środa, 4 maja 2022

Co pod pióro w maju 2022?

Tym razem nie miałem aż takich dużych problemów z doborem książek! Znaczy, no dobra, miałem, bo musiałem, tak czy siak, przekopać się przez potencjalne tytuły, ale fakt, że biorę udział w akcji #tryscifi mocno ograniczyło możliwości wyboru! Dlatego tak, w tym miesiącu będzie u mnie królowała fantastyka naukowa. Głównie polskich twórców, ponieważ chciałbym z czystej ciekawości zapoznać się z ich twórczością i zobaczyć, czego są warci. Tak że będę tak naprawdę „próbował” zgodnie z hasztagiem wyzwania (choć może niekoniecznie językoznawcy będą zadowoleni z takiego tłumaczenia).

Nie jestem wielkim (ani nawet małym) znawcą science-fiction, nie ma co ukrywać. Wiele klasyków przede mną, więc z pewnością nie ma co oczekiwać ode mnie opinii nastawionych na obiektywne zderzenie się z tematem. Jednak z pewnością będę – jak zwykle zresztą – starał się przekazać moje własne odczucia w jak najprostszej formie! Zobaczymy, ile mi się uda tytułów poznać – w końcu jakby nie patrzył, fantastyka naukowa słynie z raczej… tłustawych tomów.

No dobra, to jakie tak właściwie tytuły się pojawią zarówno na papierze, jak i w wersji elektronicznej lub audio?

„Tożsamość Rodneya Cullacka” – Przemysław Angerman

Trochę się boję, kiedy jako zachęta do przeczytania książki pojawiają się nawiązania do kultowych autorów lub dzieł popkultury (jak np. „Matrix”). Książka jednak leży u mnie już na półce od dłuższego czasu, więc dam jej szansę. Inaczej doleżałaby pewnie tych dodatkowych dwustu lat, za tyle czasu bowiem rozpoczęłaby się akcja powieści.

„Holocaust F” – Cezary Zbierzchowski

Nazwisko zdecydowanie znane na polskiej scenie science-fiction. Chociaż na pewno nie będzie łatwe – „Holocaust F” to hard sci-fi, ale i takie warto ruszyć, prawda? Zwłaszcza jeśli się jest jednak takim technologicznym freakiem. Przy okazji podobno „akcje militarne same w sobie są dziełami sztuki” w tej książce, więc zobaczymy, jak dalece prawdziwe jest to stwierdzenie.

„Wojna Kalibana” – James S.A. Corey

Wiem, nie jest to polska książka, ale mimo wszystko to drugi tom „Ekspansji”, którą zacząłem czytać w ubiegłym miesiącu. No i jakby nie patrzył, pasuje do tematu #tryscifi, w końcu to jeden z najsłynniejszych współcześnie cykli fantastyki naukowej! Będę się więc dalej w niego zagłębiał…


AUDIOBOOKI

Oczywiście to tylko początek! Niemal zawsze udaje mi się jednak przesłuchać więcej, niż tylko trzy audiobooki w miesiącu, więc pewnie dość szybko będę musiał dodawać kolejne tytuły do tej listy!

  1. „Skokowiec. Głębia” – Marcin Podlewski
  2. „Początek podróży. Hajmdal” – Dariusz Domagalski
  3. „Fuga. Powieść Polifoniczna” – Magdalena Anna Sakowska


poniedziałek, 2 maja 2022

Podsumowanie kwiecień 2022

Wiosna w pełni, zaraz lato, święta za nami, a teraz majówka! Trochę tego wolnego się zbierało, co nie? W sumie za miesiąc, w czerwcu, też będzie sobie można zrobić taki czterodniowy weekend, jeśli weźmie się urlop (lub po prostu zrobi sobie wolne, heh) 17.06.2022 roku. Znaczy się w piątek. Ciekaw jestem, czy w samym kwietniu mogliście skorzystać z tego dodatkowego wolnego w święta, czy raczej – tak jak ja – spędziliście ten czas na jeżdżeniu we wszystkich możliwych kierunkach, odwiedzaniu kolejnych osób i objadaniu się obiadami!

Zdecydowanie święta nie należą do tych dni, w których mogę cieszyć się wolnością, którą przeznaczam na czytanie. Oj nie. No, ale w sumie marudzę o tym praktycznie co pół roku, zarówno w Wielkanoc, jak i Boże Narodzenie! Tak już jakoś wyszło, że większość czasu spędzam albo za kierownicą, albo przed stołem. Ma to oczywiście swoje plusy, bo człowiek się z rodziną zobaczy chociaż raz na jakiś czas, no i oderwie się codziennej rutyny (chociaż to ostatnie to akurat dla mnie ogromny minus…). Audiobooki jednak trochę pozwoliły nadrobić, a w sumie i tak jestem zadowolony z tego, ile mi się udało przeczytać! A wjechało mi sporo fantastyki, w każdym wydaniu.



W sumie, gdybym miał tu jeszcze jakiś wykres przedstawiający podział odmian gatunkowych, to miałby chyba tylko jeden słupek. Fantastyka (ogólnie pojęta) królowała u mnie w kwietniu. I to zarówno w wydaniu polskim, jak i zagranicznym – science fiction, młodzieżowa, urban fantasy, no do wyboru do koloru! Na papierze i w słuchawkach. Nie powiem, żeby mi się to nie podobało!


Tym razem znowu dorzuciłem nowy podcast, który został mi polecony – Inleocast. Branżowy, IT, zapowiada się nieźle, więc mam nadzieję, że twórcy nie stracą zapału (to niestety dość częste…) i będę mógł korzystać z ich wiedzy przez długi czas! Oprócz tego sytuacja mocno stabilna.


A tu już mamy klasycznie zestawienie podcastów oraz audiobooków zebranych do kupy! W końcu bardzo dużo słucham, kiedy tylko się da, więc lubię sobie też spojrzeć z góry właśnie na takie zbiorcze podsumowanie. No bo czemu nie?


Cóż, tutaj się dużo nie działo. Ogólnie ostatnio mam z weekendami problem, a głównie (właściwie to TYLKO) oglądam właśnie w weekendy. Skoro jednak mam je często zapchane (szczególnie wieczory), no to i z oglądaniem słabiej… Mimo wszystko załączam unikalne nazwy filmów i seriali, które obejrzałem w kwietniu:

  1. „Succession”
  2. „The Office”

A co z Instagramem? Jakoś powoli sobie plumka, w sumie najwięcej właśnie na nim wrzucam różnych rzeczy. Najpopularniejszym zdjęciem było takie oto:

No i na sam koniec przedstawiam listę przeczytanych książek:

1. „Wojna Makowa” – R. F. Kuang
2. „Dom Nieba i Oddechu” cz. 1 – S. J. Maas
3. „Przesilenie”– K. B. Miszczuk
4. „SybirPunk vol. 2”– M. Gołkowski
5. „Przebudzenie Lewiatana”– J. S. A. Corey
6. „Projekt Mefisto”– M. Mortka


niedziela, 1 maja 2022

Zbiorczo spod pióra w kwietniu 2022

Znowu mogę napisać „święta, święta i po świętach”! Rzecz jasna zbyt dużo to tego wolnego dzięki nim nie było (chyba że ktoś sobie wziął jakiś dłuższy urlop), ale wiecie – lepszy rydz, niż nic. Majówka, chociaż pozwoli na odrobinę więcej odpoczynku. Albo i nie, może ktoś nie da rady w poniedziałek załatwić sobie wolnego… No, w każdym razie mamy już czwarty miesiąc roku za sobą, powoli zbliżają się wakacje, a życie jakoś leci do przodu, prawda?

Kwiecień obfitował u mnie w dużo fantastyki, w tym między innymi w egzemplarze recenzenckie. Do tego miałem okazję wreszcie rozpocząć „The Expanse”, który pewnie będzie mi towarzyszył przez kilka następnych miesięcy (plan: czytać jedną część każdego miesiąca!). Innymi słowy – miesiąc minął całkiem nieźle! 

Tym przydługim wstępem zapraszam do przeczytania kilku krótkich, dwuakapitowych opinii o książkach, które miałem okazję przeczytać w kwietniu!

Jak zwykle, wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Wojna Makowa” – Rebecca F. Kuang

Format: Audiobook
Stron/długość: 19h 24m
Czyta: Paulina Holtz

Często bywa tak, że mnóstwo osób niemalże dosłownie jara się konkretną pozycją książkową, aż do tego stopnia, że boję się otworzyć lodówkę. Wiecie, bo mi ten tytuł wyskoczy z niej. Tak właśnie było z „Wojną makową”, przez co chyba miałem zbyt wysokie oczekiwania w stosunku do książki. Z początku nawet sam się podekscytowałem, jednak im dalej w las, tym gorzej. Znaczy, nie że jest to zła książka – po prostu autorka zaczęła wprowadzać zbyt dużo zamieszania, a wszystkie wątki były kolejnymi odgrzewanymi kotletami, podawanymi nawet nie z koperkiem, ale sosem z mikrofalówki.

To właśnie był ten problem, który w sumie miałem od początku czytania „Wojny makowej”. Wszystko już gdzieś było! Wiem, że w fantastyce ciężko jest o jakiś nowatorski pomysł, jednak Rebecca F. Kuang wzięła chyba wszystkie możliwe motywy z literatury fantastycznej i wykorzystała w swoim dziele. Wyszło dość smacznie, to trzeba przyznać, nie mogę napisać, że jest to słaba książka, jednak mocno odtwórcza. Taka całkiem fajna pozycja czytana dla czystej rozrywki, jeśli nie ma się absolutnie żadnych wymagań. Postacie są po prostu okej, wykreowany świat nie powala na łopatki swoją oryginalnością, choć jest poprawny (tylko po co te jawne sugestie związków z prawdziwymi państwami…) i w sumie tyle.

Ocena punktowa: 6/10

„SybirPunk vol. 2” – Michał Gołkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 35m
Czyta: Michał Gołkowski

To już jest nieco inny (choć podobny, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało) „SybirPunk”! Saszka dalej opiera się śmierci na tysiąc różnych sposobów, wciąż możemy eksplorować jednocześnie nowoczesną oraz sklejoną na trytytki i ślinę Federację, aczkolwiek już Aleksander Khudovec mierzy się z nieco innej klasy problemami! Bardziej… biurokratycznymi i jednocześnie zabójczymi. Znaczy się, akcji jest i to dużo, na to zdecydowanie nie można narzekać.

Lubię takie powieści, jak „SybirPunk” określać mianem książkowego odpowiednika dobrego kina akcji. Nie ma w nim absolutnie niczego ambitnego, wielokrotnie spotykamy się z multiplikowanymi motywami, jednak sprawiają pewnego rodzaju satysfakcję. Taką naprawdę dużą satysfakcję, wystarczającą, aby sięgnąć po kolejne tomy. Nawet jeśli tak właściwie to w nich nie dzieje się nic skomplikowanego lub wymagającego zastanowienia. Nie, po prostu dużo dynamiki w wykonaniu wyrazistych postaci i człowiek jest szczęśliwy. Dokładnie tak szczęśliwy, jaki jestem po zakończeniu drugiego tomu.

Ocena punktowa: 7/10

„Przebudzenie Lewiatana” – James S. A. Corey

Format: Papier
Stron/długość: 578
Tłumaczenie: Marek Pawelec

No, i to się nazywa porządny kawał fantastyki naukowej! Trochę brudny, ale pod względem fizyki trzymający się mocno gruntu. Widać to zresztą przy wielu rozmowach postaci, które próbują wyjaśnić sobie niezrozumiałe dla nich zjawiska. Zresztą, bądźmy szczerzy, autorzy nie rozpostarli macek ludzkości na całą galaktykę, tylko na Układ Słoneczny. Życie toczy się głównie na Ziemi, Marsie oraz na stacjach osadzonych w pasie asteroid, zwanym również po prostu Pasem.

Pierwszy tom to zdecydowanie dopiero wstępniak, w którym poznajemy perspektywy i życie kilku różnych osób/grup, w późniejszej fazie książki splatających swoje losy w ten czy inny sposób. Nie dziwię się kompletnie, że powstał pomysł ekranizacji – wiele scen jest iście filmowych i mogą wręcz zostać przeniesione na mały lub wielki ekran wprost z kartek książki. Do tego mamy różnorodne postacie, każda kierująca się swoim własnym kompasem moralnym – aż nie mogę się doczekać, co będzie w dalszych częściach. Widać bowiem już konkretny zarys fabuły, której zdecydowanie wystarczy na wiele tomów.

Ocena punktowa: 7/10

„Projekt Mefisto” – Marcin Mortka

Format: Audiobook
Stron/długość: 11h 16m
Czyta: Andrzej Hausner

Do tej pory miałem okazję czytać tylko jedną książkę Marcina Mortki – „Żółte ślepia” – i było to naprawdę świetne spotkanie. Tym razem niestety już nie było tak przyjemnie. No dobra, może nie tyle, że nie było przyjemnie, ile po prostu… nijak. „Projekt Mefisto” opowiada o (a jakże!) projekcie prowadzonym przez Piekło, mającym na celu pogrążenie Ziemi w grzechach. No, tylko w nieco bardziej… nowoczesnym wydaniu to pogrążanie ma następować. Wyszło jednak trochę sztywno, trochę infantylnie i trochę stereotypowo.

Początkowa sztywność zostaje w końcu zastąpiona konkretną historią, napisaną dość luźno (albo nawet i luzacko), jednak nie porywa tak, jak potrafiły porwać „Żółte ślepia”. Autor nie do końca wykorzystał możliwości diabelskich intryg, a już na pewno nie wycisnął wszystkiego z małomiasteczkowego klimatu, który idealnie się przecież nadaje na wybudowanie na nim bajek zgodnych z definicjami wtłaczanymi nam do głów na lekcjach języka polskiego. Jest lekko, przyjemnie, to fakt (Marcin Mortka ma wyjątkowo lekkie pióro), jednak nie była to powieść, którą będę wspominał przez długi czas.

Ocena punktowa: 6/10


niedziela, 24 kwietnia 2022

„Przesilenie” – Katarzyna Berenika Miszczuk

„Przesilenie” – Katarzyna Berenika Miszczuk
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Przesilenie
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 464
Data wydania: 16 kwietnia 2018

To już ostatni tom „Kwiatu paproci”! Znaczy, no tak, jest jeszcze na przykład „Jaga”, która jest prequelem, jednak ten niejako główny czteroksiąg właśnie się skończył. Przez wszystkie cztery tomy towarzyszył mi niesamowicie fantastyczny, słowiański klimat, pełen dawno zapomnianych wierzeń, bóstw oraz boginek i upiorów. Towarzyszyła mi również Gosława, której absolutnie nigdy nie zapomnę. Oj nie, tak irytującej osoby nie da się zapomnieć. Przez cały cykl zastanawiałem się, czy zmieni wreszcie swoje zachowanie i postępowanie. No i wiecie co? Nie doczekałem się tego!

Złożonych obietnic należy bezwzględnie dotrzymywać. Zwłaszcza jeśli to swarny bóg był tym, który obietnicę przyjął. Gosława doskonale zdaje sobie z tego sprawę, jednak cały czas próbuje żyć normalnie, pragnąc gdzieś w środku mieć to jak najszybciej z głowy. Chociaż życie z Mieszkiem należy raczej do tych nieco… bardziej szalonych. Nieco bardziej niż ponad tysiącletni władca, który może być jej pomocą, ale i równie dobrze przeszkodą w wywiązywaniu się z danego słowa.

Trudno napisać mi coś więcej, niż to, co już miałem okazję przekazać Wam przy okazji recenzji poprzednich tomów. „Przesilenie” nie odbiega zbyt mocno od wcześniejszych historii. Jest w niej cały czas dużo słowiańskich klimatów (rzecz jasna kolejne elementy bestiariusza wskakują na karty książki), Bieliny wciąż są tym samym, uroczym zakątkiem. Tak naprawdę jedyne, co się zmienia, to Gosia, ale tylko trochę. W niektórych przypadkach jest już nieco bardziej… racjonalna, jednak w większości przypadków to wciąż ta sama niewychowana nastolatka, która nie została przystosowana do życia, jest irytująca, bywa arogancka, najpierw robi, a potem myśli. No i ogólnie jest… Gosią.

Historia została osadzona w podobnym schemacie jak dwie poprzednie książki. „Szeptucha” miała swój konkretny cel, do którego dążyła fabuła, podczas gdy pozostałe trzy (włącznie z „Przesileniem”) to już są wydarzenia, które się po prostu dzieją. Nie, żeby to było coś złego, albowiem dobrze opisane życie na wsi potrafi być naprawdę świetną lekturą, po prostu istotne jest to, że nie czuję żadnego konkretnego miejsca, do którego dąży. Co w ogóle staje się niesamowicie fascynujące gdzieś po koniec opowieści. Wtedy bowiem okazuje się, że jednak autorka miała plan i chciała wszystkich bohaterów porozstawiać odpowiednio na szachownicy, a do tego jeszcze dostawić parę dodatkowych postaci.

Trochę się właśnie na samym końcu zaczyna dziać, czego (przyznam się bez bicia) się nie spodziewałem. A już na pewno nie tych wydarzeń i z takimi postaciami, które zostały zaprezentowane przez Katarzynę Berenikę Miszczuk. Znaczy się, czwarty tom potrafił jeszcze zaszaleć i zaskoczyć! W pewnym momencie można było się zacząć domyślać pewnych spraw, ale jednak przez trzy tomy nie pojawiło się w mojej głowie ani jedno ziarenko podejrzeń. Pod tym względem to naprawdę świetne zakończenie czterech ksiąg i satysfakcjonujące rozwinięcie połączeń między postaciami. Jestem wielce ukontentowany.

Jak widzicie więc ostatni tom to dość godny następca wszystkich poprzednich, niezgorsze zakończenie cyklu, choć przyznać muszę, że bez szału. Najmocniejszymi zaletami całości jest wspominany kilkukrotnie przeze mnie klimat – bogowie z własnymi planami, demony i boginki kroczące wśród ludzi, puszcza ze świętym dębem czy Wyraj ze swoim drzewem kosmicznym. Dla tych elementów warto przeczytać cały „Kwiat paproci”, tylko trzeba uważać niestety na postać Gosi. Ta do samego końca pozostała tą samą, irytującą i nieprzystosowaną (oraz kompletnie niewiarygodną) postacią, jaką była w pierwszym tomie. Odrobinę się zmieniła, ale rdzeń jednak pozostał ten sam. Tak samo, jak rdzeń świata przedstawionego przez autorkę.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Kwiat paproci’


wtorek, 12 kwietnia 2022

[PREMIERA] „Dom Nieba i Oddechu” cz. 1 – Sarah J. Maas

„Dom Nieba i Oddechu” cz. 1 – Sarah J. Maas
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Sarah J. Maas
Tytuł: Dom nieba i oddechu cz. 1
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 526
Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska
Data wydania: 27 kwietnia 2022

Moje początki z prozą Sarah J. Maas nie były wcale usłane różami. Jako pierwszy tytuł trafił mi się „Szklany tron” i gdyby nie moje optymistyczne nastawienie do nawet największych bzdur, to pewnie rzuciłbym ten cykl w cholerę. Dałem mu jednak szansę i niczego nie żałuję – rozkręcił się błyskawicznie, a w okolicach trzeciego tomu byłem już kompletnie kupiony przez autorkę. „Księżycowe Miasto” za to już od „Domu ziemi i krwi” ustawiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko, jakby amerykańska pisarka postanowiła wdrożyć w swoją twórczość myśl przewodnią dobrego kina – zacząć od trzęsienia ziemi, a potem dalej budować napięcie. Jednak jak się pewnie domyślacie, jest to niesamowicie trudne zadanie.

Nie jest łatwo wrócić do normalności, kiedy jest się najbardziej rozpoznawalnymi obywatelami Księżycowego Miasta. A staje się to już niemal niemożliwe w przypadku księżniczki Fae oraz malakim dysponującemu niecodzienną mocą. Wszyscy wtedy interesują się Tobą i próbują wciągnąć w swoje własne gierki. A tych wśród wszystkich ludów rządzonych przez Asteri nie brakuje. Jest więc jedynie kwestią chwili, aż Bryce Quinlan z Huntem Athalarem zostaną zwerbowani do kolejnego spisku i staną oko w oko z następnymi problemami. W tym przypadku jednak słowo „zwerbowani” może oznaczać dla nich rozstanie się z życiem.

Wspomniałem w pierwszym akapicie o rozpoczęciu historii od trzęsienia ziemi. Później powinno nastąpić ciągłe narastanie napięcia, budowanie go wyżej i wyżej. Tego teoretycznie można oczekiwać od drugiej części „Księżycowego Miasta” – wszak faktycznie „Dom ziemi i krwi” miał niezłe tąpnięcie! Tym razem jednak nie ma w sumie ani mocnego uderzenia, ani też próby utrzymania czytelnika w niepewności. No, w każdym razie w pierwszej części „Domu nieba i oddechu”. Ba, nawet zabrakło przełamania tomów w jakimś newralgicznym momencie, przez co nawet nie można mówić o jakimś cliffhangerze. Ot, poprawny tom prowadzony w stałym tempie, wciągający, aczkolwiek niekoniecznie porywający.

To, co niektórym się pewnie mocno spodoba, a mnie przyprawiało o migrenę, to dużo odważniejsze podejście autorki do scen erotycznych. W sumie tak naprawdę w co najmniej dwóch przypadkach nawet nie można mówić o „erotycznych”, ale dosłownie „pornograficznych”. Przyznam się bez bicia, że nie czytam na co dzień literatury pełnej obrazów seksu, więc nie mam pojęcia, jak wyglądają tam porządne opisy, jednak Sarah J. Maas w obu przypadkach zrobiła (w mojej opinii) niskiej jakości pornola. No dobra, autorka lub tłumaczka, z oryginałem nie miałem styczności, więc nie chcę też zrzucać wszystkiego na jedną z osób. Gdyby nie to, że dostałem egzemplarz recenzencki, to już po pierwszych paru słowach sprawdziłbym po prostu, po ilu stronach (sic!) kończy się scena i zwyczajnie bym ją ominął.

Na szczęście fabuła rekompensuje te seksualne niedogodności, więc chwila tortur przeistaczała się w kolejne dawki intrygi, w którą znowu wplątują się nasi bohaterowie. Chociaż w drugiej części cyklu już mocniej wyeksponowany jest fakt, że cała historia nie do końca się klei i że została stworzona tak z pełną premedytacją, właśnie dla grupy odbiorczej, która nie zwraca uwagi na szczegóły. To kawał fajnej fantastyki młodzieżowej, która kładzie nacisk na akcję, emanację mocą, starożytne legendy oraz intrygi dotykające najwyższych poziomów władzy. W tej kategorii nie ma sobie równych – sam zresztą nastawiałem się właśnie na taką historię i ją otrzymałem. Dzięki czemu jestem mocno usatysfakcjonowany.

Jest duży potencjał, jestem ciekaw, jak będzie wyglądał rozwój wydarzeń w drugim tomie. Autorka rozpoczęła kilka różnych wątków, które mogą pójść w naprawdę różnych kierunkach, jednak na pewno są gwarancją doskonałej rozrywki. Mam tylko nadzieję, że trochę spasuje z opisami scen seksu, chociaż mniej więcej rozumiem, czemu się one znalazły (cóż, nie jestem stereotypowym odbiorcą w tym przypadku). Czekam jednak z niecierpliwością na kolejny tom, gdzie nieco lepiej będę mógł ocenić zarówno samo rozwiązanie wspomnianych wątków, jak i tempo oraz dalszy rozwój postaci.

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Księżycowe Miasto”

wtorek, 5 kwietnia 2022

„Moonshot. Wyścig z czasem” – dr Albert Bourla

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
dr Albert Bourla
Tytuł: Moonshot. Wyścig z czasem
Wydawnictwo: Insignis
Stron: 320
Data wydania: 9 marca 2021

Dzień premiery „Moonshot” przypada na drugą rocznicę poniedziałku, w którym giełdy zaczęły lecieć na łeb na szyję w dół. W Polsce indeks WIG20 osiągnął swoje minimum trzy dni później, 12 marca 2020 roku, zbliżając się do poziomu ze stycznia 2009 roku. To właśnie dwa lata temu rozpoczęło się to, co znamy pod ogólnym pojęciem „pandemii koronawirusa”, która przeleciała przez praktycznie cały świat. Obecnie nastroje są zupełnie inne, niż na samym początku, kiedy nikt do końca nie wiedział, z czym się w ogóle tego wirusa je. To właśnie wtedy też pojawiło się największe parcie na wynalezienie szczepionki, która mogłaby powstrzymać wirusa, niezależnie jak bardzo zjadliwy by nie był. A ta książka to właśnie historia tego wyścigu z czasem z perspektywy prezesa i dyrektora generalnego firmy Pfizer.

„Idea »moonshotu« przeżywa dziś renesans. Określenie to zostało użyte po raz pierwszy w 1949 roku, gdy Amerykanie rozważali podbój kosmosu. Tak się złożyło, że były to też czasy ogromnych postępów w dziedzinie wakcynologii i opracowania szczepionki DTP przeciw błonicy, tężcowi i krztuścowi. Już kilka lat później, w 1955 roku, w użyciu była szczepionka przeciw chorobie Heinego-Medina. Moonshot wkroczył na dobre do słowników języka angielskiego w latach sześćdziesiątych XX wieku, gdy prezydent Kennedy ogłosił, że człowiek poleci na Księżyc i bezpiecznie wróci na Ziemię. Kennedy powiedział, iż jego wybór padł na Księżyc nie dlatego, że to cel łatwy, lecz przeciwnie – dlatego, że jest trudny. »Pozwoli skupić i oszacować nasze najlepsze siły i zdolności. Jesteśmy gotowi podjąć to wyzwanie, nie chcemy go odkładać na potem. Zamierzamy mu sprostać […]«”.

Zazwyczaj drugi akapit w swoich opiniach opisuję własnymi słowami, skupiając się jednak na tym, o czym traktuj konkretna książka. Tym razem jednak zrobiłem wyjątek. Powyższy cytat możecie znaleźć w blurbie, który najlepiej oddaje to, czego możecie się spodziewać. Znaczy się połączenia pasji, pomysłowości, determinacji, które jednak obleczone zostały w przystępną formę. Tak, osobiście nie przepadam za rzucaniem takimi frazesami, jednak tutaj trudno inaczej odzwierciedlić przekaz, który płynie z „Moonshot”. Z drugiej strony trudno odmówić sensowności tym określeniom, zwłaszcza jeśli cofniemy się do czasów, w których informacja o pojawieniu się szczepionki ujrzała światło dzienne.

Książka podzielona została na kilka rozdziałów, a każdy z nich skupia się na nieco innym aspekcie całego tego „wyścigu”. Na początku więc dowiadujemy się, jak wyglądała droga od ogłoszenia pierwszych wystąpień zarażenia wirusem SARS-CoV-2, aż do momentu, w którym cały świat otrzymał szczepionki (nie tylko zresztą Pfizera). Późniejsze rozdziały przedstawiają wiele niuansów, wykorzystując tło polityczne, społeczne (jak zaufanie ludzi i niska ocena działalności firm farmaceutycznych) czy wręcz osobiste dla członków wysokiego kierownictwa Pfizer. Innymi słowy, czasem można odnieść wrażenie, że dr Albert Bourla opisuje dokładnie te same wydarzenia po raz wtóry, jednak tak naprawdę to właśnie tło jest w takich przypadkach najważniejsze. A to z kolei wpływa na wyjaśnienie pewnych ruchów, które mogły się wcześniej wydawać dziwne.

Niestety wyolbrzymianie i nadmierny przesadyzm to nieodłączne elementy „Moonshotu”. Rzecz jasna nie mam tutaj na myśli tych części, w których opisywane są czynności podejmowane przez pracowników wszystkich szczebli Pfizera i BioNTechu, jednak skoro w pewnych aspektach autor potrafił polecieć po bandzie, to i czemu miałby tego nie zrobić w innych? Odnoszę się do sytuacji w USA i na świecie, która opisywana była co najmniej jak wielkie ogniska eboli, które doprowadzają do „skraju zapaści gospodarczej” największe państwa świata, do reakcji ludzi, porównań, których używał dr Albert Bourla w niektórych przypadkach (również przy gloryfikowaniu prac – nie samej ich wartości merytorycznej, ale poświęcenia zrównywanego niemalże ze świętością). Mocno mnie to bodło przez całą lekturę.

Osładzającymi fragmentami są te, w których autor przybliża cały proces, przez jaki przejść musi szczepionka od pomysłu, aż po zatwierdzenie. W sumie nie wyobrażam sobie, żeby w historii szczepionki przeciw koronawirusowi mogło zabraknąć tych fragmentów wraz z wyjaśnieniem, w jaki sposób udało się Pfizerowi skrócić czas badań klinicznych, które w „normalnych” warunkach trwają nawet kilka lat. Chyba wszyscy pamiętamy, jakie kontrowersje wybuchły wokół tego skrócenia czasu, dlatego dobrze się stało, że cała procedura została opisana w szczegółach, wraz z zabiegami podjętymi przez Pfizera celem jej skrócenia, aby udało się jak najszybciej (przy jednoczesnym zachowaniu bezpieczeństwa) przejść przez cały proces.

„Moonshot” to może nie porywający, ale uzupełniający kilka luk w społecznej świadomości konstrukt, który rzuca nieco więcej światła na to, co działo się za kulisami powstawania jednej ze szczepionek przeciwko wirusowi powodującemu COVID-19. Nie zabrakło w niej patetycznego tonu, tak bardzo kojarzonego ze wszystkim, co jest amerykańskie (hiperbola na hiperboli hiperbolę pogania), chociaż w ogólnym rozrachunku czyta się to naprawdę dobrze. Jeśli dorzucimy do tego sporą dozę szczegółów technicznych (zarówno z zakresu wakcynologii, jak i procesów związanych ze szczepionkami), to otrzymamy wystarczająco merytoryczne dzieło, żeby móc nim wyjaśnić pewne aspekty. 

Łączna ocena: 6/10


poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Co pod pióro w kwietniu 2022?

Kolejny miesiąc, kolejne wyzwania, ale i możliwości! Tutaj skupmy się jednak na możliwościach czytelniczych, wszak książek ten blog dotyczy, prawda? W tym roku postanowiłem wziąć udział w kilku wyzwaniach czytelniczych, które wybrałem pod siebie – mają mi po prostu pomóc w zmobilizowaniu się do kilku rzeczy: eksploracji nowości, wyjściu poza strefę swojego komfortu oraz sięgnięciu po tytuły, które leżą od dawna na mojej liście „do przeczytania”. Jak na razie idzie mi całkiem nieźle, dlatego nie chcę tutaj dać się rozproszyć – marzec więc też będzie miał w sobie coś, co pozwoli mi podążać dalej raz obraną drogą.

Luty był dość elektroniczny, więc teraz na pewno wrócę trochę do papieru. Zwłaszcza że zdecydowanie mam co czytać… Chociaż pora też pomyśleć nad małymi zakupami, żeby chociaż „The Expanse” sobie uzupełnić (tylko sześć tomów mam). Nie zapomnę jednak o audiobookach, oj nie! Taka część elektroniki cały czas będzie mi towarzyszyć w codziennych sprawach. Zwłaszcza rano, kiedy sobie niemalże mechanicznie wypełniać swoją codzienną rutynę. Wtedy podcasty oraz książki audio wchodzą po prostu jak złoto i nie mam absolutnie żadnych problemów ze skupieniem się.

No, chyba taki wstęp w zupełności wystarczy. Pora przejść do tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli krótkiej listy! Tym razem może ona być zmieniona w trakcie miesiąca, ponieważ czekam na egzemplarze recenzenckie – jeśli tylko dotrą w kwietniu, to niektóre tytuły zostaną przesunięte na później.

„Przesilenie” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Pora (prawie) zakończyć przygodę z Gosławą i jej obowiązkowymi praktykami u szeptuchy! Prawie, ponieważ to wcale nie jest koniec całego uniwersum, ani nawet samego cyklu. Na razie jednak przede mną rozwiązanie tetralogii, a potem zobaczymy, co dalej!

„Dom nieba i oddechu. Część 1” – Sarah J. Maas

Tak, przyjechała już do mnie pierwsza część „Domu nieba i oddechu”, czyli kolejnej odsłony „Księżycowego Miasta”! Trochę już pozapominałem, co dokładnie działo się w poprzedniej części, jednak najważniejsze elementy są cały czas żywe – wszak świat od razu mnie porwał!

„Przebudzenie Lewiatana” – James S.A. Corey

Szczerze? Średnio to widzę, ale mimo wszystko próbuję sobie zaplanować! „The Expanse” chodzi za mną już od dawna, teraz mam wreszcie pierwszych sześć tomów, to chcę się zabrać za ten cykl. Zobaczymy jednak, jak mi pójdzie z wykonaniem tej chęci w kwietniu.