Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2020

Z Netflixa pod pióro S02E06 – „Sex Education” sezony 1-2

„Sex Education”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł:
Sex Education
Twórca: Netflix
Rok: 2019, 2020
Gatunek: dramat, komedia

Przyznać muszę, że początkowo nie byłem przekonany do tego serialu. Mam tu na myśli oczywiście w ogóle sięgnięcie po niego. No bo, wiecie, nastolatek prowadzący poradnię seksualną w szkole nie brzmi zbyt zachęcająco na pierwszy rzut oka. Widziałem jednak mnóstwo pozytywnych opinii, zwłaszcza zachwalających bardzo neutralne podejście do kwestii seksu, tematów LGBTQ i tak dalej. Do tego pochwały dla humoru i takiej… lekkości serialu ostatecznie mnie przekonały. No i okazało się, że wciągnąłem oba sezony nad wyraz szybko jak na mnie – chociaż na pewno fakt, że każdy z nich miał tylko osiem odcinków na pewno w tym pomógł. Łącznie bowiem wyszło raptem około 13 godzin oglądania.

Otis na pierwszy rzut oka jest zwykłym, cichym nastolatkiem – prawiczkiem, który ma problemy z kontaktem z dziewczynami. Jego dodatkowym zmartwieniem w tej dziedzinie jest mama – znana pani seksuolog, z książką na koncie. Jego totalnym przeciwieństwem jest Maeve, która co prawda ma swoje własne problemy i jest wyrzutkiem, jednak ciężko jej odmówić doświadczenia i przebojowości. Jednak Maeve potrzebuje kasy, a Otis może jej ją zapewnić. Jak? Doradzając innym uczniom w sprawach seksualności – wszak edukacja seksualna w szkołach nie jest na zbyt wysokim poziomie. O czym zresztą nasz przedsiębiorczy duet bardzo szybko się przekonuje…

Na samym początku niniejszego wpisu możecie zobaczyć, że obok gatunku wstawiłem dwa słowa: „dramat” oraz „komedia”. W większości przypadków w tym cyklu biorę je po prostu z Filmweba – żeby samodzielnie nie głowić się nad klasyfikacją. Czasem coś mi nie pasuje i dorzucam coś od siebie albo zmieniam. W pierwszej chwili patrząc na takie połączenie, też chciałem zmodyfikować te gatunki, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie powinienem tego robić. „Sex Education” jest faktycznie połączeniem dramatu oraz komedii. W prześmiewczy często sposób próbuje przekazać wiedzę, która może się przydać wielu nastolatkom na całym świecie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie internet jest pełen kompletnie sprzecznych opinii.

Część osób właśnie to czytających jest nastolatkami – część ma już ten etap życia za sobą. Na pewno więc większość z Was przypomina sobie sytuacje, w których nie wiedzieliście jak się zachować, co zrobić i czy macie się martwić. Do tego w czasach obecnych osoby o różnych orientacjach seksualnych z o wiele mniejszym strachem ujawniają swoje preferencje. Z tym natomiast często wiąże się niewiedza reszty społeczeństwa o szczegółach życia seksualnego innego niż klasyczna para heteroseksualna, uprawiająca seks dla prokreacji. Cały czas jest niska świadomość różnych chorób czy dysfunkcji – ba, często ludzie dowiadują się o czymś takim jak „aseksualizm” z BoJack Horsemana! Serial ten więc robi kupę dobrej roboty edukacyjnej, serio.

A jak to robi? W najprostszy i chyba najbardziej skuteczny sposób. Jak przekazywać wiedzę o seksie tak, żeby wszyscy chętnie słuchali i podświadomie przyswajali wiedzę? Za pomocą żartów! Czasem potrzebne są do tego żarty niskich lotów, żeby dotrzeć do odbiorcy, a czasem po prostu należy wyśmiać i wytknąć pewne problemy. Tutaj właśnie ujawnia się ta komediowa natura wspomagająca przekazywanie dramatów, które przeżywają ludzie każdego dnia (i to nie tylko nastolatkowie). Czasem humor ten jest bardzo brutalny czy wręcz prymitywny, ale trudno z drugiej strony oczekiwać bardzo wyrafinowanych żartów dotyczących seksu analnego czy rzeżączki. Jest śmiesznie, jest lekko, a pod tym płaszczem pozorów mamy sporo porządnej wiedzy. Czego chcieć więcej?

Na przykład postaci, z którymi się można zżyć, których codzienne tragedie można śledzić z wypiekami na policzkach. Czy „Sex Education” to dostarcza? Si, oczywiście. Nie wszyscy są tacy, niektóre postacie są bardzo płytkie i nijakie, ale śledzenie losów Maeve i Otisa oraz tego, co się wokół nich dzieje, potrafi naprawdę wciągnąć! Ba, mało tego, tak jak pierwszy sezon skupiał się głównie na różnych problemach nastolatków (trochę trącał proceduralem nawet), tak drugi to jest emocjonalny rollercoaster. Nie wiadomo komu kibicować, nie wiadomo co się zaraz stanie, a najgorsze (lub wręcz najlepsze) jest to, że podobne sytuacje mogły być (a może i były) udziałem każdego z nas. To nie są jakieś oderwane od życia scenariusze. Można powiedzieć, że to samo życie. 

Część z Was pewnie się zastanawia nad tym, czy serial ten nie jest wielką, krzyczącą propagandą LGBTQ, która jedyne co próbuje robić, to przedstawić tylko inne niż heteroseksualna pary (lub grupy). Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, że nie jest. Niestety często ostatnio poprawność polityczna nakazuje umieszczanie osób i zachowań nieheteronormatywnych na pierwszym planie, w sposób wręcz ostentacyjny. Przyjacielem serialowego Otisa jest Eric – gej, który wychowywany jest w bardzo religijnej rodzinie. Brzmi jak coś, co może zostać wykorzystane w ostentacyjny sposób? Oczywiście! Czy zostało wykorzystane? Absolutnie nie. Co więcej, jego rozterki miłosne również śledzi się z zapartym tchem i trudno jednoznacznie kibicować konkretnemu rozwiązaniu jego problemów.

Podsumowując, jest to lekki, humorystyczny, ale przedstawiający również wiele problemów serial. Spójny w przekazie, zabawny i dający widzowi postacie, z którymi może się zżyć. Nie jest to szczyt kinematografii, czasem jego humor jest aż zbyt prostacki, ale w ogólnym rozrachunku śmiało mogę go polecić. Z drugiej strony jest na tyle specyficzny, więc musicie tak naprawdę sami ocenić, czy jest to coś dla Was. Mnie przekonał do siebie, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że część z Was może nie przełknąć tego epatowania seksem w naprawdę przeróżnych, często mocno perwersyjnych formach. 

Łączna ocena: 7/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

sobota, 28 marca 2020

Z Netflixa pod pióro S02E05 – „Wataha” sezony 1-3

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Wataha
Twórca: HBO
Rok: 2014, 2017, 2019
Gatunek: sensacyjny, thriller


Tytuł „Wataha” obijał mi się o uszy już od dłuższego czasu – w końcu pierwszy sezon był w 2014 roku, więc nic dziwnego, że o nim słyszałem. Jakoś jednak nie było nam po drodze. Po części pewnie dlatego, że dopiero w tamtym roku wykupiłem sobie dostęp do HBO Go, a wcześniej nie miałem dostępu do HBO nawet w abonamencie telewizyjnym, a po części zapewne powody były jeszcze bardziej prozaiczne – inne seriale. A że nie konsumuję seriali w ilościach hurtowych, to cóż… Tak wyszło. Kiedy już jednak się wziąłem za „Watahę”, to szybko nie odpuściłem – co prawda klasycznie obejrzenie trzech sezonów zajęło mi kilka tygodni, ale nie żałuję ani minuty spędzonej z tym serialem. Nie jest idealny, ale jest naprawdę dobry. No i do tego polski!

Bieszczady obejmują przeogromny obszar sąsiadujący z Ukrainą, z której co chwilę przedostać się próbują nielegalni imigranci. Straż Graniczna ma ręce pełne roboty niemalże każdego dnia. Często w przerzutach palce maczają największe szychy zarówno polskiej, jak i ukraińskiej sceny gospodarczej i politycznej, więc może dojść do takich sytuacji, jak zamach bombowy, który przeżył tylko Wiktor Rebrow – reszta strażników zginęła. Kapitan Straży Granicznej próbuje więc rozgryźć tę zagadkę i dojść do tego, kto stoi za tym zamachem. Rozmiary toczonego śledztwa mogą jednak wpłynąć na jego przyszłe życie w bardzo negatywny sposób.

Jedną z najmocniejszych stron tego serialu są niewątpliwie postacie – większość z nich to mocno, konkretnie zarysowane osobowości, mające swoje przyzwyczajenia, wewnętrzne kodeksy i sposoby radzenia sobie z problemami. Prym wiedzie według mnie Łuczak, były strażnik, który jednocześnie jest przyjacielem Wiktora Rebrowa. Co ten człowiek wyprawia, to jest coś pięknego! Sprawia wrażenie trochę głupkowatego mieszkańca wschodnich rubieży, który mieszka na uboczu, to i owo wie, żyje tak, jak kiedyś się żyło na wsi, a tak naprawdę wiele wie na temat zarówno przeszłości tych okolic, jak i obecnych wydarzeń. Przy okazji jest prostolinijny, bezpośredni i ma dość prostacki, chociaż urokliwy rodzaj humoru! Naprawdę coś pięknego! Swoją drogą jakiś czas temu rozpływałem się nad tym, jak genialnie lektor przeczytał „Agonię” Pawła Kapusty – tak, to był Jacek Lenartowicz, odtwórca roli Łuczaka we własnej osobie!

Zdjęcia to kolejny powód, dla którego warto obejrzeć „Watahę”. Piękne panoramy połonin, ujęcia zamglonych lasów, rzeki San i całej tej przyrody, z której bezkresu słyną Bieszczady. Nawet sceny patroli czy pościgów wśród bieszczadzkich lasów ukazują piękno tych gór, zarówno w lecie, jak i podczas mroźnej zimy. Wrażenia robią dalekie plany, na których widać, jak maleńki jest człowiek w kontekście ogromu przestrzeni. No i jak trudno tak naprawdę zapanować Straży Granicznej nad takimi terenami i jak ogromnym wyzwaniem jest uszczelnianie granic. W końcu tamtędy można dość łatwo przerzucać narkotyki, ludzi czy też inne „towary” (tak, „towary”, bo przedmiotowe traktowanie nielegalnych imigrantów to jeden z głównych tematów serialu). Piękno połączone z niebezpieczeństwem.

Tutaj możemy przejść do kolejnej sprawy, która mnie urzekła, czyli właśnie tematyki. Wszystko w serialu kręci się wokół Straży Granicznej i jej pracy – zarówno wątek główny, czyli próba rozwikłania zagadki zamachu bombowego, w którym ginie cała tytułowa Wataha (czyli obsada strażnicy Straży Granicznej), jak i wszystkie poboczne, które dyktują w pewnym sensie tempo całości. Nie przypominam sobie żadnego innego serialu, który byłby poświęcony tym służbom oraz problemie nielegalnego przerzutu różnych substancji, przedmiotów i ludzie przez zielone granice. Twórcy serialu poruszyli chyba większość najbardziej popularnych i istniejących w ludzkiej świadomości problemów z tym związanych, łącznie z ukazaniem potencjalnej siatki sięgającej bardzo wysoko do ludzi, którzy na co dzień obracają się w bardzo ciekawych kręgach. Tutaj znowu prym wiedzie postać Kality, który pojawia się już na początku serialu i daje się poznać jako roztropny i konkretny mafioso o cechach pozwalających wtopić się w tłum.

Można mieć za to trochę zarzutów (zwłaszcza w pierwszym sezonie, kolejnych dwóch wydaje się to nie dotyczyć w takim stopniu) do dynamiki wydarzeń. Akcja jest raczej wolna, jakby kazała się delektować innymi aspektami serialu, chociaż czasem może to zniechęcić – zwłaszcza w pierwszych kilku odcinkach. Z drugiej jednak strony pierwszy sezon był kręcony w 2014 roku, więc mimo wszystko były to nieco inne czasy (choć odległe jedynie o sześć lat), z nieco innym podejściem do kręcenia seriali. Na całe szczęście kolejne sezony tego problemu już nie mają – a zwłaszcza trzeci, który dostał wręcz jakiegoś turbodoładowania i naprawdę dużo się dzieje. Dużo i szybko. No, przynajmniej widz się nie zgubi w śledzeniu tego, co się dzieje na ekranie. Drugi sezon ma też dość denerwującą mnie osobiście tendencję do tworzenia dziur logicznych tylko po to, żeby je zaraz zasypać. W efekcie wszystko jest wyjaśnione i ma ręce oraz nogi, ale przez chwilę ma się pewien niesmak. Na całe szczęście i tutaj twórcy zmienili to podejście w trzecim – przeze mnie uważanym za najlepszy – sezonie.

Cóż, po obejrzeniu wszystkich trzech sezonów „Watahy” wcale się nie dziwię, dlaczego jest taki bum na ten serial – no i czemu wszyscy wokół się jarali tym, że pojawił się trzeci sezon. Z odcinka na odcinek coraz lepszy, a wiele niedociągnięć jest eliminowanych po drodze. Mega klimat, świetne postacie, które będę pamiętał przez długi czas, no i nietypowa problematyka. Przy okazji serial ten udowodnił, że można w Polsce robić produkcje dotyczące nietypowych lub ciężkich tematów, dotykających najwyższych szczebli władz, bez ciągłego rzucania mięchem i strzelania do siebie nawzajem przez cały czas. Można stworzyć obraz budujący napięcie, kręcący się wokół skomplikowanych akcji oraz lawirowaniu między przemocą a dyplomacją. Można, tylko trzeba chcieć. A jak już się komuś zachce, to można z tego zrobić coś, o czym będą mówić dziesiątki tysięcy widzów.

Łączna ocena: 8/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

czwartek, 26 września 2019

Z Netflixa pod pióro S02E04 – „Seria niefortunnych zdarzeń” sezon 3

„Seria niefortunnych zdarzeń”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events
Twórca: Netflix
Rok: 2019
Gatunek: familijny, przygodowy


Pierwsze dwa sezony „Serii niefortunnych zdarzeń” nie zagościły w moim cyklu „Z Netflixa pod pióro” nie, dlatego że były kiepskie – wręcz przeciwnie, bawiłem się przy nich przednio. Nie zagościły tutaj z bardzo prostego powodu – najzwyczajniej w świecie zapomniałem o nich napisać. Nie wszystkie seriale, które oglądam (a już na pewno nie każdy sezon po kolei), opisuję w tym, jak na razie bardzo krótkim cyklu. Jednak trzeci sezon naprawdę zasługuje na napisanie o nim paru słów. Nawet jeśli są to tylko kompletnie nieprofesjonalne próby wyrażenia swojego zachwytu, skoncentrowane w niezbyt długiej i w pełni subiektywnej opinii. Twórcy tego serialu jednak na tyle zamieszali w fabule i sposobie prowadzenia akcji, że nie sposób przejść obok tego dzieła obojętnie.

Trojaczki Baudelaire wciąż uciekają przed Olafem, który potrafi dosięgnąć ich w niemalże każdym miejscu. Lemony Snicket niestrudzenie bada ich historię i przedstawia wszystkim, którzy chcą go słuchać. Nie są to wesołe słowa, a kto jak kto, ale Lemony potrafi je dobierać w odpowiedni sposób. Dla Wioletki, Klausa i Słoneczka pojawił się jednak promyk nadziei – jeśli uda im się dotrzeć do Ostatniej Bezpiecznej Kryjówki, to być może nie tylko ta seria niefortunnych zdarzeń się zakończy, ale dowiedzą się również nieco więcej na temat tajemniczej WZS, która pojawia się na każdym kroku ich mozolnej wędrówki ku wolności.

Jeśli nie oglądaliście wcześniejszych dwóch sezonów „Serii niefortunnych zdarzeń”, to nie jestem do końca pewien, czy dobrym pomysłem jest czytać ten post. Co prawda nadrzędną dla mnie sprawą jest unikanie spoilerów na wszelkie możliwe sposoby, jednak w przypadku trzeciego sezonu tego serialu może to być sztuka bardzo trudna. Część informacji – mimo swojej nieistotności – może trochę Wam zepsuć zabawę. Będę się starał, jak tylko mogę podczas pisania tego tekstu, aby wszystkie moje emocje związane z zakończeniem trzeciego sezonu ubrać tak w słowa, aby absolutnie niczego Wam nie zdradzić. A uwierzcie mi, jest w czym wybierać i jest czym zepsuć seans.

Trzeci sezon zerwał poniekąd z tradycyjnym podziałem poszczególnych historii sierot Baudelaire na dwuodcinkowe historie. Odcinki co prawda wciąż mają tę samą konwencję nazewnictwa (choćby dla zachowania spójności z poszczególnymi tomami serii), ale już wydarzenia w nich opisywane są o wiele bardziej ze sobą złączone. Nic dziwnego, bo cała historia zmierza ku zakończeniu i rozwiązaniu wielu wątków. Pojawia się coraz więcej informacji o historii rodziców trojaczków Baudelaire oraz – co najważniejsze – o samym WZS, czyli Wolontariacie Zapalonych Strażaków! A jest o czym słuchać i co oglądać! Zwłaszcza jeśli nie czytało się wcześniej książek wchodzących w skład cyklu „Seria niefortunnych zdarzeń”.

Jak zwykle najlepszą robotę zrobił Neil Patrick Harris, który grał rolę Hrabiego Olafa, czyli głównego antagonisty. Oglądając niektóre sceny, zastanawiałem się, czemu seriale nie mogą być brane pod uwagę podczas nominacji do Oscarów. Cały czas jestem też za Emmy dla „Serii niefortunnych zdarzeń”! Piękna robota, chyba jeszcze lepsza niż w poprzednich dwóch sezonach. Reszta aktorów też włożyła mnóstwo pracy – postacie takie jak pan Poe czy Sędzia Strauss. Cały serial zresztą jest mocno osadzony na grze aktorskiej, bo każdy z bohaterów ma swój urok, który dodaje do tej wielkiej mieszanki różnych osobowości odpowiednią ilość indywidualizmu. Ciężko to wyrazić słowami, zdecydowanie trzeba to zobaczyć. Co jednak najciekawsze, najmniej chyba się wyróżnia rodzeństwo Baudelaire – chociaż nie znaczy to, że aktorzy kiepsko sobie dali radę.

Mega robotę robią też kostiumy i scenografia – wszystkie elementy wystroju, miejsc, w których dzieje się akcja serialu są bardzo dopracowane i nie da się ich stylu pomylić z niczym innym. Takie połączenie starej fantastyki ze szczegółowością współczesnego kina i klimatu serialu młodzieżowego. Wszystko osadzone w klasycznej elegancji (co widać po sierotach Baudelaire oraz ekstrawagancji ocierającej się o kicz – wystarczy spojrzeć na Esmeraldę Szpetną). Nietrudno jest też się doszukać drugiego dna w stylach poszczególnych postaci, bo wiele razy styl jest powiązany z osobowością danej osoby lub ze stereotypami, które są przez postać uosabiane.

Nie należy jednak zapomnieć o nauce, która płynie głównie właśnie z trzeciego sezonu – nic nie jest tylko czarne, albo tylko białe. Odcienie szarości przenikają rzeczywistość, a dobro miesza się ze złem odwrotnie proporcjonalnie do tego, co widać na pierwszy rzut oka. Nawet najbardziej szlachetne czyny mogą być okupione zbrodniami przerażającymi, natomiast nawet największego złoczyńcę stać na szlachetny gest. Nie jest to nic odkrywczego czy nowoczesnego, ale „Seria niefortunnych zdarzeń” przypomina nam o tym na każdym kroku, w każdym kolejnym odcinku. A takie nauki podane w tak przystępny sposób mają szansę zrobić o wiele więcej dobrego niż proste powtarzanie tych prawd.

Cały serial jest po prostu niesamowity, a trzeci sezon najlepszy ze wszystkich dotychczasowych! Polecam zwłaszcza osobom, które chcą obejrzeć coś niezobowiązującego, ale dopracowanego i przede wszystkim wciągającego! „Seria niefortunnych zdarzeń” nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i nieco młodszych widzów, nawet mimo swojego nieco depresyjnego charakteru. Przede wszystkim jednak nadaje się dla książkoholików, którzy nie są pewni, czy warto sięgnąć po książkowy pierwowzór – po obejrzeniu trzeciego sezonu mam na to przeogromną ochotę! Nawet mimo tego, że wiem doskonale, jak potoczą się losy bohaterów. Historia jednak jest wspaniała, a serialowe wykonanie zapowiada ucztę dla wyobraźni. W końcu na czymś twórcy musieli oprzeć swoją wizję scenografii, charakteryzacji oraz kostiumów.

Łączna ocena: 8/10




Źródła kadrów:


sobota, 15 czerwca 2019

Z Netflixa pod pióro S02E02 – „Czarnobyl”

„Czarnobyl”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Chernobyl
Twórca: HBO
Rok: 2019
Gatunek: dramat


Tym razem tytuł tego cyklu może być trochę mylący. W końcu „Czarnobyl” to miniserial, który można obejrzeć na HBO, a nie Netflixie. Widać to zresztą nawet w pierwszych czterech linijkach niniejszego wpisu! Jednak mimo tego, serial ten jest zdecydowanie wart opisania i zwrócenia na niego Waszej uwagi (o ile jeszcze jego tytuł nie obił się Wam o uszy), a otwieranie kolejnego cyklu mija się z celem. Być może pomyślę nad jego przemianowaniem na coś bardziej generycznego – w końcu coraz więcej serwisów streamingowych się pojawia! A że nie ma czasu na ciągłe oglądanie to już insza inszość… Na „Czarnobyl” jednak czas znalazłem i absolutnie nie żałuję ani jednej minuty spędzonej przy jego odcinkach. Nawet mógłbym obejrzeć drugie tyle!

26 kwietnia 1986 roku w Czarnobylu dochodzi do jednej z najsłynniejszych katastrof związanych z energetyką jądrową na całym świecie. W bloku energetycznym nr 4 Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej dwa wybuchy doprowadzają do rozsadzenia budynku, w efekcie czego reaktor został odsłonięty, a grafit izolujący do tej pory reaktor zapłonął i rozpoczął swoją wielodniową emisję ogromnej ilości izotopów promieniotwórczych do atmosfery. To, co zaczęło dziać się po godzinie 01:23:40 to historia błędów, trudnych decyzji, propagandy oraz walki o zminimalizowanie skutków katastrofy jak tylko się da. Nie było jednak możliwe osiągnięcie tego bez ogromnych wyrzeczeń oraz poświęcenia wielu ludzkich istnień. I nie tylko ludzkich.

Realizm i naturalizm – tymi dwoma słowami można w pełni opisać „Czarnobyl”. Już od pierwszych minut widać, że twórcy postanowili nie tylko jak najwierniej oddać sam przebieg wydarzeń zarówno katastrofy, jak i tego, co działo się w ciągu miesięcy po niej następujących, ale również wygląd miejsc oraz ludzi. Można wczuć się w klimat radzieckiej myśli technologicznej lat 80. XX wieku – surowe, proste wykończenia, pomieszczenia przytłaczające swoją surowością i ogromem. Realistycznie oddane efekty choroby popromiennej, zwłaszcza w przypadku przyjęcia dużej ilości promieniowania w krótkim czasie. Jeśli macie wrażliwe żołądki, to nie polecam oglądania tego serialu podczas jedzenia. HBO nie bawiło się w cenzurę czy kadrowanie nieprzyjemnych widoków. Pokazali chorobę popromienną w całej okazałości.

Dość wiernie również została oddana sama historia, razem z ludźmi, którzy pociągali za sznurki oraz tymi, którzy szli w pierwszym szeregu do walki ze skutkami. Oczywiście w wielu miejscach konieczne było uproszczenie pewnych sprawy lub wręcz ich w pełni świadome przeinaczenie (jak jest w przypadku postaci Uliany Chomiuk, która tak naprawdę uosabia innych, rzeczywiście żyjących naukowców, którzy dokonali „jej” odkryć). Tego jednak można było się spodziewać, bo czymże byłby serial lub film w stu procentach wiernie oddający jakieś wydarzenia (<ironia mode off>)? Czy te wszystkie nieścisłości miały prawo się pojawić, czy nie wpłynęły przypadkiem negatywnie na postrzeganie wydarzeń z 1986 roku – trudno mi powiedzieć. Zgodnie z moją wiedzą dotyczącą tej katastrofy, nabytą na długo przed pojawieniem się tego miniserialu, nie powinno mieć to żadnych negatywnych skutków. Jednak jeśli ktoś bardzo mocno chciałby poznać dokładne szczegóły, to musi niestety uzupełnić serial bardziej fachowymi reportażami i opracowaniami.

Serial robi niesamowite wrażenie. Nie tylko swoim rozmachem i szczegółowością, ale również warstwą psychologiczną, która pokazuje z czym musieli mierzyć się wszyscy ludzie mający bezpośrednią styczność z katastrofą. Zarówno osoby decyzyjne, które odpowiedzialne były za samą tragedię, jak i usuwanie jej skutków, jak również te, które brały udział we wszystkich czynnościach. Twórcy pokazali ogrom tragedii również dla mieszkańców Prypeci, używając do tego celu scen, które w dość sugestywny sposób pokazują jak bardzo nieświadomi byli ludzie na wiele dni po wybuchach w bloku energetycznym nr 4. Dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni – wszyscy wystawieni na działanie promieniowania, czego wielu z nich nie przeżyło. A inni mieli odczuć skutki dopiero po paru latach. Wszystko to oczywiście w atmosferze powagi oraz prostego przekazywania faktów – bo tym to po prostu było. Faktem, że sporo osób umarło.

Można co prawda odnieść wrażenie, że serial nieco wyolbrzymia skalę problemu, sugerując wręcz wielotysięczne żniwo, jakie zebrała katastrofa w Czarnobylu, co nie do końca jest prawdą. Raporty jasno i wyraźnie wskazują dokładną liczbę osób, które poniosły śmierć w sposób bezpośredni lub pośredni, jednak o tym człowiek się dowie dopiero po głębszych poszukiwaniach. Na pewno jednak twórcy serialu osiągnęli jedną, konkretną rzecz – zwiększyli zainteresowanie tematem, gdyż niemalże cały internet huczy od wielu dni o Czarnobylu. Być może dzięki temu zwiększy się świadomość ludzi i ich umysły otworzą się na naukę, nie na przypuszczenia niepoparte żadnym badaniem. I w efekcie zmniejszy irracjonalny strach przed atomem. Nawet jeśli ma to oznaczać krytykę niektórych scen czy założeń serialu. Chociaż w przypadku badania wpływu katastrofy na wiele przypadków nowotworów sami naukowcy nie są do końca zgodni i uzależniają często wyniki od metodologii badań.

Pomimo pewnych nieścisłości i dość „amerykańskiego” wydźwięku, jest to serial jak najbardziej godny obejrzenia. Nie bez powodu przyćmił nawet ostatni sezon „Gry o Tron” i nie bez powodu pojawił się na ustach niemalże całego świata. Naturalizm oraz realizm przedstawiony w poszczególnych scenach potrafi działać na wyobraźnię i pokazać choć w małym stopniu z czym musieli wówczas walczyć ludzie. Pokazuje również jak bardzo Związek Radziecki próbował zatuszować tego typu problemy. Wreszcie porusza tematykę samego atomu jako źródła energii i zmusza do szukania o wiele bardziej wiarygodnych informacji niż garść zabobonów oraz niesprawdzonych informacji przekazywanych od osoby do osoby. A być może podczas poszukiwań traficie na wywiad z Anatolijem Diatłowem, który pozwoli Wam spojrzeć z dwóch różnych perspektyw na tę katastrofę. Możemy teraz jedynie wspominać te wydarzenia, ale prawdopodobobnie nigdy nie dojdziemy do tego, czy jest jedna konkretna rzecz lub osoba w pełni odpowiedzialna za taki a nie inny koniec czwartego bloku energetycznego Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.

Łączna ocena: 9/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


poniedziałek, 25 lutego 2019

Z Netflixa pod pióro S02E01 - "Pachnidło" sezon 1

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Parfum
Twórca: Constantin Film
Rok: 2018
Gatunek: kryminał


Nawet nie chce mi się pisać, kiedy ostatni raz pojawił się epizod Z Netflixa pod pióro – było to tak dawno, że jest to idealna okazja do rozpoczęcia drugiego sezonu! Zwłaszcza, że serial, który chcę opisać, jest niemal równie krótki jak pierwszy sezon niniejszego cyklu. :) Ma raptem sześć odcinków, ale za to jakich! Może dzięki temu udało mi się go skończyć. Za wiele czasu na seriale nie mam, ale czasem wolę je niż filmy. No, chyba że dojdziemy do czasów, w których każdy serial będzie miał dwugodzinne odcinki, no to się zrobi problem… Na razie jednak powoli sobie łykam kolejne odcinki kilku seriali, rozwlekając to niemiłosiernie w czasie. Jednak dobrze mi z tym! Ważne, że kolejny fajny serial zaliczony. :)

Policja otrzymuje zgłoszenie morderstwa – ofiarą jest kobieta, która została pozbawiona gruczołów zapachowych. Wycięte zostały przez profesjonalistę – cięcia są precyzyjne i pewne. Jednymi z pierwszych przesłuchanych w sprawie są dawni przyjaciele denatki, z którymi łączyła ją głęboka więź jeszcze z czasów szkolnych. Przeszłość paczki przyjaciół nie należy do tych z gatunku sielskich i grzecznych. Wiele grzechów popełnili kiedyś, wiele grzechów popełniają również w teraźniejszości i nic nie wskazuje na to, aby przestali je popełniać.

Chyba zaczynam lubić niemieckie, współczesne kino – w każdym razie seriale. Bardzo mi pasują pod względem wizualnym. „Pachnidło” jest niesamowicie podobne do „Dark” jeśli chodzi o styl, w jakim zostały nakręcone zdjęcia. Albo symetryczne półzbliżenia z niewielką głębią ostrości, albo ekstremalnie szerokie kadry, które przytłaczają swoim ogromem. Uwielbiam takie ujęcia, zwłaszcza w dokładnie takiej mieszaninie. W „Dark” było podobnie, chociaż tam nieco bardziej skupiali się na kolorystyce – większość tła była utrzymywana w nieco zdesaturyzowanych kolorach, a nasycone były jedynie najważniejsze elementy. Tym razem jednak pierwsze skrzypce gra zabawa planami oraz głębią ostrości, jak również samą ostrością i poziomem detali w zbliżeniach. 

Niejakim standardem w pewnym sensie we współczesnych, niemieckich serialach, jest igranie poprawnością polityczną poprzez pokazywanie najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń i powiązań, jakie mogą się pojawić w społeczeństwie. Zwróciłem na to uwagę już podczas oglądania „Dark” i również od razu rzuciło mi się to w oczy w przypadku „Pachnidła”. Twórcy serialu nie bawili się w tworzenie dzieła, które mogą spokojnie obejrzeć dzieci, wręcz przeciwnie. Relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami zdecydowanie nie należą do zdrowych, a ich oglądanie również może wpłynąć niezbyt pozytywnie na co słabszą psychikę. Z drugiej strony oglądanie serialu, który porusza takie a nie inne tematy ma w sobie coś niezwykle intrygującego – jest jak sięgnięcie po zakazany owoc, po który normalnie nie wyciągnęlibyśmy ręki ze względu na społeczne normy zachowań.

Podobnie sytuacja wygląda z coraz większym mętlikiem, jaki pojawia się w miarę upływu kolejnych minut serialu. Chaos ten jest jednak w pełni kontrolowany, o czym przekonujemy się na samym końcu. Coby nie mówić, to jest to już drugi serial niemieckiej produkcji, którego zakończeniem jest bardzo usatysfakcjonowany, jak również jego narastającym bezładem, który jednak ma swój własny wzór wypisany w każdej niezrozumiałej w pierwszej chwili scenie. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych oglądanie czegoś takiego może być poza możliwościami, dlatego lojalnie uprzedzam. Ja uwielbiam tego typu klimaty, dlatego seans z każdym kolejnym odcinek był coraz lepszy.

Samo zakończenie jest zaskakujące i bez bicia się przyznaję, że nawet przez chwilę nie przyszło mi na myśl. Takie finisze jak to z „Pachnidła” się ceni i aż przyjemnie jest z nimi zakończyć przygodę z serialem (lub jego jednym sezonem). Widziałem i słyszałem głosy mówiące, że rozwiązanie jest zbyt nagłe, jednak jak dla mnie jest to ogromny plus. Nie jest nagłe w ten negatywny sposób, w którym bez ostrzeżenia otrzymujemy coś nowego, czego się nie spodziewaliśmy i co nijak się ma do tego, co do tej pory obejrzeliśmy. Osobiście widzę mnóstwo powiązań między tym zakończeniem, a scenami, które zobaczyłem we wszystkich odcinkach. Widzę sens i logikę, a przede wszystkim widzę zaskoczenie, które zawsze jest przeze mnie mile widziane.

Świetny serial, choć nie dla każdego. Jeśli lubicie specyficzną zabawę obrazem, nie boicie się tematów kontrowersyjnych i najlepiej czujecie się w chaosie wydarzeń – bierzcie się za „Pachnidło”! Nie pożałujecie. Nie polecę go jednak osobom bardziej wrażliwym lub nie przepadającym za tematyką jadącą nieco po bandzie poprawności i przyzwoitości. Twórcy się bowiem nie bawią w jakieś konwenanse i serwują rzeczy niekoniecznie zjadliwe przez osobę reprezentującą średnią całego, współczesnego społeczeństwa. Dla mnie to była świetna uczta dla oczu i umysłu, którą będę wspominał przez dłuższy czas. Na koniec jeszcze dodam – choć to nie jest najmniej istotna informacja – że nie jest to serial, który byłby adaptacją książki Patricka Süskind, chociaż oczywiście w pewnym sensie kręci się wokół jego dzieła. 

Łączna ocena: 8/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

środa, 23 maja 2018

Z Netflixa pod pióro S01E04 - "Dark" sezon 1

Dark
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Dark
Twórca: Baran bo Odar, Jantje Friese
Rok: 2017
Gatunek: sci-fi, dreszczowiec


Wspominałem chyba już kiedyś, że nie oglądam zbyt wielu seriali? Kiedyś, jak człowiek mógł prawie bezkarnie wylegiwać się godzinami w łóżku lub łoić przed komputerem w co chciał, to i więcej czasu na seriale miał. Teraz jak już coś oglądam, to dawkuję sobie odcinek po odcinku. Najczęściej tak naprawdę ze dwa, góra trzy epizody na dzień w weekend. Jeśli więcej kończę sezon w jeden miesiąc to jest sukces! "The Black Mirror" jeszcze na ten przykład nie skończyłem. Jednak czasem warto zacząć coś nowego, a że "Dark" akurat ładnie się podstawił na stronie głównej Netflixa, to i się nim zainteresowałem. No i w sumie dobrze, że to zrobiłem.

Rok 1986. Niewielką miejscowością wstrząsa niewyjaśnione zaginięcie małego chłopca. Mimo bardzo szczegółowych poszukiwań, dziecka nie uda się niestety odnaleźć. Rodzina - choć nigdy nie pogodzona ze stratą - zalecza w końcu rany i powoli wraca do codzienności. Aż do roku 2019, w którym to samo miasteczko ponownie dotyka ta sama tragedia. Tym razem jednak kilka rodzin pozna swoje sekrety i połączenia, które między nimi istnieją. Istnieją teraz i istniały od lat - "nieważne gdzie, ważne kiedy".

Pierwsze odcinki serialu bardzo mocno przypominają skrzyżowanie "Stranger Things" z "It" Kinga. Małe, prowincjonalne miasteczko, w którym po raz kolejny, po kilkudziesięciu latach, dochodzi do podobnych wydarzeń. Giną dzieci, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć czemu. Na terenie miasteczka znajduje się elektrownia atomowa, która jest obiektem pilnie strzeżonym i wszystko wskazuje na to, że prowadzone są w niej pewne eksperymenty. Osoby, które miały okazję oglądać "Stranger Things" nawet z opisu z pewnością wywnioskują ogromne podobieństwo, a po pierwszych dwóch odcinkach pomyślą sobie "hej, przecież to jest to samo!". Na całe szczęście okazuje się, że jest to nieco mylne wrażenie, ponieważ cała reszta różni się znacząco od wspomnianego serialu.

Bardzo mocną stroną "Dark" są kadry - można odnieść wrażenie, że cała produkcja opiera się na zabawie obrazem. Odpowiednia praca kamery buduje nastrój i podkreśla emocje, które wywołują poszczególne sceny. Sam serial sprawia wrażenie ciężkiego, twardego, surowego. Z drugiej strony wiele kolorów jest nasyconych - czego próbkę można zobaczyć nawet na plakacie promującym serial. Ogólnie rzecz biorąc cały "Dark" to właśnie gra kadrów, obrazów, kolorów i muzyki. Co chwilę przewijają się krótkie sceny wymieszane ze sobą i postępujące w konkretnej kolejności, dające pewne wskazówki widzowi. Każdy taki łańcuch niesie ze sobą w tle muzykę sprawiającą wrażenie niepewności i tajemnicy.

Pewnym "minusem" dla części osób może być język produkcji. Jest to bowiem niemiecki serial i dokładnie w takim języku jest wydany w Netflixie. Pisząc "minus" nie mam na myśli oczywiście samego faktu, że jest to właśnie język niemiecki, tylko to, że nie jest to język angielski. Dopiero kiedy obejrzy się serial lub film w innym języku można zauważyć jak bardzo człowiek jest uzależniony od angielskiego. Nie jest niczym niezwykłym odwrócenie na chwilę uwagi od ekranu podczas dialogów, bo instynktownie człowiek i tak zrozumie o czym rozmawiają postacie nawet bez napisów. Tutaj jednak jeśli nie posługujesz się mową naszych zachodnich sąsiadów, to niestety możesz mieć problemy ze zrozumieniem czegokolwiek bez napisów. Nie piszę tego, żeby podkreślić to jako wadę, bo nią nie jest. Jednak lojalnie ostrzegam, że nie jest to serial do obejrzenia w trakcie robótek ręcznych czy wykonywania innych czynności. Chyba, że znasz niemiecki, to nie masz się czym martwić.

Tutaj tak naprawdę "minusy" się całkowicie kończą. W jakimś miejscu w internecie pojawiła się kiedyś opinia, że Netflix spróbował zrobić coś podobnego do "Stranger Things", ale wyszło im o wiele lepiej. Ja się z tą opinią całkowicie zgadzam. Mimo początkowego podobieństwa do miksu "To" oraz wspomnianego już serialu "Stranger Things", "Dark" jest kompletnie odmienną i świetną produkcją. Im dalej zapuszczamy się w odcinkach, tym większą sieczkę z naszych mózgów robią. Serial porusza aspekty podróży w czasie oraz tuneli czasoprzestrzennych nie tylko jako tła to stworzenia historii. Oprócz tego pokazuje zarówno stronę fizyczną tego zagadnienia, choć bez zagłębiania się w niezjadliwe szczegóły, a także potencjalne reakcje społeczne na podróże w czasie. Oglądając tę produkcję można dostać choroby lokomocyjnej - często trzeba dobrze wytężyć swój mózg, aby objąć umysłem to, co aktualnie widzimy.

Samego zakończenia pierwszego sezonu nie da się opisać w sensowny sposób. Wspominałem już wcześniej, że "Dark" potrafi wrzucić mózg do pralki, dopchać kamieniami i odpalić wirowanie. Jeśli jednak w połowie czujecie się poobijani, to pod koniec pralka zostanie wstawiona do Rollercoastera. Nawet na stronie Wikipedii, gdzie serial jest przedstawiany, powstały całe tabele i mapy powiązań pomiędzy punktami w czasie, ułatwiające identyfikację poszczególnych bohaterów. Jednak na pytanie kłębiące się w głowie podczas seansu nie odpowie nikt. Czasem bowiem można zacząć się zastanawiać czy jeśli któraś z postaci zrobi coś, to czy to nie wpłynie na to, po to by zaraz wpłynąć na... I tak dalej, i tak dalej...

Naprawdę jeden z lepszych seriali, jakie powstały ostatnimi czasy. Nie opiera się na schematach, a do tego porusza pieruńsko trudną do wykonania tematykę - czas. Mnóstwo twórców potknęło się na temacie czasu, zarówno w filmie, jak i literaturze. Tym razem mamy jednak misternie splecioną sieć powiązań, tworzącą jednolitą, chociaż poszatkowaną całość, w formie skomplikowanej układanki. Nie zapomniano o warstwie audiowizualnej - gra kolorów i kadrów, odpowiednio skrojona do nastroju muzyka. Jednym słowem coś naprawdę świetnego. Jeśli jeszcze się zastanawiacie, dajcie mu się wciągnąć w wir czasu.

Łączna ocena: 9/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


piątek, 26 stycznia 2018

Z Netflixa pod pióro S01E03 - "Rick i Morty"

Rick i Morty
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Rick and Morty
Twórca: Dan Harmon, Justin Roiland
Rok: 2013
Gatunek: komedia, animacja, sci-fi


Animacje w moim jadłospisie filmowym to głównie pełnometrażówki oraz zwyczajne kreskówki. Bardzo rzadko próbuję sięgnąć po coś "poważniejszego", czyli serial animowany. Jakoś do mnie to nigdy nie przemawiało - animacja to animacja, ma być filmem, krótkometrażówką lub zwykłą kreskówką. Skusiłem się jednak ostatecznie na przygody z "Rickiem i Mortym" po wielu pozytywnych opiniach. Absolutnie nie żałuję tej decyzji, zwłaszcza że tak mnie wciągnęło, że pół Sylwestra spędziłem na oglądaniu! Akurat wtedy drugiego sezonu.

Genialny Rick, dziadek Morty'ego, jest wielkim problemem Jerry'ego, głowy rodziny. Ogólnie rzecz biorąc Rickowie są zawsze problemem Jerrych oraz mnóstwa innych osób i stworzeń we wszystkich równoległych wszechświatach. Zawsze jednak mogą liczyć na pomoc swoich Mortych, z którymi przeżywają mnóstwo przygód. A dokładniej po prostu próbują przeżyć. Nie zawsze prawa fizyki chcą się dostosować i nawet genialny umysł Ricka może mieć problem z wybrnięciem z sytuacji, jeśli nie będzie wystarczająco schwifty.

Cieszę się, że przeczytałem sporo opinii przed rozpoczęciem tego serialu (chociaż w sumie bez przeczytania w ogóle bym pewnie nie ruszył), bo dzięki temu uniknąłem jednej rzeczy. Pozostawienia go po pierwszym odcinku. Wiele osób pisało - nie przejmujcie się pierwszym odcinkiem, bo on jest odjechany i w ogóle zniechęcający, ale pójdźcie dalej. No i poszedłem dalej, a teraz podpisuję się rękami i nogami pod tym - jeśli jeszcze nie zaczęliście "Ricka i Morty'ego", to obejrzyjcie co najmniej kilka odcinków. Nawet się do tego zmuszając. Serio, na początku może Was odrzucić forma, być może zbyt duża ilość wulgarności i tak dalej. Ale potem jest nieco inaczej, bardziej... spokojnie? Chociaż to niekoniecznie dobre słowo w odniesieniu do tego serialu.

Aktualnie jestem po obejrzeniu wszystkich możliwych odcinków - chociaż nie było to przedsięwzięcie trudne. W końcu jeden odcinek = 20 minut zabawy. Wydano do tej pory łącznie trzy sezony, po 10 odcinków każdy. Daje to łącznie 600 minut, a więc raptem 10 godzin rozrywki. Zdecydowanie za mało, chociaż początki bywają trudne. Każda kolejna minuta spędzona nad tym serialem powoduje jednak coraz większe przywiązanie i chęć odpalenia następnego odcinka. Zwłaszcza, że w fajny sposób twórcy burzą powoli czwartą ścianę - nie napastliwie, ale z wyraźnym zaznaczeniem, że o to właśnie chodzi.

Mimo pewnych elementów wulgarności i pokazania braku wychowania, serial na samym dnie przechowuje mnóstwo ciekawych i wręcz naukowych rzeczy. Fizyka oraz astronomia są dość mocno zarysowane, zwłaszcza w późniejszych odcinkach, ale socjolog oraz psycholog też znajdzie coś ze swojej działki. Przeróżne aspekty są poruszane przez kolejne odcinki i to w sprawach naprawdę poważnych. Zmienione jednak są w humorystyczną papkę, którą łatwo się przełyka. A co potem sami będziemy sobie myśleć to już jest zupełnie inna sprawa.

Fani popkultury znajdą tu mnóstwo mniej lub bardziej ukrytych motywów ze znanych filmów, seriali, komiksów, czy nawet wydarzeń. Niektóre odcinki wręcz są w pełni zbudowane w oparciu o pewne kultowe tytuły, dorzucając oczywiście sporo od siebie i zamieniając je w rickomortową sałatkę. Zresztą wokół samych głównych bohaterów narosło już tyle legend i domysłów, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Porównywani są między innymi do dwóch znanych chyba wszystkim postaci z "Powrotu do przyszłości" - doktora Emmeta Browna oraz Marty'ego McFly'a. Jeszcze ciekawsze są teorie o samych powiązaniach rodzinno-czasoprzestrzennych obu postaci. Tutaj jednak trzeba poznać uniwersum (chociaż lepiej by rzec - multiwersum), aby zobaczyć w moich słowach jakikolwiek sens!

Kawał fajnego serialu, chociaż nie każdemu może podejść. Mimo wszystko sporo w nim wulgarności i przejawów braku kultury u Ricka. Może to dla części osób oznaczać całkowite skreślenie tego tytułu, jednak jeśli nie stanowi to problemu, to można wręcz uznać to za pewnego rodzaju ciekawe zagranie. Jedno jest pewne - "Rick i Morty" przyciąga do siebie w miarę upływu czasu. Im dalej człowiek wchodzi w odcinki, tym bardziej się wkręca w cały świat stworzony przez twórców, choć na samym początku miał mieszane uczucia. To jest właśnie niesamowite w tym tytule. Wręcz przerażająco niesamowite.

Łączna ocena: 9/10

Kadry pochodzą z serwisu IMDb.com

piątek, 22 grudnia 2017

Z Netflixa pod pióro S01E02 - "Technicy-magicy"

Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: The IT Crowd
Twórca: Graham Linehan
Rok: 2006
Gatunek: komedia, satyra


"The IT Crowd" po raz pierwszy oglądałem gdzieś w okolicach 2010 roku, a przynajmniej tak mi się wydaje. Na pewno były już trzy sezony, więc obstawiam mniej więcej tę datę. Wróciłem do niego i sobie odświeżyłem obecnie już trzy sezony na Netflixie - i to w HD! Lubię czasem obejrzeć prosty, brytyjski humor, a w tym przypadku dodatkowo tematyka związana jest z branżą, w której pracuję. Tym bardziej więc ciężko było przejść obok niego obojętnie. Tak jak prawie 10 lat temu, tak i teraz nieźle mnie ubawił, chociaż do pewnego momentu. Nie będę się skupiał tym razem tylko na pierwszym sezonie, więc mniej więcej ten moment, o którym wspomniałem, zauważycie.

poniedziałek, 18 września 2017

Z Netflixa pod pióro S01E01 - "Czarne lustro" sezon 1

"Czarne lustro" sezon 1
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Black Mirror
Twórca: Charlie Brooker
Rok: 2011
Gatunek: dramat, thriller, sci-fi


Na serial ten trafiłem poprzez rekomendacje Netflixa. Z opisu wynikało, że jest to w pewnym sensie ostrzeżenie, ale i parodia potencjalnej przyszłości. Przyszłości pełnej nowych technologii oraz niebezpieczeństw z nią związanych. Każdy odcinek to całkiem osobna historia, która przedstawia nam konsekwencje, z jakimi możemy się mierzyć za X lat. Tego typu tematy mnie niesamowicie interesują, zwłaszcza w obliczu ogromnego zainteresowania tematyką AI oraz przyszłością technologii. Po pierwszym sezonie muszę przyznać, że jestem nieco skonfundowany. Pozytywnie, ale jednak skonfundowany.