na skuteczne ich wyleczenie. Ale przede wszystkim opowiada o tym, jak długo psychiatrzy musieli walczyć o udowodnienie tego, że choroby, którymi się zajmują, istnieją naprawdę.
Książki dobre nie tylko w teorii!”

I jak się podoba?