środa, 1 kwietnia 2020

Zbiorczo spod pióra – marzec 2020

Jak tam minął miesiąc? Dużo przeczytaliście lub przesłuchaliście? Albo może obejrzeliście, albo ograliście wiele gier? Obejrzeliście spektakl teatralny, może byliście na musicalu, albo nawet w operze? Ja się ograniczyłem do czytania i słuchania, chociaż Netflix i HBO GO cały czas w użytku też są! Najbardziej jednak książki papierowe oraz audiobooki/podcasty. Każdego wieczora jakaś godzina na papier i niezliczone ilości krótkich przerw w ciągu dnia na słuchanie. Niezłe efekty to daje! Zwłaszcza w przypadku tej drugiej aktywności – gdyby tylko jeszcze można było nie bawić się w żadne włączanie słuchawek i gdyby trochę dłużej żyły niż parę godzin (takie małe to wiadomo, nie będą długo trzymały) to byłoby cudownie! Zostałaby tylko praca nad podzielnością uwagi. 

Cóż, nie ma co jednak marudzić i w ogóle, tylko przejść do sedna tego postu, prawda? Poniżej już trzecie zestawienie krótkich opinii (dosłownie w paru słowach) na temat przeczytanych lub przesłuchanych książek. Mam nadzieję, że chociaż trochę pozwolą Wam zdecydować o sięgnięciu bądź i zostawieniu w spokoju konkretnych tytułów! 

„Getting Things Done” – David Allen

Format: Audiobook
Stron/długość: 14h 45m
Lektor: Marcin Fugiel

Biblia produktywności, jak to niektórzy nazywają „Getting Things Done” Davida Allena. Coś w tym jest, bo rzeczywiście wiele programów wspomagających produktywność opiera się właśnie na metodzie GTD, a sama książka jest przez autora dość regularnie aktualizowana. Do tego naprawdę jest to Biblia, z której można czerpać garściami. Sensownie podzielona, odpowiednio kategoryzowana i przekazująca mnóstwo merytorycznej wiedzy.

Jeśli masz problemy z uporządkowaniem swojego życia, to David Allen na pewno Ci pomoże – chociaż może to nie być łatwe na początku. Autor rzuca czytelnika od razu na pożarcie danych statystycznych, badań oraz przede wszystkim sprawdzonych sposobów, z których korzysta mnóstwo osób na świecie każdego dnia. Osobiście znałem już założenia GTD dużo wcześniej i wiele w moim życiu było zaprojektowanych właśnie pod tą metodę, ale i tak książka ta udowodniła mi, jak wiele jeszcze mogę poprawić. Innymi słowy, gorąco polecam – to nie jest jakiś dupny poradnik jak odmienić swoje życie, tylko jasne porady co zrobić, żeby to wszystko zaczęło po prostu działać.

„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 1m
Lektor: Roch Siemianowski

Absolutnie nie dziwię się, że książka wygrała plebiscyt Lubimy Czytać w swojej kategorii – nie dziwię się również, że to na niej oparli się twórcy serialu „Czarnobyl”. Kawał naprawdę dobrego reportażu, warty czasu poświęconego na czytanie. Szczegółowy, ale konkretny, zbierający nie tylko najważniejsze informacje, ale również mnóstwo ciekawostek. Bez patetycznego wydźwięku i bez wybielania czy oczerniania na siłę. Po prostu wyważony i świetny.

Tyle informacji o katastrofie w Czarnobylu nie znalazłem nigdzie. Wszystko posegregowane w odpowiednie kategorie i przedstawiony w logiczny sposób. „O północy w Czarnobylu” nie próbuje grać na emocjach, tylko przedstawia po prostu suche fakty. Jeśli oglądaliście serial, to sięgnijcie, tak czy siak, po książkę – jest nieco inna od swojej serialowej adaptacji i zawiera o wiele więcej danych i informacji. Tak, to możliwe, nawet mimo tego, że sam serial trwał łącznie kilka godzin. W końcu czas czytania przez lektora to siedemnaście godzin… Które warto poświecić.

„Cujo” – Stephen King

Format: Papier
Stron/długość: 330
Tłumacz: Jacek Manicki

Stephen King ma w swoim dorobku książki lepsze oraz gorsze i „Cujo” można zaliczyć niestety do tej drugiej grupy. Niech za pewnego rodzaju opinię posłuży informacja, że podczas lektury udało mi się bezwiednie przyciąć komara, co nie zdarzyło mi się od długiego czasu. Językowo ciężko coś zarzucić – jest napisana po prostu poprawnie, czyli tak, jak można się tego spodziewać po Mistrzu Grozy. W końcu pisać to on umie, a zwłaszcza po tylu wydanych książkach. Niestety tym razem kompletnie nie potrafił mnie zachęcić do lektury.

Tak naprawdę pierwsze ponad sto stron jest… o niczym. Kilka niezwiązanych ze sobą historii, które się toczą wokół życia ludzi i tytułowy Cujo, który wiedzie żywot względnie szczęśliwego psiska. Tylko przeczytaniu blurba daje nadzieję, że wreszcie coś się zacznie dziać z tym postaciami. No i faktycznie, zaczyna się dziać – jednak nie nazwałbym tego szczytem umiejętności pisarskich i fabularnych Kinga. To wybitnie średnia książka, którą można sobie przeczytać głównie wtedy, gdy chcemy po prostu zaliczyć wszystkie powieści Stephena Kinga. Inaczej w sumie szkoda czasu.

„Wiedźmin” (opowiadania) – Andrzej Sapkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 2h 22m + 1h 39m + 1h 48m + 2h 1m
Lektor: Słuchowisko

To tak naprawdę kolejna część słuchania opowiadań z Wiedźminem w roli (najczęściej) głównej, napisanych przez Andrzeja Sapkowskiego. Dostępne są jako osobne pliki do przesłuchania, więc po prostu skrupulatnie je dodaje do siebie. Trochę jednak szkoda, że tak szybko się je zalicza, bo są po prostu nieziemskie! Sama proza to wiadomo, jednemu może się podobać, innemu nie (sam jestem fanem Wiedźmina, więc tak naprawdę te historie to dla mnie jest żadna nowość), ale wykonanie przez superNOWA słuchowisk to coś pięknego!

Doskonale dobrani lektorzy, którzy wiedzą, co robią (Krzysztof Banaszyk jako Geralt wymiata) no i te dźwięki w tle. Idealnie wpisują się w klimat. Jako medium 10/10, totalnie. Jeśli jesteście fanami, to koniecznie musicie spróbować – chyba że nie umiecie w ogóle przetrawić formy słuchanej. W sumie nie – i tak spróbujcie! :D

„W ruinie” – Praca zbiorowa

Format: E-book
Stron/długość: 288

Wydawnictwo Insignis wydało już kilka zbiorów opowiadań napisanych przez fanów Uniwersum Metro 2033 – inicjatywa zacna, bardzo fajnie, że nowe osoby mogą się pokazać jako autorzy. W takich zbiorach wszystko jest oczywiście całkowicie od siebie różne i mamy do czynienia z wieloma poziomami jakości. „W ruinie” pod tym względem nie ustępuje w niczym poprzednim dwóm zbiorom, które miałem okazję przeczytać. Nie w sumie też lepsze, chociaż kilka opowiadań być może zapadnie mi w pamięci.

Mamy tu nawet do czynienia z historią osadzoną na Śląsku i to z wykorzystaniem śląskiej gwary! Co prawda akurat to opowiadanie nie przypadło mi do gustu, ale chyba warto o tym wspomnieć, jako o ciekawostce. Tak po prawdzie to przygody, z którymi mamy do czynienia w tym zbiorze rozrzucone są po całej Polsce, więc możemy sobie obejrzeć apokalipsę z perspektywy wielu miast. Jeśli chcecie jakiegoś podsumowania to myślę, że takie będzie najlepsze: nice to have dla fanów Uniwersum, chociaż nie spodziewajcie się niczego niesamowitego.

wtorek, 31 marca 2020

Wyniki konkursu z „Substancją czynną”!

Przyszła pora na ogłoszenie wyników konkursu, w którym do wygrania była „Substancja czynna”, najnowsza książka Thomasa Arnolda – tym razem jest to zbiór opowiadań osadzonych w aptekach i opowiadający o losach różnych pracowników. O wiele lżejszy niż to, do czego przywykli fani autora, ale wciąż czuć w nim Thomasa Arnolda. Jeśli chcecie zobaczyć, co sądzę o tej książce, to zapraszam do przeczytania opinii, która od wczoraj leży już na blogu! Serdecznie więc zapraszam, a tymczasem już więcej nie przedłużam – przejdźmy do najważniejszego tematu niniejszego wpisu. Do wyłonienia zwycięskiego komentarza!

Przede wszystkim dzięki wszystkim za zgłoszenia! Zarówno na blogu, jak i Facebooku oraz Instagramie! Łatwo nie było wybrać tę najbardziej przekonującą wypowiedź, ale udało się! Niniejszym więc ogłaszam, że „Substancja Czynna” powędruje do osoby, która zostawiła takie oto zgłoszenie:

„Grupa wyselekcjonowanych lekarzy zostaje wysłana wraz z tysiącem ludzi w kosmos, by z medycznego punktu widzenia nadzorować kolonizację planety A-9637/W. Każdy z lekarzy w trakcie lotu promem pełni dyżury przez określony czas. Tymczasem ktoś w wyszukany i jednocześnie brutalny sposób morduje przebywających w stanie hibernacji kolonizatorów. Czy misja ma szansę powodzenia? (takie połączenie fantastyki z sensacją)”.

Serdeczne gratulacje! Thomas Arnold skontaktuje ze szczęśliwą osobą w celu ustalenia formy przesyłki i tak dalej. Mi pozostaje życzyć wspaniałej lektury – ja już jestem po!

poniedziałek, 30 marca 2020

„Substancja czynna” – Thomas Arnold

„Substancja czynna” – Thomas Arnold
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Thomas Arnold
Tytuł: Substancja czynna
Wydawnictwo: Agencja Reklamowo — Wydawnicza VECTRA
Stron: 392
Data wydania: 6 marca 2020


Nie ma roku, w którym nie pojawiłaby się nowa książka Thomasa Arnolda – daleko mu z częstotliwością wydawania kolejnych powieści do Remigiusza Mroza, ale jakość co najmniej podobna! Tym razem autor w pewnym sensie zaskoczył, bo po raz pierwszy opublikował zbiór opowiadań. To dość niewdzięczna forma, która często lubi nie wyjść – zupełnie jak dobre ciasto. Człowiek się namęczy, a w efekcie dostaje zakalca. „Substancja czynna” została jednak przetestowana wcześniej, zanim padła decyzja o wydaniu w formie książki. Wylądowała bowiem w magazynie MGR.FARM, publikowana jako osobne opowiadania. Przeszła więc wstępną ocenę, jak się okazuję dobrą, a teraz udostępniana jest szerszej publiczności – w tym mnie. A ja jak zwykle jestem zachwycony!

W każdej aptece pracuje wiele osób na różnych stanowiskach – począwszy od stażysty, który dopiero uczy się wszystkiego, a zakończywszy na kierowniku, który ma największe kompetencje, ale i odpowiedzialność. Każde ze stanowisk wiąże się z innymi możliwościami, obowiązkami i przywilejami. Często można je wykorzystać do niecnych celów, czy to świadomie, czy też nie. Pięć różnych opowiadań to pięć różnych stanowisk i ich historie – czasem trochę mniej prawdziwe, a czasem trochę bardziej. Zawsze jednak nietypowe, trzymające w napięciu i jakże zwodniczo realistyczne. Wejdź więc do apteki, rozejrzyj się po ekspedycji, a potem zagłęb się w mroczne czeluście receptury oraz innych pomieszczeń tego tajemniczego przybytku…

Thomas Arnold, jak to Thomas Arnold, stanął na wysokości zadania. Na dodatek poradził sobie z formą opowiadania – co niestety nie jest łatwe. Często trudno pisarzom odpowiednio rozłożyć całą historię i ustalić dobrą dynamikę, żeby całość nie skończyła się ani za wcześnie, ani za szybko. W „Substancji czynnej” mamy łącznie pięć opowiadań i żaden z nich nie ma tych klasycznych, często występujących problemów. Chociaż nie są to też bardzo skomplikowane historie, więc w pewnym sensie autor miał trochę ułatwione zadanie – więcej bowiem w nich obyczajówek niż kryminałów. Zagadki oczywiście nie opuszczają żadnego z nich, ale nie każde kończy się (lub też ma w sobie) elementem zbrodni, przestępstwa czy innego czynu prawnie zabronionego. Moralnie tak, ale niekoniecznie prawnie.

Wszystkie opowiadania powstały początkowo dla magazynu MGR.FARM, który jest branżowym czasopismem farmaceutycznym. Można by więc sobie pomyśleć, że będą pełne branżowego żargonu, niekoniecznie zrozumiałego dla przeciętnego człowieka, za to niewymagającego wyjaśnień dla farmaceutów. Nie wiem jednak, czy jest to efekt dopieszczania opowiadań pod wydanie w formie książkowej, czy też zabieg poczyniony od samego początku, ale mnóstwo niezrozumiałych sformułowań zostało wyjaśnionych w sposób dość naturalny, jako część opisów. Dzięki temu możemy również zajrzeć za kulisy tego, jak działa apteka – jakie jest prawo farmaceutyczne, jakie pomieszczenia, czym się zajmują pracownicy oprócz sprzedaży leków i reszty asortymentu – innymi słowy to takie małe kompendium wiedzy o działalności apteki. 

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do dość bezkompromisowej narracji, jaką można spotkać w książkach Thomasa Arnolda, to możecie poczuć się nieco rozczarowani – lub po prostu spojrzeć na autora z innej strony. Ze względu na początkowe przeznaczenie opowiadań, nie mógł sobie pozwolić na jazdę po bandzie, więc powstały o wiele łagodniejsze historie. Nie są jednak w żadnym wypadku nudne. Czasem trochę brakowało dynamiki lub po prostu konkretny, opisywany przypadek nie był bardzo… interesujący, jednak od początku do końca autor mimo wszystko utrzymał poziom. Tam, gdzie tylko mógł, zamieszał oczywiście na swój sposób i stworzył falę przeskakujących podejrzeń lub zakręcił nimi tak, że łatwo było dostać kołowacizny i zaprzestać domyślania się, jak się to wszystko rozwiąże. Nawet w tych najbardziej delikatnych przypadkach.

Cóż mogę więcej napisać o „Substancji czynnej”? Dobre opowiadania, napisane przez dobrego autora. Inne niż jego dotychczasowa twórczość, ale równie interesujące. Można powiedzieć, że jest to idealna lektura na czas relaksu, podczas którego nie chce się sięgać po bardzo wymagającą lekturę – jako przerywnik pomiędzy wyżymającymi mózg zagadkami kryminalnymi i długimi oraz ciężkimi cyklami fantasy, te pięć opowiadań to idealny wybór. Zwłaszcza jeśli ktoś już polubił prozę Thomasa Arnolda – choć tym razem umiejscowioną na naszym polskim podwórku. Oczywiście czytelnikowi zazwyczaj nie robi to różnicy, jeśli jednak ktoś woli czytać o polskich realiach (w końcu w takich się zawodowo obracał Thomas Arnold), to może to być kolejna zachęta do sięgnięcia po tę książkę.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Thomasowi Arnoldowi!



sobota, 28 marca 2020

Z Netflixa pod pióro S02E05 – „Wataha” sezony 1-3

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Wataha
Twórca: HBO
Rok: 2014, 2017, 2019
Gatunek: sensacyjny, thriller


Tytuł „Wataha” obijał mi się o uszy już od dłuższego czasu – w końcu pierwszy sezon był w 2014 roku, więc nic dziwnego, że o nim słyszałem. Jakoś jednak nie było nam po drodze. Po części pewnie dlatego, że dopiero w tamtym roku wykupiłem sobie dostęp do HBO Go, a wcześniej nie miałem dostępu do HBO nawet w abonamencie telewizyjnym, a po części zapewne powody były jeszcze bardziej prozaiczne – inne seriale. A że nie konsumuję seriali w ilościach hurtowych, to cóż… Tak wyszło. Kiedy już jednak się wziąłem za „Watahę”, to szybko nie odpuściłem – co prawda klasycznie obejrzenie trzech sezonów zajęło mi kilka tygodni, ale nie żałuję ani minuty spędzonej z tym serialem. Nie jest idealny, ale jest naprawdę dobry. No i do tego polski!

Bieszczady obejmują przeogromny obszar sąsiadujący z Ukrainą, z której co chwilę przedostać się próbują nielegalni imigranci. Straż Graniczna ma ręce pełne roboty niemalże każdego dnia. Często w przerzutach palce maczają największe szychy zarówno polskiej, jak i ukraińskiej sceny gospodarczej i politycznej, więc może dojść do takich sytuacji, jak zamach bombowy, który przeżył tylko Wiktor Rebrow – reszta strażników zginęła. Kapitan Straży Granicznej próbuje więc rozgryźć tę zagadkę i dojść do tego, kto stoi za tym zamachem. Rozmiary toczonego śledztwa mogą jednak wpłynąć na jego przyszłe życie w bardzo negatywny sposób.

Jedną z najmocniejszych stron tego serialu są niewątpliwie postacie – większość z nich to mocno, konkretnie zarysowane osobowości, mające swoje przyzwyczajenia, wewnętrzne kodeksy i sposoby radzenia sobie z problemami. Prym wiedzie według mnie Łuczak, były strażnik, który jednocześnie jest przyjacielem Wiktora Rebrowa. Co ten człowiek wyprawia, to jest coś pięknego! Sprawia wrażenie trochę głupkowatego mieszkańca wschodnich rubieży, który mieszka na uboczu, to i owo wie, żyje tak, jak kiedyś się żyło na wsi, a tak naprawdę wiele wie na temat zarówno przeszłości tych okolic, jak i obecnych wydarzeń. Przy okazji jest prostolinijny, bezpośredni i ma dość prostacki, chociaż urokliwy rodzaj humoru! Naprawdę coś pięknego! Swoją drogą jakiś czas temu rozpływałem się nad tym, jak genialnie lektor przeczytał „Agonię” Pawła Kapusty – tak, to był Jacek Lenartowicz, odtwórca roli Łuczaka we własnej osobie!

Zdjęcia to kolejny powód, dla którego warto obejrzeć „Watahę”. Piękne panoramy połonin, ujęcia zamglonych lasów, rzeki San i całej tej przyrody, z której bezkresu słyną Bieszczady. Nawet sceny patroli czy pościgów wśród bieszczadzkich lasów ukazują piękno tych gór, zarówno w lecie, jak i podczas mroźnej zimy. Wrażenia robią dalekie plany, na których widać, jak maleńki jest człowiek w kontekście ogromu przestrzeni. No i jak trudno tak naprawdę zapanować Straży Granicznej nad takimi terenami i jak ogromnym wyzwaniem jest uszczelnianie granic. W końcu tamtędy można dość łatwo przerzucać narkotyki, ludzi czy też inne „towary” (tak, „towary”, bo przedmiotowe traktowanie nielegalnych imigrantów to jeden z głównych tematów serialu). Piękno połączone z niebezpieczeństwem.

Tutaj możemy przejść do kolejnej sprawy, która mnie urzekła, czyli właśnie tematyki. Wszystko w serialu kręci się wokół Straży Granicznej i jej pracy – zarówno wątek główny, czyli próba rozwikłania zagadki zamachu bombowego, w którym ginie cała tytułowa Wataha (czyli obsada strażnicy Straży Granicznej), jak i wszystkie poboczne, które dyktują w pewnym sensie tempo całości. Nie przypominam sobie żadnego innego serialu, który byłby poświęcony tym służbom oraz problemie nielegalnego przerzutu różnych substancji, przedmiotów i ludzie przez zielone granice. Twórcy serialu poruszyli chyba większość najbardziej popularnych i istniejących w ludzkiej świadomości problemów z tym związanych, łącznie z ukazaniem potencjalnej siatki sięgającej bardzo wysoko do ludzi, którzy na co dzień obracają się w bardzo ciekawych kręgach. Tutaj znowu prym wiedzie postać Kality, który pojawia się już na początku serialu i daje się poznać jako roztropny i konkretny mafioso o cechach pozwalających wtopić się w tłum.

Można mieć za to trochę zarzutów (zwłaszcza w pierwszym sezonie, kolejnych dwóch wydaje się to nie dotyczyć w takim stopniu) do dynamiki wydarzeń. Akcja jest raczej wolna, jakby kazała się delektować innymi aspektami serialu, chociaż czasem może to zniechęcić – zwłaszcza w pierwszych kilku odcinkach. Z drugiej jednak strony pierwszy sezon był kręcony w 2014 roku, więc mimo wszystko były to nieco inne czasy (choć odległe jedynie o sześć lat), z nieco innym podejściem do kręcenia seriali. Na całe szczęście kolejne sezony tego problemu już nie mają – a zwłaszcza trzeci, który dostał wręcz jakiegoś turbodoładowania i naprawdę dużo się dzieje. Dużo i szybko. No, przynajmniej widz się nie zgubi w śledzeniu tego, co się dzieje na ekranie. Drugi sezon ma też dość denerwującą mnie osobiście tendencję do tworzenia dziur logicznych tylko po to, żeby je zaraz zasypać. W efekcie wszystko jest wyjaśnione i ma ręce oraz nogi, ale przez chwilę ma się pewien niesmak. Na całe szczęście i tutaj twórcy zmienili to podejście w trzecim – przeze mnie uważanym za najlepszy – sezonie.

Cóż, po obejrzeniu wszystkich trzech sezonów „Watahy” wcale się nie dziwię, dlaczego jest taki bum na ten serial – no i czemu wszyscy wokół się jarali tym, że pojawił się trzeci sezon. Z odcinka na odcinek coraz lepszy, a wiele niedociągnięć jest eliminowanych po drodze. Mega klimat, świetne postacie, które będę pamiętał przez długi czas, no i nietypowa problematyka. Przy okazji serial ten udowodnił, że można w Polsce robić produkcje dotyczące nietypowych lub ciężkich tematów, dotykających najwyższych szczebli władz, bez ciągłego rzucania mięchem i strzelania do siebie nawzajem przez cały czas. Można stworzyć obraz budujący napięcie, kręcący się wokół skomplikowanych akcji oraz lawirowaniu między przemocą a dyplomacją. Można, tylko trzeba chcieć. A jak już się komuś zachce, to można z tego zrobić coś, o czym będą mówić dziesiątki tysięcy widzów.

Łączna ocena: 8/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

czwartek, 26 marca 2020

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Abbie Greaves
Tytuł: Ciche dni
Wydawnictwo: MUZA
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Stron: 320
Data wydania: 15 kwietnia 2020


Na co dzień nie czytam takich książek jak „Ciche dni” – o życiu, małżeństwie, miłości i tragedii, jaka może dotknąć zwykłych ludzi. Opis zaserwowany przez Wydawnictwo MUZA zachęcił mnie jednak nutką tajemnicy, która sugeruje niezwykłe i zapewne traumatyczne przeżycia, które doprowadziły małżeństwo do stanu, w którym ich poznajemy. No i przy okazji jest to debiut Abbie Greaves, a ja bardzo lubię debiuty! Książka ostatecznie okazała się nieco inna, niż się spodziewałem, ale wyjątkowo nie stanowi to problemu. Czemu? Ano temu, że jest zadziwiająco przyciągająca i to pomimo (albo dzięki) tematyki, która nie jest tą, po którą sięgam na co dzień. Czasem jednak warto sięgnąć po książki w stylu „Cichych dni”. Zwłaszcza jeśli są napisane tak jak debiut Abbie Greaves.

Maggie i Frank są małżeństwem już czterdzieści lat. To bardzo długi czas, który pozwala ludziom poznać się na wylot. Tak by się w każdym razie mogło wydawać. Gdy Frank milknie i przestaje się odzywać do swojej żony, jeszcze nic nie zwiastuje tragedii. Jednak kiedy uporczywe milczenie przy zachowaniu normalności w pozostałej części codziennego życia przeciąga się do prawie sześciu miesięcy, dla Maggie jest to już o wiele za dużo. Zwłaszcza że Frank nigdy nie wyjawił swojej żonie powodów tego braku słów. Po tragicznych wydarzeniach, których jest świadkiem we własnej kuchni po pół roku milczenia, być może zmieni zdanie – ma czas wyjawić swoje tajemnice, dopóki Maggie jest w śpiączce.

Przede wszystkim jest to bardzo udany debiut. Ciężko mi zarzucić tej książce cokolwiek, zwłaszcza że przyciągnęła do siebie nawet mnie – osobę, która raczej męczy się, czytając historię małżeństwa, śledząc ich problemy i bolączki. Czy też mówiąc bardziej bezpośrednio – czytając historię miłości. Romanse to kompletnie nie moja bajka, obyczajówki od czasu do czasu lubię przeczytać dla rozluźnienia (byle tylko nie miały zbyt dużej liczby wątków miłosnych). Może się więc wydawać, że „Ciche dni” mnie odrzucą i nie uznam ich za wartościowe, a czas spędzony przy nich potraktuję jako czas stracony. Jednak nic z tych rzeczy, bo jest to naprawdę dobry i wyważony debiut.

Historia opowiadana przez Abbie Greaves to historia małżeństwa z wieloletnich stażem – czterdzieści lat razem to liczba, która robi wrażenie. Frank i Maggie są szczęśliwi, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jak się jednak okazuje, każde z nich skrywa swoje tajemnice, o których to drugie nie wie. Są to na pierwszy rzut oka raczej niegroźne (w większości przypadków) sekrety, które nie powinny wpływać na ich codzienne życie. Gdyby jednak tak było, to ta książka by nie powstała. Okazuje się bowiem, że każde z tych maleństw dolewało kolejną kroplę do czary, która w pewnym momencie musiała się przelać. Powieść sugeruje, że można było tego uniknąć, gdyby tylko nie zawiodła rzecz, która we współczesnych czasach zawodzi niezwykle często – komunikacja.

Zadziwiające jest, jak autorce udało się z banalnych wręcz rzeczy stworzyć atmosferę nie tylko emocji, ale i tajemnicy. To jest naprawdę fascynujące, w jaki sposób wykorzystała dość trywialne problemy, z którymi każdego dnia na całym świecie spotyka się mnóstwo związków, do zbudowania historii prowadzącej do tragedii – i to ogromnej, bo ocierającej się o śmierć. Początkowo nie spodziewałem się ani takiego obrotu spraw, ani tym bardziej wywleczenia na światło dzienne takich problemów. Wyolbrzymienia, przerost formy nad treścią, chwytające za serce przejaskrawienia – to były rzeczy, które przebiegały mi przez myśl, kiedy zostawiałem za sobą kolejne strony „Cichych dni”. W końcu to dość popularne rozwiązanie do grania na uczuciach i emocjach czytelnika. Tymczasem opisana przez autorkę historia naprawdę może być historią kogoś z nas – no, może z kilkoma drobnymi wyjątkami. Prosta, banalna, ale jednocześnie jakże złożona dla naszej emocjonalności.

Czy polecę tę książkę? Zdecydowanie tak. W pewnym sensie jest to dobra rekomendacja sama w sobie, bo w większości przeczytanych przeze mnie powieści tego pokroju nie widziałem absolutnie żadnej wartości. Jedynie prostą rozrywkę, która fundowała parę ckliwych momentów i to tylko jeśli ktoś był bardzo podany na emocjonalną manipulację. Tutaj widzę mądrze zbudowaną historię, podaną na talerzu razem ze wzbudzającymi emocje momentami oraz przyprawioną szczyptą napięcia. Czy można byłoby w niej coś poprawić? Z pewnością – co najmniej kilka lekko gryzących się z pospolitością wydarzeń czy nieco bardziej stabilne tempo akcji. Jednak patrząc na „Ciche dni” przez pryzmat debiutu, to jest to naprawdę bardzo udana książka. Fani gatunku powinni być zachwyceni.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



sobota, 21 marca 2020

KONKURS z „Substancją czynną”!

Już od praktycznie dwóch tygodni możecie kupić najnowszą książkę Thomasa Arnolda, pod tytułem „Substancja czynna”! Jest to zbiór opowiadań, początkowo wydany w magazynie „MGR.FARM”, który po pewnym czasie przeniósł się na papier książki. Oczywiście wydany został przez Wydawnictwo Vectra, jak prawie cały dorobek literacki autora, i dołącza do całego, sporego już grona tytułów, które wyszły spod pióra pisarza z województwa śląskiego. Tym razem mamy odrobinę inny klimat – co prawda są to sprawy okołokryminalne, jednak osadzone w środowisku farmaceutycznym, tak dla odmiany! Jeśli chcecie zdobyć tę książkę całkiem za darmo (no, może jedynie za odrobinę kreatywności), to czytajcie dalej!

Do wygrania jest

📖 „Substancja czynna” – Thomas Arnold

Co należy zrobić, aby zdobyć książkę?⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀

1️⃣ Napisz w komentarzu, w jakim środowisku medycznym (pielęgniarki? anestezjolodzy? szpital zakaźny? stomatolodzy? coś totalnie innego?) osadzoną książkę chętnie byś przeczytał/przeczytała (nie musi to być wcale kryminał!) – możesz również dopisać dlaczego akurat w takim, choć nie jest to konieczne. 😀

Zachęcam oczywiście do polubienia profilu Thomasa Arnolda na Instagramie oraz/lub Facebooku (choć nie jest to warunek wzięcia udziału w konkursie)!

To wszystko! Po zakończeniu zgłoszeń wybiorę komentarze, które najbardziej do mnie przemawiają i wyniki oczywiście ogłoszę na blogu maksymalnie trzy dni po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. UWAGA! Konkurs jest również prowadzony na Facebooku oraz na blogu, zgłoszenia z WSZYSTKICH platform trafiają do jednej puli! Powodzenia!

📅 Konkurs trwa OD 21.03.2019 do 28.03.2020 (godz. 23:59)!
🌍 Wysyłka nagród TYLKO na terenie Polski!
🔒 Biorąc udział w rozdaniu wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych niezbędnych do wysyłki. Dane te nie będą przetwarzane przeze mnie, profil/adres e-mail zwycięzcy zostanie przekazany Fundatorowi nagrody, czyli Thomasowi Arnoldowi, który skontaktuje się ze zwycięzcą w celu uzyskania danych do wysyłki nagrody.

wtorek, 17 marca 2020

„Za horyzont” – Andriej Diakow

„Za horyzont” – Andriej Diakow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andriej Diakow
Tytuł: Za horyzont
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 466
Data wydania: 9 października 2013


Andrieja Diakowa czytam już trzeci miesiąc z rzędu – oczywiście za każdym razem jest to kolejna część jego trylogii „Cienie Post-Petersburga”. Jestem za każdym razem pod coraz większym wrażeniem, jak prosto, ale we wciągający sposób można wyjść z podziemi i stworzyć historię opartą o szkielet Uniwersum Metro 2033, jednak poza betonowymi tunelami jakiegokolwiek metra. To już ostatnia taka przygoda w wykonaniu tego autora, więc trochę jest mi szkoda – zżyłem się bowiem z tymi świetnie wykreowanymi bohaterami oraz niecodziennymi relacjami między nimi, no i z samym klimatem świata przedstawionego przez Andrieja Diakowa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki trzeciej części naszła mnie jeszcze większa ochota na eksplorację nieodkrytych przeze mnie jeszcze zakątków postapokaliptycznego świata zapoczątkowanego przez autora trylogii „Metra”!

Imperium Wegan rozpoczęło swoją ekspansję w tunelach, a robi to w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób – za pomocą krwi i mięsa. Oczywiście nie swojego. Taran z pewnością mógłby pomóc primorskim w odparciu odwiecznego wroga, jednak jego informacje dotyczące tajemniczego projektu badawczego pcha go na wschód – daleko poza metro i jego sprawy. Gleb nawet przez chwilę nie pomyślałby parę lat temu, że wyjdzie poza w miarę bezpieczny obręb tuneli – tymczasem jednak rusza z przybranym ojcem oraz grupą sprawdzonych w boju towarzyszy o wiele dalej, niż tylko na powierzchnię. Rusza do Władywostoku, oddalonego o jakieś 9 000 kilometrów od jego obecnego domu.

„Kiedy rozsądek przegrywa z emocjami, żadne słowa pociechy nie mają sensu. A litość boli jeszcze bardziej. W takich sytuacjach pomaga tylko złość. To właśnie ona dodaje sił, by pokonać chandrę i przygnębienie. Klin klinem”.

Jeśli spodobała Wam się poprzednia część, „W mrok”, to z pewnością będziecie oczarowani ostatnim tomem trylogii. W każdym razie przynajmniej od strony umiejscowienia akcji – a dokładniej ciągłej zmiany tego miejsca. Andriej Diakow miał sporo pomysłów, na co mogą natrafić Taran z ekipą w trakcie swojej ekspedycji. Nie mogło oczywiście zabraknąć innych ludzi napotykanych po drodze (to w sumie dość oczywiste, jednak nie zdradzę Wam, jacy to byli ludzie i w jakich okolicznościach spotkani!), jak i kompletnie „nowych” i niespotykanych nigdzie indziej mutantów! „Za horyzont” kipi wręcz nowościami i bardzo mocno dmucha świeżością w stęchłe korytarze metra.

W zwieńczeniu Cieni Post-Petersburga mamy też o wiele mniej walki z własnymi lękami oraz ogólnie pojętą psychiką, a o wiele więcej konkretnej akcji. Strzelaniny, ucieczki, próby poradzenia sobie ze skrajnie niebezpiecznymi sytuacjami (chociaż nie tylko w formie walki) dają wrażenie grania w całkiem niezłego RPG-a. Może i daleko tej powieści do klasyków gatunku, które porywają i powodują, że czytelnik przepada bez śladu, ale na pewno jest warta czasu przeznaczonego na przeczytanie. Zwłaszcza że wizualizacja miejsc, przez które przedziera się Taran ze swoją ekspedycją, dają duże pole do popisu dla wyobraźni. Aż jestem mega ciekaw, jak wyglądałyby niektóre z miejsc przedstawione przez różnych czytelników! To mogłoby się nadawać na jakąś wystawę!

„Człowiek przez całą swoją historię najlepiej nauczył się tworzyć broń. Reszta to takie tam, poboczne odkrycia...”

Rozwiązanie całej historii jest zupełnie inne, niż się spodziewałem. W pewnym sensie łączy w sobie kilka możliwości, które rozważałem wraz z pochłanianiem kolejnych stron, jednak nie poszło w żadną konkretną stronę. Jest jakby wypadkową wszystkich możliwości, które były przeze mnie brane pod uwagę i robi sens, serio. Wydaje mi się, że Andriej Diakow wybrał dość bezpieczne, ale sensowne zakończenie – takie, które pozostawia po sobie pozytywne wspomnienia. Przy okazji autor zostawił otwarcie dla potencjalnej kontynuacji lub crossa – jeszcze co prawda nie sprawdzałem, czy ktoś (sam autor lub inny pisarz) skorzystał z tej okazji, więc po prostu po cichu mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam, chociaż część postaci, z którymi przeżyłem całkiem przyjemne trzy tomy.

Bardzo fajne zakończenie, z jednej strony utrzymane w klimacie poprzednich dwóch tomów, a z drugiej pokazujące, że świat Metra nie musi się skupiać jedynie na betonowych tunelach, ciągłym strachu o następny dzień i intrygach poszczególnych stacji. To może być też cały świat otwarty na eksplorację i posiadający zupełnie inne zagrożenia! Szczerze powiedziawszy, chętnie bym przeczytał więcej książek, które osadzają bohaterów w takiej scenerii. Ekspedycji, odkrywania na nowo świata i tej niepewności, co się za chwil stanie przy jednoczesnym zachowaniu pewnej przewidywalności samego życia. No i przy okazji przydaliby się tacy bohaterowie jak w całej trylogii Andrieja Diakowa. Duet Tarana i Gleba przez wszystkie trzy książki robił niezłą robotę, a ekipa z każdym kolejnym tomem powiększała się o coraz ciekawsze indywidua. Trochę mi będzie żal rozstawać się z nimi oraz z ich szalonymi pomysłami.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Cienie Post-Petersburga”