wtorek, 25 lutego 2020

[PREMIERA] „Żółte ślepia” – Marcin Mortka

„Żółte ślepia” – Marcin Mortka
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Mortka
Tytuł: Żółte ślepia
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 416
Data wydania: 26 lutego 2020


Ostatnimi czasy dość głośno robi się wokół tematyki słowiańskiej. W pewnym sensie sukces serialu „Wiedźmin” się do tego przyczynił – i to wbrew temu, co na temat słowiańskości Wiedźmina mówi sam Andrzej Sapkowski! Pozostaje się nam jedynie cieszyć takim obrotem sprawy, bo brakuje na rynku rozchwytywanych tytułów, w których możemy znaleźć nie tylko mity i legendy związane ze Słowianami, ale również bestie charakterystyczne dla słowiańskiego bestiariusza. Marcin Mortka, znany być może niektórym jako tłumacz między innymi cyklu „Szklany Tron” oraz autor wielu książek dla dzieci, postanowił dorzucić swoją cegiełkę do tematu słowiańskości. No i dzięki temu mamy kolejną, klimatyczną książkę, w której możemy poczytać co nieco o mitologii słowiańskiej.

Wodniki, wilkołaki, licha – wszystkie te stwory potrafią napsuć krwi absolutnie każdemu. A najbardziej księciu, który stara się zachować nie tylko spokój w podległych mu ziemiach, ale również własną twarz. Od czego jednak ma Medvida, wojownika, które wszystkie te tajemnice dbania o okoliczną faunę ma w małym paluszku? Książę może od niego czerpać wiedzę garściami, zwiększając swoje możliwości oraz umiejętności. Medvid za to czerpie garściami od księcia. Czerpie na przykład słodycz żony księcia, z którą łączy go tajemny romans. Ktoś jednak może to wszystko przerwać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a Medvid musi temu zapobiec, jeśli chce jeszcze zobaczyć księcia oraz swoją ukochaną.

„– Ty durna pało w rzyć wepchnięta! – syczała. – Ty obsrajportku w pokrzywach turlany! Wole zbyt głupi, by jarzmo wlec! Nic nie wziąłeś? Zupełnie nic?”

Autor stworzył nieziemsko baśniowy klimat, naprawdę. Medvid jest bardzo mocno związany z knieją, chociaż wie doskonale jak walczyć z utopcami, wilkołakami, południcami i całą resztą wspaniałych, choć groźnych, słowiańskich stworów. Barczysty i nieco gburowaty olbrzym mimo swoich niezbyt pozytywnych na pierwszy rzut oka cech, jest jednak tak barwny i tak żywy, że aż czuć przez kartki aurę natury, którą wokół siebie roztacza. W połączeniu z wiedźmą Gocławą, która również jest dokładnie taka, jaką można spotkać w słowiańskich legendach, stanowi wspaniały duet. Dosłownie jakbym czytał starą baśń w odświeżonej, uwspółcześnionej wersji. Dodatkowej szczypty pikanterii dorzuca osadzenie całej akcji w 995 roku, w czasach przyjęcia chrztu przez Polskę – Marcin Mortka nawet rzucił czytelników oraz stworzone przez siebie postaci do Gniezna!

Przez większość książki trudno mi było poczuć wrażenie, że wszystko, co stworzył autor, mogłoby zostać osadzone w świecie Warcrafta. Tak bardzo mi pasowały Nocne Elfy krzątające się po lasach nieopodal Gniezna, druidzi ścierający się z innowiercami próbujący wprowadzić swoje własne zasady do ich przedwiecznego lasu, że aż sam się sobie dziwię. Nie mam pojęcia skąd dokładnie to skojarzenie, jednak podczas czytania opisów przyrody, widziałem przed oczami ciemne i mroczne, lecz wiecznie zielone i przyjazne drzewa porastające Ashenvale, a samo Gniezno kojarzyło mi się z Darnassus (nie licząc scen w zamku, które aż krzyczały, że jesteśmy właśnie w Stormwind). Totalnie bym to widział – taki crossover!

Postacie stworzone przez Marcina Mortkę są mega wyraziste i przede wszystkim prowadzone bardzo konsekwentnie. Medvid ma swoje zasady i stara się kroczyć przez życie zgodnie z nimi. Jeśli zrobienie kolejnego kroku bez złamania własnych zasad oznacza konieczność walki o życie, to zrobi to. Jeśli ma się postawić choćby komuś o wiele wyżej od niego postawionemu, zrobi to. Można to lubić, można szanować, można uznawać za idiotyzm, ale Medvid taki jest i tyle. Gocława też ma zawsze swoje zdanie i mimo o wiele większemu instynktowi samozachowawczemu, również kieruje się sobie znanymi ścieżkami i widać w jej zachowaniu oraz decyzjach dużo konsekwencji. Prócz tej dwójki głównych bohaterów mamy też dużą liczbę drugoplanowych postaci, które – uwaga, uwaga – również są sensownie opisane! Nie są to tylko jakieś pojedyncze plamy, które tylko migają przed oczami. Można opisać ich cechy, domyślać się, jak reagują na różne sytuacje i czy polubilibyśmy je, gdyby było ich w powieści więcej.

„Wojna, myślał Medvid. Ze wszystkich rzeczy, jakie wymyślił człowiek, zdecydowanie najgorsza”.

Sama historia jest w niektórych miejscach grubymi nićmi szyta i można sobie zadać niewygodne pytania dotyczące jej przebiegu, ale czuję, że to właśnie ten typ powieści. Ona nie ma być w 100% spójna logicznie, do bólu realistyczna (hej, wilkołaki? utopce? realizm?), tylko ma sprawiać przyjemność i relaksować. Tak, dokładnie – relaksować. Podczas lektury czułem się bowiem odprężony. Nawet podczas scen walk, które swoją drogą nie były krwawe, jakby w ten sposób autor chciał podkreślić, że raczej nigdy adaptacja filmowa (jeśli powstanie) nie dostanie kategorii R, tylko stare, dobre 13+. Może to i nawet lepiej – razem z opisami świata stanowi to całkiem udany duet, nawzajem się uzupełniający.

Spędziłem przy „Żółtych ślepiach” bardzo przyjemne chwile. Być może nie jest to zapierająca dech w piersiach powieść, która zatrzęsie kategorią z historiami opierającymi na mitologii słowiańskiej, ale na pewno jest warta przeczytania. Zwłaszcza że część bestiariusza możecie w niej poznać. Przy okazji autor Was może nie raz zaskoczyć – sam się zastanawiałem, czy nie widzę pewnej rzeczy tylko ze względu na moje zafascynowanie pewnymi sprawami. Cóż, wyjątkowo nie ogarnęła mnie paranoja, a oboje z autorem znamy etymologię jednego, konkretnego słowa… Więcej jednak nie zdradzę – sami się przekonajcie, czy domyślicie się, o czym piszę!

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



sobota, 22 lutego 2020

Mały wielki test Legimi i Empik Go

Dla stałych bywalców mojego bloga (oraz profili w social mediach – na Instagramie oraz Facebooku) nie jest pewnie zaskoczeniem, że od stycznia 2020 bardzo polubiłem się z audiobookami. Wreszcie spróbowałem tej formy zapoznawania się z książkami i wielce mi przypadła do gustu – nic jednak dziwnego, zważywszy na moje zamiłowanie do podcastów. Jak na razie audiobooki, z którymi miałem do czynienia, trwały poniżej dziesięciu godzin, jednak dość szybko zauważyłem, że na jednym lub dwóch miesięcznie się nie skończy. Nawet jeśli zacząłbym wybierać o wiele dłuższe pozycje. Oznaczałoby to nie mniej, nie więcej, jak coś w rodzaju bankructwa! Często można audiobooki dorwać w bardzo okazyjnych cenach, ale mimo wszystko ciągłe kupowanie i nawet samo szukanie promocji, mogłoby być nieco upierdliwe na dłuższą metę…

Właśnie dlatego zacząłem się przyglądać możliwością, jakie dają subskrypcje czy inne abonamenty. Moją uwagę przykuły głównie dwie oferty – Empik Go oraz Legimi. Kamil z bloga Czytoholik przygotował bardzo fajne podsumowanie jego okresu próbnego z Empik Go (o Legimi też skrobnął kiedyś artykuł), pogadałem z nim również na ten temat i postanowiłem wypróbować oba serwisy – w końcu oba dają czternastodniowe okresy próbne. Kamil również w rozmowie zasugerował, że chętnie by zobaczył porównanie tych dwóch serwisów, więc pomyślałem – w sumie czemu nie? W końcu i tak będę je porównywał pod kątem moich własnych wymagań, tak czy siak chcę zebrać informacje do kupy, żeby łatwiej wybrać. Czemu miałbym się tym nie podzielić?

Główne założenia

Miałem niewielkie wymagania początkowe, które tak naprawdę spełnione zostały jedynie przez te dwa serwisy. Wymagania te były takie:

  • nielimitowane audiobooki w ramach abonamentu
  • możliwość dobrania e-booków
  • aplikacje do słuchania audiobooków przynajmniej na telefonie/tablecie
  • obsługa e-booków na dowolnym czytniku
  • brak konieczności wiązania się umową na X miesięcy
Jak widzicie, skupiłem się głównie na audiobookach – sam nie czytam zbyt wielu e-booków, jednak rozważałem od samego początku chęć połączenia jednego i drugiego, choćby dla mojej ładniejszej połówki, która codziennie dojeżdża do pracy pociągiem. Obsługa czytnika (sam mam Kindle, ale to już mniejsza w sumie, jaki by mógł być obsłużony, byle by był) była niby opcjonalna, mogłem z niej zrezygnować, ale na pewno były to dodatkowe punkty.

Z powodu pierwszego, głównego wymagania, odpadła na dzień dobry Audioteka. W chwili pisania tego artykułu pozwala ona tak naprawdę na „pozyskanie” tylko jednego audiobooka w miesiącu w ramach abonamentu, który kosztuje 19,99 zł. Dla mnie to śmieszna oferta, bo ebookpoint.pl w promocjach oferuje audiobooki o wiele taniej. Jakbym się postarał, to bym na spokojnie zdobył dwa audiobooki w cenie 20 zł. Zwłaszcza że w obu przypadkach (Audioteka oraz szukanie promocji) zakupione książki są naszą własnością, co również różni tę ofertę od klasycznych subskrypcji.

Jest jeszcze oczywiście na przykład Storytel, który za 34,90 zł miesięcznie oferuje nielimitowany dostęp do audiobooków oraz e-booków, jednak nie widziałem, żeby mieli w ofercie możliwość obsługi jakiegokolwiek czytnika. Niestety jest to dla mnie dyskwalifikujące. Jednak jeśli kiedyś rozszerzą swoją ofertę o taką opcję, to bardzo chętnie przetestuję Storytel i będę mógł rozszerzyć niniejsze porównanie lub zwyczajnie napisać nowe (jeśli zakresy ofert bardzo się zmienią).

Samo porównanie od samego początku planowałem zrobić w dwóch płaszczyznach:
  • serwis i jego możliwości
  • aplikacje i ich możliwości
To, co oferuje sam serwis to jedno, a jego aplikacje to drugie. Warto wiedzieć kto co ma do zaoferowania (ile różnych aplikacji, na jakie platformy, czy czytniki są obsługiwane i jakie) oraz jakie funkcje oferuje autorska aplikacja (zakładki, przeszukiwanie, możliwość odtwarzania na innych urządzeniach, czy można ściągać audiobooki). Przy okazji w samym porównaniu aplikacji skupiłem się JEDYNIE na audiobookach, ponieważ nie skorzystałem z opcji e-booków (Empik GO nie obsługuje Kindla, a nie uznaję czytania e-booków na telefonie/tablecie). Jednak większość opcji dla audiobooków pokrywa się z tymi dla e-booków – jeśli więc chcecie wykorzystywać aplikacje również do e-booków, to jako takie porównanie możecie wyciągnąć z niniejszego wpisu.

Runda 1 – serwisy

W tym przypadku porównuje te najwyższe abonamenty, które są dostępne w obu serwisach, oferujące zarówno audiobooki, jak i e-booki.

Oferta Legimi, stan na 15.02.2020 r.


Oferta Empik Go, stan na 15.02.2020 r.



Cecha Empik Go Legimi
Cena bez zobowiązania 39,99 zł 44,99 zł
E-booki w abonamencie Nielimitowane Nielimitowane (ale do 10 miesięcznie na Kindle)
Audiobooki w abonamencie Nielimitowane Nielimitowane
E-booki w serwisie 40 000 60 000
Audiobooki w serwisie 4 000 4 500
Liczba urządzeń jednocześnie 2 4
Obsługa czytników e-book TAK TAK
Obsługiwane czytniki inkBook inkBook, Pocketbook, Kindle
Aplikacja mobilna TAK TAK
Systemy obsługiwane przez aplikację Android, iOS Android, iOS

Runda 2 – aplikacja

W tym przypadku skupiam się już głównie na samej aplikacji (jednak nie tej dostępnej na czytniki lub pomagającej w synchronizacji e-booków do Kindla, ale tej dostępnej na mobilne platformy) – oczywiście na podstawie audiobooków. Jednak w większości przypadków funkcjonalności działają podobnie dla audiobooków oraz e-booków, drobnymi różnicami jest np. możliwość tworzenia własnych highlights tylko w e-bookach, czego nie można robić w audiobookach (mowa o Empik Go).

Funkcja Empik Go Legimi
Tworzenie zakładek audiobooki TAK NIE
Dostępność na komputerze NIE NIE
Dostęp offline TAK TAK
Sposób dodawania książek do aplikacji Przez aplikację oraz stronę internetową Przez aplikację oraz stronę internetową
Pamiętanie miejsca zakończenia słuchania CZĘŚCIOWO* CZĘŚCIOWO*
Statystyki NIE TAK
Płynne słuchanie online TAK NIE (niemożliwe)
Słuchanie na dwóch smartfonach jednocześnie TAK NIE
Informacje o książce podczas słuchania TAK NIE
*CZĘŚCIOWO – oznacza to, że czasem to działa, a czasem nie. Nie ma znaczenia czy jest to tryb online, czy offline, po prostu po ubiciu całkowitym aplikacji, czasem udawało jej się zacząć od momentu, w którym skończyłem, a czasem cofała mnie nawet o kilka rozdziałów. Wielce irytujące zachowanie i nie udało mi się odnaleźć żadnego wzoru, według którego mogłoby akurat nie zadziałać.

Parę słów o aplikacji Empik GO

⚠️UWAGA! Opisuję aplikację w wersji na iOS, chociaż zakładam, że Android jest podobny. ⚠️

Cóż, aplikacja jest na pewno przyjemna dla oka. Dość intuicyjna, responsywna, nie miałem problemów z żadnym wieszaniem się, nagłym ubijaniem się czy innymi tego typu niespodziankami. Jest podzielona na kilka różnych kategorii, do których możemy dostać się poprzez ikony na dole. Mamy dostęp do następujących funkcjonalności:

  • Home
  • Szukaj
  • Aktualnie słuchany audiobook
  • Biblioteka
  • Konto
Sam ekran główny pozwala na przeskakiwanie pomiędzy e-bookami, audiobookami oraz podcastami, do tego w głównym feedzie książki podzielone są na różne kategorie. Całość wygląda naprawdę bardzo estetycznie i spójnie. Wyszukiwarka pozwala nie tylko na szukanie po konkretnych tytułach czy autorach, ale również sugeruje konkretne gatunki lub kategorie, dzięki czemu możemy odkrywać nowe pozycje. Biblioteka zawiera oczywiście wszystkie dodane przez nas książki do Empik GO oraz pozwala tworzyć listy z książkami. Dzięki temu – jeśli ktoś oczywiście ma taką ochotę – może jeszcze bardziej kategoryzować swoje pozycje dostępne w bibliotece. Konto jest bardzo ubogie w treść, ale tak naprawdę zawiera tylko najważniejsze informacje – rodzaj abonamentu oraz podstawowe dane do logowania wraz z opcją zmiany hasła. Mamy tutaj oczywiście również dostęp do ustawień aplikacji, w której możemy dostosować między innymi:

  • automatyczną synchronizację postępu
  • cofnięcie audiobooka przy wznowieniu odtwarzania
  • powiadomienia typu push
  • konfiguracja przycisków odtwarzacza
Do tego można tutaj przeczytać regulamin, dostać się do FAQ czy zgłosić błąd lub sugestię. Innymi słowy, naprawdę dopracowana aplikacja, zawierająca prawie wszystko, co jest potrzebne, ale do tego nie jest przeładowana treścią. Przy okazji sam ekran audiobooka ma w górnej części ekranu najważniejsze (w każdym razie najważniejsze według mnie) funkcje, takie jak:

  • tryb auto
  • wyłącznik czasowy
  • zmiana przyspieszenia czytania
  • dodawanie zakładek
A do tego oczywiście pauza/play oraz przyciski do przodu i do tyłu (oczywiście w pełni konfigurowalne). Czego więcej do szczęścia chcieć? Bardzo przydatne jest oczywiście dodanie zakładki (w aplikacji zwane notatką), które pozwala na późniejszy powrót do danego momentu. Wszystkie zakładki (można dodać ich wiele) dostępne są do przejrzenia po kliknięciu trzech kropeczek w prawym górnym rogu, w opcji „Zakładki” – każda z nich zawiera opis (jeśli dodaliśmy) oraz bezwzględny odnośnik czasowy, bez podania numeru rozdziału. Po prostu widać dokładny czas, w którym dodaliśmy zakładkę.

Brakuje jej tylko jednej rzeczy, którą bardzo chętnie bym zobaczył, jako wielki fan liczb, tabelek i wykresików. Statystyk słuchania. Nawet w najprostszej formie – ile czasy do tej pory, w tym miesiącu oraz w bieżącym dniu. Mała rzecz, a cieszy! W ogólnym rozrachunku jestem jednak zaskoczony, bo jakość tej aplikacji, jej użyteczność i możliwości są na naprawdę bardzo wysokim poziomie. Ktoś na pewno odrobił pracę domową z UX, to bez dwóch zdań.

Przy okazji – jeśli martwicie się, czy jest możliwe słuchanie na dwóch smartfonach jednocześnie, czy trzeba się zaopatrzyć w smartfona oraz tablet, to spieszę z informacją, że nie trzeba! Aplikacja pozwala na jednoczesne słuchanie na dwóch smartfonach. Jednak jest pewien szkopuł – nie posłuchacie w ten sposób tego samego audiobooka, ponieważ aplikacja zapisuje stan po stronie serwera (w każdym razie przy opcji słuchania online). Po testach okazało się, że próba słuchania tej samej pozycji kończyła się na przesuwaniu stanu na obu urządzeniach do tego samego miejsca. Jednak słuchanie dwóch różnych książek jest jak najbardziej możliwe. Sprawdzono na dwóch urządzeniach z tym samym systemem operacyjnym.

Poniżej parę zrzutów ekranu przedstawiających aplikację w akcji:










Parę słów o aplikacji Legimi

⚠️UWAGA! Opisuję aplikację w wersji na iOS, chociaż zakładam, że Android jest podobny. ⚠️

Pierwsze zderzenie i pierwszy zgrzyt. Jak to w ogóle obsługiwać? Jak się zalogować? Na dzień dobry zamiast ekranu logowania dostałem na twarz ekran z wyborem pakietu i możliwością kliknięcia „już mam pakiet”. Przy okazji większość akcji trwała latami, a kilkudziesięciosekundowe oczekiwania na reakcje umilał mi ekran z napisem „Please wait…” – już wiedziałem, że nie będzie wesoło.

Jakoś mi się udało dodać wybrany audiobook na półkę (wiecie, że w aplikacji mobilnej nie jest to coś w rodzaju „dodaj na półkę”, tylko „pobierz”? Wiedzą, co to jest konwencja nazewnictwa, nie ma co!), i pojawiły się kolejne zgrzyty. Próbuję włączyć audiobooka i wyskakuje monit z pytaniem o ściągnięcie książki (w sensie, żeby online nie słuchać). Kliknąłem „nie”, bo nie chcę ściągać. Ups, nic się nie stało. Klikam jeszcze raz przycisk „play” i to samo – monit z zapytaniem o ściągnięcie książki. Tak. Właśnie. Legimi NIE POZWALA na słuchanie online. Każdy audiobook, który chcę, chociaż na chwilę uruchomić, muszę ŚCIĄGNĄĆ na telefon. XXI wiek. Chmura publiczna, audio i videostreaming, światłowody wszędzie, niesamowite szybkości internetów, a Legimi ZMUSZA mnie do ściągania rozdziałów przed ich przesłuchaniem. Przypomnę – XXI wiek. Nie, Drogie Legimi, nie chcę ściągać i tak, mam z tym problem. Nie chcę sobie zawalać urządzenia wieloma audiobookami – nie po to biorę usługę CHMUROWĄ, subskrypcyjną, żeby POSIADAĆ książki. Chcę je odtwarzać, jak mi się podoba i mieć MOŻLIWOŚĆ, a nie OBOWIĄZEK zassania ich przed słuchaniem. XXI wiek…

Wróćmy jednak na ziemię. Co nam umożliwia aplikacja? Niewiele. Na ekranie głównym mamy tak naprawdę trzy przyciski na dole:

  • Moje Legimi
  • Katalog
  • Półki
Obawiam się, że Legimi bazuje na języku systemu, który u mnie jest ustawiony na angielski, więc powyższe tłumaczenie może się różnić od oryginalnego. W każdym razie jak widzicie, jest tego bardzo niewiele. Niestety nie ma podglądu bieżącej książki. W żaden sensowny sposób nie byłem w stanie dojść do tego, czego aktualnie słucham. Czysto teoretycznie bieżący audiobook przenoszony jest na samą górę w „Moim Legimi”, ale w praktyce nie jest w żaden sposób oznaczony. Jeśli wejdziemy sobie w katalog, to musimy się cofnąć do „Mojego Legimi”, żeby wrócić do słuchania. Innymi słowy, dużo klikania, a nie praktyczny minimalizm.

Niestety nie jest to jedyny minus nie tylko względem Empik Go, ale nawet tak ogólnie, który widzę. Empik Go miewa czasem problemy z poprawnym zapamiętaniem miejsca, w którym skończyłem słuchać, jednak ma te problemy tylko po całkowitym wyłączeniu aplikacji. Legimi potrafi się zgubić nawet po zatrzymaniu odtwarzania… Zdarzyło mi się to kilka razy w trakcie słuchania dwóch książek. O dziwo nieco lepiej radzi sobie (subiektywna opinia, nie jest poparta danymi statystycznymi) przy wyłączeniu aplikacji. Szkoda tylko, że nie ma absolutnie żadnej funkcji, która pozwala na zaznaczenie sobie fragmentu, w którym się skończyło. Totalny brak zakładek czy czegokolwiek, co by to umożliwiło. Niestety przekłada się to również na brak możliwości zaznaczenia ciekawych fragmentów…

Tutaj uwaga, osobny akapit specjalnie dla tego babola – Legimi to pierwsza aplikacja w jakikolwiek sposób odtwarzająca dźwięk, która NIE UMIE poprawnie obsłużyć przycisku w moich słuchawkach. Odtwarzanie działa, niestety nie jestem w stanie zatrzymać nim odtwarzania. Nie i koniec. Podstawowa obsługa dźwięku bez użycia telefonu i komend głosowych leży i kwiczy.

Wygląd samej aplikacji też nie jest zbyt… nowoczesny, ale to już kwestia gustu. Najgorsze jest jednak to, że nie tylko wygląd jest przedpotopowy, ale również zachowanie niektórych funkcji. Weźmy takie szukanie w katalogu – podpowiedzi podczas wpisywania wyszukiwanej frazy to już standard. Wręcz wymóg. Niestety Legimi tego nie potrafi. Co jest ciekawe, bo wersja webowa katalogu nie ma z tym żadnego problemu. Niestety, jeśli szukam czegoś w aplikacji, to muszę być pewny, że wpisuje na 100% poprawny tytuł. Na całe szczęście samo słuchanie działa. W sumie to jedyna funkcja, co do której nie mam zastrzeżeń mniejszych lub większych. Po prostu działa. Natomiast wśród reszty tych drobnych rzeczy, które mi przeszkadzają, są między innymi takie oto:

  • brak informacji o procentowym postępie w audiobooku i brak możliwości wyliczenia sobie tego w prosty sposób
  • brak informacji o abonamencie w aplikacji (tuż przed publikacją znalazłem – ukryty, ach ta intuicyjność Legimi)
  • brak możliwości dostosowania szybkości czytania per audiobook
  • bardzo wolne działanie
  • szybkie drenowanie baterii (do kilkunastu procent w godzinę)
Niestety jak widzicie, Legimi w ogóle mi nie przypadło do gustu. Być może jako serwis, który bazuje jedynie na e-bookach, z możliwością czytania na czytnikach jest to fajna opcja – w końcu co tam można zepsuć? Jednak aplikacja mobilna to jedno wielkie nieporozumienie, które powinno być zapomniane. Dla kogoś, kto chce korzystać z audiobooków, ta aplikacja to nie jest to, nad czym powinien się pochylać.

Również i z Legimi zrobiłem parę zrzutów ekranu, abyście się mogli lepiej jej przyjrzeć:












Mój wybór

Cóż, chyba nie będzie zaskoczeniem, że osobiście wybrałem Empik Go. Jest to o tyle zaskakujące i wiele mówiące o niedociągnięciach aplikacji Legimi, że zbyt dobrego zdania o Empiku nie miałem. Jak się okazuje, można jednak wyjść naprzeciw oczekiwaniom użytkowników i jednak stworzyć produkt, z którego będą zadowoleni (i który przy okazji będzie błyszczał pięknie przy konkurencji). Oferta audiobooków i e-booków jest mniejsza niż ta, którą oferuje Legimi, jednak również się cały czas powiększa, a i tak wśród obecnych możliwości mam z czego wybierać.

Na koniec w kilku punktach najważniejsze plusy i minusy obu aplikacji, które według mnie zasługują na wypunktowanie (takie krótkie podsumowanie tego, co mogliście przeczytać wyżej).

Empik GO

Plusy

➕ładny i przejrzysty interfejs
➕intuicyjna obsługa
➕możliwość wyboru czy chce się słuchać online, czy ściągnąć audiobooka
➕możliwość dodawania zakładek
➕bardzo dużo opcji konfiguracyjnych
➕możliwość cofnięcia o kilka sekund przy wznowieniu odtwarzania

Minusy

➖brak statystyk
➖nie zawsze zapamiętuje, w którym miejscu słuchanie zostało zakończone

Legimi

Plusy

➕działa, odtwarza audiobooki
➕są statystyki! Chociaż nie do końca dobrze działają (wyliczyło mi 25 godzin słuchania w ciagu doby)

Minusy

➖brak możliwości zaznaczenia fragmentów
➖brak możliwości słuchania tylko online
➖nieprzejrzysty interfejs
➖nieintuicyjna obsługa
➖brak możliwości przejrzenia szczegółów słuchanego audiobooka
➖brak określenia postępu w słuchaniu
➖wolne działanie, losowe zawieszanie się
➖szybkie drenowanie baterii

Cóż, nie sądziłem, że Legimi wypadnie aż tak tragicznie jako aplikacja do audiobooków. A szkoda, chociaż być może gdybym nie skorzystał również z okresu próbnego Empiku, to uznałbym, że tak musi być. Dobrze więc, że Empik tworzy konkurencję, która daje radę jakościowo.

wtorek, 18 lutego 2020

„W mrok” – Andriej Diakow

„W mrok” – Andriej Diakow
Źródło: Lubimy czytać
Autor: Andriej Diakow
Tytuł: W mrok
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 420
Data wydania: 7 listopada 2012


Pora na kolejną postapokaliptyczną przygodę! Wciąż oczywiście w klimatach dusznego, petersburskiego metra, chociaż już z odrobiną przewiewu i lekką bryzą pełną śmiercionośnego promieniowania. Taki oto obraz wyłania się z kolejnej części trylogii Andrieja Diakowa, którą postanowiłem kontynuować. Nie ma co bowiem zwlekać, skoro pierwszy tom przypadł mi do gustu. Taran dał się poznać jako ciekawa postać, jego przybrany syn, Gleb, zmienił się w trakcie ich podróży, a na horyzoncie pojawiły się zupełnie nowe możliwości. Czemu więc nie zagłębić się w tunele po raz kolejny? Czeka mnie jeszcze co najmniej jedna przygoda w tym nadmorskim, rosyjskim mieście. Zobaczymy, co przyniesie, i czy będzie lepsze od drugiej części, czy też nie.

Mieszkańcy Moszcznego mieli swoje piękne, choć niełatwe życie na swojej pięknej, choć ciasnej wyspie. Mieli, bo już go nie mają – po eksplozji jądrowej nie pozostało po nich, prócz osób przebywających w tym czasie na Babelu. Ocaleńcy nie pozostawiają jednak tego bez echa ich zemsty, a ta skieruje się na jedynych podejrzanych, czyli mieszkańców petersburskiego metra. Taran wydaje się jedyną osobą zdolną do odnalezienia winnych tej zbrodni, a ma na to jedynie tydzień – tyle ocaleńcy dali bowiem mieszkańcom tuneli na odnalezienie sprawców. W innym przypadku wszyscy zginą śmiercią tragiczną, w niewyobrażalnych cierpieniach.

„Z wolnością, bracie, jest jak z kobietą: najpierw zachwyt posiadania, potem niekończący się ból głowy”.

Świat na powierzchni staje się coraz szerszy dla czytelnika, o ile można użyć takiego określenia. Jednak „W mrok” nie bez powodu może się pochwalić takim, a nie innym tytułem. Jest to bowiem tom, w którym ponownie zagłębiamy się w czeluście petersburskich tuneli i wraz z Taranem odkrywamy nie tylko strach i tragedię czającą się w ciemności betonowych dziur, ale również ludzkiego umysłu. Znany nam już stalker dostaje nie tylko misję, która może ocalić wszystkich mieszkańców metra, ale również jego samego – w pewnym sensie zresztą to jego własne ocalenie skłoniło go do podjęcia się tego wyzwania. Blurb więc w tym przypadku nie kłamie. Naprawdę mamy do czynienia z nieco mroczniejszą wersją tego, co do tej pory pokazał Andriej Diakow.

Nie od dzisiaj wiadomo, że ludzie jako społeczność dość często potrafią sobie skakać do gardła – nawet w sytuacjach, w których rozsądek nakazywałby spokój i skupienie się na rozwiązaniu problemu dotyczącego całej ludzkości. Podczas lektury „W mrok” trudno nie zacząć skłaniać się ku mizantropii – Andriej Diakow pięknie pokazuje, jak bardzo zaszczute są poszczególne jednostki oraz grupy i jak bardzo nie chcą współpracować ze sobą, tracąc głowę w obliczu zbliżającego się niebezpieczeństwa. Już Plaut wiedział doskonale, jak najlepiej określić relacje międzyludzkie – „Homo homini lupus (est)”, czyli „człowiek człowiekowi (jest) wilkiem”. Dosłownie brakowało mi tego cytatu wplecionego gdzieś pomiędzy kolejne wydarzenia.

„Po raz pierwszy w życiu, rozmyślając o przyszłości, Gleb nie odczuwał dawnego entuzjazmu, tylko rozczarowanie i apatię. Może dlatego, że utracił wiarę w ludzi. Albo po prostu wydoroślał”.

Oprócz tego drugiego bardzo głębokiego dna, mamy do czynienia oczywiście z niebezpieczeństwami świata postapokaliptycznego – mutantami, promieniowaniem, rygorystycznymi zasadami panującymi w metrze oraz walką między poszczególnymi frakcjami. Co mnie najbardziej urzekło, Andriej Diakow pokazał malutki urywek początku życia po katastrofie. W wielu powieściach z Uniwersum Metro 2033 pojawiały się historie dotyczące samego momentu wybuchu oraz tego, co się działo przy wejściach do stacji metra. Brakowało mi jednak tego, jak wyglądały pierwsze miesiące życia, jego organizacji i tak dalej – w końcu każda niemalże powieść osadzona jest parę lat po wojnie nuklearnej i widzimy już dobrze zorganizowaną społeczność. Krótki przebłysk przeszłości Tarana był więc dla mnie jak wybawienie – czegoś takiego właśnie pragnąłem i pragnę teraz jeszcze bardziej!

Jak widzicie, jest to bardzo udana książka – łączy w sobie przewidywalność petersburskiego metra i prozy Andrieja Diakowa z nieco głębszymi elementami niosącymi ze sobą pewnego rodzaju przesłanie. Kawał dobrej literatury postapokaliptycznej, która zachęca do sięgnięcia po kolejne tomy. Została mi jeszcze trzecia część trylogii – „Za horyzontem” – a zakończenie „W mrok” sugeruje jeszcze więcej niespotykanych do tej pory elementów. Nie mogę się wprost doczekać, kiedy po nią sięgnę, a jeśli opinie, że są o wiele lepsze książki w tym uniwersum niż trylogia Andrieja Diakowa, są w choć 10% prawdą, to czeka mnie jeszcze bardzo dużo świetnej zabawy w tym świecie.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Cienie Post-Petersburga”

Do światła | W mrok | Za horyzont


sobota, 15 lutego 2020

„Bestia. Studium zła” – Magda Omilianowicz

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Magda Omilianowicz
Tytuł: Bestia. Studium zła
Wydawnictwo: Od Deski Do Deski
Lektor: Krzysztof Czeczot
Stron: 280
Długość: 6h 32m
Data wydania: 5 czerwca 2017


Odkąd zacząłem słuchać audiobooków, w mojej „biblioteczce” pojawia się coraz więcej literatury faktu, popularnonaukowej, reportaży, oraz innych książek, których nie zakwalifikuje się do beletrystyki. Można powiedzieć, że zaczynam łączyć przyjemne z przyjemnym – czytanie beletrystyki z poznawaniem bardziej merytorycznych treści. Chociaż nie wiem, czy historia Leszka Pękalskiego, znanego szerzej jako „wampir z Bytowa”, może zostać uznana za „treści merytoryczne”, nawet mimo bardzo merytorycznego przygotowania autorki. Rozumiecie, to historia bezwzględnego, ale nie do końca zdrowego na umyśle mordercy i gwałciciela. Jednak chciałem napisać nieco więcej, niż tylko krótką notkę o tej książce nie tylko ze względu na to, jak Magda Omilianowicz przedstawiła postać Leszka, ale również, w jaki sposób Wydawnictwo Od Deski Do Deski podeszło do stworzenia audiobooka.

Siedemdziesiąt dwa tomy akt, przyznanie się do sześćdziesięciu siedmiu morderstw. Skazany za jedno. „Wampir z Bytowa” jest jednym z najbardziej znanych zabójców oraz gwałcicieli w naszym kraju. Odbywał karę w Starogardzie Gdańskim, z którego przeniesiony został do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym na mocy Ustawy o Bestiach. Jakie było jego dzieciństwo? Co go nakłoniło do popełnienia zbrodni (i wycofania się z wcześniej złożonych zeznań)? Co na jego temat ma do powiedzenia rodzina? Takie pytania zadała Magda Omilianowicz, która jako pierwsza przeprowadziła wywiad ze znanym w całej Polsce przestępcą. Co siedzi w jego głowie i dlaczego dopuścił się tego wszystkiego?

„Opasły tom aktu oskarżenia odczytywany był w sądzie przez pięć godzin”.

Na samym początku chciałbym bardzo pochwalić robotę Od Deski Do Deski oraz lektora, Krzysztofa Czeczota. Przekształcili oni książkę Magdy Omilianowicz w naprawdę klimatyczny spektakl, który pobudza emocje w trakcie jego słuchania. Sama treść nie jest łatwa, potrafi przytłoczyć i przygnębić, a doskonale dobrana oprawa muzyczna, która stanowi tło dla lektora czytającego kolejne zdania, wywołuje dodatkowy niepokój. Jeśli znacie „Kryminatorium” lub „Zabójcze opowieści”, to mniej więcej wiecie, czego można się spodziewać po „Bestii. Studium zła”. Niepokojąca muzyka w tle czy odgłosy zgodne z aktualnie czytaną treścią doskonale budują klimat. A do tego sam lektor robi niesamowitą robotę, dostosowując swój głos do tego, jak mogłyby brzmieć słowa wypowiadane przez samego Leszka Pękalskiego. Robi wrażenie.

Cała historia Leszka Pękalskiego przedstawiona w tej książce opiera się głównie na informacjach zdobytych od samego wampira z Bytowa. Przedstawione są w formie zarówno narracyjnej opowieści, jak i częściowo w postaci symulowania narracji pierwszoosobowej przez Leszka Pękalskiego. Oczywiście w przypadku audiobooka te momenty są odpowiedni stylizowane głosowo, na dodatek w takim stylu, który mógłby sugerować rzeczywiste zeznania osoby nieco opóźnionej na umyśle (za takiego bowiem uchodził opisywany gwałciciel). Forma jest więc bardzo urozmaicona i pozwala na spojrzenie z wielu różnych stron zarówno na samą postać zabójcy, jak i jego życie.

Magda Omilianowicz dość szczegółowo opisuje jego dzieciństwo oraz to, w jaki sposób zarówno rodzina, jak i społeczeństwo mogło go ukształtować. Nie sposób również pominąć wielu momentów, w których sugerowana jest możliwość uniknięcia tych wszystkich tragedii, gdyby stała się jedna rzecz… Tego jednak zdradzał Wam nie będę, aby nie psuć Wam lektury. W każdym razie widać bardzo dużo pracy włożonej w przygotowanie się do tego dzieła, a dodatkowo chęć przekazania wszystkiego w sposób bardzo naturalistyczny. Autorka „Bestii. Studium zła” nie bawiła się w owijanie czegokolwiek w bawełnę, tylko wprost opisała czyny, których dokonał Leszek Pękalski. W dokładnie takiej formie, w jakiej zeznał oraz pokazał w trakcie licznych wizji lokalnych. No, w każdym razie można się spodziewać, że była to dokładnie taka sama forma, bo aż trudno uwierzyć, że wersje przekazane w książce mogły zostać JUŻ złagodzone…

„– No nie wiem, to trudno powiedzieć, czy doszłoby do jakiegoś zdarzenia... Bo ze mną jest tak, że nie wiadomo. Niepewny siebie jestem. Z tym moim seksem tak jest. Pilnowałbym się teraz, żeby tego nie zrobić, bo wiem, że wyrok by mi groził za to, ale nie do końca wierzę w siebie, że mogę nie zagrażać”.

Autorka w swojej książce porusza również bardzo ważną, choć nie do końca prostą do rozwiązania sprawę – co zrobić z osobami takimi jak Leszek Pękalski, gdy skończą już odbywać swoją karę. „Wampir z Bytowa” został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, jednak 11 grudnia 2017 roku zakończył odbywanie wyroku. „Bestia. Studium zła” wydana została w 2016 roku, więc zabójca miał jeszcze przez rok przebywać za kratami. Jednak zarówno specjaliści, którzy badali Leszka, jak i sam osadzony jasno i wyraźnie wskazywali – to, co zrobił, może się powtórzyć. Cóż więc uczyć z osobami, które, dopóki żyją, stanowią realne zagrożenie dla społeczeństwa, skoro nawet same sobie nie ufają w tych kwestiach? Niestety dziennikarka od nikogo nie uzyskała jasnej odpowiedzi na to pytanie, a jako jedyny środek, którego polski wymiar sprawiedliwości mógł użyć, został w tym przypadku wybrany Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

W książce dostaniecie nie tylko informacje o samym Leszku jeszcze jako wolnym człowieku, który popełniał te wszystkie makabryczne zbrodnie, ale również o tym, jaki był w trakcie całego procesu. Dziennikarka przygotowała bardzo obszerne opisy rozmów z policjantami oraz prokuratorem, drogi, jaką przebyła policja od pierwszego tropu, aż do szerokich zeznań samego oskarżonego. Będziecie mogli zajrzeć do Aresztu Śledczego w Starogardzie Gdańskim, gdzie „Wampir z Bytowa” przebywał przez dwadzieścia pięć lat. Jak widzicie, jest to więc dużo kompendium wiedzy, które obejmuje również te wyniki badań, które mogły być upublicznione. Przy okazji Magda Omilianowicz podkreśla, że historia Leszka Pękalskiego zdecydowanie powinna być traktowana jako wartość w pewnym sensie edukacyjna – dla policjantów, psychologów, wychowawców więziennych, ale również wychowawców w szkołach dla uczniów trudnych oraz upośledzonych. Aby jak najlepiej nauczyć się rozpoznawać pierwsze symptomy potencjalnych problemów i uniknąć takiej tragedii w przyszłości.

Łączna ocena: 8/10

poniedziałek, 10 lutego 2020

Bardzo chcę! #66 – „Wojna Bogów” Łukasz Radecki

„Wojna Bogów” Łukasz Radecki
Źródło: Lubimy Czytać
Wracamy do beletrystyki – po serii wielu książek popularnonaukowych czy reportaży przyszła pora na powrót do tego, co tygryski lubią najbardziej! Chociaż muszę przyznać, że zapewne bardziej byście się tutaj spodziewali fantastyki w nieco innej odmianie, lub jakiegoś kryminału. Tymczasem podczas zakupów niekoniecznie książkowych, podczas których trafiłem na tanie tomiszcza, niechcący w moje oczy wpadł ten oto tytuł. Pierwsza część cyklu „Plemiona” napisanego przez Łukasza Radeckiego. Czemu przypadkiem? Ano temu, gdyż szukałem opinii o innej powieści o tym samym tytule, jednak będącej powieścią historyczną napisaną przez Tomasza Stężałe. Opis tej książki od razu mnie porwał i wcale mi nie przeszkadza to, że jest to literatura młodzieżowa. W sumie to może być nawet plusem!

„Wojna Bogów” Łukasza Radeckiego wydana została stosunkowo niedawno, bo w 2018 roku, więc nie jest to jeszcze wiekowa literatura. O ile się dobrze orientuję, wydane zostały łącznie dwa tomy cyklu, z czego drugi pojawił się w księgarniach na początku 2019 roku. Nie kopałem zbyt głęboko na temat kontynuacji cyklu, ale w sumie fajnie by było, gdyby się okazał nieco dłuższy. Zarówno sam opis, jak i opinie wydane o obu powieściach są naprawdę bardzo mocno zachęcające. Sami zresztą zobaczcie, z czym możemy mieć do czynienia:

„Trójka rodzeństwa przenosi się w czasie o półtora tysiąca lat do słowiańskiej Polski. Gromowładny Perun wraz z innymi bogami stawia czoła Czarnobogowi – demonicznemu władcy bestii i demonów z północy – i przegrywa. Na pradawną krainę pada złowrogi cień. Ostatnia nadzieja w mistrzostwach, które zwołuje bóg bogów – Światowid. Ich zwycięzca posiądzie moc pokonania złego boga. Ale jeśli polegnie – słowiańskie ziemie na wieki utoną w mroku i krwi. 
Czy trójka śmiałków z przyszłości jest w stanie odmienić losy tych ziem? Czy rodzeństwo odnajdzie się w nowej, zupełnie obcej rzeczywistości? Bez telefonów, internetu, bieżącej wody, ale za to ze wszędobylską magią?”.

Słowiańskie klimaty, dzieciaki, które muszą się przestawić z codziennych wygód na otoczenie pełne starożytnej magii – czego chcieć więcej? :) 

piątek, 7 lutego 2020

[PREMIERA] „Reputacja” – Marcin Kiszela

„Reputacja” – Marcin Kiszela
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Kiszela
Tytuł: Reputacja
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 304
Data wydania: 12 lutego 2020


Jakoś ostatnio się zrobił wysyp thrillerów psychologicznych. W każdym razie tak jest oficjalnie sklasyfikowana „Reputacja” Marcina Kiszeli, autora mającego na swoim koncie już jedną książkę – „Ostatniego proroka”. Być może niektórzy z Was mogą mieć nieco inne zdanie co do przynależności tej powieści do konkretnej odmiany gatunkowej, jednak chyba wszyscy zgodzą się co do jednego – jest to powieść bardzo mocno dotykająca czasów współczesnych. Między innymi dlatego się na nią skusiłem, kiedy otrzymałem od Wydawnictwa W.A.B. propozycję zrecenzowania tej książki. YouTube, influencerki skupiające wokół siebie grono psychofanów – czegóż chcieć więcej? Noo, trochę napięcia by nie zaszkodziło.

Milena Bilkiewicz jest jedną z najbardziej popularnych osób w Polsce. Nie tylko jest znana jako gwiazda muzyczna, ale również jako influencerka, której zasięgi w social mediach oraz na YouTube biją wszelkie rekordy. Nic więc dziwnego, że jej przyjaciółka, będąca jednocześnie specjalistką od zarządzania reputacją, zaczyna trochę wariować, kiedy dowiaduje się o potencjalnym uprowadzeniu jej pracodawczyni. Policja nie wchodzi w takim przypadku w grę, Alicja sama musi rozwiązać swój oraz Mileny problem. Jednak jest to dopiero początek bardziej poważnego problemu, który opiera się na zaufaniu do samej siebie oraz do innych, bliskich jej osób.

Cóż, nie jest na pewno najbardziej porywający thriller, jaki czytałem. Mało tego – jest raczej średni. Niezbyt dobrze mu wychodzi utrzymywanie napięcia, miejscami nawet można go uznać za nieco nudnego. Jednak na pewno jest innowacyjny pod względem poruszanego tematu. Historia kręci się wokół porwania bardzo znanej gwiazdy, która jest piosenkarką oraz przedstawicielką shock-popu. Lubi kontrowersyjne tematy, wybiła się zarówno na swojej muzyce, jak i często chorych akcjach w social mediach. Oczywiście ma swojego anioła stróża, który dba o jej reputację i segreguje wszystko, co wrzuca do internetu – Alicję. No i ta właśnie Alicja jest jedną z głównych bohaterek powieści, która opowiada swoją wersję wydarzeń od momentu porwania Mileny.

W „Reputacji” aż huczy od terminologii charakterystycznej dla współczesnego świata internetu, co nie powinno stanowić problemu dla osoby, która ma, chociaż mgliste pojęcie o tym, jak wyglądają „jutuby” i inne social media. Bardzo zaskakuje, jak Marcin Kiszela doskonale oddał zarówno nowomowę, którą posługują się widzowie, jak i system działania za kulisami każdej gwiazdy. Zdobywające coraz większą popularność w Polsce podcasty bardzo często zdradzają wiele z tego, jak wygląda bycie „influencerem” od zaplecza, jaki tak naprawdę sztab osób potrafi stać za każdym odnoszącym sukces youtuberem oraz jak tak naprawdę czasem wyglądają niektóre z projektów. Niestety, żeby zebrać te wszystkie dane do kupy, to trzeba się trochę napracować – nie spotkałem jeszcze (choć może nie szukałem zbyt dokładnie) kompleksowego poradnika typu „Become a YouTube star for dummies”, więc szacun dla autora za przygotowanie się do książki.

Mega fajny jest również sam pomysł na fabułę oraz jej poprowadzenie. „Reputacja” napisana jest w formie czegoś w rodzaju reportażu, który skupia się na zebraniu informacji od osób znających szczegóły zaginięcia wielkiej gwiazdy, Mileny. Jedną z nich, którą poznajemy na samym początku, jest Alicja, i to ona na początku tłumaczy „dziennikarzowi” jak wyglądała cała historia z zaginięciem. To w sumie pierwsza książka tego typu, w której mogłem obserwować akcję toczącą się wokół influencerki skupiającej wokół siebie miliony ludzi. Ukazane zostały głębokie kulisy jej codzienności, które – choć zapewne w większości zmyślone (w końcu część może się opierać na informacjach zdobytych przez autora od znajomych lub po prostu – z internetów), to jednak brzmią dość prawdopodobnie. Nie ma jakiejś gwiazdy filmowej, Marcin Kiszela nie brał w obroty po prostu sławnej piosenkarki, ale jutuberkę, jakich w naszym świecie wiele. I to zrobiło fajną robotę.

Trzeba też przyznać, że częściowo potrafił zaskoczyć. Co prawda co najmniej połowa z tego, co autor przygotował dla czytelnika, jest łatwa do rozgryzienia, to jednak było parę smaczków, które wprawiły mnie w zdumienie. Oczywiście wszystko zaczęło się zagęszczać dopiero pod koniec (niestety), ale można powiedzieć, że ratuje to książkę. Tak naprawdę to nawet te elementy, których można było się domyślić w trakcie lektury, podane zostały w dość ciekawy sposób, który rozpala wyobraźnię. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło, chociaż cały czas żałuję, że „Reputacja” nie potrafiła mnie utrzymać w napięciu na całej swojej długości.

Jak widać, nie nazwałbym tej książki wybitną czy porywającą. Porusza w miarę świeże tematy, widać przygotowanie autora do manewrowania wśród meandrów social mediów oraz kulis bycia gwiazdą, oraz influencerką. Brakuje jej napięcia, którego można się spodziewać po thrillerze psychologicznym (a tak jest teoretycznie sklasyfikowana), chociaż potrafi zaskoczyć. Niestety robi to dopiero na samym końcu. Fajnie jednak, że porusza taką tematykę i bardzo chętnie przeczytałbym więcej historii bazujących na tak codziennych i dotykających każdego podwalinach. Również, jeśli Marcin Kiszela napisze kolejną – w końcu czytało się prosto, lekkie pióro ma, tylko przydałoby się popracować nad suspensem…

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



wtorek, 4 lutego 2020

Co pod pióro w lutym 2020?

Jak tam Wam minął styczeń? Przyzwyczajeni już do pisania 2020 zamiast 2019? Mnie się jeszcze czasem zdarzy użyć starego roku, chociaż mam o wiele bardziej denerwujący zwyczaj… Jak już się pomylę i to zauważę, to z niejasnego dla mnie powodu zaczynam poprawiać na 20019. 😅Tak, dorzucam drugie zero. Nie wiem czemu, mój mózg stwierdza, że tak będzie spoko i koniec. Jednak ja nie o tym tak naprawdę. Cóż, u mnie styczeń minął całkiem znośnie i bardzo szybko. Przy okazji też odkryłem, że zdecydowanie zbyt długo zwlekałem z sięgnięciem po audiobooki, serio! Wchłonąłem ich praktycznie drugie tyle, co papierowych książek. Po prostu jakiś szał! Jedyne co robiłem, to częściej chodziłem w słuchawkach (oby moje uszy mi za to nie podziękowały w niezbyt przyjemny sposób za jakiś czas).

Trochę przez to mam problem, jak dalej prowadzić te krótkie zapowiedzi z tytułami, których możecie się spodziewać w nadchodzącym miesiącu. Na razie jednak postanowiłem zostać przy standardowej liczbie książek, nie dorzucam niczego nowego, choćby z tego względu, że jestem w trakcie testów Empik Go oraz Legimi. Zapewne skuszę się na któryś z tych serwisów, ale jeszcze nie wiem na który. Na razie też więc nie planuję sobie robić list z audiobookami, chociaż już wiem, że na 100% zagoszczą u mnie na stałe. Wtedy będę mógł trochę rozszerzyć te posty i wrzucać również moje propozycje audiobooków, dzięki czemu będziecie lepiej przygotowani na zawartość mojego bloga oraz social mediów! A w każdym razie przynajmniej w jakimś tam stopniu.

Przejdźmy więc do przedstawienia Wam paru tytułów. Jak zwykle okładki wszystkich książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. Czuję jednak, że część z tych planów może się zmienić, w zależności od egzemplarzy recenzenckich – nie wszystkie mam, a dopóki ich nie mam, to nie zakładam ich czytania. Poczta Polska niestety lubi płatać figle i gubić przesyłki… ;)

„Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” – Justyna Kopińska

Ostatnio „zasmakowałem” w reportażach. Trzy sztuki zaliczyłem w styczniu, ale „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” polecała mi już od dłuższego czasu moja ładniejsza połówka. Justyna Kopińska przedstawia kulisy (a dokładniej to, do czego udało jej się dotrzeć) sprawy siostry Bernadetty z Zabrza, która prowadziła ośrodek wychowawczy Sióstr Boromeuszek. Cóż, na pewno nie będzie to łatwa lektura.


„Cujo” – Stephen King

Ta książka pojawia się tutaj głównie za sprawą Instagrama – co prawda pojawiła się na trzecim miejscu wśród Waszych komentarzy przy zdjęciu z prośbą o pomoc w wyborze lektury, ale się pojawiła! Słowo się więc rzekło, więc pies Cujo zagości w lutym. Zwłaszcza że dawno nie czytałem Mistrza Grozy. Chociaż pojawiają się głosy, że „Cujo” może nie być tym, czego oczekuję…


„W mrok” – Andriej Diakow

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B! „Do światła” jest już za mną i przypadło mi bardzo do gustu. Czemu by się więc znowu nie zagłębić w mroczne zakamarki Petersburga, jego metra oraz okolic? W końcu mam trylogię do skończenia! A zarówno sam Petersburg, jak i motyw eksploracji powierzchni jest naprawdę świetnie wykonany przez rosyjskiego autora. Postapokaliptyczny klimacie – nadciągam!


„Wojna bogów” – Tomasz Stężała

Bardzo rzadko sięgam po powieści historyczne, chociaż jak do tej pory mam z nimi raczej pozytywne wspomnienia. Nawet mimo mojej niechęci do historii w szkołach. Jednak zawsze w pewnym sensie fascynował mnie okres średniowiecza, a przede wszystkim życie chłopów, którzy niby nie mieli tak dobrze, jak królowie, ale często wydawali się bardziej szczęśliwi. Historia początków Elbląga, skupiająca się na mistrzu murarskim i jego synach brzmi więc jak idealna pozycja dla mnie!


AUDIOBOOKI

Tak, będzie parę audiobooków również. Nie wiem oczywiście, w jakiej formie pojawią się opinie – czy któryś z nich zostanie w pełni opisany, czy też wszystkie trafią do podsumowania na koniec miesiąca. Trudno rzecz. Tak samo, jak nie jestem jeszcze pewien, czy będą to raczej reportaże oraz książki popularnonaukowe, czy wplotę jakąś beletrystykę. Przyznam się bez bicia, że lepsze wspomnienia mam z tymi pierwszymi, bo łatwiej się odnaleźć w narracji, zwłaszcza jeśli nie ma dialogów. Jednak zobaczymy!



A jak wyglądają Wasze plany na nadchodzący miesiąc?