Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr W. Cholewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr W. Cholewa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 listopada 2020

„Pasterska korona” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Terry Pratchett
Tytuł: Pasterska korona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 302
Data wydania: 13 kwietnia 2017

Dzięki kolekcji „Świata Dysku” mogłem nie tylko przypomnieć sobie te książki Terry’ego Pratchetta, które już kiedyś przeczytałem, ale przede wszystkim zapoznać się z całym cyklem. Cała ta przygoda zajęła mi kilka lat, ale była naprawdę wspaniała. Doprowadziła mnie do ostatniego, wydanego w ramach kolekcji tomu, czyli „Pasterskiej korony”. Jest ona w pewnym sensie ukoronowaniem nie tylko podcyklu o Tiffany Obolałej, ale i całego Świata Dysku – w każdym tego słowa znaczeniu, nie tylko tym chronologicznym. Zdecydowanie powinna być czytana jako ostatnia, bo po niej już nic nie jest takie samo.

Tiffany jakoś sobie radzi kursując tu i tam oraz starając się pomóc wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują. Radzi sobie wręcz doskonale, zważywszy oczywiście na okoliczności. Te – jak zwykle wokół Tiffany – nie są zbyt kolorowe. Świat musi znowu stanąć naprzeciw elfów, które postanowiły posmakować tego, co elfy lubią najbardziej, czyli złośliwości oraz krwi. Młoda czarownica nie zamierza jednak pozwolić im wygrać. Mało tego! Być może uda się chociaż jednego elfa nauczyć, czym jest dobroć, przyjaźń, wzajemna pomoc oraz jakie to wywołuje uczucia. Tam w środku, w głębi każdej istoty żywej, nawet goblina.

Absolutnie nie spodziewałem się, że „Pasterska korona” będzie posiadała aż tak ogromny ładunek emocjonalny. Pod tym względem jest wyjątkowa w swoim rodzaju wśród wszystkich książek Uniwersum Świata Dysku. Nawet z najtwardszego człowieka wyciśnie całą gamę emocji, począwszy od radości, przez złość, strach, aż po smutek. Terry Pratchett zagrał na najczulszych strunach ludzkiej psychiki i zrobił to po mistrzowsku. Tak naprawdę na tym można by całkowicie zakończyć całą opinię o ostatniej powieści z jego cyklu, albowiem nic ważniejszego w niej nie ma. Nie może być bowiem nic ważniejszego niż cały przekrój praktycznie wszystkich podstawowych ośmiu emocji. Aż zacząłem nadużywać tego słowa.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że powieść ta została wydana już po śmierci brytyjskiego pisarza, która to nastąpiła 12 marca 2015 roku, to wydźwięk „Pasterskiej korony” nabierze rumieńców. Głównie chodzi o wydarzenia opisane na samym początku, które jednak trudno opisywać bez zdradzania bardzo istotnych elementów fabuły (nawet wszelkie opisy oraz blurb tego unika). Ogólnie rzecz biorąc, czytając tę powieść, powinniście się przygotować nie tylko na falę różnych emocji, ale również na uświadamianie sobie pewnych spraw, nad którymi być może nie zastanawialibyście się w „normalnej” sytuacji. Znaczy takiej, gdyby autor książki, którą właśnie pochłaniacie, nie zmarł przed jej opublikowaniem. Zaufajcie mi, to robi ogromną różnicę w tym przypadku.

Tiffany jest oczywiście cały czas sobą. Tą samą spokojną, zrównoważoną, pracowitą, choć lekko zagubioną czarownicą, którą można było poznać w kilku poprzednich tomach. Dokładnie takie same są elfy – złośliwe, wredne, do cna zepsute oraz łase na świat ludzi. Jednak tak naprawdę konflikt między czarownicami oraz tymi małymi, magicznymi stworzeniami to jedynie tło dla wielu bardzo ważnych przekazów, które Terry Pratchett wplótł pomiędzy wiersze swojej powieści. Co oczywiście nie nie zmienia faktu, że fabularnie książka stoi na bardzo wysokim poziomie. Podziwiam naprawdę sposób, w jaki brytyjskiemu pisarzowi udało się to wszystko ze sobą połączyć i stworzyć coś tak pięknego, jak „Pasterska korona”.

Przepiękne zakończenie całości. Naprawdę, polecam wszystkim, jako ukoronowanie całego cyklu. Emocjonujący oraz emocjonalny utwór. Nie próbujcie jednak zaczynać swojej przygody z Pratchettem od niego! Zostawcie go sobie na absolutnie sam koniec. Jako wisienkę na torcie, bo i tak stracicie co najmniej połowę najlepszych rzeczy – będą wyrwane z kontekstu. Więcej się rozczulać nad „Pasterską koroną” nie będę, sami najlepiej ocenicie, czy odbierzecie ją jako równie piękną i niesamowitą.

Łączna ocena: 9/10


środa, 6 maja 2020

„Para w ruch” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Terry Pratchett
Tytuł: Para w ruch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 428
Data wydania: 19 stycznia 2017

O książkach napisanych przez Tery’ego Pratchett zawsze warto napisać lub powiedzieć parę słów. Zwłaszcza jeśli się wróciło do nich po kilku miesiącach przerwy tak jak ja. Ostatni tom ze „Świata Dysku” przeczytałem w styczniu, wiec można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że zrobiłem to poprzednim kwartale. A jeszcze kilka tomów do końca kolekcji mi zostało. Postanowiłem więc sięgnąć po kolejny z nich (KOLEJny, he-he), czyli „Parę w ruch”. Jak już się możecie domyślić, traktuje on o kolei żelaznej i jej początkach w Ankh-Morpork. Rzecz jasna w krzywym zwierciadle. Wyszło jak zwykle wyśmienicie!

Para jest niebezpieczna. Dowiodły tego już niezliczone pokolenia ludzi rozsmarowanych na własnych sufitach swoich własnych warsztatów. Jednak jeśli się wie, do czego służy suwak logarytmiczny i umie się z niego korzystać, to można osiągnąć sukces. I to taki, który zwróci na człowieka uwagę samego Patrycjusza oraz innych możnych tego świata. No i złość krasnoludów, o tym również nie należy zapominać. W każdym razie para jest równie niebezpieczna, co przydatna, jeśli tylko potrafi się ją kontrolować. A jeśli jest ktoś, komu uda się kontrolować cały tłum oraz kilku władców miast-państw, to jest to tylko Moist von Lipwig.

„Pokój to coś, co mamy w czasie, kiedy dojrzewa kolejna wojna”.

„Para w ruch” ma dwa przewodnie tematy, które wziął w obroty Terry Pratchett – rewolucja przemysłowa oraz równouprawnienie. Tak po prawdzie to można tutaj podpiąć jeszcze jeden, chociaż powiązany w pewnym sensie z samą rewolucją, czyli podejście do nowinek technologicznych oraz szukanie teorii spiskowych. To nawet dzisiaj można zaobserwować we współczesnym świecie, w którym kolejne odkrycia i technologie spotykają się z bezpodstawnymi i często irracjonalnymi lękami wśród wielu ludzi, nawet tych wykształconych. Czasem więc śmiech, który pojawia się podczas lektury tej konkretnej powieści, jest śmiechem przez łzy, kiedy ujrzy się te podobieństwa z obecną sytuacją na świecie. 

Warto jednak spojrzeć na „Parę w ruch” jak na resztę książek brytyjskiego pisarza i widzieć w niej po prostu dobrą rozrywkę, z której warto wyciągnąć pewne wnioski. Dużo się bowiem przewija w niej motywów dotyczących walki o równouprawnienie wśród różnych ras oraz nawet krajów. Jak zwykle Pratchett wypunktował mnóstwo stereotypów, najczęstszych (przejaskrawionych rzecz jasna) problemów oraz ataków, z którymi spotykają się różni ludzie. Kiedy się to wszystko czyta, nie sposób się nie roześmiać, jednocześnie uderzając się w czoło i myśląc, jakim cudem ktoś mógłby być taki głupi, żeby tak pomyśleć/zrobić/powiedzieć. A potem przychodzi ta chwila refleksji, w której sobie uświadamiamy, że w sumie większość otaczających nas ludzi tak myśli/robi/mówi. Najpierw więc śmiech, potem wnioski – i to jest całkiem dobra mieszanka w odpowiedniej kolejności.

„Dlatego muszę uprzedzić, że działamy jako zespół albo kończymy jako indywidualne zwłoki”.

A kto nam zapewnia mnóstwo śmiechu? Ano nikt inny jak Moist von Lipwig, znany doskonale wszystkim, którzy czytali „Świat finansjery” czy też „Piekło pocztowe”! Człowiek, który musi być w samym centrum wydarzeń i który czuje się w tym centrum jak ryba w wodzie! Jeśli pojawia się Moist, to na pewno pojawi się gdzieś też Patrycjusz, który jest idealną karykaturą tyrana, który zachowuje pozory demokracji i władzy ludu. Ogólnie rzecz biorąc „Para w ruch” to całkiem niezły miks wielu genialnych postaci, bo i William de Worde się przewija tu i ówdzie, i Lady Margolotta, jak również kilka postaci ze Straży Miejskiej. Sama śmietanka. Na brak dobrej zabawy więc nie można narzekać. Chociaż nie polecam rozpoczynać przygody ze Światem Dysku od tej książki – za dużo powiązań z wcześniejszymi wydarzeniami.

Kolejna, świetna książka od brytyjskiego pisarza, która zabiera nas we wspaniałą podróż. Z każdą kolejną powieścią ze „Świata Dysku” zastanawiam się, czy Terry Pratchett mnie czymś jeszcze zaskoczy, w końcu przeczytałem już tyle jego książek! Okazuje się, że jak najbardziej umie to zrobić. Oraz oczywiście robi to. Tutaj jednak warto podkreślić nawet kilka razy, że „Para w ruch” raczej nie nadaje się do rozpoczęcia przygody z książkami tego autora. Jest tu zbyt wiele wątków połączonych z wydarzeniami w poprzednich tomach, zwłaszcza tych, w których występuje Moist von Lipwig. Zbyt wiele niezrozumiałych sytuacji może zniechęcić do dalszej lektury. Jednak jeśli już rozpoczęliście czytanie od podcyklu opisującego tego łapserdaka i hultaja, to ten tom z pewnością Was usatysfakcjonuje!

Łączna ocena: 7/10



czwartek, 16 stycznia 2020

„Świat finansjery” – Terry Pratchett

„Świat finansjery” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Świat finansjery
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 452 (236 + 216)
Data wydania: 27 grudnia 2016 + 5 stycznia 2017


Po dłuższej przerwie pora ponownie zagłębić się w Świat Dysku stworzony przez niezrównanego Terry’ego Pratchetta. Tym razem przyszła kolej na „Świat finansjery”, który to w wydaniu przeze mnie posiadanym (z kolekcji Edipresse) podzielony jest na dwa tomy. Z totalnie niezrozumiałych przeze mnie przyczyn (tak, wiem, kasa się musi zgadzać). Traktuję je jednak jako jeden tom, sumując je w jeden tytuł i jako jeden tytuł oceniam – nie widzę bowiem żadnego sensu w osobnej ocenie tak cieniutkich tomików. A jeśli już o opinii mówimy, to muszę przyznać, że brytyjski pisarz po raz kolejny stanął na wysokości zadania, jeszcze bliżej przedstawiając nam postać Moista von Lipwiga, którego niektórzy mogą doskonale znać ze wspaniałego „Piekła Pocztowego”. W „Świecie finansjery” odnajduje się jeszcze lepiej…

Według dyliżansów pocztowych w Ankh-Morpork ludzie nastawiają już zegarki, do takiej perfekcji Poczmistrz tego wspaniałego miasta doprowadził organizację, na której czele stanął. W jego życie wkroczyła rutyna oraz nuda – jak na życie porządnego urzędnika przystało. Patrycjusz jednak nie byłby Patrycjuszem, gdyby nie chciał dla miasta jak najlepiej i nie zasugerował szanownemu Moist von Lipwigowi nowej, wspaniałej funkcji, którą jednak ten odrzucił. Kto by się bowiem chciał pławić w złocie, pieniądzach i stać na czele banku Ankh-Morpork. Na pewno nie były oszust i fałszerz, bo i po co mu bliskość najbardziej pożądanych przedmiotów na całym świecie?

„– Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego – mówił dalej Vetinari. (...) – W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca”.

Od samego początku książka zapowiada świetną zabawę, zwłaszcza kiedy zaczyna tłumaczyć zasady ekonomii w Świecie Dysku oraz tajniki tego, jak działa gospodarka! Nie jest żadnym zaskoczeniem, że powieść o tytule „Świat finansjery” weźmie w obroty ogólnie pojętą bankowość, finanse, bogatych ludzi (często pociągających za sznurki wielu przedsięwzięć) oraz wszystko, co z pieniądzem jest związane. Terry Pratchett chyba jednak jeszcze w żadnej innej przeczytanej przeze mnie dotąd jego książce nie zaczął z wysokiego C, a tutaj od pierwszych stron mamy do czynienia z krzywym zwierciadłem najlepszego sortu! A oczywiście im dalej, tym lepiej, ponieważ autor pokazuje kolejne elementy tej finansowej układanki, na których również nie pozostawia suchej nitki.

Jeśli lubicie Havelocka Vetinariego, Patrycjusza Ankh-Morpork, to trafiliście wręcz idealnie – w „Świecie finansjery” macie okazję jeszcze lepiej go poznać. Oczywiście cały czas otoczony jest mgiełką tajemnicy i sprawia wrażenie osoby, która wie absolutnie wszystko i wyprzedza każdy krok absolutnie każdej osoby, jednak przebywanie w Podłużnym Gabinecie oraz karecie Vetinariego mi osobiście sprawia ogromną radość. Jest to jedna z najlepszych postaci wykreowanych w Świecie Dysku, podobnie jak Moist von Lipwig – starcie tych dwóch tyran… khem, tytanów, jest więc kolejnym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę.

„Na bezludnej wyspie złoto jest bezwartościowe. Jedzenie pozwala przetrwać czas bez łota o wiele lepiej niż złoto czas bez jedzenia”.

Humor jest oczywiście jak zwykle niezrównany. Książka zapewnia mnóstwo świetnej zabawy i rozrywki, rozpalając wręcz chęć sięgnięcia po kolejne historie ze Świata Dysku. Oczywiście Terry Pratchett nie byłby sobą, gdyby nie wsadził mnóstwa szpil wprost w środowisko finansjerskie i stereotypy, które krążą wśród społeczeństwa na temat banków. Jak widać, większość z nich jest całkowicie niezależnych od narodowości, skoro brytyjski pisarz wypunktował dokładnie te same przywary i problemy, z którymi borykają się brytyjski świat finansjery, które występują na naszym rodzimym poletku. Podobnie sytuacja wygląda z najbogatszymi rodzinami – w powieści jako bohater zbiorowy będący ucieleśnieniem wszystkich najbogatszych rodzin pokroju Rockefellerów występuje rodzina Lavishów. Zawistna, podzielona, bogata i do granic absurdu procesująca się z sobą o każdy możliwy grosz. A najwięcej na tym zyskują oczywiście prawnicy!

Można powiedzieć, że to jeden z lepszych tomów całego cyklu Świat Dysku. Dwie wspaniałe postacie zestawione w jednym tomie, doskonały humor, dobry pomysł na samą historię i mnóstwo krytyki – to jest to, co w dziełach Pratchetta lubię najbardziej. Co więcej, bez większych problemów można czytać „Świat finansjery” bez znajomości innych tomów (chociaż mimo wszystko warto najpierw przeczytać „Piekło Pocztowe”, dla poznania postaci Moista von Lipwiga). Jeśli cały czas zastanawiacie się, czy aby na pewno Świat Dysku będzie dla Was dobry, to jest to jedna z tych książek, po które możecie śmiało sięgnąć. Zawiera w sobie kwintesencję tego, co ten brytyjski pisarz może zaoferować, więc powinniście być w stanie stwierdzić, czy jego świat Was porwie, czy też jednak nie jest on dla Was.

Łączna ocena: 8/10


sobota, 21 września 2019

„Potworny regiment” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Potworny regiment
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 428
Data wydania: 10 listopada 2016


Tak! Znowu Terry Pratchett! On mi się chyba nigdy nie znudzi. A niestety niedługo się już jego książki skończą w mojej biblioteczce. Znaczy się, przeczytam wszystkie. Albo prawie wszystkie. Zostanie jeszcze trochę spoza Świata Dysku, ale to też kiedyś nadrobię w swoim czasie. Na razie skupiam się na parciu do przodu przez kolekcję i idzie mi całkiem nieźle. To jest kolejny miesiąc, w którym zaliczam książkę tego brytyjskiego pisarza i znowu zatapiam się w świat, w którym magowie to leniwe buły, a straż nie jest taka, jaką sobie wyobrażamy. W sumie nawet mamy w tym tomie do czynienia właśnie między innymi ze znanym i lubianym komendantem straży oraz z WOJSKIEM! Muszę przyznać, że jest to dość intrygujące połączenie.

Na biznesie wojennym można zarobić – w każdym z alternatywnych wszechświatów. No, chyba że jest się Gardło Sobie Podrzynam Dibblerem (chociaż kiełbaski nawet wygłodniały woj zje!). Wtedy może być problem. Jednak nie aż taki jak poszukiwania zaginionego brata, kiedy jest się dziewczyną. No i do tego pragnie się wstąpić w szeregi armii. Nic to jednak dla Polly Perks, która takich wyzwań się nie boi! Tak samo, jak nie boi się służyć w jednostce z wampirem. A także ogólnie pojętą zbieraniną innych ciekawych osobistości. Trudno jednak się nad tym zastanawiać, jeśli trzeba po prostu przeżyć i wygrać. Wszystko, w sumie wygrać wszystko. A przede wszystkim wygrać życie.

„Higiena tutaj polegała na podejmowanym bez entuzjazmu staraniu, by nie pluć do gulaszu”.

„Potworny regiment” skupia się głównie wokół tematu wojny oraz powodów jej prowadzenia, wyolbrzymia jej kult, jaki czasem można ujrzeć w niektórych mediach, a także porusza motyw korespondentów wojennych. Wszystko oczywiście w krzywym zwierciadle jak to u Pratchetta. W tym tomie spotkamy zarówno znane nam postacie, takie jak wampir Otto, redaktor William de Worde czy choćby Samuel Vimes, ale również zupełnie nowych bohaterów – członków jednego z regimentów Borogravii. Jak przystało na tego brytyjskiego autora, regiment składa się z iście artystycznego składu. Troll, wampir, niesamowicie gruby sierżant oraz cała reszta na pierwszy rzut oka zwykłych szeregowych (oraz Polly) to dość nietypowy na pierwszy rzut oka zespół. Zapewnia on jednak sporo niezłej zabawy!

Przepiękny wprost przekrój przez najczęściej powtarzane stereotypy dotyczące wojny, jej przebiegu oraz całej otoczki! Terry Pratchett dotknął niemalże wszystkich aspektów, jakich tylko mógł – pomijając zapewne te, o których szary człowiek nie ma pojęcia. Wyśmiał jednak zarówno sam pobór, jak i późniejsze podejście do szkolenia rekrutów. Na warsztat wziął powody wypowiadania wojny, przymierza, walki w polu, oblężenia, fortele, szeregowych, podoficerów, oficerów, najwyższe dowództwo, szpiegów, a nawet wpływ religii na działania zbrojne. Większość z tych tematów została potraktowanych – jak to u Pratchetta bywa – z odpowiednią mieszanką humoru oraz klasy. Naprawdę trudno się nie uśmiechnąć czytając „Potworny regiment”.

Nie bez powodu zresztą ta książka nosi taki tytuł. Czasem można usłyszeć historie o legendarnych lub mitycznych wręcz oddziałach, które mimo swojej niepozorności wywoływały strach wśród szeregów przeciwnika. Podobnie bywa z konkretnymi nazwiskami, najczęściej oczywiście żołnierzy będących w polu, a nie w sztabie. Cała historia kręci się właśnie wokół takiego oddziału, tytułowego Potwornego Regimentu pod dowództwem porucznika Bluzy, a ze znanym i niekoniecznie lubianym sierżantem Jackrumem jako mózgiem i pięścią wszystkich operacji. Niespodzianką są jednak rekruci, którzy nie do końca są tymi, za których się podają… Tego jednak Wam nie będę psuł, niech to będzie kolejna zachęta do sięgnięcia po ten tytuł. Zwłaszcza że regiment stanowi bardzo wybuchową mieszankę, która przyciąga do siebie wszelkiego rodzaju zabawne sytuacje.

„Kobietom zawsze zostaje pół cebuli, niezależnie od rodzaju potrawy, cebuli ani kobiety”.

Jeśli jesteście fanami historii (a przede wszystkim historii konfliktów zbrojnych), to znajdziecie mnóstwo nawiązań do praktycznie wszystkich możliwych epok. Zwłaszcza w opowieściach sierżanta Jackruma, którego poznacie praktycznie na samym początku książki, słychać echa minionych wojen. Miejsce głównej akcji, czyli Borogravia wraz z przyległymi jej państwami, bardzo mocno przypominają republiki Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, takie jak Uzbekistan, Turkmenistan czy Tadżykistan – w tamtych rejonach praktycznie cały czas coś się dzieje. Na pewno jest to dodatkowy smaczek i przy okazji dowód na to, że Pratchett bardzo dobrze przykładał się do przygotowań do swoich książek. Prawie niczego nie pozostawił przypadkowi, a jeśli człowiek wie gdzie szukać, to może odnaleźć piękne perełki.

Świetna książka, która po raz kolejny we wspaniały sposób wyśmiewa niektóre aspekty bycia człowiekiem. W końcu konflikty zbrojne, a zwłaszcza takie, które wybuchają przez jakąś pierdołę, to nasz, ludzki problem. Wokół wojny powstało wiele stereotypów, które Pratchett w „Potwornym regimencie” punktuje jak strzelec wyborowy. Do tego możemy spojrzeć na Świat Dysku z kolejnej perspektywy i poznać zupełnie nowy, nieznany nam dotąd wycinek mapy. Odrobina polityki również nie zaszkodzi, a pewnego rodzaju spoiwem z dotychczas nam znanymi historia jest postać Samuela Vimesa oraz Williama de Worde, którzy odwalają kawał dobrej roboty. Być może nawet ten konkretny tom mógłby się nadać dla osoby, która dopiero co rozpoczyna przygodę ze Światem Dysku – nie ma tutaj wielu nawiązań do innych części, których znajomość byłaby konieczna do zrozumienia żartów czy po prostu wydarzeń.

Łączna ocena: 8/10


środa, 7 sierpnia 2019

„Prawda” – Terry Pratchett

„Prawda” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Prawda
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 422
Data wydania: 27 października 2016


Powoli, wielkimi krokami zbliżam się do końca całego cyklu Świata Dysku wydanego w formie kieszonkowej kolekcji przez Edipresse oraz Prószyński i S-ka. Zanim jednak do niego dotrę (końca znaczy się) minie jeszcze sporo czasu – w końcu postanowiłem czytać po jednym tytule każdego miesiąca. Czasem się też trafi miesiąc bez Pratchetta, jak na przykład lipiec 2019, więc wszystko się jeszcze bardziej wydłuży. Sierpień jednak jak widać na załączonym obrazku był zdecydowanie pratchettowy – na warsztat wziąłem „Prawdę”, która wchodzi w skład podcyklu o Straży Miejskiej (chyba mój ulubiony) oraz cyklu biznesowego. Czasem brytyjski autor stworzy coś gorszego, czasem coś lepszego, ale prawdą jest, że „Prawda” to coś naprawdę niesamowitego i mega przyjemnego.

W Ankh-Morpork możesz być kim zechcesz – pod warunkiem, że inni chcą, abyś stał się tym, kim stać się chcesz. Miasto jednak jest w stanie przyjąć niemalże każdą profesję i jeśli jesteś obrotny, to zbudujesz swoje imperium nawet na siuśkach. William de Worde umie jednak niewiele – zna się na słowach. Wydawałoby się, że to o wiele za mało, aby osiągnąć sukces w takim miejscu jak Ankh-Morpork, jednak wraz z małą, nieświadomą pomocą pewnej grupy krasnoludów udaje mu się stworzyć pierwszą w mieście azetę. Cóż, oznacza to dla niego dokładnie to, co dla każdego dziennikarza w każdym zakątku wszechświata. Trochę życzeń śmierci, odrobinę wariatów kręcących się wszędzie wokół oraz problemy natury biznesowo-egzystencjalnej. Kaszka z mleczkiem.

„Zresztą arystokraci nie lubią patrzeć, jak głodują inni z wyższych sfer. Znajdują im jakieś bezensowne zajęcia za bardzo sensowne pieniądze...”

Jak zapewne wiadomo wszystkim fanom twórczości Terry’ego Pratchetta (a wszystkim nie-fanom lub jeszcze-nie-fanom będzie zaraz wiadomo), każda z powieści brytyjskiego autora skupia się na jednym lub kilku głównych tematach, wokół których pisarz tworzy swoją satyrę. „Prawda” – jak być może niektórym tytuł może co nieco sugerować – kręci się wokół ogólnie pojętego dziennikarstwa i jego „wolności słowa”, potyczek w tym temacie z lokalną władzą (zarówno wykonawczą, jak i sądowniczą), a także codziennych problemów przeciętnej redakcji. Nie jest to jednak wszystko! Na dodatek mamy stereotypową przestępczą parę, która jest niemalże nietykalna a jej reputacja wyprzedza złoczyńców na długo przed ich pojawieniem się w mieście. Co daje taka mieszankę? Mnóstwo dobrej zabawy!

„Prawda” zawiera dokładnie ten humor, który cenię u Pratchetta. Jednocześnie zabawny, prześmiewczy, ale w dobrym guście. Można się przy wielu fragmentach roześmiać wniebogłosy, ale z zachowaniem pewnego rodzaju szacunku do obiektów, dzięki którym ten śmiech powstał. Ponownie zresztą brytyjski pisarz nieco wyprzedził wydarzenia i poruszył temat, który obecnie jest na językach niemalże wszystkich ludzi Europy Zachodniej – wolność słowa w mediach oraz niezależność prasy. Trzeba przyznać, że w świetle tych wszystkich afer oraz czegoś, co można nazwać wojną między mediami a resztą świata, czytanie tej konkretnej pozycji nabiera zupełnie innego wydźwięku, niż gdy robiło się to wtedy, kiedy dopiero pojawiła się na rynku.

„Ale ludzie bardzo mocno przejmują się rzeczami. Bez rzeczy są tylko sprytniejszymi zwierzętami”.

Mega fajna książka, którą można polecić każdemu fanowi twórczości Pratchetta, chociaż nadaje się również dla tych, którzy nie są do końca pewni, czy jego powieści będą dobrą lekturą. Na pewno niewiele się straci, jeśli zacznie się swoją przygodę od „Prawdy”. Co prawda (he-he) wiele się już „do tej pory” wydarzyło i każdy świeżo upieczony czytelnik dostanie historię, która pogalopowała nieco do przodu, ale bez niezrozumiałych szczegółów. „Ogółów” również. Po prostu komendant Vimes będzie już po wielu przygodach a kościół Oma będzie po prostu kościołem Oma. W całości jest to jednak osobna historia, która zawiera w sobie to, co Pratchett ma najlepsze – od humoru poprzez świetnie skrojone postacie a na Ankh-Morpork kończąc. Albo zaczynając. Albo… No… Ankh-Morpork po prostu jest. :)

Łączna ocena: 8/10

poniedziałek, 17 czerwca 2019

„Ruchome obrazki” – Terry Pratchett

„Ruchome obrazki” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Ruchome obrazki
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 395
Data wydania: 13 października 2016


A oto i kolejny miesiąc, w którym sięgam po Pratchetta! Sukcesywnie poszczególne tomy kolekcji wydanej przez Edipresse oraz Prószyński i S-ka znikają (chociaż nie z biblioteczki!) i pojawiają się w mojej głowie. Tym razem miałem przyjemność przeczytać „Ruchome obrazki”, traktujące o sztuce filmu! Jak to u każdego autora, czasem bywa lepiej, a czasem gorzej i niektóre z książek są o wiele lepsze niż inne. Trafiają się również nieco słabsze, chociaż wciąż trzymające poziom. Taka jest naturalna kolej rzeczy, jeśli ktoś wydaje kilkadziesiąt książek w ciągu swojego życia – nie wszystkie z nich okażą się być arcydziełami (a u niektórych autorów lub autorem wręcz żadna z powieści nim nie będzie). Jak jest w przypadku „Ruchomych obrazków”? Ta książka niestety zdecydowanie nie należy do arcydzieł.

Oktoceluloza – cóż to za wspaniały materiał! Alchemicy chyba jeszcze nigdy nie byli z czegoś tak dumni, jak właśnie z niej. No, ewentualnie z kilku wybuchów, które wstrząsnęły całym miastem. Wybuchy jednak nie dadzą tego, co daje oktoceluloza, czyli magii ekranu! W połączeniu z małymi chochlikami, zagonionymi do szybkiego malowania tego co widzą, w rękach dobrego specjalisty z Gildii Korbowych potrafi zdziałać cuda. A Święty Gaj, zwany również Holy Wood, cały czas rośnie napędzany siłą wspaniałości ruchomych obrazków. Nie wszystko jednak co występuje w Świecie Dysku jest naturalne. Nie wszystko jest też sztuczne. Czasami jest po prostu aberracją spowodowaną przez zaburzenia osnowy rzeczywistości…

„Wewnątrz każdego starego człowieka tkwi młody człowiek i dziwi się, co się stało”.

Terry Pratchett wziął tym razem na warsztat „magię Hollywood” – i to w sensie dosłownym, jak i przenośnym. „Ruchome obrazki” są częścią cyklu o Niewidocznym Uniwersytecie, chociaż przyznać muszę, ze magów to zbyt wielu tutaj nie spotkamy. No, w każdym razie przez co najmniej pierwszą połowę książki. Cała historia skupia się wokół pratchettowskiej wersji Hollywood, czyli (he-he) Holy Wood, zwanym również Świętym Gajem. Autor w charakterystyczny dla siebie sposób wyśmiewa nie tylko samą apoteozę samego Hollywood w rzeczywistym świecie, ale również „magię kina”, która rzekomo potrafi odmieniać losy człowieka oraz jego zachowanie. Chociaż w przypadku Hollywood za magię robi pieniądz, natomiast w Holy Wood jest to coś zgoła innego… 

Tym razem niestety można się zanudzić przy książce – i to nawet mimo tak atrakcyjnego tematu! W końcu jakby nie patrzył największe kinowe hity, życie gwiazd, ich problemy, prywatne sprawy i cała reszta otoczki wokół filmowego showbiznesu to bardzo chwytliwe tematy. A do tego wokół wielu aspektów narosło mnóstwo mitów oraz stereotypów, więc wydawać by się mogło, że materiału do satyry jest co nie miara. Ano jest, tylko jakoś tak… Niemrawo Terry Pratchett do tego podszedł. Celnie, jak zwykle zresztą, trafiał w przywary aktorów oraz całego biznesu, ale jednak zrobił to bez nutki szaleństwa i tego czegoś, co sprawia, że ciężko się od jego książek oderwać. 

„Miesiąc minął szybko. Wolał nie zostawać na miejscu zbyt długo”.

Trochę lepiej jest w drugiej połowie książki, w której pojawia się nieco więcej magów (w sensie dosłownym i przenośnym), a cała zabawa w Holy Wood staje się coraz bardziej niebezpieczna, a magowie powoli dochodzą do różnych wniosków. Trochę bardziej się człowiek może wkręcić, jednak wciąż nie robi to z „Ruchomych obrazków” ponadprzeciętnej książki. Chociaż humor jak zwykle potrafi uratować sytuację, zwłaszcza że można zobaczyć mnóstwo nawiązań do współczesnej kinematografii, charakterystycznych dla niej miejsc oraz oczywiście osób! W nazwiskach oraz pseudonimach postaci biorących udział w tworzeniu ruchomych obrazków dostrzegniecie podobieństwo do prawdziwych nazwisk znanych aktorów oraz aktorek, którzy cechują się nawet podobnym zachowaniem. Cóż, w końcu to jednak Terry Pratchett, a humor to jest to, co zawsze wychodziło temu brytyjskiemu pisarzowi.

Jak widać nie jest to najlepsza z książek Pratchetta i zdecydowanie nie należy do czołówki jego dorobku. Oczywiście jest pełna humoru, trafnych porównań i ociekającej ironią groteski, jednak nie jest to powieść, do których przyzwyczaił swoich fanów Terry Pratchett. Brakuje jej polotu, pazura i przede wszystkim jasnej i klarownej historii. Ta przedstawiona w „Ruchomych obrazkach” jest nieco sflaczała i nie do końca spełnia wymogi, jakie stawia się przed dobrą książką fantastyczną. Nawet jeśli należy do zupełnie osobnego gatunku, jakim niewątpliwie jest proza nieżyjącego już, brytyjskiego autora takich dzieł jak cały cykl o Straży Miejskiej czy cykl o Śmierci. Nie zawsze jednak każdemu autorowi wszystko wyjdzie. Jeśli się było tak płodnym pisarzem jak Pratchett, to lekkie niedociągnięcia, która się czasem przytrafiają, są czymś w pełni akceptowalnym i wręcz normalnym. Cóż, byle do następnej!

Łączna ocena: 6/10

czwartek, 16 maja 2019

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Pomniejsze bóstwa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 378
Data wydania: 29 września 2016


To już kolejny miesiąc, w którym czytam Pratchetta! Udaje mi się jak na razie trzymać swoje tempo jednej książki tego brytyjskiego autora miesięcznie, a do tego cały czas czytam tytuły po kolei, zgodnie z ich ukazywaniem się w kolekcji Świata Dysku. Tym razem padło na „Pomniejsze bóstwa”, należące do cyklu o Starożytnych Cywilizacjach. Poprzedni tom, czyli „Piramidy” nie należały może do najlepszych powieści Pratchetta, ale pokazywały coś zupełnie innego niż znani doskonale wszystkim fanom twórczości autora Śmierć, Rincewind czy Samuel Vimes. „Pomniejsze bóstwa” są kolejnym przykładem odejścia nieco od koncepcji cyklu obejmującego kilka kolejnych książek, a do tego rozgrywa się daleko poza Ankh-Morpork. Tym razem jednak nie mam praktycznie żadnych, większych zastrzeżeń!

Aby bogowie mogli istnieć, potrzebna jest wiara. Aby wiara miała sens, potrzeba bogów. W ten sposób koło się zamyka, chociaż ma w sobie o wiele więcej logiki, niż można sądzić. W końcu czyż biedronka nie potrzebuje mszyc, a mszyce biedronek? Zapewne tak by pomyślał Brutha, nowicjusz w Cytadeli, który codziennie walczy z głosami i stara się nie poddać demonom. Podobnie walczą pomniejsze bóstwa, jednak o zupełnie coś innego – o wiarę kogokolwiek (lub czegokolwiek), kto (lub co) znajdzie się wystarczająco blisko, aby dostrzec małe cuda. Czasem większe, a czasem po prostu człowiek uzna dane wydarzenie za chory głos w jego własnej głowie. 

Brytyjski pisarz tym razem pojechał po bandzie dość ostro! Oczywiście w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, w każdym razie według mnie. Każda jego książka to w mniejszym lub większym stopniu wyśmiewanie pewnych charakterystycznych cech danej grupy społecznej, zjawiska, przyzwyczajeń ludzkich czy dowolnego innego elementu, jaki można znaleźć w ludzkim życiu. Jeszcze nigdy jednak nie widziałem tak dosadnego, a zarazem zabawnego (choć graniczącego z groteską w wielu momentach) wyśmiania tak wielu stereotypów. Tak, nie bez powodu tytuł tej powieści to „Pomniejsze bóstwa – Terry Pratchett wziął na warsztat religie i rozmontował je na czynniki pierwsze. Na pierwszym planie widać zdecydowanie nawiązania do jednej religii, w głównej mierze, ale w ostatecznym rozrachunku dopatrzeć się można wielu z nich.

„– Zadziwiające.Kolejna pauza, bagno milczenia, gotowe pochwycić mastodonta nieprzemyślanej uwagi”.

Wspomniałem, że wielokrotnie humor zawarty w tej powieści ociera się o groteskę, jednak w mojej opinii nie o obrazoburstwo. Jak wiadomo, temat religii jest dość… delikatnym tematem. Tak jak polityka czy upodobania kulinarne. Oj, jak łatwo jest powiedzieć o jedno słowo za dużo w tych tematach, wojna murowana. Na całe szczęście Terry Pratchett po raz kolejny udowodnił, że wie jak coś wyśmiać, bez obrażania. Rzecz jasna jeśli ktoś będzie chciał się czuć obrażony, to zostanie, ale jeśli miałbym spróbować obiektywnie spojrzeć na zarówno same żarty, jak i całokształt budowy Omni wraz z jej systemem polityczno-religijnym, to ciężko mi się dopatrzeć jawnej pogardy czy chęci obrażenia kogokolwiek. Za to widzę mnóstwo wytykania palcem tych najbardziej absurdalnych, nielogicznych czy wręcz mrocznych elementów, które występują w wielu religiach. 

Miłą odskocznia w „Pomniejszych bóstwach” jest też miejsce akcji, czyli Omnia wraz otaczającymi ją innymi krajami, takimi jak Efeb, Tsart czy Djelibeybi. Wszystkie oczywiście stworzone na modłę starożytnych cywilizacji, takich jak Egipt, i czerpiące z nich garściami. W Świecie Dysku pojawiają się oczywiście zarówno krótkie informacje o tych krajach, jak i nieco dłuższe opisy ludzi stamtąd pochodzących, jednak jak do do tej pory nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ani społeczeństwu poszczególnych krajów (nie licząc Djelibeybi w „Piramidach”), ani ich geografii. Świat Dysku często kojarzy się albo  Ankh-Morpork, albo z Ramtopami, miło więc poznać kolejną część noszonego na skorupie żółwia świata. Zwłaszcza, że żółw w tym tomie jest niezwykle symboliczny!

„Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć”.

Dość interesująca jest też kwestia „walki” zwolenników teorii, że cały świat to kula, z osobami twierdzącymi, że świat to dysk podtrzymywany przez cztery słonie stojące na grzbiecie wielkiego żółwia. W czasach, w których powstawały „Pomniejsze bóstwa” taki konflikt miał zupełnie inne znaczenie niż teraz, w roku 2019. Tak naprawdę wszędzie wokół można zauważyć ostre dyskusje, które dotyczą podobnego problemu, ale rzeczywistego, w odniesieniu do Ziemi. Co prawda waloru edukacyjnego w odniesieniu do tego tematu powieść ta nie ma, ale na pewno pozwala na spojrzenie z zupełnie innej perspektywy – kompletnie odwrotnej. Sam Pratchett chyba nie przewidział, że jeden z mniej istotnych wątków w książce, którą pisał, będzie kiedyś aż tak namacalny.

Bawiłem się przednio podczas lektury, naprawdę. Piszę i mówię to przy okazji opisywania wrażeń po przeczytaniu niemalże każdej książki, którą napisał Terry Pratchett, ale tym razem mogę to jeszcze mocniej podkreślić. Tak, świetna powieść, pełna celnych uwag i krytyki, zarówno rzeczy współczesnych, jak i historycznych. Mnóstwo humoru (często czarnego) oraz kompletnie inny klimat niż ten, do którego brytyjski pisarz przyzwyczaił swoich fanów. Gorące piaski pustyni połączone z różnorodnymi sposobami rządzenia poszczególnymi krajami to coś, co można nazwać tchnieniem nowości w Świecie Dysku. Nawet jeśli to tchnienie pochodzi z gorącej patelni pełnej żółwi, jaszczurek, węży oraz Pomniejszych Bóstw.

Łączna ocena: 8/10

wtorek, 16 kwietnia 2019

„Piramidy” – Terry Pratchett

„Piramidy” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Piramidy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 348
Data wydania: 15 września 2016


Kolejny miesiąc, w którym czytam Pratchetta może zostać uznany za zaliczony. Mam przed sobą jeszcze sporo tomów, w tym między innymi kolekcję Świata Dysku wydaną jakiś czas temu przez Prószyński i S-ka wraz z Edipresse. Nie wydano w niej oczywiście wszystkich możliwych dzieł Pratchetta, dlatego wiem doskonale, że czeka mnie jeszcze dużo radości płynącej z lektury jego książek. Trzymam się na razie kolejności, w jakiej zostały wydane we wspomnianej kolekcji i nie jest wcale zła kolejność. Tym razem mam do czynienia z bardzo krótkim, liczącym raptem dwie książki, cyklem o starożytnych cywilizacjach. I wiecie co? Pierwszy tom, czyli „Piramidy”, nie powalił, jednak jednocześnie pokazał kunszt autora w kreowaniu świata odbitego w wielu krzywych zwierciadłach.

Bycie starożytnym królestwem nie jest łatwe i przyjemne. Świat oczekuje od Ciebie wielu rzeczy, a jedną z nich jest posiadanie bardzo oddalonych od Ciebie spadkobierców korony. Najlepiej, żeby spadkobiercy byli z Ankh-Morpork, tak, to brzmi doskonale. No i żeby był w sumie tylko jeden spadkobierca, nie wielu. Wielu ma być kapłanów, którzy już wiedzą doskonale jak rządzić. A jest czym rządzić, jeśli się jest starożytnym królestwem położonym w dolinie rzeki. Prawda? A tu tyle jeszcze rzeczy do zrobienia, tyle matematyki do odkrycia, tyle astronomii do pokazania ludziom. No nie jest łatwo być starożytnym królestwem, oj nie.

„Przy okazji: wbrew popularnym wierzeniom, piramidy nie ostrzą żyletek. Po prostu przenoszą je w czasie do chwili, kiedy jeszcze nie były tępe. Przyczyny tego faktu są prawdopodobnie kwantowe”.

Tym razem Terry Pratchett wrzucił na warsztat tematykę starożytnego Egiptu oraz religii – w tym głównie motyw piramid oraz obrzędów religijnych związanych z pochówkiem faraonów. Nie byłby oczywiście sobą, gdyby nie wplótł w to wszystko nuty „nowoczesności” w postaci następcy faraona, który odebrał wykształcenie… skrytobójcy, oczywiście w Gildii Skrytobójców w Ankh-Morpork. Wyszła z tego mieszanka nietypowa nawet jak Pratchetta, co do której mam nieco mieszane uczucia. Z jednej strony się wybawiłem wybornie wręcz, z drugiej jednak coś mi bardzo mocno nie grało. Nie była to taka powieść, do jakiej przywykłem, choć wcale nie oznacza to czegoś gorszego. Po prostu brakowało mi tego klimatu Ankh-Morpork, który miesza się z Uberwaldem czy Lancre. 

„Trzeba się urodzić człowiekiem, żeby osiągnąć prawdziwą głupotę”.

Samo przedstawienie piramid w krzywym zwierciadle wraz z mitami, które wokół nich powstały to istne cudo. Autor pojechał bardzo mocno po bandzie, ale z niej nie spadł – karykatura jest bardzo wyraźna, w wielu miejscach aż przesadzona, ale spójna i zwyczajnie śmieszna. Sam bym chyba za nic w świecie nie wpadł na takie pomysły, jakimi raczą czytelnika „Piramidy”, choćbym dumał nad tym wiele tygodni. Właśnie przy takich książkach zaczynam się zastanawiać, czy Terry Pratchett aby na pewno pisał wszystkie swoje książki na trzeźwo. Chociaż przy tym poziomie absurdu ciężko by było utrzymać go w ryzach bez trzeźwego umysłu, a jednak jakimś cudem się to udaje!

Wyjątkowo średnio mi podszedł główny bohater, którego ciężko nazwać wyrazistym. U twórcy Świata Dysku to niecodzienne, bo raczej większość postaci, które mają jakikolwiek wpływ na fabułę dowolnej powieści, jest zbudowanych dość konkretnie. Można o nich wręcz pisać elaboraty, natomiast w przypadku Teppica jedyne co mogę napisać, to podstawowe informacje: syn faraona, ukończył szkolenie w Gildii Skrytobójców, jest nowoczesny, nie podąża za tradycją swojego państwa. To wszystko. O wiele więcej emocji wywołuje postać Diosa, najwyższego kapłana, który jest stereotypowym przedstawicielem swojej profesji, w pełni zgodnym z tym, co możemy zobaczyć w komediach osadzonych w starożytnym Egipcie. Da się go znienawidzić, a to wszak jeden ze znaków dobrze wykreowanej postaci.

„Ptraci nie tylko wykoleiła pociąg jego myśli, ale także wyrwała tory, spaliła stacje i przetopiła mosty na złom”.

Powieść, która zdecydowanie może się spodobać. Przy okazji nieco inna niż większość książek, które napisał Terry Pratchett, więc być może jest dobrą propozycją dla osób, które nie są przekonane do klimatów Ankh-Morpork, ale chciałyby dać kolejną szansę literaturze tego brytyjskiego pisarza. Mnóstwo humoru (na wysokim poziomie!), zupełnie nowe spojrzenie na stereotypy, mity oraz legendy dotyczące starożytnego Egiptu oraz szczypta nowoczesności wpleciona w to wszystko to naprawdę przyjemne połączenie. Nawet jeśli nie do końca mi to osobiście zagrało tak, jakbym chciał, żeby zagrało, to nie mogę nie docenić „Piramid”. To powinien być argument zwłaszcza dla osób, które przeżyły niezbyt przyjemne spotkanie z Pratchettem, ale nie aż tak złe, żeby przekreślić całokształt jego twórczości. Może tym razem się uda!

Łączna ocena: 7/10

niedziela, 7 kwietnia 2019

„Carnivia. Bluźnierstwo” – Jonathan Holt

„Carnivia. Bluźnierstwo” – Jonathan Holt
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jonathan Holt
Tytuł: Carnivia. Bluźnierstwo
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 400
Data wydania: 6 listopada 2013


Przyznam szczerze, że nawet nie pamiętam gdzie dokładnie kupiłem tę książkę. Na pewno pochodzi z jakiejś przeceny – ma wciąż nalepiony nowy kod kreskowy z o wiele niższą ceną, niż cena rynkowa. Dałem się skusić opisowi, bo połączenie CIA, Kościoła Katolickiego oraz czegoś co można nazwać tematyką w pewnym sensie informatyczną to połączenie działające na mnie jak magnes. Wstępne rozeznanie się w ocenach na Lubimy Czytać dało temu tomowi zielone światło na wjazd do mojej biblioteczki. Fakt istnienia kolejnych tomów to następne punkty zgromadzone na koncie „Carnivia. Bluźnierstwo”. Oczywiście pozycja ta swoje odleżała, ale wreszcie po nią sięgnąłem. Tak po prawdzie to ani nie żałuję, że wreszcie ją przeczytałem, ani nie jestem z tego mega zadowolony.

Wenecja to wspaniałe miejsce, pełne magii i zamiłowania do kostiumów. Widać to zwłaszcza podczas La Befana, kiedy tłumy przebranych ludzi hucznie świętują w każdym możliwym zakątku. Jednak nawet (albo raczej zwłaszcza) w Wenecji niecodziennym widokiem są zwłoki kobiety ubranej w liturgiczne szaty. Dla kapitan Kateriny Tapo jest to pierwsze śledztwo w sprawie o morderstwo i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo skomplikowane może ono być. Zwłaszcza, kiedy na jaw zaczną wychodzić kolejne kawałki tej niezbyt przyjemnej układanki, w skład której wchodzą Stany Zjednoczone Ameryki Północnej oraz Carnivia – portal internetowy, który zapewnia jego użytkownikom pełną anonimowość.

„Mówi się czasem, że przestępczość we Włoszech to jedyna zorganizowana instytucja”.

Nie byłbym sobą, gdybym na pierwszy ogień nie wziął tych wszystkich nawiązań do ogólnie pojętej informatyki. Pracuję w branży IT od kilku lat, więc moja ciekawość zawsze mnie ciągnie ku książkom, które zawierają w sobie jakiekolwiek elementy nie tylko samej branży, ale również po prostu najnowszych technologii. Zastanawiałem się czy Jonathan Holt przygotuje się porządnie do wplecenia IT do swojej książki i tutaj jestem niezwykle rozczarowany. Wiele pojęć jest mylonych, występuje też dużo całkowicie fałszywych uproszczeń. Co ciekawe, nie wyglądają one na użyte z pełną premedytacją w celu poprowadzeniu akcji zgodnie z tym, co zaplanował autor. Raczej wyglądają na próby laika, który chce wpleść coś trudnego w swoją wypowiedź, ale posługuje się kiedyś tam usłyszanymi pojęciami, których znaczenia nie zna.

Na całe szczęście tych prób nie ma aż tak wiele. Jednym z głównych wątków jest co prawda pewien portal stworzony przez jedną z głównych postaci, jednak służy on bardziej jako miejsce niektórych wydarzeń niż jako element skomplikowanej technologii, którą narrator próbuje rozebrać czytelnikowi na czynniki pierwsze. Między innymi właśnie Carnivia jest źródłem błędów oraz uproszczeń, o których wspominałem, jednak nie wpływają one bezpośrednio na samą fabułę (może poza jedną sceną, której nie mogę do końca przeżyć), w związku z czym byłem w stanie przebrnąć przez pewnego rodzaju ignorancję autora. Zwłaszcza, że cała reszta otoczki zbudowanej wokół wydarzeń wydaje się być jak najbardziej w porządku. Chociaż z drugiej strony nie mam gwarancji, czy do tematyki symboli religijnych lub Wojny w Bośni i Hercegowinie Jonathan nie przygotował się tak jak do IT – czyli byle jak…

„– Jestem przekonany, że będzie wdzięczna za wszelkie modlitwy, jakie ojciec jej ofiaruje – zapewnił Piola, zbliżając się do drzwi.– A tymczasem karabinierzy nadal będą się trzymali bardziej świeckich metod”.

Dość ciekawym wydaje się być połączenie motywów Kościoła Katolickiego z włoską mafią oraz wojskiem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Od samego początku autor nastawia nas na misterną intrygę, w którą wplątani są sami oficjele amerykańscy oraz włoscy (no i oczywiście watykańscy), chociaż rzeczywistość okazuje się być nieco mniej rozbuchana, niż chciałoby się oczekiwać. Można powiedzieć, że wyszła po prostu prawidłowo napisana historia, której brakuje pazura. A liczyłem na niego – potencjał takiego połączenia tematów jest ogromny, więc szkoda, że nie został w pełni wykorzystany. Mimo wszystko źle nie wyszło, ponieważ „Carnivia. Bluźnierstwo” nie tylko nie nudzi, ale potrafi wciągnąć. Nie ma po prostu efektu „wow”, który mógłby powstać dzięki odpowiedniemu manipulowaniu różnymi wątkami i stworzeniu historii o wiele bardziej mrożącej krew w żyłach i zaskakującej. 

Ogólnie rzecz biorąc jest to poprawna i przyjemna w odbiorze lektura, po której jednak spodziewałem się czegoś więcej. Nie pokazuje urokliwej Wenecji w sposób, który namaluje nam przed oczami obrazu jednego z najbardziej popularnych miejsc we Włoszech odwiedzanych przez turystów. Mamy za to podgląd na to, w jaki sposób pracuje tamtejsza policja, z jakimi problemami się boryka i jak wygląda mniej więcej podział sił, co jest również interesującym aspektem z mojego punktu widzenia. „Carnivia. Bluźnierstwo” jest pierwszym tomem trylogii, którą z pewnością skończę – nie dlatego, że mam ogromną ochotę dowiedzieć się, co się stanie dalej, ale ze względu na mój wewnętrzny przymus czytania całych serii. Samą sobą bowiem mnie ani nie zachęciła do kolejnych tomów, ani nie zniechęciła. Zwłaszcza, że samo zakończenie wcale nie obiecuje następnej części.

Łączna ocena: 6/10



Cykl „Carnivia”

Bluźnierstwo | Herezja | Rozgrzeszene


niedziela, 17 marca 2019

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Złodziej czasu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 408
Data wydania: wrzesień 2016


Jak tak spojrzałem sobie na swój spis przeczytanych książek i zobaczyłem, że niedługo minie rok, odkąd ostatni raz sięgnąłem po książkę Terry’ego Pratchetta, naszło mnie pytanie „co tak długo?!”. Przede mną jeszcze sporo tomów do przeczytania, żeby skończyć samą kolekcję Świata Dysku, a gdzie jeszcze pozostałe tytuły, spoza tego zbioru. Następny w kolejności wypadł „Złodziej czasu”, którego miałem już okazję czytać wcześniej. Oczywiście było to tyle lat temu, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, więc odświeżająca lektura wcale nie była złym pomysłem. Zwłaszcza, że pamiętam tę konkretną historię jako naprawdę jedną z lepszych, jakie napisał brytyjski autor. Po przypomnieniu jej sobie dalej mam to samo zdanie.

Tylko najstarsi górale pamiętają o istnieniu Mnichów Historii. Chociaż jeśli ktoś by przebadał zależność między przeszłością tych górali i jej wpływ na teraźniejszość, którą rzeczeni górale przeżywają, to mógłby zacząć się zastanawiać nad sensownością słuchania bajdurzeń. Jedno jest jednak pewne dla każdego – czas to pieniądz, a pieniądze się pomnaża, inwestuje, traci i rozdaje. Niedobrze by było dla ekonomii, gdyby pieniądze przestałyby płynąć, a dla całego świata nie byłoby dobrze, gdyby czas stanął w miejscu. Lu-tze wraz ze swym niepokornym uczniem mają więc trudne zadanie przed sobą. Ścigać się muszą z… czasem.

„Kiedy człowiek spogląda w otchłań, otchłań nie powinna do niego machać”.

Tym razem Terry Pratchett wziął na swój satyryczny warsztat niezwykle ciekawe połączenie. „Złodziej czasu” kręci się wokół ogólnie pojętej edukacji oraz buddyzmie, klasztorach pełnych mnichów oraz ich sztukach walki. Na pierwszy rzut rzeczy te pasują do siebie jak pięść do nosa, ale jak się przyjrzeć dogłębniej, to się okazuje, że zarówno w życiu (prawie) każdego człowieka, jak i mnicha ze stereotypowego klasztoru nauka pełni niezwykle ważną rolę. A najzabawniejsze sytuacje pojawiają się wtedy, gdy spróbujemy skonfrontować stereotypowego mnicha ze stereotypową nauczycielką. Nic więc dziwnego, że kolejny tom z podcyklu poświęconemu postaci Śmierci jest pełen rozbrajających gagów, prześmiewczych, ale trafnych uwag i ogólnie rzecz biorąc jest… no, śmieszny.

W „Złodzieju czasu” mamy do czynienia z dość malowniczym językiem oraz bardziej „technicznymi” opisami. Zakon Mnichów Historii zna parę sztuczek i nie zawaha się ich użyć! Zwłaszcza krojenie czasu jest mega wkręcające i chętnie bym przeczytał nawet cały cykl dotyczący tej umiejętności. Mnóstwo terminologii związane z czasem też robi swoje. Dla mnie, jako osoby, która uwielbia wszystko, co jest związane z jakąkolwiek techniką, takie fragmenty to skarb dla oczu. Nawet jeśli jest to pratchettowskie wykonanie, czyli z jajem i dużą dawką satyry. W zdecydowanej większości dominują one jednak w pierwszej połowie powieści – później akcja się zagęszcza i jest nieco bardziej… klasyczna. W rozumieniu prozy Pratchetta oczywiście.

„Gdyby w jakiejś grocie umieścić duży przełącznik z tabliczką: »Przełącznik Końca Świata! NIE DOTYKAĆ«, farba na niej nie zdążyłaby nawet wyschnąć”.

Oczywiście jest to powieść pełna humoru, przepełniona satyrą oraz często sarkastycznym spojrzeniem na pewne sprawy. To jednak nie powinno być zaskoczeniem dla wszystkich, którzy znają twórczość Terry’ego Pratchetta. Chociaż niektóre jego książki są w tym aspekcie słabsze od innych, to „Złodziej czasu” zdecydowanie należy do czołówki. Bardzo wyważony humor, nienachalny, poruszający dokładnie te nitki, które poruszać powinien. A do tego bardzo metafizyczny nawet w swoim głównym celu, czyli parodii tego, co dana książka opisuje. Zazwyczaj sposób, w jaki Terry Pratchett jest w stanie rozbawić czytelnika, jest jedną z mocniejszych stron jego książek, ale trzeba przyznać, że tym razem to nie tylko „jedna z”, ale wręcz najmocniejsza.

Świetna powieść z nietypowym połączeniem tematów, dająca mnóstwo satysfakcji z lektury. Od samego początku do końca wciągająca, Mogę ją z czystym sumieniem nazwać jedną z moich ulubionych książek, które napisał Terry Pratchett. Nie tylko ze względu na humor, ale również położenie dużego nacisku na terminologię i przedstawienie niezwykle interesującej koncepcji czasu i przestrzeni. Szkoda tylko jednego – to już ostatni tom, w którym jedną z głównych ról odgrywa Śmierć. Co prawda pojawia się epizodycznie w wielu podcyklach wchodzących w skład cyklu Świata Dysku, ale jednak co Śmierć to Śmierć. Cieszę się jednak, że mogłem sobie odświeżyć ten świetny tytuł i niebawem zanurzę się zapewne w kolejnych przygodach mieszkańców dysku osadzonego na skorupie Wielkiego A’Tuina.

Łączna ocena: 8/10


wtorek, 8 maja 2018

"Wiedźmikołaj" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Wiedźmikołaj
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 392
Data wydania: 18 sierpnia 2016


Wspaniałość Terry'ego Pratchetta polega między innymi na nietuzinkowym spojrzeniu na świat i ciężkim do podrobienia poczuciu humoru. Gdy czyta się fragment dowolnej książki ze Świata Dysku od razu czuć, że to Pratchett. Nic więc dziwnego, że człowiek, który raz zasmakuje w prozie tego brytyjskiego pisarza, będzie chciał więcej. Ja też cały czas chcę więcej i choć nieubłaganie zbliżam się do końca, to mimo wszystko zew jest silny. Na tyle silny, że wreszcie po niemalże czterech miesiącach pękłem i sięgnąłem po "Wiedźmikołaja". Zdecydowanie muszę brać Pratchetta do ręki częściej.

Noc Strzeżenia Wiedź to bardzo magiczna noc w Świecie Dysku. To wtedy do świata mogą przeleźć różne potworności, a osnowa rzeczywistości robi sobie małe wakacje. Wtedy też Wiedźmikołaj odwiedza wszystkie dzieci i wręcz im rózgi. Albo pistolety. Albo Wielkie Maszyny do Mielenia Wrogów. Dla każdego coś dobrego. Jednak nie dla Wiedźmikołaja, który wydaje się... być zaginiony. A kiedy do tych spraw wtrąci się Śmierć z wnuczką i Gildią Skrytobójców, to nikt w Świecie Dysku nie może spać spokojnie.

Tym razem Pratchett postawił na dwa główne tematy do wyśmiania i ukazania w krzywym zwierciadle - skomercjalizowaną magię świąt Bożego Narodzenia, z Mikołajem na czele (oraz innymi magicznymi stworami) oraz prowadzenie dochodzeń detektywistycznych. Choć to drugie nie jest oficjalnie raczej wspominane w opracowaniach, to postać Susan Sto Helit wręcz krzyczy wszem i wobec, że prowadzi śledztwo. Tak skrajne tematy mogą się wydawać zdecydowanie nie na miejscu, jednak Terry Pratchett już nie raz udowodnił, że sztuka łączenia nie jest mu obca. Nie dość, że wyszedł wyborny koktajl, to na dodatek chciałby się go pić aż do przelania własnego żołądka.

"Pokoik był nędzny - taki często wynajmują osoby, które nie planują mieszkać w nim długo; w takim nocą przejściu po podłodze towarzyszy chrzęst karaluchów w śmiertelnym flamenco".

Susan pojawia się w niewielu książkach z cyklu "Świata Dysku", a na pewno nie jako jedna z głównych bohaterek. "Wiedźmikołaj" jest jednym z trzech tomów napisanych przez tego autora, w których możemy spotkać tę nie do końca normalną i nie do końca nadnaturalną dziewczynę. A szkoda, bo mimo, że nie jest to jedna z najbardziej rzucających się postaci w całym uniwersum, to z pewnością jest interesująca. Jest połączeniem wszystkiego, co najgorsze z punktu widzenia pochodzenia. Trochę arystokratka, trochę zwykła kobieta, a do tego z odrobiną krwi Śmierci w żyłach (he-he). Do tego pragnąca normalności, co niestety nie zawsze wychodzi. Wynikają z tego dość nietypowe i często zabawne sytuacje.

Trochę zaskoczyć może końcówka, która jest niesamowicie pouczająca jak na twórczość Pratchetta. Wydawać by się mogło, że autor ten tworzy jedynie utwory przeznaczone jedynie czystej i niczym nie skrępowanej rozrywce, ale już kilka razy udowodnił, że potrafi też przekazać coś istotnego. "Wiedźmikołaj" jest właśnie jedną z tych powieści, która wręcz każe zastanowić się nad pewnymi aspektami, których ze względu na możliwe spoilery nie chcę nazywać po imieniu. Można się ich bowiem teoretycznie domyślić już na samym początku książki (a nawet z opisu), jednak wbrew pozorom nie są one dokładnie takie, jakie zazwyczaj ludzie sobie wyobrażają. Nawet w tej sprawie Terry Pratchett potrafi zaskoczyć. A napisał przecież tyle książek, że łatwo można wpaść w pułapkę pod tytułem "przecież on już nic nowego nie wymyśli".

"Strzeżenie Wiedźm tradycyjnie uważane jest za czas rodzinny, jednak ci, którzy pili w Katafalkach, prawdopodobnie nie mieli rodzin; niektórzy wyglądali, jakby mogli mieć miot albo jajka".

Kolejny bardzo udany tom "Świata Dysku", łączący w sobie zarówno zabawę i śmiech, jak i mądrość. Brak bardzo ścisłych powiązań z innymi częściami cyklu robią z tego tomu doskonałego kandydata do rozpoczęcia przygody z autorem dla wszystkich, którzy jeszcze nie sięgnęli po książki nieżyjącego już Brytyjczyka. Zwłaszcza przesłanie, które niesie ze sobą książka, może być dla części osób argumentem ostatecznie zachęcającym. W każdym razie nawet jeśli to nie przekona wielu osób, to "Wiedźmikołaj" jest wciąż zabawną i dobrze napisaną pozycją, która powinna zadowolić wiele osób swoim poczuciem humoru.

Łączna ocena: 7/10


sobota, 20 stycznia 2018

"Muzyka duszy" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Muzyka duszy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 398
Data wydania: 4 sierpnia 2016


Ponownie sięgnąłem po kolejny tom jednego z moich ulubionych pisarzy fantasy. Terry Pratchett niezmiennie bawi mnie w każdej kolejnej książce, więc wiedziałem doskonale, że lektura będzie niesamowitą radością. Nie każdemu jednak pasuje styl i humor, którymi posługuje się autor, jednak przy każdej okazji staram się polecać jego twórczość wszystkim tym, którzy nie sprawdzili jeszcze czy Świat Dysku przypadnie im do gustu, czy też raczej nie. "Muzyka duszy" to kolejny tom, który mogę z czystym sumieniem polecić!

Niełatwo jest być wnuczką Śmierci - zwłaszcza kiedy dziadunio postanawia wybrać się na poszukiwanie sensu życia, a do gry wkracza dziedziczenie. Niełatwo jest też być bardem, zwłaszcza w Ankh-Morpork - mieście tysiąca i jednej gildii, których opłaty członkowskie nie należą do najniższych. Ale jeszcze trudniej jest okiełznać Muzykę z Wykrokiem, która nie ma ochoty przestać rozbrzmiewać, a wszyscy wokół pomagają jej trwać w nieskończoność.

Muszę przyznać, że mimo wychwalania humoru Pratchetta we wszystkich poprzednich jego książkach, które miałem okazję czytać, nie uśmiałem się jeszcze tak jak przy "Muzyce duszy". Doskonale dobrane żarty, oczywiście w absurdalnym stylu Pratchetta, powodowały co chwilę uśmiech na twarzy lub wręcz niepohamowane wybuchy śmiechu! Być może tematyka była bardziej skora do żartów (mimo wciąż przerabianego podcyklu o Śmierci), a być może po prostu autorowi wyszło tym razem nieco lepiej niż zwykle. W sumie nieistotne, ważne że każdy fan pratchettowskiego humoru otrzyma w tej książce wszystko, co tygrysy lubią najbardziej!

"Kiedy był podniecony, zdradzał to swego rodzaju aktywnością przeżuwania i ssania, jakby usiłował usunąć z dziury w zębie zapomnianą resztkę podwieczorku. Teraz robił hałas jak umywalka u fryzjera."

Tym razem głównym obiektem drwin jest muzyka rockowa oraz cała otoczka, która wokół niej powstaje. Terry Pratchett skupia się zarówno na emocjach, które potrafi wywoływać, jak i tworzeniu się subkultur opierających się właśnie w głównej mierze na muzyce. Do tego należy dorzucić oczywiście cały przemysł wytwórczy, który muzykę promuje, organizuje trasy koncertowe, nakręca sprzedaż płyt i tak dalej. Dla mnie, jako osobie wychowanej na tej muzyce, wszystko wydawało się idealnie wypunktowane. Ze smakiem, z jajem i przede wszystkim z humorem. To co powinno być wyolbrzymione - zostało wyolbrzymione, a to co powinno być skrytykowane - zostało skrytykowane.

Nieco bliżej można również poznać postać Śmierci, która jak zwykle zaskakuje czytelnika swoim nowoczesnym podejściem do życia (he-he), przy jednoczesnym byciem tak konserwatywnym, jak tylko Śmierć może być. Przeżywa swoje śmierciowe rozterki, które doprowadzają do całkiem zabawnych na pierwszy rzut oka sytuacji. Z drugiej strony można zobaczyć czym grozi brak kogoś/czegoś tak ważnego jak właśnie Śmierć. Mieliśmy już przedsmak tego w "Kosiarzu", czyli poprzednim tomie, w którym to Śmierć nagle... zniknął. Tutaj w pewnym sensie mamy do czynienia z kontynuacją podjętego wątku, chociaż w zupełnie innej odsłonie, z kompletnie różnego punktu widzenia.

"- Kazałbym wa się wytłumaczyć rano władzom uniwersytetu, ale niestety, to wy jesteście władzami uniwersytetu..."

Bardzo udany tom, pełen humoru i ciekawych wydarzeń. Pozwala jeszcze lepiej poznać niektóre postacie, a zwłaszcza te, które w innych książkach pojawiają się tylko epizodycznie. Może niekoniecznie najlepszy do rozpoczęci przygody z twórczością Terry'ego Pratchetta (nawiązuje do niektórych wydarzeń z poprzednich tomów), jednak na pewno warty czasu spędzonego na jego czytaniu. Jeśli ktoś ma wątpliwości czy ten książki ten autor jest dla niej/niego - być może "Muzyka duszy" je rozwieje. No, chyba że moje poczucie humoru znacznie się różni od Wasze. ;)

Łączna ocena: 8/10


niedziela, 31 grudnia 2017

"Kosiarz" - Terry Pratchett

"Kosiarz" - Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Kosiarz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 332
Data wydania: 21 lipca 2016


Ktoś może zapytać - ile można czytać Pratchetta?! Ja wówczas odpowiadam - cały czas go można czytać. Kolejne książki jego autorstwa, przez które człowiek przechodzi, to kolejna radość i przyjemność z czytania. Lektury są bowiem lekkie, napisane z humorem, a na dodatek są swoistym krzywym zwierciadłem, które za każdym razem ukazuje nieco inną sprawę lub przywarę. Nie inaczej jest w przypadku "Kosiarza", który obrał sobie na cel sprawę na pierwszy rzut oka trudną. Życie i śmierć. To jest jednak Pratchett, więc jak zwykle dostałem mnóstwo czarnego, dobrze wyważonego humoru!

środa, 13 grudnia 2017

"Mort" - Terry Pratchett

"Mort" - Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Mort
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 284
Data wydania: 7 lipca 2016


"Mort" jest pierwszą częścią podcyklu o jednej z najbardziej charakterystycznych postaci Świata Dysku - samego Śmierci. Jednocześnie powstał jako czwarta powieść całego cyklu. Śmierć jest niezwykle barwną i ciekawą postacią, mówiącą ołowianym głosem - znaczy się wielkimi literami. Przeciętny człowiek widzi ją tylko raz w swoim życiu - na samym jego końcu. Za to magowie... Cóż, magowie mogą nawet z nim pogadać. Nie wyprzedzajmy jednak faktów, gdyż jest to dopiero pierwszy tom, w którym możemy go poznać. A jak wypadła książka? Naprawdę przyjemnie - z nieodłącznym humorem oraz wieloma... przemyśleniami... na temat dzieciństwa, dorastania oraz obiektywizmu.

wtorek, 28 listopada 2017

"Niuch" - Terry Pratchett

"Niuch" - Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Practchett
Tytuł: Niuch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 466
Data wydania: 23 czerwca 2016


Przeczytałem już mnóstwo książek autorstwa Terry'ego Pratchetta. Brakuje mi jeszcze trochę do zakończenia całego cyklu, jednak jego styl znam już niemalże na pamięć. Ciężko mnie czymś zaskoczyć w powieściach tego autora, choć niezmiennie mnie bawią. "Niuch" również okazał się niezwykle ciekawą pozycją, zwłaszcza że należy do mojego ulubionego podcyklu o Straży Miejskiej. Co prawda Sam Vimes jest już niezwykle utytułowanym oraz bogatym człowiekiem, jednak stary glina z niego nie wychodzi.

Wypoczynek to słowo, którego Sam Vimes, diuk Ankh-Morpork i komendant tutejszej Straży Miejskiej nie zna. Nie można powiedzieć, że się go boi, chociaż z pewnością wie jak przetrwać szczęśliwie w małżeństwie. Z tego właśnie powodu nie ma nic do powiedzenia w związku z urlopem, na który wyjeżdża ze swoją małżonką... na wieś. Do swojej własnej posiadłości. Za glinami ciągnie się smród z miasta, a śmietanka równie chętnie wypływa na wierzch co szumowiny. Dla Sama w to mi graj!

wtorek, 7 listopada 2017

"Łups!" - Terry Pratchett

"Łups!" - Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Łups!
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 414
Data wydania: 25 maja 2016


To już dwudziesty pierwszy tom wydany w ramach Kolekcji "Świata Dysku" przez wydawnictwo Prószyński i S-ka we współpracy z Edipresse. Tak naprawdę to już połowa całej serii, więc jeśli ktoś czyta ją po kolei jak ja, to pozostało mu drugie tyle do przeczytania. Pratchetta oczywiście nigdy za wiele, a zwłaszcza jednego z moich ulubionych podcykli o Straży Miejskiej. "Łups!" to właśnie dalsze losy Komendanta Vimesa, zwanego również jego łaskawością. Szkoda, oj wielka szkoda, że nie powstało więcej książek z tego podcyklu - są po prostu genialne!

Każdy mieszkaniec Ankh-Morpork zna historię Doliny Koom. Wiele lat temu w zasadzkę krasnoludów wpadły tam trolle. A może odwrotnie... Do tej pory nikt nie zna prawdy, jednak co paręset lat Dolina Koom ponownie daje o sobie znać poprzez starcie trolli z krasnoludami. Tym razem może to się stać w Ankh-Morpork - tuż pod nosem Komendanta Vimesa. No, chyba że wyjaśni sprawę pewnych morderstw. Albo chociaż jednego morderstwa. No, w każdym razie musi coś zrobić. I zrobi - w końcu to Komendant Vimes, prosty i nieprzekupny, dziękuję serdecznie.

wtorek, 29 sierpnia 2017

"Straż nocna" - Terry Pratchett

"Straż nocna" - Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Straż nocna
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 428
Data wydania: 12 maja 2016


Jeśli o mnie chodzi, to Terry Pratchett nigdy się nie znudzi. Zwłaszcza książki opowiadające o życiu w Ankh-Morpork oraz o Straży Miejskiej. Są przepełnione humorem - często czarnym - oraz ogromną ilością złośliwości i sarkazmu. Na szczęście "Straż Nocna" nie jest ostatnim, ani nawet przedostatnim tomem, w którym spotkam się ze wspomnianymi tematami. Nie jest też pierwszym, nie jest najlepszym ani najgorszym. Jest jednak bardzo w porządku i myślę, że takie podsumowanie może okazać się najlepsze.

Manipulacja czasem nigdy nikomu nie wyszła jeszcze na dobre. Sam Vimes, komendant Straży Miejskiej stara się jednak wpisać w karty historii jako pierwszy, któremu wyszło to na dobre. Tak naprawdę to nie ma wyjścia. Nie tylko musi zmierzyć się z własną przeszłościąi to dosłownie, ale również wyszkolić siebie samego na siebie samego. Fakt, że będzie musiał tego wszystkiego dokonać w Ankh-Morpork będzie tylko dodatkowym utrudnieniem. Ale co to jest dla Sama Vimesa, nieustraszonego pogromcy złoczyńców i diuka?

czwartek, 6 lipca 2017

"Bogowie, honor, Ankh-Morpork" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimyczytac
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Bogowie, honor, Ankh-Morpork
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 426
Data wydania: 14 kwietnia 2016


Zdecydowanie zbyt długo nie czytałem niczego, co wyszło spod pióra Terry'ego Pratchetta. Ostatnią jego książkę przeczytałem trzy miesiące temu, a byli to "Niewidoczni Akademicy". Mocno zatęskniłem za humorem Świata Dysku, satyrą przedstawianą przez pisarza oraz bohaterami jego książek. Tym razem na warsztat wzięta została Straż Miejska, a głównymi daniami są ksenofobia i patriotyzm, wymieszany ze zrywami militarnymi. Brzmi pysznie? Zdecydowanie była to bardzo dobra potrawa, którą trawiło się niezwykle przyjemnie!

Kto by pomyślał, że świeżo wynurzona z morza wyspa potrafi podzielić dwa, niezbyt pałające do siebie miłością miasta. W końcu niecodziennie tyle ton ziemi wyłania się z wody. Niestety zbrojna interwencja może się okazać koniecznością, a dla Straży Miejskiej największą zmorą. Co się jednak może stać, gdy najwięksi lordowie zbiorą swoje armie? Przecież wiedzą co robią! To w końcu chluba każdego miasta, najwięksi patrioci przez wielkie "P". Nikt nie wie czemu komendant Vimes w nich nie wierzy.

niedziela, 26 marca 2017

"Niewidoczni Akademicy", część 2 - Terry Pratchett

Źródło: Lubimyczytac
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Niewidoczni Akademicy, część 2
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 269
Data wydania: 31 marca 2016


Nie tak dawno, bo raptem pięć dni temu, skończyłem pierwszy tom "Niewidocznych Akademików" wydany w ramach kolekcji "Świat Dysku". Była to naprawdę świetna lektura, nieco inna niż te, do których przyzwyczaił swoich czytelników Terry Pratchett. Nie tylko była pełna humoru - do czego chyba każdy fan autora jest przyzwyczajony - ale budziła również napięcie! Jak zatem wygląda druga część (która tak naprawdę drugą częścią nie jest)? Cóż, doskonale.

Magowie z Niewidocznego Uniwersytetu stworzyli drużynę i trenują ją pod okiem pana Nutta. To samo robią mieszkańcy Ankh-Morpork, chociaż niekoniecznie trenują drużynę pod okiem pana Nutta. Wyższe sfery za to próbują trenować swoje umiejętności detektywistyczne i uganiają się po całym mieście za Jewels - pięknością, która zaprezentowała niesamowitą mikrokolczugę.