czwartek, 29 marca 2018

"Ostrze zdrajcy" - Sebastien de Castell

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Ostrze zdrajcy
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 420
Data wydania: 24 maja 2017


Fantastyka bardzo często kojarzy się z sprytnie uknutymi intrygami, walką o władzę na wysokim szczeblu oraz niesamowitym klimatem, który jest charakterystyczny i niepowtarzalny. "Ostrze zdrajcy" jeszcze przed jego przeczytaniem idealnie wpasowuje się w ten obraz. Czy może być bowiem lepszy przykład niż spisek koronacyjny z kompletnym przewróceniem systemu wartości w królestwie? Zdecydowanie nie. Trzeba to jedynie teraz świetnie opisać i stworzyć niesamowity klimat. Można powiedzieć, że Sebastien de Castell zrobił to całkiem dobrze, choć nie obyło się bez zgrzytów.

Gdy król umiera, a najwyżsi dostojnicy państwowi uważani są za zbrodniarzy, nie jest dobrze być członkiem świeżo rozwiązanych Wielkich Płaszczy. Kiedy każdy rycerz to przestępca, niebezpiecznie jest posiadać umiejętność posługiwania się rapierem. Źle jest też ubierać się dostojnie lub po prostu elegancko, jak ktoś bogaty. A jeśli chce się rozwikłać intrygę zawiązaną gdzieś niesamowicie wysoko, to trzeba być gotowym do poświęceń. Byle nie swojego życia - martwy w końcu raczej nikogo nie uratuje.

Całą historię zawartą w "Ostrzu zdrajcy" poznajemy z perspektywy pierwszej osoby. Falcio val Mond, bo tak nazywa się główny bohater i jednocześnie narrator, to kantor Wielkich Płaszczy - obecnie wyjętej niemalże spod prawa organizacji, która nigdyś dumnie strzegła porządku na królewskich ziemiach. Ze względu właśnie na narrację pierwszoosobową nie otrzymujemy wszystkich informacji w sposób obiektywny, bowiem narrator nie jest wszechwiedzący. Możemy śledzić to, co dzieje się w głowie Falcia oraz odbierać otaczający go świat tak, jak on go odbiera. Ma to swoje plusy i minusy, chociaż dla tej konkretnej powieści zabieg ten okazuje się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu każda kolejna chwila spędzona z głównym protagonistą jest wypełniona mnóstwem niewiadomych, a te serwowane są przez autora z umiarem.

"Kest wzruszył ramionami.- Święty to przecież tylko mały Bóg."

Świat wykreowany przez Sebastiena de Castella to klasyczny świat fantasy (o ile mogę użyć takiego sformułowania), który niewiele różni się od wielu innych uniwersów. Chociaż powiewem świeżości jest wykorzystanie motywu, który stworzył Johnston McCulley - obrońcy sprawiedliwości zaprowadzającym ład i porządek za pomocą szpady. Co prawda w przypadku "Ostrzy zdrajcy" jest to trzech mistrzów rapiera, chociaż w pewnym sensie są zepchnięci na skraj prawa. I to prawa, którego sami bronili. Na pewno śledzenie przygód osadzonych w tym świecie było odświeżającym przeżyciem i doskonale kontrastowało z wszędobylskimi, bardziej klasycznymi uniwersami. Choćby dla tej świeżości warto sięgnąć po "Ostrze zdrajcy".

Mam trochę kłopot z samą oceną zarówno fabuły, jak i sposobu jej poprowadzenia. Do budowania postaci nie można się absolutnie przyczepić. Świat widzimy z perspektywy Falcia, więc widzimy w pewnym sensie jego myśli i to, jakimi widzi on swoich towarzyszy broni. Każdy z nich jest charakterystyczny i do bólu konsekwentnie prowadzony. Zwłaszcza główny bohater - potrafi on wręcz irytować swoim idealizmem oraz butą i pewnego rodzaju brakiem instynktu samozachowawczego. Trzeba jednak autorowi przyznać, że postać choć irytująca, to nakreślona niesamowicie. W końcu, gdyby było inaczej to nie potrafiłaby wywołać żadnych uczuć. A zwłaszcza tych negatywnych, skierowanych przeciwko samej postaci, a nie autorowi.

"Nie było to najbardziej eleganckie zakończenie walki, ale my żyliśmy, a oni nie, więc przez krótką chwilę wszystko było z tym światem w porządku."

Nieco wątpliwości mam jednak co do niektórych wydarzeń opisanych w powieści. Część z nich wydawała się być nieco... naciągana? Niezbyt prawdopodobna (oczywiście na tyle, na ile możemy mówić o prawdopodobieństwie w przypadku powieści fantasy) lub wręcz przeciwnie - zbyt sztampowa. Gdyby natomiast narysować wykres obrazujący tempo, powstałoby coś na kształt sinusoidy. Nieco utrudniało to czytanie i cieszenie się z powieści, która mimo wszystko była pełna akcji i zbudowana na prostym, lecz intrygującym schemacie. Innymi słowy potrafi porwać, chociaż ma również sporo wad. Przyznam szczerze, że spodziewałem się nieco więcej po książce nominowanej do wielu nagród literackich oraz szeroko reklamowanej jako finalistka wielu z nich. Niestety tutaj muszę przyznać z bólem, że chyba "Ostrze zdrajcy" jest pod tym względem przereklamowana.

Mimo wszystko bardzo ją polecam, bo mimo niespełnienia moich oczekiwań, okazała się naprawdę świetną powieścią. Zawiesiłem po prostu poprzeczkę dość wysoko, ale "Ostrze zdrajcy" i tak wyskoczyło wystarczająco wysoko. Konstrukcja świata może skusić nie tylko fanów fantastyki, ale również miłośników bardziej "klasycznej" literatury. Podobieństw do "Zorro" jest mnóstwo, jednak tak naprawdę jest to całkowicie osobna historia, która - mam nadzieję - rozwinie się jeszcze lepiej w następnych tomach. Ma swoje minusy, ale nie spychają one plusów na drugi plan. Na pewno pozycja ta może być doskonałą odskocznią od tradycyjnej fantastyki, pełnej magii, magicznych bestii i nieprawdopodobnych krain.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Wielkie Płaszcze"

Ostrze zdrajcy | Cień rycerza | Krew świętego | Tron tyrana


sobota, 24 marca 2018

"Gra Geralda" - Stephen King

"Gra Geralda" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Gra Geralda
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Stron: 330
Data wydania: 6 września 2017


Jednym z moich marzeń, które skutecznie realizuję, jest przeczytanie całego dorobku literackiego Stephena Kinga. Jak na razie - o czym już wspomniałem - udaje mi się to marzenie pchać do przodu, a "Gra Geralda" jest kolejnym stopniem utworzonym na schodach do celu. Nie wszystkie książki Mistrza Grozy są przez każdego uznawane za wspaniałe. Przy takiej liczbie dzieł muszą się trafić nieco słabsze lub takie, które zwyczajnie nie zyskają fanów. Część z nich to średniaki, które przyjemnie przeczytać, jednak nie zostawiają w człowieku pewnego efektu "wow". Obawiam się jednak, że w tym przypadku schodzimy nawet poniżej średniej.

Niektórzy uwielbiają wyuzdany seks. Inni kochają brutalny seks, okraszony szczyptą pikanterii. Czasem aż zbyt wielką szczyptą. Gerald chciał doprawić nieco swoje życie seksualne i wraz z małżonką udali się do domku letniskowego, gdzie mogli zabawiać się w dowolny sposób. Nie przewidzieli jednak jednego - że domki letniskowe na odludziu to zazwyczaj idealny początek horroru. Horroru, którego główną bohaterką staje się żona Geralda.

Stephen King udowodnił za pomocą między innymi "Misery", że potrafi stworzyć klimatyczną powieść opartą o jedno pomieszczenie i dwójkę osób. "Gra Geralda" to próba ograniczenia liczby postaci do jednej, i to uwięzionej. Nie wiem czy jest to po prostu zbyt trudne do wykonania czy po prostu Mistrzowi noga się powinęła, ale ta historia zdecydowanie nie należy do najlepszych książek Kinga. Wręcz przeciwnie - przyznam szczerze, że przez zdecydowaną większość czułem się znudzony i czekałem na jakiekolwiek rozwinięcie. Na szczęście doczekałem się takich fragmentów, chociaż były to opisy przeszłości bohaterki, które odsłaniają przez Czytelnikiem jej traumatyczne przeżycia.

"Boże, daj mi pokorę, bym pogodziła się z rzeczami, których nie mogę zmienić, daj mi odwagę bym zmieniła rzeczy, które mogę zmienić, i daj mi mądrość, bym potrafiła je rozróżnić. Amen"

Cała książka składa się tak naprawdę z dwóch głównych wątków. Jednym z nich jest sytuacja Jessie w chatce w lesie, jej bieżące przemyślenia oraz próby poradzenia sobie z sytuacją, w której się znalazła. Drugim wątkiem jest jej przeszłość, opisywana w postaci wspomnień, które pojawiają się zarówno w tracie snu, jak i chwil przytomności umysłu. Pierwszy z nich jest zdecydowanie tym słabszym, zwłaszcza na samym początku. Początkowe sto stron (czyli tak naprawdę 1/3 całej książki) nie napawa optymizmem i utrzymałem się przy niej jedynie siłą własnej woli. Opisy są bowiem rozwlekle, dość nudne i niezbyt interesujące, a także niewiele wnoszą do samej historii.

Pod znakiem zapytania można postawić retrospekcje, które pojawiają się w głowie bohaterki. Wydają się być idealne jako tło do przedstawienia trudnej przeszłości, jednak w tej książce nie wnoszą one kompletnie nic. Są jedynie pewnym szokującym elementem, który mógłby zostać o wiele lepiej wykorzystany w dowolnej innej powieści. Naprawdę, mimo swojej brutalnej natury, są one doskonałym przedstawieniem problemów, z jakimi styka się więcej osób niż zapewne chcemy sobie zdawać sprawę. Jednak w kontekście "Gry Geralda" są czymś w rodzaju zaprzepaszczonej szansy. Szokują, ale nie dają ku temu powodów. Jedyne sensowne wyjaśnienie to chaotycznie pędzące myśli kobiety prawie na skraju załamania nerwowego. Tylko czemu autor wybrał akurat taką a nie inną przeszłość Jessie?

"Sny to myślowy odpowiednik streszczeń książek; nie pamięta się nieistotnych szczegółów."

Najbardziej zaskakujące są jednak ostatnie strony książki. Nie zamierzam zdradzać co opisują, jednak są one najlepszą częścią całej powieści. Tak naprawdę stanowią świetne rozwiązanie dowolnej historii, zbudowanej w oparciu o informacje, które zawierają. Aż żal, że tak nijaka książka ma tak dobre zakończenie. Zdecydowanie jednak podbija ono ogólną opinię o "Grze Geralda" choćby z tego powodu, że zwiększa sens jej przeczytania. Szkoda jednak, że Stephen King nie wykorzystał go w innej, o wiele lepszej powieści.

"Gra Geralda" zdecydowanie potrafi wywołać ambiwalentne uczucia. Z jednej strony pełna niezwykle brutalnych, ale dopracowanych retrospekcji, z drugiej pełna niezbyt wartościowej i interesującej treści. Na koniec pojawia się zakończenie, które swoją zawartością tworzy dysonans z tym, co Czytelnik wcześniej przeczytał. Nie jest to najlepsze dzieło Mistrza, a w moim prywatnym rankingu znajduje się gdzieś na szarym końcu. Zwłaszcza ze względu na pewne zaprzepaszczenie potencjału, który niewątpliwie posiada. Jeśli nie macie na celu przeczytać absolutnie wszystkich dzieł Stephena Kinga, to tę pozycję możecie sobie śmiało odpuścić.

Łączna ocena: 5/10


wtorek, 20 marca 2018

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Studnia wstąpienia
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 799
Data wydania: 12 sierpnia 2015


Po zakończeniu pierwszego tomu Ostatniego Imperium, czy "Z mgły zrodzonego", od razu poczułem, że wpadłem jak śliwka w kompot. Mimo pewnych zarzutów co do samego wykonania powieści, świat stworzony przez Brandona Sandersona całkowicie mnie pochłonął. Z jednej strony chciałem jak najszybciej sięgnąć po kolejny tom, z drugiej wolałem uniknąć błyskawicznego zakończenia wszystkich wydanych do tej pory części. Kiedyś jednak trzeba wyciągnąć rękę i właśnie nadeszła ta chwila. Jestem po lekturze drugiego tomu i cóż... Jest dobrze, choć nie tak jak ostatnio.

Budowanie nowego ładu na zgliszczach tyranii nigdy nie było łatwe. Nawet dla Zrodzonej z Mgły, prawdopodobnie najlepszej w całek krainie, i dziedzica najpotężniejszego z rodów. Zwłaszcza, gdy na kraj napadają trzy armie, z którymi nie sposób prowadzić wyrównanej walki. Dopiero w takiej sytuacji okazuje się, że rozwiązanie jednego problemu rodzi kolejne. Chociaż cień nadziei jest wątły, to Studnia Wstąpienia wydaje się być jedynym sposobem na zapanowanie nad chaosem.

Moje pierwsze spotkanie z Brandonem Sandersonem przy okazji czytania "Z mgły zrodzonego" było naprawdę przyjemne. Liczyłem więc na to, że powtórka będzie co najmniej tak samo emocjonująca i warta poświęcenia swojego czasu. Wiele opinii uważało książkę za nieco słabszą od pierwszej części i tutaj muszę się w pewnym sensie zgodzić. Nie była już tak dopracowana jak jej poprzednik. Być może jednak wynik to z tego, że czytelnik zna już ten świat, poznał zasady, którymi rządzi się w nim magia i samo uniwersum nie szokuje tak jak przy pierwszym spotkaniu. Po głębszym zastanowieniu się sama historia jest prowadzona w podobnym tempie, a wydarzenia są równie zaskakujące co spodziewane.

"- Wiesz co, Ham - stwierdził Breeze - jedyną zabawną rzeczą w twoich żartach jest to, jak często brakuje w nich choć odrobinę dowcipu."

Zdecydowanie zgodzić się muszę jednak ze wszystkimi, którzy proszą autora o zaprzestanie prób tworzenia rozbudowanych wątków miłosnych. "Studnia wstąpienia" jest w pewnym sensie w pełni oparta właśnie o taki wątek i mimo tego, że został on wkomponowany w tło, to jednak drażni na niemalże każdym kroku. Z jednej strony gryzie się z samą historią i światem, wkomponowując się niejako "na siłę", z drugiej bez niego wydarzenia, które miały miejsce nie mogłyby się zdarzyć. Poza tym sama relacja pomiędzy dwójką bohaterów wydaje się być nie do końca zdrowa i to nie dlatego, że autor tak chciał. Ciężko uwierzyć w to, że "tak miało być", kiedy czyta się wątki uczuciowe, których bohaterami są też inne postacie poznane już w pierwszym tomie. Można odnieść wrażenie, że w świecie wykreowanym przez Brandona Sandersona WSZYSCY mają ogromne problemy z wyrażaniem uczuć i każdy jest nowicjuszem w sztuce tworzenia zdrowych relacji.

W toku historii poznajemy nieco lepiej wiele postaci, wśród których część przechodzi pewne przeobrażenia. Wykreowane są w dość wyrazisty sposób, każda z nich ma swój zestaw charakterystycznych cech, które jednak nawet podczas wewnętrznych przemian nie są zamieniane na całkiem przeciwstawne w mgnieniu oka. U niektórych z nich możemy poznać również nieco lepiej ich historię i zrozumieć dlaczego podchodzą do życia w ten a nie inny sposób. Ogólnie "Studnia wstąpienia" wydaje się być czymś w rodzaju przerywnika, pozwalającego na zbliżenie do się do bohaterów i lepsze ich zrozumienie. Oczywiście w tle cały czas rozgrywają się wydarzenia, które mogą zaważyć na życiu wszystkich postaci, jak i przyszłości poznanego już wcześniej Luthadel.

"Zabawne, jak wiele ksiąg można upchnąć w jednym pomieszczeniu, zakładając, że nie trzeba się w nim dużo ruszać."

Z jednej strony od książki nie można się oderwać (ostatnie strony prawie pożerałem w sensie dosłownym), a z drugiej chciałoby się jednak czegoś więcej. Spodziewałem się wartkiej akcji wraz z jej nagłymi zwrotami, niesamowitych scen walk, misternych intryg, a otrzymałem powieść niezwykle wciągającą, ale dość defensywnie napisaną. Oczywiście zarówno historie postaci, jak i walka o przetrwanie wraz z zagłębianiem się w przeszłość nie tylko głównych bohaterów została stworzona jako interesująca i dopracowana koncepcja. Cieszę się bardzo, że mogłem poznać świat, jego mieszkańców oraz przede wszystkim postacie, z którymi czytelnik spędza najwięcej czasu, ale byłem nastawiony na coś kompletnie innego. Jeśli więc Wy również sięgacie po "Studnię wstąpienia" z myślą o dużej ilości akcji, to zapomnijcie o tym. Otrzymacie coś równie dopracowanego i intrygującego, jednak o wiele bardziej stonowanego.

Po raz kolejny zakończenie pozostawia sporo do życzenia. Jest to kolejny przykład, który potwierdza możliwość pojawienia się ambiwalentnych uczuć w trakcie czytania książek Brandona Sandersona. Autor nadał wręcz idealną dynamikę akcji na ostatnich stronach, ale pozwolił chyba sobie popuścić nieco za bardzo wodze wyobraźni. Galopowałem wręcz przez kolejne strony co chwilę zatrzymując się na jakimś fragmencie i w mojej głowie pojawiały się myśli w stylu "Hej, to nie ma sensu!", "Ale zaraz, to się wyklucza!", "Nie no, naprawdę, coś tak banalnego?" - radość mieszała się więc z irytacją. Chociaż w ogólnym rozrachunku zakończenie i tak wydaje się być o wiele lepsze niż w przypadku "Z mgły zrodzonego".

"Studnia wstąpienia" to godna, chociaż nieco spokojniejsza kontynuacja "Z mgły zrodzonego". Potrafi przyciągnąć niczym Szarpacz i rozbudzić ciekawość jak Podżegacz. Wątki romantyczne niestety nie są zbyt... przyjemne, przez co ma się ochotę stać się głównym celem jakiegoś Monetostrzelnego. Warto jednak poprosić zaprzyjaźnionego Uspokajacza o odepchnięcie niechęci, bowiem rozpalenie własnego brązu pomoże przeniknąć do niezwykle barwnych historii wszystkich postaci. Bywają też momenty, w których sami gorąco zapragniemy odrobiny atium, jednak cierpliwość zostanie z pewnością nagrodzona.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

piątek, 16 marca 2018

A może zamienić audiobooki na podcasty?

Dzisiaj będzie post niekoniecznie ściśle związany z książkami, jednak w pewnym sensie pasuje do samego nurtu kulturalnego. Dlaczego? Bo można dzięki niemu rozszerzyć zaspokojanie swojego głodu wiedzy o tym, co się dzieje w literackim czy filmowym świecie o dodatkowe źródło! Mianowicie podcasty. Nie bez powodu tytuł tej notki jest taki, a nie inny, być może dla niektórych trochę... kontrowersyjny. Dla innych znowu clickbaitowy. Jednak z pełną świadomością użyłem właśnie takiego sformułowania, ponieważ moja odpowiedź na postawione w tytule pytanie jest prosta - tak, zamienić! A przynajmniej w pewnej części, bo naprawdę warto.

Czym jest podcast? 

Podcast to po prostu coś w rodzaju audycji dostępnej w internecie - zarówno poprzez serwisy streamujące, jak i w postaci plików audio do pobrania. Główną zaletą podcastów jest to, że może je tworzyć każdy. Obecnie istnieje mnóstwo serwisów, które pozwalają na dorzucenie swojego podcastu, jak i jeszcze więcej agregatorów, które zbierają w jednym miejscu wszystkie podcasty. Dzięki temu nie trzeba kombinować i słuchać ich tylko na stronach twórców. Tak naprawdę najwięcej podcasterów w Polsce i tak korzysta z iTunes, z którego to niemalże wszystkie aplikacje służące do słuchania podcastów są w stanie pobierać pliki. 

Kogo słuchać? 

Podcasty tworzone są przez zwykłych ludzi, dla zwykłych ludzi. Poruszają naprawdę przeróżne tematy, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Moim ulubionym podcastem, z którego czerpię wiedzę o wydarzeniach popkulturalnych jest Zombie vs Zwierz, prowadzony przez Pawła Opydo i Katarzynę Czajkę. Słucham również między innymi Michała Szafrańskiego, twórcę bloga oraz podcastu Więcej niż oszczedzanie pieniędzy oraz Michała Iwucia z Finansów Bardzo Osobistych, aby poszerzać swoją wiedzę o tym, jak dbać o własne finanse. No i oczywiście literackie Czytu Czytu z sieci Podsłuchane.pl. Wszystkie te podcasty tworzą ludzie, którzy mają doświadczenie w tym, co robią i chcą się nim dzielić z innymi. Całkiem za darmo!

Jak słuchać? 

Osobiście używam jedynie telefonu do słuchania podcastów. Z prostego powodu - jak jestem w domu, to nie mam czasu na podcasty, chyba że akurat wykonuję jakieś obowiązki domowe. Przed komputerem pracuję lub wykonuję rzeczy, podczas których nie jestem w stanie skupić się na słuchaniu czegokolwiek innego oprócz muzyki. Czasem chce się też książkę poczytać, a czasem po prostu pooglądać śmieszne koty. Jednak niekiedy trzeba wyjść z domu, np. do sklepu. Tutaj 10 minut w jedną stronę spaceru, w samym sklepie ze 20 minut wybierania i czekania w kolejce. Mamy już 40 minut straconego czasu. Na audiobooka dla mnie jest to zbyt rozpraszająca czynność, jednak idealna do przesłuchania podcastu! W związku z tym odpalam sobie Podcast Addict i słucham! Ustawiam kolejne odcinki w playlistę, najczęściej ściągam je sobie wcześniej na telefon (żeby uniknąć rwania internetu) i słucham. Kiedy muszę się na czymś skupić po prostu pauzuję odcinek i mogę do niego wrócić później. A wbrew pozorom wcale takie pauzowanie podcastu nie wybija człowieka z rytmu. Nie jest tak, jak w przypadku audiobooka, że czasem można się tak wybić z fabuły, że ciężko sobie przypomnieć co się do tej pory wydarzyło.

O innej aplikacji możecie posłuchać w odcinku podcastu Update o Pocket Cast!

Sama aplikacja pozwala na mnóstwo rzeczy - na wycinanie ciszy dla zaoszczędzenia czasu, na przyspieszanie samego podcastu (ja najczęściej słucham na przyspieszeniu co najmniej x1.5), na kolejkowanie, oznaczanie jako przesłuchane i tak dalej. Jest naprawdę rozbudowana, a przy tym łatwa w obsłudze i dość inuicyjna. Nie zdarzył się jeszcze podcast, którego nie mógłbym słuchać z jej wykorzystaniem. Ma swoją wyszukiwarkę i możliwość sukbskrybowania konkretnych podcastów, dzięki czemu kolejne odcinki, które się pojawią, zostaną dodane do listy w aplikacji.

Dlaczego słuchać? 

Dla poszerzania swojej wiedzy, bycia na bieżąco z tym, co się dzieje w interesujących nas dziedzinach. Można słuchać sobie muzyki, która jest kojąca i pozwala na odcięcie się od świata zewnętrznego. Można również spróbować posłuchać podcastów, które również odetną nas od tego, co się dzieje wokół nas, ale przekażą nam również merytoryczne informacje, dzięki którym być może rozwiniemy się w sposób, o który byśmy siebie nie podejrzewali! Sam kiedyś uwielbiałem sobie po prostu odpalić Spotify i posłuchać muzyki. Odkąd zacząłem słuchać podcastów, to teraz nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez nich - a przynajmniej wtedy, gdy idę gdzieś sam.

Sam zacząłem od DevTalk, który prowadzony jest przez Macieja Aniserowicza. Słuchałem na początku wykorzystując YouTube, każdego ranka kiedy szykowałem się do pracy. Potem, o ile dobrze pamiętam, w moim repertuarze podcastowym pojawiło się Jak oszczędzać pieniądze. Blog już wcześniej czytałem, jednak postanowiłem sprawdzić podcast. Mniej więcej w tym momencie zacząłem się rozglądać za aplikacją - bo trochę kiepsko jednak operować YouTubem w przypadku podcastów. :P Od tamtej pory, a będzie to już dobrych parę miesięcy, przesłuchałem łącznie ponad 13 dni podcastów! Tak, jakby zlepić wszystkie odcinki, które przesłuchałem w jeden ciąg, to byłoby to ponad 13 dni za jednym zamachem!


Czy podcasty są popularne? 

Podcasty w Polsce nie są jeszcze tak bardzo popularne, jednak za granicą już od dawna triumfują nad wieloma innymi formami dzielenia się swoją wiedzą. Nie wymagają od nas skupienia się na dwóch zmysłach, jak filmy. Jedyne, co trzeba odizolować na potrzeby podcastów to nasz słuch - oprócz niego możemy robić co tylko chcemy. Słuchać podczas gotowania? Jasne! Słuchać podczas sprzątania? Oczywiście! Nie we wszystkich przypadkach uda nam się słuchać audiobooków, dlatego też można zamienić je czasem właśnie na podcasty. 

Za granicą jest trochę inaczej - szukając zwłaszcza anglojęzycznych podcastów, możecie zostać wręcz przytłoczeni ich liczbą. Powstały podcasty do nauki języków (jak 6 Minute English od BBC), podcasty technologiczne, a nawet podcasty poświęcone w całości seryjnym zabójcom (patrz: The Serial Killer Podcast)! Słuchanie zagranicznych podcastów jest samo w sobie świetną opcją na podszlifowanie języka, w końcu słucha się zwykłych ludzi, którzy niekoniecznie przykładają dużą wagę do poprawnej dykcji. Dzięki temu można "symulować" słuchanie pierwszej z brzegu osoby spotkanej na ulicy obcego, zagranicznego miasta. :)

Zachwycony tym, co mogą dać przeciętnemu człowiekowi dobrze wybrane podcasty, chciałem niniejszym wpisem zainteresować Was tym rodzajem publikacji, która może być świetnym uzupełnieniem zarówno w rozrywce, jak i życiu zawodowym czy prywatnym. Mnogość podcasterów oraz regularnie rosnące ich grono gwarantuje, że każdy znajdzie podcast, który będzie odpowiadał jego potrzebom. Na końcu niniejszego wpisu zamieszczam niektóre podcasty, których słucham, razem z linkami do ich stron domowych. Oczywiście wszystkie z nich są dostępne w aplikacji Podcast Addict, jak również w mnóstwie innych aplikacji! Sam po prostu używam akurat tej, więc w razie czego mogę pomóc w miarę możliwości w jej obsłudze. :) Kolejne podcasty najczęściej wpadały mi w ręce przypadkiem, często też sami podcasterzy polecają innych w swoich odcinkach. W końcu sami też słuchają mnóstwo podcastów! 


Po wejściu w każdy link wylądujecie od razu na podstronie/stronie dotyczącej podcastu. Możecie nawet od razu sobie odpalić jakiś odcinek, ponieważ większość z podcasterów daje możliwość odsłuchania bezpośrednio na stronie. Ocenicie, sprawdzicie czy to Wam pasuje, być może znajdziecie inspirację do tego, o czym chcielibyście posłuchać. :) Polecam jednak spróbować na dedykowanej do tego aplikacji, ponieważ ułatwia ona zdecydowanie życie i pozwala inaczej spojrzeć na podcasty.



Źródła obrazków:

poniedziałek, 12 marca 2018

"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz

"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andrzej Mathiasz
Tytuł: Druga rzeczywistość
Wydawnictwo: Novea Res
Stron: 458
Data wydania: 22 listopada 2017


Zawodowo związany jestem ściśle z branżą IT. Tak naprawdę to dosłownie w niej siedzę, choć może się przy tym wydawać dziwne, że jako platformę blogową wybrałem Bloggera, a nie poszedłem "na swoje". W każdym razie jako osoba związana z branżą zaciekawiłem się "Drugą rzeczywistością" autorstwa Andrzeja Mathiasza kiedy tylko zobaczyłem słowa autora skierowane do mnie - "Dotyka problemu sztucznej inteligencji, która przez przypadek wymyka się spod kontroli". Książka opisywana jako sensacja z tłem znanym wielu osobom - wirus wymykający się spod kontroli. Tym razem jest to jednak wirus komputerowy.

Na początku był to niewinny eksperyment - jak większość tego typu działań. Tom Clark był najlepszym kandydatem do jego poprowadzenia. Niestety jak zwykle coś poszło nie tak i wirus wydostał się spod kontroli. Zaczął rozprzestrzeniać się na cały świat, obejmując swoimi mackami nawet największych możnych. Wirus komputerowy, który ma w garści najwyższych dostojników sprawujących władzę nad najważniejszymi krajami i obiektami nigdy nie wróży niczego dobrego. Na pewno dla Toma Clarka, który jako jedyny jest w stanie go pokonać i zniszczyć.

Spodziewałem się, że książka w sposób bardziej realistyczny będzie dotykała kwestii związanych z technologią. Jak się okazuje autor poszedł na całość i stworzył obraz, który być może można w pewnym stopniu zaliczyć do science-fiction. A na pewno do jakiegoś odłamu lub czegoś na skraju. Wizja świata oraz technologii w nim występującej przedstawiona przez Andrzeja Mathiasza zdecydowanie przekracza bowiem możliwości, jakie może zaoferować współczesna technika (a nawet taka, którą będziemy widzieli za parę lat) będąc jednocześnie dość ciekawą interpretacją jej rozwoju. Sam świat nie jest może nad wyraz rozbudowany i nie mamy możliwości poznać go dogłębnie, jednak jest on tylko tłem dla historii, która rozgrywa się na kolejnych kartkach książki.

"Ludzie uznają swoje krótkie i niepowtarzalne życie za najcenniejsze, ale równocześnie są gotowi je poświęcić z najbardziej błahego powodu."

Dla autora książka ta nie jest pierwszyzną, więc nie powinien nikogo dziwić dobry warsztat, który prezentuje Andrzej Mathiasz. Ma już na swoim koncie zarówno scenariusze do spektakli teatralnych, jak i wielokrotnie nagrodzone książki dla dzieci. "Druga rzeczywistość" nie jest więc wbrew porom debiutem w czystym tego słowa znaczeniu, chociaż jest prawdopodobnie pierwszą pozycją, którą znajdziemy oficjalne w serwisach literackich pod nazwiskiem jej autora. Te fakty niewątpliwie pozytywnie wpływają na opisywaną właśnie lekturę, choć stanowią też wyzwanie. Tematyka oraz grupa docelowa jest zupełnie inna, co może sprawić problemy - i nieznacznie na pewno sprawia.

Bardzo interesującym zabiegiem jest dostosowanie stylu oraz wykorzystanego słownictwa do postaci, o których akurat traktuje narracja. W jednej chwili Andrzej Mathiasz używa naprawdę bogatego zasobu słownictwa, gdzie widać ogrom ozdobników, wtrąceń z obcych języków, kwiecistych metafor i rozbudowanych peryfraz, by za chwilę zamienić się w rynsztokowy wręcz język pełen niewybrednych słów. Jednak nawet wulgarne fragmenty ze Skalskym są o wiele bardziej rozbudowane. Na pewno nadaje to specyficznego klimatu każdemu rozdziałowi czy akapitowi i od razu przypina pewną łatkę danej postaci. Fragmenty ze Skalskym, którego poznajemy już na samym początku powieści, kojarzyły mi się niezmiennie z Sin City - mimo że teoretycznie obie historie nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego. Przed oczami jednak widziałem Johna Hartigana mającego jednak niezwykle charakterystyczną twarz Skalsky'ego.

W historię wgryzamy się powoli, jednak sukcesywnie. Początek niestety nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia, chociaż złe ono również nie było. Można powiedzieć, że w wielu miejscach opisy były aż nazbyt rozwlekłe, przez co wręcz nudne. "Druga rzeczywistość" nadrabia jednak pomysłem, który - mimo pewnej sztampowości - okazał się być naprawdę dobry. Tutaj jednak mam pewien problem z oceną, ponieważ z jednej strony wgryzałem się z dość sporą ochotą w kolejne wydarzenia, jednak nie byłem przez nie wciągany. Winię za to głównie wspomniane już dłużące się opisy, które pomimo złożenia z wykorzystaniem bardzo bogatego słownictwa, były jednak w wielu miejscach ciężkie do przełknięcia. Być może jeśli autor zdecydowałby się na nieco mniej rozpisywania się, całość byłaby o wiele łatwiejsza do przyjęcia. Przede wszystkim jednak szybciej i łatwiej by wciągała.

"A on - było nie było - nie jest złotą rybką, tylko przeciwnie, rekinem biznesu. W dodatku czarnym! Miała jednak czarna gnida pecha - całkiem białego. I tym pechem był Skalsky."

Duży plus należy się za całkiem sprytnie posklejaną historię, której sens czytelnik odkrywa w miarę czytania. Sam jej odbiór bowiem to jedno, a meandry wydarzeń, które miały miejsce wraz z powodami takich, a nie innych decyzji czy opisów to zupełnie inna sprawa. Czasem co prawda motyw zdradzenia czegoś wcześniej, zanim czytelnik pozna szczegółowy opis może jednak tutaj być nieco... zdradziecki. Tego typu fragmenty łączą się bowiem nieszczęśliwie z kompletnie inaczej opisanymi zdarzaniami. Co prawda ostatecznie żadnych dziur logicznych nie ma i wszystko jest w pełni wyjaśniane, jednak z początku może się to wydać mylące. Z jednej strony jest to więc bardzo mocna strona - bowiem Andrzej Mathiasz dobrze wodzi czytelnika za nos - ale z drugiej konkretne sceny zostały być może trochę niefortunnie dobrane. Sprawiają na początku wrażenie amatorszczyzny i braku przemyślenia ze strony autora, co nie jest oczywiście prawdą.

Słowem krótkiego podsumowania, "Druga rzeczywistość" to powieść, która może wywołać ambiwalentne uczucia, chociaż z wielu stron można ją widzieć jako książkę dojrzałą. Być może nieco przeciągniętą i "przepisaną", z nieco niefortunnie dobranymi zabiegami fabularnymi, jednak z pewnością należy jej się duża doza uwagi. Niektórych opisywanych przeze mnie minusów niektórzy nie zauważą lub po prostu nie zwrócą na nie uwagi. Warto jednak spróbować dać jej szansę, ponieważ sama historia, jak i świat wykreowany przez autora z pewnością należą do nietuzinkowych. Bogactwo środków stylistycznych i szeroki zasób słownictwa powinien być kolejnym, mocnym argumentem zachęcającym do zapoznania się z zawartością tych prawie pięciuset stron sensacji na tle science-fiction. Osobiście zostałem zachęcony do śledzenia dalszej kariery autora, nawet mimo uwag co do niniejszej pozycji.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorowi, Panu Andrzejowi Mathiaszowi!

sobota, 10 marca 2018

Bardzo chcę! #43 - Richard Morgan "Modyfikowany węgiel"

Źródło: Lubimy Czytać
Tak, wiem, ostatnio na blogu pojawia się mnóstwo fantastyki przeróżnego rodzaju. Co jednak począć, kiedy wszędzie wokół pojawia się jej coraz więcej i to w coraz lepszym wydaniu. Przy okazji jakoś się tak złożyło, że zwłaszcza otatnim czasie najwięcej interakcji mam z bloggerami, którzy czytają i opiniują głównie fantastykę, więc automatycznie więcej mi jej wpada w oko. Chociaż zgodnie z tą zasadą, to zaraz powinienem zacząć czytać romansidła (no cześć Po drugiej stronie okładki!)... Tym razem jednak ciągle trzymam się wiernie fantastyki, przynajmniej w tym konkretnym odcinku cyklu "Bardzo chcę"! Bo w marcu akurat będzie trochę książek z innych gatunków, o innej tematyce. Tym razem jednak tytuł na 10 marca 2018 roku bez żadnej walki wygrał z innymi pozycjami.

Widziałem już dawno zapowiedzi serialu, który powstał na podstawie tej książki. Ba! Nawet mam go już dodanego do "Mojej listy" w Netflixie. Jednak nie chcę zaczynać oglądania bez wcześniejszego przeczytania "Modyfikowanego węgla". Zwłaszcza, że nawet jak na fanów książek, jest to kolejność bardzo mocno polecana. Nie będę więc się wychylał z szeregu i również postaram się pójść zgodnie z zaleceniami, a więc najpierw książka, potem serial! Jak mi to wyjdzie w praktyce - dopiero się okaże. :)

Nie będę próbował samodzielnie przybliżać o czym jest ta książka, ponieważ najlepiej zrobi to opis Wydawnictwa, który można przeczytać między innymi na portalu Lubimy Czytać: 
W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy. 
To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało... 
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.

Zainteresowani? A może już czytaliście i chcecie mnie pospieszyć z lekturą? :)


czwartek, 8 marca 2018

"Koniec drogi" - Dmitry Glukhovsky

"Koniec drogi" - Dmitry Glukhovsky
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: Koniec drogi
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 64
Data wydania: 15 lutego 2018


Nazwisko Dmitry Glukhovsky kojarzy się głównie z Uniwersum Metro 2033, które rozrosło się do bardzo znacznych rozmiarów. Swoje historie osadzają w nim autorzy wielu narodowości, czerpiąc z tego korzyści zarówno dla siebie, jak i swoich Czytelników. "Koniec drogi" nie jest jednak związana z wspomnianym światem, choć - jak sam autor podkreśla - nawiązania do niej znajdują się w powieści "Metro 2034". Opisywana właśnie pozycja to nieopublikowane do tej pory opowiadanie, które powstało w 2006 roku. Krótkie, ale bardzo treściwe.

Historia dwójki ludzi - chłopca oraz starca - zmierzających Drogą. Drogą, która być może ma, a być może nie ma swego końca. Wiadomo jednak, że jest ona tam od zawsze, jeszcze zanim świat stał się taki, jakim widzą go mieszkańcy wiosek. Wieść gminna niesie, że kiedyś wzdłuż Drogi stały potężne, rosyjskie miasta, ale teraz nikt nie chce się zapędzać w jej okolice. Oprócz chłopca i starca.

Opowiadanie wydane przez Wydawnictwo Insignis zostało napisane przez autora w 2006 roku. Minął długi czas, zanim zostało ono przetłumaczone i opublikowane w Polsce, a obecnie dołączane jest jako gratis do "Wędrowca" Surena Cormudiana. "Koniec drogi" nie jest co prawda w żaden sposób bezpośrednio związany z Uniwersum Metro 2033 (nie licząc wzmianek w "Metro 2034"), ale widać już w nim zafascynowanie autora tematami apokalipsy nuklearnej i tego, jak może wyglądać świat wyniszczony wojną totalną.

Mimo tego, że "Koniec drogi" to raptem nieco ponad 60 stron w wydaniu polskim, to sama historia opowiedziana została w przyciągający sposób. Czytelnik ląduje gdzieś w środku niczego - pojedynczej wioski, która wiedzie powoli swoje wioskowe życie próbując dostosować się do obecnej, powojennej rzeczywistości. Widać jedynie maleńki wycinek całego świata, który dla wszystkich mieszkańców jest obcy, niezbadany i - co chyba najważniejsze - całkowicie nieistniejący. Zwłaszcza dla osób, które urodziły się już po kataklizmie wywołanym globalnym konfliktem zbrojnym. Młody, trzynastoletni chłopiec, który jest jednym z głównych bohaterów, jest idealnym odzwierciedleniem nowego pokolenia. Ciekawski, buntowniczy i nie zdający sobie sprawy z niebezpieczeństw.

Dla równowagi postawiony został starzec, którego - jak już wiemy z opisu książki - chłopiec spotyka na Drodze. Doświadczony, twardy, mający swój cel w życiu. Co prawda objętość tej pozycji nie pozwala na szczegółowe przedstawienie różnic w ich podejściu do otaczającego świata, jednak można je zauważyć gołym okiem podczas lektury. Nawet te najważniejsze. Jakby Dmitry Glukhovsky chciał porównać w jaki sposób na tragedię potrafi patrzeć dziecko, urodzone już po czasach kataklizmu, a jak człowiek, który to wszystko przeżył. W końcu autor pisał to opowiadanie podczas jednego ze swoich wyjazdów do strefy konfliktu zbrojnego. Wokół niego co chwilę dało się słyszeć wystrzały z broni. Jak sam napisał - "Z tamtej perspektywy nuklearny koniec świata, na który prędzej czy później sami się skażemy, wydawał się bardzo prawdopodobny".

Całość osadzona została nie tylko w środku niczego, ale również bez jasnego początku i końca z punktu widzenia czasu. Nie wiemy dokładnie co się działo tuż przed opisywanymi wydarzeniami (chociaż możemy się domyślać z kolejnych stron), ani nie wiemy czego można by się spodziewać po zakończeniu opowiadania. Zostało ono zresztą urwane w sposób wręcz obiecujący coś większego. Zupełnie jak dobry trailer do filmu, który zapowiada świetną zabawę, tylko trzeba chwilkę poczekać, dosłownie parę miesięcy. Sam Glukhovsky twierdzi zresztą, że "historia chłopca i starca, wędrujących opuszczoną, niekończącą się drogą (obecnie ukończoną), zasługuje na coś więcej niż opowiadanie" - miejmy więc nadzieję, że doczekamy jej kontynuacji.

Parę słów warto zostawić również na temat samego wydania. "Koniec drogi" jest bowiem dostępny za darmo, zarówno w formie e-booka, jak i jako drukowany dodatek do "Wędrowca" Surena Cormudiana. E-booka chyba nikomu przedstawiać nie trzeba - można go pobrać z dowolnej księgarni internetowej oferującej książki elektroniczne (np. Virtualo). Wydanie papierowe jest również dostępne bez opłat i nie jest przeznaczone do sprzedaży. To akurat dobrze, gdyż tak naprawdę cała książeczka ma ponad 100 stron. Połowę zajmuje właśnie "Koniec drogi", drugą połowę natomiast fragment "Tekstu" - niedawno wydanej powieści, której autorem również jest Dmitry Glukhovsky. Na pewno jest to dobry pomysł na marketing innej pozycji Wydawnictwa Insignis - co może się podobać, ale może również spotkać się z niezbyt przychylnymi opiniami.

Z mojej perspektywy nie ma to większego znaczenia dla mnie, jako czytelnika. Dla Wydawnictwa jest to dodatkowy marketing, a do tego zapewne zmniejszenie kosztów wydruku. Co innego, gdyby za "Koniec drogi" należało zapłacić - w tym przypadku oceniałbym negatywnie taką decyzję Wydawnictwa. "Tekst" jednak jest doklejony do książeczki również w sposób, który nie dezorientuje podczas czytania "Końca drogi" - jest bowiem odwrócony do góry nogami w stosunku do głównego elementu wydania papierowego.

Sześćdziesiąt parę stron, które potrafią wciągnąć nawet mimo swej niewielkiej objętości. Historia rozpoczęta gdzieś w oderwaniu od rzeczywistości i podobnie się kończąca. A jednak autorowi udało się stworzyć naprawdę porządne opowiadanie, które chce się czytać. Mało tego - oczekuje się od niego więcej. Niech za samą pozytywną rekomendację służy fakt, że na temat tych kilkudziesięciu stron udało mi się napisać już kilka akapitów i poruszyć sporo tematów. Warto więc zaopatrzyć się w e-booka i poświęcić te parędziesiąt minut na przeczytanie opowiadania, które może się okazać pouczające i niezwykle interesujące. A jeśli zastanawiacie się nad zakupem "Wędrowca", to niech "Koniec drogi" jako dodatek będzie dla Was dodatkowym argumentem "za".

Łączna ocena: 8/10


wtorek, 6 marca 2018

"Wędrowiec" - Suren Cormudian

"Wędrowiec" - Suren Cormudian
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Suren Cormudian
Tytuł: Wędrowiec
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 304
Data wydania: 15 lutego 2018


Klimaty postapokaliptyczne to chyba jedne z najciekawszych wątków, z jakimi się spotkałem. Świat zbudowany w oparciu o dowolną apokalipsę można rozbudować do wręcz niesłychanych rozmiarów. Skorzystali z tego autorzy książek opartych o Uniwersum Metro 2033 tworząc coraz to więcej pozycji opartych na świecie, którego ojcem jest Dmitry Glukhovsky. "Wędrowiec" to jedna ze wspomnianych powieści, która ma łączyć w sobie znane wszystkim moskiewskie metro ze świeżością umysłu innego autora.

Wszyscy myślą, że widzieli i przeżyli już wszystko. Że odkąd zostali zmuszeni żyć w metrze, nie może być jeszcze gorzej. Każdy sobie jakoś radzi, a stacje dużo zawdzięczają stalkerom. Jeden z nich, Minimalny, musi odegrać nieco większą rolę, niż by sobie tego życzył. Wraz z niespodziewanym towarzyszem próbuje rozwikłać zagadkę stojącą za serią wydarzeń, które nie napawają optymizmem. To właśnie jeden z przypadków, które nie śniły się nigdy ludziom zamieszkującym metro.

Jedna rzecz, z którą ciężko się kłócić to fakt, że książka ta została napisana bardzo poprawnie. Mam tu na myśli zarówno styl autora, jak i sposób osadzenia wydarzeń oraz postaci. Jeśli ktoś szuka porządnej, twardo osadzonej w świecie Metro 2033 historii, to doskonale trafił. Nie trzeba się nawet za bardzo męczyć, aby dostrzec nawiązania do choćby "Metro 2033" - zarówno miejsc, jak i osób oraz poszczególnych historii. Tworzy to pewien klimat, który jest przecież cechą charakterystyczną tego uniwersum.

"Jedli szczury, ale nie na surowo. Jedli psy, jeśli te nie należały do ras zdolnych do zapewnienia bezpieczeństwa lub polowania, ale je też piekli. Ale żeby tak od razu spałaszować zmutowanego kota..."

Większość akcji dzieje się na powierzchni, w nieprzyjaznym krajobrazie postapokaliptycznej Moskwy, do której zapędzają się jedynie stalkerzy. Zważywszy na to, że ci najtwardsi z ocalałych ludzi często nie wracają na macierzyste stacje, można się domyślać jakie okropności można napotkać. Suren Cormudian ukazuje je wszystkie w całej krasie. Ta powieść to nie lada gratka dla wszystkich, którzy chcieliby po raz kolejny wybrać się poza quasi-bezpieczne tunele i dowiedzieć się jakie stworzenia pojawiły się po nuklearnej zagładzie. Opisy niektórych z nich są na tyle szczegółowe, że można sobie z łatwością wyobrazić jak mogłyby wyglądać oraz w jaki sposób by zabijały wszystkich podróżników.

Można powiedzieć, że "Wędrowiec" to klasyczna przygoda, w której protagonista toczy swoją walkę z antagonistą o być lub nie być całego świata. Smaczku dodaje tutaj fakt, że tak naprawdę ten świat już dawna leży w gruzach. Autorowi jednak całkiem przyjemnie wyszło wykorzystanie świata, którego twórcą jest Dmitry Glukhovsky. Nie ma tutaj może szaleństwa, ale fabuła została poprowadzona zgrabnie i została dopasowana do otaczającej bohaterów rzeczywistości. Być może sama natura antagonisty nie została opracowana w sposób innowacyjny i wprawiający w zdumienie, jednak patrząc technicznie, ciężko na coś narzekać. Chciałoby się nieco więcej pazura, ale wyszło i tak naprawdę świetnie.

"Broń jest zawsze potrzebna. Tylko trzeba było trzymać świrów jak najdalej od niej. Bo potem trzeba żyć w metrze, a na powierzchnię wychodzić po nocach i z gaciami pełnymi nieopisanych wrażeń."

Sam książkę dosłownie wchłonąłem, co powoduje u mnie nieco ambiwalentne uczucia. Z jednej strony bowiem człowiek chce się dowiedzieć, co się zaraz wydarzy, a z drugiej - jak już wspomniałem - w "Wędrowcu" nie ma ikry. Jest dobry warsztat, jest umiejętność zaciekawienia, ale nie ma wrażenia "wow - to jest świetne!". A jednak potrafi wciągnąć prawie tak silnie, jak opuszczony tunel wychodzący z ostatniej stacji metra. Być może w pewnym stopniu jest to zasługa tematyki, którą powieść ta porusza. A treść zdecydowanie daje do myślenia i każe się zastanowić nad wieloma aspektami "człowieczeństwa". Można więc powiedzieć, że "Wędrowiec" to coś więcej niż kolejna książka z historią, która ma bawić lub po prostu zapewnić rozrywkę.

Suren Cormudian porusza w wielu miejscach sprawę doprowadzania całej planety do takiego stanu właśnie przez człowieka. Wskazuje go jednak zarówno jak tego złego, który zniweczył wszystko, co udało się naturze (oraz jemu samemu) osiągnąć na przestrzeni wieków i tysięcy lat, jak i tego, który potrafi kochać, czuć i opiekować się. Zdecydowanie więcej jest jednak krytyki, pojawiającej się zarówno w wypowiedziach poszczególnych bohaterów, jak i w bardzo wymownych opisach miejsc i przemyśleniach postaci. Zwłaszcza rozmowy pomiędzy dwójką głównych protagonistów mają często dość filozoficzny wydźwięk i każą się na chwilę zatrzymać w szalonym pędzie świata. Aby uniknąć tego, do czego doprowadziła ludzkość w Uniwersum Metro 2033.

Ze wszech stron jest to powieść takoż pospolita, jak i niezwykła. Jest jednocześnie rozrywką, jak i pewnego rodzaju wskazówką czego unikać jako człowiek, by być lepszym dla świata - zarówno tego ludzkiego, jak i całej natury. Z punktu widzenia fana całego uniwersum "Wędrowiec" jest przepustką na powierzchnię postapokaliptycznej Moskwy i możliwością przebywania przez długi czas w obecności stalkera. Poznania przy tym kreatur, które pojawiły się po Kataklizmie i ujrzenia architektury, która pozostała po wszystkim. Innymi słowy jest pozycją niekoniecznie obowiązkową, ale z pewnością wartą uwagi.

Łączna ocena: 7/10


niedziela, 4 marca 2018

Co pod pióro w marcu 2018?

Luty minął błyskawicznie, choćby z powodu jego długości. W końcu 2018 nie jest rokiem przestępnym, więc do przeżycia mieliśmy tylko 28 dni! To dobra wiadomość z ekonomicznego punktu widzenia, bo do końca wypłaty zostało dużo mniej dni! :) Mam nadzieję jednak, że każdemu ten drugi miesiąc nowego roku minął tak dobrze jak mi. Zarówno pod kątem "książkowym", jak również takim zwykłym, osobistym. Mi się bowiem luty udał i to bardzo, zwłaszcza, że moje plany czytelnicze nawet wyszły w miarę dobrze. :)

Planowałem cztery książki przeczytać w lutym, zgodnie z postem "Co pod pióro w lutym 2018" i oczywiście ten plan udało się zrealizować. No, powiedzmy. "Zakon Achawy" okazał się bowiem być papierową tragedią, której nie byłem w stanie przeczytać. Oczywiście w miejsce tego tytuły wpadły inne, a ostatecznie udało mi się przeczytać 7 pozycji, czyli całkiem przyjemnie! Ponownie jednak zaplanuję sobie tylko cztery pozycje, żeby przypadkiem nie przesadzić.

Nie przedłużam więc bardziej swoimi wypocinami, tylko przechodzę bezpośrednio do tego, cóż możecie znaleźć w zbliżającym się miesiącu na moim blogu! 

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson
"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson

Tak, co najmniej jedna książka Brandona Sandersona miesięcznie. Chyba wpadłem jak śliwka w kompot, bo mimo pewnych negatywnych uwag do "Z mgły zrodzonego", to jednak całe "Ostatnie Imperium" zapowiada się naprawdę pysznie. Kontynuacja przygód Vin oceniana jest wyżej niż pierwszy tom, więc liczę na świetną zabawę.
"Gra Geralda" - Stephen King
"Gra Geralda" - Stephen King

Poprzedni miesiąc upłynął pod znakiem fantastyki, więc wypadałoby jednak urozmaicić sobie nieco życie za pomocą Kinga - którego książek mam jeszcze sporo do nadrobienia. Nie ma żadnego konkretnego powodu, dla którego wybrałem akurat "Grę Geralda". Po prostu jest kolejne w kolekcji. :) Zobaczymy więc jak mi się spodoba - nie omieszkam się podzielić wrażeniami!
"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz
"Druga rzeczywistość" - Andrzej Mathiasz

Sensacja z wątkiem AI w tle? To brzmi intrygująco. Właśnie dlatego skusiłem się na egzemplarz recenzencki, kiedy autor książki - Andrzej Mathiasz - mi go zaproponował. Znacie ten scenariusz - powstaje wirus, wymyka się spod kontroli i świat staje na krawędzi zagłady. A co, jeśli tym razem jest to wirus komputerowy? Jako człowiek zawodowo związany ściśle z branżą IT nie mogę obok takiej pozycji przejść obojętnie. :)
"Wędrowiec" - Suren Cormudian
"Wędrowiec" - Suren Cormudian

Najnowsza powieść z Uniwersum Metro 2033 - najnowsza oczywiście w Polsce. Zagłębiam się powoli w klimaty moskiewskiego metra, które - co muszę przyznać - bardzo przypadło mi do gustu. Mam jednak nadzieję, że pozostanie ono jedynie fikcją literacką. Jako książki bowiem to doskonała rozrywka, której mimo wszystko wolałbym nie praktykować chyba w rzeczywistości. :)

NIESPODZIANKA

Tak, tym razem zaryzykuję i wrzucę pięć pozycji! Na pewno bowiem możecie się spodziewać czegoś dodatkowego, recenzenckiego! Co prawda mam pewne obawy czy w tym miesiącu uda mi się aby na pewno wszystkie książki z powyższej listy przeczytać, ale liczba powinna się zgadzać. Co najmniej zgadzać. ;)







Wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

sobota, 3 marca 2018

"Przybysz" - Piotr Tymiński

"Przybysz" - Piotr Tymiński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Piotr Tymiński
Tytuł: Przybysz
Wydawnictwo: Novae Res
Stron: 158
Data wydania: 5 lutego 2018


Książki, które w sensie dosłownym "opowiadają" historię, są bardzo niedoceniane. Historią może i nie należy żyć, ale powinno się ją znać, choćby z tak prozaicznego powodu jak nauka na błędach. Niestety wiele publikacji historycznych napisanych jest nieprzyjaznym dla przeciętnego człowieka językiem. Część to wręcz rozprawy naukowe, które ciężko przeczytać w drodze do pracy. Dlatego też kiedy widzę, że autorzy tacy jak Piotr Tymiński biorą się za przelewanie historii na papier w bardziej przystępnej formie, to cieszę się niezmiernie. Miałem już przyjemność czytać poprzednią książkę tego autora - "Wołyń. Bez litości" - i była to naprawdę interesująca lektura. "Przybysz" również okazał się taką być.

Wybuch Powstania Warszawskiego zastaje Dzidka w wagonie bydlęcym, w którym transportowany jest wraz z mnóstwem swoich rodaków do Rzeszy, na roboty. Dla dwunastoletniego chłopca sprawa jest oczywista - trzeba uciekać. Nie tylko on o tym myśli, więc kiedy tylko nadarza się okazja, wieje razem z nowo poznanym towarzyszem niedoli. Obaj muszą stoczyć ciężką walkę o przetrwanie, aby dotrzeć bezpiecznie do swoich domów w Polsce.

Mimo tego, że opis brzmi jak początek jakieś zwykłej beletrystyki, to "Przybysz" autorstwa Piotra Tymińskiego nie jest zwykła historią opowiedzianą przez autora. Opiera się bowiem na prawdziwych przeżyciach głównego bohatera, na bazie których powstała niniejsza pozycja. Powstała oczywiście w bardzo przystępnej formie, zamieniona na opowieść prowadzoną z punktu widzenia Dzidka, dwunastoletniego uciekiniera. To właśnie to, za co cenię autorów takich jak Piotr Tymiński. Nie serwują zwykłych, suchych faktów. Podają je ubrane w o wiele bardziej przystępną formę. Historię w innym tego słowa znaczeniu, niż możemy się spodziewać.

Historia poprowadzona została od czasów, w których młody Bronisław mieszkał na wsi, niedaleko Warszawy. Przedstawiony został jako chłopiec bardzo ciekawski, który nie do końca rozumie czym jest wojna. Takie przygotowanie gruntu pod dalszą narracje dało autorowi ogromne możliwości przedstawienia prawdziwego oblicza wojny widzianego z punktu widzenia przeciętnego cywila. Nie jest to pozycja, w której czytelnicy mogą obserwować zmagania wojenne - a jedynie te, które pojawiają się w naszych głowach.

Dalsza część książki opowiada perypetie Dzidka oraz jego kompana w niedoli, wraz z którym ostatecznie uciekł z transportu do Rzeszy. Ujrzymy tutaj nie tylko obraz tego, z czym dwójka uciekinierów musiała się spotkać po drodze, ale również to w jaki sposób wyglądało nastawienie oraz życie innych narodów (w tym między innymi obywateli Rzeszy) podczas II Wojny Światowej. Tak naprawdę w całym "Przybyszu" przewijają się wątki dotyczące zarówno Polaków, jak i Niemców, Ukrainców czy Rosjan. Można więc czytać między wierszami i domyślać się w jaki sposób w tamtych czasach wyglądały relacje pomiędzy poszczególnymi narodami.

Odniosłem wrażenie, że cała historia została jednak napisana nieco zbyt szybko i ze zbyt małymi szczegółami. Z drugiej strony warto pamiętać, że oparta jest ona na prawdziwych wydarzeniach, które niekoniecznie muszą być wyraźne w 2018 roku. W sumie lepiej więc skrócić takie dzieło, niż przelewać na papier wodę. Mimo więc tego, że coś mi tutaj nie chce się do końca zazębić, to staram się spojrzeć na to obiektywnie - to nie jest jakaś tam zwykła beletrystyka, którą można wymyślić od początku do końca i szczegółowo zaplanować. Nie jest też jej rolą bawić i sprawiać jak najwięcej radości, chociaż te elementy z pewnością zwiększają popularyzację historii.

Cały "Przybysz" to książka o tyle przyjemna, co pozostawiająca wiele do myślenia. Jej natura wydaje się być zakopana pod płaszczem skróconej historii ucieczki, która pozostawia jednak wiele niedopowiedzeń. Wystarczająco duża liczba spraw została przez Piotra Tymińskiego ukryta, zostawiając jednak najważniejszą część na widoku. Łatwo jest więc zmusić się do refleksji i ujrzeć podwójne dno opowieści ocalałego uciekiniera, który nie do końca zdając sobie sprawę z powagi sytuacji dotarł szczęśliwie do domu. Dobra lektura, która mimo czysto historycznego wydźwięku potrafi zainteresować i utrzymać przy sobie.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorowi, Panu Piotrowi Tymińskiemu!




piątek, 2 marca 2018

Podsumowanie luty 2018

Mówi się, że czas to pieniądz. Jeśli uznać to za prawdę, to zastanawiam czy, czy to ja jestem taki rozrzutny, czy po prostu ten czas się mnie w ogóle nie trzyma. :) Drugi miesiąc 2018 roku minął mi bowiem dosłownie jak z bicza strzelił. Wiem, że był krótszy niż reszta, no ale to z drugiej strony 2-3 dni różnicy w stosunku do takiego stycznia czy kwietnia! Luty nie rozpieszczał jednak pod względem pogody. Ostatnie były prawdziwym powrotem mrozów jak na to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni od paru lat, ale nie był to jednak powrót zimy. Ot, zimno, temperatura poniżej zera i tyle. A wszędzie chodniki i ziemia. No cóż... Jakoś trzeba było przeżyć, wszak kiedyś w Polsce temperatura rzędu dwudziestu stopni poniżej zera to była normalna, zimowa temperatura!

Z wyników czytelniczych minionego miesiąca jestem względnie zadowolony. Co prawda trafiła mi się straszna książka - "Zakon Achawy" - ale wyleczyłem ją pierwszym tomem "Ostatniego Imperium". Swoją drogą "Zakon Achawy" jest dopiero drugą w moim życiu książką, której nie byłem w stanie przeczytać do końca. Mało tego, podołałem jedynie 34 stronom, a i tak udało mi się stworzyć wręcz elaborat na temat wad. To chyba bardzo źle świadczy o tej pozycji. Reszta książek, które udało mi się przeczytać w lutym okazała się być jednak zdecydowanie warta czasu im poświęconego. Pod koniec miesiąca co prawda nieco zwolniłem z tempem, ale to akurat spowodowane zostało przez "Wszyscy moi ja", które czytało się dość długo ze względu na objętość (a raczej mały font) i trudniejszą tematykę. Nie sprzyjała ona lataniu wzrokiem po kartkach. :)

Jak wyglądają podstawowe statystyki lutego - możecie zobaczyć na poniższej infografice. Całkiem przyjemne liczby, zwłaszcza jak na nieco spowolnione tempo jednej z ostatnich książek. Oczywiście nie wliczam w ogóle nieszczęsnego "Zakonu Achawy", bo tych 34 stron to nawet nie ma co brać pod uwagę. Chociaż zajęły mi chyba z półtorej godziny. Dłużej zapisywałem co mi się nie podobało niż rzeczywiście czytałem.



Kontynuacja statystyk z kochanego Google Analytics! Prawda, że całkiem się różnią od tego, co widać w Bloggerze? Niestety sporo ruchu jest odsiewanego przez AdBlocki, ale niewiele na to poradzę. :) Ważne jednak, że na Facebooku mój fanpejdż przekroczył już liczbę dwustu osób, które go polubiły!



No, to teraz czas na kolejne dwie infografiki, które obiecałem wrzucać przy okazji wpisu podsumowującego styczeń 2018! Na pierwszy ogień idzie oczywiście wykres przeczytanych milimetrów. Tym razem już wygląda nieco lepiej, bo jest z czym porównywać poprzedni miesiąc. ;)



Jeśli chodzi o książki, które rozszerzyły moją domową biblioteczkę, to nie ma ich aż tylu, co w poprzednim miesiącu. Nie oznacza to jednak, że się mniej cieszę! Zdecydowanie mam co czytać, więc i tak kolejka robi się dość duża. Nie mam więc parcia na zdobywanie kolejnych tytułów, a to co wpłynęło, jest w zupełności wystarczające. :)



To tyle w kwestii obrazków - pora na bardziej standardowe metody przekazu, czyli klasyczną listę! Listę przeczytanych i opiniowanych przeze mnie książek. Do tego oczywiście doszło parę innych postów, w tym między innymi opinie o "Kształcie wody" oraz "Więźniu labiryntu. Lek na śmierć", ale to trochę inna bajka. Książki to są o tutaj:

1. "Rok szczura. Wędrowniczka" - O. Gromyko
2. "Górnicy PL" - K. Macios
3. "World of Warcraft: Fale ciemności" - A. Rosenberg
4. "Z mgły zrodzony" - B. Sanderson
5. "Wy wszyscy moi ja" - M. Brzeziński
6. "W blasku ognia" - Praca zbiorowa
7. "Przybysz" - Piotr Tymiński


Teraz natomiast dowiecie się, skąd pojawiło się najwięcej wejść na mojego bloga - oczywiście zgodnie ze statystykami Google Analytics! Najwięcej wejść "zapewnił" mi Łukasz z bloga Świat Fantasy - dzięki, chociaż wiem, nieświadomie i tak dalej. :D Największym zainteresowaniem cieszyła się opinia o książce "Wy wszyscy moi ja" Miłosza Brzezińskiego - tutaj jednak nie ma się czemu dziwić. Wszak sam autor udostępnił na swoim profilu Facebookowym link do mojego posta. ;)