czwartek, 21 listopada 2019

„Powódź” – Paweł Fleszar

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Paweł Fleszar
Tytuł: Powódź
Wydawnictwo: Księży Młyn Dom Wydawniczy
Stron: 212
Data wydania: 24 października 2019


Ostatnio dałem sobie sprawę, że wśród polskich autorów, którzy znajdują się w mojej biblioteczce, prym wiodą mniej znani, często debiutujący pisarze. Mam pewną słabość do debiutantów, co zapewne widać w moich ocenach oraz opiniach. Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy jakoś zaczyna i że nie od razu Rzym zbudowano – nawet większe potknięcia jestem w stanie „wybaczyć”, jeśli pojawią się w pierwszej książce danego autora. „Powódź” co prawda nie jest pisarskim debiutem Pawła Fleszara, jednak jest pierwszą jego powieścią wydaną na papierze. „Wyśnionej jedenastki” nie skończyłem tylko ze względu na paskudne rozjazdy w pliku pdf na czytniku, które nijak nie szło sformatować. Tym razem jednak miałem do czynienia z tradycyjnym wydaniem, po które chętnie sięgnąłem głównie ze względu na świetne opisy pięknego Krakowa, które pamiętam z poprzedniej książki. Okazało się całkiem przyjemne, choć nie jest pozbawione wad.

Nie każdy zawodowy żołnierz musi być niezniszczalnym komandosem, który BUD/S zjada na śniadanie. Kris należy raczej do tego typu, który robi swoje, ale nie wychodzi mu to zbyt dobrze – zdecydowanie nie zostałby strzelcem wyborowym ani nie wygrałby maratonu. Może jednak zostać bohaterem w inny sposób, starając się dowiedzieć czemu jego przyjaciel, Jakub, postanowił nagle zakończyć ze swoim życiem i skoczyć z wieżowca zostawiając po sobie intrygujące zdjęcie młodej dziewczyny. Życie to jednak nie jest film kryminalny, więc jego prywatne śledztwo niekoniecznie jest prowadzone w sposób uporządkowany i profesjonalny, a błędy prowadzą często do dość niebezpiecznych, ale i zabawnych sytuacji.

Autor wykorzystał dość ciekawy zabieg – niby nic nowego i powalającego, ale dodaje pikanterii i rozbudza ciekawość podczas lektury. Mianowicie rozdziały są tak naprawdę przedstawieniem kolejnych dni, podczas których mają miejsce opisywane wydarzenia. Każdy dzień natomiast rozpoczyna się kartką z kalendarza wdrukowaną jako strona oraz nagłówkami i kilkoma artykułami (lub ich fragmentami) z okolicznych gazet lub portali internetowych. Rzecz jasna artykuły te zawierają sporo wskazówek, w jaką stronę będzie szła akcja książki. Nie jest to być może bardzo oryginalny zabieg, ale muszę przyznać, że robi swoją robotę świetnie. Zwłaszcza na samym początku, kiedy dostajemy na pierwszych stronach trzy różne tropy, które wydają się wykluczać nawzajem.

Tak jak myślałem na samym początku, kiedy sięgałem po „Powódź”, całość jest zdecydowanie zbyt krótka. Nie chodzi o to, że historia tak wspaniała, że aż szkoda ją kończyć, ale o bardziej przyziemne sprawy. Część wydarzeń aż się prosi o nieco bardziej rozbudowane opisy – zwłaszcza te dotyczące „przełomów” w prywatnym śledztwie Krisa, czy też zapoznania nowych postaci. Niestety w tej formie, w jakiej zostały stworzone, wydają się grubymi nićmi szyte. Zdecydowanie zbyt mało wyjaśnień, a do tego część opisów również mogłoby nieco bardziej szczegółowo objaśniać, co się dzieje. Zwłaszcza te momenty, w których następuje konkretna akcja, taka jak przeszukanie, pościg, ucieczka i inne tego typu, dynamiczne akcje. Trochę brakowało mi rozpisania się autora na te tematy i odczuwałem odrobinę chaosu w całej książce. Wydaje mi się, że gdyby rozszerzyć wspomniane elementy, to książka na spokojnie przekroczyłaby 300 stron.

– Obraziła się?
– Zapewne, ale oni nazywają to fochem – uciął policjant. – Przeżywam coś takiego częściej niż deszcz w tym tygodniu. I tak jak z deszczem, trzeba przeczekać. Za to ciebie mogę zjebać od ręki”.

Natomiast ciężko cokolwiek „Powodzi” zarzucić pod względem samego języka. Paweł Fleszar od wielu lat jest dziennikarzem, więc można zakładać, że potrafi się posługiwać słowem pisanym. Jego książka udowadnia to – czyta się ją z przyjemnością, trudno się doczepić do dziwnie brzmiących konstrukcji, a do tego słownictwo jest wystarczająco bogate. Również dialogi są bardzo przyjemnie stworzone, a te często stanowią duże wyzwanie dla początkujących autorów (co prawda Paweł Fleszar ma już na swoim koncie powieść, ale jednak „Powódź” jest jego pierwszą książką wydaną na papierze). Skoro już przy przyjemnościach jesteśmy, to mamy też humor! Często ciężki lub po prostu czarny, ale jest! Taki zresztą najbardziej lubię. Na szczęście autor nie próbował kombinować na siłę, tylko okrasił swoją powieść niewielką, dobrze rozłożoną szczyptą tego humoru.

Jako osobie zawodowo związana z branżą IT nie umknęło parę błędów merytorycznych związanych właśnie z ogólnie pojętą technologią. Na całe szczęście było ich bardzo niewiele, a najbardziej rzuca się w oczy „numer IP” (jest to adres, nie numer, niby mała różnica, ale w branży diametralna). Mimo to szanuję za wrzucenie nieco tego naszego nielubianego przez przeciętną osobę świata i to z bardzo dobrym rezultatem, jeśli wziąć pod uwagę całokształt. Nie spodziewajcie się bardzo zaawansowanych tematów, ale parę smaczków na pewno znajdziecie. Zwłaszcza, że bardziej techniczne tematy zostały zgrabnie wplecione w fabułę – mają ogólnie sens i nadają nieco nowoczesnej nuty całej powieści. A to niestety nie jest jeszcze regułą we współczesnych książkach.

W ogólnym rozrachunku jest to naprawdę przyjemna książka, która ma kilka ciekawych plot twistów, jednak nie jest niestety pozbawiona wad. Zdecydowanie zbyt pobieżnie zostały potraktowane niektóre wątki, niezbyt szczegółowo opisane i widać te niedociągnięcia niestety gołym okiem. Na plus zasługuje humor i stworzenie nie do końca bohaterskiej postaci, która jednak ma swoje pobudki do czegoś, co można nazwać szlachetnym (choć głupim) czynem. Brakuje mi większej ilości opisów Krakowa, który sam w sobie jest urokliwy, a autor już w „Wyśnionej jedenastce” pokazał, że potrafi jego piękno przelać na słowo pisane. Jeśli Paweł Fleszar upora się ze zbyt lekkim podejściem do opisów rozwoju wydarzeń, to jego następna książka może okazać się bardzo ciekawą propozycją.

Łączna ocena: 6/10


0 komentarze:

Publikowanie komentarza