Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feeria science. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feeria science. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

„Co mówią zwłoki” – Sue Black

„Co mówią zwłoki” – Sue Black
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sue Black
Tytuł: Co mówią zwłoki
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Adam Wawrzyński
Stron: 404
Data wydania: 2 października 2019


Już od jakiegoś pół roku często sięgam po pozycje, które wychodzą spod skrzydeł Wydawnictwa Feeria Science – człowiek w pewnym momencie zaczyna doceniać bardziej niż kiedyś książki popularnonaukowe. Często bowiem bawiąc, uczą i ucząc, bawią, więc można połączyć przyjemne z pożytecznym. W moim przypadku jest to miła odskocznia zarówno od technicznego bełkotu zawartego w większości pozycji branżowych, jakie czytam, jak i od głównie rozrywkowego waloru beletrystyki. Jak na razie większość przeczytanych przeze mnie książek od Feeria Science oceniałem jako dobre lub bardzo dobre, więc chętnie sięgnąłem po „Co mówią zwłoki” – kolejny tytuł poświęcony pracy antropologów. Częściowo nie jest więc to dla mnie nic nowego, ale w wielu przypadkach umiał mnie skutecznie zaskoczyć.

Śmierć jest tematem tabu, chociaż – co może być bardzo zaskakujące – głównie w kulturach uważanych za cywilizowane i rozwinięte. Najczęściej ludzkie zwłoki należy po prostu pochować z szacunkiem i zostawić je ziemi lub dowolnemu żywiołowi, który jest dopuszczalny w uczestniczeniu w obrzędach pochówku. Tymczasem dla antropologów nawet kości sprzed wielu tysięcy lat są skarbnicą wiedzy o człowieku oraz jego otoczeniu. Sue Black w swojej książce stara się udowodnić, na jak wiele sposobów zawód antropologa jest w stanie pomóc nie tylko policji, ale również innym zawodom w dochodzeniu do prawdy oraz prawdziwych wydarzeń, jakie rozegrały się wiele lat wcześniej.

Pierwsze, co się rzuca w oczy podczas lektury „Co mówią zwłoki” to pasja, z jaką pisze autorka. Nie dość, że satysfakcja z wykonywanej pracy oraz możliwości niesienia pomocy wszystkim ludziom wręcz wylewa się z książki, to na dodatek Sue Black umie stworzyć niesamowicie obrazowe opisy. Dzięki nim nie tylko czytelnik jest w stanie zobaczyć to, co opisuje, ale również poczuć emocje, które towarzyszą konkretnemu, opisywanemu wydarzeniu. Przez książkę wręcz się płynie, mając przed oczami wszystko to, co miała kiedyś autorka oraz niemalże czując to, co ona prawdopodobnie mogła czuć. Rzadko się spotyka aż taki talent do przekazania obrazów oraz uczuć słowami.

Nie bez powodu wspominam o uczuciach (i to takich, które mogła czuć sama Sue Black), ponieważ spora część książki to nie tylko same suche fakty, ale również wydarzenia z życia autorki. Nie nazwałbym tego żadną autobiografią – fragmenty zawarte w „Co mówią zwłoki” dotyczą stricte tematu książki i mają na celu przekazanie dodatkowej wiedzy, czy też raczej umiejętności obcowania ze śmiercią. Czasem można odnieść wrażenie, że fragmenty te mogłyby być nieco krótsze (lub wręcz dużo krótsze), chociaż umiejętność obrazowego opisywania, o której wspomniałem w akapicie wyżej, robi robotę również w tym aspekcie. Nawet więc najgłębsze wspomnienia wydają się bardzo istotne (nawet jeśli po dłuższym zastanowieniu się można dojść do zgoła odwrotnego wniosku).

„Jak wiadomo, tego typu łańcuch »łańcuch poszlak i dowodów« jest tak wytrzymały, jak wytrzymałe jest jego najsłabsze ogniwo”.

Sue Black raczy czytelnika mnóstwem ciekawostek dotyczących zarówno historii antropologii, jak i samego podejścia ludzkości do śmierci. Również z tymi bardzo niechlubnymi i kontrowersyjnymi tematami jak kanibalizm, sprzedaż dziecięcych zwłok od centymetra czy tworzeniem „dżemu z krwi” jako bazy dla wielu lekarstw w epoce baroku. Innymi słowy, nie istnieje w tej książce temat tabu. Jeśli coś według autorki było warte przekazania jako argument lub przykład dla zobrazowania jej słów, to go po prostu użyła. Zresztą od samego początku Sue Black próbuje przekonać czytelników, że śmierć nie jest wcale końcem, o którym nie powinno się rozmawiać ani przed jego nadejściem, ani po utracie bliskiej osoby. To jest jedynie jeden z etapów ludzkiego życia, który można zresztą podzielić na kilka podetapów. A człowiek nawet po swojej śmierci może wpływać na innych ludzi, na co dowody również są przedstawione w „Co mówią zwłoki”.

Książka z powodzeniem może być polecana zarówno osobom, które dopiero chcą poznać tajemnice pracy antropologa sądowego, jak i tym, które mają za sobą już jakieś tytuły opowiadające o tej profesji. Część informacji pokrywa się z tym, co miałem okazję czytać w innych książkach, jednak większość przypadków jest dla mnie nowa. Sue Black nie tylko opowiada o podstawach takich jak rozpoznanie czterech głównych „cech” zmarłego, ale również porusza tematy dotyczące wojen oraz kataklizmów – w jaki sposób umiejętności antropologów mogą być przydatne na miejscu masowego mordu czy też katastrofy naturalnej. Wszystko to oczywiście bazuje na doświadczeniu autorki, co rzecz jasna łączy się z tym, co miałem okazję napisać o jej książce do tej pory.

Trochę informacji, które się pojawiają w każdej pozycji o tej tematyce, ale sporo nowości, których nie znalazłem jak dotąd nigdzie. Polecić więc można każdemu, niezależnie od jego poziomu wiedzy i liczby książek o antropologii sądowej, które przeczytał (no, chyba że ten ktoś sam jest antropologiem). Barwny i obrazowy język oraz umiejętność wywoływania emocji i ich przekazywania to niewątpliwie zalety książki, której autorką jest Sue Black. Może czasem liczba wspomnień przytłacza (zwłaszcza te nieco luźniej związane z zawodem autorki), jednak bez wielu z nich „Co mówią zwłoki” straciłyby swój charakter. Byłyby zupełnie innym dziełem. Wtedy nie wiem w sumie czy byłyby tak kształcące i otwierające umysł ludzki jak teraz.

Łączna ocena: 7/10



Za możliwość przeczytania dziękuję

środa, 22 maja 2019

„Happy Mózg. Skąd bierze się szczęście i co mózgowi do tego” – Dean Burnett

„Happy Mózg. Skąd bierze się szczęście i co mózgowi do tego” – Dean Burnett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dean Burnett
Tytuł: Happy Mózg. Skąd bierze się szczęście i co mózgowi do tego
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Anna Binder
Stron: 384
Data wydania: 15 maja 2019


Mózg to niezwykle fascynujący narząd, a do tego kryjący przed człowiekiem jeszcze mnóstwo tajemnic. Naukowcy co chwilę dochodzą do nowych wniosków dotyczących jego funkcjonowania, jednak potencjał badawczy jest nieskończony – zupełnie tak, jak nieskończone wydają się być możliwości mózgu. Cieszę się bardzo, że pojawia się na rynku coraz więcej książek popularnonaukowych dotyczących tego narządu, gdyż pomagają one nie tylko zrozumieć skąd się biorą pewne emocje, uczucia, zachowania czy schematy, ale również dzięki nim można samodzielnie starać się walczyć ze swoimi słabościami i lepiej kierować swoim życiem. Tym razem sięgnąłem po książkę, która stara się wyjaśnić skąd się bierze szczęście i jaką rolę w tym szczęściu ma nasz mózg. Ciężko uznać, że po lekturze zdobyłem tę wiedzę, ale nie wynika to z jakości książki, a z tego, jak bardzo nasz mózg jest skomplikowany w obliczu szczęścia.

Dopamina, serotonina, oksytocyna – o tych neuroprzekaźnikach słyszał chyba każdy. Pojawiają się nawet w mediach, gazetach, telewizji śniadaniowej i kolorowych magazynach. Zazwyczaj kojarzone są w taki czy inny sposób z przyjemnością, nagrodą – szczęściem. Czy jednak da się tak prosto uczucie szczęścia sprowadzić jedynie do jednego lub kilku neuroprzekaźników? Czy można określić konkretne miejsce w mózgu, które odpowiedzialne jest za to, czy człowiek czuje się szczęśliwy czy też nie? Dean Burnett, neurobiolog, po raz kolejny zmierzył się z wyzwaniem, jakie rzucił mu narząd umieszczony w czaszce i nawet chciał sam badać swój mózg! Okazało się jednak, że badanie szczęścia jest bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.

„Jakby co, jestem tylko neurobiologiem. W sprawie rzeczy, które nie plaskają po upuszczeniu na posadzkę, marny ze mnie pożytek”.

Dean Burnett ma na swoim koncie już inną książkę dotyczącą mózgu, a która została wydana w Polsce – „Gupi muzg. W co tak naprawdę pogrywa twoja głowa?” – ma więc teoretycznie doświadczenie w pisaniu książek popularnonaukowych. Widać to dość jasno i wyraźnie w „Happy Mózg”, które przepełnione jest lekkim, nieinwazyjnym humorem oraz mnóstwem informacji podanych w bardzo przystępny sposób. Przy okazji cała książka napisana jest w takiem gawędziarskiej formie, w której autor nie tylko przedstawia same fakty, badania oraz wnioski wyciągnięte na ich podstawie, ale również historię, w jaki sposób doszedł do takich, a nie innych rozważań i wyników badań. W pewnym sensie można powiedzieć, że „Happy Mózg” jest fabularyzowaną książką popularnonaukową, jakkolwiek dziwnie by taki twór nie brzmiał.

To, co tygryski lubią najbardziej w pozycjach popularnonaukowych, czyli bogata bibliografia, może zostać uznane za odhaczone. Ponad trzydzieści stron przypisów odsyłających do konkretnych pozycji (badań, opracowań, książek etc.) to w zupełności wystarczająca liczba, aby uznać temat za wyczerpany. Podzielone są na rozdziały, a numeracja kolejnych przypisów rozpoczyna się na początku każdego z rozdziałów, więc nie będzie dużego problemu ze znalezieniem interesującego nas fragmentu. Oprócz zbiorczych, bardziej naukowych odnośników, możemy również nacieszyć się bardziej żartobliwymi komentarzami samego autora, które odnaleźć możemy na dole strony z konkretnym, niezrozumiałym lub śmiesznym fragmentem.

Dean Burnett nie skupia się na suchych faktach czy samych badaniach, ale stara się pokazać również wyjątki od reguły. W końcu z mózgiem nie jest wcale tak prosto i nic nie jest oczywiste, jakbyśmy chcieli żeby było. Wielokrotnie podkreśla, że nawet obecny, teoretycznie przebadany porządnie temat, niekoniecznie da się zamknąć w z góry określonej klatce. Często może się okazać, że reguła ma tak wiele odstępstw, że wręcz przestaje być regułą. W tym całym chaosie autor potrafi jednak wskazać ścieżkę, którą czytelnik powinien podążać, aby choć trochę spróbować zrozumieć swoje szczęście. To, czy nam wszystkim się to uda osiągnąć, czy zrozumiemy i postanowimy coś z tą wiedzą zdobyć, zależy jednak wyłącznie od samych. No, i kaprysów naszego mózgu. I do tego neuroprzekaźników. Jak również naszego otoczenia. No i genów, geny są też ważne! No właśnie.

„Jeśli ludzie są najinteligentniejszymi ze stworzeń, to czy od samego początku nie powinniśmy być sprawniejsi? Dlaczego nie wyłaniamy się z łona matki z sonetami Szekspira na ustach, upodobaniem do latte i aktówką pod pachą?”.

Bardzo fajnym elementem, który urozmaica zwłaszcza te bardziej naukowe fragmenty, są rozmowy z różnymi ludzi, głównie ekspertami w danym temacie. Dean Burnett podzielił całą książkę na kilka różnych tematów, którym poświęca całe rozdziały. Rozkłada w ten sposób kwestię szczęścia na wiele czynników i stara się je tak szczegółowo omówić, jak tylko się da. Na całym świecie żyje mnóstwo ludzi, więc oczywistym jest, że znajdą się specjaliści w niemalże każdym możliwym temacie, a autor to skrzętnie wykorzystuje. Przeprowadził z nimi rozmowy, z których sam wyciąga wnioski, ale również przekazuje Czytelnikowi to, czego się dowiedział w trakcie spotkania. Zwiększa do wartość merytoryczną „Happy mózgu”, a jednocześnie wprowadza pewien element niespodzianki – czasem się bowiem okazuje, że po takiej rozmowie dotychczasowe przemyślenia autora muszą zostać poddane jeszcze bardziej szczegółowej analizie. Innymi słowy możemy obserwować również proces pomyłek, jakie zdarzają się naukowcom podczas ich badań.

Świetna książka, w barwny sposób obrazująca skąd tak naprawdę się bierze szczęście, czym ono jest oraz jakie ośrodki mózgu odpowiadają za jego odczuwanie czy też „wytwarzanie”. Sporo humoru, takiego naukowego rzecz jasna, duża liczba opracowań naukowych wykorzystanych podczas tworzenia tej pozycji oraz mnóstwo przykładów z życia codziennego. Jeśli dorzucimy do tego sfabularyzowanie całości, to okazuje się, że „Happy mózg” jest bardzo ciekawą alternatywą dla każdego fana lekkich książek, które jednak dają również wartość merytoryczną. Znajdziemy w środku również o wiele bardziej skomplikowaną terminologię, która wyjaśnia bardziej zawiłe zasady działania mózgu, więc na to również trzeba być przygotowanym – zwłaszcza terminologie typowo neurobiologiczną, wraz z nazwami poszczególnych elementów mózgu. Warto sięgnąć, jeśli ma się ochotę spróbować zrozumieć czemu się śmiejemy z głupich żartów i dlaczego długotrwałe związki jednym dają szczęście, a innym wręcz przeciwnie.

Łączna ocena: 8/10



Za możliwość przeczytania dziękuję

niedziela, 28 kwietnia 2019

„Ewolucja w miejskiej dżungli” – Menno Schilthuizen

„Ewolucja w miejskiej dżungli” – Menno Schilthuizen
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Menno Schilthuizen
Tytuł: Ewolucja w miejskiej dżungli. Jak zwierzęta i rośliny dostosowują się do życia wśród nas
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski
Stron: 392
Data wydania: 24 kwietnia 2019


Jakoś nie byłem przekonany do stwierdzeń typu „od zawsze lubiłem przyrodę”, czy też „zwierzęta i rośliny zawsze mnie fascynowały”. Wydają mi się pustymi słowami, deklaracjami powtarzanymi zwłaszcza przy okazji sięgania po takie książki jak „Ewolucja miejskiej dżungli”. Zdecydowanie bardziej pasuje mi coś w rodzaju „staram się być świadomy otaczającej mnie przyrody”, z dużym naciskiem na słowo „świadomy”. W końcu człowiek już dawno przejął siłą dużą część planety i cały czas to robi. Często nie do końca zdając sobie sprawę, jak to wpływa na zwierzęta (ooo jaki ładny miś, dokarmimy go?). Książki, jak ta, którą właśnie opisuję, mogą pomóc w zrozumieniu tego, jak dzika przyroda radzi sobie z ludzkim życiem oraz rozwojem. A jeśli o samą „Ewolucję w miejskiej dżungli” chodzi, to zdecydowanie jest w tym temacie pomocna!

Czy powstanie długich, betonowych autostrad zagroziło żyjących na ich terenach ptakom? Z pewnością tak. Czy parki miejskie są wystarczające dla małych zwierząt, które pragną znaleźć spokojny dom? Zdecydowanie nie. Czy miejskie kanały są dobrym miejscem dla jakichkolwiek roślin? Z pewnością nie. Natura jednak radziła sobie z większymi przeciwnościami niż ludzie i ich betonowe dżungle. Ewolucja nie zatrzymuje się ani na chwilę i dba o to, aby wszystkie stworzenia, od małego komara latającego w metrze, aż po niedźwiedzie żyjące obok ludzi, miały szansę na dostosowanie się do błyskawicznie zmieniających się warunków w miastach. 

„Powolniejsze jaskółki o długich skrzydłach kończyły jako byłe jaskółki na pasie awaryjnym, a ich długoskrzydłę geny były eliminowane z puli genowej”.

O niesamowitości tej książki mogą świadczyć już pierwsze strony, w których autor pokazuje jak bardzo wkręcony jest w to co robi i jak mocno to kocha. Rozpościera przed czytelnikiem niezwykły i barwny opis owada, zawierający mnóstwo szczegółów. Dosłownie przed oczami stanął mi piękny motyl, taki rajski wręcz, którego chciałoby się oglądać godzinami w powiększeniu. Gdzieś w połowie coś mi zaczęło nie grać – niektóre opisywane elementy tak jakoś nie pasują do motyla. No ale przecież Menno Schilthuizen tak się zachwyca, tak wspaniale opisał wszystko, od nóżek aż po skrzydła! Co prawda pominął ich barwę, no ale opisał skrzydła. No tak, okazuje się, że z takim pietyzmem wręcz opisał komara. To dla mnie był pierwszy znak, że książka została napisana przez prawdziwego pasjonata, który włożył w nią (jak w całą swoją pracę) własne serce.

To, co najbardziej cenię w książkach popularnonaukowych, to odpowiednia bibliografia oraz przypisy – co zresztą już wspominałem niejednokrotnie. Menno Schilthuizen nie zawiódł mnie pod tym względem i zawarł w „Ewolucji w miejskiej dżungli” jedno i drugie – bibliogragia długa na kilkanaście stron, a przypisy dość nietypowe. Nie objaśniają jedynie paru bardziej skomplikowanych terminów, ale stanowią niejako dodatkowe wyjaśnienie sensu oraz podstaw każdego rozdziału. Wśród pozycji, na których bazował autor możemy znaleźć zarówno tytuły prac należących do niego samego, jak i naukowców często wspomnianych na łamach książki. Kolekcja jest pokaźna, więc bez najmniejszego problemu będziemy w stanie znaleźć interesujące nas opracowania, jeśli tylko poczujemy taką potrzebę. A autor potrafi ją rozbudzić, oj potrafi.

„Taka dwoistość nasienna stanowi sposób pępawy na to, by zarazem mieć ciastko i zjeść ciastko”.

Wygląda na to, że autor wybrał najciekawsze i jednocześnie najprostsze przypadki, które potrafią człowieka bardzo zainteresować. Osobiście nie nazwałbym się nigdy entomologiem ani tym bardziej lepidopterologiem – motyle lubię, są spoko, fajnie popatrzeć, ćmy są intrygujące, chociaż nie aż tak „milusińskie” jak motyle, ale opisy Menno Schilthuizena potrafią rozbudzić nie tylko samą wyobraźnię, ale również ciekawość. Przykład krępaka nabrzozaka to jeden z wielu, które w swojej prostocie są wręcz genialne, i równie wspaniale przedstawione. Kiedy czytałem zarówno o całej historii jego przypadku, jak i mozolnych i wybitnie nudnych badaniach nad postępem ewolucji (namacalnym wręcz i widocznym gołym okiem w czasie krótszym niż jedno ludzkie pokolenie!) to aż sam chciałem choć na chwilę znaleźć się obok badaczy aby móc obserwować ćmy. Tak, obserwować ćmy, badać ich rozwój i sposoby przystosowania się do życia w habitacie zmienionym przez ludzi. Chapeau bas Panie Schilthuizen za takie rozbudzenie mojego zainteresowania.

Świetna, otwierająca oczy na istniejącą wokół nas przyrodę pozycja, którą z czystym sumieniem mogę polecić absolutnie każdemu – a zwłaszcza wszystkim mieszkańcom miasta. Przygoda, w którą zabiera nas Menno Schilthuizen jest pełna sytuacji i faktów oczywistych, z których jednak nie zdajemy sobie nawet sprawy. Mnogość życia oraz jego możliwości adaptacji do zmieniających się warunków w miejskiej, betonowej dżungli jest wprost zadziwiająca. Ogrom źródeł oraz badań biologów również robi wrażenie, a rozbudowane przypisy będące niejako rozwinięciem celu, w którym powstał każdy z rozdziałów jest na ogromny plus dla autora. Tego typu książki czyta się z przyjemnością, a ich walor edukacyjny jest absolutnie bezdyskusyjny. 

Łączna ocena: 8/10



Za możliwość przeczytania dziękuję


niedziela, 31 marca 2019

[PREMIERA] „Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz” – Daniel Z. Lieberman, Michael E. Long

„Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz” – Daniel Z. Lieberman, Michael E. Long
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Daniel Z. Lieberman, Michael E. Long
Tytuł: Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz
Wydawnictwo: Feeria Science
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Stron: 320
Data wydania: 3 kwietnia 2019


Niezbyt często mam okazję i przyjemność czytać literaturę popularnonaukową, chociaż bardzo ją lubię. Najczęściej wybieram jednak beletrystykę, która zapewnia mi po prostu rozrywkę. Zapominam przy tym, że nie bez powodu o książkach takich jak „Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz” mówi się „literatura POPULARNONAUKOWA”. Przedstawiane są w miarę prostym językiem, starając się szerzyć naukę wśród jak największej liczby osób. Przy tym wcale nierzadko wypełnione są humorem i zabawnymi przykładami. O ludzkim mózgu wiemy cały czas wbrew pozorom niewiele, a temat jest niezwykle ciekawy. Czy ta książka może odkryć przed Wami jedną z tajemnic, jakie skrywa w sobie ta masa zwojów w naszych głowach? Zdecydowanie tak!

Jedna cząsteczka, a tyle potrafi. Dopamina, kojarzona kiedyś głównie jako odpowiedzialna za przyjemność, jest bardzo interesującym neuroprzekaźnikiem. Do niej można przypisać emocje i uczucia, które odczuwamy będąc zakochanymi, to ona się pojawia podczas narkotycznego haju, to ona daje nam motywację do zdobycia wszystkiego – łącznie z pełną kontrolą nad innym człowiekiem. Dawno temu gwarantowała człowiekowi przeżycie, teraz może być jego zgubą. Przeprowadzono już mnóstwo badań nad dopaminą oraz zachowaniem ludzkim pod jej wpływem, a najciekawsze przypadki umieszczono w tej oto książce.

„Tak oto chemia odpowiada w prosty sposób na odwieczne pytanie, dlaczego miłość słabnie”.

Dopamina to jeden z neuroprzekaźników, które odgrywają ogromną rolę w życiu człowieka. Jak wielką, możemy dowiedzieć się właśnie z tej książki. „Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz” udowadnia, że w każdej niemalże dziedzinie życia dopamina potrafi zaważyć o przechyleniu się szali decyzji na konkretną stronę – w zależności od tego, jak bardzo jesteśmy na nią podatni. Książka przechodzi przez kolejne aspekty życia, począwszy od miłości, poprzez sprawowanie władzy, politykę, uzależnienia a zakończywszy na sztuce oraz nauce. Autorzy udowadniają tym samym, że nie bez powodu naukowcy poświęcili tyle czasu i pieniędzy na badanie jednego tylko neuroprzekaźnika, mimo że w naszym organizmie można znaleźć ich wiele.

Język wykorzystany w tej pozycji jest bardzo przyjazny dla przeciętnego człowieka, chociaż nie mogę powiedzieć, że porywa. Wszystkie, nawet najbardziej trudne pojęcia, zostały odpowiednio uproszczone i pozbawione naukowej terminologii na tyle, na ile było to możliwe. Dzięki temu można rzeczywiście wyciągnąć wiele wiedzy z tomu. Na samym początku książki zresztą znajdziemy informację o tym, że w wielu przypadkach użyto dużych uproszczeń, które niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości – potrzebne jednak były nie tylko do sensownego przekazania wiedzy, ale również do zrozumienia pewnych procesów. Jednak jest to wciąż dość surowy język, który jedynie przekazuje wiedzę i nie próbuje jej jakoś ubarwić.

„Wykorzystanie farmaceutyków do uzyskania wpływu na te decyzje dorobiło się niepokojącej nazwy neurochemicznej modulacji osądu moralnego”.

Nie można jednak odmówić książce odnośników do pozycji naukowych. Zazwyczaj spotykałem je albo na samym końcu książki, zebranych w jedną, długą listę (lub jako tytuły przypisane do konkretnych fragmentów). Tym razem dostępne są na końcu każdego rozdziału i dotyczą tematyki w nim poruszanej. Zachęcają również do dalszej eksploracji, między innymi poprzez tytuł, który został użyty jako oznaczenie list – „Dalsza lektura”. Dość ciekawe zagranie muszę przyznać. Oprócz tego gdzieniegdzie można natknąć się na przypisy, który wyjaśniają niezrozumiałe lub po prostu uproszczone aspekty. Uwiarygadniająca otoczka jest więc jak widać zachowana – a nie ma nic gorszego niż książka popularnonaukowa, która wydaje się posiadać treść niepopartą żadnymi dowodami, badaniami czy eksperymentami. W tym przypadku Daniel Z. Lieberman stanął jednak na wysokości zadania.

Najlepsza zabawa zaczyna się jednak gdzieś w połowie książki. Kiedy przejdziemy przez podstawy dotyczące działania dopaminy na nasz organizm oraz pierwsze jej obszary działania, autorzy zabierają nas w podróż o wiele bardziej skomplikowaną. Na warsztat biorą bowiem między innymi badania dotyczące wpływu dopaminy (oraz farmakologicznego sterowania nim) na to, w jaki sposób patrzymy zarówno na świat, jak i jego potrzeby – w tym między innymi potrzeby całej ludzkości oraz jakie mamy sposoby ich rozwiązania w zależności od wpływu dopaminy na nasze myślenie. Wszystko oczywiście podparte konkretnymi, przeprowadzonymi przez naukowców badaniami, które oczywiście można samodzielnie zweryfikować. Można powiedzieć, że po lekturze tej książki już nigdy nie spojrzy się tak samo na rywalizację pomiędzy poszczególnymi opcjami politycznymi czy odwieczną „wojną” między artystami a twardymi zawodami.

„Jedna dawka Citalopramu wystarczyła, by ludzie byli bardziej skłonni wybaczyć nieuczciwe zachowanie, a mniej skorzy uznawać za dopuszczalne wyrządzenie krzywdy, a więc przyjęli postawę właściwą dla dominacji TiT”.

Niesamowicie wartościowa książka – nawet jeśli ktoś przyzwyczajony jest do bardziej „zabawny” form przedstawiania problemów naukowych, to i tak może sięgnąć po „Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz”. Wartościowa, merytoryczna i prosto napisana pozycja, która potrafi pokazać z zupełnie innej perspektywy różnice, które od dawna widoczne są wśród wielu ludzi. Wszystko tak naprawdę (co nie powinno w sumie zaskakiwać) sprowadza się do neurochemii, jednak dzięki badaniom przeprowadzonym nad wpływem dopaminy dowiadujemy się dlaczego to wszystko działa tak a nie inaczej. Jest jeszcze wiele niewiadomych – o czym oczywiście książka wspomina – jednak zawartość tej pozycji jest w zupełności wystarczająca do zejścia na o wiele niższy poziom niż tylko „ale bo ten człowiek inaczej myśli”.

Łączna ocena: 7/10



Za możliwość przeczytania dziękuję