Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Jóźwiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Jóźwiak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 grudnia 2018

„Alita: Battle Angel. Miasto Złomu” - Pat Cadigan

„Alita: Battle Angel. Miasto Złomu” - Pat Cadigan
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Pat Cadigan
Tytuł: Alita: Battle Angel. Miasto Złomu
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Stron: 352
Data wydania: 12 grudnia 2018


Już w lutym 2019 roku swoją premierę będzie miał film o tytule „Alita: Battle Angel”. Oparty jest o mangę o takiej samej nazwie, która w Japonii znana jest jako Gunnm. „Alita: Battle Angel. Miasto Złomu” to prequel wydarzeń, które fani mangi znają, a które chętni na wyjście do kina dopiero poznają. Ostatnio nie jest niczym nowym tworzenie prequeli zbliżających się (lub już wydanych) filmów czy też gier („Mass Effect: Andromeda” czy też „World of Warcraft: Cisza przed burzą”) i wychodzi to za każdym razem w inny sposób. Czasem dobry, czasem zły – wiele zależy od tego, na jakim poziomie stoi dzieło, w oparciu o które powstaje książka. Sam wspomnianej już mangi nie czytałem, chociaż trailery przed seansem któregoś z filmów, na których byłem, zaciekawiły mnie. Książkowa wersja może trochę mniej, ale na pewno pokazał mniej więcej z jakim światem miałbym do czynienia.

Kiedyś latających miast było więcej – obecnie przetrwało jedynie Zalem. U jego stóp wyrosła ogromna metropolia, karmiąca się tym, co wyrzucą mieszkańcy podniebnej enklawy, w pełni zależnej od dostaw z Miasta Złomu. Jedyna droga na ziemię prowadzi przez sam środek najbrzydszej betonowej dżungli, jaka kiedykolwiek powstała. Wśród resztek złomu mieszka Dyson Ido – cyberchirurg, który pomaga nawet najbiedniejszym cyborgom w odzyskaniu sprawności. Pracował kiedyś dla Vectora, który rządzi tą częścią ocalałego globu, jednak odkąd jego rodzinę spotkała kolejna, tym razem już całkiem nieodwracalna tragedia, skupił się swoim podwójnym życiu, w którym nie ma miejsca na zawodników motorballa. Jednak Miasto Złomu nigdy nie śpi i nigdy nie wybacza.

Jak już wspomniałem na samym wstępie, nie miałem okazji czytać mangi, na podstawie której powstaje film. Niestety wpływa to oczywiście na mój odbiór książki – chociaż ciężko stwierdzić czy jest to wpływ dobry czy też nie. Ciężko mi ocenić w jaki sposób świat przedstawiony w „Alita: Battle Angel. Miasto Złomu” pokrywa się z tym, który został stworzony przez Yukito Kishiro. Na pewno jednak mogę przedstawić opinię osoby, która właśnie z Miastem Złomu oraz Zalemem nie miała nigdy nic wspólnego, więc patrzy na tę książkę po prostu jako na pewną historię z konkretnym światem, który rządzi się takimi, a nie innymi prawami oraz ma takich, a nie innych bohaterów. Na pewno „Alita” zachęciła mnie na tyle, żebym obejrzał film, chociaż jeszcze bardziej chciałbym się zapoznać z oryginalną historią z mangi.

„Od kiedy doktorek został sam, nie miało znaczenia, co mu podnosiło ciśnienie, bo i tak miał za niskie, żeby sikać pod wiatr”.

Historia przedstawia Miasto Złomu z perspektywy kilku osób. Vectora, który jest osobą niezwykle wpływową, czymś w rodzaju nieoficjalnego władcy. Dysona Ido, cyberchirurga pomagającego najbiedniejszym mieszkańcom. Chiren, która była żoną Dysona Ido, a teraz pracuje z paladynami biorącymi udział w zawodach motorballu. Główną stawkę zamyka Hugo, nastolatek zarabiający na życie nie do końca legalnymi metodami. Kilka punktów widzenia opisanych w książce, która ma raptem trzysta pięćdziesiąt stron to o wiele za dużo i można to odczuć. Mnóstwo potencjalnie ciekawych aspektów zostało pominiętych, a po lekturze odczuwa się spory niedosyt. Próba prowadzenia równoległej narracji była oczywiście próbą dobrą – można było się dowiedzieć w jaki sposób funkcjonuje świat z niemalże każdej możliwej strony, ale niestety aby wyszło to dobrze, wymagałoby to o wiele większej objętości powieści. 

Oprócz tego „Alita: Battle Angel. Miasto Złomu” to książka naprawdę przyjemna, chociaż zdecydowanie bardziej rozrywkowa niż ambitna. Napisana jest lekkim stylem, więc czyta się ją błyskawicznie i z przyjemnością. Nawet mimo szarpania wątków, to przejścia pomiędzy nimi są płynne – ciężko w tym przypadku zarzucić cokolwiek autorce. Jakby nie patrzył nie otrzymałaby tych wszystkich nagród kompletnie za nic. Postacie opisywane przez PAt Cadigan zdecydowanie są dopracowane. Podczas lektury byłem sobie w stanie wyobrazić nie tylko ich zachowanie, ale również przypisać aktorów, którzy w mojej opinii najlepiej pasowaliby do danej roli. Zwłaszcza żona Dysona Ido jest postacią wyrazistą i konkretną, prowadzoną konsekwentnie (widać to nawet mimo tego, że nie pojawią się w książce bardzo często).

Nie jest to może najbardziej wybitne dzieło, zdecydowanie typowo rozrywkowe (chociaż i tutaj trochę pozostawia do życzenia), ale jako przedsmak tego, czego można się spodziewać w filmie (oraz mam nadzieję mandze) jest naprawdę bardzo w porządku. Mam tylko nadzieję, że nie odbiega zbyt mocno od tego, co zostało stworzone przez Yukito Kishiro – byłoby to co prawda niezbyt zaskakujące, ale jednocześnie smutne, gdyby Pat Cadigan stworzyła coś całkowicie swojego. Szkoda, że równolegle prowadzone wątki nie zostały bardziej rozwinięte, ale z drugiej strony powieść nie pokazuje wszystkiego, dzięki czemu stanowi jedynie przystawkę podaną przed głównym daniem. Miejmy więc nadzieję, że film wyjdzie dobrze i nie zostanie zmieszany z błotem przez fanów mangi – przekonamy się jednak o tym dopiero za parę miesięcy.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


środa, 5 września 2018

[PREMIERA] „Zgadnij kto” – Chris McGeorge

„Zgadnij kto” – Chris McGeorge
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Chris McGeorge
Tytuł: Zgadnij kto
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Stron: 416
Data wydania: 5 września 2018


Czym są Escape Roomy chyba nie trzeba tłumaczyć – a na pewno nie bardzo szczegółowo. Na rynku pojawia się coraz więcej firm świadczących tego typu usługi, z których korzysta coraz więcej osób. To świetny sposób na spędzenie czasu z przyjaciółmi i wytężenie swojego umysłu próbując wydostać się z zamkniętego pomieszczenia. Aż dziwne, że „Zgadnij kto” jest pierwszą książką wykorzystującą Escape Room jako główny motyw, o której słyszałem. Zapewne pojawiły się już takie pomysły, jednak to właśnie książka Chrisa McGeorge’a jest tą, którą miałem okazję przeczytać jako pierwszą. Pomysł jest niebanalny, z ogromnym potencjałem (416 stron poświęconych dla kilku osób w jednym pomieszczeniu), więc miałem spore oczekiwania. Co prawda nie zostały one spełnione, jednak mimo wszystko nie czuję się zawiedziony.

Morgan Sheppard ma wspaniałe życie – a w każdym razie tak to wygląda dla wszystkich jego fanów. Prowadzi jeden z najpopularniejszych programów telewizji porannej wsadzając swój nos w prywatne życie innych ludzi. Jego fani uważają go za wspaniałego detektywa, który jest w stanie rozwikłać każdą zagadkę. Kiedy jednak zostaje zamknięty w pomieszczeniu razem z kilkoma innymi osobami i dostaje zadanie odkrycia która z nich jest mordercą, sprawy się nieco komplikują. Nikt na nim nie wywiera presji, ma w końcu jedynie trzy godziny na rozwikłanie zagadki, zanim stanie się coś strasznego. Być może jednak to demony z jego przeszłości okażą się o wiele bardziej przerażające…

Kiedy widzę lub słyszę o książce, której akcja dzieje się w obrębie jednego pomieszczenia, od razu na myśl przychodzi mi „Misery„ Stephena Kinga. Mistrz Grozy udowodnił tą powieścią, że da się napisać książkę, której cała akcja opiera się tylko na dwóch osobach i jednym pokoju. Mając cały czas obraz „Misery” przed oczami, siłą rzeczy patrzyłem na „Zgadnij kto” przez pryzmat powieści Kinga. Przez to opisywana powieść nie wypadła doskonale, a jedynie dobrze. Niestety nie potrafiłem się aż tak mocno wczuć w klimat historii i wydarzeń, które tak naprawdę ograniczone były do niewielkiego wachlarza możliwości. Chris McGeorge nie wycisnął wszystkiego, co się tylko da z motywu Escape Roomu przeniesionego na kartki książki w postaci prawdziwej, kryminalnej zagadki.

Z drugiej strony sam pomysł jest dość interesujący. Uwięzienie w pokoju hotelowym kilku na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą osób to dość trudny zabieg logistyczny, z którym autor sobie poradził. Miejsca takie jak hotele są trudne do odizolowania, a zwłaszcza tylko częściowego. Jest wiele dróg, którymi można próbować się kontaktować z ludźmi na zewnątrz, jednak Chris McGeorge zadbał o większość tych bardziej i mniej oczywistych. Co prawda wciąż wymagane są odpowiednie dojścia oraz cała góra pieniędzy do zrealizowania takiego planu, jednak wszystko, łącznie z jego detalami, wydaje się być gruntownie przemyślane i przeanalizowane pod wieloma kątami. Tutaj na pewno należą się gratulacje dla pisarza – przygotowanie na wysokim poziomie.

Zamknięcie kilku osób w jednym pomieszczeniu i wykorzystywanie tylko ich w pewnego rodzaju grze psychologicznej to wspaniała okazja do stworzenia wyrazistych i konkretnych postaci. Tutaj niestety nie wszystko wyszło tak jak powinno, chociaż w przypadku czterech osób mamy do czynienia z osobowościami i charakterami trudnymi do pomylenia. Dwie postaci są raczej nijakie – nie byłem w stanie przypisać im żadnych cech ani nie widziałem przed oczami wyobraźni tego, jakie emocje nimi targają wraz z rozwojem wydarzeń. Tak jak Alan już po pierwszych kilkunastu stronach objawiał się jako konkretny wzorzec cech i zachowań, tak Amanda wydaje się być postacią wstawioną tam przypadkiem, której nie da się w żaden sposób klasyfikować. Jest jak postać spotykana w grach komputerowych, która ma po prostu do odegrania niewielki epizod. To samo tyczy się zresztą Ryana, którego ciężko połączyć z jakimikolwiek cechami.

W wydarzenia, które mają miejsce w ciągu trzech godzin, wplecione zostały retrospekcje z życia głównego bohatera - Morgana Shepparda. Mają one za zadanie wyjaśnić czytelnikom dlaczego Morgan znalazł się w takiej a nie innej sytuacji i jak wyglądało kilka punktów zwrotnych w jego życiu, które wykreowały go na takiego człowieka, jakim go poznajemy. Same w sobie nie wnoszą wiele do fabuły, jednak odgrywają dużą rolę w budowaniu emocji u czytelnika. Dzięki nim (albo przez nie – w zależności jakie emocje w stosunku do głównego bohatera wzbudzą u danego czytelnika) możemy lepiej rozrysować swoją mapę uczuć, którymi obdarzamy Morgana Shepparda. Zresztą nie tylko jego, ponieważ – co prawda nie w sposób bezpośredni, ale jednak – w pewnym sensie nie wszystko jest takie losowe, jak chce autor, abyśmy od początku wierzyli.

Podsumowując jest to całkiem przyjemna, choć niezbyt porywająca książka. Pomysł jest naprawdę świetny i mam nadzieję, że ktoś (być może nawet Chris McGeorge) go powtórzy, jednak w jeszcze lepszej formie. Dwójka dobrze skrojonych bohaterów nadaje dynamiki całej powieści, ale w opozycji stoi kolejna dwójka nieco nijakich. Nie można powiedzieć, że źle się czytało, bo stylistycznie zarówno autor, jak tłumacz dali radę. Brakowało jednak klimatu, który jednak wcale nie tak łatwo zbudować mając do dyspozycji tak niewiele miejsca. Innymi słowy książka nie należy do tych z gatunku „trzeba przeczytać”, chociaż mimo wszystko mogę ją śmiało polecić - wśród wszystkich przeciętnych powieści, które przeczytałem, ta jednak ma pewne momenty, dla których zdecydowanie warto po nią sięgnąć. A być może inni nieco bardziej docenią trud włożony przez autora w zbudowanie historii opierającej się na kilku osobach i jednym pomieszczeniu…

Łączna ocena: 6/10



niedziela, 13 maja 2018

"Wyklucie" - Ezekiel Boone

"Wyklucie" - Ezekiel Boone
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Ezekiel Boone
Tytuł: Wyklucie
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Stron: 344
Data wydania: 9 maja 2018


Trochę wody w Wiśle upłynęło odkąd ostatni raz czytałem książkę klasyfikowaną jako horror. Wydaje mi się, że była to "Gra Geralda" autorstwa Stephena Kinga, którą skończyłem bodaj w marcu. Horrory co prawda nigdy mnie nie "straszą" - ani w formie literackiej, ani filmowej - jednak potrafią mieć specyficzny klimat, dzięki któremu czytanie staje się swego rodzaju przygodą. Większość historii, w których pojawiały się pająki niekoniecznie spełniały założenia "klimatycznych" opowieści, ale czasem trzeba dać kolejną szansę nowemu dziełu. W końcu może tym razem jego autor podejdzie do tematu zupełnie inaczej. Dałem więc tę szansę Ezekielowi Boone, którego "Wyklucie" ukazało się parę dni temu w polskim wydaniu. Początkowo sądziłem, że szansa została zaprzepaszczona, ale okazuje się, że ostateczny werdykt jest nieco bardziej skomplikowany.

Każdego dnia, w wielu miejscach całego globu, mają miejsce wydarzenia, które zazwyczaj nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla całego świata. Czasem pojawiają się ciągi przyczynowo-skutkowe, równie często wielu katastrofom przypisuje się efekt motyla. W jaki sposób jednak paczka przysłana do amerykańskiego laboratorium zajmującego się między innymi badaniem pająków może wpłynąć na los czegokolwiek innego, niż kuriera oraz odbiorcy? Czy może mieć związek z dziwnymi odczytami sejsmicznymi na drugim końcu globu? A co z wybuchem nuklearnym gdzieś w zapomnianej, chińskiej prowincji, po którym cały świat wstrzymał oddech? Czy to wszystko może mieć wspólny mianownik, który ma osiem nóg?

"Wyklucie" jest pierwszym tomem całej trylogii o tej samej nazwie, który - jak na pierwsze tomy przystało - stanowi powolne wprowadzenie Czytelnika w to, z czym będzie musiał się zmierzyć na przestrzeni pozostałych dwóch książek. Można powiedzieć, że sam początek wprowadza nieco chaosu do historii, ponieważ rozbity jest na przestrzeni co najmniej stu stron na niemalże wszystkie krańce świata. Poznajemy wycinek wydarzeń z peruwiańskiej puszczy, chińskiej prowincji, bazy Marines w USA, a osoby występujące w tych fragmentach przewijają się później wielokrotnie w kolejnych rozdziałach. Trzeba jednak przyznać, że Ezekiel Boone potrafi w ten sposób zaszczepić zainteresowanie, chociaż nie sili się na tworzenie aury tajemniczości.

Sam tekst określić można jako poprawny, choć bez wodotrysków. Historię czyta się co prawda z przyjemnością, ale w niektórych miejscach również z lekkim znużeniem. Część opisów wydaje się być zbędna, zbyt rozwleczona lub po prostu zbyt szczegółowa. Z drugiej strony jeśli autor by się ich pozbył, to wyszłaby mu dwustustronicowa powieść, a tu już tworzenie trylogii mogłoby spotkać się z pewnym sceptycyzmem. Mimo wszystko nie są to minusy "większe" niż w przypadku większości książek - po prostu przez niektóre fragmenty trzeba jakoś przebrnąć, nie zastanawiając się nad nimi zbytnio. Bo i nie ma się nad czym zastanawiać. Pozytywną rzeczą jest to, że stylistycznie nie można się przyczepić do niczego, a w każdym razie nie można tego zrobić będąc przeciętnym Czytelnikiem.

Jeśli liczycie na konkretne mięso z akcją to musicie niestety poczekać do następnych tomów. Sam szkielet "Wyklucia" przypomina bowiem pewnego rodzaju wprowadzenie do historii opowiadającej o ogólnoświatowej apokalipsie. Różnice są dwie:

  • w apokalipsach pająki nie są zbyt popularnym tematem,
  • opisy tego, co się dzieje w przeddzień wybuchu końca świata nie zajmują całej książki.

Oba te punkty mogą zostać odebrane zarówno za plus, jak i za minus. Ja osobiście widzę w nich to pierwsze, bo często brakowało mi głębszego pokazania jak mógłby zachowywać się świat stając w obliczu zagłady, ale jeszcze bez wiedzy co się zaraz stanie. Powoli też się przejada temat nuklearnej zagłady oraz wybuchu "epidemii" zombie. Pająki natomiast pojawiały się głównie w niskobudżetowych horrorach i to wykreowane w sposób bardzo... prymitywny. Ezekiel Boone postanowił więc podejść nieco inaczej do tematu i stworzyć historię, która mogłaby mieć ręce i nogi. Zapewne stąd właśnie wzięło się tak długie przygotowanie podwalin pod całą historię. W każdym razie mam taką nadzieję, ponieważ to jedyne sensowne wytłumaczenie zastosowania takich a nie innych zabiegów.

Ponadto, końcówka tomu również wskazuje na dość długie wprowadzenie, które zajęło niemalże całą książkę. Dopiero bowiem na ostatnich pięćdziesięciu stronach akcja zaczyna się zagęszczać i naprawdę podciąga ogólne wrażenie, jakie sprawia "Wyklucie". Szkoda, że trzeba była tyle czekać, jednak dopiero na samym końcu dowiadujemy się, jakie niespodzianki autor przygotował. Co prawda wciąż są to jedynie poszlaki, na bazie których możemy próbować domyślać się, jak dalej potoczą się losy świata, jednak widać, że Ezekiel Boone zdecydowanie ma jakiś konkretny pomysł na apokalipsę. Nie wydaje się on być oklepanym, klasycznym atakiem morderczych pająków, ale czymś przemyślanym i zaprojektowanym.

"Jeśli nie, jeśli znów chodzi o to, że jakiś kretyn znalazł z krzynce bananów pająka i boi się, że jest jadowity, to przysięgam, że zaraz pogracie sobie w ziemniaka pustelnikiem brunatnym".

Mała wpadka zdarzyła się niestety Wydawnictwu, chociaż po konsultacji z innymi osobami, które posiadają swój egzemplarz "Wyklucia", nie jest to problem globalny. Przez to właśnie jeszcze bardziej warty wzmianki. Otóż strony od 289 do 296 zostały zdublowane - ponownie wrzucone pomiędzy strony 292 i 293. Wściekle nieprzyjemna rzecz podczas czytania. Gdyby to był egzemplarz oznaczony jako recenzencki (wczesny druk, przed oficjalnym wydaniem) nawet bym się zająknął - w końcu po to są takie egzemplarze, żeby ewentualne błędy wyłapać (lub szybciej dostarczyć materiały), a jakość wykonania może pozostawiać wiele do życzenia. W przypadku oficjalnego wydania, które trafiło na półki księgarni i innych dystrybutorów może to już być zniechęcające. Błędy jednak każdemu się zdarzają, więc po prostu mam nadzieję, że Wydawnictwo otrzyma informację o tym niefortunnym wydarzeniu, a Wy, drodzy Czytelnicy, nie bądźcie ani zaskoczeni, ani zbytnio zdenerwowani jeśli trafi się Wam taki egzemplarz.

Podsumowując, "Wyklucie" jest być może niezbyt oszałamiającym, ale posiadającym potencjał początkiem trylogii. Być może w niektórych miejscach nieco się ciągnie, jednak w całokształcie jest porządną pozycją. Co prawda niewiele się w niej dzieje, jednak wszystko wskazuje na przygotowanie gruntu pod właściwą historię w kolejnym tomie. Przy okazji jej sposób budowy oraz tematyka jest bardzo miłą odmianą po czytaniu książek apokaliptycznych bazujących na zombie oraz nuklearnej zagładzie. Mam nadzieję, że drugi tom okaże się rzeczywiście rozwinięciem, a "Wyklucie" potraktowane zostanie jako element kategorii "wstęp". Wówczas rzeczywiście przejście przez nie do końca interesujący od strony fabuły pierwszy tom stanie się ważną częścią całej układanki.

Łączna ocena: 6/10