Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stranger things. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stranger things. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2020

„Stranger Things. Ciemność nad miastem” – Adam Christopher

„Stranger Things. Cisza nad miastem” – Adam Christopher
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Adam Christopher
Tytuł: Stranger Things. Ciemność nad miastem
Wydawnictwo: Poradnia K
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Stron: 460
Data wydania: 3 lipca 2019

Z niecierpliwością czekam na czwarty sezon serialu „Stranger Things”, na który niestety sobie trochę poczekam. Początkowo premiera miała odbyć się jakoś na początku 2021 roku, jednak pandemia spowodowała zatrzymanie zdjęć, które rozpoczęły się w lutym 2020, a to z kolei oznacza przesunięcie wszystkiego w czasie. Do kiedy? To jest doskonałe pytanie, na które chyba jeszcze nikt nie zna odpowiedzi. W oczekiwaniu na kolejny sezon nadrabiam więc (dzięki uprzejmości Wydawnictwa Poradnia K) książki, które osadzone są w tym uniwersum. „Mroczne umysły” nie do końca mnie przekonały, chociaż jako książka młodzieżowa były całkiem niezłe. „Ciemność nad miastem” to już odrobinę inna liga – wciąż młodzieżowa, ale według mnie o niebo lepsza od poprzedniczki.

Nastka nie może wytrzymać nudnej atmosfery świąt z samym Hopperem pod dachem. Przybrany ojciec dziewczynki nigdy nie był najlepszy, jeśli chodzi o kontakty z innymi ludźmi, a zwłaszcza z dziećmi, jednak stara się jak tylko może. Do tego stopnia, że zgadza się opowiedzieć Nastce o swojej przeszłości w nowojorskiej policji, kiedy nastolatka wyciąga stare pudło z dokumentami i zdjęciami z tamtego okresu. Okazuje się, że Hopper skrywa niejedną tajemnicę, a największe piętno na jego psychice odcisnął nie Wietnam, w którym odsłużył dwie tury, ale właśnie jedna ze spraw, z którą miał styczność prawie na początku swojej detektywistycznej kariery…

„Włożył krew, pot i czasami, jak mu się zdawało, część zdrowia psychicznego w walkę na wojnie, która nie mogła się skończyć i która toczyła się bez żadnych zrozumiałych powodów. A tymczasem życie w pipidówce w Stanach uwięzło w czymś w rodzaju pętli czasu i po powrocie nie dostrzegł żadnych zmian. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek się zmieni, czy w ogóle może się zmienić?”

Tym razem, jak sam opis wskazuje, mamy do czynienia z historią Hoppera – doskonale nam znanego, twardego, trochę apodyktycznego i niezwykle ciężkiego w obyciu szeryfa, który pod twardą skorupą kryje człowieka wrażliwego i chętnego do pomocy. W jakiś sposób życie musiało go doświadczyć, że stał się taki, a nie inny i to właśnie między innymi wydarzenia z Nowego Jorku, z 1977 roku, mają w tym swój duży udział. Zdecydowana większość „Ciemności nad miastem” to właśnie ta wspomniana historia pewnego dochodzenia, które Hopper prowadził w związku z serią morderstw na terenie miasta, które nigdy nie śpi. Przeplatane jest wstawkami z samą Nastką, zadającą pytania i dociekającą prawdziwej natury tych wydarzeń.

Tak po prawdzie Adam Christopher zaserwował coś w rodzaju kryminału lub thrillera osadzonego w Uniwersum „Stranger Things”. Jeśli mam być szczery, to nie za bardzo widzę jakikolwiek bardziej poważny związek pomiędzy samymi wydarzeniami w serialu a opisaną historią. Wygląda to bardziej na próbę popłynięcia na fali świetnego i głośnego serialu przy jednoczesnym spełnieniu swoich pisarskich marzeń: wydania kryminału. Oczywiście w pewnym sensie to dochodzenie tłumaczy nam, dlaczego szeryf z Hawkins był takim człowiekiem, jakim go poznaliśmy, ale też nie do końca – już w 1977 roku miał wiele cech, które znamy z serialu. Był uparty, łatwo wybuchał gniewem i ogólnie można go było opisać jako chłodnego oraz trudnego w obyciu. Wygląda na to, że prowadzone dochodzenie po prostu utwardziło jego charakter i zabetonowało te cechy, które pozwoliły mu je przeżyć.

„Bo strach stanowi klucz. Jeśli ludzie się boją, możesz nad nimi panować”.

Jeśli jednak wytniemy na chwilę sam związek ze „Stranger Things” i skupimy się jedynie na samej zawartości, jako zwykłej książce, to jak na pozycję przeznaczoną dla młodzieży jest to naprawdę kawał fajnego kryminału. Można powiedzieć, że to taki typowy slow action – cała akcja rozwija się powoli, ale jest na tyle zawiła i tajemnicza, że przykuwa uwagę. W tle przewija się mnóstwo sekretów, na pierwszy rzut oka niespójnych ze sobą poszlak, jak również ulubione przez amerykańskich policjantów Federalne Biuro Śledcze. Jeśli jest FBI, to musi być naprawdę coś bardzo grubego. No i faktycznie Hopper ze swoją partnerką – Delgado – tonie w niezbyt przyjemnej sprawie, w której nie powinni nawet moczyć stóp. Historia może usatysfakcjonować nie tylko młodzież, dla której książka ta jest przeznaczona, ale również dorosłego czytelnika.

Może i trochę boli ten brak bezpośredniego powiązania (czy nawet pośredniego lub choćby cienia wpływu) pomiędzy Hopperem ze „Stranger Things” a nowojorskim detektywem z 1977 roku, ale z drugiej strony nikt nie powiedział, że musi ono być. „Ciemność nad miastem” jest fajnym, prostym, choć mimo wszystko ciekawym i wciągającym kryminałem, pokazującym przeszłość stróża prawa z Hawkins. Jako fan „Stranger Things” nie jestem ani usatysfakcjonowany, ani zawiedziony. Jako czytelnik jestem wystarczająco ukontentowany. Mogę śmiało polecić jako niewymagającą, ale pozostawiającą przyjemny posmak przekąskę pomiędzy bardziej ambitnymi lekturami.

Łączna ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania dziękuję




poniedziałek, 6 lipca 2020

„Stranger Things. Mroczne umysły” – Gwenda Bond


„Stranger Things. Mroczne umysły” – Gwenda Bond
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Gwenda Bond
Tytuł: Stranger Things. Mroczne umysły
Wydawnictwo: Poradnia K
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Stron: 362
Data wydania: 24 kwietnia 2019


„Stranger Things” to jeden z moich ulubionych seriali! Nie pamiętam już dokładnie, czy zacząłem go oglądać wtedy, kiedy wyszedł, czy dobrałem się do niego nieco później (skłaniam się ku tej drugiej opcji), jednak jak już zacząłem, to pochłonął mnie bez końca! Nie jestem jeszcze na etapie sięgania po wszystkie możliwe materiały, które się pojawiają w popkulturze i są związane z serialem, ale jedną książkę już przeczytałem – „Wszyscy mówią na mnie Max”. Nie była to może w mojej opinii najlepsza powieść, jaka istnieje, ale na pewno dała mi trochę radochy z poznania jednej z bohaterek z nieco innej strony. „Mroczne umysły” to jedna z tych „oficjalnych” powieści, można powiedzieć „kanonicznych”, więc tym bardziej musiałem po nią sięgnąć!

Rok 1969 to nie tylko rok, w którym amerykańskie wojska cały czas stacjonowały w Wietnamie, walcząc z siłami Wietkongu, ale również przełomowy rok dla Terry Ives. Wtedy dostaje się do tajnego programu badań prowadzonych w Hawkins przez doktora Brennera. Choć są to lata, w których takie rzeczy jak kwas prawie leżą na ulicach, to jednak Terry wraz z nowo poznanymi znajomymi dostaje jeszcze lepszy towar w rządowym laboratorium. Wszystko byłoby w miarę normalne – w końcu to tajne badania, tajne laboratorium no i oczywiście sprawa rządowa – gdyby nie obecność na terenie ośrodka młodej, pięcioletniej dziewczynki o imieniu Kali.


„Nikt nie powinien czuć się winny dlatego, że żyje. Że jest szczęśliwy. Że ma chwile, gdy może udawać, iż wszystko, co wredne na tym świecie, nie spotyka akurat jego”.

Książka opisywana jest jako historia Jedenastki oraz przede wszystkim jej matki – ma na celu przedstawienie widzom serialu wydarzeń, które nie były pokazane na ekranie. Właśnie dla takich smaczków sięga się po powieści będące niejako rozszerzeniem stworzonego uniwersum, chociaż nie zawsze wychodzi to doskonale. Parę potknięć w „Mrocznych umysłach” widzę, jednak trzeba mieć na uwadze, że jest to pozycja przeznaczona raczej dla młodzieży niż dorosłego czytelnika. Widać to zarówno po języku, jak i masie uproszczeń w całej książce. Chętnie bym zobaczył bardziej… twardą wersję, bo z opisanych wydarzeń można zrobić świetny horror. Kłóciłby się on jednak z koncepcją „Stranger Things”, chociaż może kiedyś…

Na pewno historia przedstawiona przez Gwendę Bond jest spójna, zwłaszcza z serialem. Na tyle, o ile mi się udało pododawać i poodejmować lata, wszystko się doskonale zgadza. Zarówno postacie, które spotykamy zarówno w książce, jak i serialu, a także przyszłe wydarzenia. Autorka rzetelnie przygotowała się do osadzenia swoich własnych bohaterów w świecie, który ma już swoje daty, postacie i charakterystykę. To jest bardzo spoko i zdecydowanie na plus, bo mega istotne jest, aby się nie rozjechać z tym, co już zostało stworzone. Chociaż skoro jest to element oficjalnego świata Stranger Things, to jakże by mogło być inaczej?

Jak już wspomniałem, zarówno styl pisarski Gwendy Bond, jak i sposób przedstawienia wydarzeń jasno pokazuje, że jest to raczej powieść dla młodzieży. Bardzo uproszczona, w wielu miejscach wręcz aż za bardzo – aż do granic naiwności. Trudno jest co prawda znaleźć w niej jakieś drastyczne dziury logiczne, jednak do niektórych spraw można się przyczepić. Są aż zbyt nieprawdopodobne i naciągane (i nie chodzi tu wcale o otoczkę fantastyczną związaną z laboratorium w Hawkins). Czasem miałem wrażenie, że autorka tak nie do końca ma plan na całą książkę i pisze ją dla samego pisania – ma mniej więcej rozpisane kamienie milowe, wie jak przeskoczyć z punktu do punktu, ale nie ma pojęcia czym wypełnić przestrzenie pomiędzy nimi. Nie przeszkadzało to jakoś mocno w samej lekturze – ot, po prostu wyszła z tego lekkie czytadło, które nie zmusza do myślenia, tylko czytania. Na dodatek bardzo szybkiego czytania, bo lekturę pochłania się błyskawicznie.

„Rozwiązywanie problemów jest proste, gdy ma się dostęp do odpowiednich narzędzi”.

Nie spodziewajcie się jakichś niesamowitych tajemnic odkrytych w tej powieści. Historia Jedenastki oraz jej matki jest do bólu prosta, choć dzięki temu jeszcze bardziej pasuje do klimatu „Stranger Things”. Na samym początku, kiedy mniej więcej się już zorientowałem, w którą stronę to wszystko się potoczy, nie byłem przekonany do takiego ruchu. Rozumiecie, spodziewałem się czegoś wow! Historii, która może spowodować opad szczęki. Jednak już pod koniec przekonałem się, że tak jest w sumie lepiej. Odpowiednia dawka tajemniczości i paranormalności została zaordynowana, ale w gruncie rzeczy nie ma tu niczego niesamowitego – a z prostych ludzi potrafią wyrosnąć geniusze. Proste historie natomiast prowadzą często do najciekawszych przygód.

Jak widzicie, nie jestem lekturą ani zachwycony, ani rozczarowany. Nie nazwałbym „Mrocznych umysłów” absolutnym „must read” dla fanów serialu, jednak nie stawiam też kreski na tej pozycji. Jest w niektórych aspektach doskonale przemyślana, w innych widać duże braki, jednak podsumowując, jest to ciekawa lektura. Lekka, niezbyt wymagająca, rozszerzająca mimo wszystko uniwersum i pozwalająca spojrzeć na niezwykłe postacie przez pryzmat przeciętności. Miałem większe oczekiwania, ale rozczarowany nie jestem ani trochę. To chyba po prostu taki już los książek z tego uniwersum – przeznaczone są dla konkretnej grupy osób i trzeba po prostu się przyzwyczaić, że będą wyglądały nieco inaczej.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




piątek, 26 lipca 2019

„Wszyscy mówią na mnie Max” – Brenna Yovanoff

„Wszyscy mówią na mnie Max” – Brenna Yovanoff okładka
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brenna Yovanoff
Tytuł: Wszyscy mówią na mnie Max
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Stron: 280
Data wydania: 17 lipca 2019


„Stranger things” to serial, którego niedługo nie trzeba będzie nikomu przedstawiać. Powoli zaczyna pojawiać się na absolutnie każdym portalu, w wielu dyskusjach, a nawet przy piwie czy kawie. Niedawno, bo na początku lipca, premierę miał trzeci sezon, w który twórcy włożyli naprawdę ogromną ilość pieniędzy, co widać po rozmachu, z jakim został nakręcony. Nic więc dziwnego, że wokół uniwersum (bo chyba już możemy użyć tego słowa) zaczynają skupiać się różni twórcy, którzy chcą dorzucić coś od siebie. Czy to jako czyste fan fiction, czy też w porozumieniu z Netflixem jako rozszerzenie świata. „Wszyscy mówią na mnie Max” należy do tej drugiej kategorii i przybliża postać Max, która pojawiła się w drugim sezonie serialu. Jak można było się oprzeć takiej pokusie? Nie żałuję podjętej decyzji, chociaż mogłoby być odrobinę lepiej.

Do małego Hawkins Max trafia jednocześnie samotna i wcale nie taka sama. Jej rodziną jest ojczym, nieprzyjemny w obyciu ojczym, zastraszona matka oraz brat – Billy – którego zachowania nie da się przewidzieć. Do Gimnazjum trafia jako całkiem obca osoba, więc dość szybko akceptuje próby nawiązania kontaktu przez paczkę nerdów, choć nie bez prób pokazania jak bardzo nimi gardzi. Nie do końca jednak zdaje sobie sprawę z tego, w co się wpakuje stając się częścią grupy przyjaciół i wcale nie chodzi tylko o gniew jej brata. To, co dzieje się w Hawkins znane jest tylko nielicznym osobom i wcale im się to nie podoba. Maxine dopiero przekona się, z czym zmierzyć się muszą dzieci...

Cała książka opowiada o wydarzeniach z drugiego sezonu serialu „Stranger Things”, jednak ukazanych z perspektywy Max – nowej dziewczyny w mieście, która od samego początku dała się we znaki ekipie chłopaków bijąc ich w ich ulubioną grę. Co ciekawe, mimo tego, że o pierwszym sezonie niewiele zostało w książce wspomniane, to nie przeszkadza brak znajomości wydarzeń. A w każdym razie tak się może wydawać – „Wszyscy mówią na mnie Max” jest to bowiem głównie skupianie się na postaci nieco tajemniczej Max, której pojawianie się w serialu jest nie do końca jasne. Za to jak się okazuje, dość sprytnie wplecione. Tutaj możemy dowiedzieć się co przeżywała, jaka jest tak naprawdę jej historia i przede wszystkim jakie wydarzenia sprowadziły ją oraz jej rodzinę (z bratem Billym na czele) do Hawkins.

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, w czasie przeszłym – można odnieść wrażenie, że czyta się pamiętnik stworzony przez Maxine. Fajny zabieg, urozmaicający mocno lekturę, zwłaszcza że przeznaczona jest dla młodzieży. Dorośli jednak z pewnością też docenią taki a ni inny wybór narracji przez autorkę. Brenna Yovanoff w tym przypadku świetnie odtworzyła (czy też lepiej napisać zasymulowała) wspomnienia spisywane przez nastolatkę, tworząc z tego prostą, ale ciekawą kompozycję. Niestety prowadzi to za sobą też nieco mniej ciekawy efekt, czyli przejście przez fabułę sezonu w sposób zbyt szybki i zbyt gwałtowny. Mnóstwo wydarzeń zostało pominiętych, a te które się pojawiły, zostały potraktowane po macoszemu. 

Niestety potrafi to irytować, zwłaszcza kiedy dostaje się przedsmak najlepszych scen z serialu, które są nagle urywane bez większych wyjaśnień. No, względnie po doskonałym przedsmaku otrzymuje się samo zakończenie, wynik końcowy, jakby tylko jego podanie się liczyło. Piszę to nie tylko z perspektywy osoby, która oglądała „Stranger Things”, ale również z perspektywy przeciętnego czytelnika – najzwyczajniej w świecie autorce kompletnie nie wyszło wymieszanie historii Max z tym, co wydarzyło się w Hawkins po przyjeździe nastolatki do miasteczka. Cała fabuła prowadzona jest w sposób sztuczny i nieumiejętny, więc tak naprawdę lepiej chyba, gdyby jej nie było. Gdyby to było jedynie przybliżenie postaci Max. Bowiem to akurat wyszło bardzo fajnie. Zwłaszcza wątki związane z relacjami pomiędzy nią a Billym, który stał się jej przyszywanym bratem. Wspólna przeszłość, nie zawsze usłana różami została przedstawiona bardzo żywo. 

W ogólnym rozrachunku jest to powieść bardzo lekka oraz niewymagająca wcześniejszego przygotowania (ani znajomości serialu). Pozwala spojrzeć z nieco innej strony na postać Max (można mieć wątpliwości co do samego obrazu Maxine, ale ciężko się kłócić z faktem, że rzeczywiście dokładnie tak mogłoby to wyglądać) i to jest najlepsza część „Wszyscy mówią na mnie Max”. Ta o wiele gorsza to główne wydarzenia w Hawkins, połączone z Willem oraz jego paczką. Jeśli nie będziecie nastawiać się na „Stranger Things” na papierze, to możecie sięgnąć po ten tytuł – jest prostym, ale ciekawym uzupełnieniem. Jeśli jednak jesteście ogromnymi fanami serialu i chcecie się skupić na „mięsie”, to lojalnie ostrzegam, że to nie jest to czego szukacie. Wszystko zależy od tego, na co się nastawiacie i czy macie ochotę na mega ambitną literaturę, czy prostą lekturę na leniwy, deszczowy wieczór.

Łączna ocena: 6/10



Za możliwość przeczytania dziękuję