wtorek, 12 lutego 2019

[PREMIERA] „Nomen omen” – Marta Kisiel

„Nomen omen” – Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Nomen omen
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 336
Data wydania: 13 lutego 2019


Dzięki Wydawnictwu Uroboros miałem przyjemność poznać twórczość Marty Kisiel, która to błyskawicznie przypadła mi do gustu - niemal od pierwszych stron pierwszej książki. Co ciekawe swoją przygodę z aŁtorką zacząłem od książki o wiele mówiącym tytule „Toń”, która okazuje się być nieco inną niż przeciętna, referencyjna książka Marty Kisiel. Jak się okazuje, doskonale mnie ona przygotowała do „Nomen omen”, nawet pomimo tego, że stylem znacznie od siebie odbiegają. Każdy jednak kto przeczyta obie te pozycje, dostrzeże parę… podobieństw i wspólnych cech. W końcu nie bez powodu „Kiślowersum” kończy się „-sum”. :) 

Salomea Przygoda, dziewczę nieprzeciętnego wzrostu i takiego samego pecha, kiedyś musi zakończyć życie w ciepłym domu rodzinnym. No, może pewną przesadą może być nazwanie „ciepłym domem rodzinnym” domostwo zawierające dziecinnego ojca, niegrzeszącego inteligencją brata Niedasia i matkę, której głównym celem życiowym jest uwolnienie „rozbuchanego erotyzmu” własnej córki, no ale jest to dom. O niebo jednak lepszy (a na pewno bardziej normalny) niż lokum przy Lipowej pięć we Wrocławiu, gdzie Salka trafia w poszukiwaniu lepszego życia. Papuga o imieniu Roy Kane, która staje się jej współlokatorem, powinna być pierwszym znakiem, że z normalnością jej życie nie będzie miało nic wspólnego przez bardzo długi czas…

„– Czy pani naprawdę nie ma serca?– Ponoć nie. Przede wszystkim mam rozum”.

Szybko sobie przypomniałem co reprezentuje Marta Kisiel – wysoką jakość zapakowaną w niezwykle interesujący styl. Pamiętam, że kiedy sięgnąłem po „Toń”, w oczy na dzień dobry rzuciło mi się bogactwo słownictwa, którym operuje autorka. Pisząc bogactwo mam na myśli nie tylko dużą różnorodność słów, ale również umiejętne posługiwanie się nimi, dzięki czemu czytelnikowi może się wydawać, że pojawia się ich więcej, nawet jeśli są to w dużej mierze odmiany tych samych słów i ogrom synonimów. Wydawać by się mogło, że zabiegi polegające na zdrabnianiu słów, wykorzystywaniu wielu epitetów oraz metafor niekoniecznie wpłyną w tak ogromnym stopniu na jakość, ale jednak proza Marty Kisiel udowadnia, że jest inaczej. A „Nomen omen” jest tego najlepszym przykładem.

To, co mnie najbardziej urzekło w powieści to przepiękne wręcz wplecenie World of Warcraft w fabułę. Ja jako fan tej gry, który spędził lwią część liceum na graniu, jestem po prostu zachwycony połączeniem, jakie stworzyła Marta Kisiel, bo wiem, że może to być zabawne dla osób, które w WoWa nigdy nie grały. Autorka wybrała niemalże najbardziej charakterystyczne zwroty, które mogły paść z ust graczy (choć czasem przepuszczonych przez bardzo krzywe zwierciadło) i już wiem, jak mogłem brzmieć dla osób postronnych podczas rozmów z kumplami. Co prawda „za moich czasów” były nieco inne instancje rozgrywane oraz nie używało się kilku współczesnych kalk językowych pochodzących z języka angielskiego, ale cóż… Efekt tak niepozornej rzeczy sprawił na mnie mega pozytywne wrażenie. :) 

„– Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu – westchnął ciężko Niedaś i poczłapał za panią Jagą w stronę przystanku”.

„Nomen omen” wydaje się być w wielu miejscach wręcz ociekający naiwnością, ale jest to ta naiwność, która rozczula, a nie denerwuje. Zwłaszcza, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę z tego, w jakim stylu pisze Marta Kisiel i co jej książki sobą reprezentują. Ta powieść idealnie wpasowuje się w schemat lekkiej książki fantastycznej, osadzonej w nie do końca normalnych realiach, którymi rządzą nie do końca normalne i nie do końca „fantastyczne” zasady. Chyba właśnie dlatego lubię książki tej autorki – nie są wymagające, za to zdecydowanie można je nazwać wciągającymi, chociaż nie pozostawiają po sobie aż tak głębokiego śladu. Historie nie są powalające, jednak wystarczająco dobrze skrojone, żeby czytało się z ogromną przyjemnością. W „Nomen omen” na pewno fani świetnie stworzonych postaci będą zadowoleni, bo każdy z bohaterów prowadzony jest konsekwentnie, a do tego na tyle wyraziście, że szybko można zapałać miłością lub nienawiścią do tej albo innej osoby.

Polecam i to zdecydowanie. Na odstresowanie, odcięcie się od szarej rzeczywistości, na poprawę humoru, na spotkanie z czymś niesamowicie pozytywnym i zakręconym. Im więcej książek Marty Kisiel czytam, tym większą mam ochotę na kolejne tytuły. Prostota, humor oraz bardzo lekkostrawna odmiana fantastyki wykorzystana w jej powieściach czynią po prostu cuda. Nie szukajcie w „Nomen omen” lektury górnolotnej i nie oczekujcie powalenia Was na kolana, ale spodziewajcie się dużej dawki endorfin wydzielonych w trakcie czytania. Być może wcale nie takim głupim pomysłem byłoby podsuwać książki Marty Kisiel osobom z dołem emocjonalnym – przy niektórych sytuacjach oraz dialogach mało kto nie parsknąłby śmiechem, lub chociaż uniósł kąciki ust w namiastce uśmiechu.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


0 komentarze:

Publikowanie komentarza