czwartek, 18 lipca 2019

„Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” – Anka Mrówczyńska

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Anka Mrówczyńska
Tytuł: Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 368
Data wydania: 25 czerwca 2019


Nieczęsto sięgam po książki autobiograficzne – ani te, które są rzeczywiście autobiografią w pełnym tego słowa znaczeniu, jak i nieco sfabularyzowane tytuły. Temat chorób psychicznych jest jednak na tyle marginalizowany, że naturalnie mnie do niego ciągnie. Jestem osobą, która ciekawa jest nieznanego, a zwłaszcza tego, co uważane jest w pewnym sensie za temat tabu. W Polsce dość często schorzenia psychiczne kojarzą się głównie z „wariatami”, „psychiatrykiem” (co zostało ładnie wypunktowane w tytule przez autorkę) i ogólnie innymi określeniami o pejoratywnym znaczeniu. W „Młodym bogu z pętlą na szyi” mamy do czynienia z osobowością borderline i dziennikiem prowadzonym przez osobę cierpiącą na te zaburzenie, a więc teoretycznie jest to najlepsze źródło wiedzy o tym, z czym człowiek musi walczyć na co dzień. Bardzo dobrym dziennikiem.

Huśtawki nastrojów potrafią się trafić każdemu, bez względu na płeć czy wiek. Takie huśtawki, jakie występują w przypadku osobowości chwiejnej emocjonalnie typu borderline są kompletnie nieporównywalne z tym, co czasem przeżywa statystyczny człowiek. Anka Mrówczyńska na swoim własnym przykładzie pokazuje jaki koktajl emocji potrafi skupić się wewnątrz jednej osoby i w jaki sposób oddziaływać na otoczenie. Czas leczenia w szpitalu psychiatrycznym opisany w formie dziennika to niecodzienna możliwość dotknięcia problemów z emocjami, autoagresją, myślami samobójczymi, totalna niestabilnością oraz zobojętnieniem, o którym większość ludzi nie ma pojęcia i nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Książka utrzymana jest w formie dziennika, w którym Anka Mrówczyńska, autorka, opisuje swoje przeżycia związane z jej walką o wyjście na prostą. Wszystko zaczyna się tuż przed podjęciem przez nią decyzji o leczeniu, a w książce możemy śledzić nie tylko jej drogę wiodącą przez gabinety oraz oddziały szpitalne, ale również przez to, co działo się w jej głowie w trakcie wszystkich tych epizodów. Nie mam pojęcia (i zapewne się nie dowiem) jak bardzo przeżycia te zostały zredagowane na potrzeby ich publikacji, a na ile jest to rzeczywiście „surówka”, którą autorka przeżywała, ale i tak robi to wrażenie. Zwłaszcza w momentach tej niestabilności i chwiejności nastroju, które nie tylko doprowadzają samą autorkę do pewnego rodzaju szału, ale również jej otoczenie, które w tym przypadku skupia się głównie na jej narzeczonym.

„Boję się, że się zabiję. Tydzień temu próbowałam. W piątek planowałam. Wczoraj znów próbowałam. Chcę umrzeć. Nie chce umierać. Boję się, że się zabiję proszę pana”.

Świetne jest przedstawienie różnicy w tym, co Anka Mrówczyńska mówiła osobom, z którymi rozmawiała (głównie lekarzom, psychologom i pielęgniarkom/pielęgniarzom), a tym, co rzeczywiście działo się w jej głowie. Myśli bardzo często były zupełnie inne i potrafiły się zmieniać na bieżąco w niesamowicie szybkim tempie. W jednej sekundzie nastrój podsuwa taki pomysł, natomiast w drugiej zupełnie inny. To wręcz niewyobrażalne jak decyzje mogą się zmieniać i wykluczają się wręcz wzajemnie. Trudno nad tym nadążyć nawet czytając te opisy, więc nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak można z taką gonitwą sprzecznych ze sobą myśli można żyć na co dzień i funkcjonować. Nic dziwnego, że zachowanie osób z osobowością chwiejną emocjonalnie typu borderline, jak i innych osób z podobnymi problemami może być odbierane przez otoczenie jako kompletnie nieznośne. Jednak jak widać samodzielnie niewiele można z tym zrobić, co udowadnia Anka Mrówczyńska w opisach swoich przeżyć.

Mimo całego tego chaosu, który dzieje się w głowie autorki, cała historia jest spójna i sensownie napisana. Wśród gatunków muzyki metalowej możemy znaleźć wielu artystów, którzy cierpieli na różne schorzenia związane z psychiką (np. Mikael Nilsson, znany jako Nattramn), którzy tworzyli muzykę bardzo… specyficzną. Często niemożliwą do słuchania. Również utwory bazujące na nagraniach ze szpitali psychiatrycznych (jak np. albumy grupy Stalaggh) ociekają chaosem i przyprawiają o ciarki oraz doprowadzają do stanów depresyjnych. Anka Mrówczyńska jednak napisała książkę o swoich przejściach, będąc po tych przejściach, ale tekst jest jasny, klarowny, przekazuje dokładnie to, co ma przekazywać bez zbędnych dodatków. Można powiedzieć, że „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” jest napisany o wiele lepiej niż mnóstwo współczesnych książek, które możemy znaleźć choćby na półce z napisem „beletrystyka”.

„Kusi mnie podcięcie żył. Tak naprawdę tego jeszcze nie próbowałam. Wieszałam się cztery razy. Ten ból już dobrze znam. Czas spróbować czegoś nowego”.

To, co rzuca się w oczy podczas lektury, to ogromne zagęszczenie parafrazowania wypowiedzi autorki przez pielęgniarki oraz lekarki pracujące na oddziale. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, czy to te dialogi są takie drętwe i schematyczne, czy po prostu pracownicy szpitali psychiatrycznych bardzo mocno korzystają z technik aktywnego słuchania, takich jak właśnie parafrazowanie. Zwłaszcza, że widać było też inne, charakterystyczne dla osób zaznajomionych ze sposobami komunikacji zabiegi (jednak nieco mniej inwazyjne dla czytelnika). Biorąc pod uwagę fakt, że mówimy cały czas o wykwalifikowanym personelu szpitala psychiatrycznego oraz o autorce, która starała się wiernie odwzorować swoje przeżycia, to osobiście obstawiałbym techniki aktywnego słuchania. Szkoda tylko, że to, co w rozmowie werbalnej brzmi świetnie, na piśmie jest nieco denerwujące.

Tak czy owak „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” to książka, którą zdecydowanie można polecić. Reklamowana jest jako idealna pozycja dla studentów psychiatrii, psychologii, jak również lekarzy i klinicystów, ale nie oznacza to, że nie jest do przetrawienia dla przeciętnego człowieka – wręcz przeciwnie! Wcale się nie dziwię tym poleceniom, bo Anka Mrówczyńska naprawdę ujęła swoje przeżycia w bardzo zgrabne opakowanie. Dla mnie, jako totalnego laika, który nie miał nigdy styczności z nikim z zaburzeniami osobowości (a w każdym razie nie mam o tym pojęcia, nawet jeśli miałem), ta książka to ogromna wartość. Pokazuje co się może dziać w środku takiej osoby i jak bardzo irracjonalne i jednocześnie niemożliwe do pokonania tornada emocji potrafią się utworzyć. Być może kiedyś w życiu ta wiedza się przyda, bo to ta wiedza, którą warto przyswoić.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Młody bóg z pętlą na szyi”
Psychiatryk | Terapia u Doktorka | Samobójstwo na raty


sobota, 13 lipca 2019

„Metro 2035” – Dmitry Glukhovsky

„Metro 2035” – Dmitry Glukhovsky
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Metro 2035
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 546
Data wydania: 4 listopada 2015


Ostatnia część trylogii, którą napisał Dmitry Glukhovsky nie oznacza jednak końca przygody z całym uniwersum. To dopiero tak naprawdę początek, który daje życie Uniwersum Metro 2033 oraz Uniwersum Metro 2035. Wbrew pozorom sama książka „Metro 2035” wcale nie należy do tego drugiego świata. Ma już swoje lata (w Polsce wydana została w 2015 roku), więc bardzo długo opierałem się jej urokowi. Niedawno postanowiłem skończyć wreszcie oryginalną trylogię, której to druga część, „Metro 2034” nie powaliło mnie na kolana. Wiele jednak głosów w internetach twierdzi, że trzecia, ostatnia część jest o wiele lepsza. Długo się więc nie zastanawiałem i od razu sięgnąłem po „Metro 2035” póki jeszcze mam na nie ochotę.To był dobry pomysł, albowiem trzeci tom bije na głowę drugi, a nawet być może i pierwszy.

To już kolejny rok, w którym prawdopodobnie ostatni żyjący ludzie spędzają wiele metrów pod ziemią, w czeluściach moskiewskiego metra. To tutaj znaleźli nie tylko schronienie przed apokalipsą rozpętaną przez wojnę atomową, ale również swoją przyszłość. Dla jednych jedyną, jaka istnieje, dla innych nieakceptowalną i niedopuszczalną. Artem jest przekonany, że ktoś jeszcze musiał przeżyć, że Moskwa to nie jedyne miasto, które w pewnym sensie ocalało. W końcu sam słyszał przekaz. Homer za to wie o pewnych rzeczach, które Artemowi nawet się nie śniły. Trzeba walczyć jednak nie tylko z niechęcią innych ludzi, ale i własnymi strachami. A te mogą być o wiele groźniejsze niż mutanty z powierzchni.

Ludzie, którzy twierdzą, że „Metro 2035” jest lepsze od „Metra 2034” mają rację w stu procentach. Widać to już od samego początku książki, w której dzieje się o wiele więcej. W poprzednim tomie narzekałem głównie na mnóstwo niekoniecznie wnoszących wiele do historii przemyśleń, które na dodatek się powtarzały. Tym razem Dmitry Glukhovsky postawił jednak na nieco więcej akcji oraz opisów stacji, ich historii oraz ciekawostek na ich temat. Nie znudzicie się więc skupiając się jedynie na rozterkach głównego bohatera, które oczywiście istnieją, ale nie przyćmiewają całej reszty powieści. Można powiedzieć, że wreszcie autor znalazł balans między tym, co się „dzieje” a tym, co się „myśli”. W końcu całe „Metro 2033” to nie tylko wydarzenia, bitwy czy intrygi, ale przede wszystkim wojna psychologiczna toczona w umyśle każdego mieszkańca moskiewskich tuneli.

„Homer nabrał pomyj, przełknął; smak miały normalny, mniej więcej taki jak życie”.

Trzeci tom trylogii ma o wiele, wiele więcej sensu niż drugi. Nie tylko pod względem budowy jego samego, ale również jako element pewnej historii, na którą składają się trzy tomy. „Metro 2034” nie było w żaden jasny sposób połączone ze swoją poprzedniczką, co niesamowicie irytowało. Można było odnieść wrażenie, że Dmitry Glukhovsky napisał je na odwal się. „Metro 2035” za to nie tylko ma jasne i konkretne nawiązania, ale również wyjaśnia wiele wątków i otwiera jeszcze więcej możliwości fabularnych zarówno przed czytelnikiem, jak i autorem (jak również potencjalnymi innymi autorami tworzącymi w Uniwersum). To jest niesamowite, jak ogromna różnica w jakości występuje pomiędzy tymi dwoma tomami. Tak naprawdę z całej trójki to właśnie ostatnia część wypada chyba najlepiej.

Dmitry Glukhovsky nie pozbył się jednak całkowicie charakterystycznych dla jego twórczości przemyśleń bohaterów oraz często nieco bełkotliwych kwestii wypowiadanych przez postacie. To w pewnym sensie podpis autora, więc nic dziwnego, że się pojawiają – dopóki tak jak w „Metrze 2035” nie stanowią one pierwszego planu, a jedynie uzupełnienie głównego toru fabuły, to jest okej. Czasem trzeba się bardzo poważnie zastanowić nad tym, cóż dany bohater miał na myśli wypowiadając tak nieskładny monolog (w nich bowiem najczęściej pojawiają się te nieco pijackie wypowiedzi), co niestety potrafi utrudnić odbiór książki. Ostatnia część trylogii pełna jest ich zwłaszcza we fragmentach z Artemem, który jest główną postacią. Jak widać więc, nie jest to jedynie domena Homera (który swoją drogą również pojawia się w „Metrze 2035”), chociaż na pewno wiele osób przywykło do tego po lekturze poprzedniego tomu.

„Reżim można zabić, imperia niedołężnieją i umierają, lecz idee są jak pałeczki dżumy”.

Świetnie przedstawiona została walka rozsądku z przyzwyczajeniem, czy jak kto woli zasad z instynktem. Wojna w ludzkich umysłach pomiędzy tym, co słuszne, a tym co łatwe (lub przyjemne) toczy się od wielu lat, niezależnie od naszego koloru skóry, narodowości, wyznania, płci, wieku czy kultury. Autor wrzucił więc ją jako jeden z elementów tego wielkiego kotła, jakim jest postnuklearne moskiewskie metro i dorzucił do swojej historii szczodrą porcję walki umysłów, o ile mogę tak to nazwać. Żeby było ciekawiej, każda z podjętych przez bohaterów książki decyzji wydaje się być słuszna i prawie każdą z nich można w ten czy inny sposób wytłumaczyć. Naprawdę mega wykonanie, którego się człowiek nie spodziewa na samym początku. Dmitry Glukhovsky potrafił zaskoczyć nawet mimo o wiele, wiele słabszej drugiej części trylogii.

Ostatnie wydarzenia, które mają miejsce w tej książce mogą bardzo mocno zaskoczyć i wywrócić do góry nogami wyobrażenie o całym moskiewskim metrze (oczywiście tym z Uniwersum Metro 2033). Jak już wspomniałem wcześniej, autor tym razem dał z siebie wszystko i stworzył powieść nie tylko ciekawą, ale i burzącą schematy w pewnym sensie. Plot twist goni plot twist i w pewnym momencie nawet nie do końca wiadomo co jest wreszcie prawdą, kto ma rację i jak to tak naprawdę wszystko wygląda. Nie ma jednak chaosu, który mógłby zniszczyć przyjemność z lektury – historia nie wydaje się być przekombinowana, a wydarzenia nie przytłaczają szybkością pojawia się i znikania. Innymi słowy Dmitry Glukhovsky zakręcił całość tak, jak zakręcić tylko można, aby czerpać przyjemność z lektury i dostać tylko lekkiego zawrotu głowy.

Łączna ocena: 8/10

środa, 10 lipca 2019

Bardzo chcę! #59 – „Profil mordercy” Paul Britton

„Profil mordercy” Paul Britton
Źródło: Lubimy Czytać
True crime staje się coraz bardziej popularne – powstają nowe filmy, książki, seriale oraz inne dzieła, które opowiadają historie, które wydarzyły się naprawdę, a które potrafią zamrozić krew w żyłach. Seryjni mordercy, bezwzględni psychopaci od dawien dawna kręcili wielu ludzi, ale dopiero teraz pojawia się coś w rodzaju przyzwolenia na zapoznawanie się z tego typu dziełami. Nie mnie to oceniać czemu akurat obecnie to się dzieje – być może kiedyś wiele osób wstydziło się takich zainteresowań w obawie przed publicznym odrzuceniem – ale ja się osobiście cieszę z takiego obrotu spraw. Dzięki niemu pojawia się coraz więcej pozycji, z którymi mogę się zapoznać. Jedną z nich jest niemłody już „Profil mordercy”, o którym przypomniał mi albo któryś z blogów, które czytam, albo któryś z podcastów, które słucham. 

Książka napisana została przez Paula Brittona, jednego z najsłynniejszych profilerów, którzy pomagają policji ustalić profil psychologiczny poszukiwanego. Brał udział w wielu głośnych sprawach na terenie Wielkiej Brytanii. Praca profilera bywa często niedoceniana lub wręcz pomijana (oczywiście w opinii publicznej, albowiem szczegółów prowadzenia śledztwa, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, nie znam), a to wielka szkoda. Jeśli prześledzimy historię najtrudniejszych spraw, to okazuje się, że sporządzenie profilu psychologicznego sprawcy okazało się być bardzo istotnym elementem, który pomógł w doprowadzeniu sprawy do samego końca. Najtrudniejsze sprawy, z którymi miał do czynienia Paul Britton zostały przedstawione przez niego właśnie w „Profilu mordercy”.

Oczywiście najlepiej będzie, jeśli sami zobaczycie opis, jaki przygotowało dla wszystkich potencjalnych czytelników Wydawnictwo Znak Literanova!

„Paul Britton jest jednym z najsłynniejszych profilerów na świecie – na podstawie śladów na miejscu zbrodni przygotowuje portret psychologiczny mordercy. Szuka szczegółów, które powiedzą mu coś o sprawcy, pozwolą sięgnąć do jego umysłu i spojrzeć na świat jego oczami. Nawet jeżeli oznacza to konieczność oglądania śmierci przerażonej ofiary. 
Psychopaci ukrywający ciała ofiar w ścianach własnego domu i w przydomowym ogródku, szantażysta grożący zatruciem karmy dla zwierząt i odżywek dla dzieci w marketach, makabryczni kolekcjonerzy zabierający z miejsc zbrodni fragment ciała ofiar – to tylko niektóre z prawdziwych spraw, jakie trafiły na strony tej książki. 
Paul Britton nie tylko przedstawia swoje najtrudniejsze śledztwa, ale też próbuje wyjaśnić, skąd bierze się w ludziach zdolność do okrucieństwa i zbrodni. 
»Profil mordercy« to mroczna wyprawa w głąb zbrodniczych umysłów”.

Znacie? Lubicie? :D 

czwartek, 4 lipca 2019

Co pod pióro w lipcu 2019?

Plany mają to do siebie, że lubią się bardzo popsuć. Znaczy utrudnić życie osobie, która je stworzyła. Chociaż najczęściej to właśnie ich twórca sam sobie rzuca kłody pod nogi i nie spełnia swoich planów, lub doprowadza do tego, że są trudne w realizacji. Czasem tworzy je zbyt nierealne, żeby w ogóle nawet można było pomyśleć o doprowadzeniu ich do końca. Ja na całe szczęście staram się zawsze planować z głową i nie stawiać sobie niemożliwych do zrobienia celów! Lubię sobie zaplanować to i owo, w tym między innymi tytuły do przeczytania na nadchodzący miesiąc. Niekoniecznie się muszę tych planów trzymać co do joty, ale mam dzięki nim mniej zastanawiania się, co teraz przeczytać, albo czy aby na pewno nie mam jakiegoś egzemplarza recenzenckiego. Plany pomagają. :)

Planuję jednak z głową, biorąc pod uwagę zarówno tempo mojego czytania, jak i czas, który mogę na nie poświęcić. A że ani jednego ani drugiego nie można wyrazić w dużych wartościach, to planuję sobie zawsze cztery książki. Niemal w każdym miesiącu i tak daję radę przeczytać co najmniej pięć, ale lepiej mniej sobie zaplanować i nie być zawiedzionym niespełnieniem swoich własnych założeń. W tym miesiącu również przewiduję przeczytanie czterech książek, ale będę równie szczęśliwy jak co miesiąc, jeśli przeczytam ich pięć! A oto i tytuły, które pojawią się na blogu w lipcu!

Oczywiście jak co miesiąc, wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. :)

„Metro 2035” – Dmitry Glukhovsky

Trzecia, ostatnia część oryginalen trylogii, która zapoczątkowała całe Uniwersum – a nawet dwa! Drugi tom nie spełnił moich oczekiwań, chociaż jak się okazuje nie tylko ja uważam go za bardzo słaby. „Metro 2035” podobno jest o wiele lepsze, więc zamierzam się o tym przekonać w lipcu!

„Obsidio” – Jay Kristoff, Amie Kaufman

Pamiętacie „Iluminae” oraz „Geminę”? Dwie bardzo nietypowo napisane książki? Zamówiłem w preorderze trzecią, ostatnią część, czyli właśnie „Obsidio” i już nie mogę się doczekać kolejnej porcji stenogramów, wycinków logów, rozmów na czacie i opisów operatorów monitoringu! Oby było równie dobre jak poprzednie! :)

„Prawda” – Terry Pratchett

Czego to jeszcze nie przeczytałem z Pratchetta? Jakiego wyśmiewanego motywu? Ano prasy na przykład! Dziennikarstwo to dość łatwy zawód do „wyśmiania”, stereotypów jest mnóstwo, więc zapowiada się całkiem niezła rozrywka! W każdym razie mam taką nadzieję. :)
„Wszyscy mówią na mnie Max” – Brenna Yovanoff

Znacie, albo chociaż kojarzycie serial Stranger Things? Feeria Young wydaje w lipcu książkę, która przybliżyć ma nieco historię jednej z bardziej intrygujących postaci drugiego sezonu, czyli Max. Przy okazji czytelnicy mają mieć możliwość spojrzenia na wszystkie wydarzenia z serialu oczami właśnie Maxine.





A jak wyglądają Wasze plany na lipiec? :D 

wtorek, 2 lipca 2019

Podsumowanie czerwiec 2019

Z czystym sumieniem możemy wszyscy powiedzieć, że połowa roku już za nami! Przy okazji najdłuższy dzień w roku także minął, teraz powoli musimy się przygotować na nadchodzącą zimę. No dobra, wcześniej jeszcze są całe wakacje, z których na pewno skorzystają uczniowie oraz ci studenci, którzy akurat nie będą pracowali przez te trzy miesiące. :) Chociaż da się połączyć studencką pracę i leniwy relaks wieczorami nad jeziorem! Pewnie niektórzy z Was już poczuli pełne lato (zwłaszcza w postaci temperatur przekraczających trzydzieści stopni Celsjusza…), a niektórzy po prostu przestawią się na marudzenie w stylu „jak gorąco, czemu ta klima w pracy nie działa?!” – ale jak wiadomo każda pogoda dobra do przeczytania książki, dwóch, no, góra ośmiu!

Mi czerwiec minął ogólnie całkiem spoko, chociaż bywały dni, w których nie miałem za bardzo jak sięgnąć po lekturę, nawet pomimo długiego weekendu. Wziąłem sobie oczywiście urlop na piątek, ale przez połowę weekendu mnie nie było w domu (a jak się jest na weselu to ciężko czytać), a do tego wieczorami czasem mnie w domu nie było. Cóż – lato pełną gębą! Ale nie mam na co narzekać, bo i przeczytałem to, co chciałem, i rozerwałem się na inne sposoby. Zacząłem też nadrabiać serialowe zaległości. W moim oczywiście tempie, czyli żółwim. Najnowszy sezon „Black Mirror” czekał od długiego czasu, „Tuca i Bertie” domagają się atencji, a wielkimi krokami zbliża się kolejny sezon „Stranger Things”. Jak żyć?! 

Przejdźmy jednak do podsumowania, które jak zwykle będzie składało się z kilku infografik – mógłbym normalnie jakiś szablon sobie całego posta już stworzyć i tylko uzupełniać obrazki, ale wówczas tekst by musiał być zawsze taki sam. :)



Wydaje się być dość podobne do wszystkich dotychczasowych miesięcy, prawda? Ano prawda, chociaż z małym wyjątkiem – tym razem czytałem nieco mniejsze objętościowo książki, więc liczba stron wyszła nieco inna. Oczywiscie jedyne, w czym to przeszkadza, to w ładnych liniach na wykresach. :D 



Tutaj statystyki w pewnym sensie są podobne w stosunku do maja. Lubię sobie czasem zajrzeć do głębszych danych, takich nieco bardziej szczegółowych i mniej zrozumiałych na pierwszy rzut oka. Nie wrzucam ich tutaj jednak, bo zapewne by Was wszystkich zanudziły. Procentowe różnice pomiędzy powracającymi użytkownikami na przestrzeni miesięcy, porównanie podobnych wycinków czasu, analiza w zależności od udostępniania nowych postów, różne kanały dotarcia do bloga i tak dalej. Tak, uwielbiam statystyki, ale chyba tyle, ile umieszczam na tych infografikach to wystarczająca ilość, żebyście nie uciekli z krzykiem. :D 



Ale bieda… Dopiero jak zacząłem pisać to podsumowanie to zauważyłem, że liczba zdobytych przeze mnie książek jest żałosna wręcz. :D Cóż, zero to w sumie też jakaś tam liczba... Ale spoko, mam jeszcze co czytać, a przy okazji mam przestój w egzemplarzach recenzenckich, więc w sumie nie powinno mnie to dziwić. W lipcu powinno wpaść parę egzemplarzy. :)

Poniżej zamieszczam listę przeczytanych przeze mnie książek oraz linki do opinii o nich:


Pora więc na ostatni, choć wcale nie najmniej ważny element każdego mojego podsumowania! Największą popularnością cieszył się post: Bardzo chcę! #54 – „Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?” Paulina Łopatniuk, natomiast najwięcej wejść pojawiło się z bloga Kącik z książką prowadzonego przez Kasię – dzięki, chociaż zapewne to nieświadome! :D Ach te linki i lista czytelnicza na blogach. :)

A Wam jak minął miesiąc? :)

niedziela, 30 czerwca 2019

„Kwantowy złodziej” – Hannu Rajaniemi

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Hannu Rajaniemi
Tytuł: Kwantowy złodziej
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 336
Data wydania: 23 marca 2018


Science finction niezbyt często u mnie gości, chociaż wcale nie dlatego, że nie przepadam za tym gatunkiem. Zdecydowanie bardziej przyzwyczajony jestem do fantastyki w odmianach high, low czy też heroic. Ciężko jednak przejść obok pozycji wydawanych przez Wydawnictwo MAG, zwłaszcza że dobra fantastyka naukowa potrafi zapewnić o wiele więcej rozrywki i pokarmu dla umysłu, niż wiele innych książek. Jednak oszukałbym wszystkich, gdybym napisał, że kupiłem trylogię „Jean le Flambeur” jedynie ze względu na gatunek i opis – Wydawictwo MAG miało akurat mega promocję na te książki. A skoro MAG mi się zawsze kojarzył z wysoką jakością, to się skusiłem. Mam trochę wątpliwości, czy ta jakość rzeczywiście jest na wysokim poziomie, ale dam szansę kolejnym tomom.

Czy jeden człowiek jest w stanie ukraść tyle rzeczy, że zaczynają pojawiać się legendy o jego skokach. Jean le Flambeur potrafi, i to właśnie ze względu na jego słodziejski, mistrzowski wręcz fach, siedzi w więzieniu. Powinien w nim zostać, jednak ktoś ma wobec niego zupełnie inne plany. Mistrzostwo w jego rzemiośle – bo tym niemalże stało się dla Jeana złodziejstwo – ma mu przynieść nie tylko wolność, ale również życie. Lub coś, co można nazwać jego namiastką. Choć złodziejowi się to może nie podobać, to jednak nie ma zbyt dużo go powiedzenia – zwłaszcza kiedy w pewnym sensie sam musi sobie torować drogę na wolność.

Trudno mi było przebrnąć przez początek książki – przypominała coś w rodzaju grafomańskiego bełkotu złożonego z mnóstwa neologizmów udających mądre słowa opisujące nowe technologie. To był jeden wielki chaos lingwistyczny, który nie tylko nie pomagał dowiedzieć się o co w ogóle autorowi chodzi, ale utrudniał to zadanie skutecznie. Zagęszczenie trudnych, nic nie znaczących słów było tak ogromne, że kompletnie pozbawiało sensu wszystkie zdania, jakie zostały sklecone. Czytanie tego nie było zbyt przyjemne. Zwłaszcza, że opisywane wydarzenia również nie do końca miały sens i były raczej kiepskim wprowadzeniem do historii. Sama koncepcja, którą próbował przekazać autor była dość zrozumiała, ale niezbyt spójna. 

O niebo lepiej było, gdy Hannu Rajaniemi wystrzelał się ze swojej neologicznej amunicji. Po opróżnieniu wszystkich magazynków pozwolił wreszcie czytelnikowi wylądować bezpiecznie na Marsie i nacieszyć się już właściwą historią. Tym razem na całe szczęście wszelkiego rodzaju opisy i nawiązania do tamtejszej technologii były o wiele bardziej zjadliwe – można było nie tylko zrozumieć w jaki sposób działa mniej więcej świat stworzony przez autora, ale również czym są niektóre z tych magicznych słów, które najczęściej niestety niewiele mówiły. Można odnieść wrażenie, że Hannu Rajaniemi bardzo lubi wszelkiego rodzaju wariacje na temat słowa „kwantowe”. ponieważ niemalże wszystko jest kwantowe. Do tego wszystko jest inteligentne, ale w sposób… spolszczony. Znaczy wszystko jest „inteli–”. Smart, ale po polsku.

Autor dość zgrabnie w dalszej części książki przeprowadza czytelnika przez stworzoną przez siebie fabułę. Kiedy akurat postanawia skupić się na historii, to całe technologiczne tło jest dokładnie takie, jakie być powinno – czuć w nim ciężką rękę, ale nie przytłacza swoją obecnością. Wszelkiego rodzaju nowinki, narzędzia, technologie jasno informują, że praktycznie nie istnieje już w tamtejszej rzeczywistości nic „naturalnego”, ale jest to jedynie tło. Można się skupić na powieści i śledzić losy bohaterów, przyglądać się ich poczynaniom oraz czasem nawet z zapartym tchem czekać na rozwój wydarzeń. Czasem jeszcze autorowi się udaje przekształcić tło w pierszy plan, co jest naprawdę bolączką w tej książce. Hard science fiction, a i owszem, ale wypadałoby złapać jakikolwiek sens, chyba że autor stworzył z neologizmów specjalny kod, którego zwyczajnie nie rozumiem i stąd wynika tak ogromne zagęszczenie nowych słów w zdaniach.

Ciekawym zabiegiem jest pomieszanie dwóch typów narracji – fragmenty dotyczące Jeana pisane są z jego perspektywy, opisywane w narracji pierwszoosobowej, natomiast cała reszta opowiada wydarzenia z perspektywy narratora wszechwiedzącego. Nie spotyka się go zbyt często, a umiejętnie wykorztywany potrafi zdynamizować całą powieść. Z jednej strony widzimy bowiem tylko konkretny zakres wiedzy, należący do samego Jeana (który swoją drogą tej wiedzy w pewnym sensie nie ma zbyt wiele), a z drugiej całą resztę prawy lub fałszu, którym karmieni są czytelnicy, jak i wszystkie postacie występujące w książce. „Kwantowy złodziej” jest więc jak widać powieścią, która może wywoływać ambiwalentne uczucia. Można trochę ponarzekać, ale i znaleźć jakieś jasne strony, które zachęcają.

Na pewno z tych ostatnich przykładów, zachęcających, mogę podać zakończenie. Bardzo ładny plot twist, zaskakujący i obiecujący jeszcze większą intrygę w następnym tomie. Co prawda wydarzenia poprzedzające bezpośrednio ostatnie sceny nie należą do zbyt udanych (wszystko potoczyło się zbyt szybko, w ogromnym chaosie i niejako naciągnięte mocno na potrzeby fabuły), ale Hannu Rajaniemi na samym końcu wyszedł z twarzą. Zresztą w sumie nie tylko na końcu, bo historia, którą stworzył, jest intrygująca. Tylko trochę… zbyt chaotycznie podana. Mnie ona kupuje – nie należy do samej czołówki, ale należy pamiętać o tym, że jest to debiut. Debiutom warto wybaczyć sporo, bo nigdy nie wiadomo co przyniosą kolejne książki. Patrząc po opiniach o kolejnych dwóch tomach jest spora nadzieja na poprawę.

Cóż mogę więcej napisać – ciężko jakieś sensowne podsumowanie napisać, które nie byłoby jedynie przepisaniem kolejny raz tych samych słów. Za dużo neologizmów, pchanych wręcz na siłę w niektórych miejscach i będących pierwszym planem, a nie tłem. Ciekawie zapowiadająca się historia. Świat, który wydaje się być bardzo rozbudowany, z konkretną historią wzlotów i upadków, który powoli otwiera się przed czytelnikiem. Dobra stylistyka, lekkie pióro widoczne we fragmentach zawierających więcej fabuły niż samego słowotwórstwa. Ogólnie nie jest dobrze, nie jest też źle i widać potencjał. Myśląc o „Kwantowym złodzieju” mam ambiwalentne uczucia, chociaż ich amplituda nie jest też ogromna. Debiut zawsze staram się oceniać w swojej głowie nieco łagodniej i nie zwracam uwagi na drobne niedopatrzenia, niedociągnięcia czy mniejsze wpadki. Liczę na kolejne tomy i na pewno po nie sięgnę.

Łączna ocena: 6/10



Cykl "Jean le Flambeur"

Kwantowy złodziej | Fraktalny książę | Przyczynowy Anioł


wtorek, 25 czerwca 2019

„Carte blanche” – Jacek Lusiński

„Carte blanche” – Jacek Lusiński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jacek Lusiński
Tytuł: Carte blanche
Wydawnictwo: Axis Mundi
Stron: 220
Data wydania: 14 stycznia 2015


Kiedy w Polsce istniał jeszcze Showmax, miałem tam konto. Tak właściwie to miała je moja ładniejsza połówka, ale wiadomo, czasem się skorzystało. Showmax słynął z tego, że miał dużo polskich filmów i to nie takich klasy Patryka Vegi, tylko raczej Smarzowskiego. Było więc co oglądać, a wśród wszystkich dostępnych produkcji pojawiło się między innymi „Carte Blanche”. Kiedy więc zobaczyłem okładkę z tym tytułem podczas kiermaszu w toruńskim schronisku po prostu kupiłem. Nie zastanawiałem się ani chwili, nie tylko dlatego, że to zawsze jakaś pomoc dla zwierzaków. Historia przedstawiona w książce, opierająca się na prawdziwym przypadku, potrafi poruszyć już w samym opisie. W samej książce co prawda nieco mniej, ale wciąż jest to dość zadziwiający przypadek, wart zapoznania się z nim.

Kacepr Bielik jest nauczycielem w szkole – jest też pasjonatą, kocha to co robić, uwielbia historię oraz nauczanie. Niestety los nie jest dla niego łaskawy i tuż przed objęciem wychowawstwa lekarze diagnozują u niego postępującą chorobę oczu. Jej efektem jest powolna, ale sukcesywna utrata wzroku. Kacper jednak nie chce rezygnować z pracy, którą kocha oraz którą traktuje niemalże jak misję. Ukrywa więc przed wszystkimi, że jeden z jego zmysłów się wypala, próbując na wszelkie sposoby zarówno zachować posadę, jak i dawać z siebie 100%, aby jak najlepiej przygotować swoją klasę do matury. A ta już za rok, w międzyczasie przeplatana przeróżnymi wydarzeniami.

„Kto żyje jak zboże, ten staje się słomą historii”.

Wzrok jest czymś, co większość z ludzi uważa za coś oczywistego – jeden ze zmysłów, z którymi się urodziliśmy i na których opieramy całe swoje poznanie świata. A także całe nasze życie. Nie mam więc pojęcia jak czuje się osoba, która nagle dowiaduje się, że niedługo straci wzrok. A właśnie to spotkało Kamila Bielika, który został stworzony w oparciu o nauczyciela z Lublina, któremu udawało się rzeczywiście przez dwa lata ukrywać fakt, że powoli traci wzrok. Pierwowzorem był Maciej Białek z VIII Liceum Ogólnokształcącego w Lublinie, chociaż parę wątków takich jak romans czy konflikt z jednym z nauczycieli nie były prawdziwe, co ujawniła w rozmowie z mediami dyrektor wspomnianego liceum. Oprócz tego jest to mniej więcej wierna adaptacja historii, która rozgrywała się w obecnej stolicy województwa lubelskiego.

„Carte blanche” nie jest grubą książką, chociaż dość treściwą. Skupia się głównie na pokazaniu tego, co przeżywał główny bohater, Kacper Bielik, podczas stopniowegj utraty wzroku oraz w jaki sposób próbował sobie radzić. Zarówno w domu, jak i ja w pracy z uczniami. Okazuje się, że człowiek jest bardzo kreatywną istotą i nawet w najbardziej beznadziejnych przypadkach jest w stanie znaleźć sposób na wybrnięcie z nich. A do tego przystosowanie się do życia na nowo w nowych warunkach, ale tak naprawdę bez żadnej pomocy z zewnątrz. Do obowiązków nauczyciela bowiem należy między innymi uzupełnianie dziennika lekcyjnego – tylko jak to zrobić, jeśli ledwo widzi się nawet duże obiekty? Ano, jak się okazało Kacepr Bielik, a wcześniej jego pierwowzór, znalazł i na to sposób!

„Kiedy kolana zorientowały się, ze wieczorne bieganie to nie tylko jednorazowy kaprys, obraziły się i po prostu przestały boleć”.

Po szumie, który został swego czasu stworzony wokół filmu, jak i po samym filmie spodziewałem się o wiele lepszej i bardziej poruszającej książki. Ta jednak nie spełniła tych oczekiwań – okazała się bowiem naprawdę pozytywną i skłaniającą do refleksji pozycją, ale nie taką, która by mną wstrząsnęła. Raczej w sposób trochę radosny, trochę ckliwy przekazał pewne wartości oraz historię człowieka walczącego z chorobą oraz przeciwnościami, które w związku z nią życie mu rzuca pod nogi, niczym kłody. Obraz jest naprawdę dający do myślenia, jednak nie wywołuje burzy emocji, może jedynie lekki deszczyk. Przeszedłem przez całą książkę dość szybko, wręcz za szybko. Równie szybko wróciłem do codzienności i przeskoczyłem do kolejnej pozycji. To mnie najbardziej dziwi, bo spodziewałem się, że przez parę dni będę kontemplował treść, którą właśnie przyswoiłem. 

Książka zdecydowanie warta przeczytania, chociaż nie spodziewajcie się po niej ostrej, emocjonalnej jazdy bez trzymanki. Przedstawia niesamowitą historię, którą oczywiście można oceniać w przeróżny sposób, ale udowadnia, że gdy się chce, to można. Sporo czarnego humoru, który ubarwia lekturę i łagodzi wydźwięk problemu przedstawionego w „Carte blanche”. Dobra pozycja, która może być świetnym przerywnikiem między kolejnymi książkami. Mimo swego ciężkiego tematu, nie czyta się jej z mozołem, a wręcz przeciwnie – napisana lekkim piórem, strony znikają wręcz jedna po drugiej. Nie spełniła moich oczekiwań, ale być może miałem je zbyt duże – warto dlatego, abyście sami się przekonali, czy obudzi w Was jakieś głębsze emocje.

Łączna ocena: 7/10