środa, 13 czerwca 2018

Z Netflixa pod pióro S01E05 - "Alienista" sezon 1

Alienista
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: The Alienist
Twórca: Hossein Amini, E. Max Frye
Rok: 2018
Gatunek: dramat, kryminał


Nowe seriale na Netflixie pojawiają się dosłownie jak grzyby po deszczu. Początkowo, kiedy serwis ten wszedł do Polski, przyrost nowości nie był zbyt zachęcający. Mi akurat - człowiekowi, który ogląda filmy raz na ruski rok, a seriale jeszcze rzadziej - kompletnie to nie przeszkadzało. Korzystałem z tego, co jest, bo wiedziałem że i tak Netflix oferuje mi więcej niż bym mógł przerobić. Teraz jednak naprawdę ciężko jest wybrać coś do oglądania, bo wpadamy w pułapkę wyboru. Najczęściej więc po prostu polegam na decyzji mojej lepszej połówki, co tym razem obejrzymy. Mamy swoje "rytualne" oglądanie odcinków, najczęściej podczas posiłków, kiedy mamy akurat czas. Tym razem wybrała nam "Alienistę", który okazał się być dobrym strzałem. Chociaż nie polecam go do posiłków. ;)

Przełom XIX i XX wieku był dla Nowego Jorku czasem wielkiego rozwoju, ale i mrocznych sekretów. Nie było dnia, aby na ulicach nie znaleziono chociaż jednego trupa. Za część zbrodni odpowiadali szaleńcy, psychopaci i socjopaci. Badaniem ich zachowań zajmowali się alieniści, czyli ówcześni psychopatologowie. Dr Laszlo Kreizler jest jednym z lepszych i uznanych alienistów. Podejmuje się wytropienia mordercy grasującego w 1896 roku po nowojorskich ulicach, mordującego w bestialski sposób chłopięce prostytutki. Pomaga mu w tym ilustrator pracujący dla New York Times, a także jedna z pierwszych kobiet pracujących dla policji.

Na samym wstępnie, zanim zaczniecie czytać dalej tę opinię odpowiedzcie sobie proszę na następujące pytanie: ilu spośród niżej zapisanych cech/wydarzeń/tematów nie jesteście w stanie przyjąć do swojego umysłu i to w dużym natężeniu:

  • dziecięca prostytucja,
  • młodzi chłopcy przebrani za dziewczyny,
  • naturalizm,
  • bestialskie mordy,
  • obrazy przedstawiające szczegóły rzezi,
  • dzielnice biedoty (patrz: naturalizm).

Jeśli chociaż trzy punkty pojawiły się w Twojej odpowiedzi, to istnieje duża szansa, że nie jest to zdecydowanie serial dla Ciebie. Możesz przerwać czytanie już teraz, chociaż możliwe, że będziesz tego żałował. ;) Wszystko z powyższej listy nie jest tylko wspomniane, bądź lekko liźnięte w "Alieniście". To jest jego kwintesencja - kompletne przełamanie jakichkolwiek tematów tabu i pokazanie wszystkiego dokładnie takim, jakim mogło być. Oczywiście tak czy siak wiele rzeczy jest "upiększonych", jednak twórcy serialu nie bawili się w zbyt dużą cenzurę. Dwunastoletni, brudni chłopcy uwodzą bogatych mężczyzn z wyższych sfer, a ci z kolei wręcz ślinią się na widok wystających ramion spod brudnych sukienek. Ci sami chłopcy leżą potem martwi, poszatkowani jak warzywa na sałatkę.

Klimat, który został stworzony w "Alieniście" jest naprawdę świetny. Gra kontrastów została poprowadzona prawie jak z nut - z jednej strony biedne dzielnice Nowego Jorku, przepełnione chorobą i przestępczością, a z drugiej sterylnie czyste salony wyższych sfer. Przede wszystkim jednak widać jak na dłoni, w jaki sposób te "wyższe sfery" działały w owych czasach. Korupcja, służalczość wobec tych, którzy mają pieniądze - to chleb powszedni. Łącznie z tuszowaniem wielu zbrodni oraz niezbyt... moralnych zachowań, które mogłyby być źle odebrane. To jednak chleb powszedni wielu seriali i filmów osadzonych w dawnych czasach, kiedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż teraz.

Sam serial opiera się na książce o tym samym tytule, której autorem jest Caleb Carr. Stworzył on fikcyjną historię, w której występują zmyślone postacie. Jedynie dwie z nich to postacie historyczne, które rzeczywiście żyły i zajmowały się tym, co przedstawia film. Tymi postaciami są: Theodor Roosevelt, dwudziestym szósty prezydent Stanów Zjednoczonych, który w latach 1895-1897 pełnił rolę szefa nowojorskiej policji, oraz Thomas Byrnes - naczelnik nowojorskiej policji w latach 1880-1895. Sam seryjny morderca, grasujący po serialowym Nowym Jorku również nie jest prawdziwy, jednak bazując na historii tego miasta można śmiało założyć, że stanowi on wypadkową wielu innych, podobnych mu zwyrodnialców. Z jednej więc strony dotykamy nieco prawdziwej historii, z drugiej mamy stworzony od zera obraz wydarzeń, które tak naprawdę mogłyby mieć miejsce - a być może nawet część z nich kiedyś, w bliżej nieokreślonym miejscu się wydarzyła.

Wielkie pochwały należą się za scenografię oraz kostiumy. Końcówka XIX wieku została wspaniale odwzorowana zarówno w postaci miasta, jak i ubioru ówczesnych ludzi. Wąskie kadry zazwyczaj nie stanowią problemu, wiele rzeczy można zrobić z wykorzystaniem CGI, jednak ktoś musiał się porządnie napracować tworząc makiety całych dzielnic oraz widoków miasta z lotu ptaka. Podobnie sprawa się ma z dzielnicami biedoty, gdzie w większości i tak panował półmrok nawet za dnia, a ludzie chodzili ubrani w cokolwiek. Wydają się być w miarę łatwe do odwzorowania, chociaż poziom detali potrafi przyprawić o dreszcze. Za to przy salonach wyższych sfer wykonany został kawał naprawdę świetnej roboty. Przyjemnie się patrzy zwłaszcza na ubiór mężczyzn, tak w owych czasach różnorodny i elegancki. Podobnie sprawa się ma z używanym językiem - nawet tutaj widać kontrast i wpływ dobrych manier oraz czegoś, co dzisiaj nazwalibyśmy poprawnością polityczną.

Sama historia jest za to... po prostu poprawna. Mamy do czynienia ze śledztwem przeplatanym prywatnymi rozterkami Dr Kreizlera, którego odgrywa Daniel Brühl znany między innymi z Bękartów Wojny oraz Good Bye Lenin! - rozterkami, z którymi zmierzyć się musi znany i szanowny alienista. Przez cały sezon przewijają się prywatne porachunki i walka z przeszłością wielu postaci, co oczywiście dodatkowo ubarwia produkcję i przyciąga do ekranów. Jeśli jednak ktoś spodziewa się niesamowitych zwrotów akcji to nie jest to ten serial. Tutaj mamy do czynienia z metodycznym śledztwem i stopniowym odkrywaniem kart, wymieszanym z nieznacznymi zabiegami odciągającymi uwagę. Ktoś, kto oczekuje od serialu mnóstwa dynamiki może być zawiedziony, jednak osoby przedkładające klimat nad akcję z pewnością odnajdą w "Alieniście" prawie siedem godzin dobrej rozrywki. O ile można tego słowa używać przy tak bezpośredniej i dość brutalnej produkcji.

Łączna ocena: 7/10

Kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


niedziela, 10 czerwca 2018

Bardzo chcę! #46 Miklós Nyiszli - "Byłem asystentem doktora Mengele"

Źródło: Lubimy Czytać
Wszyscy ci, którzy regularnie śledzą mojego bloga, z pewnością wiedzą, że uwielbiam kontrowersyjne i trudne tematy. Nie czytam ich jednak zbyt często, choćby dlatego, że zwyczajnie nie da się cały czas mierzyć się z taką tematyką w sposób umożliwiający poprawne jej zgłębienie. Czasem jednak pojawia się ochota zgłębienia najczarniejszych odmętów ludzkiego umysłu i spojrzenie na to, co człowiek potrafi zrobić drugiemu człowiekowi. Dla uczczenia pamięci, próby zrozumienia czy choćby zapoznania się z motywami, jakie potrafią urodzić się w głowach innych ludzi. Często dobrym pomysłem jest próba spojrzenia na jakiś problem z boku, oczami kogoś innego. Dlatego też tym razem chciałbym zapoznać się z zapiskami kogoś, kto miał tę nieprzyjemność pracować z niesławnym Josephem Mengele - nazistowskim lekarzem, który odpowiedzialny jest za śmierć wielu tysięcy ludzi.

Miklos Nyiszli, autor niniejszej książki, przeżył grozę Auschwitz, jednak cena jaką przyszło mu za to zapłacić, wiele osób uzna za bardzo wysoką. W roku 1944 został przydzielony do pracy razem z Josephem Mengele, w jego "laboratorium". Asystował przy wielu eksperymentach, zabiegach oraz innych bestialskich czynach, które były czymś "naturalnym" w placówce prowadzonej przez Anioła Śmierci. Książka ta jest obrazem wydarzeń, które miały miejsce w 1994 roku w obozie utworzonym przez nazistowskich najeźdźców. Opisywana jest jako rzeczowa relacja, przekazująca fakty, bez zabarwienia emocjonalnego. 

Spójrzcie zresztą sami jak wygląda krótki opis Wydawnictwa:

"Węgierski lekarz anatomopatolog Miklos Nyiszli, więzień Oświęcimia, w 1944 roku był w obozie przydzielony do pracy w "laboratorium" doktora Mengele, zbrodniarza wojennego (...). 
Przez placówkę eksperymentalną Sonderkommando stworzoną i kierowaną przez doktora Mengele przewinęły się setki ofiar, które uśmiercano, aby zdobyć materiał do "naukowych" badań. 
Obraz przestępczej działalności tej komórki, opis pracy Sonderkommando i buntu zatrudnionych w nim więźniów (październik 1944 rok) zawarty w tej książce, stanowi materiał dokumentalny, tym bardziej wstrząsający, iż podany w postaci rzeczowej, beznamiętnej relacji człowieka wtajemniczonego we wszelkie szczegóły zbrodniczego procederu."

A czy Wy jesteście gotowi na takie pozycje?


sobota, 9 czerwca 2018

"Będzie bolało" - Adam Kay

"Będzie bolało" - Adam Kay
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Adam Kay
Tytuł: Będzie bolało
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Katarzyna Dudzik
Stron: 312
Data wydania: 6 czerwca 2018


Ogólnie pojęta medycyna od zawsze była w ścisłym kręgu moich zainteresowań. Co prawda nigdy nie czułem się na siłach zostać lekarzem (chociaż chciałem zostać ratownikiem medycznym), jednak wszystko co jest związane z tym zawodem oraz przede wszystkim samą medycyną jako nauką, połykam dosłownie jak pelikan ryby. Książka Adama Kaya wydawała się być nieco odmienna od typowych przedstawicieli literatury traktującej o lekarzach oraz ratowaniu ludzkiego życia. Ma bowiem pokazywać z czym się musi zmierzyć młody lekarz w Wielkiej Brytanii. Czy zrobiła to w sposób “odpowiedni”? Zdecydowanie tak! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że ciężko by to było zrobić lepiej, jeśli tylko chciałoby się, aby książka miała tak wydźwięk jak “Będzie bolało” - czyli przedstawienie pracy lekarza stażysty i rezydenta w sposób zabawny i ciekawy.

Kilka lat studiów, niesamowicie ciężkich i wymagających, a po tym wszystkim z jakiegoś powodu nie ma pływania w basenie wypełnionym banknotami 50-funtowymi. Tutaj czeka jeszcze człowieka STAŻ. Magiczne słowo o magicznej mocy, bowiem tylko podczas jego odbywania młody lekarz kompresuje dobę i wzmacnia własny organizm. Adam Kay pokazuje czym są wielogodzinne dyżury i jakie uczucia potrafią wywołać - od radości, poprzez śmiech aż po płacz i zgrzytanie zębów. Droga do spełnienia zawodowego nie zawsze bywa tak prosta i przyjemna, jak się może wydawać...

Książka Adama Kaya prowadzona jest w formie pamiętnika przeplatanego krótkimi wyjaśnieniami, kiedy autor przechodził na kolejny szczebel kariery. Czytelnik prowadzony jest przez okresy stażu oraz rezydentury wraz z podziałem na stopnie, które zostały utworzone przez brytyjski NHS, czy odpowiednik naszego, polskiego NFZ. Każdy z dziennych wpisów stanowi niejako podsumowanie tego, co działo się danego dnia lub jest po prostu jedną historią, która przydarzyła się autorowi. Są to odległe już lata, podczas których Adam Kay prowadził notatki pochodzące z jego pracy. W trakcie pisania książki odkopał je z czeluści swojego domowego archiwum i obrobił odpowiednio, aby nadawały się do publikacji.

"Pomysł do programu Dragon's Den - jak zostać milionerem: pager z przyciskiem drzemki".

W większości przypadków są to historie albo zabawne, albo w pewnym sensie przerażające. Takich, w których opisuje miłe i przyjemne chwile jest niewiele, chociaż jeśli już się pojawiają, to naprawdę potrafią zrobić wrażenie. Przerywniki pomiędzy poszczególnymi szczeblami jego lekarskiej kariery od samych początków stażu zaczynając, pełne są dodatkowych wyjaśnień. W jaki sposób to wszystko działa, jaką drogę musi przejść lekarz od skończenia studiów do momentu uzyskania specjalizacji. Pojawiają się nawet kwoty, które zarabiają młodzi lekarze i muszę przyznać, że są w pewnym sensie podobne do kwot stażystów i rezydentów w Polsce - czyli niezbyt oszałamiające. Trochę takie typowe mięsa informacyjnego można więc znaleźć w “Będzie bolało”, chociaż najbardziej bolesne dla autora były zdecydowanie opisywane fragmenty pamiętnika.

Nic dziwnego, że w Wielkiej Brytanii książka stała się pozycją dość kontrowersyjną. W niektóre, opisane przez Adama Kaya wydarzenia, czasem jest wręcz ciężko uwierzyć, jednak jako że znam z autopsji drogę od studenta w górę, to jestem w stanie bez najmniejszego problemu uwierzyć we wszystko, co autor napisał. A trzeba przyznać, że napisał z jajem. Ten kolokwialny zwrot chyba najlepiej odzwierciedla sposób, w jaki były lekarz (obecnie niepraktykujący już) opisuje to, co mu się przytrafiło. Mógłbym się założyć, że obecna forma dalece się różni od oryginalnych notatek, ale to akurat dobrze. Adam Kay zdecydowanie ma talent do opowiadania o nawet najstraszniejszych rzeczach w sposób przyjemny i wręcz zabawny.

Humor to niewątpliwie jedna z najmocniejszych stron “Będzie bolało”. Autor wplata tyle żartów, ironii i sarkazmu ile się tylko da, chociaż jednocześnie nie przesadza z ich ilością. Jeśli jakąś sytuację można zamienić w żart, to niemalże na pewno zostanie to zrobione. Zwłaszcza ostatnie zdania w każdym z pamiętnikowych wpisów są pełne humorystycznych puent lub retorycznych pytań. Oczywiście tematy, które nie powinny być sprowadzane do żartów, przytaczane są w aurze powagi - w wielu miejscach Adam Kay wspomina o śmierci czy pewnych politycznych zawirowaniach mających wpływ na zdrowie wszystkich pacjentów. Tutaj więc możemy liczyć na po prostu rzetelne przekazanie informacji oraz emocji, jakie towarzyszyły autorowi.

"Zapewniłem ją, że każdy osiemnastolatek wolałby obedrzeć ze skóry własne jądra i zanurzyć je w occie niż zadawać pytania o powody, dla których jego matka znalazła się na oddziale ginekologicznym."

Świetna pozycja dla kogoś, kto chce zobaczyć "drugą stronę barykady". Pamiętać należy jednak o tym, że “Będzie bolało” jest książką opowiadającą o pracy lekarza stażysty oraz rezydenta, nie specjalisty. Ci ostatni są zresztą przedstawiani - z wykorzystaniem hiperboli - jako mistrzowie nad mistrzami, którzy rządzą się nieco innymi prawami niż młody, lekarski narybek. To również człowiekowi powinno dać do myślenia i zweryfikować jego poglądy na to, że istnieją tylko tonący w bogactwach lekarze. Autor jednak w żadnym przypadku nie demonizuje specjalistów, pokazuje jedynie sam system w krzywym zwierciadle. O wielu swoich byłych mentorach wyraża się z szacunkiem oraz niejaką wdzięcznością, chociaż tematy te okrasza dużą porcją ironii.

Humor, rzetelność, prostota i lekkość - tymi czterema słowami można śmiało podsumować książkę brytyjskiego lekarza (w sumie można rzec, że już byłego). Jeśli szukacie czegoś, co przybliży Wam drogę od studenta do specjalisty (no, prawie) to dobrze trafiliście. Zgodnie ze stanem mojej wiedzy jest ona bardzo podobna do tej, którą mamy w Polsce, więc jest to dodatkowa zachęta do przeczytania. Wszystko podane w sposób lekkostrawny, z dużą dozą humoru, ale i bardziej poważnymi, refleksyjnymi wręcz momentami. Oby więcej tego typu książek odsłaniających kuchnie różnych zawodów. A już zwłaszcza książek napisanych w sposób, w jaki pisze Adam Kay. Jeśli do tej pory nie mieliście okazji przeczytać blurba książki, to zerknijcie tam teraz - słowo "komik" występujące koło nazwiska autora zdecydowanie nie wzięło się znikąd.

Łączna ocena: 8/10


środa, 6 czerwca 2018

[PREMIERA] "Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński


"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Wroński
Tytuł: Gliny z innej gliny
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 6 czerwca 2018



Z prozą Marcina Wrońskiego nie miałem do tej pory do czynienia, chociaż kojarzyłem jego cykl o Komisarzu Maciejewskim. “Gliny z innej gliny” są zwieńczeniem całej serii, pewnego rodzaju kropką nad “i” postawioną przez autora. Zgodnie z informacjami od Wydawnictwa W.A.B. nie trzeba wcale znać wcześniejszych tomów, aby spokojnie móc sięgnąć po dziesiątą część cyklu. Długo więc mnie nie trzeba było namawiać - miałem nawet nadzieję, że po lekturze zapragnę zapoznać się z poprzednimi książkami. W końcu osadzenie akcji w Lublinie z czasów dwudziestolecia międzywojennego może okazać się czymś niesamowicie dla mnie interesującym. Po lekturze muszę przyznać, że rzeczywiście takie właśnie było.

Czterech różnych autorów, jeden główny bohater. Jedenaście lat od wydania pierwszej książki, dziesiąty tom w cyklu. Tak właśnie kończy się historia Zygmunta Maciejewskiego, pracującego dla lubelskiej policji i rozwiązującego najbardziej nietypowe zagadki kryminalne. Przekrój niemalże całego XX wieku, począwszy od lat 20. aż do 80. - a nawet i później. Cztery różne spojrzenia na świat oraz na bohatera oraz cztery różne style mają przeprowadzić Czytelnika przez ostatnią podróż śladami Maciejewskiego.

Rzeczywiście nie trzeba znać wcześniejszych książek, aby spokojnie przeczytać i zrozumieć “Gliny z innej gliny”. Co prawda brak znajomości dziewięciu wcześniejszych tomów uniemożliwia mi ocenę poziomu zdradzania wydarzeń, jednak na pewno nie czułem, że czegoś mi brakuje do pełnego zrozumienia wszystkich przedstawionych historii. Ciężko mi się również odnieść do podobieństwa kreacji głównego bohatera przez trzech zaproszonych do tworzenia niniejszej książki autorów. W obrębie tego tomu wszystko jednak wydaje się mieć ręce i nogi i być napisane w pełni zgodnie ze sobą. Na pewno jest to dobra pozycja do rozpoczęcia przygody z prozą Marcina Wrońskiego - można się zapoznać z jego stylem, sposobem budowania historii i sprawdzić, czy Lublin lat 20. XX wieku to jest coś, co nam pasuje.

Zazwyczaj w zbiorach krótkich form literackich można zaobserwować opowiadania, powiastki czy historie mające różny poziom. Jedne są ciekawsze, inne mniej, część z nich cechuje się wyrazistymi bohaterami i interesującą fabułą, a inne ciągną się jak flaki z olejem i nie wciągają ani trochę. “Gliny z innej gliny” są jednak jednym z nielicznych zbiorów, w których praktycznie wszystkie historie trzymają równy poziom. Są oczywiście nieznaczne wahania, niektóre z opowiadań przypadły do gustu bardziej, inne mniej, ale nie potrafię wskazać żadnego z nich palcem i napisać “o, to było słabe”. Niezbyt często spotykam takie zbiory i przyznam szczerze, że nieco obawiałem się klasycznego scenariusza (nawet mimo zacnych nazwisk biorących udział w projekcie). Na szczęście mogę z czystym sumieniem napisać - jeśli szukacie zbioru, w którym opowiadania trzymają poziom, to jest to coś dla Was.

“Liczyć to można na liczydła, mawiał ojciec Krafta, który przyjechał do Lublina z nadzieją na założenie sobie fabryczki, ale rozbił sobie łeb o kredyty i nieuleczalne pijaństwo tutejszych robotników”.

Trochę zgrzytem dla mnie było niepełne dogadanie się autorów co do przyszłości Zygi Maciejewskiego. Część historii osadzona jest w latach późniejszych niż te, w których działał lubelski policjant w dziewięciu poprzednich częściach cyklu. Mamy tutaj i czas II Wojny Światowej, i okres PRL, a nawet i lepiej znane młodemu pokoleniu lata 90. XX wieku. Większość wydarzeń jest spójna i zgodna co do wersji, jednak było parę (zwłaszcza w przypadku Róży), które się autorom nieco rozjechały. Co prawda nie powinno mieć to większego znaczenia - w końcu wszystkie są alternatywami, które wcale nie musiały się akurat tak potoczyć - ale jednak jakoś to zgrzyta. Pełne ujednolicenie z pewnością lepiej by wpłynęło na ogólny odbiór.

Jeśli miałbym wybrać, którego z autorów historie najbardziej mnie urzekły, to byłby chyba Marcin Wroński. Być może dlatego, że najlepiej znał Maciejewskiego (w końcu go stworzył), a być może dlatego, że najlepiej mu wychodzi opisywanie historii dziejących się w latach 20. i 30. XX wieku. Zwłaszcza kiedy się przeskakuje między kolejnymi opowiadaniami, czuć różnicę w stylu. Zarówno w narracji, jak i samych dialogach - wszak język polski ewoluował od tamtych czasów, więc warto to podkreślić. Na szczęście Marcin Wroński nie sili się na próby wplecenia archaizmów wszędzie, gdzie się tylko da - jego teksty wyglądają naturalnie, ale czuć, że nie opisują współczesnych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że prace pozostałych autorów są gorsze - jak wspomniałem, trzymają poziom, po prostu u nich nie czuć “tego czegoś”. Chociaż stworzyli też ciekawe historie, którym można dać się porwać choć trochę.

Na pewno “Gliny z innej gliny” są dobrym zbiorem. Nie wybitnym, ponieważ pomysły na poszczególne opowiadania były ciekawe, jednakże nie powalające. W kilku miejscach książce udało się skupić całkowicie moją uwagę, ale nie pochłonęły mnie całkowicie. Brakowało pewnego dreszczyku emocji, napięcia podczas rozwiązywania kolejnych zagadek, a czasem nawet zakończenia potrafiły dawać wiele do życzenia (historie kończyły się w niezbyt oczekiwanym momencie). Jednak trzeba przyznać, że sama forma wyszła naprawdę świetnie. Taka wycieczka w czasie jest nie tylko czymś może nie tyle świeżym, co nie aż tak bardzo wyeksploatowanym, to na dodatek dziesiąty tom wydaje się być doskonały do zapoznania się z postacią Zygi Maciejewskiego. Ja się osobiście czuję zachęcony do zapoznania się z wcześniejszymi historiami o lubelskim policjancie.


Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



poniedziałek, 4 czerwca 2018

Co pod pióro w czerwcu 2018?

Kolejny długi weekend się skończył - jeden dzień urlopu, a cztery dni wolnego. Co prawda przysmażyło niesamowicie i aż się nie chciało w ogóle brać za cokolwiek, ale to akurat idealne warunki do leżenia plackiem i czytania. Skorzystałem więc z tego i trochę pogoniłem samego siebie do przodu, jednak nie tak, żeby jakoś mocno to wpłynęło na same plany czytelnicze. Te bowiem będą raczej podobne ilościowo do poprzedniego miesiąca. Jak zwykle staram się nie szarżować i nie przecenić swoich możliwości. Zwłaszcza, że są to tylko plany orientacyjne - wszystko się może zmienić choćby pod koniec miesiąca!

Majowe plany prawie w pełni udało się zrealizować. Nie przeczytałem jedynie pozycji "Gliny z innej gliny", ale to akurat tylko dlatego, że jej po prostu nie posiadałem. ;) Przyszła pod koniec maja, jednak wziąłem się za "Moją europejską rodzinę", więc jakoś tak... nie wyszło. :) Jest więc to jedyna pozycja, która przechodzi na następny miesiąc, czyli ten, obecny. Zwłaszcza, że jest to egzemplarz recenzencki, jeszcze przed premierą! Ogólnie poniżej zobaczycie sporo nowości, w tym między innymi premiery czerwcowe - jeśli jesteście więc ich ciekawi, to zapraszam do śledzenia bloga! 

Jak zwykle wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński

Zbiór opowiadań, który teoretycznie planowałem przeczytać w maju, jednak przeliczyłem się z wyliczeniem, kiedy go otrzymam. Nic straconego - w czerwcu już na pewno zapoznam się z historiami, których autorami są Marcin Wroński, Andrzej Pilipiuk, Ryszard Ćwirlej oraz Robert Ostaszewski. Cały zbiór wchodzi w skład cyklu z Komisarzem Maciejewskim, który być może kojarzą zwłaszcza mieszkańcu Lublina. :)

"Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska
"Triskel. Gwardia" - Krystyna Chodorowska

Pozycja wydawana przez Uroboros, a której premiera odbędzie się 20 czerwca 2018 roku. Autorstwa Polki, Krystyny Chodorowskiej, nominowanej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Motyw superbohaterów jeszcze nie umarł, więc z chęcią zobaczę jak autorka ulepiła posąg z wielokrotnie używanej gliny. A być może okaże się, że tak naprawdę udało jej się dokopać do świeżych pokładów tego surowca i powieść będzie kompletnie nowym, niespotykanym dotąd garncem?

"Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza" - Adam Kay
"Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza" - Adam Kay

Tym razem Wydawnictwi Insignis i medycyna, czyli spowiedź lekarza, który przeżył to, co przeżyć musi każdy młody adept medycyny - staż. Co prawda w Wielkiej Brytanii, nie w Polsce, jednak z pewnością wiele aspektów można użyć jako wspólny mianownik służby zdrowia w wielu krajach. Szwagierka sama jest lekarzem, więc mniej więcej wiem czego mogę się spodziewać po tej książce, jednak mam nadzieję, że autorowi uda się mnie zaskoczyć.

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch
"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch

Trzecia i chyba nie ostatnia - choć mam nadzieję, że na pewno nie najgorsza - część "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu", którą miałem okazję zacząć czytać naprawdę dawno temu. Tyle czasu minęło, że nawet nie pamiętam dokładnie kiedy to się stało. Niedawno skończyłem drugą część, z pozytywnym odbiorem. Teraz więc sięgnę po kolejną, którą otrzymałem niedawno od Wydawnictwa Uroboros jako ezgemplarz recenzencki. Mam nadzieję, że okaże się co najmniej tak dobra jak poprzednie. A nie obrażę się wcale za wyeliminowanie paru minusów, które mnie trochę gryzły w poprzednich tomach. ;)

sobota, 2 czerwca 2018

Podsumowanie maj 2018

Pół roku. Zaraz świętować będzie połowę roku dwa tysiące osiemnastego, a przecież jeszcze niedawno cieszyliśmy się grudniowym wolnym i obserwowaliśmy fajerwerki (ku wielkiemu niezadowoleniu naszych czworonożnych pupili). A już za chwilę będziemy cieszyć się wakacjami - a w każdym razie te osoby, które będą sobie mogły na to pozwolić - i ani się obejrzymy jak znowu będzie grudzień. Czas ucieka, a my z nim. Jednak wraz z tym uciekającym czasem, pozostaje za nami coraz więcej przeczytanych książek! Z jednej strony to powód do narzekania - w końcu tyle wspaniałości już przeminęło - jednak z drugiej powinniśmy się cieszyć, że mieliśmy okazję przeżyć niezwykłe przygody! No, o ile akurat nie trafiliśmy na coś gorszego. :) W każdym razie jednak każda kolejna książka to posiłek dla naszej wyobraźni, którą tuczymy każdego dnia!

Mój maj minął naprawdę przyjemnie, nie mogę narzekać. Wyobraźnia jest syta, dostała porządne porcje dobrego jedzenia, więc jest zadowolona. Mam nadzieję, że nie zachce jej się drzemać, bo na czerwiec też planuję dla niej niesamowite uczty! O tym jednak więcej naskrobię za parę dni, w planach na zbliżający się miesiąc. ;) Na razie powspominajmy miniony miesiąc - w końcu czekają na Was wykresy i inne zestawienia!

Na sam początek klasycznie podstawowe wykresy dotyczące liczby książek, stron i tak dalej:



Jak widzicie, tempo zostało utrzymane - przynajmniej jeśli chodzi o liczbę przeczytanych stron. "Piter" oraz "Wieża Świtu" były dość grubaśnymi pozycjami, więc na pewno przełożyły się na liczbę książek, które byłem w stanie pochłonąć. Nawet mimo tygodniowego wolnego na początku maja nie poświęcałem o wiele więcej czasu na czytanie, jak zwykle próbując znaleźć jakieś wolne sloty czasowe na przeróżne rzeczy. ;)



Fanpejdż na fejsbuku powoli, ale sukcesywnie rośnie! Tylko ja coś mam zrywy postów i przerwy nawet kilkudniowe. Ech, do prowadzenia profili w social mediach bym się zdecydowanie nie nadawał - trzeba znać swoje miejsce w szeregu! Jeśli o resztę danych chodzi - cóż, po prostu ponownie są. Jako że nie wykonuję żadnych specjalnych "akcji marketingowych" to i ruch nie rośnie. Z drugiej strony jeśli będzie miał rosnąć to urośnie - to w końcu hobby, nie jakaś działalność zarobkowa, więc niechaj naturalna kolej rzeczy działa! Chociaż co ciekawe przybyła mi trójka obserwatorów na Bloggerze - jak widać Czytelnicza Lista ma się jeszcze całkiem dobrze. ;)



Połowa roku jeszcze nie minęła, za to jestem już właśnie w połowie wysokości stosu książek w stosunku do mojego wzrostu. Wszystko jak na razie wskazuje na to, że wreszcie uda mi się wykonać to wyzwanie! Praktycznie połowa blogosfery książkowej już o tym zapomniała (chociaż ciągle na stronie wyzwania widać mnóstwo chętnych!), jednak ja jestem uparty. To jedyne wyzwanie, w jakim uczestniczę (kiedyś brałem udział również między innymi w Czytam opasłe tomiska, jednak zostało zakończone - a można było sumować strony i robić tabelki i wykresy!) i się uparłem. Zrobię. Kiedyś. Na pewno.



Dużo tego tym razem nie ma, ale wbrew pozorom nie jest tak, że nie mam czego czytać. Wręcz przeciwnie. Przy moim tempie to nie musze się martwić zapasami przez najbliższe pół roku. Ostatnio sporo egzemplarzy recenzenckich do mnie wpływa, więc to właśnie one idą na pierwszy ogień. Mam jednak sporo kupionych, które czekają sobie na lepsze czasy. Kiedyś nadejdą. ;)

Klasycznie zamieszczę jeszcze listę wszystkich przeczytanych przeze mnie książek w czerwcu. Przeczytane w tym przypadku równa się zrecenzowane, bo nie mam jakiegoś ogromnego przemiału, który by mi uniemożliwiał napisania opinii o każdej książce. :)


1. "Wiedźmikołaj" - T. Pratchett
2. "Wyklucie" - E. Boone
3. "Wieża świtu" - S. J. Maas
4. "Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - A. Kańtoch
5. "Piter" - S. Wroczek

Na koniec oczywiście to, co zwykle, czyli garść informacji o popularnych wpisach o źródłach odwiedzin! Najwięcej wejść Google Analytics odnotowało na post z opinią premiery książki Marty Kisiel - "Toń". Najwięcej wejść natomiast wygenerował mi "Świat Fantasy", prowadzony przez Łukasza! Serdecznie dzięki, choć zapewne jak zwykle wyszło to niechcący. :D

A jak Wam minął miesiąc?


czwartek, 31 maja 2018

"Piter" - Szymun Wroczek

"Piter" - Szymun Wroczek
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Szymun Wroczek
Tytuł: Piter
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 596
Data wydania: 9 listopada 2011


Całe Uniwersum Metro 2033 poznałem stosunkowo niedawno - tak naprawdę moja przygoda z nim zaczęła się dopiero w 2017 roku. Bardzo długo po czasach, w których przeżywało czasy swojej świetności. Mimo wszystko wciąż powstają nowe powieści i wciąż jest wielu fanów spragnionych kolejnych historii z postapokaliptycznej Moskwy. Wiele opowieści osadzonych jest jednak w innych miastach - tak jak właśnie "Piter", którego akcja dzieje się w Petersburgu. Co prawda sama powieść wydana została również wiele lat temu, jednak w dniu pisania tej opinii istnieje także jej kontynuacja, czyli "Piter. Wojna". Nic więc chyba dziwnego, że chciałem jak najszybciej nadrobić zaległości w książkach, które napisał Szymun Wroczek. Mam jednak nadzieję, że następne spotkanie z tym autorem będzie o wiele lepsze.

Kiedyś wspaniałe miasto, dzisiaj - podobnie jak Moskwa - zgliszcza i dom dla przerażających mutantów. Jedynie podziemia są bezpieczne. W petersburskim Metrze schroniła się część ludności, która obecnie próbuje przeżyć za wszelką cenę. Chcą jednak prowadzić w miarę normalne życie - a do takie zaliczają się śluby. Iwan Mierkułow miał właśnie obiecać dozgonną wierność swojej wybrance, jednak przeszkodził mu w tym wybuch wojny. Jakby nie było jej wystarczająco przed wieloma laty, na górze, na powierzchni. Tym razem jednak lokalny konflikt może przypomnieć wydarzenia sprzed lat, które doprowadziły do konieczności zamieszkania w metrze. Jednak tym razem nie ma się już gdzie schować...

"Piter" zdecydowanie należy do nieco bardziej wymagających powieści z Uniwersum Metro 2033. Od samego początku czuć zarówno przygnębiający klimat, w którym toczyć się będzie historia, jak i wiele zabiegów ze strony autora, które tworzą z "Pitera" dość ciężką w odbiorze pozycję. W wielu miejscach pojawiają się wyrwane - choć tylko na pierwszy rzut oka - z kontekstu przemyślenia głównego bohatera, często również jego sny przedstawiane są jako bieżące wydarzenia. Wszystko oczywiście w aurze tajemnicy i wspomnianego już przygnębienia. Pod tym względem powieść Szymuna Wroczka wpasowuje się idealnie w klimat całego Uniwersum, chociaż znacznie się różni o "Metra 2033". Jest nie tylko prostsza, ale również pozostawia po sobie mniej wspomnień i o wiele słabiej przywiązuje do siebie Czytelnika.

"Jeśli nie szukasz przygód, przygody znajdą cię same. W tym momencie przygoda stała przed nimi pod postacią ryżawego faceta w długiej do kolan kurtce puchowej".

Historia opowiedziana przez autora jest z jednej strony niezbyt skomplikowana, ale z drugiej może nasuwać na myśl wielowarstwowość. Tak naprawdę nawet nie trzeba się bardzo silić na próby interpretacji, żeby zobaczyć wręcz gołym okiem historię człowieka oraz historię całej społeczności. Metro petersburskie stworzono w podobnym rozkładzie architektonicznym jak metro moskiewskie, w związku z czym mogło posłużyć jako schronienie dla wielu ludzi po tym, jak powierzchnia została zamieniona w piekło. Ludzie po jakimś czasie zaakceptowali swój los i w walce o przetrwanie przeszli na porządek dzienny z wieloma rzeczami. "Piter" pokazuje w jaki sposób społeczeństwo potrafi zaprzepaścić wiele wartości nawet w obliczu zagrożenia.

Mimo wszystko nie jest to zbyt porywająca opowieść. Co więcej, wraz z kolejnymi kartkami przeżywamy kolejne przygody i obserwujemy kolejne tarapaty, w jakie wplątują się bohaterowie. Niestety nie zawsze mają one sens oraz wytłumaczenie. Po prostu wygląda to trochę, jakby autor postanowił pokazać Czytelnikowi spory fragment petersburskiego metra i koniecznie chciał osadzić Iwana w jego naturalnym środowisku - czyli kłopotach. Na myśl może się nasunąć również próba ukazania metra jako mieszaniny wszelkiego rodzaju oszołomów i dziwnych organizacji założonych przez ocalałych, ale każde kolejne są coraz bardziej odjechane. Niestety często też w negatywnym tego słowa znaczeniu. Po prostu w wielu miejscach Szymun Wroczek wręcz przekombinował. Za dużo udziwnień, zbyt wiele rozmaitych pomysłów oraz - przede wszystkim - o wiele za dużo "magicznych" sposobów na uwolnienie się od problemów.

"Uczeni potwory rozwijają naukę znacznie efektywniej od uczonych pacyfistów".

Zakończenie jest niesamowicie chaotyczne. Z jednej strony wszystko idzie zbyt gładko, a z drugiej cała akcja jest jakaś taka... rwana. W jednej chwili jesteśmy w jednym miejscu, w drugiej przenieśliśmy się w czasie o kilka godzin do przodu, a za moment cofamy się jeszcze do momentu sprzed pierwszej sceny. Kilka sytuacji było rozwiązanych naprawdę po bandzie, prawie ocierając się wręcz o naginanie historii na potrzeby fabuły. Niezbyt dobrze więc będę wspominał końcówkę, chociaż otworzyła się świetnie na kolejną część, jakby od samego początku Szymun Wroczek zdawał sobie sprawę z tego, że napisze kolejny tom. Typowy cliffhanger co prawda to nie jest, jednak ewidentnie wskazuje na kontynuację, po którą mimo wszystko chce się sięgnąć. Nawet pomimo tych minusów, które można znaleźć w "Piterze".

Jak widać nie jest to najlepsza z książek całego uniwersum, chociaż nie jest również zła. Ma swoje wady oraz zalety, swoje blaski i cienie. Nie należy do prostych w odbiorze książęk, jednak nieco nad wyraz było twierdzenie, że jest w tym jakaś głębsza myśl przewodnia. Chociaż pięknie pokazuje, że człowiek człowiekowi wilkiem w niemalże każdej sytuacji - nawet po nuklearnej katastrofie, która zapędza resztki cywilizacji do tuneli metra, kilkadziesiąt metrów pod powierzchnię ziemi. Dobrze się czyta, jednak nikt nie powinien spodziewać się niczego niesamowitego.

Łączna ocena: 6/10