niedziela, 10 stycznia 2021

Bardzo chcę! #76 – „Historia świata na czterech łapach” Mackenzi Lee

Źródło: Lubimy Czytać

Pierwsze „Bardzo chcę” w nowym roku! Zacznę więc bardzo lekko, wcale nie od jakiejś medycznej książki lub innego popularnonaukowego tomiszcza! Zacznę od psiaków, które wiele osób lubi, traktuje jako swoich czworonożnych przyjaciół, często również jak członków rodziny! W końcu trudno nie lubić tego merdania ogonem na widok człowieka wracającego po kilku godzinach pracy do domu, czy też szczęśliwej, psiej mordki, która leży na kolanach, a oczy ufnie wpatrują się w swego ludzkiego kompana! Sam co prawda psa nie mam, ale lubię bawić się z psiakami znajomych – sprawiają tyle radochy, że głowa mała!

Nic dziwnego, że psy są bardzo lubiane przez człowieka – historia ludzkości jest związana z tymi czworonogami już od dawna. Naukowcy szacują, że początek udamawiania datuje się na jakieś 10 tysięcy lat p.n.e., chociaż niektórzy nawet sądzą, że może sięgać czasów człowieka z Cro-Magnon (Homo sapiens fossilis), czyli nawet 30 tysięcy lat p.n.e.! Kawał historii, prawda? Czemu więc nie pokazać tego, jak się zmieniał świat z perspektywy psa? Wyzwanie zostało podjęte przez Mackenzi Lee i jako wynik powstała książka „Historia świata na czterech łapach”!

O czym ona dokładnie jest? Najłatwiej chyba będzie przedstawić opis Wydawnictwa Media Rodzina, prawda?

„SIAD! ZOSTAŃ! LEŻEĆ!

A jeśli leżeć, to najlepiej z książką »Historia świata na czterech łapach«.

To nie psypadek, że właśnie psy stały się wiernymi towarzyszami człowieka. Wszyscy znamy Łajkę – pierwszego psa w kosmosie. Ale kto wie, że suczka Isaaca Newtona niemal zrujnowała mu życie, a czworonóg Alexandra Grahama Bella pomógł w wynalezieniu telefonu? Albo że Napoleon Bonaparte miał na pieńku z psami? (Serio, serio!).

»Historia świata na czterech łapach» to książka historyczna, o jakiej wam się nie śniło. Można w niej znaleźć opowieści o psach – prawdziwych, mitycznych i takich, które łączą w sobie oba te elementy – oraz oczywiście o ludziach«.

»W zależności od czasu i miejsca poglądy dotyczące psów i ich roli w społeczeństwie ogromnie się różniły. Psy bywały ulubieńcami domu, towarzyszami, myśliwymi, siłą roboczą, obrońcami, szkodnikami, przedmiotem eksperymentów; były czczone, upamiętniane, budziły lęk, odrazę, nienawidzono oraz kochano je i wszystko pomiędzy«.

(Fragment przedmowy)

Psysięgamy, to prawdziwa kopalnia wiedzy! Wiedzy podanej w sposób uroczy i zabawny, gwarantujący niekontrolowane wybuchy śmiechu!

Mackenzi Lee studiowała w Simmons College, który ukończyła z tytułem licencjatu z historii oraz magistra z twórczego pisania dla dzieci i młodzieży, a książki jej autorstwa otrzymały status bestsellerów »New York Timesa«. Mieszka w Bostonie, gdzie zarządza księgarnią, pije colę i głaszcze każdego napotkanego psa”.

Czujecie się zachęceni?


środa, 6 stycznia 2021

Podsumowanie roku 2020

Bardzo się ucieszyliście, gdy zobaczyliście w telefonach, komputerach i innych elektronicznych urządzeniach, że jednak faktycznie po Sylwestrze nastąpił Nowy Rok? 2020 dał nam całkiem nieźle w kość! W trakcie jego trwania powstało mnóstwo memów o nim samym i co chwilę ktoś zastanawiał się, co on nam takiego ciekawego jeszcze przyniesie! Przyniósł na całe szczęście swojego następcę i teraz możemy liczyć na to, że będzie lepiej! No, ewentualnie może być gorzej i jeszcze zatęsknimy za 2020! Bądźmy jednak dobrej myśli i po prostu róbmy swoje. Ja w każdym razie nie chcę przekształcać tego skromnego podsumowania w esej czy jakąś formę publicystycznego spojrzenia na miniony rok, po prostu skupię się na moim kawałku książkowego internetu. Tak jak to zrobiłem rok temu oraz dwa lata temu, oraz trzy lata temu, i tak dalej…

Na pewno 2020 przyniósł mi coś wspaniałego – audiobooki! Nie, żebym nie wiedział o ich istnieniu wcześniej, po prostu nie mogłem się jakoś do nich przekonać. Jednak już w styczniu postanowiłem chociaż spróbować, dać im szansę. Okazało się, że totalnie przepadłem. Zacząłem je pochłaniać dosłownie całymi godzinami. Odkryłem przy tym, że najlepiej wchodzą mi te z rodzajów non-fiction – wszelkiego typu reportaże, literatura faktu, biografie czy nawet popularnonaukowe. Mam mały problem ze skupieniem się na beletrystyce – często mi dialogi uciekają. Co innego, jeśli są to słuchowiska! Jednak audiobooki z jednym lektorem wolę w wydaniu bardziej… narracyjnym.


Egzemplarze recenzenckie

Oczywiście dalej cały czas czytałem papier, ale trochę bardziej łaskawym okiem zacząłem również spoglądać na e-booki. Cały czas również chętnie sięgałem po egzemplarze recenzenckie, wśród których prym wiodło Wydawnictwo Uroboros. Tychże wyszło mi w 2020 o trzy sztuki mniej niż w roku poprzedzającym – 2019 ukończyłem z łączną liczbą 29, natomiast tym razem było ich 26 od dziewięciu różnych wydawnictw.

Pewnego rodzaju perełkami jak zawsze były książki Thomasa Arnolda, który wydał ich aż dwie w 2020 roku! Jak widać, nie dla wszystkich był to taki zły rok! W przypadku „Substancji czynnej” możecie zobaczyć moje logo na okładce jako jednego z patronów.


Drugą książką jest „Trzecia córka” (jakkolwiek by to zdanie nie brzmiało zabawnie ze względu na te liczebniki), chociaż tutaj już nieco zmieniły się zasady patronowania i całość pracy marketingowej przejęło Wydawnictwo Vectra. Swój egzemplarz wraz z dedykacją i autografem jednak otrzymałem!


Okazało się, że egzemplarze recenzenckie to niecałe 25% wszystkich przeczytanych przeze mnie stron w 2020 roku! Rzecz jasna, jeśli liczyć absolutnie wszystkie książki, łącznie z konwersją minut na papier. Dla TYLKO książek papierowych będzie to już o wiele wyższy procent – prawie 60%!


Przeczytane książki – ogólnie

W tym roku wynik mam nieziemski! Nie spodziewałem się kompletnie, że uda mi się przeczytać (lub przesłuchać) aż 120 książek. Jest to oczywiście ogromna zasługa audiobooków, które podwoiły moje możliwości przerobowe. Statystyki czytelnicze wyglądają o w ten sposób (pochodzą z moich skrupulatnych zapisków, a dlaczego o tym wspominam, dowiecie się już za chwilę):

Jak wiele osób lubiących czytanie, tak i ja prowadzę profile na Lubimy Czytać oraz Good Reads. Teraz właśnie nadszedł czas, w którym informacja o mojej skrupulatności jest istotna. Zobaczcie, jak bardzo różnią się poniższe dane od tych, które przedstawiłem wcześniej na moich infografikach. Niestety oba serwisy mają bardzo nieaktualne dane dotyczące książek, więc mocno przekłamują takie podsumowania. Jednak ciekawie wyglądają, więc też je zamieszczam!


Trochę to... ułomne. Logika by nakazywała, że podsumowanie CAŁEGO roku robi się po upłynięciu ostatniego dnia danego roku. Znaczy można sobie wcześniej zrobić, ale powinna być możliwość poczekania. Tymczasem Lubimy Czytać „ostatni rok” określa jako „ostatnie dwanaście miesięcy włącznie z obecnie rozpoczętym”. Gdybym wczoraj zerknął do statystyk, to byłyby teoretycznie okej, a tymczasem muszę zaprezentować Wam wyliczone statystyki WŁĄCZNIE z obecnym styczniem – żenada. :D 


Już lepiej, prawda? Ano prawda, chociaż też gdzieś mi się zgubiło 5 książek...


No cóż... Taka tam informacja!



Tutaj wyszło naprawdę bardzo ładnie! Nie sądziłem ani przez chwilę, gdy sobie dorzucałem to wyzwanie, że uda mi się prawie dwukrotnie je przebić. Dlatego na 2021 rok mam już ustawiony cel 100 pozycji!

Podcasty

Co było pierwsze? Podcasty, czy audiobooki? U mnie podcasty! Słucham ich nieprzerwanie od kilku lat i jestem na bieżąco z moimi ulubionymi! Czyli jakimi? Ano takimi:

  1. 6 minute English
  2. Biznes Myśli
  3. Biznes w IT
  4. Cyber Cyber
  5. Czytu Czytu
  6. DevTalk
  7. Finanse Bardzo Osobiste
  8. Greg Albrecht Podcast
  9. Imponderabilia
  10. Kryminatorium
  11. Książki, które uczą
  12. Mała Wielka Firma
  13. Męskie spotkania
  14. Na podsłuchu
  15. Nauka XXI wieku
  16. Nerdy Nocą
  17. Nerdzi w Kulturze
  18. Ostra Piła
  19. Otwieracz
  20. Pani Swojego Czasu
  21. Pasja informatyki
  22. Patoarchitekci
  23. Po ludzku o pieniądzach
  24. Polimaty 2
  25. Porozmawiajmy o IT
  26. Rock i Borys
  27. Shufflecast
  28. Stacja IT
  29. W drodze do pracy
  30. Więcej niż oszczędzanie pieniędzy
  31. Zabójcze Opowieści
  32. Ze stoickim spokojem

Powyższe podcasty słuchałem w 2020 roku – jest to lista unikalnych tytułów, które przewinęły się w moim Overcascie. Poniżej natomiast możecie zobaczyć piątkę, która może się pochwalić najdłuższym przesłuchaniem przeze mnie. Znaczy, zsumowałem po prostu długości przesłuchanych odcinków i wyszły takie liczby!


A jak wygląda samo takie… ogólne podsumowanie minut i tak dalej? Ano w ten sposób:


Ile ja słuchałem tak w ogóle?

Jest to pytanie, które zadaję sobie już od jakiegoś czasu. W końcu słucham tych audiobooków, słucham też podcastów, robię osobne statystyki z każdej z tych kategorii, ale nie wiem tak właściwie, ile ja OGÓLNIE słucham. Mógłbym w prosty sposób sumować te średnie i dostawać jakoś tak wynik, no ale fajnie by było to jednak zebrać całkowicie ze sobą do kupy. Nie wiem, czy będę robił takie zestawienia każdego miesiąca, ale, tak czy siak, chciałem zobaczyć, jak to wyszło w rocznej perspektywie. No, prawie rocznej… w końcu dane dotyczące słuchanych podcastów zbieram dopiero od czerwca. W związku z tym to, co widzicie poniżej, to suma od czerwca do grudnia, a nie od początku roku! Tak więc to jedynie taki prototyp tego, co może wyjść mi za rok!

Tym razem jednak nie będzie grafik, ale suche liczby – w końcu to tylko eksperyment, który nie obejmuje sobą całego roku.

Podcasty: 24 186 minut

Audiobooki: 23 476 minut

RAZEM: 47 662 minut

Wychodzi więc na to, że od czerwca 2020 do grudnia 2020, stosunek podcastów do audiobooków był mniej więcej taki sam. A jak wyszły dzienne i miesięczne średnie?

Dziennie: 223 minuty (3h 43m)

Miesięcznie: 6 808 minut (4d 17h 28m)

Wychodzi więc na to, że każdego dnia poświęcałem średnio PRAWIE CZTERY GODZINY na słuchanie czegoś! Wyszło w sumie... nieźle!

Zakupy i nie tylko

Warto też wspomnieć o tym, jakie książki wzbogaciły moją domową biblioteczkę. Wyżej napisałem już, ile pozycji to były egzemplarze recenzenckie, jednak nie było to jedyne źródło nabywania kolejnych tytułów. Łącznie w 2020 roku przybyło mi 70 książek. Co jest ciekawe, jest to DOKŁADNIE TAKI SAM WYNIK jak rok temu

Lepiej jednak nie będę wypisywał całej listy, bo mogłoby się to źle skończyć dla czytelności posta…

Filmy i seriale

Nie samymi książkami człowiek żyje, prawda? Trochę to wyświechtane powiedzenie, ale jakże prawdziwe. Statystyki oglądanych filmów oraz seriali prowadzę również dopiero od czerwca, więc dane mam tylko z ostatnich siedmiu miesięcy. Mógłbym się dokopać do samych filmów na Filmwebie, ale uznałem, że nie ma sensu tak tego wszystkiego rozdzielać i też zrobię sobie eksperyment obejmujący tylko parę miesięcy! Stąd takie oto niezbyt szczegółowe dane:


W to wliczają się następujące tytuły filmów:

  1. „Kler”
  2. „Martwe Zło”
  3. „Pewnego razu w Hollywood”
  4. „Proces siódemki z Chicago”
  5. „Zaginiona dziewczyna”
  6. „To 2”

Oraz unikalnych seriali (co najmniej jeden obejrzany odcinek, wiele sezonów to po prostu jeden serial):

  1. „Alienista”
  2. „Brzydula”
  3. „Dark”
  4. „F is for Family”
  5. „Gambit królowej”
  6. „Mr. Robot”
  7. „Nasza Planeta”
  8. „Nawiedzony dwór”
  9. „Rick i Morty”
  10. „Rozczarowani”
  11. „The Crown”
  12. „The Wire”
  13. „Wielkie kłamstewka”

To chyba na tyle. W każdym razie na tyle w związku z 2020! Co nam przyniesie nowy rok? Zobaczymy, oby jak najwięcej dobrego!

A Wam jak minął 2020? 


poniedziałek, 4 stycznia 2021

Co pod pióro w styczniu 2021

Zaczynamy niby nowy rok, 2021, ale pewne przyzwyczajenia pozostają niezmienne. Takie jak na przykład przygotowanie sobie kilku tytułów, które chciałoby się przeczytać w danym miesiącu! Nie zawsze mi to wychodziło, zwłaszcza pod koniec świeżo minionego roku, ale pozwala mi to na pewnego rodzaju komfort przy wejściu w nowy miesiąc. Dlatego też nie zamierzam z tego zrezygnować ani z przedstawiania Wam tych planów! W pewnym sensie pomaga mi to zmotywować się do trzymania się tych założeń. Wiecie, jak to jest, publiczne zobowiązania i takie tam. Niby zobowiązanie to nie jest, a jedynie sugestia, czego możecie się u mnie spodziewać, ale, tak czy siak, działa!

Nowy Rok zamierzam rozpocząć z przytupem, trochę tak, jak skończyłem stary. No, tylko w nieco innym klimacie, bo nie ma co rosyjskiej epopei narodowej przyrównywać do podobno genialnego, bo genialnego, ale wciąż „tylko” horroru Dana Simmonsa. Jednak to właśnie „Terrorem” pragnę wejść w nową rzeczywistość (ach, jakie to górnolotne określenie) i nie wiem ile mi się prócz niej uda upchnąć innych tytułów na papierze bądź e-booku. W końcu tu jednak całkiem niezły grubasek jest. No, ale zobaczymy, jak to wyjdzie!

Tradycyjnie więc przedstawiam Wam cztery tytuły papierowe/czytnikowe oraz oczywiście kilka audiobooków, które wpadły mi w oko. A może wpadną w ucho. He-he! Zdjęcia okładek rzecz jasna również tradycyjnie pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Wojna i pokój. Tom III i IV” – Lew Tołstoj

Tak, jeszcze kolejne osiemset stron przede mną, zanim skończę całkiem tę rosyjską epopeję narodową! Plan na 2020 został więc tylko częściowo wypełniony, ale chcę iść za ciosem i od razu wziąć się za kolejne dwa tomy. Przy okazji nie zapomnę wydarzeń po kilku miesiącach przerwy...

„Terror” – Dan Simmons

HMS Terror oraz HMS Erebus zaginęły w 1845 roku, podczas wyprawy poszukiwawczej Przejścia Północno-Zachodniego, prowadzącego z Europy do Azji ponad kontynentem Ameryki Północnej. Książka ta to próba odtworzenia wydarzeń z tamtej wyprawy, które oczywiście nie są oparte na żadnych przekazach. Historia podobno ciężka, ale piękna.

„Raróg” – Anna Sokalska

Kolejna próba podejścia do tej książki – już ją planowałem bodaj dwa razy i ani razu nie udało się jej nawet zdjąć z półki… A „gangsterski kryminał psychologiczny” w opisie bardzo kusi. Przy okazji już trochę czasu minęło, odkąd ostatni raz czytałem jakiś kryminał lub thriller… Pora nadrobić!

„Inaczej” – Radosław Kotarski

Kojarzycie „Włam się do mózgu”, w której to książce Radek Kotarski zebrał wiele metod skutecznej nauki? Tutaj mamy powtórkę z rozrywki, ale w kontekście pracy i produktywności! Poprzednią jego książkę wspominam bardzo dobrze, pomogła mi, wskazując w pewnym sensie drogę, którą należy podążać podczas nauki, więc mam nadzieję, że i tym razem autor wykonał równie dobrą pracę! No i się przy tym nie przepracował!

AUDIOBOOKI

Jak zwykle też zaplanowałem sobie parę audiobooków, które leżą już grzecznie na liście i czekają na naciśnięcie przycisku „play”. Część z nich to zaplanowane od jakiegoś czasu tytuły, a część przykuła moją uwagę podczas przeglądania najnowszych pozycji dodanych do Empik Go.



– „O duchach” praca zbiorowa
– „Sztuka życia według stoików” Piotr Stankiewicz
– „Zabawy w Boga” Magda Gacyk
– „Sekretne życie drzew” Peter Wohlleben


sobota, 2 stycznia 2021

Podsumowanie grudzień 2020

Jak tam, cieszycie się, że ostatni miesiąc 2020 roku już za nami? Tak naprawdę to cały rok już poszedł w niepamięć! Żebyśmy tylko jeszcze za nim nie zatęsknili… Za grudniem w sumie zatęsknić można, w każdym razie ja mogę, bo to jednak sporo wolnego! W tym roku nie było tak kolorowo z dniami wolnymi ustawowo (w przyszłym też nie będzie), ale i tak zrobiłem sobie łącznie dwanaście dni ciągiem laby! Mogłem teoretycznie przedłużyć aż do ósmego stycznia, ale to już byłyby kolejne cztery dni wypalone z czasu urlopowego, więc wystarczy dodatkowy 06.01.2021 jako wolny (tak, napisałem na początku 2020 zamiast 2021, sezon na poprawianie roku uznaję za otwarty)!

Czy mi te dwanaście dni wolnego pomogło w nadrobieniu tych wszystkich tytułów, które tak bardzo chcę przeczytać? Jeśli odpowiedzieliście na to pytanie przecząco, to macie rację! Nie zamierzam oczywiście narzekać, bo w końcu to ja decyduję o tym, co robię w czasie wolnym, oraz jak bardzo zajętym mam ten czas… wolny. To jednak jest już taka klasyka, że w jakiekolwiek święta nie mam za bardzo kiedy nacieszyć się literaturą, bo zawsze jest coś do zrobienia. Nawet jeśli jest to jakaś rzecz prywatna, którą mógłbym równie dobrze odpuścić.

Nie ma co jednak dłużej marudzić i się usprawiedliwiać i w ogóle – po prostu lecimy z tym koksem! Znaczy się z grafikami…



Klasycznie, prawda? Tutaj nie ma niczego zadziwiającego, bo w sumie nic takiego się nie wydarzyło. Fajnie się czytało w grudniu, fajnie się słuchało audiobooków, bo podcasty trochę się ze względu na święta jakby… obijały (zrozumiałe), ale jakoś tak po prostu… klasycznie!


Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie, podcasty w tym miesiącu wypadły nieco gorzej, ponieważ ich twórcy to też ludzie i chcieliby odpocząć oraz spędzić święta nieco inaczej, niż nagrywając kolejne audycje. W związku z tym więcej trochę słuchałem audiobooków niż podcastów, a powyższa plansza wygląda, tak jak wygląda – czyli wspaniale!

Cały czas natomiast jestem na bieżąco z drugim sezonem „Brzyduli”, a do tego sięgnąłem po „The Crown” – kulturalnie przechodzimy sobie z moją ładniejszą połówką kolejne odcinki. Wciągające skubaństwo, i to pomimo tego, że w sumie mocno przegadane. No i do tego polityczne. Jednak zrobione świetnie. Dzięki przerwie świątecznej udało się obejrzeć trochę więcej (no i dzięki urlopowi między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem).


A tutaj pełna lista filmów oraz seriali, które udało mi się obejrzeć w całości lub części w grudniu:

  1. „Brzydula”
  2. „The Crown”


Powiem Wam, że niedawno włączyłem sobie Google Analytics 4 na moim drugim blogu (takim branżowym można rzec) i to, co tam widzę, jest wspaniałe! Postanowiłem więc zaimplementować również skrypcik na tym blogu, żeby zobaczyć, czy przypadkiem te statystyki nie będą nieco bardziej… łatwe do ogarnięcia. Zwłaszcza że wiele nowych eventów jest włączona od razu, bez konieczności dodatkowej konfiguracji, więc może będą to statystyki bardziej miarodajne. Tymczasem jednak powyższa plansza bazuje na starym Google Analytics – zobaczymy, czy nie dorzucę od nowego roku jakichś nowych pól!

A oto i zdjęcie na Instagramie, które zdobyło w grudniu najwięcej polubień!

Niezbyt wiele mi w grudniu książek przybyło, tak dla zbilansowania tego wszystkiego po szaleństwie listopadowym. Kilka jednak powiększyło moją biblioteczkę, a były to:

  1. „Inaczej” – R. Kotarski
  2. „Moc w gębie” – T. Kammel
  3. „Jak się ubrać” – M. Kędziora

Na sam koniec zamieszczam standardowo listę przeczytanych tytułów, wraz z linkami do opinii o nich:

  1. „Ja, potępiona” – K. B. Miszczuk
  2. „Spod kozetki” – G. Small, G. Vorgan
  3. „B.Bomb” – M. Kozłowska
  4. „Skorpion” – T. Wójcik
  5. „Świat równoległy” – T. Michniewicz
  6. „Ja, ocalona” – K. B. Miszczuk
  7. „Ciszej, proszę” – S. Cain
  8. „Wojna i pokój” – L. Tołstoj
  9. „Nie rób nic” – C. Headlee

Mam nadzieję, że Wasz grudzień był równie udany!


piątek, 1 stycznia 2021

Zbiorczo spod pióra grudzień 2020

Ostatni miesiąc 2020 roku za nami! Już dzisiaj wiemy, że jednak ten rok nie spłatał nam figla i nie pojawiła się dzisiaj w kalendarzu data 32.12.2020! Teraz możemy rozpocząć kolejnych dwanaście miesięcy – oby nieco mniej dynamicznych niż poprzednie… Nie wiem jak Wy, ale ja jeszcze trochę żyję grudniem. Takie dłuższe święta sobie zrobiłem, wolne wziąłem i od 23 grudnia już się lenię. W tym roku odrobinę niesprzyjająco te święta wypadły, jeśli chodzi o możliwości urlopowe, ale nie ma co narzekać – w końcu i tak drugi dzień świąt to dzień do odebrania, więc w jakichś siedmiu dniach urlopu uda się zamknąć, gdyby ktoś chciał sobie zrobić pełne dwa tygodnie!

Może i trochę wolnego było, ale ja jak zwykle jakoś nie mogłem sobie zagospodarować więcej czasu na czytanie. W sumie jakby trochę więcej słuchałem, więc w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale coś nie mogę tego świątecznego czasu przełamać. Zawsze jest coś innego do zrobienia i w ogóle. Za to miałem jeszcze sporo papierowych egzemplarzy recenzenckich, które mi się uzbierały jeszcze od października (sic!), więc nie miałem żadnego problemu z wyborem lektur!

Nie wszystko jednak jak zwykle recenzowałem w osobnych postach, a jedynie czasem w paru słowach na Instagramie oraz Facebooku. Poniżej więc standardowo znajdziecie po dwa akapity o każdej z przeczytanych lub wysłuchanych książek.

„Spod kozetki” – Gary Small, Gigi Vorgan

Format: Audiobook
Stron/długość: 11h 15m
Lektor: Marcin Popczyński

Nie byłem do końca pewien, co otrzymam w tej książce. Zawsze takie proste opisy, jak ten, który przedstawia pokrótce ten tytuł, są bardzo… niepewne. Spieszę więc na początku z wyjaśnieniem, że mamy tutaj zbiór kilku przeróżnych przypadków, z którymi spotkał się na swojej drodze Gary Small, psychiatra z wieloletnim doświadczeniem. Nie są to jednak byle jakie przypadki, zebrane w losowy sposób – praktycznie każdy z nich jest nietypowy i na pierwszy rzut oka nie wskazuje na to, czym tak naprawdę jest. W pewnym sensie cała książka przypomina mi jeden z przypadków z „Na sygnale”, w którym pierwszym objawem guza mózgu okazał się napad szału u mężczyzny, który zaatakował tasakiem swoją żonę.

Tutaj co prawda nie ma aż tak drastycznych przypadków, jednak Gary Small pokazuje, że psychiatra musi się czasem zmierzyć z niezwykle niecodziennymi sprawami. Na domiar złego takimi, które mogą spotkać totalnie przeciętnego człowieka. W pewnym sensie „Spod kozetki” to próba pokazania, że u psychiatrów nie leczą się tylko „czubki” i nie trzeba się tej specjalizacji wcale bać. Często bowiem nawet najmniej charakterystyczny przypadek może okazać się problemem o podłożu psychicznym. A wtedy bez dobrego specjalisty ani rusz.

„Skorpion” – Krzysztof Wójcik

Format: Audiobook
Stron/długość: 10h 34m
Lektor: Adam Bauman

Czasem lubię sięgnąć po ogólnie pojętą literaturę true crime. Jestem jedną z tych dziwnych osób, które fascynuje ludzki umysł i jego ciemna strona – do czego jest zdolna, jak bardzo potrafi być skrzywiona i tak dalej. Książek przedstawiających zarówno samo życie zbrodniarzy, jak i zrekonstruowane ostatnie chwile ich ofiar. W tym przypadku, w historii Pawła Tuchlina, zwanego również Skorpionem, jest nawet jeszcze więcej. Autor skleił ze sobą odtworzone chwile tuż przed zabójstwem Skorpiona z narracją jego samego, w jaki sposób wyglądało to w jego oczach. Oczywiście wyszedł z tego całkiem niezły mindfuck, który zestawia ze sobą dwa kompletnie różne punkty widzenia. Chociaż wiadomo doskonale, że wersja Pawła Tuchlina nie może być… zdrowa.

Cała książka ma sporo fabularnych naleciałości. Krzysztof Wójcik starał się przekazać nie same, suche fakty, w bardzo reporterski sposób, ale przekonać do czytania. Oprócz tego do próby wyobrażenia sobie tego, jak wyglądały ostatnie chwile ofiar Skorpiona, uzupełniając je o wersję samego mordercy. Cóż, brzmieć to może jak bardzo kiepska próba czystej sprzedaży tragicznych wydarzeń, ale wierzcie mi – efekt jest kompletnie inny. Jest to jedna z lepszych książek o seryjnym mordercy, jakie miałem okazję czytać lub słuchać. Nie próbuje wybielać ani pastwić się nad przestępcą, ale skupia się raczej na faktach połączonych z wydobyciem różnic między rzeczywistością a umysłem zwyrodnialca.

„Świat równoległy” – Tomasz Michniewicz

Format: Audiobook
Stron/długość: 8h 59m
Lektor: Krzysztof Gosztyła

Tomasz Michniewicz stworzył w tej książce zbiór reportaży z przeróżnych krańców świata oraz o kompletnie innych ludziach. Znajdziemy tutaj i Pakistan wraz z tamtejszymi sufitami, mamy europejskich fanów adrenaliny skaczących ze skał w samym kombinezonie, mamy również kandydatów do elity wojsk specjalnych, którzy starają się przeżyć Hell Week. To jednak nie koniec różnorodności, bo Tomasz Michniewicz zabiera nas też na wycieczkę do Johannesburga, gdzie przestępczość jest na tak wysokim poziomie, że nie ma człowieka, który nie spałby z karabinem pod ręką. Wszystko po to, aby pokazać skrajnie odmienne sytuacje, które dzieją się w tym samym czasie, na tej samej planecie, ale w innych jej zakątkach.

Nie wszystkie reportaże są równe. Niektóre wręcz mocno stronnicze – pokazują nastawienie autora do danego zagadnienia, a jego emocje czasem się wręcz wylewają. Osobiście wolę całkowite odcięcie się od opisywanego tematu i wyzwalanie emocji w czytelniku lub słuchaczu za pomocą odpowiednio konstruowanych zdań, a nie przekazywaniu mu swoich uczuć. Niemnie jednak nie można odmówić szczegółowości i oryginalności przedstawianych tematów. Tomasz Michniewicz zadał sobie sporo trudu, aby informacje nie tylko pozbierać do kupy, ale je przede wszystkim zdobyć. W niektórych przypadkach musiał naprawdę dużo poświęcić. Choćby za to należy się szacunek.

„Nie rób nic” – Celeste Headlee

Format: Audiobook
Stron/długość: 8h 48m
Lektor: Agata Skórska

Zapowiadała się z tego świetna książka, zwłaszcza na początku. Kawał naprawdę wspaniałej historii pracy ludzkości, gdzieś od czasów średniowiecza, przez cały okres rewolucji przemysłowej, aż do czasów współczesnych. Ile się kiedyś pracowało, jak wyglądała ewolucja praw pracowniczych oraz eksperymenty z różnym czasem pracy. Potem niestety jest już dużo słabiej. Wiecie, co to jest dowód anegdotyczny? Autorka używa ich od groma, głównie w formie „własnych eksperymentów”, próbując wyjaśniać na ich podstawie problemy współczesnego świata. Ruch slow life czy slow biznes to bardzo ważne zagadnienie, naprawdę potrzebne w czasach błyskawicznego konsumpcjonizmu, ale niestety nie można się opierać na tak wątłych podstawach. Niestety, jeśli chodzi o powoływanie się na wiarygodne badania, to jest tego niewiele. A bywały niestety i takie, w których próba wynosiła cztery osoby…

Przy okazji nie do końca wiadomo, o co autorce chodzi. Czy jest to książka o tym, jak zwolnić i przestać się przepracowywać, czy też jak ważna jest rozmowa z obcymi ludźmi? Tak, dokładnie to wyniosłem z połowy książki – Celeste Headlee powtarza wręcz jak mantrę, że to jedna z najważniejszych rzeczy, żeby rozmawiać z obcymi osobami, a maile czy inne telefony nam tego nie zastąpią. Przy okazji maila – wykłada czytelnikom jedne z podstawowych zasad teorii produktywności, którymi dość otwarcie gardzi, powodując we mnie mały mętlik. Wygląda to tak, jakby hejtowała coś, czego kompletnie nie zna, ale nie ma pojęcia, że się łączy z jej czynami. Cóż, szkoda, bo słuchało się naprawdę miło.

„Ciszej, proszę” – Susan Cain

Format: Audiobook
Stron/długość: 18h 4m
Lektor: Masza Bobucka

To kompletnie inna książka niż „Nie rób nic”, którą miałem okazję przesłuchać przed sięgnięciem po „Ciszej, proszę”. Susan Cain o wiele lepiej zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne jest jasne przekazywanie, co w jej wypowiedziach jest poparte badaniami naukowymi, a co jest tylko spekulacją lub domniemaniem. Przedstawia w swojej książce główne różnice między ekstrawertykami oraz introwertykami, jednak wraz z wejściem o wiele głębiej, niż tylko to, co przeciętny człowiek może zobaczyć na własne oczy, spotykając przedstawicieli z takimi cechami osobowości. Dowiedziałem się mnóstwa rzeczy, również o sobie, jak i wyjaśnień, skąd się biorą takie, a nie inne zachowania.

Główny człon każdego rozdziału to historia jednej lub więcej osób, które akurat pasują do omawianego tematu. Jako bardzo szczegółowe uzupełnienie, autorka dodaje wspomniane badania naukowe, które zajmowały konkretnym zagadnieniem oraz próbuje wyjaśnić w prostych słowach, jak to się przekłada na rzeczywistość. Możemy więc poznać mechanizmy odnoszenia sukcesu przez jednych ludzi i ponoszenia porażek u innych, jak również dowiedzieć się, w jaki sposób na to wszystko wpływa koktajl neuroprzekaźników w ludzkim mózgu. Jednak należy od razu uprzedzić – Susan Cain mimo wszystko skupia się na pokazaniu, jak się powinno żyć z introwertykami, którzy muszą sobie radzić w świecie promującym i wręcz wymagającym ekstrawertyzmu. Nie zdziwcie się, więc jeśli będzie się Wam wydawać, że introwertyków jest tam o wiele więcej.

„Wojna i pokój. Tom I i II” – Lew Tołstoj

Format: E-book
Stron/długość: 820
Tłumacz: Andrzej Stawar

Pewnie niektórzy z Was są ciekawi, czemu akurat „Wojna i pokój” trafiła akurat tutaj, a nie do całkowicie osobnego posta. Powód jest bardzo prosty – zwyczajnie nie czuję się na siłach, żeby podjąć się próby napisania takiej pełnej recenzji. Nie mam zresztą też za wiele do napisania, bo ta rosyjska epopeja narodowa okazała się dziełem bardzo wymagającym oraz niezwykle ambitnym w swojej prostocie. Czuję, że będę musiał jeszcze nie raz do niej wrócić, bo wielu rzeczy wciąż nie rozumiem, chociaż widzę, że jest w nich ukryty jakiś głębszy sens.

Nic jednak dziwnego, że to akurat „Wojna i pokój” została nazwana epopeją narodową – nawet taki amator jak ja dostrzega ten wielki przekrój przez rosyjską arystokrację oraz jej ówczesne podejście do prowadzenia wojen, spojrzenia na bohaterów wojennych (oraz na ludzi z ogromną gotówką) oraz porażki i zwycięstwa. Dość ciekawie zobrazowana jest klęska w bitwie pod Austerlitz, znana zapewne niektórym z lekcji historii. Naprawdę kawał pięknej literatury rosyjskiej.




piątek, 18 grudnia 2020

„Ja, ocalona” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, ocalona
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 430
Data wydania: 28 października 2020

Wiecie, ile czasu minęło od pierwszego wydania trzeciej części cyklu o Wiktorii Biankowskiej, czyli „Ja, potępiona”? Osiem lat. Dla pisarki jest to szmat czasu, w którym wydarzyć się może naprawdę wszystko! Przede wszystkim nowe książki, za którymi idzie poprawa nie tylko warsztatu pisarskiego, ale również koncepcji. Nawet na świat, który został już stworzony, i wyprodukowane zostały powieści go opisujące. A w końcu „była diablica, niedoszła anielica” towarzyszy już czytelnikom od trzech tomów, prawda? W czwartym, wydanym po prawie dziesięcioleciu, mogło się wydarzyć absolutnie wszystko. Dlatego cieszę się bardzo, że miałem możliwość przeczytania wszystkich książek jedna po drugiej. Dzięki temu mogłem ocenić, jak zmienił się styl autorki przez te lata, a muszę przyznać, że w czwartej części widać ogromną zmianę.

Jeśli Wiktoria kiedykolwiek sądziła, że życie z diabłem będzie usłane różami, to się bardzo srogo myliła. Chociaż w pewnym sensie udało jej się utrzymać w miarę stabilny byt – przez kilkanaście lat nie doprowadziła do żadnej katastrofy w Zaświatach! Aby jednak równowaga została zachowana, musiało się stać coś bardzo nietypowego. Można chyba w ten sposób określić depresję u samego Szatana, prawda? Zwłaszcza jeśli ten pragnie w związku z tym nieco… przyspieszyć Apokalipsę. Tak, tę Apokalipsę. Chyba nawet Azazel by nie wpadł na tak durny pomysł. Chociaż kto go tam wie, w końcu niejedno już robił w swoim długim, diabelskim życiu…

Minęło osiem lat, od kiedy Katarzyna Berenika Miszczuk wydała trzeci tom przygód Wiktorii Biankowskiej i było to chyba bardzo pracowite osiem lat. Znaczną zmianę widać od samego początku czwartej części – zarówno w języku, jak i w podejściu do samej konstrukcji powieści. Nie jest to być może różnica typu „niebo a ziemia” (he-he), jednak wyczuć ją można od pierwszych zdań. Jest bardziej… bogato, dojrzale, widać dużo urozmaicenia, mniej chaosu. A do tego nawet same postacie są nieco inaczej poprowadzone – bogatsze o dziesięć lat powieściowych „życia” faktycznie są odzwierciedleniem nieco innych wersji samych siebie. Chociaż teoretycznie dla Beletha czy Azazela nie powinno to robić większej różnicy – wszak istnieją oni od zarania dziejów.

Wreszcie pojawia się też więcej historii Nieba oraz Piekła! Wszystko bazuje oczywiście na Biblii oraz podaniach czy mitach, jednak w nieco skrzywiony sposób, tak charakterystyczny dla całego cyklu. Cała powieść kręci się głównie wokół tematu Apokalipsy, więc Apokalipsa św. Jana jest tym utworem, na którym bazuje najwięcej przykładów. Możemy jednak liczyć także na poznanie nowych imion Aniołów wraz z przynależnością do konkretnych chórów. Autorka nawet pozwoliła sobie na wspomnienie tworzenia świata oraz tego, jak budowniczowie pracowali, ile im to zajęło i czym się to dla nich skończyło. Zważywszy na to, jak mało tego typu smaczków było w poprzednich trzech tomach, czuję się choć trochę usatysfakcjonowanym w tej kwestii.

Osiem lat to mnóstwo czasu na to, by w ogóle zapomnieć, o czym były wcześniejsze książki. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogłem je przeczytać ciurkiem – jednak wiele osób ma je już dawno za sobą. Katarzyna Berenika Miszczuk dość trzeźwo więc założyła, że mogą być problemy z przypomnieniem sobie konkretnych wydarzeń i postanowiła (najczęściej słowami Wiktorii) poprzypominać to i owo. Na całe szczęście wyszło to dość naturalnie – nie czuć takiego wpychania informacji na siłę, raczej jest to realizowane w formie rozmyślań samej Wiki. Być może nawet dzięki temu dałoby się przeczytać „Ja, ocalona” bez znajomości wcześniejszych tytułów. Tutaj jednak ciężko mi jest się wypowiedzieć z większą pewnością siebie.

Nawet wątek romantyczny wydaje się jakiś taki… bardziej dojrzały. Nie jest to już jakieś uganianie się przystojnego i jurnego diabła za śliczną Wiktorią, tylko o wiele poważniejsze rozterki na temat związków oraz relacji po rozstaniu. Rzecz jasna nie można nazwać „Ja, ocalona” studium przypadku niedokończonych spraw, to wciąż jest jednak książka dla młodzieży, jednak nawet taki antyfan wstawek miłosnych jak ja jest w stanie to przetrawić, a nawet zaakceptować. Chociaż oczywiście nie mogło zabraknąć bardziej przyziemnych (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście Nieba i Piekła) „żądz” i innych takich. Cóż, trzeba przeżyć – w końcu taki klimat tego cyklu, prawda?

Naprawdę ogromna różnica między poprzednimi tomami, a „Ja, ocalona”. Jednocześnie udało się autorce utrzymać podobny klimat, a zabieg z przeniesieniem akcji również o dziesięć lat do przodu bardzo pozytywnie wpłynęło na te zmiany w postaciach, które zrobiły je nieco bardziej dojrzałymi i konkretnymi. Jestem naprawdę kontent. Końcówka była zwłaszcza miłym zaskoczeniem – jak już wskoczyłem w ostatnie łańcuch wydarzeń, to oderwałem się dopiero wtedy, gdy zamknąłem przeczytaną już książkę. Wielka szkoda, że poprzednie powieści nie powstały właśnie mniej więcej teraz, bo czuję, że wszystkie miałyby o wiele więcej pazura. Niemniej jednak cieszę się, tak czy siak, z tego, że mogłem prześledzić rozwój Wiktorii i jej paczki diabelskich przyjaciół od początku, aż do obecnego końca. Jednak tylko chwilowego – epilog już się postarał o to, żeby było jasne, iż Katarzyna Berenika Miszczuk nie powiedziała ostatniego słowa!

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

wtorek, 15 grudnia 2020

„B.Bomb” – Marta Kozłowska

„B.Bomb” – Marta Kozłowska
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Marta Kozłowska
Tytuł: B.Bomb
Wydawnictwo: Instytut Literatury
Stron: 176
Data wydania: 22 października 2020

To jedna z tych książek, do których nie próbuję podejść „w leniwe, niedzielne popołudnie”. Nie jest lekka, nie da się w niej po prostu przelecieć wzrokiem nudnych fragmentów, nie można po prostu wertować kolejnych linijek, jednocześnie nadrabiając Instagrama. Czułem, że będzie to właśnie bardziej ambitna książka już podczas wymiany mailowej z Instytutem Literatury. Najczęściej sięgam po bardzo lekką beletrystykę, w dużej mierze wręcz po fantastykę młodzieżową, ale warto czasem sięgnąć po coś, co zmusi moje zwoje mózgowe do poskręcania się, prawda? No i faktycznie trafiłem świetnie. „B.Bomb” nie bierze jeńców, ale za to pozostawia bardzo duże pole do dowolnej interpretacji.

Sytuacja na pustyni nie jest prosta. Stabilizację oraz bezpieczeństwo – jakże szumnie określone – zapewniają wojska pod wodzą generała Melville’a. Humanisty, warto podkreślić, jedynego w okolicy! Z takimi wojakami jak Seba, nikt nie zagrozi sytuacji w bazie wojskowej „Babilon”. Nawet szpiedzy, tacy jak Malik al-Suri, który za odrobinę strawy zrobi niemalże wszystko. Zwłaszcza dla mędra Kadiego, który potrafi czytać znaki jak absolutnie nikt inny. Jednak w tym wszystkim nie należy zapomnieć o trzeciej sile, która próbuje niepostrzeżenie przyglądać się rozwojowi wydarzeń z ciepłego miejsca, jakim jest… telewizor.

Powieść Marty Kozłowskiej jest jednym z wyróżnionych tytułów w kategorii epika w II Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką „Nowy Dokument Tekstowy”, organizowanym przez Instytut Literatury. Już samo to może nakierować czytelnika na klimat, w jakim utrzymana jest powieść, oraz z jakim językiem potencjalnie będzie miał do czynienia. W końcu zwycięskie prace wydane zostały w ramach Biblioteki Literackiej Kwartalnika „Nowy Napis”, a sam konkurs oceniany był przez doktora literaturoznawstwa oraz krytyka literackiego. Spodziewać się więc można było raczej górnolotnej literatury niż klasycznej, lekkiej beletrystyki.

Najbardziej charakterystyczną cechą „B.Bomb” jest chyba język użyty w powieści. Jest bardzo bogaty w słownictwo, ozdobny oraz stylistycznie perfekcyjny. W oczy rzuca się na pewno wykorzystanie przez autorkę czasu zaprzeszłego, który – mam wrażenie – jest w pewnym sensie zapomniany w Polsce. Nadaje on charakterystyczną, archaiczną nutę całości. Już dla niego samego, jak i stylu, w jakim została napisana książka, zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Nie czytam na co dzień literatury tego formatu, ale od czasu do czasu taka lektura pozwoli się dosłownie i w przenośni „odchamić” – zobaczyć, że można bawić się słowem, a nie tylko używać go do przelania na papier nieważne jak pięknych i skomplikowanych myśli.

Im bardziej zagłębiałem się w lekturę, tym bardziej chaotyczne na pierwszy rzut oka przeskoki pomiędzy porcjami absurdu przypominały mi coraz bardziej coś konkretnego. Nie mogłem długo uchwycić tego, co mój umysł miał na myśli, ale w końcu się udało! Wiktor Pielewin i jego „S.N.U.F.F.” oraz „Miłość do Trzech Zuckerbrinów”! Oba te dzieła miały podobne podejście do ukazywania rzeczy w bardzo krzywym zwierciadle, takim, przez które przechodzi skrzyżowanie wielu wymiarów rzeczywistości. Takie uderzające w głowę, ale będące w granicach dobrego smaku. Pastisz, a nie przejaskrawiony bełkot.

Dobrze jest czasem sięgnąć po taką książkę jak „B.Bomb”. Trudną w odbiorze, dopracowaną, wymagającą skupienia oraz myślenia. Na dłuższą metę więcej takiej literatury by mogło mnie przegrzać w pewnym sensie (zwłaszcza że i tak na co dzień mam do czynienia z dużą ilością wiedzy branżowej, która zmusza mózg do najwyższych obrotów), ale bardzo cieszę się, że są takie autorki jak Marta Kozłowska, które potrafią się nie tylko odpowiednio bawić słowem, ale i różnymi poziomami abstrakcji. Nie jest to długa powieść, więc przy okazji nie męczy i nie próbuje wycisnąć siódmych potów z czytelnika. Raczej bierze go szybko w obroty i zostawia z pewnego rodzaju mętlikiem w głowie oraz satysfakcją. Dość patologiczną satysfakcją, zważywszy na różne natężenie absurdu zastosowanego przez pisarkę, ale jednak satysfakcją.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję