Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akurat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akurat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2019

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern

„PS Kocham Cię na zawsze” – Cecelia Ahern
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: PS Kocham Cię na zawsze
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Stron: 448
Data wydania: 16 października 2019


„P.S. Kocham Cię” to chyba jedyny tytuł, który kręci się wokół miłości, ogromu emocji oraz ogólnie pojętego poszukiwania szczęścia, który nie tylko jestem w stanie zaakceptować, ale który również cenię. Jestem raczej typowym facetem – komedie romantyczne, romanse czy erotyki są absolutnie poza moimi możliwościami pojmowania. Jednak ekranizacja z 2007 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nawet większe niż literacki pierwowzór. Dość entuzjastycznie podszedłem więc do wieści o kontynuacji tej rzucającej sporą część świata na kolana powieści. Pewnie będę jednym z nielicznych gości, którzy sięgną po ten tytuł, ale zrobiłem to – i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Miałem nadzieję na coś o wiele lepszego niż poprzedniczka, ale chociaż poziom został utrzymany. Mniej więcej.

Holly wreszcie udało się wyjść na prostą i zacząć żyć niemalże pełnią życia. Doskonale pamiętam nieżyjącego już Gerry’ego oraz niesamowitą przygodę, którą przeżyła po jego śmierci. Gabriel stara się sprawić, żeby jej życie było jak najprostsze i jak najbardziej przyjemne – jak przystało na nowego partnera wdowy. Kiedy jednak siostra Holly zaprasza ją do udziału w podcaście, w którym miałaby opowiedzieć swoją historię, ze szczególnym naciskiem na sprawę listów, dla kobiety, która utraciła męża, może to być o wiele za dużo. Najbardziej obawia się tego, że wszystkie złe myśli wrócą do niej, chociaż nie wie jeszcze, jak bardzo może pomóc innym, dzieląc się swoją historią.

Całkiem dobrze wspominam poprzednią część „P.S. Kocham Cię” – jest to co prawda jedna z nielicznych książek, których adaptacje filmowe są według mnie lepsze niż literacki pierwowzór, ale naprawdę warto się z tą historią zapoznać. Byłem bardzo ciekawy, jak Cecelia Ahern postanowiła poprowadzić kontynuację, a zwłaszcza jak w tej powieści wypadnie Holly, która dała się poznać jako niezbyt przystosowana do życia jednostka, która potrafi wykrzesać z siebie jakąś inteligencję czy zaradność (o dziwo). Siedem lat po śmierci Gerry’ego mogło zmienić główną bohaterkę na wiele różnych sposobów – okazało się jednak, że autorka postanowiła pozostawić Holly taką, jaką była. Nieporadną, nieumiejącą podejmować decyzji, nieumiejącą uczyć się na błędach, nieprzystosowaną do życia i płynącą z prądem życia.

Nie tylko sama Holly jest przedstawiana jako osoba nie do końca umiejącą sobie poradzić w życiu. Gabriel, którego autorka przedstawia na samym początku jako nowego partnera głównej bohaterki, również pokazuje w pewnym momencie, że podejmowanie dobrych decyzji nie jest jego mocną stroną. Przez pewien czas zastanawiałem się jakim cudem można tworzyć tak kiepskie postacie, ale zdałem sobie wreszcie sprawę z tego, że to akurat działa na korzyść Cecelii Ahern. Jakby nie patrzył, nie tylko stworzyła, ale również poprowadziła przez dwie książki bohaterkę, która konsekwentnie emanuje żałością, niedostosowaniem do życia oraz innymi negatywnymi cechami. Do tego dosztukowała kolejną osobę, która ma równie skrzywione podejście do życia. Czytelnik potrafi określić swoje emocje w stosunku do obu postaci jasno i wyraźnie, a do tego wkomponowują się one świetnie w całą historię. Pozostaje mi jedynie napisać – chapeau bas.

Tym razem mam jednak sporo zastrzeżeń również do samej historii. Pomysł był bowiem nieziemski i między innymi on mnie skusił do sięgnięcia po drugą część. W końcu taki klub, o którym wspomina blurb, daje przeogromne pole do popisu. Cecelia Ahern wykorzystała to na tyle, jak bardzo się dało, ale niestety chyba miejscami wręcz przekombinowała. Opisy dłużą się niemiłosiernie, ciągle powtarzają się dokładnie te same słowa (głównie informujące o wdzięczności lub informujące, jakie to wszystko musi być ciężkie). Czuć, że miała to być o wiele bardziej depresyjna powieść, jednak miejscami wyszła z tego wręcz groteska – głównie tam, gdzie autorka przesadziła. Niestety ani to książka radosna, ani przygnębiająca, tylko w wielu miejscach zwyczajnie nudna. Chociaż gdyby wyciąć te powtarzające się fragmenty, to pewnie co najmniej sto stron mniej by miała…

To, co się na pewno udało Cecelii Ahern, to między innymi sensowne użycie współczesnych trendów do skomponowania całej historii. Co prawda podcasty znane były już od dawien dawna, ale dopiero od kilku lat stają się coraz bardziej popularne. Autorka postanowiła więc użyć podcastu, stworzonego przez siostrę Holly (tak, teraz każdy może sobie zrobić podcast bez żadnego problemu!) jako element, który rozpędzi lawinę zdarzeń. Nie próbowała wykorzystać jakiegoś oklepanego, starego sposobu, tylko postanowiła dostosować się do obecnych czasów. Nawet w późniejszych wydarzeniach postanowiła zerwać tu i ówdzie z tradycją i pokazać, że bardziej nowoczesne narzędzia i sposoby przekazu myśli również mogą iść w parze z tradycyjnymi wartościami.

Ciężko mi jednoznacznie określić, który z tomów był według mnie lepszy. Każdy z nich jest inny i przekazuje zupełnie inne wartości – chociaż ostatecznie, tak czy owak, skupiają się na śmierci, przemijaniu oraz pamięci o zmarłych. „PS Kocham Cię na zawsze” jest na pewno nieco nudniejszy od swojego poprzednika oraz zawiera ponownie dużą dawkę osób nieumiejących w życie. Chętnie zobaczę ekranizację, która już została ogłoszona (oczywiście z Hillary Swank), bo treść książki jak żadna inna nadaje się na dobry film. Być może okaże się, że odniesie podobny sukces, a osoby oczarowane pierwszą częścią, będą również oczarowane drugą. To samo dotyczy książki – to chyba jedna z tych, wobec których każdy powinien wyrobić sobie swoją własną opinię.

Łączna ocena: 6/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



niedziela, 7 kwietnia 2019

„Carnivia. Bluźnierstwo” – Jonathan Holt

„Carnivia. Bluźnierstwo” – Jonathan Holt
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jonathan Holt
Tytuł: Carnivia. Bluźnierstwo
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 400
Data wydania: 6 listopada 2013


Przyznam szczerze, że nawet nie pamiętam gdzie dokładnie kupiłem tę książkę. Na pewno pochodzi z jakiejś przeceny – ma wciąż nalepiony nowy kod kreskowy z o wiele niższą ceną, niż cena rynkowa. Dałem się skusić opisowi, bo połączenie CIA, Kościoła Katolickiego oraz czegoś co można nazwać tematyką w pewnym sensie informatyczną to połączenie działające na mnie jak magnes. Wstępne rozeznanie się w ocenach na Lubimy Czytać dało temu tomowi zielone światło na wjazd do mojej biblioteczki. Fakt istnienia kolejnych tomów to następne punkty zgromadzone na koncie „Carnivia. Bluźnierstwo”. Oczywiście pozycja ta swoje odleżała, ale wreszcie po nią sięgnąłem. Tak po prawdzie to ani nie żałuję, że wreszcie ją przeczytałem, ani nie jestem z tego mega zadowolony.

Wenecja to wspaniałe miejsce, pełne magii i zamiłowania do kostiumów. Widać to zwłaszcza podczas La Befana, kiedy tłumy przebranych ludzi hucznie świętują w każdym możliwym zakątku. Jednak nawet (albo raczej zwłaszcza) w Wenecji niecodziennym widokiem są zwłoki kobiety ubranej w liturgiczne szaty. Dla kapitan Kateriny Tapo jest to pierwsze śledztwo w sprawie o morderstwo i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo skomplikowane może ono być. Zwłaszcza, kiedy na jaw zaczną wychodzić kolejne kawałki tej niezbyt przyjemnej układanki, w skład której wchodzą Stany Zjednoczone Ameryki Północnej oraz Carnivia – portal internetowy, który zapewnia jego użytkownikom pełną anonimowość.

„Mówi się czasem, że przestępczość we Włoszech to jedyna zorganizowana instytucja”.

Nie byłbym sobą, gdybym na pierwszy ogień nie wziął tych wszystkich nawiązań do ogólnie pojętej informatyki. Pracuję w branży IT od kilku lat, więc moja ciekawość zawsze mnie ciągnie ku książkom, które zawierają w sobie jakiekolwiek elementy nie tylko samej branży, ale również po prostu najnowszych technologii. Zastanawiałem się czy Jonathan Holt przygotuje się porządnie do wplecenia IT do swojej książki i tutaj jestem niezwykle rozczarowany. Wiele pojęć jest mylonych, występuje też dużo całkowicie fałszywych uproszczeń. Co ciekawe, nie wyglądają one na użyte z pełną premedytacją w celu poprowadzeniu akcji zgodnie z tym, co zaplanował autor. Raczej wyglądają na próby laika, który chce wpleść coś trudnego w swoją wypowiedź, ale posługuje się kiedyś tam usłyszanymi pojęciami, których znaczenia nie zna.

Na całe szczęście tych prób nie ma aż tak wiele. Jednym z głównych wątków jest co prawda pewien portal stworzony przez jedną z głównych postaci, jednak służy on bardziej jako miejsce niektórych wydarzeń niż jako element skomplikowanej technologii, którą narrator próbuje rozebrać czytelnikowi na czynniki pierwsze. Między innymi właśnie Carnivia jest źródłem błędów oraz uproszczeń, o których wspominałem, jednak nie wpływają one bezpośrednio na samą fabułę (może poza jedną sceną, której nie mogę do końca przeżyć), w związku z czym byłem w stanie przebrnąć przez pewnego rodzaju ignorancję autora. Zwłaszcza, że cała reszta otoczki zbudowanej wokół wydarzeń wydaje się być jak najbardziej w porządku. Chociaż z drugiej strony nie mam gwarancji, czy do tematyki symboli religijnych lub Wojny w Bośni i Hercegowinie Jonathan nie przygotował się tak jak do IT – czyli byle jak…

„– Jestem przekonany, że będzie wdzięczna za wszelkie modlitwy, jakie ojciec jej ofiaruje – zapewnił Piola, zbliżając się do drzwi.– A tymczasem karabinierzy nadal będą się trzymali bardziej świeckich metod”.

Dość ciekawym wydaje się być połączenie motywów Kościoła Katolickiego z włoską mafią oraz wojskiem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Od samego początku autor nastawia nas na misterną intrygę, w którą wplątani są sami oficjele amerykańscy oraz włoscy (no i oczywiście watykańscy), chociaż rzeczywistość okazuje się być nieco mniej rozbuchana, niż chciałoby się oczekiwać. Można powiedzieć, że wyszła po prostu prawidłowo napisana historia, której brakuje pazura. A liczyłem na niego – potencjał takiego połączenia tematów jest ogromny, więc szkoda, że nie został w pełni wykorzystany. Mimo wszystko źle nie wyszło, ponieważ „Carnivia. Bluźnierstwo” nie tylko nie nudzi, ale potrafi wciągnąć. Nie ma po prostu efektu „wow”, który mógłby powstać dzięki odpowiedniemu manipulowaniu różnymi wątkami i stworzeniu historii o wiele bardziej mrożącej krew w żyłach i zaskakującej. 

Ogólnie rzecz biorąc jest to poprawna i przyjemna w odbiorze lektura, po której jednak spodziewałem się czegoś więcej. Nie pokazuje urokliwej Wenecji w sposób, który namaluje nam przed oczami obrazu jednego z najbardziej popularnych miejsc we Włoszech odwiedzanych przez turystów. Mamy za to podgląd na to, w jaki sposób pracuje tamtejsza policja, z jakimi problemami się boryka i jak wygląda mniej więcej podział sił, co jest również interesującym aspektem z mojego punktu widzenia. „Carnivia. Bluźnierstwo” jest pierwszym tomem trylogii, którą z pewnością skończę – nie dlatego, że mam ogromną ochotę dowiedzieć się, co się stanie dalej, ale ze względu na mój wewnętrzny przymus czytania całych serii. Samą sobą bowiem mnie ani nie zachęciła do kolejnych tomów, ani nie zniechęciła. Zwłaszcza, że samo zakończenie wcale nie obiecuje następnej części.

Łączna ocena: 6/10



Cykl „Carnivia”

Bluźnierstwo | Herezja | Rozgrzeszene


czwartek, 7 lutego 2019

„Marsjanin” – Andy Weir

„Marsjanin” – Andy Weir
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Andy Weir
Tytuł: Marsjanin
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Marcin Ring
Stron: 384
Data wydania: 19 listopada 2014


Chyba nie ma osoby wśród fanów ogólnie pojętej kultury, która nie słyszałaby o filmie „Marsjanin”, opowiadającym o astronaucie walczącym na Marsie o własne życie. Jest to adaptacja książki Andy’ego Weira o tym samym tytule – niezwykle interesującej pozycji, która potrafi przyciągnąć uwagę już samym swoim opisem. Sam film mam w planach już od dawna, jednak bardzo chciałem najpierw zapoznać się z papierową wersją. Z jednej strony wiem, że wpłynie to na odbiór filmu („ale to tak nie było!”), ale z drugiej aż szkoda przejść obojętnie obok książki, w oparciu o którą powstał tak głośny film. Jak się okazało, była to dobra decyzja, gdyż przy książce spędziłem niesamowite chwile.

Trzecia załogowa misja na Marsa składa się z sześciu osób – każda z nich o innej specjalizacji, ale wszystkie mają ten sam cel. Jak najlepiej wykonać swoją pracę i przeżyć. Mark Watney już po kilku dniach będzie musiał starać się bardziej niż inni, ponieważ jako jedyny zostanie na powierzchni Czerwonej Planety. Reszta załogi odleci z powrotem na Ziemię, uznając swojego kompana za martwego. Dla Marka będzie to prawdziwe wyzwanie – jak przeżyć nie mając niemalże niczego poza tym, co zostało przysłane wcześniej jako zaopatrzenie misji dla sześciu osób. 

„W trakcie tego procesu występuje stadium pośrednie, amoniak. Chemia, będąc niegodną zaufania dziwką, zapewnia to, że trochę amoniaku nie przereaguje z hydrazyną”.

Powiem od razu, wprost, bez ogródek – jest to niesamowita książka. Nie tylko wciąga od pierwszych stron, nie tylko potrafi utrzymać przy sobie Czytelnika, ale daje mu tak ogromną radość z lektury, że ciężko to opisać. Jest doskonale wyważona – odpowiednia ilość naukowego bełkotu połączona z idealnie dobraną porcją walki psychologicznej samego ze sobą, doprawiona dokładnie taką szczyptą humoru, jaka powinna być. Fan nowych technologii znajdzie w „Marsjaninie” od groma ciekawych dla niego fragmentów – jak choćby opisy działania poszczególnych urządzeń, które potrzebne są do przetrwania głównego bohatera. Tutaj na białym koniu wjeżdża patron osób, dla których nauka sama w sobie jest muzą i natchnieniem do działania – opisywane są procesy, które zachodzą w poszczególnych reakcjach oraz jak do nich można doprowadzić mają takie a nie inne narzędzia i materiały.

Nie samą pomysłowością i wiedzą jednak człowiek przeżyje na Marsie. Zwłaszcza jeśli jest tam sam, a wie doskonale, że nie uda mu się złapać żadnej taksówki na Ziemię. Zapasy są ograniczone, nie ma nieskończonej ilości części zamiennych, a nieprzyjazne (wręcz zabójcze) środowisko nie pomaga wcale w procesie planowania i po prostu przeżywania. Dlatego mamy też do czynienia z pokazem determinacji oraz silnej woli, jakie musi w sobie odnaleźć Mark Watney, aby przetrwać. Bez względu jak bardzo ciężkie kłody będzie mu rzucała pod nogi Czerwona Planeta oraz on sam, swoimi ludzkimi błędami. Tak, to też jest pięknie pokazane, jak człowiek nawet w chwilach największego skupienia pozostaje jedynie człowiekiem, który sam siebie może zapędzić do grobu.

„Zastanawiam się, co w NASA by powiedzieli na to, że tak poczynam sobie z RTG. Pewnie schowaliby się pod biurkami i dla pocieszenia głaskali swoje suwaki logarytmiczne”.

Tempo całej akcji jest również po prostu idealne – nie odczuwałem ani zbyt szybkiego przemierzania z jednego punktu fabularnego do drugiego, ani zbędnego rozwlekania akcji. Nie można marudzić na brak zwrotów akcji, które jak się możecie domyślać, nie należą do pozytywnych. Nadają niesamowitej dynamiki całej powieści i jeszcze bardziej przytrzymują czytelnika przy lekturze. Autorowi udało się nawet osiągnąć to, że bardzo szybko zapomniałem o dość… nietypowo szybkim powrocie do zdrowia głównego bohatera. W końcu był „ciężko ranny”, a opisy sugerowały wręcz sytuację prawie beznadziejną. Mimo wszystko wyglądało na to, że Mark Watney natychmiast odzyskał pełną sprawność, co było podejrzane nawet z wykorzystaniem technologii, którą miał pod ręką. Przypomniało mi się o tym dopiero po skończeniu lektury, więc wygląda na to, że Andy Weir wiedział co robi.

Jeśli mam być szczery, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakaś książka aż tak mnie do siebie przyciagnęła. Nie licząc wieczorów, nie mam za bardzo czasu na czytanie, stąd mój plan dnia wygląda tak, że na lekturę poświęcam ostatnie minuty przed snem – czasem godzinę, czasem dwie, a czasem maksymalnie pół godziny. W przypadku „Marsjanina” szukałem każdego dnia możliwości znalezienia dodatkowych choćby pięciu minut, żeby przeczytać chociaż kilka stron. Za każdym razem, kiedy ten czas znalazłem, nie chciałem się oderwać od lektury. Po prostu magia, brakowało mi takiej książki. Nawet jeśli po skończeniu lektury odczuwam pewien dyskomfort spowodowany wspomnianą kwestią rany głównego bohatera, to nie zmienia to faktu, że cała książka jest naprawdę mega. Oby więcej takich.

„Nie wytrzymało połączenie podłogi ze ścianą. Ma to sens. Kąt prosty w zbiorniku ciśnieniowym. Fizyka nie cierpi takich rzeczy”.

Kompletnie nie dziwię się, czemu postanowiono nakręcić film na podstawie książki. Po pierwsze, narracja w formie dzienników (czy raczej „solników”?) aż się prosi o przedstawienie historii właśnie w takiej formie, z perspektywy głównego bohatera. Po drugie Andy Weir poprowadził fabułę w ten sposób, że idealnie pasuje do budowania napięcia na wielkim ekranie, a przy okazji pozwala na odpowiednie przygotowanie punktu kulminacyjnego – wszystko w tej książce krzyczy „namaluj mnie jak jedną ze swych”... Ekhm… No, po prostu krzyczy i się kojarzy z filmem. To oczywiście w samej lekturze również pomaga niesamowicie. Obrazy przedstawiające poszczególne sceny same się pojawiają przed oczami, kolejne sceny same ubierają się w rekwizyty, a czytelnik zaczyna gryźć paznokcie jakby był na bardzo emocjonującym seansie.

Wciągająca, pełna humoru oraz naukowych szczegółów (nawet jeśli czasem dotyczą technologii, które na chwilę obecną nie istnieją) książka, którą Andy Weir napisał bardzo zgrabnie i z sensem. Doskonałe tempo, idealnie dawkowane emocje czynią z „Marsjanina” genialną książkę na każdą okazję. Nieco mniejszy font niż zazwyczaj spotykany w książkach zapewnia dłuższy czas spędzony z lekturą, co jest akurat w tym przypadku niewątpliwym plusem. Tak bardzo mnie ta powieść zachęciła do sięgnięcia po filmową adaptację, że muszę jak najszybciej znaleźć dwie godziny wolnego czasu. Na pewno jednak sama książka pozostanie w mojej pamięci bardzo długo i wiele razy będę ją polecał. Tutaj nie ma miejsca nawet na marginesy błędu dopuszczalne przez NASA – mam 100% pewności i zaczynam od teraz. Przeczytajcie, bo warto.

Łączna ocena: 9/10


wtorek, 23 maja 2017

[PREMIERA] "Prokurator" - Paulina Świst

Źródło: Lubimyczytac
Autor: Paulina Świst
Tytuł: Prokurator
Wydawnictwo: Akurat
Stron: 320
Data wydania: 24 maja 2017


Bardzo lubię poznawać nowych autorów, zwłaszcza polskich. Debiuty zawsze uważałem za niezwykle cenne książki - pozwalają bowiem na przyjrzenie się pierwszym krokom stawianym przez danego autora. Kusząc się na debiuty miałem już okazję poznać wielu świetnych pisarzy lub spotkać się po prostu z jedną ciekawą pozycją. Propozycja od Business&Culture zapoznania mnie z debiutem autorki ukrywającej się pod pseudonimem Paulina Świst była więc dla mnie wspaniała wiadomością. Opis obiecywał kawał dobrego kryminału. Jak się okazało otrzymałem być może i dobry, ale na pewno nie kryminał. Sam nie gustuję w erotycznych powieściach obyczajowych, które przez kilka stron mają jakiś tam wątek kryminalny, ale warsztatowo nie jest to zła książka.

Kinga Błońska, adwokat pracująca na co dzień we Wrocławiu, została wplątana w bardzo nieprzyjemny proces. Sprawy komplikuje jej przeciwnik na sali sądowej - prokurator Zimnicki. Pierwsze spotkanie pani adwokat poza sądowymi kuluarami nie należało do takich, od których warto zaczynać służbową znajomość. Trudna rodzinna sytuacja wcale nie pomaga w opanowaniu całej sytuacji. Być może jednak jest to dobra chwila na nieco rozluźnienia i sprawienia sobie nieco przyjemności wbrew całemu światu.

środa, 27 stycznia 2016

"Ember in the Ashes. Imperium Ognia" - Sabaa Tahir

"Ember in the Ashes. Imperium Ognia" - Sabaa Tahir
Autor: Sabaa Tahir
Tytuł: Ember in the Ashes. Imperium Ognia
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Jerzy Malinowski, Marcin Wawrzyńczak
Stron: 510
Data wydania: 4 listopada 2015


Książka ta bardzo szybko została okrzyknięta genialnym debiutem, a w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej błyskawicznie zdobyła status bestsellera. Mnóstwo osób dało się oczarować "Imperium Ognia" i kilkadziesiąt krajów wykupiło prawa do tłumaczenia wydając książkę w swoich językach. Chrapkę na tę pozycję miałem praktycznie od samego początku, jak tylko o niej usłyszałem i niesamowicie się ucieszyłem, kiedy wreszcie udało mi się ją zdobyć. Nie zwlekając zbyt długo zabrałem się za lekturę i wiem na pewno jedno - z niecierpliwością będę oczekiwał kolejnego tomu.

Scholarzy zostali pięćset lat temu ujarzmieni przez Wojan i wcieleni do Imperium, a przez cały ten czas traktowani byli jak obywatele gorszej kategorii. Laia jest jedną z nich - cichą i nieśmiałą nastolatką, która w pewnym momencie musi stanąć przed koniecznością uwolnienia swojego brata z rąk Wojan. Nigdy by się nie spodziewała, że los zetknie ją z jednym z Masek - bezwzględnych żołnierzy Imperium, szkolonych w Czarnym Klifie, chodzących maszyn do zabijania. Obydwoje jeszcze nie znają konsekwencji ich spotkania, ale bardzo szybko przekonają się, że świat niekoniecznie wygląda dokładnie tak, jakim sobie go wyobrażają.

wtorek, 10 listopada 2015

Bardzo chcę! #15 - Sabaa Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

Źródło: Lubimyczytac
Już kilka razy ostatnio marudziłem, że dawno nie czytałem żadnej fantastyki. W sumie ani fantasy, ani sci-fi - głównie mielę thrillery, kryminały oraz Pratchetta (tego ostatniego może mniej, ale powoli, sukcesywnie nadrabiam zaległości wraz z kolejnymi tomami kolekcji!). Chętnie bym przeczytał coś w rodzaju polskich autorów pokroju Piekary, Ziemiańskiego, Pilipiuka czy Grzędowicza (żeby nie było, że autorek nie lubię - po "Siewcę Wiatru" również chętnie bym sięgnął!), chociaż mimo wszystko najbardziej to aktualnie mam ochotę na coś w stylu cykli z uniwersum "Świata Wynurzonego", których autorką jest Licia Troisi. Co prawda z drugiej strony pochłonąłbym jak najszybciej lekką i niezobowiązującą obyczajówkę, ale na dłuższą metę przekąsiłbym jakiś dobry cykl. Ewentualnie jego początek.

Idealne w tym przypadku wydaje się być "Ember in the Ashes. Imperium Ognia", pierwszy tom cyklu wydany przez wydawnictwo Akurat - imprint oficyny wydawniczej MUZA S.A. Co prawda sama autorka z tego co widzę nie ma jeszcze kolejnych tomów, ale pierwsze opinie w kraju, jak i poza granicami są bardzo obiecujące. Pozytywnie wypowiedzieli się także znani i cenieni autorzy świata fantasy, tacy jak Brandon Sanderson czy Marie Lu (autorka "Malfetto. Mroczne piętno"). Aktualnie "Imperium Ognia" wydane zostało bądź będzie w 30 krajach poza USA oraz Kanadą. O czymś to świadczy. :)