wtorek, 28 stycznia 2020

[PREMIERA] „Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski

„Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Bartosz Szczygielski
Tytuł: Krok trzeci
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 29 stycznia 2020


Wszelkiego rodzaju thrillery mógłbym pochłaniać całymi kilogramami – bez względu na to, czy to thriller kryminalny, medyczny, polityczny czy psychologiczny. Tak naprawdę ten ostatni często bywa najbardziej intrygujący. Często widać w nim zażartą walkę wewnątrz postaci, która dzieje się w ich głowach, a nie na ulicach przypadkowego miasta. Bywa to o wiele bardziej emocjonujące niż ucieczka przed zabójcą lub śledzenie intryg politycznych z morderstwem w tle. Polscy autorzy już nie raz udowodnili, że wiedzą jak napisać dobry thriller (a nawet debiut, jak to było w przypadku Thomasa Arnolda czy Z.D. Wittner – swoją drogą thriller psychologiczny był właśnie debiutem), więc czemu by nie sięgnąć po Bartosza Szczygielskiego, dla którego „Krok trzeci” nie jest pierwszą napisaną książką? Może nie do końca wszystko mi się podobało, ale umiejętności wodzenia czytelnika za nos autorowi odmówić nie można.

Życie przed czterdziestką często jest bardzo uporządkowane – człowiek wie doskonale, czego chce, ma stałą pracę, często również wieloletni związek. Nie inaczej jest z Magdą, psychoterapeutką mieszkającą z mężem w Warszawie. Przykładne, stabilne życie, uporządkowane sprawy zawodowe, nic tylko się cieszyć. Tak się jednak tylko wydaje, kiedy spojrzy się na nią z boku. Nie tylko problemy zdrowotne potrafią ją doprowadzić niemalże do szaleństwa, ale również pewne podejrzenia dotyczące jej męża… Tajemnice niszczą zaufanie oraz w dalszej części życie, jednak ich brak może okazać się jeszcze gorszy. No, chyba że na życiowej drodze stanie kolejna tajemnica w postaci kobiety…

„Unikanie myślenia bardzo pomagało w życiu”.

Na samym początku poznajemy Magdę – według opisu ustatkowaną kobietę, psychoterapeutkę, żonę. Od razu też poznajemy dwa z głównych problemów, które ją trapią – wszystko wskazuje na to, że jest zdradzana, a do tego ma spore problemy z pamięcią. Na kolejnych kartkach, przez pierwsze niemalże sto stron „Kroku trzeciego” poznajemy naszą główną bohaterkę coraz lepiej. Muszę tutaj przyznać, że postać ta jest tak irytująca, a jednocześnie tak konsekwentnie prowadzona, że czytanie o jej losach zakrawa na sprawianie sobie perwersyjnej przyjemności. Prawie zgrzytałem zębami na jej nieogarnięcie życiowe, brak instynktu samozachowawczego, ciągłe ucieczki i wycofywanie się, brak jakiejkolwiek logiki w działaniu oraz skrajnie idiotyczne decyzje, które podejmowała.

Niestety jest też ta nieco bardziej negatywna strona medalu. Postać Magdy jest kompletnie niewiarygodna jako psychoterapeutki. Nie chodzi tu jednak o problemy z pamięcią, które przecież nie towarzyszyły jej przez całe życie, tylko o problemy, które posiada. Wewnętrzne, które wyglądają nie przepracowane, co jest wręcz konieczne do wykonywania zawodu psychoterapeuty. Ona sama jest chodzącą bombą emocjonalną, która nie umie podejmować zdrowych decyzji w życiu codziennym, a co dopiero brać się za pomoc innym ludziom. Przez całą książkę bardzo mocno mi to uwierało. Trochę jakby w roli hakera obsadzić człowieka, który nie umie sobie włączyć hotspota w telefonie, lub chirurga panicznie bojącego się krwi i mdlejącego na jej widok. 

Trzeba się jednak zgodzić, że autor potrafi utrzymać suspens – widać to zarówno w samej postaci Magdy, jak i jej tajemniczej przyjaciółki, Niny. Wszystko to, co opisałem w poprzednich akapitach, pomaga mu w konstruowaniu kolejnych wersów historii. Nigdy nie wiadomo, co się zaraz stanie, a autor karmi czytelnika zarówno zaskakującą prawdą, jak i kłamstwami. Informacja o zdradzie Magdy przez jej męża oraz o jej problemach z pamięcią, które to zostają podane już na pierwszej stronie, pomagają budować niepewność tego, co się zaraz zdarzy. A i sporo plot twistów można znaleźć na kolejnych kartach powieści. Nie wszystkie są może bardzo zaskakujące czy szokujące, ale po prostu są. Do tego rzeczywiście wrzucają Magdę na zupełnie nowe tory i prowadzą w kompletnie inną stronę, niż podążała do tej pory. Wszystko to sprowadza się do jednego pytania, które zaczyna kiełkować w głowie – co tu się u licha wyprawia i co jest prawdą, a co fikcją istniejącą tylko w głowie Magdy?

„Ludzie nie będą ciebie szanowali, jeśli ciągle będziesz im padać do stóp”.

Gdzieś mniej więcej od połowy książki zaczyna się więcej zaciekawienia, mniej irytacji na konsekwentnie prowadzoną, choć być może nie do końca przemyślaną bohaterkę. Można powiedzieć, że dopiero w drugiej części, gdzieś od Drugiego kroku, zacząłem czerpać więcej przyjemności z lektury. Takiej czystej przyjemności, która pozwoliła mi się skupić w pełni na tym, co budował Bartosz Szczygielski. Wcześniej niestety trochę mi w tym przeszkadzały dziury i nieścisłości, które wwiercały mi się w tył głowy, skutecznie wprowadzając zamieszanie w już skądinąd dobrze prowadzoną historię. Jeśli więc nie będziecie mogli się dogadać z początkowymi dwustoma stronami, coś Wam nie będzie do końca grało, to pocieszeniem może być, że później będzie już lepiej.

Samo zakończenie było – przynajmniej dla mnie – bardzo zaskakujące. Po drodze oczywiście zbudowałem sobie kilka możliwych rozwiązań, jednak żadne z nich nawet nie leżało obok tego, które wymyślić Bartosz Szczygielski. Przede wszystkim miało ręce i nogi, a to dla mnie najważniejsze, bo obawiałem się popłynięcia w zbyt… fantastyczne regiony. Jednak autor dość zgrabnie pokazał sedno problemu i wszystko zaskoczyło w odpowiednie zapadki. W każdym razie w połączeniu ze wciąż budowanym napięciem daje nam to pełnowartościowe i w sumie satysfakcjonujące zakończenie wszystkich wątków rozpoczętych przez autora. Ba! W pewnym sensie autor zostawił sobie nawet furtkę otwierającą kolejną książkę! Chociaż nie wiem, czy łatwo by mu było rozpocząć coś podobnego od miejsca, w którym zakończył pierwszą historię.

Niektóre aspekty chętnie zobaczyłbym w nieco innym wymiarze. Cały czas będę się również upierał przy tym, że Magda jest mega niewiarygodna i gdzieś z tyłu głowy czułem stukot, że coś tu jest nie tak (i wcale nie chodzi o kontekst czysto fabularny). Jednak podsumowując, muszę przyznać, że Bartosz Szczygielski stworzył bardzo zgrabną historię, która nie tylko potrafi przyciągnąć, ale i trzymać w napięciu. Dawno nie miałem okazji czytać takiej powieści, która mogłaby zagwarantować mózgowi niezłą przejażdżkę rollercoasterem i doprowadzając go lekkich zawrotów. Trochę mi brakuje takiej literatury, ale docenia się ją dopiero po lekturze. Cóż, z drugiej strony, gdyby czytać jedynie książki takie jak „Krok trzeci”, to człowiek dość szybko zacząłby się sam zastawiać, jaka część jego życia to prawda, a jaka to tylko fikcja…

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



niedziela, 26 stycznia 2020

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock. Ludzkie zoo
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 336
Data wydania: 9 maja 2019


Proza Marka Krajewskiego w pewnym sensie mnie już kupiła. Tak totalnie. Może i nie rozpływam się nad jego książkami jak nad najlepszymi dziełami, ale nie ulega wątpliwości, że autor potrafi mnie przekonać do siebie. Te wspaniałe opisy Wrocławia z pierwszej połowy XX wieku, nacisk na przedstawienie ówczesnej inteligencji w kontraście z biedotą oraz pracą policji! Piękne. Chcę chociaż raz w miesiącu poznawać kolejny tom przygód Eberharda Mocka. Jak na razie wszystkie przeczytane przeze mnie tytuły z „Czarnego Kryminału” utwierdzają mnie w przekonaniu, że skuszenie się na tę kolekcję było dobrym pomysłem, oj bardzo dobrym. Jak na razie jest to kolejny tom, który to potwierdza.

Najczęściej, kiedy jakaś osoba słyszy jęki, krzyki i zawodzenia, których nie słyszy nikt inny, posądzana jest o bycie niezdrową na umyśle. Dokładnie te same podejrzenia padły na Marię, której Eberhard Mock nie do końca wierzył w zapewnienia o trudnych nocach. Zwłaszcza że chodziło o jęki i zawodzenia dzieci. Jednak kiedy odkrył, że Maria wcale nie oszalała, a źródłem tych diabelskich hałasów są piwnice nieczynnego już dworca, włos wręcz zjeżył mu się na głowie. Nigdy nie sądził, że człowiek może stworzyć sam z siebie takie piekło, którego nie powstydziłby się sam Lucyfer.

Całkiem fajnie się obserwuje taką przemianę bohatera, jaką przeszedł Eberhard Mock. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy czyta się cały cykl w kolejności chronologicznej wydarzeń, a nie wydawania kolejnych tomów. Na szczęście kolekcja „Czarnego Kryminału” mi to umożliwiła i mogę śledzić zmiany w życiu oraz charakterze pracownika Prezydium Policji z Wrocławia. Od biednego, wręcz nielubianego studenta, który liczy każdy grosz, do dość rozrzutnego eleganta, ceniącego sobie piękne buty. To samo jednak dotyczy również jego wnętrza – od lękliwego i lubującego się w wiedzy i nauce młodego człowieka, do cynicznego i często agresywnego przedstawiciela prawa. Panie Marku – czapki z głów. Świetna robota, zwłaszcza że jest zrobiona z głową i bardzo przyjemnie się ją odbiera.

Przy okazji Mock rzucony jest w nieco inny obszar geograficzny niż dobrze nam znana Polska za czasów zaborów lub dwudziestolecia międzywojennego. To kolejny, dość wymagający kawałek tej powieści, w którym Marek Krajewski poradził sobie całkiem fajnie. Miło było poczytać sobie o innym kontynencie oraz konfliktach, które w tamtych czasach miały miejsce, wśród których toczyło się też normalne życie. Chociaż „normalne” to być może za dużo powiedziane. W każdym razie jest to kolejna odskocznia od klasycznych powieści z tego gatunku, chociaż samo przesuwanie bohaterów po mapie świata nie należy do pomysłów rewolucyjnych – nie każdy jednak odważył się przenieść ich w takie miejsce i do tego w takim konkretnym czasie. 

Wyczuwa się już odrobinę czegoś, co nazwałbym schematyzmem z braku lepszych słów – podążanie tym samym szlakiem w tworzeniu historii, nawet jeśli dorzuca się do niej nowości. Na szczęście na razie nie przeszkadza to w samym odbiorze, chociaż zaczynam się odrobinę martwić, jak będzie z kolejnymi tomami. Kryminały mają niestety to do siebie, że większość jest zrobiona na jedno kopyto, zwłaszcza w obrębie konkretnego cyklu – trzeba się z tym liczyć. Jednak tutaj nasz polski pisarz nie jest wyjątkiem, który mógłby udowodnić, że można za każdym razem podążyć innym tropem. Chociaż z drugiej strony jest to pewnego rodzaju wizytówka – coś charakterystycznego akurat dla jego prozy.

Naprawdę świetny tom, pokazujący kawał historii Eberharda Mocka i zapewne przygotowujący czytelnika na to, co nadejdzie w kolejnych tomach. Zaczynam widzieć tego dobrze wykształconego stróża prawa jako naprawdę skomplikowaną postać, jakże różną od większości standardowych komisarzy z książek kryminalnych. To niewątpliwie jedna z mocniejszych stron powieści pisanych przez Marka Krajewskiego. A „Mock. Ludzkie zoo” udowadnia to wspaniale. Czuć już odrobinę odgrzewanego kotleta, ale ostatnią ćwiartką książki autor naprawdę może zaskoczyć. Cóż, oby tak dalej, mam nadzieję, że nie będzie tendencji spadkowej w kolejnych powieściach. Aż szkoda pomijać takich autorów – pokazują, że Polacy naprawdę potrafią pisać.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


czwartek, 23 stycznia 2020

[PREMIERA] „Instytut” – K.C. Archer

„Instytut” – K.C. Archer
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: K.C. Archer
Tytuł: Instytut
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Stron: 464
Data wydania: 29 stycznia 2020


Wydawnictwo Uroboros ma na swoim koncie mnóstwo książek, które bardzo przypadły mi do gustu – a jeszcze większej liczby jak do tej pory nie przeczytałem! Staram się jednak śledzić w miarę możliwości nowości i zapowiedzi i reagować na to, co wypuszczają, aby w miarę możliwości nie robić sobie jeszcze większych zaległości. Zwłaszcza że naprawdę lubię ich książki. Kiedy więc dostałem e-maila z propozycję przeczytania „Instytutu” – pierwszej części dłuższej historii o… pewnej uczelni, zatarłem tylko ręce z uciechy. Potem trzeba było chwilę poczekać na kuriera i voila! „Instytut” jest już za mną. Muszę przyznać, że wypada bardzo fajnie, chociaż ma jedną, mega irytującą wadę. O niej jednak może opowiem nieco później, najpierw się trochę porozpływam nad zaletami...

Kiedy masz jakieś umiejętności, wydają Ci się bardzo pospolite, prawda? To w końcu nic takiego, że umiesz odczytać ludzi z łatwością – to nic trudnego, po prostu jakoś to wychodzi. Nie wchodź jednak wtedy w zatargi ze służbami porządkowymi, bo Twoje umiejętności mogą jednak okazać się nieco mniej pospolite, niż sądzisz. Teddy Cannon sama się o tym przekonała, chociaż udało jej się cudem wylizać z kłopotów. Trafiła dzięki temu to specjalnej uczelni, w której może przejść szkolenie zapewniające jej później naprawdę wspaniałe, choć niebezpieczne życie. Nie było jednak tej historii, gdyby los nie spłatał jej figla i nie postawił całej uczelni oraz jej życia przed ogromnym znakiem zapytania…

„Instytut” czyta się zadziwiająco przyjemnie – napisany został prostym, ale przyjemnym językiem. Jeśli miałbym użyć jakiegoś bardziej poetyckiego porównania, to powiedziałbym, że przez powieść płynie się jak przez spokojne morze, pozwalające na kontemplowanie jego piękna. Być może to ostatnie byłoby lekkim nadużyciem, ale cała reszta się zgadza. Ciężko cokolwiek zarzucić językowo, bo jest po prostu spoko. Nie ma zbyt wielu męczących opisów, dialogi mają ręce i nogi, a K.C. Archer prowadzi samą historię w odpowiednim tempie. Nie sili się też na tworzenie nie wiadomo jak ambitnego świata, wykorzystuje to, co istnieje wokół nas, a same „moce” postaci występujących w książce również bazują raczej na ogólnie przyjętej wiedzy i stereotypach. To jest akurat całkiem spoko, bo nie trzeba się przebijać przez mury między tym, co już znamy, a tym, co powstało w głowie twórcy.

Na ogromny plus zasługuje również bardzo naturalne wplatanie szczegółów dotyczących zarówno samej nauki w uczelni, do której trafiła główna bohaterka, jak i podziału mocy psychicznych. Niestety dość często spotykam próby przekazywania wręcz definicji encyklopedycznych przez autorów, co trąca sztucznością – i to bardzo mocno. K.C. Archer jednak nie wpisuje się w tę kategorię. Tak naprawdę wszelkie detale wynikają z bardzo naturalnych rozmów pomiędzy poszczególnymi postaciami. W pewnym sensie wygląda to tak, jakbyśmy naprawdę czytali o studiach konkretnego kierunku i po prostu czerpali garściami z wiedzy wykładowców. A wbrew pozorom jest trochę tej wiedzy o świecie, w którym „Instytut” jest osadzony.

Trochę jednak kuleje w książce poczucie czasu. Coś, co powinno trwać kilkadziesiąt minut, zostaje rozwiązane na przestrzeni połowy strony bez sugestii pominięcia połowy czasu. Jednym z pierwszych przykładów, na który natrafiłem, była rozmowa telefoniczna. Jawnie zostało przekazane, że na karcie telefonicznej zostało około dziesięciu minut przeznaczonych do rozmowy (ach te wspomnienia, karty telefoniczne!). Cała rozmowa, aż do rozłączenia z powodu wyczerpania środków, trwała dziewięć zdań (sic!). Z czego tak naprawdę połowa „zdań” to były pojedyncze słowa typu „wiem”. Oznaczałoby to, że jedno zdanie było wypowiadane na minutę, a pomiędzy kolejnymi kwestiami były okropnie długie i nienaturalne przerwy – nic takiego jednak nie zostało zasugerowane. Niedługo później mieliśmy całe zajęcia, które zamknęły się w dosłownie maksymalnie trzech minutach. Kolejnym przykładem może być wymiana pięciu zdań (z czego najdłuższe miało dziesięć słów) w ciągu dwóch minut. Ugh.

Konstrukcja historii przypomina wiele podobnych przygód – mamy wyróżniającą się na tle całej reszty postaci bohaterkę, która jest nie tylko wielce utalentowana, ale również bardzo krnąbrna. Mamy również dość klasyczne tajemnicze zniknięcia uczniów w trakcie roku szkolnego. Jest również mega wypasiony dziekan szkoły, który ma pewnego rodzaju słabość do jednej z uczennic (ale nie w zdrożny sposób, spokojnie!), a na dodatek wie to i owo na temat jej przeszłości oraz przeszłości jej rodziców. Mamy również paczkę przyjaciół, trochę takich odludków, odszczepieńców można by rzec, którzy rywalizują z tą „lepszą” grupą. W trakcie nauki oczywiście trzeba przeprowadzić swoje własne śledztwo i odkryć co się tu u diabła dzieje w tej szkole. Przypomina Wam to coś? Harry’ego Pottera może? No cóż, trudno nie zauważyć wielu podobieństw…

Nie jest to jednak zła cecha, bo zarówno sam pomysł na świat, jak i to, jakie przygody spotkały Teddy, już nie trącają odgrzanym kotletem. Przede wszystkim jednak niesamowicie przyjemnie się je czyta – zwłaszcza wprowadzanie do samego działania telekinezy, pirokinezy i całej reszty przeróżnych -nez. Przyznam się zresztą szczerze, że dopiero gdzieś w połowie „Instytutu” zacząłem widzieć te wszystkie podobieństwa do jednej z najbardziej popularnych historii dla młodzieży – dopiero patrząc na tę powieść holistycznie, można dostrzec te podobieństwa. Trudno jednak orzec, czy są one zamierzone, bo w sumie w wielu książkach młodzieżowych można je dostrzec. Być może w tym przypadku po prostu pojawiło się ich więcej, stąd takie, a nie inne skojarzenia się pojawiły. Podkreślę jednak jeszcze raz – to jest raczej pewnego rodzaju ciekawostka niż zarzut. Użycie szkieletu bowiem to jedno, a odpowiednie uzupełnienie go tkankami to zupełnie inna sprawa.

Pod koniec jednak można napotkać coś, co wygląda jak skocznia narciarska – lecisz na łeb na szyję w dół tylko po to, żeby na chwilę pofrunąć w powietrze. Jakość „Instytutu” na ostatnich około stu pięćdziesięciu stronach jest właśnie mniej więcej taka. Leci na łeb na szyję, tonąc w dziurach, braku logiki oraz coraz grubszymi nićmi szytych akcjach. Do tego podobieństwo do Harry’ego Pottera przybiera na sile. Na całe szczęście sama końcówka jest co prawda może odrobinę za szybka, ale jednak ładnie zwieńczona. Z prostym, ale wywołującym zaciekawieniem otwarciem kolejnego tomu. To takie można powiedzieć małe ostrzeżenie z mojej strony dla Was – możecie zacząć kręcić nosem. Nie bójcie się jednak – gorsze chwile nie oznaczają trwałego spadku formy.

Przyznać muszę szczerze, że ubawiłem się mimo wszystko przednio przy tej książce. Powiem więcej – wręcz potrzeba mi było czegoś takiego! Lekkiego, młodzieżowego wręcz, z odrobiną tajemnicy, wątkami fantastycznymi (ale jednak stąpającymi w miarę twardo po betonie) oraz przyjemnie opisaną historią. „Instytut” okazał się pozycją bardzo fajną, chociaż z irytującymi błędami. Nie mogę przeżyć tego swobodnego podejścia do operowania czasem trwania czynności przez K.C. Archer. Na całe szczęście całokształt działa bardzo mocno na korzyść tej powieści. Nie oczekujcie ambitnej literatury, która Wami wstrząśnie, zmiesza i wypluje na glebę. Jeśli tego szukacie, to musicie to robić gdzieś indziej. Jeśli jednak czekacie na książkę, która Was wciągnie, nie będzie wymagała ogromnej ilości skupienia oraz uwagi, wprowadzi Was w bardzo ciekawy świat i poprowadzi za rękę przez intrygującą historię, to doskonale trafiliście. Czekam na kolejny tom i szykuję herbatę!

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „School of psychics”
Instytut | The Astral Traveler's Daughter

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Korekta na blogu, czyli LanguageTool najlepszym przyjacielem

Źródło: Lamguagetool
Ile razy zdarzyło się Wam, że ktoś na blogu lub w social mediach zwrócił Wam uwagę na jakiś błąd, który popełniliście? Ewentualnie sami go zauważyliście po czasie? Mnie się to zdarzało (i w sumie zdarza cały czas) regularnie. A to źle przecinek postawiony, a to kiepsko sklejone stylistycznie zdanie, a to jakiś inny, nieznany mi problem (jak błędnie użyte sformułowanie – swoją drogą polecam Niekulturalny Codziennik Językowy u Kasi na jej Instagramie!). Nie przejmuję się tym zbytnio, bo wiem doskonale, że nie da się napisać idealnego tekstu za pierwszym razem. Takiego pozbawionego błędów, idealnego stylistycznie i gramatycznie i w ogóle. Po prostu jest to niemożliwe – inaczej zawody korektorów oraz redaktorów byłyby zbędne. Rzeczywistość jest taka, że nie tylko nie są zbędne, ale bardzo potrzebne, co udowadnia coraz większa liczba blogów (mówimy oczywiście o bardzo poczytnych blogach, które zarabiają na siebie), które korzystają z ich usług.

Co jednak zrobić, kiedy jest się maluczkim człowieczkiem, który po prostu pisze dla przyjemności, nie ma wielkich zasięgów i nie monetyzuje swojej pracy? Wiecie, prowadząc blog o książkach, raczej wypada posługiwać się w miarę poprawną polszczyzną. Nie każdego jednak stać na wysyłanie każdego swojego wpisu do korekty. Można oczywiście samodzielnie sprawdzić swój tekst, który odleży co najmniej dwadzieścia cztery godziny od jego napisania (niestety nie widzimy na bieżąco swoich błędów i jest to całkiem naturalne), ale można też się wspomóc narzędziami do tego celu stworzonymi. Zwłaszcza że jeśli nie wiemy, że coś jest błędem, to przecież tego nie poprawimy! Właśnie dlatego chcę Wam przedstawić narzędzie, które – całkowitym przypadkiem – poznałem parę miesięcy temu – LanguageTool!

Co to właściwie jest, a po co to, na co?

Kiedy napisałem, że poznałem je przypadkiem, nie jest to wcale kłamstwem, ani żadnym przeinaczeniem. Podczas którejś z rozmów z Thomasem Arnoldem, dotyczącej jego najnowszej książki – „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – autor podesłał mi przypadkiem właśnie to narzędzie. Ja tam zawsze w takich przypadkach nadstawiam uszu, popytałem, pogadaliśmy na jego temat, przetestowałem i zostałem. Jest naprawdę mega – załatwia kwestię wstępnej korekty wspaniale. Wątpię, żeby zastąpiło żywego korektora (a już na pewno nie da rady zastąpić redaktora), ale na takie nasze, blogowe potrzeby jest po prostu wspaniałe. Umie nie tylko wyłapać tak proste rzeczy, jak literówki czy błędną interpunkcję, ale również wskazuje niepoprawne konstrukcje gramatyczne, stylistyczne, podpowiada, jak powinno brzmieć konkretne zdanie oraz wskazuje, jak dane wyrażenie powinno brzmieć poprawnie. 

Zapewne w moich postach znawca języka polskiego znajdzie mnóstwo błędów oraz rzeczy, które można poprawić, jednak dzięki Language Toolowi nie popełniam mnóstwa dość podstawowych błędów. Każdy z moich wpisów przechodzi przez jego tryby, dosłownie każdy. Zajmuje to dodatkowe… może z pięć minut na post. Może nawet mniej – w zależności od tego, ile problemów zostanie znalezionych oraz ile wyjątków będę musiał dodać (w końcu nazwiska autorów to niekoniecznie błędy do poprawy, prawda?). W każdym razie zobaczcie po prostu jak z tego korzystać i sami oceńcie – a gorąco polecam!

To z czym to się niby je?

LanguageTool to aplikacja webowa, która udostępnia nie tylko witrynę, w której można sprawdzać pisownię (i to w kilku językach!), ale również dodatki do przeglądarek czy choćby Google Docs. Osobiście korzystam z jedynie dwóch… form tej aplikacji, o których mogę napisać parę słów:
  • aplikacji webowej na oficjalnej stronie,
  • dodatku do Google Docs.

Najprostsza w użyciu jest oczywiście aplikacja webowa dostępna pod adresem https://languagetool.org. Aplikacja występuje w trzech wersjach:
  • bezpłatnej,
  • premium,
  • enterprise.

Ja oczywiście korzystam z tej bezpłatnej, ponieważ w zupełności wystarczają mi jej ograniczenia, a są nimi:
  • max. 20 000 znaków sprawdzanych jednocześnie,
  • brak dodatku do Microsoft Word,
  • brak dodatkowych metryk błędów dla języków angielskiego oraz niemieckiego,
  • brak dostępu do API.

Na co dzień i tak korzystam prywatnie z Google Docs, a dodatek pozwalający na sprawdzanie pisowni w Dokumentach Google wchodzi w skład tej bezpłatnej wersji, więc po co mi płatna wersja? Przeciętna opinia też u mnie nie przekracza 20 000 znaków ze spacjami (chyba nigdy nawet do tak niebotycznego poziomu nie dojechała), więc tym bardziej w zupełności mi to wystarczy.

Chcę tylko użyć strony, co mam zrobić?

Jeśli nie korzystasz/nie chcesz instalować dodatku do Google Docs i wystarczy Ci jedynie strona, to korzystanie z niej jest banalne. Od razu po wejściu na stronę tego narzędzia dostaniesz taki oto ładny ekran:


Tutaj wystarczy wrzucić swój własny tekst, kliknąć „Sprawdź tekst” i to wszystko! Po chwili mielenia narzędzie wypluje z siebie wskazówki, na które wystarczy kliknąć i zobaczyć cóż nam radzi.

Lubię dodatki, dej dodatek do Google Docs!

Nie będę przeprowadzał Was przez proces instalacji, bo tutaj w sumie nawet nie ma przez co przeprowadzać. Na tej samej stronie LanguageToola, na której możecie sprawdzać pisownię, w górnym menu wystarczy odnaleźć „Dodatki” i tam wybrać „Google Dokumenty” (<--- albo kliknąć w link).


Tutaj strona poprowadzi nas do odnośnika do GSuite Marketplace, gdzie możemy zainstalować jednym kliknięciem dodatek. 

⚠️UWAGA! ⚠️Dodatki do Google Docs nie lubią wieloprofilowości. Jeśli w obrębie jednej przeglądarki posiadasz kilka kont Google i między nimi się przełączasz, to mogą pojawić się problemy z prawidłowym działaniem dodatku. W moim przypadku rozwiązaniem jest utworzenie w Google Chrome osobnego profilu pod jedno, konkretne konto Google i korzystanie z niego podczas pisania. Mała upierdliwość, ale jestem i tak do niej przyzwyczajony z zawodowych względów.

Po zainstalowaniu dostęp do dodatku i sprawdzania pisowni będziecie mieli w górnym menu edytowanego dokumentu, w „Dodatki” -> „Grammar and Spell Checker – Language Tool”. Możecie wybrać zarówno cały dokument do sprawdzenia, jak i jedynie jego fragment.


Przemielenie tekstu również zajmie dosłownie chwilę i Waszym oczom ukaże się dodatkowy panel z prawej strony, który wypunktuje Wam wszystkie problemy, które zostały znalezione, wraz z sugestiami, jak je rozwiązać. Spójrzcie, proszę, na poniższe zrzuty ekranu, które przedstawiają właśnie przykładowe problemy znalezione w trakcie skanowania jednego z moich wpisów.











Jak widzicie na zrzutach, konkretne reguły możecie całkowicie wyłączyć dla wszystkich Waszych dokumentów lub zignorować jedynie w aktualnie sprawdzanym dokumencie. Poza tym możecie oczywiście dodać coś do słownika, jeśli LanguageTool stwierdzi, że jakieś słowo jest błędem (chociaż nim nie jest).

A co to tam ma w swoich bebechach?

A dla bardziej zainteresowanych osób, które lubią wiedzieć, jak coś działa, mam dobrą wiadomość! Kod całej aplikacji dostępny jest na GitHubie i nawet możecie sobie odpalić swoją własną wersję na własnym serwerze (jeśli nie wiesz, o co chodzi, to po prostu pomiń ten akapit)! Kod projektu znajduje się o tutaj: https://github.com/languagetool-org/languagetool.

Natomiast nie lada gratką dla językoznawców może być spis wykorzystywanych reguł, czyli jak to z językowego punktu widzenia działa. Tutaj jest spis z filtrami dla języka polskiego: https://community.languagetool.org/rule/list?lang=pl. W tym samym miejscu dostępny jest również szczegółowy „raport” z tego, w jaki sposób narzędzie analizuje zadany tekst – możecie wrzucić swój i sami zobaczyć, co to ma pod maską i w jaki sposób doszło do takich, a nie innych wniosków.

Gorąco polecam i jeśli tylko macie jakiekolwiek pytania – śmiało walcie! Postaram się odpowiedzieć na tyle, w jakim stopniu będę umiał!


czwartek, 16 stycznia 2020

„Świat finansjery” – Terry Pratchett

„Świat finansjery” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Świat finansjery
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 452 (236 + 216)
Data wydania: 27 grudnia 2016 + 5 stycznia 2017


Po dłuższej przerwie pora ponownie zagłębić się w Świat Dysku stworzony przez niezrównanego Terry’ego Pratchetta. Tym razem przyszła kolej na „Świat finansjery”, który to w wydaniu przeze mnie posiadanym (z kolekcji Edipresse) podzielony jest na dwa tomy. Z totalnie niezrozumiałych przeze mnie przyczyn (tak, wiem, kasa się musi zgadzać). Traktuję je jednak jako jeden tom, sumując je w jeden tytuł i jako jeden tytuł oceniam – nie widzę bowiem żadnego sensu w osobnej ocenie tak cieniutkich tomików. A jeśli już o opinii mówimy, to muszę przyznać, że brytyjski pisarz po raz kolejny stanął na wysokości zadania, jeszcze bliżej przedstawiając nam postać Moista von Lipwiga, którego niektórzy mogą doskonale znać ze wspaniałego „Piekła Pocztowego”. W „Świecie finansjery” odnajduje się jeszcze lepiej…

Według dyliżansów pocztowych w Ankh-Morpork ludzie nastawiają już zegarki, do takiej perfekcji Poczmistrz tego wspaniałego miasta doprowadził organizację, na której czele stanął. W jego życie wkroczyła rutyna oraz nuda – jak na życie porządnego urzędnika przystało. Patrycjusz jednak nie byłby Patrycjuszem, gdyby nie chciał dla miasta jak najlepiej i nie zasugerował szanownemu Moist von Lipwigowi nowej, wspaniałej funkcji, którą jednak ten odrzucił. Kto by się bowiem chciał pławić w złocie, pieniądzach i stać na czele banku Ankh-Morpork. Na pewno nie były oszust i fałszerz, bo i po co mu bliskość najbardziej pożądanych przedmiotów na całym świecie?

„– Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego – mówił dalej Vetinari. (...) – W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca”.

Od samego początku książka zapowiada świetną zabawę, zwłaszcza kiedy zaczyna tłumaczyć zasady ekonomii w Świecie Dysku oraz tajniki tego, jak działa gospodarka! Nie jest żadnym zaskoczeniem, że powieść o tytule „Świat finansjery” weźmie w obroty ogólnie pojętą bankowość, finanse, bogatych ludzi (często pociągających za sznurki wielu przedsięwzięć) oraz wszystko, co z pieniądzem jest związane. Terry Pratchett chyba jednak jeszcze w żadnej innej przeczytanej przeze mnie dotąd jego książce nie zaczął z wysokiego C, a tutaj od pierwszych stron mamy do czynienia z krzywym zwierciadłem najlepszego sortu! A oczywiście im dalej, tym lepiej, ponieważ autor pokazuje kolejne elementy tej finansowej układanki, na których również nie pozostawia suchej nitki.

Jeśli lubicie Havelocka Vetinariego, Patrycjusza Ankh-Morpork, to trafiliście wręcz idealnie – w „Świecie finansjery” macie okazję jeszcze lepiej go poznać. Oczywiście cały czas otoczony jest mgiełką tajemnicy i sprawia wrażenie osoby, która wie absolutnie wszystko i wyprzedza każdy krok absolutnie każdej osoby, jednak przebywanie w Podłużnym Gabinecie oraz karecie Vetinariego mi osobiście sprawia ogromną radość. Jest to jedna z najlepszych postaci wykreowanych w Świecie Dysku, podobnie jak Moist von Lipwig – starcie tych dwóch tyran… khem, tytanów, jest więc kolejnym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę.

„Na bezludnej wyspie złoto jest bezwartościowe. Jedzenie pozwala przetrwać czas bez łota o wiele lepiej niż złoto czas bez jedzenia”.

Humor jest oczywiście jak zwykle niezrównany. Książka zapewnia mnóstwo świetnej zabawy i rozrywki, rozpalając wręcz chęć sięgnięcia po kolejne historie ze Świata Dysku. Oczywiście Terry Pratchett nie byłby sobą, gdyby nie wsadził mnóstwa szpil wprost w środowisko finansjerskie i stereotypy, które krążą wśród społeczeństwa na temat banków. Jak widać, większość z nich jest całkowicie niezależnych od narodowości, skoro brytyjski pisarz wypunktował dokładnie te same przywary i problemy, z którymi borykają się brytyjski świat finansjery, które występują na naszym rodzimym poletku. Podobnie sytuacja wygląda z najbogatszymi rodzinami – w powieści jako bohater zbiorowy będący ucieleśnieniem wszystkich najbogatszych rodzin pokroju Rockefellerów występuje rodzina Lavishów. Zawistna, podzielona, bogata i do granic absurdu procesująca się z sobą o każdy możliwy grosz. A najwięcej na tym zyskują oczywiście prawnicy!

Można powiedzieć, że to jeden z lepszych tomów całego cyklu Świat Dysku. Dwie wspaniałe postacie zestawione w jednym tomie, doskonały humor, dobry pomysł na samą historię i mnóstwo krytyki – to jest to, co w dziełach Pratchetta lubię najbardziej. Co więcej, bez większych problemów można czytać „Świat finansjery” bez znajomości innych tomów (chociaż mimo wszystko warto najpierw przeczytać „Piekło Pocztowe”, dla poznania postaci Moista von Lipwiga). Jeśli cały czas zastanawiacie się, czy aby na pewno Świat Dysku będzie dla Was dobry, to jest to jedna z tych książek, po które możecie śmiało sięgnąć. Zawiera w sobie kwintesencję tego, co ten brytyjski pisarz może zaoferować, więc powinniście być w stanie stwierdzić, czy jego świat Was porwie, czy też jednak nie jest on dla Was.

Łączna ocena: 8/10


poniedziałek, 13 stycznia 2020

Mój pierwszy audiobook: „Kroniki jednorożca. Polowanie” – Robert J. Szmidt

„Kroniki jednorożca. Polowanie” – Robert J. Szmidt
Źródło: Goodreads
Autor: Robert J. Szmidt
Tytuł: Kroniki jednorożca. Polowanie
Wydawnictwo: Heraclon International
Lektor: Roch Siemianowski
Stron (papier): 328
Długość: 9h 26m
Data wydania: 2013


To nie będzie typowa opinia o książce, jaką można znaleźć w moim małym zakątku internetu, lub wśród opinii innych osób. Do tej pory bowiem byłem przyzwyczajony do książek w wersji pisemnej – czy to papier, czy też e-book, nie miało większego znaczenia, bo odbiór był taki sam. Tym razem jednak sięgnąłem po raz pierwszy po audiobooka, którego wygrałem już parę lat temu w konkursie, a który przeleżał ten czas odłożony na półkę. Po „lekturze” wiem już doskonale, że ta forma jest zupełnie inna niż jakakolwiek papierowa czy elektroniczna książka i wypada powiedzieć również parę słów na temat samego odbioru oraz lektora – wydaje się on być dość kluczowym elementem audiobooka. A skoro nie mam na razie porównania, to jedynie postaram się pokrótce opisać swoje wrażenia.

Telepaci, jasnowidze, telekinetycy – wszyscy ci magiczni cudotwórcy to tylko wytwór wyobraźni pisarzy fantasy oraz mitomanów. Oprócz tego są to osoby, które trafiają prędzej czy później do służb specjalnych i mają ogromny wpływ na wydarzenia polityczne oraz gospodarcze. Można powiedzieć, że są oni jedną z najlepszych broni, jakie może posiadać państwo. Tak się składa, że esperzy, tacy jak Edmund Lis, pracują również dla Polski oraz krajów z nią sąsiadujących, a samego Mundka biorą w obroty w walce o dominację totalną. Jego sytuacji nie poprawia wcale fakt, że cała reszta ferajny jest o wiele bardziej potężna od niego…

Zanim skupię się na tym, co uważam za wspaniale zrobione w samej powieści Roberta J. Szmidta, a co za kiepsko wykonane, muszę przyznać, że moje pierwsze spotkanie z audiobookiem było dość udane. Do tej pory wchłaniałem podcasty jak gąbka wodę, ale wzbraniałem się z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu przez audiobookami – i to mimo tego, że miałem możliwość przekonać się samodzielnie, z czym to się je. W końcu „Kroniki jednorożca. Polowanie” leżały grzecznie i czekały na swoją kolej na półce. Teraz już wiem, że te nieokreślone powody naprawdę były totalnie nieokreślone, bo okazało się, że większość moich obaw związanych z audiobookami rozwiała się już za pierwszym podejściem.

Martwiłem się głównie o to, czy uda mi się nadążać za historią, bo jednak w przypadku podcastów zdarzało mi się rozproszyć uwagę na chwilę. Tam jednak nie miało znaczenia (zazwyczaj), że ominąłem paręnaście czy nawet parędziesiąt sekund treści, jednak nie byłem pewien jak będzie z audiobookiem. Na razie co prawda nie przetestowałem jego słuchania we wszystkich możliwych przypadkach, w których sięgam po podcasty, jednak podczas słuchania „Kronik jednorożca” nie przypominam sobie ani jednej sytuacji, w której zostałem rozproszony. Mało tego, jednolity, ale nie monotonny głos lektora wręcz zwiększył moje skupienie na tym, co słyszę w słuchawkach. Po chwili zastanowienia ma to sens, w końcu podcasty często tworzą ludzie tacy jak ja – bez radiowego głosu, bez ćwiczenia jego emisji, dykcji i całej reszty profesjonalnych czynności, których można się spodziewać po lektorach.

Trochę inaczej mimo wszystko odbierałem samą opowieść. Zwłaszcza dialogi z początku sprawiały mi problemy – trudno mi było się w niektórych miejscach odnaleźć w tym, kto jest odpowiedzialny za jaką kwestię. Lektor, Roch Siemianowski, starał się modulować co prawda swoim głosem, jednak robił to głównie dla podkreślenia sposobu prowadzenia danej rozmowy – czy był to szept, krzyk, normalna rozmowa, może jakieś jąkanie, albo zacinanie się. W przypadku rozróżniania poszczególnych osób nie zauważyłem żadnej sztuczki ze strony lektora, która pomogłaby mi w rozeznaniu się w tym, kto, kiedy mówi. Problematyczne to było zwłaszcza podczas dyskusji kilku osób, jeśli zostały pozbawione w papierowej wersji dopisków, kto jest odpowiedzialny za daną kwestię. Chociaż tutaj nie jestem do końca przekonany, czy to po prostu nie jest wina autora literackiego pierwowzoru. Być może będę miał porównanie po przesłuchaniu kilku różnych audiobooków, różnych autorów (oraz lektorów).

Odkryłem również pewien „minus” audiobooków – kiedy czytam coś śmiesznego w książce, to umiem powstrzymać parsknięcie śmiechu, jeśli znajduje się w przestrzeni publicznej. Niestety wygląda na to, że audiobooki mają podobne działanie na mnie jak podcasty – wszystkie żarty wchodzą wprost do mojego mózgu i wywołują natychmiastowy śmiech, bez możliwości jego błyskawicznego powstrzymania. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że Robert J. Szmidt okrasił swoją powieść charakterystycznym dla polskiej fantastyki, surowym i często balansującym na granicy przyzwoitości humorem, to możecie się domyślić, jak często ludzie na ulicy spoglądali na mnie jak na niezrównoważonego psychicznie… Chociaż to w sumie przemawia zdecydowanie na plus samych „Kronik jednorożca”!

Niestety, jeśli o sam pomysł na historię chodzi, to był świetny – telepaci, bioenergoterapeuci, telekinetycy, ekranowanie umysłów i tak dalej. Można z tego zrobić naprawdę świetną powieść! Jeśli dorzuci się do tego odpowiednio wykreowany świat, czyli ciągłą walkę zbrojeń ze Związkiem Radzieckim i komunistami w tle, to powinien to być hit, prawda? Niestety chyba wyjątkowo autorowi noga się powinęła i coś nie do końca wyszło tak, jak powinno wyjść. Główny bohater przypomina trochę niezniszczalną maszynę, która w sumie jest w stanie zrobić absolutnie wszystko, ale ciągle pakuje się w kłopoty, których można uniknąć, mając jego moce. Oczywiście Robert J. Szmidt starał się zadbać o coś w rodzaju urealnienia wydarzeń (w końcu ktoś, kto poznaje swoje moce, może o nich nie pamiętać), ale fabuła wydaje się naciągnięta do granic możliwości. W sumie nie jestem do końca przekonany czy poczynania Edmunda Lisa są bardziej naciągnięte do pomysłu na fabułę, czy też sama fabuła do zdolności głównego bohatera.

Wyczuwam w tej książce świetny materiał jako zapychacz czasu oraz – co muszę przyznać z pewnym zadowoleniem – idealny początek przygody z audiobookami. Cała historia jest prosta, zabawna, pełna skrótów, prostych przeskoków i niezbyt skomplikowanych teorii, więc dość łatwo się za jej pomocą zaprzyjaźnić z tą form książek. Pod tym względem cieszę się, że „Kroniki jednorożca. Polowanie” okazały się przeciętniakiem, który może i jest zabawny, ale niezbyt ambitny. Miałem dzięki temu praktycznie pełną możliwość sprawdzenia, czy nie będę się zbytnio gubił w treści, bez obawy, że jeśli uciekną mi sekundy powieści, to zgubię się totalnie. W taki spokojny sposób, podnosząc sobie poprzeczkę, będę mógł o wiele lepiej poznać audiobooki i przyzwyczaić się do takiego odbioru książek.

Sama ocena książki jako takiej nie będzie u mnie zbyt wysoka – z powodów, które wymieniłem już wyżej. Jednak jako audiobook (chociaż dopiero pierwszy) wypada bardzo spoko. Z niecierpliwością czekam na kolejne, które będę wysłuchać w absolutnie dowolnym momencie! Nawet bardziej dowolnym niż przeczytać książkę, zważywszy na fakt, że nie muszę się w pełni poświęcać jedynie słuchaniu. Aż zacząłem rozważać zakup abonamentu Legimi lub innej Audioteki – żeby mieć stały dostęp do dużej liczby przeróżnych tytułów. Na razie jednak zobaczymy, jak mi pójdzie z całą resztą. W końcu nigdy nie wiadomo, czy w którymś momencie coś mi nie zacznie przeszkadzać.

Łączna ocena: 5/10


piątek, 10 stycznia 2020

Bardzo chcę! #65 – „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Noah Harari

„Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuval Noah Harari
Źródło: Lubimy Czytać
To już sześćdziesiąta piąta odsłona mojego cyklu, w którym przedstawiam Wam książki, które zwróciły na siebie moją uwagę w sposób bardzo szczególny – taki, że aż chcę się z Wami podzielić informacją o ich istnieniu! Po raz kolejny pojawia się w tym zestawieniu książka popularnonaukowa. Coraz częściej staram się po nie sięgać, bo lubię poznawać otaczający nas świat z dosłownie każdej możliwej perspektywy. Staram się podążać w życiu ścieżką rozsądku, pragmatyzmu oraz nauki, w związku z czym szczegóły dotyczące mechanizmów działania ludzkiego organizmu czy choćby tego, jak się dostosowują zwierzęta do życia w otoczeniu ciągle zmieniającego swoje otoczenie człowieka, są dla mnie bardzo intrygujące.

Historia jednak również potrafi być ciekawa, o czym dowiedziałem się oczywiście dopiero po zakończeniu publicznej edukacji. Jakiś czas temu wysłuchałem z ogromnym entuzjazmem kilku odcinków podcastu Nerdy Nocą, dotyczących historii całej ludzkości – swoją drogą jeszcze cykl ten nie został jeszcze skończony – i zafascynowałem się w pewnym sensie tym, jak ludzkość sobie radziła na przestrzeni tych wielu tysięcy lat. Przeczytałem już „Moją europejską rodzinę”, ale wciąż mi mało. Serwis „Lubimy Czytać” przyszedł więc z pomocą, pokazując mi w trendach grudniowych „Sapiens. Od zwierząt do bogów”.

Nie jest to najnowsza pozycja, gdyż pierwsze wydanie oryginału pojawiło się, zdaje się już w 2011 roku, czyli (można już powiedzieć) dziewięć lat temu! W Polsce zresztą ukazało się po raz pierwszy w 2014 roku, a to wydanie, którego okładkę (pochodzącą z serwisu Lubimy Czytać) prezentuję w niniejszym poście, zostało wypuszczone w 2018 roku. Co jednak ciekawe, opis Wydawnictwa Literackiego obiecuje nie tylko historyczną, ale i kulturoznawczą perspektywę, która miałaby sprawić, „żebyśmy spojrzeli na siebie i nasze miejsce w świecie w nowy, prowokujący do myślenia sposób”. Spójrzcie jednak, co samo Wydawnictwo ma do powiedzenia na temat „Sapiens. Od zwierząt do bogów”:

„Światowy hit. Książka, dzięki której rozpoczęła się międzynarodowa kariera Harariego. 
Całościowa historia człowieka – od ukrywania się w jaskiniach do podróży na Księżyc i inżynierii genetycznej. 
Sto tysięcy lat temu ludzie z trudem walczyli o przetrwanie, cały czas żyjąc w strachu przed wszechmocną naturą i rywalizującymi z nimi zwierzętami. Dzisiaj w XXI wieku opanowaliśmy cały świat i to nasz niekontrolowany rozwój jest zagrożeniem dla planety i zwierząt. Homo sapiens uczy się właśnie przekształcać swoje geny i chciałby stać się podobny do własnych wyobrażeń o bogach. 
»Przesiedliśmy się z dłubanek na żaglowce, z żaglowców na parostatki, z parostatków na promy kosmiczne, lecz nikt nie wie, dokąd zmierzamy. Dysponujemy niespotykaną dotąd potęgą, ale nie mamy pojęcia, co z nią zrobić«. 
»Sapiens« łączy biologiczne ujęcie z rozległą historyczną i kulturoznawczą perspektywą. Y.N. Harari chciałby, żebyśmy spojrzeli na siebie i nasze miejsce w świecie w nowy, prowokujący do myślenia sposób. 
»Sapiens« to jeden z największych światowych bestsellerów ostatnich lat. Ponad 8 milionów sprzedanych egzemplarzy. Hollywoodzką ekranizację książki przygotowuje Ridley Scott”.

Czytalibyście? 😁


środa, 8 stycznia 2020

„Do światła” – Andriej Diakow

„Do światła” – Andriej Diakow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andriej Diakow
Tytuł: Do światła
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 328
Data wydania: 27 czerwca 2012


Już od zbyt dawna nie czytałem żadnej książki z Uniwersum Metro 2033 – a trochę ich jeszcze czeka w mojej biblioteczce na zapoznanie się z nimi. A ile jeszcze czeka na zakup! Tak naprawdę pewnego rodzaju bodźcem do sięgnięcia po „Do światła” był właśnie zakup kilku kolejnych tomów ze sklepu Insignis (aż żal nie brać jak są po 19,99 zł za sztukę). Przypomniał mi on o tym, jak jeszcze dużo radości i emocji mnie czeka w świecie stworzonym początkowo przez rosyjskiego pisarza. Andriej Diakow znany jest ze swojej trylogii petersburskiej, która przenosi się w pewnym sensie na powierzchnię, co obiecuje dużo nowości i powiew świeżego powietrza (he-he). Jest ona uznawana za jeden z najlepszych elementów całego Uniwersum Metro 2033. Jeszcze ciężko mi ocenić, czy rzeczywiście jest najlepsza, ale „Do światła” robi świetną robotę!

Coraz więcej znaków mówi, że na powierzchni jednak jest życie. A nawet jeśli nie bezpośrednio na powierzchni, to ktoś z niej próbuje się połączyć z innymi, którzy przeżyli. Jednak nawet krótkie spacery wśród budynków, które kiedyś były królestwem człowieka, są niebezpieczne – a co dopiero próba dostania się do sąsiedniego miasta. Taran jednak jest w stanie takie coś przeżyć, w końcu nie bez powodu jeszcze stąpa po betonowych tunelach petersburskiego metra. Do pomocy dostaje grupę starych wyjadaczy, jednak cena, jaką Alians musi mu zapłacić, jest co najmniej dziwna – dwunastoletni chłopiec, którego spotyka podczas jednego ze zleceń na stacji Moskiewskiej.

„Nadzieja, młody, to niebezpieczna rzecz. Straszniejsza niż ludzka głupota”.

Z petersburskim metrem miałem już do czynienia w powieściach Szymuna Wroczka, wchodzących w skład jego cyklu „Piter. Podziemny Blues”. Miałem więc okazję poznać tunele, stacje oraz poszczególne grupy społeczne w „Piterze” oraz „Piter. Wojna” (który swoją drogą należy już do Uniwersum Metro 2035). Jednak to „Do światła” pokazuje nieco inną perspektywę – a dokładniej powierzchnię. Do tego powieść Andrieja Diakowa jest zdecydowanie bardziej nastawiona na akcję, niż przemyślenia oraz filozofię, która wydaje się motorem napędowym powieści Szymuna Wroczka. O wiele szybciej wkręciłem się w przygody Tarana oraz jego ekipy, a historia trzymała mnie przy książce bez większych problemów.

Taran jest typowym stalkerem – doświadczonym, burkliwym, do bólu pragmatycznym i niemalże całkowicie pozbawionym empatii. Musi przeprowadzić całą ekipę przez niezbyt przyjazną powierzchnię, do czego świetnie się nadaje. Wiele razy można odnieść wrażenie, że stalker albo ma niebywale rozwiniętą intuicję, albo zwyczajnie widział już tyle rzeczy, że z dużym wyprzedzeniem potrafi przewidzieć potencjalne skutki działań i wybiera tylko te, które zapewnią im przetrwanie. Jak widzicie, jestem w stanie bez najmniejszego problemu opisać tę postać, jej cechy oraz nawet to, co się może potencjalnie dziać pod jej kopułą. Niechaj to wystarczy jako dowód na to, że Andriej Diakow umie w robienie postaci. Może i nie wysuwa się na sam przód wszystkich uczestników wyprawy, ale jest wystarczająco wyrazista, żeby czytelnik mógł to i owo o niej zapamiętać, a przede wszystkim wymienić jej cechy charakterystyczne.

Cała ekipa jednak nie jest na całe szczęście jakimiś wybrańcami, którzy przejdą po powierzchni bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu. Autor co chwilę rzuca naszym bohaterom kłody pod nogi w postaci przeróżnych niebezpieczeństw – o dziwo w wielu przypadku niezwiązanych z nowymi formami życia, które się pojawiły po wojnie nuklearnej. Często są to przeciwności, które grupa sama sobie tworzy, nakręcana stresem, strachem oraz brakiem zaufania, które prowadzą do katastrofy. To kolejny aspekt „Do światła”, który zachęca do sięgnięcia po nią – zgodny jest bowiem z ogólnym przesłaniem całego Uniwersum Metro 2033, które przypomina, że każdy człowiek musi walczyć również z potworami wewnątrz siebie. Zwłaszcza jeśli jest jednym z nielicznych ocalałych, zamkniętych w ciasnych i dusznych tunelach metra, bez żadnej szansy na lepszą przyszłość. A jak się taka iskierka nadziei pojawia, to czasem nawet lepiej ją zgasić zawczasu.

„Taka już jest natura człowieka - choćby było nie wiem jak źle, ma nadzieję, że będzie lepiej”.

Andriej Diakow wykazał się również świetnym pomysłem na mały plot twist związany z całym głównym wątkiem. Co prawda czasem dojście do samego końca sprawy nie należało do najbardziej interesujących (bywały nieco słabsze fragmenty, z ciągnącymi się opisami lub wstawkami, które spokojnie można było pominąć bez szkody dla historii), jednak końcówka jest w stanie to wynagrodzić. Nie jest to, może przełomowe i niespotykane rozwiązanie, jednak robi swoją robotę, potrafi zaskoczyć i udowodnić, że może nie do końca czytelnik jest taki domyślny, za jakiego się uważa. Jeśli ktoś się obawia (lub wręcz przeciwnie – liczy na to), to ostatnie strony pozbawione są cliffhangera. Jest jasno i wyraźnie wskazane, że historia będzie się toczyć dalej, jednak bez gładkiego przejścia do następnego tomu i pozostawienia czytelnika w ogromnym napięciu i oczekiwaniu.

Zdecydowanie autor mnie przekonał nie tylko do swojej książki per se, ale również do swojej wizji rozwoju społeczeństwa (o ile można takiego sformułowania użyć w tym przypadku) po potencjalnej katastrofie nuklearnej. Człowiek jest zbyt ciekawskim stworzeniem, żeby dać się zamknąć w ciemnych, ciasnych i wilgotnych, betonowych tunelach. Każda iskierka nadziei na lepsze jutro w innym miejscu pchnie go do wielkiego poświęcenia, aby za tą nadzieją podążać. „Do światła” obrazuje to w idealny sposób, zachowując przy tym klimat Uniwersum Metro 2033, dając mnóstwo rozrywki, ale również chwilę na refleksję. Zwłaszcza nad tą nieco mroczniejszą częścią natury człowieka, która potrafi posunąć się do wielu, niewyobrażalnych dla społeczeństwa żyjącego w dobrobycie czynów.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Cienie Post-Petersburga”

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Podsumowanie roku 2019

Też jeszcze nie możecie uwierzyć, że to już kolejny, 2020 rok? Taki w pewnym sensie okrągły (bo dwie dwudziestki, hehe, prawie jak czterdziestka, hehe), do tego przestępny (tak, mamy dłuższy luty!) no i w ogóle po prostu nowy. A tok 2019 został za nami. Czy był dobry, czy też zły, to już zapewne każdy sam musi ocenić. Ja ze swojej perspektywy mogę w sumie ocenić miniony rok jako neutralny – były i dobre chwile i złe, ale nie sądzę, żebym był w stanie uargumentować przechył na konkretną stronę. Na pewno to, o czym pisałem w ubiegłorocznym podsumowaniu, się spełniło – w listopadzie 2019 świętowałem kolejny rok z firmą, z którą współpracuję już od ponad dwóch lat. Podsumowania z różnych portali i serwisów, z których korzystam, zalewają mnie już od ponad miesiąca, więc teraz pora na to, aby ja Was zalał garścią statystyk z 2019 roku – oczywiście tylko tych związanych z książkami!

Ciężko stwierdzić, czy 2019 rok był lepszy niż 2018. Jeśli spojrzeć tylko na same twardy liczby, to mam twardy orzech do zgryzienia. Wychodzi bowiem, że w 2018 przeczytałem więcej książek, a co za tym idzie również więcej stron. Jednak nie ilość się liczy, tylko jakość. Trudno jednak ją w sensowny sposób oprzeć na liczbach (jakiejś średniej wyciągniętej z ocen tytułów przeczytanych w danym roku czy coś), więc po prostu uznam, że miniony rok był po prostu mniej więcej tak samo udany, jak poprzedni. Tak będzie chyba najbardziej sprawiedliwie i przy okazji najbardziej sensownie. A z opinii słownej to jeszcze ciężej wyciągnąć jakiekolwiek średnie…

W kategorii książek recenzenckich 2019 rok wypada nieco gorzej. Łącznie otrzymałem 29 egzemplarzy, czyli o ponad dziesięć mniej niż w ubiegłym roku. Jednak wydaje mi się, że tym razem o wiele lepiej udało mi się trafić z wyborem konkretnych egzemplarzy (nie biorę bowiem wszystkiego, co Wydawnictwa mi proponują). Przy okazji udało mi się nawiązać nową współpracę z Wydawnictwami Feeria, Feeria Young oraz Feeria Science, od których otrzymałem naprawdę świetne tytuły (zwłaszcza te popularnonaukowe)! Głównie egzemplarze recenzenckie spływały właśnie od wymienionych przed chwilą Wydawnictw oraz od Uroboros. Oprócz tego pojawił się oczywiście patronat kolejnej książki Thomasa Arnolda, a do tego odkryłem nową, obiecującą autorkę, Z.D. Wittner, od której otrzymałem do recenzji pierwszy tom jej trylogii, „Droga do Little Star”.

Czas więc chyba na parę list, wykresów czy innych diagramów, co nie? Zaczniemy więc może od tych bardziej opisowych rzeczy!

Na początek więc muszę się pochwalić kolejnym patronatem książki Thomasa Arnolda, który wydał drugą część „Legend Archeonu” – „Nocne Słońca”! Thomas Arnold jest jednym z tych autorów, którzy zdecydowanie są niedoceniani i nie mają odpowiedniej siły przebicia do świadomości czytelników, przez co niestety ich twórczość znajduje się w cieniu innych, sławnych pisarzy. Mam jednak nadzieję, że uda mu się kiedyś wybić i trafić na listy bestsellerów, bo w pełni na to zasługuje!


Podobnie jak rok temu, wrzucę Wam również niewielki wykres zawierający wszystkie Wydawnictwa, które zagościły na moich półkach w formie egzemplarzy recenzenckich. Dotyczy to zarówno tytułów otrzymanych bezpośrednio od Wydawnictw, jak i od samych autorów. Mam nadzieję, że nikogo, kto regularnie tu zagląda, nie zdziwi największy słupek przy Uroborosie… 



Jeśli chcecie wiedzieć, które z książek przyszły do mnie wprost od autorów oraz autorek, to tutaj przedstawiam listę wraz z linkami do opinii:


„Lubimy Czytać” nieco pozmieniało sobie wygląd statystyk dla nowego wyglądu serwisu (który, zdaje się, cały czas jest w fazie beta), więc tym razem wyglądają o w taki sposób:




Ponownie coś mi chyba poszło bardzo mocno nie tak, bo rozjeżdżają się te słupki z tym, co mam w swoim magicznym arkuszu. Na bank arkusz jest prowadzony rzetelnie i jest bardziej wiarygodny, więc musiały mi się palce omsknąć albo coś. Na liczby stron to już w ogóle nie ma co patrzeć, bo niestety zarówno na Lubimy Czytać, jak i w GoodReads praktycznie co trzecia książka ma błędną liczbę stron. Tam, gdzie to zauważę, to staram się oczywiście zgłosić, ale wiadomo, nie wszędzie się to uda…

Tutaj dla porównania to, co wygenerował mi serwis Good Reads:



Teraz pora już na bardziej klasyczne i znane Wam wykresy! Tak, te z comiesięcznych podsumowań, ale z liczbami dotyczącymi całego roku!


To są wyniki wzięte z mojego magicznego Excela, które się w sumie w pewnym sensie pokrywają z tymi z Lubimy Czytać oczywiście. Jak widać, ilościowo jest gorzej niż w roku 2019, ale to tak naprawdę nic nie znaczy. Ważne, aby czytać to, co się lubi, a jak się nie chce/nie może czytać – to żeby po prostu tego nie robić i tyle. 


Jak porównacie sobie te takie jakby koło z fanami na różnych social mediach, to pewnie będziecie mogli odnieść wrażenie, że nic nie drgnęło przez rok… 😅Cóż, Facebooka zdecydowanie zaniedbałem, ale głównie dlatego, że od roku mam już Instagrama i o jest dla mnie o wiele lepszy niż Fejs (o czym pisałem w osobnym wpisie). Twarzoksiążka niestety jest coraz bardziej powolna, pełna błędów, trudno się do czegokolwiek dokopać, więc traktuję ją nieco po macoszemu, skupiając się głównie na Instagramie. Tam co prawda też świata nie zwojowałem, ale jednak więcej treści wrzucam do instastory czy też jako zdjęcia, niż posty na fejsie. Mimo wszystko, co ciekawe, na Facebooku liczba osób obserwujących (nie tych lubiących oficjalnie) przekracza cztery stówy, czyli i tak nieźle!

Odsłon według Google Analytics wyszło o jakieś tysiąc więcej niż w poprzednim roku! Oczywiście sesje trwały krótko, średnio maksymalnie pół minuty i byli to praktycznie w 90% nowi użytkownicy, ale i tak uważam, że całkiem nieźle jak na powoli gasnącą popularność blogów. Chociaż nie wiem, czy powinienem się cieszyć aż tak bardzo, jeśli ponad 60% WSZYSTKICH odwiedzin to otwarcia postu „Wpisy na Facebooku, czyli jak sprawdzić kto udostępnia nasze posty”... 😅

Od roku gdzieś prowadzę ten mój mały profil na Instagramie, który może nie należy do najbardziej rozchwytywanych (nie umiem w social media), to jednak mega mi się spodobało to, co się tam dzieje. Zarówno samo wrzucanie zdjęć (i ich wcześniejsze robienie), jak i o wiele lepsza możliwość komunikacji z innymi twórcami oraz obserwatorami! Tutaj pozwolę sobie jedynie wrzucić wygenerowane automagicznie zestawienie najlepszych dziewięciu zdjęć z roku 2019 pod względem liczby polubień.


Na sam koniec chyba warto jeszcze wspomnieć o tym, ile książek (zarówno otrzymanych, jak i zakupionych) trafiło do mojej biblioteczki! Łącznie było ich w 2019 roku 70 sztuk! Dużo mniej niż w 2018, głównie dlatego, że w sumie nie kupowałem ich zbyt wielu. Łącznie pięć tytułów, które nie przyszły w ramach egzemplarza recenzenckiego i/lub jako element kolekcji (czy to Mistrza Grozy, czy też „Czarnego Kryminału”) oraz pięć sztuk zakupionych na kiermaszu w toruńskim Schronisku dla Zwierząt. 

A jak Wam minął ubiegły rok? 

sobota, 4 stycznia 2020

Co pod pióro w styczniu 2020?

Już zdążyłem zrobić błąd podczas przygotowywania tego wpisu i użyłem starego roku, 2019 w tytule… 😅Klasyka, która teraz będzie wkurzać przez co najmniej pierwszy kwartał wszystkich uczniów, studentów oraz osoby, które muszą wstawiać datę do jakiegokolwiek dokumentu. Nie cierpiałem tego za czasów bycia gówniarzem, kompletnie przekichane to było. Wiecie, niby drobna rzecz, mało istotna, ale irytowała, jak nie wiem co! W każdym razie trzeba się zacząć przyzwyczajać i tyle. Co zrobisz? No nic nie zrobisz! Niby Nowy Rok już się rozpoczął, ale wiele rzeczy się tak naprawdę nie zmieni – tak jak moje comiesięczne przedstawianie Wam książek, których możecie się spodziewać na blogu w zbliżających się dniach! Pora więc na pierwszy miesiąc tego – mam nadzieję, że wspaniałego – Nowego Roku!

Mamy już pierwsze dni za sobą, które dla mnie były pracujące! Czwartek i piątek wykorzystałem jako rozpędowe dni po prawie dwóch tygodniach wolnego, bo w sumie teraz i tak mamy 6.01 przypadający w poniedziałek, więc dłuższy odrobinę weekend! 😁Pomimo tego nadprogramowego wolnego, nie zamierzam robić ambitnych planów czytelniczych. Nie sądzę, żeby w tym roku nagle zwiększył się mój czas na czytanie, więc pozostanę przy standardowych czterech pozycjach zaplanowanych na każdy miesiąc. Przedstawiam więc Wam te tytuły, których możecie spodziewać się w styczniu 2020!

Oczywiście jak zwykle okładki wszystkich książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Do światła” – Andriej Diakow

Na długo porzuciłem Uniwersum Metro 2033, ale najwyższy czas wrócić do klimatów postapo. Zwłaszcza że akurat mam na nie ogromną ochotę, a do tego nabyłem kolejne tomy! Tym razem lecimy do Petersburga, gdzie ludzie powoli przymierzają się do wyczłapania na powierzchnię...
„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski

Korzystam, póki mam wenę i ochotę na prozę Marka Krajewskiego! Żeby się znowu nie skończyło jak zwykle, czyli porzuceniem serii po jakimś czasie. Dwa poprzednie tomy przygód Eberharda Mocka przypadły mi do gustu, więc chętnie zobaczę, co tym razem autor przygotował naszemu policjantowi.
„Instytut” – K.C. Archer

Tej powieści nie mam jeszcze przy sobie, ale mam nadzieję, że właśnie zmierza w moim kierunku! Recenzencki egzemplarz wprost od Uroboros to pierwszy tom cyklu powieści fantasy, w którym technika śledcza miesza się z telepatią czy telekinezą – liczę na coś fajnego i nowego! 
„Świat finansjery” – Terry Pratchett

Ach, też dawno nie sięgałem po prozę Pratchetta! „Świat finansjery” w kolekcji Świata Dysku rozbity jest na dwa tomy, ale nie będzie mi się chciało opiniować dwóch połówek, więc po prostu przeczytam oba tomy i tyle. A co my tu mamy? Pieniądze oczywiście!




A jak wyglądają Wasze plany na styczeń? Macie w ogóle jakieś, czy YOLO?