sobota, 17 sierpnia 2019

„Infekcja: Genesis” – Andrzej Wardziak

„Infekcja: Genesis” – Andrzej Wardziak
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andrzej Wardziak
Tytuł: Infekcja. Genesis
Wydawnictwo: Pascal
Stron: 464
Data wydania: 6 lipca 2016


Tematyka apokalipsy zombie została przerobiona już niemalże na wszystkie możliwe sposoby – od strasznych lub odrażających scenariuszy, poprzez klasyczne trzymające w napięciu opowieści, a zakończywszy na groteskach oraz utworach ogólnie uważanych za zabawne. Od czasu do czasu lubię sobie przeczytać lub obejrzeć jakieś dzieło z żywymi trupami, a że trochę różnych tytułów już zaliczyłem, to siłą rzeczy na każdą nową powieść patrzę przez pryzmat innych, przeczytanych już tytułów. „Infekcja: Genesis” jest jednak w pewnym sensie czymś nowym dla mnie – nie miałem bowiem do czynienia jeszcze nigdy z apokalipsą zombie osadzoną w Polsce. Niby tylko miejsce, ale jednak robi ogromną różnicę, o czym przekonałem się w trakcie lektury. Samą książkę jednak mogę określić jako dającą nadzieję na lepsze jutro.

Kolejny, spokojny dzień w Warszawie. Wszędzie korki i kłębowiska spieszących się ludzi, zatłoczone metro, a gdzieś w samym środku codzienności rozpoczyna się apokalipsa. Ci, którzy nie znaleźli się w złym miejscu lub po prostu mają resztki instynktu samozachowawczego dają radę przetrwać pierwsze godziny początku końca. Walka o przetrwanie będzie trudna, bez względu na to, czy jesteś komandosem, policjantem, nastolatką czy pracownikiem korporacji. Musisz dać z siebie wszystko i dosłownie iść po trupach, aby wyrwać śmierci kolejne minuty własnego życia. Tak po prostu, w samym środku Polski.

„Przecież gdy się dostanie strzał w klatkę piersiową i to z odległości paru metrów, to nie wypada dalej się normalnie poruszać i w dodatku upiornie jęczeć. Należy się grzecznie położyć i wykrwawić, ewentualnie od razu wyzionąć ducha”.

Przebieg wydarzeń obserwujemy z perspektywy kilku osób, wspomnianych na okładce książki. Naszymi bohaterami będą komandos przebywający aktualnie na urlopie, młody fan ciężkich brzmień, nastolatka znająca sztuki walki, policjant ze swoją młodą żoną oraz pracownik korporacji, tak stereotypowy, że aż boli. Wbrew pozorom tak różne osoby nie spotkają się od razu w jakichś ckliwych okolicznościach – o nie, będa walczyć o przetrwanie osobno! Mamy więc właśnie perspektywę wielu osób, przedstawianą na przemian, w różnych miejscach Warszawy. Począwszy od mostów, przez węzły komunikacyjne, mieszkania w blokach, a zakończywszy na warszawskim metrze. Pod tym względem więc zdecydowanie na nudę narzekać nie można.

Po lekturze „Infekcji: Genesis” zaczynam jednak rozumieć dlaczego w niemalże żadnej książce czy filmie nie ma pokazanych początków apokalipsy. Jak to się w ogóle stało, gdzie był pacjent 0 i w jaki sposób infekcja zaczęła się rozprzestrzeniać. Prawie nigdy nie widzimy jako odbiorcy tych pierwszych godzin, kiedy ludzie nie do końca jeszcze zdają sobie sprawę z tego co się dzieje. Andrzej Wardziak postanowił pokazać czytelnikom właśnie to. Cóż, na pewno jestem wdzięczny za to, że autor spróbował. Niestety początek jest pieruńsko nudny, chociaż nie sądzę, żeby to była akurat wina autora. Po prostu akcji jest o wiele za mało, a klimatu nie ma na czym zbudować. Dopiero po około dwustu stronach zaczyna się coś dziać, kiedy apokalipsa zaczyna już się rozkręcać na całego i nie wiadomo kiedy i skąd wyskoczą kolejne żywe trupy.

Używaliście kiedyś broni palnej? Może chociaż mieliście ją w rękach? A coś większego od broni krótkiej? Jeśli odpowiedź na któreś z tych pytań brzmi „tak”, to podczas lektury „Infekcji: Genesis” możecie kręcić nosem na klasykę błędów w tego typu powieściach – absolutnie każdy, łącznie z nastolatkami, którzy nawet ugotować obiadu nie potrafią, nagle wiedzą doskonale jak posługiwać się bronią. Ba, karabinami, strzelbami, pistoletami, rewolwerami, pewnie granatnikami też. Bo i czemu by nie! Odbezpieczyć, przeładować, strzelić, oczywiście wiadomo doskonale jak to zrobić w każdym rodzaju broni. Podobnie wygląda sytuacja z kodami na nieśmiertelność, jak to lubię nazywać. Skok z któregoś piętra? Żaden problem, zawsze zero obrażeń. Bieganie w totalnej ciemności, w miejscach pełnych różnych gratów? No spoko, nawet się o żadną przeszkodę człowiek nie otrze. Chociaż tyle dobrego, że z celnością podczas strzelania bywało różnie. Klasyka gatunku chciałoby się rzec.

„Ciemny strumień posoki spływał brukiem wprost do rynsztoka, menadrując pomiędzy otoczakami ludzkich wnętrzności, walającymi się bezpańsko po bruku”.

Na całe szczęście akcja zagęszcza się i dość porządnie gdzieś w połowie książki – miejscami naprawdę przyprawiając o dreszczyk emocji. Daleko jej co prawda do porządnych scen pościgów zombiakowych znanych z „Przeglądu Końca Świata” czy gęstej atmosfery pojawiającej się tu i ówdzie w „Apokalipsie Z”, ale ma jednak swój urok i potrafi przykuć uwagę. Gdzieś w tle majaczy też pewnego rodzaju intryga polityczna, a bohaterowie szybko przekonują się, że chodzące trupy to nie jedyne zagrożenie, na jakie muszą uważać. „Infekcja: Genesis” pokazuje też, że nie bez powodu są tylko dwa tomy i Andrzej Wardziak doskonale wiedział jak chce poprowadzić całą historię. Ba, przemyślał nawet bohaterów! Postacie są raczej konkretne i w większości scen zachowują się mniej więcej spójnie, a do tego w większości przypadków można się pokusić o narysowanie portretów psychologicznych.

Ideał to to nie jest, ale jako pierwsze spotkanie z apokalipsą zombie, która wybuchła na naszej polskiej ziemi jest całkiem spoko. Zapewne osobom, które nie przeczytały w życiu żadnej takiej historii może się bardzo spodobać – akcja dzieje się szybko, nie ma nudnych fragmentów, autor nie zanudza długimi opisami. Fani żywych trupów mogą czuć niedosyt, zwłaszcza na samym początku. Tenże jednak jest jednocześnie wadą i zaletą książki, pokazuje bowiem w szczegółach początki takiego wydarzenia z perspektywy wielu różnych osób i miejsc. Na pewno też druga część zapowiada się dość interesująco, zwłaszcza zważywszy na cliffhanger, którym Andrzej Wardziak częstuje czytelnika na ostatniej stronie. Dobre, choć nie powalające – mam nadzieję, że druga część będzie jeszcze lepsza.

Łączna ocena: 6/10




Cykl "Infekcja"

Infekcja: Genesis | Infekcja: Exodus


wtorek, 13 sierpnia 2019

„Fraktalny książę” – Hannu Rajaniemi

„Fraktalny książę” – Hannu Rajaniemi
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Hannu Rajaniemi
Tytuł: Fraktalny książę
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Stron: 308
Data wydania: 30 września 2017


Całkiem niedawno rozpocząłem trylogię Jean le Flambeur, „utalentowanego” złodzieja, którego reputacja wyprzedza jego osobę. Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre – „Kwantowy złodziej” nawet jak na hard sci-fi był nieco zbyt… hard. Zwłaszcza na samym początku. Sama historia wyglądała jednak na ciekawą, a świat stworzony przez autora intrygował, więc nie chciałem zbyt długo czekać z sięgnięciem po drugi tom. Jestem już po lekturze „Fraktalnego księcia” i mogę na pewno z czystym sumieniem napisać, że jest lepiej. Czy to jednak oznacza, że jest dobrze? Tutaj sprawa jest dyskusyjna, jednak aby lepiej to zrozumieć, muszę rozbić tę powieść na kilka części i potraktować je w pewnym sensie jako osobne byty.

Jean le Flambeur nie ma zbyt wiele czasu. Nigdy go nie miał, chociaż jednocześnie ociekał nim wręcz nieprzyzwoicie. Ma niewiele czasu na rozprawienie się z pewnym pudełkiem. Niewiele czasu na uratowaniu statku. Niewiele czasu na próbę przeżycia. Niewiele czasu na dotarcie na Ziemię, gdzie jego los splącze się z pewną rodziną, niekoniecznie jego. Czas we wszechświecie to pojęcie względne, zwłaszcza dla technologii sobornosti, która za nic ma takie pojęcia jak czas, ciało czy materia. Zanim jednak Jean osiągnie swoje cele – swoje oraz jego wybawczyni i wspólniczki, Mieli – minie dużo czasu, którego tak naprawdę złodziej nie ma ani trochę.

Tym razem mamy do czynienia z dwutorową narracją – możemy obserwować poczynania znanego nam już złodzieja, podróżującego z Mieli na statku o pięknej nazwie Perhonen, oraz wydarzenia dziejące się w zupełnie nowym miejscu. Mieście zwanym Sirr, osadzonym w samym środku pustyni, w którym największym zagrożeniem jest dziki kod, a sojusznikiem i wrogiem Sobornosti. Cały czas nie do końca wiem czym jest Sobornosti (chociaż koncepcję zoku mniej więcej ogarnąłem) i szkoda, że tak naprawdę nie jest to jasne przez bardzo długi czas. Trudno też dojść do jakichś sensownych wniosków w przypadku wielu innych elementów świata stworzonego przez autora – Hannu Rajaniemi trochę zbyt ubogo dzieli się szczegółami dotyczącymi tego, o czym pisze.

„Zaybak milczał przez długi czas, tak długi, że Tawaddud pomyślała, że rozgniewał się i opuścił ją na zawsze. Ale potem zaczął mówić, cichym głosem opowiadacza”.

Niestety to jest wciąż ogromny minus tej trylogii. Dość często bywa tak, że więcej szczegółów dotyczących danego świat przedstawianych jest w drugim tomie. Pierwszy traktowany jest jako wstęp, krótkie przedstawienie tego, z czym będziemy mieć do czynienia przez resztę cyklu. Mniej więcej tak to wyglądało w „Kwantowym złodzieju” – chociaż świat wykreowany przez pisarza wydaje się być o wiele bardziej skomplikowany niż przeciętny świat w literaturze fantasy – zapowiedź czegoś wielkiego, połączona z przedstawieniem ogólnej problematyki. No cóż, coś wielkiego rzeczywiście się pojawiło. Dalej jednak operujemy w obszarze niewiadomych, niewyjaśnionych szczegółów (oraz ogółów), braku definicji, słowników czy nawet krótkich opisów. Ciężko się też domyślić z kontekstu czym jest opisywana rzecz, gdyż… kontekstu zwyczajnie nie ma…

Mega robotę za to robi we „Fraktalnym księciu” Sirr i wszystko co dotyczy historii dwóch sióstr w pustynnym mieście. Szczerze powiem, że ja bardzo chętnie bym przeczytał osobny cykl osadzony jedynie w tym świecie. Świetne połączenie futurystycznej wizji „kwantowego” świata (jakkolwiek by ten zwrot nie bolał osób technicznych) połączonego ze starymi tradycjami pustynnymi znanymi choćby z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Świat wezyrów, alladynów, dżinów, pustynnych wojowników, pałaców z piasku osadzony w zdominowanym przez elektronikę i żyjący niemalże kod uniwersum. Coś pięknego. Hannu Rajaniemi może i średnio sobie poradził z przedstawieniem świata „w kosmosie”, ale Sirr wyszła mu niesamowicie. O dziwo dość szybko można załapać o co mniej więcej chodzi w zwyczajach, podziałach (zarówno społecznych jak i politycznych) miasta oraz używanej terminologii (chociaż również jest pełna neologizmów wynikających z futurystycznej wizji autora). A do tego samo połączenie dwóch wydawać by się mogło kompletnie różnych światów – majstersztyk!

„Dla wojmózgu pachnie to raczej Krainami kwantowych śmieci niż wirtem Sobornosti. Podobnie jak wielu jego kopiobraci woli fizykę i ciało, pamięć o brutalności wojny jako demonstrację szacunku dla Pierwszych”.

Ciężki orzech do zgryzienia mam w przypadki postaci. Świetnym aspektem jest to, że niemalże żadna postać nie jest jednoznacznie dobra lub zła. Niby mamy jednoznacznie wskazanych antagonistów, ci jednak po lepszym ich poznaniu wcale niekoniecznie wydają się być „tymi złymi”. Mamy antybohaterów, którzy nie wiadomo do końca po czyjej są stronie – dobra czy zła. Mamy również drugo- oraz trzecioplanowe postacie, o których możemy powiedzieć dokładnie to samo. Jest też jedna druga strona medalu, ta gorsza – nawet główni bohaterowie nie mają jednoznacznie określonej osobowości i charakterów, nie mają również jasno wyrażonych poglądów, których się trzymają. Jean co prawda w wielu miejscach podkreśla, jak ważne dla niego jest dotrzymanie słowa, ale oprócz tego nie widać po nim żadnego kodeksu czy innego zbioru zasad, według którego postępuje. Inni bohaterowie potrafią również podejmować sprzeczne z ich dotychczasowym zachowaniem decyzje. 

Jak widać „Fraktalny książę” wydaje się być lepszą książką niż pierwsza część tej trylogii, chociaż wciąż do perfekcji jej dużo brakuje. Przede wszystkim brak wyjaśnienia najważniejszych zasad, według których działa polityka (i jak jest zbudowana) w całym świecie niezbyt współgra z fabułą, która jednoznacznie wchodzi w tę politykę bardzo głęboko. Na horyzoncie widać jakieś sensowne rozwiązanie tego wszystkiego, ponieważ autor uchylił rąbka tajemnicy i przedstawił chociaż częściową historię niektórych istotnych osób, ale to wciąż za mało, żeby w pełni zrozumieć co się czyta. Świetnym wątkiem jest Sirr wraz z pustynią dzikiego kodu okalającą całe miasto oraz niejednoznaczne osadzenie moralne większości postaci. Czytało mi się drugi tom o wiele lepiej i mam nadzieję, że autor zachował tendencję wzrostową w jakości – w końcu przede mną jeszcze trzeci, ostatni tom.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Jean le Flambeur"

Kwantowy złodziej | Fraktalny książę | Przyczynowy Anioł


sobota, 10 sierpnia 2019

Bardzo chcę! #60 – „Letnia noc” Dan Simmons

„Letnia noc” Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać
Tym razem wróciłem do starej, dobrej beletrystyki – w końcu jakby nie patrzył to ją w głównej mierze czytam i o niej piszę na blogu (oraz wrzucam jej zdjęcia na Instagrama i w ogóle). Nie wiem czy „jeszcze nie dojrzałem” do reportaży oraz ciągłego pochłaniania literatury popularnonaukowej, czy mam wystarczająco dużo technicznych i do bólu racjonalnych rzeczy w pracy i po prostu beletrystyka pozwala mi na najlepszą jakość relaksu. Cały czas mnie do niej ciągnie i nie wydaje mi się, żebym ją porzucił nawet mimo tego, że od czasu do czasu pojawi się u mnie coś popularnonaukowego lub nieco bardziej… osadzonego w ziemi. Fantastyka, kryminały, thrillery – to są trzy wiodące gatunki (czy też lepiej byłoby napisać odmiany), które pojawiają się na moim blogu i pewnie zbyt szybko się to nie zmieni. :) No, czasem się jeszcze pojawi jakiś horror. No właśnie, horror. Taki jak „Letnia noc”, której autorem jest Dan Simmons. :)

Chyba jeszcze nie spotkałem horroru w literaturze, który spowodowałby u mnie palpitację serca. Doceniam jednak w wielu z nich klimat, który potrafi autor zbudować i chyba wolę takie horrory o wiele bardziej od tych, które próbują być straszne. Niestety nie zawsze im to wychodzi. W sumie nigdy. Ale klimat – taak, klimat to jest to. Za taką właśnie uchodzi powieść Dana Simmonsa – klimatyczną, mroczną, nostalgiczną i pełną napięcia. Historia osadzona w latach 60. XX wieku rzeczywiście ma ogromny potencjał na spełnienie wszystkich warunków do bycia taką, jaką ją opisałem. Nie przekonam się jednak dopóki sam nie przeczytam, więc dorzucam „Letnią noc” do stosu tych książek, które chcę najbardziej przeczytać.

A żeby nie próbować odtworzyć opisu, po prostu klasycznie wrzucę to, co serwuje potencjalnym czytelnikom Wydawnictwo Zysk i S-ka. :)

„Ścinający krew w żyłach mistrzowski horror w stylu klasyki gatunku. 
Lato 1960 roku. Old Central School to potężny, mroczny gmach w miasteczku Elm Haven w Illinois. Dla bohaterów ta szkoła właśnie przechodzi do historii. Ostatni dzień nauki jest również ostatnim dla tajemniczego, skrywającego wiele tajnych przejść budynku, o którym przez lata krążyły legendy. Teraz budynek ma zostać zamknięty, a w niedługim czasie również wyburzony. Kiedy w Elm Haven zaczynają ginąć dzieci, nikt nie przypuszcza, że w miasteczku zagnieździły się demoniczne siły. Garstka dzieciaków odkrywa tajemnicę związaną z Old Central oraz z pewnym dzwonem, którego złowieszcze dźwięki rozlegają się po nocach w całym miasteczku. Od tej chwili zło zdaje się deptać im po piętach, a dzieci nie mają wiele czasu – opracowują plan działania i stają do nierównej walki z siłami, o których istnieniu nie zdawały sobie dotąd sprawy. 
Książka, która zainspirowała twórców serialu Stranger Things”.

Oczywiście w serwisie Lubimy Czytać możecie jeszcze przeczytać rekomendacje Stephena Kinga, Łukasza Radeckiego czy Marcina Kiszela, ale te pozwolę sobie pominąć – jeśli jesteście nimi zainteresowani to zapraszam na profil książki! :)

A może Wy już czytaliście i jesteście w stanie polecić tę pozycję?

środa, 7 sierpnia 2019

„Prawda” – Terry Pratchett

„Prawda” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Prawda
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 422
Data wydania: 27 października 2016


Powoli, wielkimi krokami zbliżam się do końca całego cyklu Świata Dysku wydanego w formie kieszonkowej kolekcji przez Edipresse oraz Prószyński i S-ka. Zanim jednak do niego dotrę (końca znaczy się) minie jeszcze sporo czasu – w końcu postanowiłem czytać po jednym tytule każdego miesiąca. Czasem się też trafi miesiąc bez Pratchetta, jak na przykład lipiec 2019, więc wszystko się jeszcze bardziej wydłuży. Sierpień jednak jak widać na załączonym obrazku był zdecydowanie pratchettowy – na warsztat wziąłem „Prawdę”, która wchodzi w skład podcyklu o Straży Miejskiej (chyba mój ulubiony) oraz cyklu biznesowego. Czasem brytyjski autor stworzy coś gorszego, czasem coś lepszego, ale prawdą jest, że „Prawda” to coś naprawdę niesamowitego i mega przyjemnego.

W Ankh-Morpork możesz być kim zechcesz – pod warunkiem, że inni chcą, abyś stał się tym, kim stać się chcesz. Miasto jednak jest w stanie przyjąć niemalże każdą profesję i jeśli jesteś obrotny, to zbudujesz swoje imperium nawet na siuśkach. William de Worde umie jednak niewiele – zna się na słowach. Wydawałoby się, że to o wiele za mało, aby osiągnąć sukces w takim miejscu jak Ankh-Morpork, jednak wraz z małą, nieświadomą pomocą pewnej grupy krasnoludów udaje mu się stworzyć pierwszą w mieście azetę. Cóż, oznacza to dla niego dokładnie to, co dla każdego dziennikarza w każdym zakątku wszechświata. Trochę życzeń śmierci, odrobinę wariatów kręcących się wszędzie wokół oraz problemy natury biznesowo-egzystencjalnej. Kaszka z mleczkiem.

„Zresztą arystokraci nie lubią patrzeć, jak głodują inni z wyższych sfer. Znajdują im jakieś bezensowne zajęcia za bardzo sensowne pieniądze...”

Jak zapewne wiadomo wszystkim fanom twórczości Terry’ego Pratchetta (a wszystkim nie-fanom lub jeszcze-nie-fanom będzie zaraz wiadomo), każda z powieści brytyjskiego autora skupia się na jednym lub kilku głównych tematach, wokół których pisarz tworzy swoją satyrę. „Prawda” – jak być może niektórym tytuł może co nieco sugerować – kręci się wokół ogólnie pojętego dziennikarstwa i jego „wolności słowa”, potyczek w tym temacie z lokalną władzą (zarówno wykonawczą, jak i sądowniczą), a także codziennych problemów przeciętnej redakcji. Nie jest to jednak wszystko! Na dodatek mamy stereotypową przestępczą parę, która jest niemalże nietykalna a jej reputacja wyprzedza złoczyńców na długo przed ich pojawieniem się w mieście. Co daje taka mieszankę? Mnóstwo dobrej zabawy!

„Prawda” zawiera dokładnie ten humor, który cenię u Pratchetta. Jednocześnie zabawny, prześmiewczy, ale w dobrym guście. Można się przy wielu fragmentach roześmiać wniebogłosy, ale z zachowaniem pewnego rodzaju szacunku do obiektów, dzięki którym ten śmiech powstał. Ponownie zresztą brytyjski pisarz nieco wyprzedził wydarzenia i poruszył temat, który obecnie jest na językach niemalże wszystkich ludzi Europy Zachodniej – wolność słowa w mediach oraz niezależność prasy. Trzeba przyznać, że w świetle tych wszystkich afer oraz czegoś, co można nazwać wojną między mediami a resztą świata, czytanie tej konkretnej pozycji nabiera zupełnie innego wydźwięku, niż gdy robiło się to wtedy, kiedy dopiero pojawiła się na rynku.

„Ale ludzie bardzo mocno przejmują się rzeczami. Bez rzeczy są tylko sprytniejszymi zwierzętami”.

Mega fajna książka, którą można polecić każdemu fanowi twórczości Pratchetta, chociaż nadaje się również dla tych, którzy nie są do końca pewni, czy jego powieści będą dobrą lekturą. Na pewno niewiele się straci, jeśli zacznie się swoją przygodę od „Prawdy”. Co prawda (he-he) wiele się już „do tej pory” wydarzyło i każdy świeżo upieczony czytelnik dostanie historię, która pogalopowała nieco do przodu, ale bez niezrozumiałych szczegółów. „Ogółów” również. Po prostu komendant Vimes będzie już po wielu przygodach a kościół Oma będzie po prostu kościołem Oma. W całości jest to jednak osobna historia, która zawiera w sobie to, co Pratchett ma najlepsze – od humoru poprzez świetnie skrojone postacie a na Ankh-Morpork kończąc. Albo zaczynając. Albo… No… Ankh-Morpork po prostu jest. :)

Łączna ocena: 8/10

niedziela, 4 sierpnia 2019

Co pod pióro w sierpniu 2019?

Lato w pełni, prawie połowa wakacji (kto ma ten ma, he-he) za nami, niektórzy też już po urlopach, a niektórzy przed! Ja należę do tej drugiej części ludzkości i dopiero w połowie lipca wybywam na parę dni w nasze polskie Tatry. Przede mną osiem godzin podróży w każdą stronę, więc jestem pewien, że uda się to i owo przeczytać! :) W końcu tyle czasu trzeba jakoś wykorzystać. Co prawda laptopa oczywiście ze sobą biorę, ale nie będę też go cały czas używał, bo w pociągu trochę niewygodnie. Zwłaszcza, że do większości aktywności w internecie wystarcza obecnie telefon. No ale cóż, zobaczymy jak to będzie. Zapewne już na miejscu nie będę miał siły ani ochoty na czytanie wieczorem, bo planuję całodniowe wyprawy, więc wieczorem wrócę styrany marząc jedynie o śnie. A kolejnego dnia trzeba będzie wstać rano, w końcu w góry nie jedzie się po to, by spać do 10!

Lipiec, mimo tego, że to w sumie lato i wspomniane wakacje, nie był u mnie zbyt dobry jeśli chodzi o liczbę przeczytanych książek. Miałem trochę weekendowych wyjazdów, podczas których nie było jak czytać (były po prostu lepsze rzeczy do roboty :D) no i jakoś tak wyszło, że w sumie miałem inne zajęcia. Mimo wszystko mniej więcej w swoim „standardzie” się utrzymałem. Na pewno statystyki nie odbiegają za bardzo od normy dzięki „Obsidio”, które jest takim trochę grubaskiem, ale błyskawicznie się czyta. Dosłownie błyskawicznie. Po pierwsze, wciąga skubane nieziemsko, a po drugie jest sporo obrazków do oglądania a tekst często jest pisany dużym fontem i w ogóle. Na sierpień jednak nie planuję niczego ponad to, co zwykle, nawet mimo przymusowych szesnastu godzin w pociągu. Co ma być to będzie!

Prezentuję więc klasycznie cztery pozycje, które mam w planach na najbliższy miesiąc. Mam nadzieję, że znajdziecie wśród nich coś, co Was zainteresuje! :) Klasycznie okładki wykorzystane w tym poście zostały pozyskane z serwisu Lubimy Czytać.

„Prawda” – Terry Pratchett

W lipcu nie było Pratchetta. Niestety. No cóż, to teraz będzie! Kolejny tom kolekcji Świata Dysku wydawanej przez Edipresse. A tym razem mamy do czynienia z prasą, ogólnie pojętymi mediami, ich obiektywnością i w ogóle. Zapowiada się więc dość barwna przygoda. :) 
„Fraktalny książę” – Hannu Rajaniemi

Niedawno mieliście okazję przeczytać moją opinię o pierwszym tomie trylogii Jean le Flambeur, „Kwantowy złodziej”. Mam już wszystkie książki wchodzące w skład przygód naszego kosmicznego złodzieja (jak to infantylnie brzmi…), więc nie planuję zbyt długo czekać. Mam nadzieję, że drugi tom będzie lepszy od poprzedniego!
„Infekcja: Genesis” – Andrzej Wardziak

Ha, dawno nie było u mnie czegoś o zombiakach, no nie? Nie miałem jeszcze okazji czytać o apokalipsie zombie osadzonej w polskich realiach, więc akurat będę miał okazję. Liczę na dobrą zabawę lub mega ciężki klimat. Nie czytałem jeszcze opinii zbyt szczegółowo, więc nie do końca wiem, z czym mogę się spotkać. :)
„Piter. Wojna” – Szymun Wroczek

To już kolejny raz w tym zestawieniu sięgam po drugim jakiejś serii. „Piter. Wojna” to część cyklu „Piter. Podziemny blues”, który rozpoczyna się książką o tytule prostym i wiele mówiącym – „Piter”. „Piter. Wojna” różni się jednak od swojego poprzednika choćby tym, że wchodzi w skład nowego Uniwersum Metro 2035. Będzie więc nieco inaczej niż dotychczas!





A jakie są Wasze plany? :D



piątek, 2 sierpnia 2019

Podsumowanie lipiec 2019

Mamy za sobą pierwszy miesiąc wakacji. Przyznać się, kto korzysta z możliwości, jakie daje szkoła oraz studia? :D Czasem trochę tęskno za tymi czasami, kiedy człowiek przez dwa miesiące się byczył. A potem przez trzy, no chyba że postanowił sobie zarobić trochę grosza w jakiejś wakacyjnej pracy. Ewentualnie miał sierpień przeznaczony na naukę, bo sesja poprawkowa! Te czasy jednak dla mnie minęły zapewne bezpowrotnie, więc jakoś trzeba sobie radzić i łączyć obowiązki z przyjemnościami. :) W jednak lipcu było dość ciężko z pogodzeniem wielu przyjemności – miałem weekendowe wyjazdy, podczas których nie za bardzo było kiedy czytać, a do tego trzeba było nadrabiać to, co zazwyczaj się udawało zrobić w weekendy. Przynajmniej jednak się rozerwałem i trochę sobie odpocząłem. Chociaż główny odpoczynek dopiero przede mną – w sierpniu. :)

Cały lipiec uznaję za raczej udany pod każdym względem – zarówno czytelniczym, jak i każdym innym. Było ciepło (ale nie za ciepło!), miałem możliwość zrelaksowania się oraz przeczytania fajnych książek. Oczywiście wypiłem mnóstwo kawy, jeszcze więcej wody a do tego wcinam regularnie marchewki (nie pytajcie…). No to chyba brzmi spoko, no nie? Nie jestem człowiekiem o wielkich wymaganiach, więc zadowoli mnie cokolwiek (prócz paskudnej kawy i paskudnego piwa). Ha, i odkryłem nowe wino, które mi mega smakuje! Chociaż na co dzień pewnie bym go nie dał rady pić, jedynie do posiłków. W każdym razie jak widzicie narzekać nie mam na co, więc po prostu przejdę może do standardowych infografik i innych wykresów!



Niby trochę inne, ale podobne liczby się tutaj znalazły w porównaniu do poprzednich miesięcy. Miałem trochę mniej czasu na czytanie, ale tym razem grubość przeczytanych książek się bardzo mocno różni. A samo „Obsidio” mimo swojej objętości, czyta się niezwykle szybko. Stąd właśnie takie a nie inne liczby. :) 



No, Instagram drgnął! :D Tak w sumie nie jestem pewien do końca co było tego przyczyną, ponieważ absolutnie nic nie zmieniłem w swoim zachowaniu na nim, ale bardzo się cieszę! Ogólnie w social media kompletnie nie umiem (chociaż teorii znam tyle, że książkę by się dało napisać, nie umiem jej jednak kompletnie przekuć w praktykę), więc każde drgnięcie słupków mnie cieszy. Zwłaszcza, jeśli te drgania nie są sinusoidami. ;) Za to Facebook nieco oklapł o trzy osoby. Tutaj jednak pokazuję liczbę polubień, natomiast w sumie liczba obserwujących jest wyższa i wydaje się rosnąć. Wolno bo wolno, ale jednak. Chyba mocno nie nadążam za trendami w SM…



Tak jak pisałem w tamtym miesiącu, tym razem jest lepiej! Nie jest to najlepszy wynik tego roku, ale można rzec, że i tutaj wróciłem do swojej „normy”. Klasycznie trzy z nowych tytułów to kolekcja Kinga (chyba będę musiał znaleźć sobie nową, takie kolekcjonowanie wciąga), a reszta to egzemplarze recenzenckie, względnie zakupione osobno.

Jeśli chcecie szybko przeskoczyć do opinii o książkach, które przeczytałem w lipcu, to tutaj macie taką okazję, wszystkie zebrane w jedną, krótką listę:


Na sam koniec przechodzimy jak zwykle do najbardziej popularnego wpisu miesiąca oraz bloga, z które pojawiło się najwięcej wejść! Najczęściej w lipcu zaglądaliście do „Czy nowe książki można kupić na wagę?” (ciekawe...), natomiast najwięcej wejść Google Analytics wskazuje ze źródła, jakim jest blog Oczytany, prowadzony przez Michała. Dzięki! :D

A Wam jak minął lipiec? Równie dobrze?