czwartek, 10 czerwca 2021

Bardzo chcę! #81 – „The Crown. Oficjalny przewodnik po serialu” Robert Lacey

Swego czasu „The Crown” był niesamowicie popularnym serialem – oglądało go wiele osób, a kolejne sezony witane były dość entuzjastycznie. Nic więc dziwnego, że z wielu stron ktoś próbuje ukroić sobie kawałek tego tortu i nakarmić swą kieszeń – zarówno tę fizyczną, na pieniądze, jak i tę, w której zbieramy punkty sławy. Robert Lacey spróbował zrobić to, co wielu autorów „przewodnikach po serialach” przed nim i wziął na tapet kulisy powstawania oraz anegdotki czy ciekawostki z planu. Po bardzo przyjemnym spotkaniu z „Ogień nie zabije smoka”, który opowiadał o „Grze o tron”, postanowiłem wrzucić na swoją listę chciejek również „The Crown. Oficjalny przewodnik po serialu”. Bo i czemu by nie?

Czasem lubię sobie poczytać o takich smaczkach z planu, czy o tym, kto tam był największym śmieszkiem lub jakie najgłupsze rzeczy wydarzyły się komuś w trakcie castingu. Historie od kuchni zawsze mnie kręciły i sprawiały, że zaśmiewałem się do rozpuku! No, pod warunkiem, że zostały przyjemnie opisane, a nie w sposób sugerujący ciosanie tępą siekierą. Liczę na to, że tak poważny serial, jak „The Crown”, miał pod maską mimo wszystko dużo radości i śmiechu podczas jego powstawania. W końcu niektóre z odcinków były naprawdę poruszające.

Spójrzmy jednak w jaki sposób opisuje książkę Wydawnictwo Kobiece, które jest odpowiedzialne za polską wersję:

„Pierwsza część oficjalnego przewodnika po serialu »The Crown«. Odkryj sekrety brytyjskiej korony za zamkniętymi drzwiami Pałacu Buckingham i 10 Downing Street.

Nagła śmierć ojca sprawiła, że dwudziestopięcioletnia kobieta stojąca u progu zmagań z nową rolą – matki i żony – musiała zostać monarchinią. To właśnie wtedy Elizabeth Mountbatten stała się królową Elżbietą II. Gdy Wielka Brytania wyszła z cienia wojny, Elżbieta II stanęła przed wielkimi wyzwaniami – nie tylko politycznymi, ale też osobistymi. Na przestrzeni lat wspięła się na wyżyny determinacji i wykazała niezwykłą siłą oraz niezłomnością, walcząc o dobre imię królestwa”.

Zachęceni? :D 

piątek, 4 czerwca 2021

Co pod pióro w czerwcu 2021

Zaraz nam minie pół roku, zauważyliście? Niby tak sobie te miesiące mijają, niby człowiek przecież wie doskonale, że czerwiec to szósty miesiąc, ale dopiero gdy zaczynałem pisać tego posta, to w pełni sobie zdałem z tego sprawę. Jeszcze tylko drugie tyle i znowu będzie Sylwester oraz składanie postanowień noworocznych! No, ale po drodze mamy jeszcze lato, które czort jeden wie jaką pogodą nas uraczy. Jakoś tak trudno przewidzieć w 2021… Na pewno będzie to dobra okazja do czytania, niezależnie od tego, czy za oknem będzie deszcz, czy też słońce! Chociaż u mnie czerwiec pewnie nie będzie się jeszcze różnił zbyt wiele od innych miesięcy.

Ponownie nie próbuję sobie planować zbyt wiele. Niby kwietniowy zastój minął, ale wciąż nie jestem w stanie przeczytać tyle, ile mogłem kiedyś. W związku z tym ponownie zaplanuję sobie jedynie trzy tytuły do ogarnięcia, w tym oczywiście przerzucaną już od kilku miesięcy „Dzielnicę obiecaną”... Nie mogę się do niej w ogóle zabrać, nie mam pojęcia czemu, ciągle coś innego i coś innego. No ale do X razy sztuka, więc tym razem to się już musi udać. Co oprócz tego? Sami zobaczcie!

Jak zawsze wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Dzielnica obiecana” – Paweł Majka

Tak, wiem, ten tytuł pojawia się tutaj już chyba piąty raz z rzędu, jak nie lepiej… Chyba nawet jeszcze w 2020 wpisywałem go na listę „planów”. Tym razem jednak koniec z przekładaniem, ponieważ „Dzielnica obiecana”, czyli postapo w Krakowie, wjeżdża w czerwcu jako pierwsze!

„Drażliwe tematy” – Neil Gaiman

Dawno nie czytałem żadnego zbioru opowiadań (no, chyba że zaliczymy do niego „Atlas chmur”...), a Neil Gaiman to bardzo znane nazwisko w świecie literatury fantastycznej. Ta książka też już trochę leży u mnie na półce (a wygrana została w konkursie), więc to chyba najwyższy czas, by po nią sięgnąć.

„Inaczej” – Radosław Kotarski

Tę książkę mam już od… fiu fiu, od kiedy preordery zostały wysłane! Wygląda więc na to, że lektura „Inaczej” zdecydowanie może mi się przydać, bo chyba mam małe problemy z organizacją pracy. No a właśnie o tym ta książka jest – jak można pracować inaczej, żeby było łatwiej, przyjemniej, no i optymalnie.

AUDIOBOOKI

Na książki papierowe czy elektroniczne mogę nie mieć czasu, ale na audiobooki zawsze go znajdę! Ostatnio bardzo uaktywnili się twórcy podcastów, których słucham, więc czasu na książki w formie audio nieco mniej (chociaż samego czasu na słuchanie nie ubywa), więc też nie będę szalał z liczbą tytułów. Myślę, że na wstępie te trzy w zupełności wystarczą, a potem zobaczymy, jak się rozwinie sytuacja!

  • „Ostatni taki szczyt. Jak zdobyto Kanczendzongę” – Mick Conefrey
  • „Biel. Kolory zła” – Małgorzata Oliwia Sobczak
  • „Policjantki. Kobiece oblicze polskich służb” – Marianna Fijewska


środa, 2 czerwca 2021

Podsumowanie maja 2021

Pamiętacie równie zimny maj, co w tym roku? Ja chyba nie… Chociaż dla mnie wcale nie było źle! Co prawda nie mogłem jeszcze wystawić moich owadożerów na balkon, bo mogłyby mieć do mnie uzasadnione pretensje spowodowane temperaturami w nocy, jednak sam jestem zimnolubem i wolę nieco… niższe temperatury. Kiedy wszyscy chodzili w jakichś kurtkach, ja szczęśliwie hasałem po parku na krótki rękaw! Było kilka fajnych dni, w których temperatura nie przekraczała 20°C, a do tego słonko całkiem przyjemnie przygrzewało, ale tak ogólnie to nie było w sumie źle.

Udało mi się też przełamać ten zastój z kwietnia! Wróciłem do starych nawyków (wcale nie chodzi o to, że znudziła mi się pewna gra mobilna, która pożerała całkiem sporo czasu…), więc pochłonąłem więcej pozycji niż w poprzednim miesiącu. A do tego całkiem niezłych pozycji muszę przyznać! Taką perełką jest zwłaszcza „Mitologia Słowian” Aleksandra Gieysztora, która okazał się naprawdę genialną kopalnią wiedzy dotyczącą wierzeń słowiańskich! Nic jednak dziwnego, skoro autor był swego czasu autorytetem w tej dziedzinie oraz osobą, która w pewnym sensie przewróciła do góry nogami podejście do tematu mitologii Słowian oraz jej istnienia.



Trochę lepiej niż w tamtym miesiącu, prawda? Przy okazji taka większa różnorodność. Sięgałem i po papier, i po e-booki, no i oczywiście po audiobooki! Znowu pewnie się przyzwyczaję do czytnika i jak później złapię klasyczną książkę, to będę chciał przewrócić strony, klikając w prawy skraj książki… Tak już miałem po ostatnim maratonie z czytnikiem! Przedziwne uczucie…

Nie brakuje u mnie cały czas chęci do słuchania podcastów. Tyle wartościowej wiedzy, którą można z nich czerpać, to aż szkoda porzucać. Chociaż odkąd dorzuciłem do listy twórców również Inwestomat (przegenialny, polecam!), to nie pojawiło się nic nowego. Czas z gumy nie jest, a jednak bardziej już nie przyspieszę odtwarzania, żeby miało to sens – teraz rozumiem wszystko, ale to są już te prędkości, przy których część dziesiętna robi ogromną różnicę…


W tym przypadku liczby mówią same za siebie. Ot, po prostu zsumowane minuty podcastów oraz audiobooków, które przesłuchałem w minionym miesiącu. Po co takie statystyki? Z prostego powodu – bo mogę i lubię!

Normalnie szał! Tyle filmów w jednym miesiącu to dawno nie oglądałem! Co prawda dość mocno zamuliłem z jakimikolwiek opiniami o nich w relacjach na Instagramie, ale cóż… Będzie to pewnie trzeba nadrobić! Skończyłem również genialny „The Morning Show” i czekam z niecierpliwością na kolejny sezon! 

A tutaj pełna lista seriali oraz filmów, które oglądałem w maju:

  1. „Labirynt fauna”
  2. „Ze śmiecią jej do twarzy”
  3. „Na noże”
  4. „Zwierzogród”
  5. „Friends. Reunion”
  6. „The Morning Show” (serial)
  7. „Castlevania” (serial)


Tej planszy chyba też zbyt mocno nie trzeba opisywać. Na samym blogu nie dzieje się zbyt wiele regularnych rzeczy, więc nie dziwi mnie spadek odwiedzin. A Instagram? Cóż, nigdy nie umiał w Instagrama… 

A skoro już o nim mowa, to takie oto zdjęcie cieszyło się największym wzięciem serduszek w maju:

Ponownie nie mam się czym chwalić, jeśli chodzi o zakupy… Nic nie kupiłem! Może to i dobrze, wszak do przeczytania czeka jeszcze tyyyle książek…

Na sam koniec, jak zwykle, lista przeczytanych przeze mnie tytułów, wraz z linkami do opinii!

  1. „Wszystko pochłonie morze” – M. Kubasiewicz
  2. „Projekt Jednorożec” – G. Kim
  3. „Wampir z Zagłębia” – P. Semczuk
  4. „Mitologia Słowian” – A. Gieysztor
  5. „Atlas chmur” – D. Mitchell
  6. „Netflix. To się nigdy nie uda” – M. Randolph
  7. „Od Z do A. Jak to zrobiliśmy?” – C. Bryar, B. Carr

A jak Wam minął miesiąc?


wtorek, 1 czerwca 2021

Zbiorczo spod pióra w maju 2021

Ależ ta nasza tegoroczna majówka zachęcała do czytania, prawda? Prawie w całej Polsce padało, wiało i ogólnie było mało grillowo. W niedzielę, 2 maja, to ja nawet pozwoliłem sobie na rozpustę w postaci spania przez dwie godziny w środku dnia! A na takie coś, to ja sobie praktycznie nigdy nie pozwalam. Zdarzają mi się oczywiście krótkie drzemki, tak zwane power napy, które trwają 20 minut, jednak tak długiego spanka to już od dawien dawna nie zaliczyłem. Żeby było ciekawiej, nie miałem wcale problemów z zaśnięciem w nocy! Tak, to była naprawdę dziwna majówka. Jak możecie się domyślić, wcale zbyt dużo nie przeczytałem na początku maja… Później nie było jakoś wybitnie dobrze, ale jakoś się dało radę!

Znowu miałem całkiem niezły miszmasz w odmianach gatunkowych. Po trosze wszystkiego, od fantastyki, przez reportaże true crime, aż po historię powstania firm. Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że nie lubię się zamykać na jedną odmianę, chociaż czasem mam ochotę dać się pochłonąć samej fantastyce i w ogóle z niej nie wychodzić… Tym razem jednak nawet się skusiłem na pokazanie również jednej z książek branżowych, czego zazwyczaj nie robię, żeby nikogo nie zanudzać! „Projekt Jednorożec” jednak jest fabularyzowanym „poradnikiem” (chociaż nie jest to w żadnym przypadku dobre słowo), który może się przydać każdemu w każdej branży. No, prawie każdej. Serio. 

Przejdźmy jednak już do krótkich opinii! Jak zawsze wszystkie zaprezentowane okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Wampir z Zagłębia” – Przemysław Semczuk

Format: Audiobook
Stron/długość: 15h 28m
Lektor: Mateusz Kwiecień

Bardzo poruszająca i bardzo niejednoznaczna historia schwytania oraz skazania Wampira z Zagłębia, czyli Zdzisława Marchwickiego. Chociaż pojawiają się również głosy twierdzące, że to nie on był seryjnym mordercą, który zabijał kobiety w latach 1960 – 1970. Przemysław Semczuk przedstawił nie tylko tyle danych dotyczących Zdzisława Marchwickiego oraz jego rodziny (bardzo… nieprzeciętnej), jak również kontrowersji, które przez lata narosły wokół całego procesu oraz postawiły pytanie, czy aby na pewno skazany został odpowiedni człowiek. Niezaprzeczalnie jednak nawet sama historia nieżyjącego już skazanego jest warta książki.

Dopracowana, bardzo szczegółowa książka, opisana neutralnie, ale bez omijania drastycznych szczegółów. Poznałem już styl Przemysława Semczuka przy okazji lektury „Czarnej wołgi” i w obu książkach był podobny – surowy, pozbawiony emocji, przekazujący fakty, pozwalający czytelnikowi samodzielnie wyrobić sobie opinię. Jest to istotne zwłaszcza w przypadku momentów opisujących kontrowersje w sprawie wyroku, ponieważ nie są one w żaden sposób jasno udowodnione jako prawdziwe lub nie. Po prostu autor przedstawia prosto i zrozumiale niuanse, które zostały wzięte pod lupę po latach. Dla części osób z pewnością będzie to bardzo wstrząsająca lektura.

„Mitologia Słowian” – Aleksander Gieysztor

Format: Audiobook
Stron/długość: 9h 55m
Lektor: Marcin Popczyński

Wow. Tak merytorycznych książek mi brakowało. W sumie to aż zbyt merytoryczne jak na audiobooka – chciałoby się aż jednak niektóre fragmenty przeczytać. Tak kilka razy. Autor wkopuje się bardzo głęboko we wszystkie dane historyczne, jakie się tylko da. Zaczyna od wyjaśnienia, czym w ogóle jest ta cała mitologia i czemu jednak można o niej mówić w kontekście słowiańskim. Następnie przebija się przez główny panteon bóstw z uwzględnieniem trójpodziału społeczeństwa, a niemalże wszystko łączy z genezami nazw oraz imion.

Dawno nie miałem okazji obcować z tak szczegółową i doskonale przygotowaną książką. Tylko uwaga, jest tam tyle informacji, że bardzo szybko uciekają z głowy! Po prostu nie da się ich zapamiętać. Poszczególne tematy są jednak ładnie uporządkowane, więc jeśli skusicie się na egzemplarz papierowy, to z pewnością szybko odnajdziecie interesujące Was zagadnienia. Nie jestem pewien, czy znajdę bogatsze i jednocześnie równie przystępne źródło wiedzy na temat tego, co można nazwać mitologią Słowian. Z czystym sercem polecam jako totalny laik!

„Projekt Jednorożec” – Gene Kim

Format: Papier
Stron/długość: 334
Tłumaczenie: Jacek Romański

Poprzednik tej książki, czyli „Projekt Feniks”, uznawany jest za jedną z podstawowych książek, które przedstawiają nie tylko samą metodologię DevOps, ale również potencjalną drogę, którą należy podążyć, aby wdrożyć ją w danej organizacji. „Projekt Jednorożec” powstał z myślą o uaktualnieniu swojego poprzednika i zastosowanie najnowszych metod oraz zasad wytwarzania oprogramowania, aby nieco odświeżyć trącającego już myszką ojca. Niestety nie jest już tak bardzo merytoryczny, jak poprzednik i przemęczyłem się w trakcie lektury. Chociaż trudno stwierdzić, że nie robi swojej roboty.

Gdyby wyciąć sporą część bardzo prymitywnie skomponowanej ekspozycji w dialogach między postaciami, a zamienić to w odrobinę więcej mięsa technicznego (wraz ze wskazaniem potencjalnych wad i zalet konkretnych rozwiązań), byłoby o wiele lepiej. Rozumiem, że stworzenie sfabularyzowanej wersji frameworka służącego do prowadzenia organizacji IT jest przeogromnym wyzwaniem i nie sądzę, żebym zrobił to lepiej, jednak pozostaje wiele niedociągnięć, które powodują, że traci się najważniejsze informacje. Nie mniej jednak warto się zapoznać z tą pozycją, nawet jeśli po prostu prowadzicie jednoosobową działalność gospodarczą. Znajdziecie tam wiele sposobów optymalizacji codziennej pracy oraz być może zidentyfikujecie wąskie gardła w swoim przepływie pracy.

„Atlas chmur” – David Mitchell

Format: E-book
Stron/długość: 544
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska

Książka ta powstała w 2004 roku, uznawana jest za jedną z perełek współczesnej literatury. No, może takich brylantów od razu, ale na pewno większość ludzi chociaż raz słyszała ten tytuł. Wiele polecanych rankingów z serii „Top 100” poleca ją jako konieczną do przeczytania. Szczerze? Bladego pojęcia nie mam czemu. Całość składa się z kilku historii bardzo luźno ze sobą powiązanych (w niektórych widać ewidentne nawiązania, chociaż pojawiające się raptem z raz czy dwa, ale w większości nie byłem w stanie tego dostrzec), a same w sobie nie są zbyt interesujące. Gdyby to była po prostu antologia, to uznałbym ją za co najwyżej przeciętną.

Na pewno na szacunek zasługuje umiejętność zabawy stylami. Zarówno po stronie autora, jak i tłumaczki – wyobrażam sobie, że nie była to prosta praca. Wiele opowieści nawiązuje stylistycznie do czasów, w których została osadzona akcja, lub do sposobu wysławiania się osób, które są narratorami. To wyszło naprawdę świetnie. Jednak niestety z większości historii nie byłem w stanie nic wynieść. Ani przemyśleń, ani po prostu jakiejś takiej radości z lektury. „Atlas chmur” niesamowicie mnie wymęczył, w wielu momentach musiałem się wręcz zmuszać do czytania, a te naprawdę intrygujące fragmenty można zliczyć na palcach jednej ręki. Chyba największe rozczarowanie w tym roku, przynajmniej jak do tej pory.

„Netflix. To się nigdy nie uda” – Marc Randolph

Format: Audiobook
Stron/długość: 11h 16m
Lektor: Bartosz Głogowski

Raczej do tej pory nie sięgałem po historie powstania i rozwoju firmy – chyba że możemy do tego zaliczyć opowieść o drodze do powstania Dooma. Jakby nie patrzył, było tam naprawdę dużo historii i różnych perypetii. Netflix oraz Amazon to dwie pierwsze firmy (wchodzące zresztą w skład FAANG, czyli piątki gigantów technologicznych), o których chciałem poczytać. Już niejednokrotnie słyszałem ciekawostki w stylu „czy wiesz, że Netflix na początku wysyłał płyty DVD swoim klientom”, ale jednak nie spodziewałem się, że za tym wszystkim kryje się aż tyle fajnych przygód oraz niepokojów. W końcu Netflix nie był jeszcze gigantem w trakcie pęknięcia bańki internetowej.

Dużym plusem jest to, że opowieść snuje Marc Randolph, który był założycielem oraz pierwszym CEO firmy. Nie jest to więc żaden dziennikarz, który próbuje zebrać do kupy wiele wiadomości, ale faktyczne wspomnienia kogoś, kto jest w pewnym sensie odpowiedzialny za sukces. Wiadomo, że wiele niewygodnych rzeczy zapewne zostało wyciętych, jednak to, co dostałem, bardzo mnie satysfakcjonuje. Wielu młodych przedsiębiorców może dowiedzieć się, z jakimi praktycznymi problemami mierzył się Netflix na początku kariery. Nie są to tylko peany na jego cześć, ale również nawet tak nieprzyjemne informacje, jak „odsunięcie” Ralpha z funkcji Dyrektora Generalnego, co paradoksalnie przyniosło firmie korzyści!

„Od Z do A. Jak to zrobiliśmy?” – Colin Bryar, Bill Carr

Format: Audiobook
Stron/długość: 12h 47m
Lektor: Bartosz Głogowski

Nie sposób jest mi nie porównywać tej książki do „Netflix. To się nigdy nie uda” autorstwa Marca Randolpha. Nie dość, że przeczytałem ją tuż przed historią Amazona, to na dodatek okazał się naprawdę interesującą historią. „Od Z do A. Jak to zrobiliśmy” w pewnym sensie faktycznie zasługuje na swój tytuł, gdyż totalnie różni się od wcześniej wspomnianej lektury. Tym razem mamy do czynienia z rozłożeniem powstania Amazona na czynniki pierwsze od ogółu do szczegółu. Nie uświadczycie tutaj również żadnej chronologii, która zwiększałaby apetyty na dalszy rozwój akcji. Książka ta jest raczej zbiorem wartości wyznawanych przez firmę oraz przedstawienie jej kultury pracy.

W detalach mamy tutaj wyjaśnione czternaście zasad przywództwa Amazona, ich proces rekrutacyjny oraz tło, na którym powstawał (wraz z popełnianymi błędami) oraz inne wewnątrzfirmowe procesy, dzięki którym gigant z Seattle jest w stanie tak sprawnie funkcjonować. Jest to więc raczej przepis na sukces Amazona niż sama jego historia. Trafia się parę anegdotek czy opisów, jak to na samym początku sam Jeff Bezos brał udział w niemalże wszystkich przedsięwzięciach, jednak tak naprawdę całość rozbierana jest już z perspektywy dobrze naoliwionej maszyny, która pracuje 24 godziny na dobę w kilku krajach. Czy jest to coś złego? Nie sądzę, chociaż osobiście wolałbym poznać nieco więcej… przyziemnych spraw.


poniedziałek, 17 maja 2021

„Wszystko pochłonie morze” – Magdalena Kubasiewicz

„Wszystko pochłonie morze” – Magdalena Kubasiewicz
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Magdalena Kubasiewicz
Tytuł: Wszystko pochłonie morze
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 412
Data wydania: 14 kwietnia 2021

Już dość długa chwila minęła, odkąd ostatni raz sięgnąłem po taką odświeżającą, polską młodzieżówkę. Właśnie to sobie najbardziej cenię w pozycjach wydawanych przez Uroboros – nie są to mega ambitne książki, które wymagają od czytelnika pełnego skupienia i dogłębnego zrozumienia poruszanych tematów. Są to najczęściej lekkie, ale klimatyczne i bardzo wciągające pozycje, które pozwalają odpocząć od cięższego kalibru dzięki swoim walorom, wśród których można wymienić piękny język, dobrze skonstruowany świat oraz często nietuzinkowe podejście do historii. Wszystkie te określenia pasują do „Wszystko pochłonie morze”, co bardzo mnie cieszy.

W świecie, w którym Siedem Wież Em-Da-Nana runęło już wieleset lat temu, do tej pory można odczuć echo magii, która towarzyszyła potężnemu czarownikowi. Leto Drakin nie dorównuje mocą nieżyjącemu już magowi, jednak jest wystarczająco potężny, aby władać żywiołem wody z mistrzowską wręcz wprawą. Jego umiejętności nie chronią jednak ani księcia, ani przyjaciela Leta przed niebezpieczeństwem. W świecie pełnym magii, po którym dawno temu chodziły syreny, nie ma jednak miejsca nawet na najmniejszy błąd. Chyba że chce się stracić nie tylko własne życie, ale również życie przyjaciół takich jak Aletha.

Przede wszystkim czuję w tej książce to, co czułem w poprzedniej powieści napisanej przez Magdalenę Kubasiewicz, czyli „Gdzie śpiewają diabły” – mega klimat. Trudno to ująć w słowa, ale kiedy czytałem „Wszystko pochłonie morze”, to nawet bardziej dynamiczne sceny, w których dochodzi do walki, są zasłonięte jakby delikatną mgiełką, która spowalnia wszystko i każe się po prostu nacieszyć chwilą. Tak, jakby faktycznie jakiś syreni czar został rzucony na czytelnika, żeby go unieruchomić i przywiązać do książki po wsze czasy. W sensie dosłownym i przenośnym. Mega fajna sprawa i wspaniała odmiana od ciągłego budowania napięcia – tu się po prostu płynie.

Wiecie, czego mi tu najbardziej brakuje? Tak naprawdę najmocniej, jak się tylko da? Mapy. Nie było jej ani w e-booku, ani w finalnym egzemplarzu. To są właśnie momenty, w których człowiek uświadamia sobie, jak bardzo ważna jest kartografia w służbie fantastyki. W książce pojawiało się sporo miejsc, nie tylko istniejących na terenie władanym przez księcia, ale również wrogowi czy sojusznicy, tacy jak Wyspy Lata lub Ard Yarch. Do tego dość istotną rolę odgrywa pewna wyspa, której również nie umiem sobie usytuować na mapie świata. Jeśli nie wiecie, że potrzebujecie takich rzeczy, przeczytajcie najnowszą powieść Magdaleny Kubasiewicz – być może docenicie mapy w innych książkach!

Świat wykreowany przez autorkę nie jest może jakoś szczegółowo opisywany, ale nad jednym warto się pochylić – nad detalami. Zazwyczaj twórcy próbują pokazać jakieś fundamentalne zasady panujące w uniwersum, natomiast Magdalena Kubasiewicz skupiła się nad szczegółami, taki jak obrzędy pogrzebowe czy wierzenia z nimi związane. W pewnym sensie czymś „większym” może być przedstawienie historii bóstw (w niezbyt rozbudowanej wersji, no ale jednak), bo w końcu to – jakby nie patrzył – są podstawy mitologii, jednak to te detale robią najlepszą robotę. Świetnie współgrają z taką spokojną, płynącą form powieści. Chociaż wiecie, czego mi brakowało i to mocno? Opisu jak dokładnie działa i na czym się opiera magia. Ona po prostu jest, a tak nie powinno być – chociaż plusem jest to, że magia żywiołów wydaje się wykorzystywać konkretny żywioł z najbliższej okolicy maga. Choć i to chyba nie zawsze…

Najmocniejsza i najlepsza część pojawia się jednak na samym końcu! Mam tylko mały problem, bo nie jestem w stanie przekazać swoich myśli bez żadnych spoilerów, więc jestem zmuszony trochę tak… kluczyć słowami. Żeby Wam za dużo nie zdradzić, ponieważ dla wielu osób może to być naprawdę zaskoczenie. Do tego pewnie spora część będzie się zastanawiała, czy to się naprawdę wydarzyło, czy może jednak nie. Jak się to rozwinie? Będzie nagły zwrot akcji, czy to dokładnie tak ma być? W mojej opinii autorka wybrała najlepsze wyjście z tej sytuacji, którą sama (świadomie) stworzyła. Chapeau bas!

Jest to naprawdę przyjemna lektura, zabierająca nas w świat pełen magii, starych legend, historii oraz intryg. Ciekawe połączenie, prawda? To był bardzo miły czas, który spędziłem przy lekturze – co najbardziej fascynujące, ani razu książka nie próbowała mnie, ani zniechęcić, ani zachęcić. Mam na myśli brak momentów znudzenia oraz brak takich cliff hangerów na końcu rozdziałów, które kazałyby mi czytać i czytać. Jeśli można powieść porównać do człowieka, to „Wszystko pochłonie morze” byłaby miłą, nienachalną osobą, z którą fajnie się spędza czas, ale która nie jest mocno absorbująca. Pozwala Ci cieszyć się chwilą i jednocześnie skupić się na swoich sprawach, kiedy spotkanie się zakończy. Bardzo mi brakuje takich książek.

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 10 maja 2021

Bardzo chcę! #80 – „Wyspa zombie” Øystein Stene

Źródło: Lubimy Czytać

No dobra, chyba wystarczy na jakiś czas tych wszystkich okołomedycznych książek, które lądują w moich chciejkach, prawda? Pora wrócić do czegoś bardziej… fantastycznego (jakkolwiek chcecie rozumieć to słowo w kontekście opisywanej dzisiaj książki) i wybrać nieco inne spojrzenie na zombie. Nawet nie na apokalipsę zombie, do której pewnie spora część czytelników jest przyzwyczajona. Po prostu do zombie zamieszkujących sobie „grzecznie” jedną z tajnych wysp. Mało kto wie o tej wyspie, albowiem służby wywiadowcze nie tylko Ameryki, ale również Europy, próbują utrzymać w pełnej tajemnicy jej istnienie.

Zapytacie pewnie dlaczego! Domyślacie się już, że wyspa ta jest pełna zombiaków? Ano jest, jednak tak naprawdę nie jest to scenariusz rodem z jakiegoś postapokaliptycznego świata, gdzie żywe, chodzące trupy próbują jeść mózgi i tak dalej. Tym razem te „trupy” próbują po prostu… żyć. W każdym razie mniej więcej to sugeruje zarówno opis lektury, jak i opinie czytelników. Takie spojrzenie na chodzących truposzy z ich perspektywy i to nie poprzez krzywe zwierciadło znane ze skądinąd całkiem przyjemnej komedii „Warm bodies”, ale trochę… bardziej przyziemne i dające do myślenia.

Spójrzcie zresztą sami, jak opisuje tę książkę wydawca:

„Labofnia. Wyspa ukryta przed resztą świata gdzieś pośrodku Atlantyku. Nie figuruje na żadnej mapie, nie istnieje w żadnych wspomnieniach. Służby wywiadowcze Ameryki i Europy robią wszystko, by nikt nie dowiedział się o tym miejscu.

Mieszkańcy Labofni odznaczają się niecodziennymi cechami. Ich ciała znacznie różnią się od ciał ludzi: niższą temperaturą, słabszym pulsem, zesztywnieniem, spowolnioną przemianą materii, brakiem oddechu…

Pewnego dnia na wyspę trafia rozbitek Johannes van der Linden. Nie jest do końca pewien, skąd wyruszył i dokąd trafił. Otrzymuje schronienie i zostaje otoczony opieką. Labofnia staje się jednocześnie jego przekleństwem i wybawieniem. Musi dostosować się do nowych zasad i struktur dziwnej wspólnoty. Wkrótce przekona się, że nad światem nieumarłych ktoś lub coś sprawuje bezwzględną kontrolę”.

Zachęceni? :D 


wtorek, 4 maja 2021

Co pod pióro w maju 2021

Patrząc po moich wynikach z kwietnia oraz po tym, jak bardzo „trzymałem się” założonych planów, to chyba nie powinienem sobie robić kolejnych! Czwarty miesiąc tego roku nie był dla mnie zbyt łaskawy w sprawie czytelnictwa. Jakoś się nie mogłem zebrać w sobie, często sięgałem po coś zupełnie innego (jak choćby Instagram czy jakaś gierka mobilna), a w słuchawkach też skupiłem się nieco bardziej na podcastach (w każdym razie tak to odczuwam). Nie byłbym jednak sobą, gdybym jednak nie spróbował upchnąć do posta paru tytułów, które będą mi służyły jako pewnego rodzaju plan czytelniczy na właśnie rozpoczęty miesiąc! Co z tego wyjdzie? Nie mam pojęcia, zobaczymy!

Tak naprawdę dwie pozycje przechodzą z kwietnia na maj i mam nadzieję, że co najmniej jedną z nich WRESZCIE przeczytam. Odkładam ją tak już któryś raz z kolei (nawet nie chcę sprawdzać, który to już raz…) – „Dzielnica obiecana” jest przerzucanym ziemniakiem z jednego wora do drugiego i jakoś nie może trafić do sprzedaży. Teraz więc musi iść na pierwszy rzut, choćby nie wiem co! Do tego oczywiście będzie „Projekt Jednorożec”, czyli takie IT, ale z odrobiną fabuły, a dalej będę po prostu leciał po kolei – również uwzględniając kolejny tytuł z mojego małego postanowienia #5na2021. :)

Jak zawsze wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać! Tym razem również jak widzicie, zaplanowałem trzy sztuki – lepiej nie kusić losu, skoro tak kiepsko mi to szło ostatnio...

„Dzielnica obiecana” – Paweł Majka

Tak, ten tytuł przewija się tu już któryś raz z rzędu… Część Uniwersum Metro 2033, ale osadzona w Polsce! Apokalipsa nuklearna w Krakowie? To może być coś! Na razie miałem do czynienia jedynie z apokalipsą zombie w Warszawie…

„Projekt Jednorożec” – Gene Kim

Kontynuacja pewnej bardzo znanej w środowisku IT książki – „Projektu Feniks”. Sfabularyzowany model przekształcenia ledwie działającej firmy w taką, która jest zgodna z metodologią DevOps, jednak tym razem w jeszcze bardziej uwspółcześnionym wydaniu. Cóż, nie wiem, czy cokolwiek Wam będę o niej mówił – zobaczymy, jak bardzo będzie zjadliwa.

„Atlas chmur” – David Mitchell

Tak, ten „Atlas chmur”. Ten, na którego podstawie powstał film z Tomem Hanksem. Tytuł ten jest jedną z moich pięciu pozycji do nadrobienia w 2021 roku, w moim prywatnym wyzwaniu #5na2021. Ogłoszony jedną z najwspanialszych książek sklasyfikowanej jako literatura fantastyczna kiedykolwiek. 




AUDIOBOOKI

Oczywiście nie może w moich planach zabraknąć audiobooków! Są one już od prawie półtora roku nieodzowną częścią mojego życia. Gdy tylko mogę, to staram się ich słuchać na zmianę z podcastami – w końcu bieżąca wiedza w ten sposób najłatwiej się przyswaja. W każdym razie w moim przypadku tak jest. Poniżej więc możecie znaleźć tytuły, które prawdopodobnie będą lecieć w moich słuchawkach:

  1. „Wampir z Zagłębia” – Przemysław Semczuk
  2. „Netflix. To się nigdy nie uda” – Marc Randolph
  3. „Mitologia Słowian” – Aleksander Gieysztor
  4. „Policjantki. Kobiece oblicze polskich służb” – Marianna Fijewska