piątek, 10 lipca 2020

Bardzo chcę! #70 – „Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii” Jeffrey Alan Lieberman

Źródło: Lubimy Czytać
Zaskoczeni, że znowu w ramach cyklu „Bardzo chcę!” pojawia się książka popularnonaukowa i to na dodatek o tematyce medycznej? Nie od dzisiaj mnie ciągnie w tę stronę, o czym pewnie wiedzą stali bywalcy mojego bloga – zawsze byłem jednak zbyt leniwy i nie chciało mi się uczyć, więc karierę medyczną odpuściłem już na samym początku. Ba! Nawet nie myślałem o podejściu do matury z biologii i chemii, wymaganej w tamtych czasach podczas rekrutacji na jakiekolwiek kierunki związane z medycyną! Bardzo za to lubię cały czas czytać zarówno o najnowszych odkryciach, jak i obecnym systemie, pracy w poszczególnych zawodach, jak i ciekawostkach oraz historii medycyny. Zwłaszcza ta ostatnia jest dla mnie niezwykle ciekawa, co chyba widać po moich zachwytach nad „Stuleciem chirurgów”...

Tym razem będę miał (jak już wreszcie się dobiorę do tej pozycji…) z historią psychiatrii! Ta dziedzina medycyny od dawien dawna była uznawana za trochę… trędowatą. Psychiatrzy mają i mieli swoje bardzo ważne miejsce w medycynie, jednak pacjenci często boją się samego słowa określającego tę specjalizację. Psychiatria bowiem kojarzy się z szaleńcami, „czubkami” oraz „wariatami” – choć nie do końca słusznie. Z opisu „Czarnej owcy medycyny” wynika jednak, że można dzięki niej poznać również tę ciemną stronę, zwłaszcza z czasów, których nie chcą pamiętać współcześni specjaliści, głównie ze względu na dość niehumanitarny i niekoniecznie naukowy charakter niektórych badań. Oprócz tego jednak jest ogromny kawał wiedzy historycznej do przekazania i pokazania, że nie taki psychiatra straszny, jak go malują!

A co takiego dokładnie przedstawia nam opis Wydawnictwa Poznańskiego?

„Z tej książki dowiesz się:
• Co łączyło Zygmunta Freuda ze Steve’em Jobsem?
• Jak wyglądały prehistoryczne przypadki trepanacji czaszki?
• Dlaczego choroby psychiczne leczono lobotomią?
• Co wspólnego miał gangster Al Capone z kompozytorem Robertem Schumannem?

Przez lata psychiatria uchodziła za czarną owcę medycyny. Wizyta u psychiatry była ostatecznością i często wiązała się z ostracyzmem społecznym. Nie pomagał fakt, że powstające teorie dotyczące leczenia schorzeń psychicznych często były ze sobą sprzeczne.

Jeffrey A. Lieberman – były szef Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – prowadzi nas, wręcz w detektywistyczny sposób, przez historię jednej z najciekawszych dziedzin medycyny. Pokazuje trudności, przed którymi stawali psychiatrzy, próbując znaleźć przyczyny chorób i sposoby na skuteczne ich wyleczenie. Ale przede wszystkim opowiada o tym, jak długo psychiatrzy musieli walczyć o udowodnienie tego, że choroby, którymi się zajmują, istnieją naprawdę.
Książki dobre nie tylko w teorii!”

I jak się podoba?

poniedziałek, 6 lipca 2020

„Stranger Things. Mroczne umysły” – Gwenda Bond


„Stranger Things. Mroczne umysły” – Gwenda Bond
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Gwenda Bond
Tytuł: Stranger Things. Mroczne umysły
Wydawnictwo: Poradnia K
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Stron: 362
Data wydania: 24 kwietnia 2019


„Stranger Things” to jeden z moich ulubionych seriali! Nie pamiętam już dokładnie, czy zacząłem go oglądać wtedy, kiedy wyszedł, czy dobrałem się do niego nieco później (skłaniam się ku tej drugiej opcji), jednak jak już zacząłem, to pochłonął mnie bez końca! Nie jestem jeszcze na etapie sięgania po wszystkie możliwe materiały, które się pojawiają w popkulturze i są związane z serialem, ale jedną książkę już przeczytałem – „Wszyscy mówią na mnie Max”. Nie była to może w mojej opinii najlepsza powieść, jaka istnieje, ale na pewno dała mi trochę radochy z poznania jednej z bohaterek z nieco innej strony. „Mroczne umysły” to jedna z tych „oficjalnych” powieści, można powiedzieć „kanonicznych”, więc tym bardziej musiałem po nią sięgnąć!

Rok 1969 to nie tylko rok, w którym amerykańskie wojska cały czas stacjonowały w Wietnamie, walcząc z siłami Wietkongu, ale również przełomowy rok dla Terry Ives. Wtedy dostaje się do tajnego programu badań prowadzonych w Hawkins przez doktora Brennera. Choć są to lata, w których takie rzeczy jak kwas prawie leżą na ulicach, to jednak Terry wraz z nowo poznanymi znajomymi dostaje jeszcze lepszy towar w rządowym laboratorium. Wszystko byłoby w miarę normalne – w końcu to tajne badania, tajne laboratorium no i oczywiście sprawa rządowa – gdyby nie obecność na terenie ośrodka młodej, pięcioletniej dziewczynki o imieniu Kali.


„Nikt nie powinien czuć się winny dlatego, że żyje. Że jest szczęśliwy. Że ma chwile, gdy może udawać, iż wszystko, co wredne na tym świecie, nie spotyka akurat jego”.

Książka opisywana jest jako historia Jedenastki oraz przede wszystkim jej matki – ma na celu przedstawienie widzom serialu wydarzeń, które nie były pokazane na ekranie. Właśnie dla takich smaczków sięga się po powieści będące niejako rozszerzeniem stworzonego uniwersum, chociaż nie zawsze wychodzi to doskonale. Parę potknięć w „Mrocznych umysłach” widzę, jednak trzeba mieć na uwadze, że jest to pozycja przeznaczona raczej dla młodzieży niż dorosłego czytelnika. Widać to zarówno po języku, jak i masie uproszczeń w całej książce. Chętnie bym zobaczył bardziej… twardą wersję, bo z opisanych wydarzeń można zrobić świetny horror. Kłóciłby się on jednak z koncepcją „Stranger Things”, chociaż może kiedyś…

Na pewno historia przedstawiona przez Gwendę Bond jest spójna, zwłaszcza z serialem. Na tyle, o ile mi się udało pododawać i poodejmować lata, wszystko się doskonale zgadza. Zarówno postacie, które spotykamy zarówno w książce, jak i serialu, a także przyszłe wydarzenia. Autorka rzetelnie przygotowała się do osadzenia swoich własnych bohaterów w świecie, który ma już swoje daty, postacie i charakterystykę. To jest bardzo spoko i zdecydowanie na plus, bo mega istotne jest, aby się nie rozjechać z tym, co już zostało stworzone. Chociaż skoro jest to element oficjalnego świata Stranger Things, to jakże by mogło być inaczej?

Jak już wspomniałem, zarówno styl pisarski Gwendy Bond, jak i sposób przedstawienia wydarzeń jasno pokazuje, że jest to raczej powieść dla młodzieży. Bardzo uproszczona, w wielu miejscach wręcz aż za bardzo – aż do granic naiwności. Trudno jest co prawda znaleźć w niej jakieś drastyczne dziury logiczne, jednak do niektórych spraw można się przyczepić. Są aż zbyt nieprawdopodobne i naciągane (i nie chodzi tu wcale o otoczkę fantastyczną związaną z laboratorium w Hawkins). Czasem miałem wrażenie, że autorka tak nie do końca ma plan na całą książkę i pisze ją dla samego pisania – ma mniej więcej rozpisane kamienie milowe, wie jak przeskoczyć z punktu do punktu, ale nie ma pojęcia czym wypełnić przestrzenie pomiędzy nimi. Nie przeszkadzało to jakoś mocno w samej lekturze – ot, po prostu wyszła z tego lekkie czytadło, które nie zmusza do myślenia, tylko czytania. Na dodatek bardzo szybkiego czytania, bo lekturę pochłania się błyskawicznie.

„Rozwiązywanie problemów jest proste, gdy ma się dostęp do odpowiednich narzędzi”.

Nie spodziewajcie się jakichś niesamowitych tajemnic odkrytych w tej powieści. Historia Jedenastki oraz jej matki jest do bólu prosta, choć dzięki temu jeszcze bardziej pasuje do klimatu „Stranger Things”. Na samym początku, kiedy mniej więcej się już zorientowałem, w którą stronę to wszystko się potoczy, nie byłem przekonany do takiego ruchu. Rozumiecie, spodziewałem się czegoś wow! Historii, która może spowodować opad szczęki. Jednak już pod koniec przekonałem się, że tak jest w sumie lepiej. Odpowiednia dawka tajemniczości i paranormalności została zaordynowana, ale w gruncie rzeczy nie ma tu niczego niesamowitego – a z prostych ludzi potrafią wyrosnąć geniusze. Proste historie natomiast prowadzą często do najciekawszych przygód.

Jak widzicie, nie jestem lekturą ani zachwycony, ani rozczarowany. Nie nazwałbym „Mrocznych umysłów” absolutnym „must read” dla fanów serialu, jednak nie stawiam też kreski na tej pozycji. Jest w niektórych aspektach doskonale przemyślana, w innych widać duże braki, jednak podsumowując, jest to ciekawa lektura. Lekka, niezbyt wymagająca, rozszerzająca mimo wszystko uniwersum i pozwalająca spojrzeć na niezwykłe postacie przez pryzmat przeciętności. Miałem większe oczekiwania, ale rozczarowany nie jestem ani trochę. To chyba po prostu taki już los książek z tego uniwersum – przeznaczone są dla konkretnej grupy osób i trzeba po prostu się przyzwyczaić, że będą wyglądały nieco inaczej.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




sobota, 4 lipca 2020

Co pod pióro w lipcu 2020?

Czerwiec, czerwiec i po czerwcu! A jak po czerwcu, to znaczy, że lato w pełni! Przynajmniej teoretycznie, bo ten czerwiec też taki trochę w kratkę był, zwłaszcza z temperaturą. Dla mnie to akurat bomba, bo wolę jednak jak jest odrobinę chłodniej! Takie… bo ja wiem… dwadzieścia stopni i dla mnie jest spoko. Wiem, pewnie mnie zaraz część osób zlinczuje za taką herezję, ale cóż ja poradzę, że się topię w temperaturze nawet poniżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza… Nawet mi się leżeć plackiem wtedy nie chcę. Po cichu więc liczę, że lipiec nie będzie wcale taki upalny, a wręcz mam nadzieję, że trochę popada w Toruniu. Będzie większa motywacja do czytania!

W nadchodzącym miesiącu planuję głównie pochylić się nad kontynuowaniem rozpoczętych serii oraz cykli – dalsza część Uniwersum Metro 2033, rozpoczęty świeżo „Hyperion” (trzeba kuć żelazo, póki gorące) czy „Świat Dysku” to klimaty, których możecie się spodziewać! Do tego rzecz jasna parę tytułów w słuchawkach, zapewne głównie w klimatach literatury popularnonaukowej lub reportażu. Innymi słowy, nic nowego, w sensie dosłownym i przenośnym! Żadnych premier, raczej sięganie po sprawdzone już w pewnym sensie tytuły. No i oczywiście sprawdzonych bohaterów.

Niczym nowym również chyba nie będzie fakt, że wszystkie poniższe okładki pochodzą z serwisu „Lubimy Czytać”! Kolejność tytułów kompletnie przypadkowa. :)

„Upadek Hyperiona” – Dan Simmons

Cóż, do samego „Hyperiona” przymierzałem się dobre dwa lata, ale jak już się dobrałem, to chcę skończyć cały cykl jak najszybciej. Po mega dojrzałym pierwszym tomie czas na drugi, w którym poznam dalsze lody Pielgrzymów oraz całej reszty wydarzeń, które rozpoczęły się w pierwszej części. Aż trudno cokolwiek napisać bez narażenia Was na spoilery „Hyperiona”!

„Kapelusz pełen nieba” – Terry Pratchett

Kolejne spotkanie z Tiffany Obolałą, tym razem w już nieco bardziej… dynamicznej i czarownicowej formie. No i do tego będzie Babcia Weatherwax! Mam pewną słabość do cyklu z czarownicami, nie wiem, czy bardziej lubię ich przygody, czy Straży Miejskiej z Ankh Morpork. Pewnie po lekturze tego tomu będę jeszcze bardziej niezdecydowany!
„Ciemne tunele” – Siergiej Antonow

Mojej przygody z Uniwersum Metro 2033 ciąg dalszy. Przy okazji wracamy również do moskiewskiego metra, od którego zaczęła się moja przygoda zarówno ze światem stworzonym przez Glukhovsky’ego, jak i w ogóle jego prozą. Idę oczywiście zgodnie z kolejnością zaproponowaną przez Matkę Przełożoną, która jak na razie wydaje się idealną kolejnością. Do zobaczenia więc w ciemnych tunelach!
„Stranger Things. Ciemność nad miastem” – Adam Christopher

Jak do tej pory czytałem tylko jedną powieść opartą o uniwersum Stranger Things. Uwielbiam ten serial i z niecierpliwością czekam na kolejny sezon! Tymczasem mogę się pocieszyć dwiema książkami wydanymi przez Poradnia K, które są oficjalnie uznawane za kanoniczne (można tak już powiedzieć?), a jedną z nich jest właśnie „Ciemność nad miastem” – historia Hoppera!
AUDIOBOOKI

Praktycznie nigdy nie mam pojęcia, co ja będę słuchał… Potrafią mi się plany zmienić dosłownie z dnia na dzień – Empik Go co chwilę dorzuca coś nowego i czasem aż kusi, żeby się rzucić na jakąś świeżynkę. Teoretycznie jednak w planach mam kilka tytułów, tym razem nieco krótszych niż ostatnie (nawet po dwadzieścia cztery godziny), więc pewnie będzie nieco większa różnorodność. Między innymi możecie się spodziewać takich oto książek:

  1. „Prawda. Krótka historia wciskania kitu” – Tom Phillips
  2. „Czarne flagi” – Joby Warrick
  3. „Saga Puszczy Białowieskiej” – Simona Kossak
A jak Wasze plany na lipiec?

czwartek, 2 lipca 2020

Podsumowanie czerwiec 2020

Pół roku minęło jak jeden dzień, parafrazując pewną starą i dobrze znaną piosenkę! Pół roku jeszcze przed nami i 2020 rok się skończy – chociaż nie wiadomo, co do tego czasu jeszcze przyniesie. To chyba jeden z najbardziej niezwykłych w całym moim życiu i nie mam tu na myśli wydarzeń z mojego życia prywatnego. Wiecie, pandemia, mocne tąpnięcie w gospodarce (pierwsze, które zastało mnie jako w pełni świadomego tego problemu człowieka, w 2008 roku byłem wszak licealistą) i cała reszta niespodzianek raczej nie należy do codzienności krajów Europy Zachodniej i Środkowej. W każdym razie na przeciętnego człowieka wszystkie te wydarzenia jedynie częściowo wpływają, co w pewnym sensie pokazuje między innymi społeczność blogerów książkowych – premiery zaczynają wracać do normy, książki wciąż są kupowane (chociaż niewątpliwie małe księgarnie mocno oberwały) i jakoś się to wszystko kręci powoli.

W tym miesiącu przygotowałem dodatkowe statystyki! Takie mniej związane z książkami, a bardziej z ogólnie pojętą popkulturą (powiedzmy). Od początku miesiąca prowadzę sobie spis obejrzanych seriali oraz filmów, a do tego przesłuchanych podcastów. W poprzedniej aplikacji do podcastów miałem co prawda zbiorcze statystyki, ale były… no właśnie, zbiorcze. Tak bardzo, bardzo zbiorcze. Ja lubię sobie spojrzeć na przykład na to, którego dokładnie twórcy słuchałem w danym miesiącu najwięcej. Albo ilu łącznie różnych podcastów przesłuchałem. Z pomocą więc przychodzi niezastąpiony w takich przypadkach Excel! W efekcie wyszły dodatkowe plansze, które możecie podziwiać poniżej!

No cóż, to chyba pozostaje przejść do crème de la crème tego postu, czyli właśnie wspomnianych plansz z infografikami przedstawiającymi garść statystyk!




Zaszalałem z audiobookami w tym miesiącu, nie ma co… Trochę w tym na pewno pomógł fakt, że audiobooka jestem w stanie słuchać na sporym przyspieszeniu, a słuchowiska, które królowały u mnie przez ostatnie dwa miesiące, wolę jednak słuchać nieco… wolniej. Spokojniej. Delektować się przedstawieniem dźwiękowym. Ogólnie rzecz biorąc, udaje mi się czytać cały czas mniej więcej tyle samo, jeśli chodzi o liczbę pozycji – zarówno z minutami, jak i stronami bywa różnie. Jak jednak widzicie, czerwiec jakoś mocno nie odbiegł od poprzednich miesięcy, zwłaszcza pod kątem samych książek papierowych. Swoją drogą muszę wreszcie zacząć czytać nieco więcej e-booków...



A tu kompletna nowość w statystykach! Podcasty, seriale oraz filmy obejrzane/przesłuchane przeze mnie w czerwcu! Oczywiście same surowe dane, bez szczegółowych list (te wrzucę poniżej, dosłownie jako listę). Excel (a konkretniej Google Sheets) poszedł w ruch i zrobiłem sobie parę takich filtrów i innych przeliczeń, które wyciągają kompletnie nikomu do niczego niepotrzebne informacje. Wiecie jednak, że uwielbiam takie zabawy, więc sam się dziwię tylko jednej rzeczy – że dopiero teraz wpadłem na ten pomysł! Przy okazji jednak widać ile same podcasty zjadają mi czasu. No, chociaż to słowo jest akurat kiepsko dobrane – staram się bowiem wykorzystywać każdą możliwość do słuchania podcastów/audiobooków. A oba media razem wzięte dają naprawdę niezły wynik…



Cały czas mam świetną zabawę z Instagramem – nawet zrobienie zdjęcia wciągnąłem oficjalnie jako podpunkt podczas tworzenia recenzji (lub po prostu jako informację o tym, co przeczytałem, jeśli parę słów opinii ma trafić do zbiorczego podsumowania miesiąca)! Nie jestem oczywiście świetnym fotografem, raczej marnym, ale frajda jest i to jest najważniejsze! Zasięgów ogromnych nie mam, wielu fanów moich „artystycznych wypocin” również, jednak cieszę się każdą osobą, która uważa moje fotki/opisy/relacje/cokolwiek innego za warte oglądania! Poniżej jak zwykle najczęściej serduszkowane zdjęcie z ostatniego miesiąca!

View this post on Instagram

Dużo nowych książek do Was trafiło w maju? Do mnie przybyło siedem sztuk! Dwie z kolekcji #czarnykryminał, dwie części „Domu ziemi i krwi” z #crescentcity, dwie wygrane ksiązki od @inia.recenzuje oraz do tego druga część cyklu #koloryzła od @malgorzataoliwiasobczak . 😁 Część oczywiście już przeczytana, a część jeszcze poczeka na swoją kolej! ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ —————————————— ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #czytamzuroboros #wydawnictwowab #czytamfantastykę #czytamkryminał #instaksiazki #instaksiążki #literature #literatura #bibliophiles #ksiazkoholizm #książkoholizm #nowenabytki #noweksiążki #addictedtobooks #readingboy #zdjeciedlaksiazki #readstagram #booksofig #bookpassion #takczytam #readersofig #bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska

A post shared by Z piórem wśród książek (@zpiorem) on


Tym razem zaszalałem z książkami! Aż jedenaście sztuk do mnie dotarło! Dwie recenzenckie, trzy ostatnie tomy kolekcji „Czarny Kryminał”, a reszta to zakupy w postaci całego cyklu „Hyperiona” + pierwsze moje książki Lovecrafta oraz Gaimana.

  1. „Hyperion” – D. Simmons
  2. „Upadek Hyperiona” – D. Simmons
  3. „Endymion” – D. Simmons
  4. „Triumf Endymiona” – D. Simmons
  5. „Mitologia nordycka” – N. Gaiman
  6. „Zgroza w Dunwich” – H. P. Lovecraft
  7. „Zbrodnia w szkarłacie” – K. Kwiatkowska
  8. „Seans w domu egipskim” – M. Szymiczkowa
  9. „Zgubna trucizna” – K. Kwiatkowska
  10. „Stranger Things. Mroczne umysły” – G. Bond
  11. „Stranger Things. Ciemność nad miastem” – A. Christopher

Na sam koniec przedstawiam pełną listę książek, które przeczytałem w czerwcu – pod linkami znajdziecie albo pełne opinie, albo zostaniecie przeniesieni do zbiorczego podsumowania tytułów, które zebrałem w jednym poście w postaci maksymalnie dwóch akapitów per książka.



A jak tam Wasz czerwiec?

środa, 1 lipca 2020

Zbiorczo spod pióra – czerwiec 2020

Kolejny miesiąc za nami, więc pora na kolejną porcję krótkich mikro opinii o przeczytanych przeze mnie książkach! Nie znajdziecie ich co prawda na Lubimy Czytać ani na GoodReads, ale za to możecie zobaczyć, co sądzę o niektórych tytułach właśnie tutaj. Klasycznie maksymalnie dwa akapity per tytuł, jeśli tylko nie czułem, że mogę się rozpisać na pełną opinię. Na wspomnianych wcześniej portalach znajdziecie oczywiście moje oceny wyrażone w skali 1-10 lub 1-5 (w zależności od serwisu), więc jeśli to Wam w zupełności wystarcza, to zapraszam właśnie tam! Do samego Lubimy Czytać łatwi traficie dzięki widżetowi w prawym menu na blogu.

Przejdźmy jednak do sedna tego wpisu, czyli samych opinii. Kilka ich się zebrało, chociaż stawiałem tym razem na nieco grubsze pozycje, a do tego kilka z nich faktycznie aż się prosiło o pełną opinię, jednak pustego wpisu nie zostawię! Chyba nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, kto już kilka razy tutaj trafił, że okładki pochodzą z niezastąpionego pod tym względem serwisu Lubimy Czytać! Reszta to już moja wesoła twórczość, bazująca na tym, co zostało mi w głowie po przeczytaniu lub przesłuchaniu poszczególnych książek.

„Orzeł biały” – Marcin Przybyłek

Format: Audiobook
Stron/długość: 23h 46m
Lektor: Wojciech Masiak

„Orła białego” przesłuchałem głównie dzięki poleceniu Sylwki w UnSerious.pl – odkąd słucham audiobooków, wybieram raczej reportaże lub literaturę popularnonaukową. Miewam małe problemy ze skupieniem się na fabule oraz przede wszystkim dialogach w beletrystyce w wydaniu audio. Wojciech Masiak miał jednak w tej książce dać radę i muszę przyznać, że faktycznie dał. Mega fajnie modulował głosem, wydawał z siebie odpowiednie dźwięki, kiedy było trzeba, a dialogi również starał się czytać tak, aby łatwo było się odnaleźć w tym, kto akurat mówi.

Sama książka jest bardzo specyficzną pozycją. Można powiedzieć, że to taki zbiór stereotypów o współczesnej, polskiej urban fantasy. Wiecie, dużo przekleństw, sporo krwi i flaków, surrealistyczne sceny, mocno przerysowane postacie oraz tak popieprzona budowa świata, jak tylko się da. Wszystko okraszone typowo polskim humorem. Jako smaczki Marcin Przybyłek umieścił znane postacie (jak Robert J. Szmidt), a dokładniej ich imiona i cechy charakterystyczne w roli postaci pojawiających się w książce. Osobiście odbieram „Orła białego” jako bardzo lekką, humorystyczną pozycję, dobrą do łyknięcia w wolnej chwili, chociaż czasem poziom absurdu nieco wykraczał poza skalę, którą toleruję.

„Wolni Ciut Ludzie” – Terry Pratchett

Format: Książka
Stron/długość: 283
Tłumacz: Piotr W. Cholewa

Podczas lektury każdej możliwej książki Terry’ego Pratchetta, niezmiennie nie potrafię wyjść z podziwu dla tego, jakim cudem Piotr W. Cholewa był w stanie przetłumaczyć tekst, który właśnie czytam – jak wyglądał oryginał i jak pieruńsko dobrym w swojej robocie trzeba być, żeby dać radę. „Wolni Ciut Ludzie” wprowadzają czytelnika w świat Nac Mac Feegli, którzy nie tylko samo sami w sobie są wyjątkowi, ale posługują się również wyjątkowym językiem. Takim połączeniem kilku gwar z seplenieniem się oraz nowomową. Mają przy tym swoje zasady, tradycje oraz całą resztę!

„Wolni Ciut Ludzie” to również kolejne spotkanie z czarownicami, które w Świecie Dysku bywają poważane, a bywają również nielubiane. Zależy od miejsca. Tiffany Obolała, jako bardzo rezolutne dziecko, wydaje się idealną kandydatką na czarownicę – nawet jeśli czarownice potrzebują solidnej skały. Trafia do krainy królowej, która to kraina do bólu przypomina wszystko, co znamy z baśni i bajek. Tak, tym razem brytyjski pisarz wrzucił na swój warsztat pełen satyry opowiastki o elfach, bajania i bajdurzenia, a przy okazji otworzył kolejny podcykl, skupiający się wokół postaci wspomnianej już Tiffany.

„Orzeł biały 2” – Marcin Przybyłek

Format: Audiobook
Stron/długość: 24h 57m
Lektor: Wojciech Masiak

Nie zwlekałem zbyt długo z sięgnięciem po kolejną część fantastyki, którą napisał Marcin Przybyłek! Tym razem autor zabrał nas na wschód i wylądowaliśmy w Rosji, na Ukrainie oraz Białorusi. Tam również była zielona zaraza, a jakże! Engelsi byli jednak odrobinę inni… No i nie raczyli się hertzburgerami, ale mózgoszejkami! Jak widzicie więc, poziom abstrakcji jest dalej dość wysoki, więc trzeba mieć to na uwadze. Jeśli jednak ktoś szuka właśnie takiej lektury, to „Orzeł biały 2” może być dla niego.

W pewnym sensie druga odsłona przygód majora Orłowskiego i jego ekipy jest o wiele bardziej dojrzała niż wcześniejsza. Ewentualnie po prostu przywykłem już do tego abstrakcyjnego i bardzo absurdalnego humoru. W każdym razie miałem więcej frajdy ze słuchania tego tomu niż poprzedniego – zwłaszcza że pomysłów autorowi nie brakło. Wschodnie orki są kompletnie inne niż te zachodnie, inaczej wygląda ich społeczność i hierarchia, chociaż oczywiście zachowane są te podobieństwa, które zwyczajnie muszą być zachowane.

„Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura” – K. Strittmatter

Format: Audiobook
Stron/długość: 10h 11m
Lektor: Głogowski Bartosz

Mam mały problem z tą pozycją – z jednej strony jestem pewien, że została przygotowana rzetelnie i czuć wręcz merytorykę potwierdzoną konkretnymi przykładami. Z drugiej jednak jest mocno… stronnicza. Przechylenie autora w konkretną stronę czuć na kilometr i to od samego wręcz początku. Trochę to zaburza odbiór całości, a szkoda – „Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura” przedstawia naprawdę dużą wartość związana z przedstawieniem rzeczywistego obrazu tej gospodarczej potęgi XXI wieku.

Jeśli nie interesujecie się polityką zagraniczną i nie śledzicie doniesień z Chin, to bardzo dużo informacji może być dla Was zaskoczeniem. Zwłaszcza jak spróbujecie zestawić ze sobą skutecznie uprawiany komunizm z kultem konsumpcjonizmu. Być może część rzeczy poruszonych w książce, takich jak cenzura, system oceny punktowej obywatela, „trzy razy T (Tajwan, Tybet, Tiananmen)” wyda się Wam znajomych, a K. Strittmatter je rozwinie. Bez względu na Wasz poziom wiedzy o Państwie Środka, warto dowiedzieć się nieco więcej o metodach Komunistycznej Partii Chin oraz tym, do jakiego punktu może doprowadzić ich polityka. Oraz w jaki sposób już wiele państw jest w ich rękach.

„Motyw ukryty. Z archiwum profilera” – Katarzyna Bonda, Bogdan Lach

Format: Audiobook
Stron/długość: 15h 30m
Lektor: Dariusz Odijo

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl po wysłuchaniu wspólnej pracy Katarzyny Bondy oraz dra Bogdana Lacha to „a może tak sięgnąć po książki Katarzyny Bondy?” – jej pióro dodało naprawdę poetyckiej wręcz gładkości historiom opisanym w „Motywie ukrytym”. Dosłownie można było zapomnieć o tym, że nie słucha się wcale fikcyjnej powieści kryminalnej, ale prawdziwych historii, z którymi styczność miał dr Bogdan Lach – profiler, psycholog i biegły sądowy. Bardzo fascynujące przeżycie muszę przyznać, taka mieszanka.

Cała książka składa się z opisów różnych przestępstw, które dr Bogdan Lach pomagał rozwikłać. Tak naprawdę niewiele się dowiemy o samej pracy profilera oprócz poszczególnych działań (niekoniecznie ułożonych w jakiejkolwiek konkretnej kolejności) jak wywiad wiktymologiczny, które często są przydatne w pracy psychologa sądowego. Można więc powiedzieć, że jest to bardziej zbiór „ciekawych” przypadków, w których trzeba było wykazać się sprytem i dobrą intuicją przy doborze narzędzi niż przedstawienie całego warsztatu pracy. Jednak dla fanów true crime jest to na pewno książka warta uwagi!

„Widma w mieście Breslau” – Marek Krajewski

Format: Papier
Stron/długość: 320

Być może dla niektórych okaże się to sporym zaskoczeniem, że Marek Krajewski ląduję w krótkim podsumowaniu – w końcu jak do tej pory pisałem pełne opinie. Tym razem jednak nie mam za bardzo, o czym pisać. „Widma w mieście Breslau” były wybitnie przeciętne i trudno mi czy to się zachwycać, czy wręcz przeciwnie – wieszać psy. Mock jak Mock, wciąż zadziorny, porywczy, agresywny, wiele mu uchodzi na sucho no i ogólnie sprawia wrażenie bardzo dysfunkcyjnej jednostki. Znaczy się, jest prowadzony wzorowo!

Trochę mnie za to drażniły nagłe przeskoki akcji, nie zawsze jasno wytłumaczone. Pomysł na ubranie wszystkiego w konkretną fabułę wyszedł Markowi Krajewskiemu świetnie – zwłaszcza wszystkie zwroty akcji i plot twisty, których nie udało mi się przewidzieć, zasługują na dużą pochwałę. Oprócz tego jest to jednak powieść pełna sprzeczności i wywołująca we mnie ambiwalentne uczucia. Jest dobra, ale jakby… gorsza od wcześniej przeze mnie czytanych, z kilkoma wpadkami. Jednak tak czy siak, sięgnę po kolejny tom!

wtorek, 23 czerwca 2020

„Hyperion” – Dan Simmons

„Hyperion” – Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Hyperion
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 624
Data wydania: 9 września 2015

Zbierałem się do „Hyperiona” bardzo długo. Obserwowałem, jak pojawiają się kolejne, wychwalające go pod niebiosa opinie i zastanawiałem się – prawda li to, czy przesada. Starałem się nie czytać zbyt wielu recenzji, żeby się nie sugerować, chociaż próbowałem przejrzeć te negatywne – te niestety ku mojemu nieszczęściu nie reprezentowały sobą w większości przypadków żadnej merytoryki. Paradoksalnie więc moja chęć przeczytania dzieła Dana Simmonsa rosła. Zwłaszcza że próba dorwania pierwszego tomu cyklu nie była łatwym zadaniem. Dorwałem go jednak wprost ze sklepu Wydawnictwa MAG i długo nie czekałem z czytaniem. Po lekturze mogę powiedzieć, że warta ona była każdej minuty czekania na dobranie się do niej.

Wojny wymagają nadzwyczajnych ruchów i nietypowych decyzji. Nawet takich, które wymagają ogromnych poświęceń. Wiedzą o tym doskonale pielgrzymi, którzy przybywają na planetę Hyperion w jasnym celu. Tylko jeden z nich przeżyje tę wyprawę i tylko jeden z nich zostanie wysłuchany. Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul w obliczu międzygalaktycznej wojny muszą spróbować dotrzeć do grobowców i odnaleźć jedyną istotę, która może zmienić losy wszechświata. Ceną jednak będzie wybór oraz życie. Jeden, dobry wybór i życie szóstki.

„Na początku było Słowo. Potem pojawił się pieprzony edytor tekstu. Potem procesor myślowy. A potem nastąpił koniec literatury”.

Tak naprawdę cały „Hyperion” jest zbiorem opowieści snutych przez wspomnianych już w opisie książki pielgrzymów. Można powiedzieć, że każda z nich to po prostu osobne opowiadanie, spięte ze sobą narracją podróży całej siódemki w stronę Grobowców Czasu na planecie Hyperion. Wszyscy ruszyli ze stolicy – Keats – i muszą dotrzeć do Dzierzby, który zgodnie z legendą spełni życzenie jednego z nich. Czy coś Wam już świta, kiedy widzicie obok siebie zestawione słowa Hyperion oraz Keats? Tak, chodzi o Johna Keatsa, angielskiego poetę epoki romantyzmu, który napisał poemat „Hyperion” – chociaż napisał to może za dużo powiedziane. Poemat ten bowiem nie został dokończony przez twórcę, w przeciwieństwie do książki Dana Simmonsa, inspirowanej wspomnianym poetą.

Nie jest to jednak jedyna inspiracja literacka, jaką można odnaleźć w całym „Hyperionie”. Tak naprawdę można w nich utonąć. W pewnym momencie próbowałem szukać informacji na temat fragmentów, na które natrafiłem – począwszy od bardzo oczywistego Shakespeare’a, a zakończywszy na skrzętnie ukrytych motywach nawiązujących do poetów, o których nawet w polskiej Wikipedii niewiele znalazłem. Mógłbym tak szukać inspiracji oraz nawiązań przez wiele godzin, a wszystkich bym nie znalazł. Widać ogromny wpływ angielskiej literatury oraz poezji na dzieło Dana Simmonsa i nie sposób nie docenić tego, jak wiele takich easter eggów (chociaż nie wiem, czy można tak to nazwać) umieścił w swej powieści. Zawsze jest to dla mnie dodatkowa radość w trakcie lektury oraz możliwość poszerzenia swoich horyzontów.

„Przeprowadzili bardzo dokładne badania, z których wynika jednoznacznie, że ludzkość stała się całkowicie bezużyteczna”.

Rozszerzyć również można swój własny zasób stylizacji narracji zależny od konkretnej postaci. A w każdym razie można, chociaż obserwować to, jak doskonale można sobie poradzić ze zróżnicowaniem stylu wypowiedzi oraz przekazywania historii przez wiele postaci występujących w danej książce. Jak wspomniałem, w „Hyperionie” znajdziemy kilka różnych opowieści snutych przez poszczególnych bohaterów – a grupkę mamy naprawdę konkretną. Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul – każdy z nich ma swój własny sposób przekazania tego, co ma do powiedzenia pozostałych członkom Pielgrzymki i jest to wręcz fascynujące, jak doskonale udało się Danowi Simmonsowi urozmaicić i podkreślić tę różnorodność. Poeta ma bardzo… poetycki sposób narracji, Żołnierz prosty i konkretny, Kapłan mocno uduchowiony, choć dotykający również nut naukowych. Dosłownie jakby czytało się książkę napisaną przez kilku różnych autorów!

Z początku może się wydawać, że każda opowieść przedstawiona przez poszczególnych Pielgrzymów jest kompletnie inną, oderwaną od samej Pielgrzymki historią. Bardzo szybko jednak okazuje się, że Dan Simmons ma to konkretny pomysł. Rzecz jasna można się tego było spodziewać od samego początku – w końcu jaki byłby sens tworzenia zbioru opowiadań spojonego poboczną historią i tworzenia do tego trzech kolejnych tomów? Nie, to było oczywiste. Jednak nie takie oczywiste było już to, w jaki sposób tego dokonał. Naprawdę można doznać szoku, kiedy zacznie się łączyć wszystkie wątki i rozbierać je na czynniki pierwsze – razem z różnicami w czasie, wieku, warstwach społecznych, które tak naprawdę wcale aż tak różne nie są. Mózg może wybuchnąć. A najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że jest to fantastyka naukowa, w której jednak to nie świat gra pierwsze skrzypce, ale ludzie oraz ich droga życiowa.

„Czasem jedynie bardzo trudno dostrzegalna granica oddziela fanatyzm od herezji”.

Widzicie, świat stworzony przez Dana Simmonsa nie jest wcale najważniejszym elementem książki, jednak wcale nie został potraktowany po macoszemu. Cała Hegemonia wraz z jej planetami rozsianymi po całej Sieci, sposoby podróży począwszy od statków z napędem Hawkinga (i długu czasowym, z którym trzeba się liczyć podczas podróżowania) a na transportalach zakończywszy, jest spójna, dość sensowna, przemyślana i przedstawiona w odpowiedni sposób. Podczas lektury „Hyperiona” wiadomo, na czym człowiek powinien się skupić i nie jest atakowany potokiem nowomowy, jak to ma miejsce np. w „Kwantowym Złodzieju”. Podobnie wygląda sprawa nie tylko z samym światem, ale i jego głównymi komponentami, odgrywającymi ogromną rolę – jak na przykład TechnoJądro wraz z SI. Wszystko ma swoje miejsce i choć skryte w tle wydarzeń, ma na nie przeogromny wpływ.

Ciężko opisać tę książkę w kilku słowach tak jak ciężko ją jednoznacznie ocenić. Trudno jest mi znaleźć jakiekolwiek jej wady, zwłaszcza takie duże, rażące, chociaż też nie czułem takiego… pociągu do niej w trakcie lektury. Jest ona naprawdę niesamowicie dojrzałą pozycją, przeznaczoną dla bardziej ambitnych osób – a raczej dla tych, które akurat szukają ambitniejszej lektury. Nie jest przy tym ciężkim tytułem, wręcz przeciwnie, wchodzi gładko jak nóż w ciepłe masło. Nic więc dziwnego, że zbiera tyle pochlebnych opinii, bo ciężko obok niej przejść obojętnie i nie zwrócić uwagi na co najmniej jedną z wielu warstw, z których jest zbudowana. Jedno jest pewne – z wielką chęcią sięgnę po każdy kolejny tom, bo aż umieram z ciekawości, jak się to wszystko dalej potoczy!

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Hyperion’

Hyperion | Upadek Hyperiona | Endymion | Triumf Endymiona


niedziela, 14 czerwca 2020

„Prawo do zemsty” – Denis Szabałow

„Prawo do zemsty” – Denis Szabałow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Denis Szabałow
Tytuł: Prawo do zemsty
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 481
Data wydania: 14 czerwca 2017

Trylogia „Konstytucji Apokalipsy” jak do tej pory była moim ulubionym cyklem w całym Uniwersum Metro 2033 oraz Metro 2035. Nie piszę jednak tego w czasie przeszłym, bo coś się zmieniło po lekturze „Prawa do zemsty” – wręcz przeciwnie! Używam tego czasu, żeby podkreślić, że od samego początku byłem pod wrażeniem połączenia akcji z militarnym, lecz wystarczająco prostym językiem oraz światem stworzonym przez Glukhovsky’ego. Liczyłem się jednak z tym, że – jak to czasem bywa – zakończenie długiej historii może być kiepskie. Cóż, nie tym razem. Denis Szabałow stanął na wysokości zadania i dał czytelnikom to, czego oczekiwali – dobre zwieńczenie świetnej trylogii.

Prawo do użycia siły może się zawsze obrócić przeciwko temu, kto z niego korzysta. Prawa do życia jednak nie można odmówić nikomu – nawet jeśli ten korzysta z prawa do użycia siły bez widocznego powodu. W pewnym momencie może dojść do konieczności wykorzystania swojego prawa do zemsty, które niemal zawsze łączy się z dwoma poprzednimi prawami. Danile nie pozostało nic innego, jak tylko ono – a zemsta najlepiej smakuje na zimno. Dobrze przygotowana, porządnie zaplanowana i skutecznie wdrożona. A kto lepiej ją przygotuje niż właśnie Daniła – szkolony przez pułkownika rosyjskiego specnazu? Jego wrogowie mogą mieć pewność, że nie będzie to łatwa przeprawa.

„– Każdy ma swoją prawdę i swoje prawo. Tak jest – zgodził się Igor Antonowicz. – Ale twoje prawo kończy się tam, gdzie zaczyna się moje. Kiedy czyjeś prawo zaczyna łamać prawa innych, natychmiast zamienia się w dyktat”.

Ciężko przedstawić największe zalety tej książki bez konieczności zdradzenia fragmentów fabuły. Mam nadzieję wiec, że uda mi się ta sztuka, bo naprawdę szkoda zdradzać szczegóły dobrej książki – a ta zdecydowanie do takiej należy. Utrzymana oczywiście w dokładnie tym samym klimacie, co dwie poprzednie części – mnóstwo militariów, ogrom akcji, dużo dynamicznego działania ze sporą ilością strzelanin i wykorzystywania innej broni. Do tego rzecz jasna szczypta strategii oraz wojskowej taktyki, porządnych działań w terenie oraz wewnątrz pomieszczeń. Jednym słowem jest to cały czas nie lada gratka dla fanów wojska, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru dla tych, którzy nie czują mięty do ogromu fachowego słownictwa. 

Fajnym zabiegiem jest wykorzystanie tytułów oraz wydarzeń ze wszystkich trzech tomów i splecenie z nich nie tylko samej historii, ale również i zależności wykorzystywanych we wszystkich książkach. Tytuły nie wzięły się znikąd, nie stanowią mocno abstrakcyjnej warstwy wynikającej z jakichś bliżej nieokreślonych wydarzeń, ale stanowią dosłownie trzon wydarzeń. Mało tego, występują w wielu rozmowach pomiędzy poszczególnymi postaciami i dosłownie są motorem napędowym narracji. Jak można się więc domyślić, trzeci tom, „Prawo do zemsty” pokazuje historię Daniły, który tym razem nie wykorzystuje tylko swojego prawa do użycia sił, nie korzysta jedynie z prawa do życia, ale musi (lub chce) użyć trzeciego prawa – do zemsty. To wynika jednak z jego użycia dwóch poprzednich praw, co staje się dość oczywiste już w pierwszej powieści.

„Dlatego Dobrynin zarządził postój i przez bite dziesięć minut nudno i szczegółowo opowiadał o skutkach takiego właśnie przypadkowego wystrzału, a następnie w celach wychowawczych kazał Robalowi wykonać niewielki zestaw ćwiczeń fizycznych, który wzmocnił siarczystym kopniakiem w cztery litery”.

Jednak nie tylko same tytuły tworzą logiczną całość, ale również mnóstwo pobocznych wątków z poprzednich dwóch tomów. Dopiero w „Prawie do zemsty” widać, jak to wszystko się skleja w całość (i to nawet te wątki, które wydawały się jedynie ciekawostkami i jednorazowymi wydarzeniami) i to w niebagatelną. Mimo tego, że trochę wyjaśnienia pewnych aspektów brzmią jak science fiction, to jednak daleko im do tego – mimo wszystko są to bardzo nieprawdopodobne, choć oparte w dużej mierze na fizyce teorie. Nie umniejsza to jednak ich walorom rozrywkowym. Pod sam koniec książki bowiem ciężko było mi się od niej oderwać. Kluczem do sukcesu było chyba umiejętne zrównoważenie tych nadzwyczajnych motywów z twardą stąpającymi po ziemi stalkerami, którzy odebrali odpowiednie wyszkolenie. Dzięki temu jedno drugiego wcale nie wykluczało, tylko wręcz uzupełniało się nawzajem.

Piękne zwieńczenie trylogii „Konstytucji Apokalipsy” – po lekturze trzeciego tomu utwierdzam się w przekonaniu, że to moja ulubiona odsłona postapokliptycznej wizji świata, jaką serwuje całe Uniwersum Metro 2033. Pełna akcji, bardzo dynamiczna przez wszystkie trzy tomy, ale nie spłycona jedynie do strzelania i manewrów wojskowych. Dodatkowy smaczek „naukowy” potęguje jeszcze bardziej moje pozytywne uczucia zarówno do „Prawa do zemsty”, jak i poprzednich dwóch powieści. Być może odrobinę za łatwo się wszystko ułożyło pod sam koniec, ale jestem w stanie na to przymknąć oko. Całokształt bowiem zapracował sobie na jak najbardziej pozytywną ocenę – oby przede mną były tylko tego typu książki!

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Konstytucja Apokalipsy”