czwartek, 15 listopada 2018

Z ekranu pod pióro #28 – „Bohemian Rhapsody”

Źródło: Filmweb
Tytuł: Bohemian Rhapsody
Reżyseria: Bryan Singer
Premiera: 2018
Gatunek: biograficzny, dramat, muzyczny


Któż nie zna twórczości zespołu Queen? Nawet osoby, które nie są fanami rockowych brzmień doskonale kojarzą takie utwory jak „We will rock you” czy choćby właśnie „Bohemian Rhapsody”. Sam wychowałem się na mocnych brzmieniach, więc znam twórczość zespołu, która towarzyszyła mi przez sporą część życia. Żebyśmy jednak wszyscy nie zrozumieli się źle – nie jestem gorącym fanem, który zna biografie każdego z członków zespołu. Nie jestem żadnym autorytetem w tym temacie, a jedynie przeciętnym słuchaczem, który zarówno lubi, jak i ceni dzieła stworzone przez Mercury’ego oraz resztę zespołu. W związku z tym bardzo mocno mnie nie bolały niezgodności z rzeczywistością (głównie w chronologii wydarzeń), które są zarzucane filmowi i po prostu cieszyłem się niesamowitym widowiskiem. A zdecydowanie jest czym się cieszyć.

Kiedy  Brian May, Roger Taylor i Freddy Mercury zakładali zespół Queen nie wiedzieli jak daleko uda im się zajść po stromych schodach kariery muzycznej. Kiedy John Deacon dołączał do zespołu, świat dopiero stał przed nim otworem. Kiedy muzycy tworzyli kolejne dzieła, nie mieli pojęcia jakimi ponadczasowymi hitami się staną i ile osób się nimi zainspiruje. Nie tylko na krótko po wypuszczeniu albumów, ale również wiele lat później. Przez cały czas jednak byli ludźmi – muzykami, artystami, ale ludźmi, którymi targają dokładnie takie same problemy, jak całą resztą społeczeństwa. Jednak nie przeszkodziły im one w staniu się legendami.

W sieci już od pierwszych dni z seansami „Bohemian Rhapsody”, pojawiały się głosy oburzenia dotyczące wielu przekłamań i zmian (zwłaszcza ingerujących w chronologię wydarzeń), które zostały wprowadzone do scenariusza względem rzeczywistych wydarzeń. Na tyle, na ile sam się orientuję, takie zmiany rzeczywiście są bardzo mocno widoczne. Zwłaszcza kwestia powstania zespołu (jedne z pierwszych scen filmu) oraz data przekazania wiadomości o swojej chorobie całemu zespołowi przez Freddiego rzucają się w oczy. Osobiście jednak widzę w stu procentach usprawiedliwione działanie w przypadku tych dwóch wspomnianych nieścisłości – film by się naprawdę znacznie wydłużył i musiał objąć o wiele więcej wątków, aby można było to wszystko ustawić w odpowiedniej kolejności i prawidłowym trybie. 

Można by powiedzieć, że to wszystko wcale nie jest żadnym wytłumaczeniem. Można się kłócić, że nie należy pod żadnym pozorem zmieniać historii, zwłaszcza że oglądać to będą również osoby, które w oparciu o film budować będą swoją wiedzę na temat legendy rocka. Można by się z tym zgodzić i nawet należy – rzeczywiście może to być ogromny problem dla wielu osób. Dlatego osobiście ostrzegam i potwierdzam – tak, „Bohemian Rhapsody” ma w sobie wiele nieścisłości, zmian w chronologii wydarzeń, być może nawet zarzucić można mocne wybielenie postaci wokalisty oraz zbyt małe skupianie się na studium psychologicznym Freddiego Mercury’ego i pokazaniu tego, jak wyglądały przemiany poszczególnych członków zespołu w drodze na szczyt kariery. Można się na tym wszystkim skupić, albo zobaczyć drugą stronę filmu – tę, w której widać niesamowity show, taki jaki zapewniali muzycy swoim fanom podczas koncertów.

Muzycznie – arcydzieło, czego zresztą można było się spodziewać. W końcu muzyka wykorzystana w filmie to jakby nie patrzył dzieło Queen. Jeśli jednak doda się do tego obraz, który stworzyli twórcy filmu, to wyjdzie nam naprawdę fenomenalny film, który jest równie energetyczny jak koncerty, w których Mercury podrywał publiczność do góry. Muszę przyznać, że był to pierwszy film, na którym zwróciłem uwagę na ujęcia z drona. Jedno z tych zapierających dech w piersiach to lot nurkowy w tłum publiki zebranej na stadionie podczas koncertu Queenów na Live AID. Gdyby obejrzeć tę scenę w kinie 4D, to serce mogłoby podejść do gardła. Przeróżne przeloty kamery pomiędzy przeszkodami z błyskawicznymi zbliżeniami nadawały dynamiki i sprawiały, że to naprawdę było show. Z pełną premedytacją będę wręcz nadużywał tego słowa, ponieważ ono najlepiej odzwierciedla to, co zobaczyłem na wielkim ekranie.

Z pewną dozą niepewności szedłem na seans, ponieważ zastanawiałem się jak Rami Malek poradzi sobie z rolą Freddiego Mercury’ego. W akcji widziałem go jedynie jako odtwórcę Elliota w serialu „Mr. Robot” i co prawda byłem pod wrażeniem, jednak geniusz geniuszowi nierówny – a w końcu obie postacie odgrywane przez Maleka można z czystym sumieniem określić tym mianem. Niepewność jednak została starta w prosz już od samego początku, a im głębiej w film, tym bardziej rósł mój podziw dla umiejętności aktora. Gra aktorska na najwyższym poziomie. Nie tylko zresztą jego – Gwilym Lee również odwalił kawał dobrej roboty. Aktorzy przy tym pozwolili grać pierwsze skrzypce Malekowi, aby postać Freddiego Mercury’ego wyraźnie się wybijała. Nie było przy tym w większości przypadków widać samego rzemiosła (przynajmniej na pierwszy rzut amatorskiego oka). 

Kolejną wspaniałą rzeczą, na którą warto według mnie zwrócić uwagę jest traktowanie całego zespołu jako… zespołu. Po prostu ludzi, którzy mają swoje problemy, są dla siebie przyjaciółmi, rodziną, ale wśród których pojawiają się również proste kłótnie. Mamy oczywiście tutaj kolejny z serii zarzutów, między innymi dotyczących tego, kto tak naprawdę pierwszy „skoczył w bok” ze swoją karierą solową i kto dopuścił do chwilowych lub dłuższych rozłamów w zespole. Mimo wszystko twórcy pokazali po prostu grupę ludzi, którzy zaczynali w jakichś małych klubach, a kiedy dotarli na szczyty sławy, wciąż byli po prostu ludźmi. Film nie epatuje bogactwem, nie pokazuje członków Queen jako te gwiazdy i legendy, z jakimi przeciętny, współczesny człowiek zwykł ich kojarzyć. Rzecz jasna podkreślane są momenty, w których zarówno pieniądze jak i sława pojawiają się w życiu każdego z muzyków, ale nie jest to pierwszy plan wydarzeń.

Fenomenalne widowisko, które być może zdobędzie Oscara – szczerze z moich ust nie spłynęłoby ani jedno słowo krytyki. Rami Malek wykonał kawał dobrej, niełatwej roboty, montażyści zrobili z tego niezwykłe show, operatorzy zdjęć stanęli na wysokości zadania, a wszystko to ukoronowała muzyka jedyna w swoim rodzaju. Nie traktujmy tego jednak jako filmu biograficznego, jednak raczej jako coś w rodzaju hołdu oddanego Mercury’emu oraz reszcie zespołu Queen. Tym bowiem zdaje się być „Bohemian Rhapsody” i w ten sposób można wyjaśnić niezgodności, które pojawiły się w filmie. Jako zachęta do głębszego poznania historii całego zespołu, film ten spełnia swoją rolę w 100%. Ciężko bowiem przejść do codziennych spraw po takim widowisku. To jednocześnie przystawka, która zaostrzyć apetyt i główne danie, po którym jednak chcemy skosztować nieco deseru.

Łączna ocena: 9/10



wtorek, 13 listopada 2018

„Mass Effect. Andromeda: Inicjacja” – Nora K. Jemisin, Mac Walters

„Mass Effect. Andromeda: Inicjacja” – Nora K. Jemisin, Mac Walters
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Nora K. Jemisin, Mac Walters
Tytuł: Mass Effect. Andromeda: Inicjacja
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Stron: 304
Data wydania: 13 października 2018


Książek na podstawie gier (lub w oparciu o świat stworzony na ich potrzeby) jest coraz więcej – podobnie zresztą jak filmów. Fani chętnie kupią wszystko, co jest związane z ich ulubionym tytułem, a pewnego rodzaju dywersyfikacja nośników może zwiększyć zyski ze sprzedaży nie tylko produktów wokół gry, ale również jej samej. Ja jestem najlepszym przykładem potencjalnego klienta – nie grałem nigdy w Mass Effect (jedynie widziałem gameplaye), jednak książką się zainteresowałem. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek się skuszę na zakup samej gry, jednak należę do jednej z grup docelowych, czyli książkoholików. Jeśli zainteresuje mnie jeden tom, wielce prawdopodobne, że zasilę budżet twórców poprzez samodzielne zakupy, lub namówienie tego osób, które przeczytają moją opinię. Co do tego drugiego nie jestem pewien, jednak to pierwsze jest prawdopodobne.

Od kiedy ludzie weszli do Rady, świat nie jest już takim samym miejscem. Samo słowo „świat” zmieniło zresztą swoje znaczenie – Ziemia nie jest już „centrum” dla wielu ludzi. Na przykład takich jak porucznik Cora Harper, która trafiła do Córek Talein, gdzie uczyła się jak zostać bezwzględną łowczynią. Ostatecznie jednak wraca na Ziemię, gdzie nie spotyka się ze zbyt miłym przyjęciem, zwłaszcza kiedy ludzie dowiadują się, że ma dołączyć do Inicjatywy Andromeda. Jej umiejętności mogą się wspomnianej Inicjatywie bardzo szybko przydać, okazuje się bowiem, że pewne ściśle tajne dane zostały wykradzione organizacji, a Cora Harper musi je odzyskać. Co nie jest takie łatwe nawet (albo zwłaszcza) dla biotyka.

Nie jest to książka pozbawiona wad (niestety), chociaż w ogólnym rozrachunku mi, człowiekowi w ogóle niezwiązanemu z grą, przemówiła do tych obszarów odpowiedzialnych za rozrywkę i radość z niej czerpaną. Dawno nie miałem okazji czytać akcji osadzonej w przestrzeni kosmicznej, z wszędobylską nowoczesną technologią oraz rasami pozaziemskimi. Na dodatek nie mam bladego pojęcia jak wydarzenia opisane w „Mass Effect. Andromeda: Inicjacja” mają się do świata samej gry (należy oczywiście pamiętać, że jest to prequel), jednak zdecydowanie zachęciła mnie do sięgnięcia po coś więcej niż tylko gameplaye. Nie tylko inne książki z tej serii, ale być może również samą grę – kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości.

„Na każdej planecie, wśród wszystkich ras, zasrana biurokracja była zawsze taka sama”.

Wspomniałem już, że tytuł ten nie jest pozbawiony wad. Jedną z głównych jest zbyt szybkie prowadzenie czytelnika pomiędzy kolejnymi scenami. Cała akcja przypominała nieco błyskawiczne przeskakiwanie pomiędzy kolejnymi misjami w dowolnej grze RPG, gdzie zakończenie pewnego etapu oznacza nagły spokój, ucięty jak nożyczkami. W jednej chwili wszystko się zagęszcza, dochodzi do punktu kulminacyjnego, a już w następnym jesteśmy niemalże parę lub paręnaście dni czy tygodni później, gdzie wszystko wygląda jakby opisywanych jeszcze przed chwilą zdarzeń w ogóle nie było. Wprowadza to nieco dyskomfortu podczas czytania i niszczy dynamikę całej historii. Przed oczami dosłownie wyskakiwały mi co chwila plansze informujące o zakończeniu misji, jej przedłużeniu lub rozgałęzieniu z wielkim przyciskiem „Przyjmij”. Natomiast po ich zakończeniu przycisk z możliwością teleportacji do „bazy”.

Bardzo pozytywnie natomiast zaskoczyło mnie to, że nie czułem się wcale niedoinformowany czytając, jakby nie patrzył, drugi tom cyklu. Zapewne wielu rzeczy nie zrozumiałem, które wyjaśnione zostały (lub miały swój początek) w poprzedniej powieści, ale absolutnie tego nie czułem. Nie jestem niestety w stanie określić, czy przypadkiem niektóre wydarzenia nie okażą się spoilerami, jednak tego się nie dowiem dopóki sam nie przeczytam pierwszej części. Nic jednak na to nie wskazuje, więc jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Co prawda nie jest dobrą praktyką czytanie nie po kolei, ale wiele serii jest tak skonstruowanych, że zapoznanie się z którymś z kolei tomem bez znajomości wcześniejszych nie jest wielkim problemem. Być może się mylę i w tym przypadku nie jest to dobrym pomysłem, jednak po przeczytaniu tylko „Inicjacji” stwierdzam, że można ją spokojnie przeczytać bez znajomości poprzedniej.

Przyjemna lektura, nie jest co prawda pozbawiona wad, ale bardzo zachęca do sięgnięcia po inne książki z tej serii. Potrafi wciągnąć i przyszpilić czytelnika na dłuższy czas, chociaż niestety te klocki, z których się składa, potrafią równie skutecznie odrzucić na krótką chwilę. Nie jest to może powieść najwyższych lotów, jednak z wielką chęcią spróbuję w przyszłości zatonąć w odmętach kosmosu, jaki niektórzy z pewnością znają z wizji Mass Effect. Sam świat (albo raczej wszechświat) przedstawiony w książce wcale nie odbiega mocno od najbardziej popularnych wyobrażeń podróży kosmicznych i nie ma ogromnej ilości nawiązań do nowoczesnych technologii, co mogłoby niektóre osoby nieco przytłoczyć. Po prostu kawał fajnej, lekkiej, przyjemnej w odbiorze, chociaż posiadając swoje problemy powieści.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



Cykl „Mass Efect: Andromeda”
Mass Effect: Andromeda: Nexus Początek | Mass Effect. Andromeda: Inicjacja

poniedziałek, 12 listopada 2018

[KONKURS] „Legendy Archeonu” Thomasa Arnolda

Zapewne wielkim zaskoczeniem nie jest, że patronuję „Legendom Archeonu” – pierwszej powieści fantastycznej, która wyszła spod pióra jednego z moich ulubionych twórców thrillerów, czyli Thomasa Arnolda. A skoro patronuję, to można było się spodziewać konkursu, w którym do wygrania będzie właśnie ta książka, prawda? :) Niniejszym więc taki konkurs ogłaszam! Jeśli zastanawiacie się, jak Thomas Arnold wypadł w zmianie gatunku tworzonych książek, to macie niebywałą okazję się o tym przekonać na własne oczy. Co prawda autor umożliwił wcześniejsze spróbowanie jego twórczości w postaci fragmentów „Legend Archeonu”, które można przeczytać na jego oficjalnej stronie, ale jednak co cała powieść, to cała powieść, prawda? :) Chociaż fragmenty zdecydowanie mogą się Wam przydać w samym konkursie…

Wcześniej jednak przedstawię krótki opis fabuły, który udostępnia autor na swojej stronie oraz który widnieje na stronie Wydawnictwa Vectra:

„Po ucieczce pierwszych ludzi z Terenów Centralnych i opanowaniu tych ziem przez olbrzymów, gigantów i niszczycieli, Archeon pozostawał przesiąknięty strachem, śmiercią oraz pierwotnym złem powołanym do życia przez Stwórców. Ku swej uciesze sprowadzali oni na świat kolejne monstra pustoszące lądy i oceany, a ich jedynym celem była chęć niszczenia tego, co już istniało. Pożoga i zagłada trwały setki lat, ale również i ta era, jak każda, miała swój początek oraz koniec, zapisując się w legendach. Krew wsiąkła głęboko w ziemię, która na powrót przyjęła brunatną barwę, a rozkładające się ciała dały początek nowemu życiu. Strach uleciał i rozproszył się w powietrzu niczym dym z przygaszonej pochodni. W tym wszystkim jedynie Śmierć pozostała niezmienna. Cierpliwie czekała na odważnych, którzy postanowili wrócić i ponownie określić się mianem Archeonów – pierwotnej nacji zamieszkującej niegdyś Tereny Centralne.”

Jeśli nie czujecie się w 100% przekonani czy warto wziąć udział w konkursie i wygrać „Legendy Archeonu” to zapraszam również do zapoznania się z fragmentami udostępnionymi przez autora oraz mapą i linią rodu. Jeśli czujecie się w 100% przekonani, to… i tak polecam się zapoznać z poniższymi linkami – przydadzą się do zadania konkursowego. :D 


Kliknij tu, aby przejść do strony autora!


ZADANIE:

Literatura fantastyczna bardzo często może pochwalić się ogromną liczbą postaci występujących w utworach. To zawsze ogromne wyzwanie dla autorów stworzyć i opisać tak dużą ich liczbę, natomiast dla fanów jednym z marzeń jest osadzenie w powieści postaci stworzonych przez nich samych. Właśnie teraz macie szansę na zarysowanie postaci, która może pojawić się w drugim tomie „Legend Archeonu”! Na podstawie dostępnych fragmentów pierwszego tomu powieści podajcie imię nowej postaci, która mogłaby zostać wprowadzona w kontynuacji, wraz z bardzo krótkim jej opisem (maksymalnie dwa do trzech zdań). W zupełności wystarczy kim jest z zawodu/powołania i jakimi cechami się charakteryzuje. Jedynie imię wraz z bardzo pobieżnym rysem – bez charakterystyki postaci.

Odpowiedzi proszę wysyłać na adres zpiorem@gmail.com. Autor, czyli Thomas Arnold, wybierze postać, która według niego najlepiej pasuje do zamieszczonych informacji i to właśnie do tej osoby zostanie wysłany egzemplarz „Legend Archeonu”. :) Co więcej! To właśnie imię tej postaci zostanie umieszczone w kolejnym tomie powieści!

Całość przebiegnie mniej więcej w ten sposób:


  1. Następnego dnia po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń wyślę zestawienie odpowiedzi BEZ JAKICHKOLWIEK DANYCH IDENTYFIKACYJNYCH do autora, Thomasa Arnolda. W dokumencie będą same odpowiedzi.
  2. Kiedy otrzymam wybrane, zwycięskie imię postaci, opublikuję w osobnym poście na blogu post, w którym poinformuję, które imię wygrało, ale bez publikacji jakichkolwiek danych identyfikacyjnych autora odpowiedzi.
  3. Osobiście odezwę się do osoby, która wygrała z prośbą o podanie adresów do wysyłki nagród. Adres ten zostanie następnie przekazany Thomasowi Arnoldowi w celu wysłania nagrody.
REGULAMIN:

1. Organizatorem konkursu jest właściciel i autor bloga „Z piórem wśród książek”, dostępnego pod adresem https://zpiorem.pl.
2. Fundatorem nagród jest autor, Thomas Arnold.
3. Nagrodami w konkursie jest egzemplarz książki autorstwa Thomasa Arnolda – „Legendy Archeonu”, wydany przez Wydawnictwo Vectra.
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest wysłanie e-maila wraz z odpowiedzią na pytanie konkursowego do Organizatora konkursu, na adres zpiorem@gmail.com.
5. Konkurs trwa od 12.11.2018 roku do 20.11.2018 roku. Zgłoszenia można przesyłać do północy w nocy między 20.11.2018 r., a 21.11.2018 r.
6. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w drodze wyboru przez autora książki, Thomasa Arnolda.
7. Podczas konkursu jedyne zbierane przez Organizatora konkursu dane to adresy e-mail skrzynek, z których wysłane zostaną odpowiedzi konkursowe oraz adres zwycięzcy, pod który zostanie wysłana nagroda. Adres zostanie zebrany przez Organizatora i przekazany Fundatorowi i nie będzie udostępniany innym podmiotom w żadnym celu.
8. Wyniki w postaci publikacji w osobnym poście samych zwycięskich odpowiedzi (bez podawania danych identyfikujących ich autorów) zostaną opublikowane maksymalnie trzy dni robocze po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. Organizator skontaktuje się ze zwycięzcą poprzez odpowiedź na wysłane zgłoszenie.

Psst… A może macie konto na Facebooku? Jeśli tak, to zapraszam do kolejnego konkursu, w którym możecie wygrać drugą książkę Thomasa Arnolda – thriller „Mauzoleum”!



sobota, 10 listopada 2018

Bardzo chcę! #51 – „Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniel Philbrick

„Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” Nathaniel Philbrick
Źródło: Lubimy Czytać
Na blogu ostatnio jest mnóstwo fantastyki, więc przydałoby się dać Wam trochę od niej odpocząć – nawet jeśli „tylko” przy zachciewajce! W moich przepastnych listach książek, które bardzo chcę przeczytać nie jest wcale tak trudno wybrać coś z innego gatunku. Do literatury mam podejście podobne jak do muzyki – mogę słuchać naprawdę wielu rzeczy, z nielicznymi jedynie wyjątkami. Książki też mogę czytać przeróżne, chociaż niekoniecznie erotyki czy romanse przejdą mi przez oczy. Jednak pomiędzy fantastyką i kryminałami znajdzie się również miejsce na literaturę faktu, thrillery, horrory, a nawet obyczajówki czy książki historyczne w naprawdę szerokim tego słowa znaczeniu.

Tak naprawdę to „Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” trafiło do moich zachciewajek stosunkowo niedawno – nie musiało długo leżeć zamknięte na półce w serwisie Lubimy Czytać zanim ujrzało światło dzienne w postacie niniejszego wpisu. Niestety nie przypomnę sobie, u kogo dokładnie widziałem opinię o tej książce, nawet jeśli zostanę poddany torturom. :( Najczęściej przeglądam interesujące mnie rzeczy w konkretnych blokach czasowych i robię to hurtem, więc dość często mi się myli gdzie co dokładnie widziałem. Zapewne jest to jedna z tych trochę negatywnych konsekwencji zapisywania absolutnie wszystkiego, co się tylko da, aby uniknąć konieczności pamiętania o ważnych sprawach. :) Kalendarz, notatki i Nozbe – chyba bym się zgubił w życiu bez nich.

Nie ma co jednak za długo się produkować o rzeczach wokół sedna, a lepiej do niego przejść! „Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” to dokładnie to, czego można spodziewać się po tytule. Jest to historia przybycia Pielgrzymów do Ameryki Północnej w 1620 roku na pokładzie trójmasztowego galeonu Mayflower. Jest to spojrzenie zarówno na te przyjemne strony – początkowa pomoc, budowa nowych osiedli i miast – jak i te mniej miłe – wojny z rdzenną ludnością, pogromy i przelew krwi. Aby lepiej przyjrzeć się książce, zerknijmy na opis samego Wydawnictwa Poznańskiego:

„Finalista Nagrody Pulitzera. 
W roku 1620 purytańscy osadnicy na statku Mayflower pożeglowali ku Nowemu Światu, uciekając przed religijnymi prześladowaniami w rodzimej Anglii. Wylądowali pod Plymouth Rock w Massachusetts. Pomimo głodu i wyczerpania los im sprzyjał - zaprzyjaźnieni Indianie nauczyli ich wysiewu zbóż i pomogli uczcić pierwsze Święto Dziękczynienia. Z tego obiecującego zalążka rozwinęły się Stany Zjednoczone. Taki mityczny przekaz jest utrwalony w powszechnym odbiorze. 
W rzeczywistości Indianie i angielscy koloniści nie żyli w tak idyllicznym stanie wzajemnej pomocy. Pierwsze półwiecze kontaktów wypełniały rywalizacja i kompromisy. W kolejnym pokoleniu ten kruchy pokój przerodził się w jedną z najkrwawszych wojen stoczonych na amerykańskiej ziemi, dając początek trwającej dwa wieki eksterminacji rdzennej ludności. Marzenia o stworzeniu idealnego świata szybko zderzyły się z brutalną rzeczywistością, a po nieudanej próbie zniewolenia Indian sięgnięto po niewolników z Afryki.
„Mayflower. Opowieść o początkach Ameryki” to wyjątkowa i niezwykle wciągająca książka o odwadze, wspólnocie i walce. Daleko w niej od utartych stereotypów, a poplątane losy głównych bohaterów dramatu: Williama Branforda – pierwszego gubernatora kolonii, Benjamina Churcha – walecznego pogromcy tubylców, Massasoita i Króla Filipa – nieszczęsnych wodzów Indian, są tego najlepszym dowodem.”

Czujecie się zainteresowani? :) 


wtorek, 6 listopada 2018

„S.N.U.F.F.” – Wiktor Pielewin

„S.N.U.F.F.” – Wiktor Pielewin
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Wiktor Pielewin
Tytuł: S.N.U.F.F.
Wydawnictwo: Psychoskok
Tłumaczenie: Aleksander Janowski
Stron: 438
Data wydania: 3 października 2018



Proza Wiktora Pielewina nie należy do najprostszych w odbiorze – tak rzeczą opinie. Po moim ostatnim spotkaniu z twórczością tego autora, zgadzam się w stu procentach. „Miłość do trzech Zuckerbrinów” było wymagającym tytułem, ale jednocześnie bardzo treściwym i zmuszającym do myślenia. Pomimo tego, że wśród książek, które czytam, dominuje fantastyka oraz kryminał, to jednak lubię przeczytać również coś ambitnego, co poruszy moje szare komórki do czegoś więcej niż czerpania prostej przyjemności. Liczyłem więc na to, że „S.N.U.F.F.” mi to zapewni, i to na dodatek w postaci powieści, którą można w pewnym sensie pożenić z tym, co czytam na co dzień. Nie przeliczyłem się, chociaż z tym pożenieniem to bym chyba jednak nie szarżował.

Od lat ludzie toczą wojnę z Orkami – tak im bliskimi, a tak dalekimi. Technicznie rozwinięte Bizancjum (lub Big Biz, jak kto woli) unosi się dumnie nad Urkainą, którą zamieszkują Orkowie. Już ponad dwieście wojen zostało zorganizowanych z niesamowitą precyzją, a we wszystkich udział brali podniebni piloci z kamerami, nagrywający snuffy, czyli krótkie filmiki, którymi karmią się masy. Bogaci, wspaniali, niesamowici, elita z elit. Tną powietrze równie ostro jak Orków. Na wszystko spogląda Manitu, który – mimo różnic między rasami – wyznawany jest przez obie strony konfliktu, to zsyła wojnę jako karę i pokój jako nagrodę.

„Z mężczyznami to nie wygląda tak okropnie. W końcu rodzaj męski jest i tak dostatecznie brzydki sam z siebie – za całe piękno wystarcza mu, jak to się mówi, testosteron i portfel”.

Twórczość Wiktora Pielewina zdecydowanie nie jest prosta. Warto o czym przypominać dość często, aby przypadkiem nie wziął się za nią czytelnik, który chce tylko prostej rozrywki. Nie otrzyma jej. „S.N.U.F.F.” to miejsce pełne analogii, porównań, metafor i aluzji. Najlepiej to widać w przypisach tłumacza, Aleksandra Janowskiego (który swoją drogą wykonał naprawdę tytaniczną pracę, chapeau bas), które zawierają krótkie ale treściwe wyjaśnienie niektórych z nawiązań autora do wydarzeń lub osób ze świata współczesnego lub historii. Cały świat stworzony przez Wiktora Pielewina to nic innego jak bardzo pokrzywiona karykatura współczesnego świata, która zawiera mnóstwo prześmiewczych porównań oraz zhiberbolizowanych stereotypów.

Całość rozpatrywana jest z dwóch perspektyw – jednego z asów Bizancjum, przedstawiciela Big Biza, który zdecydowanie należy do czegoś w rodzaju klasy wyższej. Jest pilotem kamery kręcącej snuffy (można to uznać za odpowiednik virala lub po prostu krótkiego filmu wrzucanego na portale społecznościowe), uznawane w świecie stworzonym przez Pielewina za coś w rodzaju świętego odłamka. Zarówno same snuffy, jak i cała technologiczno-duchowa otoczka stworzona wokół nich to ponownie jeden wielki zlepek analogii i metafor. Większość z nich pełna jest absurdu tak groteskowego, że czasem aż ciężko jest odebrać go na poważnie. Można powiedzieć, że podczas lektury „S.N.U.F.F” człowiek zaczyna się zastanawiać nad poprawnymi definicjami słów „satyra” oraz „groteska” oraz w jaki sposób umiejscowić tę powieść na diagramie zawierającym oba te słowa.

„Dlatego jeżeli w kinie jakiś naród stale ukazywano jako morderców i zboczeńców, to w rzeczywistości stawało się to wiadomościami, mimo że oficjalnie nadal było filmem”.

Druga perspektywa to świat widziany oczami Ukra (Orka) o imieniu Grym, który bierze udział w jednej (kolejnej) z wojen między ludźmi z Big Biza a mieszkańcami Urkainy (Urkaganatu). Pod względem zagęszczenia metaforami i alegoriami ta część nie ustępuje w niczym wcześniej wspomnianej „ludzkiej”, chociaż widać tutaj zdecydowanie inny styl pisania. Bardziej… normalny, stonowany, prosty. Autor ukazuje proste życie mieszkańców Urkainy, ich historię oraz powody wciąż postępującego zacofania technologicznego. Do granic absurdu również doprowadza stopień duchowości oraz stosunek zagęszczenia zabobonów w odniesieniu do wspomnianego upadku technologicznego. Ciężko jednak nie zauważyć jawnego szyderstwa Wiktora Pielewina zarówno ze strachu przed nowymi technologiami, jak i z apoteozy niskich lotów rozrywki przez nie zapewnianej. 

„S.N.U.F.F.” może zostać uznany przez wiele osób za zwyczajną grafomanię, pełną niezrozumiałych neologizmów, będącą przerostem formy nad treścią. W pozytywnym odbiorze nie pomaga dość swobodne podejście autora nie tylko do wykorzystanego słownictwa, ale również do tematów poruszanym na łamach książki. Luźne nawiązania do seksu oraz przeróżnych fetyszy mogą stanowić dla wielu osób barierę nie do przebrnięcia. Można się jednak równie mocno zachwycać przekazem oraz jego formą, jak również bogactwem poruszonych wątków. Można także – jak na przykład ja – dojrzeć w tej książce mnóstwo prawdy, dostrzec pewnego rodzaju geniusz Wiktora Pielewina i jednocześnie uważać całość za nieco zbyt skomplikowaną, choć wciąż bardzo dobrą. Innymi słowy – ile osób, tyle będzie opinii o „S.N.U.F.F.”, i to niekoniecznie samych pozytywnych.

„– Historia ludzkości – przerwał mu człowiek – jest historią masowej dezinformacji”.

Ciężko jednoznacznie ocenić ten utwór, zwłaszcza jeśli chciałoby się zachować jakikolwiek obiektywizm. Ciężko również przekonywać do sięgnięcia po tę książkę, lub do porzucenia tego pomysłu. Łatwo jest natomiast ostrzec przed trudną formą i zachęcić do samodzielnego sprawdzenia. Jeśli tylko zdołacie przebrnąć przez wybitnie trudny tekst, który jest jedną, wielką metaforą, i dojrzycie choćby nawet to pierwsze dno, które Wiktor Pielewin próbuje jakoś załatać i uwydatnić jego problemy, to wówczas „S.N.U.F.F.” jest dla Was. Jednak jeśli wiecie doskonale, że zbyt duże zagęszczenie wielopoziomowych porównań to coś, przez co nie dacie rady przebrnąć, to zapewne macie rację. Choć być może będziecie żałować. :)

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


niedziela, 4 listopada 2018

Co pod pióro w listopadzie 2018?

Kolejny miesiąc – kolejny sukces z przeczytanymi i planowanymi książkami! Zasada mniejszego planowana okazuje się być w pełni skuteczna i sensowna. Planując cztery książki, udaje mi się te plany zrealizować (jeszcze więcej odmian słowa „plany”, jeszcze więcej!) nawet z nawiązką! Zamierzam się więc ich trzymać dopóty, dopóki nie okaże się, że nagle mam o wiele więcej czasu na czytanie. No, ewentualnie o wiele mniej. W końcu i taka możliwość wchodzi w grę. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć, prawda?

Tym razem nie ma samej fantastyki! Naprawdę! Co prawda kryminały ani jego pochodnych również nie znajdziecie raczej w nadchodzącym listopadzie na moim blogu, jednak myślę, że dwa tytuły z dwóch kompletnie różnych gatunków mogą być dość ciekawą alternatywą. Zwłaszcza, że jeden z nich to kolejna książka autora, który pojawił się już u mnie nie jeden raz, natomiast drugi to pewna niewiadoma, z którą jednak wiążę spore nadzieje.

Klasycznie wszystkie okładki pochodzą wprost z serwisu Lubimy Czytać. :)

„Lwowski ptak” – Piotr Tymiński
„Lwowski ptak” – Piotr Tymiński

Z Piotrem Tymińskim i jego twórczością miałem już kilka razy do czynienia i wszystkie te razy były bardzo udane. Autor świetnie łączy historię z fikcją, dzięki czemu jego powieści mają nie tylko walory edukacyjne (choć to zbytnie spłaszczenie przesłania, które ze sobą niosą), będąc jednocześnie łatwo przyswajalnymi historiami. Mam nadzieję, że i teraz tak będzie. :) 
„Sztuka skutecznego proszenia” – Guy Winch
„Sztuka skutecznego proszenia” – Guy Winch

Brzmi trochę jak jeden z kolejnych poradników pełnych coachowych treści, jednak w pewnym sensie opis jest nieco przewrotny. Ba, nawet podtytuł potrafi przyciągnąć moją uwagę! To on w głównej mierze namówił mnie na tę pozycję – narzekanie jest uznawane za sport narodowy każdego Polaka, a ja bym chyba mógł śmiało stawać w mistrzostwach krajowych! 

„Czerwony wariant” – Siergiej Niedorub
„Czerwony wariant” – Siergiej Niedorub

Jeszcze nawet 10% tego, co oferuje „Metro 2033” nie przeczytałem, a już się rzucam na „Metro 2035”! Trzeba iść do przodu jeśli tylko jest taka okazja, a o tym na pewno wiedzą mieszkańcy postapokaliptycznego świata, kryjący się w kijowskim metrze. Siergieja Niedoruba nie znam, choć ma na swoim koncie już kilka książek – nie mam pojęcia czego się mogę spodziewać, ale raczej pod szyld Metra nie trafiłoby coś słabego. :)

„Mass effect. Andromeda: Inicjacja” – Nora K. Jemisin, Mac Walters
„Mass effect. Andromeda: Inicjacja” – Nora K. Jemisin, Mac Walters

Nie grałem, nie czytałem żadnej książki z tego Uniwersum, ale słyszałem naprawdę wiele. Zarówno o samej grze, jak i literaturze, która powstała na jej podstawie i po prostu wokół niej. Dodatkową trudnością jest fakt, że jest to druga część „Andromedy”, jednak napisana przez innych autorów. Duża niespodzianka, ogromna niewiadoma, ale w końcu Wydawnictwo Insignis jak dotąd było zawsze gwarancją dobrej jakości!

A Wy jakie macie plany na ten miesiąc? :)


piątek, 2 listopada 2018

Podsumowanie październik 2018

Minął miesiąc, w którym już niemalże nikt nie ma wolnego – a w każdym razie nie takie ustawowe, w pełni legalne, bez konieczności brania urlopu lub zrywania się z zajęć. :) Wróciły czasy komunikacji miejskiej, dojazdów do pracy/na uczelnię, a co za tym idzie więcej możliwości czytania. Co prawda mnie to nie dotyczy (stety i niestety), bowiem pracuję zdalnie, z domu, ale u części z Was na pewno liczba przeczytanych stron wzrosła! O dziwo u mnie też, jeśli porównamy to do poprzedniego miesiąca, chociaż nie wiem do końca z czego to może wynikać. Zwłaszcza, że ostatnia książka, czyli „S.N.U.F.F.” Wiktora Pielewina szła naprawdę bardzo wolno. Nie dlatego, że była kiepska – po prostu nie była zbyt łatwa w odbiorze.

Miesiąc więc minął mi całkiem nieźle. Bywały dni, w których naprawdę mało czytałem (a nawet pod koniec października takie, w którym sobie grałem po prostu w Aground – ciekawe, choć niezbyt wymagające połączenie minera i RPG). Prywatnie również nie mam na co narzekać, po prostu miesiąc jak każdy inny. Ani zły, ani dobry – ot, po prostu dni sobie minęły. :) Czasem nie jest to dobry znak, ale dopóki czuję się komfortowo z tym, jak życie mija to chyba jest jeszcze dobrze, co nie? W każdym razie miesiąc ten raczej nie zapadnie mi w pamięć ani jako rewolucyjny, ani przygnębiający.

Wydaje mi się, że wystarczy w zupełności tego nieco przydługiego wstępu i można przejść prosto do samego podsumowania. A w nim jak zwykle ten sam zestaw diagramów, wykresów i po prostu zwykłych danych. :)


Twardo się tej piątki nieszczęsnej trzymam, choć nie mam pojęcia dlaczego. :) Jakoś tak wychodzi samo z siebie – staram się utrzymywać te same godziny czytania (inaczej mógłbym w ogóle omijać książki w natłoku innych zajęć), więc zapewne stąd właśnie ta regularność. Liczba stron per dzień poszła w górę, chociaż tutaj może mieć (i na pewno ma) znaczenie wielkość fontów, interlinia, marginesy i cała reszta otoczki wydawniczej.


Pierwsze co mi się rzuca w oczy to na pewno odrobinę większy procent powracających użytkowników. Ciężko orzec czy to dobrze czy źle, ale na pewno oznacza to, że (teoretycznie) więcej osób, które choć raz zajrzały na mojego bloga, wracają do niego. Z drugiej strony współczynnik odrzuceń jest rekordowo wysoki, jednak ten na blogach książkowych niezbyt często jest niski. Przy okazji jego duża wartość w naszym przypadku nie oznacza niczego złego. Niestety również dwie osoby „odlubiły” mój fanpejdż na Facebooku, jednak trzeba się liczyć z tym, że takie rzeczy się będą zdarzały. Zapewne zmieniło się coś (być może duża przewaga fantastyki nad kryminałami/thrillerami), co spowodowało, że obserwowanie mojego bloga nie jest już dla tych osób atrakcyjne. :) 


Tutaj mała niespodzianka. Jestem w lepszej sytuacji niż myślałem! Zazwyczaj prowadzę te statystyki bazując na podliczeniu milimetrów na stronie z recenzjami z danego roku. Robię to tam ręcznie, więc niestety istnieje możliwość pomyłki. Takowa jak się okazało nastąpiła – odkryłem to po dodaniu sumowania tych wartości w moim arkuszu, w którym trzymam dane dotyczące przeczytanych w danym roku książek. Tam robi to za mnie automat, więc nie może być mowy o pomyłce, jeśli tylko dane się zgadzają (a zgadzają się). Gdzieś zjadłem ze dwie książki i nie dodałem ich grubości na stronie podsumowującej 2018 rok, a co za tym idzie miałem nieco niższy wynik niż w rzeczywistości. :) Tadam! Prawie 90%! Muszę to mieć! :)


Wydawać by się mogło, że dość biednie w tym miesiącu wypadam pod względem zdobyczy, ale brakuje tutaj czegoś, co zazwyczaj się pojawiało. Wiecie już cóż to jest? Tak, to King i książki z kolekcji. :) Po prostu wysyłka tej paczki miała miejsce 31 października, więc siłą rzeczy nie mogła do mnie dotrzeć w minionym miesiącu. Kolejne tomy Mistrza Grozy zasilą jednak moją biblioteczkę w listopadzie!

Skoro październik był takim ciekawym, „piątkowym” miesiącem, to warto przypomnieć te pięć przeczytanych książek:

1. "Spektrum" - M. Raduchowska
2. "Pierwsze słowo" - M. Kisiel
3. "World of Warcraft: Traveler. Wedrowiec" - G. Weisman
4. "Cienie tożsamości" - B. Sanderson
5. "S.N.U.F.F." - Wiktor Pielewin

Ogromnym zaskoczeniem dla mnie jest fakt, że w październiku najpopularniejszym wpisem według Google Analytics był post pod tytułem „Czy nowe książki można kupić na wagę?”, który został napisany w 2015 roku! Nieźle. Kolejnym zaskoczeniem (pozytywnym oczywiście) jest to, że tym razem to Kasia z Kącika z Książką wygenerowała mi najwięcej wejść z blogów książkowych. Dzięki wielkie! :D

A jak Wam minął miesiąc?