Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania netflix, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania netflix, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 czerwca 2021

Zbiorczo spod pióra w maju 2021

Ależ ta nasza tegoroczna majówka zachęcała do czytania, prawda? Prawie w całej Polsce padało, wiało i ogólnie było mało grillowo. W niedzielę, 2 maja, to ja nawet pozwoliłem sobie na rozpustę w postaci spania przez dwie godziny w środku dnia! A na takie coś, to ja sobie praktycznie nigdy nie pozwalam. Zdarzają mi się oczywiście krótkie drzemki, tak zwane power napy, które trwają 20 minut, jednak tak długiego spanka to już od dawien dawna nie zaliczyłem. Żeby było ciekawiej, nie miałem wcale problemów z zaśnięciem w nocy! Tak, to była naprawdę dziwna majówka. Jak możecie się domyślić, wcale zbyt dużo nie przeczytałem na początku maja… Później nie było jakoś wybitnie dobrze, ale jakoś się dało radę!

Znowu miałem całkiem niezły miszmasz w odmianach gatunkowych. Po trosze wszystkiego, od fantastyki, przez reportaże true crime, aż po historię powstania firm. Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że nie lubię się zamykać na jedną odmianę, chociaż czasem mam ochotę dać się pochłonąć samej fantastyce i w ogóle z niej nie wychodzić… Tym razem jednak nawet się skusiłem na pokazanie również jednej z książek branżowych, czego zazwyczaj nie robię, żeby nikogo nie zanudzać! „Projekt Jednorożec” jednak jest fabularyzowanym „poradnikiem” (chociaż nie jest to w żadnym przypadku dobre słowo), który może się przydać każdemu w każdej branży. No, prawie każdej. Serio. 

Przejdźmy jednak już do krótkich opinii! Jak zawsze wszystkie zaprezentowane okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Wampir z Zagłębia” – Przemysław Semczuk

Format: Audiobook
Stron/długość: 15h 28m
Lektor: Mateusz Kwiecień

Bardzo poruszająca i bardzo niejednoznaczna historia schwytania oraz skazania Wampira z Zagłębia, czyli Zdzisława Marchwickiego. Chociaż pojawiają się również głosy twierdzące, że to nie on był seryjnym mordercą, który zabijał kobiety w latach 1960 – 1970. Przemysław Semczuk przedstawił nie tylko tyle danych dotyczących Zdzisława Marchwickiego oraz jego rodziny (bardzo… nieprzeciętnej), jak również kontrowersji, które przez lata narosły wokół całego procesu oraz postawiły pytanie, czy aby na pewno skazany został odpowiedni człowiek. Niezaprzeczalnie jednak nawet sama historia nieżyjącego już skazanego jest warta książki.

Dopracowana, bardzo szczegółowa książka, opisana neutralnie, ale bez omijania drastycznych szczegółów. Poznałem już styl Przemysława Semczuka przy okazji lektury „Czarnej wołgi” i w obu książkach był podobny – surowy, pozbawiony emocji, przekazujący fakty, pozwalający czytelnikowi samodzielnie wyrobić sobie opinię. Jest to istotne zwłaszcza w przypadku momentów opisujących kontrowersje w sprawie wyroku, ponieważ nie są one w żaden sposób jasno udowodnione jako prawdziwe lub nie. Po prostu autor przedstawia prosto i zrozumiale niuanse, które zostały wzięte pod lupę po latach. Dla części osób z pewnością będzie to bardzo wstrząsająca lektura.

„Mitologia Słowian” – Aleksander Gieysztor

Format: Audiobook
Stron/długość: 9h 55m
Lektor: Marcin Popczyński

Wow. Tak merytorycznych książek mi brakowało. W sumie to aż zbyt merytoryczne jak na audiobooka – chciałoby się aż jednak niektóre fragmenty przeczytać. Tak kilka razy. Autor wkopuje się bardzo głęboko we wszystkie dane historyczne, jakie się tylko da. Zaczyna od wyjaśnienia, czym w ogóle jest ta cała mitologia i czemu jednak można o niej mówić w kontekście słowiańskim. Następnie przebija się przez główny panteon bóstw z uwzględnieniem trójpodziału społeczeństwa, a niemalże wszystko łączy z genezami nazw oraz imion.

Dawno nie miałem okazji obcować z tak szczegółową i doskonale przygotowaną książką. Tylko uwaga, jest tam tyle informacji, że bardzo szybko uciekają z głowy! Po prostu nie da się ich zapamiętać. Poszczególne tematy są jednak ładnie uporządkowane, więc jeśli skusicie się na egzemplarz papierowy, to z pewnością szybko odnajdziecie interesujące Was zagadnienia. Nie jestem pewien, czy znajdę bogatsze i jednocześnie równie przystępne źródło wiedzy na temat tego, co można nazwać mitologią Słowian. Z czystym sercem polecam jako totalny laik!

„Projekt Jednorożec” – Gene Kim

Format: Papier
Stron/długość: 334
Tłumaczenie: Jacek Romański

Poprzednik tej książki, czyli „Projekt Feniks”, uznawany jest za jedną z podstawowych książek, które przedstawiają nie tylko samą metodologię DevOps, ale również potencjalną drogę, którą należy podążyć, aby wdrożyć ją w danej organizacji. „Projekt Jednorożec” powstał z myślą o uaktualnieniu swojego poprzednika i zastosowanie najnowszych metod oraz zasad wytwarzania oprogramowania, aby nieco odświeżyć trącającego już myszką ojca. Niestety nie jest już tak bardzo merytoryczny, jak poprzednik i przemęczyłem się w trakcie lektury. Chociaż trudno stwierdzić, że nie robi swojej roboty.

Gdyby wyciąć sporą część bardzo prymitywnie skomponowanej ekspozycji w dialogach między postaciami, a zamienić to w odrobinę więcej mięsa technicznego (wraz ze wskazaniem potencjalnych wad i zalet konkretnych rozwiązań), byłoby o wiele lepiej. Rozumiem, że stworzenie sfabularyzowanej wersji frameworka służącego do prowadzenia organizacji IT jest przeogromnym wyzwaniem i nie sądzę, żebym zrobił to lepiej, jednak pozostaje wiele niedociągnięć, które powodują, że traci się najważniejsze informacje. Nie mniej jednak warto się zapoznać z tą pozycją, nawet jeśli po prostu prowadzicie jednoosobową działalność gospodarczą. Znajdziecie tam wiele sposobów optymalizacji codziennej pracy oraz być może zidentyfikujecie wąskie gardła w swoim przepływie pracy.

„Atlas chmur” – David Mitchell

Format: E-book
Stron/długość: 544
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska

Książka ta powstała w 2004 roku, uznawana jest za jedną z perełek współczesnej literatury. No, może takich brylantów od razu, ale na pewno większość ludzi chociaż raz słyszała ten tytuł. Wiele polecanych rankingów z serii „Top 100” poleca ją jako konieczną do przeczytania. Szczerze? Bladego pojęcia nie mam czemu. Całość składa się z kilku historii bardzo luźno ze sobą powiązanych (w niektórych widać ewidentne nawiązania, chociaż pojawiające się raptem z raz czy dwa, ale w większości nie byłem w stanie tego dostrzec), a same w sobie nie są zbyt interesujące. Gdyby to była po prostu antologia, to uznałbym ją za co najwyżej przeciętną.

Na pewno na szacunek zasługuje umiejętność zabawy stylami. Zarówno po stronie autora, jak i tłumaczki – wyobrażam sobie, że nie była to prosta praca. Wiele opowieści nawiązuje stylistycznie do czasów, w których została osadzona akcja, lub do sposobu wysławiania się osób, które są narratorami. To wyszło naprawdę świetnie. Jednak niestety z większości historii nie byłem w stanie nic wynieść. Ani przemyśleń, ani po prostu jakiejś takiej radości z lektury. „Atlas chmur” niesamowicie mnie wymęczył, w wielu momentach musiałem się wręcz zmuszać do czytania, a te naprawdę intrygujące fragmenty można zliczyć na palcach jednej ręki. Chyba największe rozczarowanie w tym roku, przynajmniej jak do tej pory.

„Netflix. To się nigdy nie uda” – Marc Randolph

Format: Audiobook
Stron/długość: 11h 16m
Lektor: Bartosz Głogowski

Raczej do tej pory nie sięgałem po historie powstania i rozwoju firmy – chyba że możemy do tego zaliczyć opowieść o drodze do powstania Dooma. Jakby nie patrzył, było tam naprawdę dużo historii i różnych perypetii. Netflix oraz Amazon to dwie pierwsze firmy (wchodzące zresztą w skład FAANG, czyli piątki gigantów technologicznych), o których chciałem poczytać. Już niejednokrotnie słyszałem ciekawostki w stylu „czy wiesz, że Netflix na początku wysyłał płyty DVD swoim klientom”, ale jednak nie spodziewałem się, że za tym wszystkim kryje się aż tyle fajnych przygód oraz niepokojów. W końcu Netflix nie był jeszcze gigantem w trakcie pęknięcia bańki internetowej.

Dużym plusem jest to, że opowieść snuje Marc Randolph, który był założycielem oraz pierwszym CEO firmy. Nie jest to więc żaden dziennikarz, który próbuje zebrać do kupy wiele wiadomości, ale faktyczne wspomnienia kogoś, kto jest w pewnym sensie odpowiedzialny za sukces. Wiadomo, że wiele niewygodnych rzeczy zapewne zostało wyciętych, jednak to, co dostałem, bardzo mnie satysfakcjonuje. Wielu młodych przedsiębiorców może dowiedzieć się, z jakimi praktycznymi problemami mierzył się Netflix na początku kariery. Nie są to tylko peany na jego cześć, ale również nawet tak nieprzyjemne informacje, jak „odsunięcie” Ralpha z funkcji Dyrektora Generalnego, co paradoksalnie przyniosło firmie korzyści!

„Od Z do A. Jak to zrobiliśmy?” – Colin Bryar, Bill Carr

Format: Audiobook
Stron/długość: 12h 47m
Lektor: Bartosz Głogowski

Nie sposób jest mi nie porównywać tej książki do „Netflix. To się nigdy nie uda” autorstwa Marca Randolpha. Nie dość, że przeczytałem ją tuż przed historią Amazona, to na dodatek okazał się naprawdę interesującą historią. „Od Z do A. Jak to zrobiliśmy” w pewnym sensie faktycznie zasługuje na swój tytuł, gdyż totalnie różni się od wcześniej wspomnianej lektury. Tym razem mamy do czynienia z rozłożeniem powstania Amazona na czynniki pierwsze od ogółu do szczegółu. Nie uświadczycie tutaj również żadnej chronologii, która zwiększałaby apetyty na dalszy rozwój akcji. Książka ta jest raczej zbiorem wartości wyznawanych przez firmę oraz przedstawienie jej kultury pracy.

W detalach mamy tutaj wyjaśnione czternaście zasad przywództwa Amazona, ich proces rekrutacyjny oraz tło, na którym powstawał (wraz z popełnianymi błędami) oraz inne wewnątrzfirmowe procesy, dzięki którym gigant z Seattle jest w stanie tak sprawnie funkcjonować. Jest to więc raczej przepis na sukces Amazona niż sama jego historia. Trafia się parę anegdotek czy opisów, jak to na samym początku sam Jeff Bezos brał udział w niemalże wszystkich przedsięwzięciach, jednak tak naprawdę całość rozbierana jest już z perspektywy dobrze naoliwionej maszyny, która pracuje 24 godziny na dobę w kilku krajach. Czy jest to coś złego? Nie sądzę, chociaż osobiście wolałbym poznać nieco więcej… przyziemnych spraw.


sobota, 9 stycznia 2016

Na ekranie Linkowanie #11

Dzień dobry! Oto pierwszy w roku 2016 wpis z cyklu Na ekranie Linkowanie! Akurat mamy sobotę, weekend, więc być może będziecie mieli trochę czasu na przejrzenie tego i owego. Mimo nowego roku formuła cyklu się nie zmienia - dalej pojawiać się będzie nieregularnie, będzie posiadał nieregularną liczbę linków oraz będzie o wszystkim i o niczym. :) Jak do tej pory ceniliście sobie ten cykl, co widać po wyświetleniach poszczególnych postów, dlatego postaram się z nim pojawiać jak najczęściej. Niestety zależy to głównie od mojego czasu wolnego i możliwości czytania różnych rzeczy, bo ciekawostek akurat w internecie to nigdy nie zabraknie. :)

Dzisiaj będzie parę interesujących rzeczy, kilka przydatnych, a nawet i śmiesznych. Klasycznie, jak zazwyczaj dla każdego coś dobrego. Począwszy od będącej ciągle na fali popularności siódmej części Star Wars, poprzez trochę historii polskiej, a zakończywszy na przydatnych narzędziu dla bloggerów oraz studentów. Pracowników w sumie też. :) Zaczynajmy więc!

środa, 2 czerwca 2021

Podsumowanie maja 2021

Pamiętacie równie zimny maj, co w tym roku? Ja chyba nie… Chociaż dla mnie wcale nie było źle! Co prawda nie mogłem jeszcze wystawić moich owadożerów na balkon, bo mogłyby mieć do mnie uzasadnione pretensje spowodowane temperaturami w nocy, jednak sam jestem zimnolubem i wolę nieco… niższe temperatury. Kiedy wszyscy chodzili w jakichś kurtkach, ja szczęśliwie hasałem po parku na krótki rękaw! Było kilka fajnych dni, w których temperatura nie przekraczała 20°C, a do tego słonko całkiem przyjemnie przygrzewało, ale tak ogólnie to nie było w sumie źle.

Udało mi się też przełamać ten zastój z kwietnia! Wróciłem do starych nawyków (wcale nie chodzi o to, że znudziła mi się pewna gra mobilna, która pożerała całkiem sporo czasu…), więc pochłonąłem więcej pozycji niż w poprzednim miesiącu. A do tego całkiem niezłych pozycji muszę przyznać! Taką perełką jest zwłaszcza „Mitologia Słowian” Aleksandra Gieysztora, która okazał się naprawdę genialną kopalnią wiedzy dotyczącą wierzeń słowiańskich! Nic jednak dziwnego, skoro autor był swego czasu autorytetem w tej dziedzinie oraz osobą, która w pewnym sensie przewróciła do góry nogami podejście do tematu mitologii Słowian oraz jej istnienia.



Trochę lepiej niż w tamtym miesiącu, prawda? Przy okazji taka większa różnorodność. Sięgałem i po papier, i po e-booki, no i oczywiście po audiobooki! Znowu pewnie się przyzwyczaję do czytnika i jak później złapię klasyczną książkę, to będę chciał przewrócić strony, klikając w prawy skraj książki… Tak już miałem po ostatnim maratonie z czytnikiem! Przedziwne uczucie…

Nie brakuje u mnie cały czas chęci do słuchania podcastów. Tyle wartościowej wiedzy, którą można z nich czerpać, to aż szkoda porzucać. Chociaż odkąd dorzuciłem do listy twórców również Inwestomat (przegenialny, polecam!), to nie pojawiło się nic nowego. Czas z gumy nie jest, a jednak bardziej już nie przyspieszę odtwarzania, żeby miało to sens – teraz rozumiem wszystko, ale to są już te prędkości, przy których część dziesiętna robi ogromną różnicę…


W tym przypadku liczby mówią same za siebie. Ot, po prostu zsumowane minuty podcastów oraz audiobooków, które przesłuchałem w minionym miesiącu. Po co takie statystyki? Z prostego powodu – bo mogę i lubię!

Normalnie szał! Tyle filmów w jednym miesiącu to dawno nie oglądałem! Co prawda dość mocno zamuliłem z jakimikolwiek opiniami o nich w relacjach na Instagramie, ale cóż… Będzie to pewnie trzeba nadrobić! Skończyłem również genialny „The Morning Show” i czekam z niecierpliwością na kolejny sezon! 

A tutaj pełna lista seriali oraz filmów, które oglądałem w maju:

  1. „Labirynt fauna”
  2. „Ze śmiecią jej do twarzy”
  3. „Na noże”
  4. „Zwierzogród”
  5. „Friends. Reunion”
  6. „The Morning Show” (serial)
  7. „Castlevania” (serial)


Tej planszy chyba też zbyt mocno nie trzeba opisywać. Na samym blogu nie dzieje się zbyt wiele regularnych rzeczy, więc nie dziwi mnie spadek odwiedzin. A Instagram? Cóż, nigdy nie umiał w Instagrama… 

A skoro już o nim mowa, to takie oto zdjęcie cieszyło się największym wzięciem serduszek w maju:

Ponownie nie mam się czym chwalić, jeśli chodzi o zakupy… Nic nie kupiłem! Może to i dobrze, wszak do przeczytania czeka jeszcze tyyyle książek…

Na sam koniec, jak zwykle, lista przeczytanych przeze mnie tytułów, wraz z linkami do opinii!

  1. „Wszystko pochłonie morze” – M. Kubasiewicz
  2. „Projekt Jednorożec” – G. Kim
  3. „Wampir z Zagłębia” – P. Semczuk
  4. „Mitologia Słowian” – A. Gieysztor
  5. „Atlas chmur” – D. Mitchell
  6. „Netflix. To się nigdy nie uda” – M. Randolph
  7. „Od Z do A. Jak to zrobiliśmy?” – C. Bryar, B. Carr

A jak Wam minął miesiąc?


środa, 13 czerwca 2018

Z Netflixa pod pióro S01E05 - "Alienista" sezon 1

Alienista
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: The Alienist
Twórca: Hossein Amini, E. Max Frye
Rok: 2018
Gatunek: dramat, kryminał


Nowe seriale na Netflixie pojawiają się dosłownie jak grzyby po deszczu. Początkowo, kiedy serwis ten wszedł do Polski, przyrost nowości nie był zbyt zachęcający. Mi akurat - człowiekowi, który ogląda filmy raz na ruski rok, a seriale jeszcze rzadziej - kompletnie to nie przeszkadzało. Korzystałem z tego, co jest, bo wiedziałem że i tak Netflix oferuje mi więcej niż bym mógł przerobić. Teraz jednak naprawdę ciężko jest wybrać coś do oglądania, bo wpadamy w pułapkę wyboru. Najczęściej więc po prostu polegam na decyzji mojej lepszej połówki, co tym razem obejrzymy. Mamy swoje "rytualne" oglądanie odcinków, najczęściej podczas posiłków, kiedy mamy akurat czas. Tym razem wybrała nam "Alienistę", który okazał się być dobrym strzałem. Chociaż nie polecam go do posiłków. ;)

Przełom XIX i XX wieku był dla Nowego Jorku czasem wielkiego rozwoju, ale i mrocznych sekretów. Nie było dnia, aby na ulicach nie znaleziono chociaż jednego trupa. Za część zbrodni odpowiadali szaleńcy, psychopaci i socjopaci. Badaniem ich zachowań zajmowali się alieniści, czyli ówcześni psychopatologowie. Dr Laszlo Kreizler jest jednym z lepszych i uznanych alienistów. Podejmuje się wytropienia mordercy grasującego w 1896 roku po nowojorskich ulicach, mordującego w bestialski sposób chłopięce prostytutki. Pomaga mu w tym ilustrator pracujący dla New York Times, a także jedna z pierwszych kobiet pracujących dla policji.

Na samym wstępnie, zanim zaczniecie czytać dalej tę opinię odpowiedzcie sobie proszę na następujące pytanie: ilu spośród niżej zapisanych cech/wydarzeń/tematów nie jesteście w stanie przyjąć do swojego umysłu i to w dużym natężeniu:

  • dziecięca prostytucja,
  • młodzi chłopcy przebrani za dziewczyny,
  • naturalizm,
  • bestialskie mordy,
  • obrazy przedstawiające szczegóły rzezi,
  • dzielnice biedoty (patrz: naturalizm).

Jeśli chociaż trzy punkty pojawiły się w Twojej odpowiedzi, to istnieje duża szansa, że nie jest to zdecydowanie serial dla Ciebie. Możesz przerwać czytanie już teraz, chociaż możliwe, że będziesz tego żałował. ;) Wszystko z powyższej listy nie jest tylko wspomniane, bądź lekko liźnięte w "Alieniście". To jest jego kwintesencja - kompletne przełamanie jakichkolwiek tematów tabu i pokazanie wszystkiego dokładnie takim, jakim mogło być. Oczywiście tak czy siak wiele rzeczy jest "upiększonych", jednak twórcy serialu nie bawili się w zbyt dużą cenzurę. Dwunastoletni, brudni chłopcy uwodzą bogatych mężczyzn z wyższych sfer, a ci z kolei wręcz ślinią się na widok wystających ramion spod brudnych sukienek. Ci sami chłopcy leżą potem martwi, poszatkowani jak warzywa na sałatkę.

Klimat, który został stworzony w "Alieniście" jest naprawdę świetny. Gra kontrastów została poprowadzona prawie jak z nut - z jednej strony biedne dzielnice Nowego Jorku, przepełnione chorobą i przestępczością, a z drugiej sterylnie czyste salony wyższych sfer. Przede wszystkim jednak widać jak na dłoni, w jaki sposób te "wyższe sfery" działały w owych czasach. Korupcja, służalczość wobec tych, którzy mają pieniądze - to chleb powszedni. Łącznie z tuszowaniem wielu zbrodni oraz niezbyt... moralnych zachowań, które mogłyby być źle odebrane. To jednak chleb powszedni wielu seriali i filmów osadzonych w dawnych czasach, kiedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż teraz.

Sam serial opiera się na książce o tym samym tytule, której autorem jest Caleb Carr. Stworzył on fikcyjną historię, w której występują zmyślone postacie. Jedynie dwie z nich to postacie historyczne, które rzeczywiście żyły i zajmowały się tym, co przedstawia film. Tymi postaciami są: Theodor Roosevelt, dwudziestym szósty prezydent Stanów Zjednoczonych, który w latach 1895-1897 pełnił rolę szefa nowojorskiej policji, oraz Thomas Byrnes - naczelnik nowojorskiej policji w latach 1880-1895. Sam seryjny morderca, grasujący po serialowym Nowym Jorku również nie jest prawdziwy, jednak bazując na historii tego miasta można śmiało założyć, że stanowi on wypadkową wielu innych, podobnych mu zwyrodnialców. Z jednej więc strony dotykamy nieco prawdziwej historii, z drugiej mamy stworzony od zera obraz wydarzeń, które tak naprawdę mogłyby mieć miejsce - a być może nawet część z nich kiedyś, w bliżej nieokreślonym miejscu się wydarzyła.

Wielkie pochwały należą się za scenografię oraz kostiumy. Końcówka XIX wieku została wspaniale odwzorowana zarówno w postaci miasta, jak i ubioru ówczesnych ludzi. Wąskie kadry zazwyczaj nie stanowią problemu, wiele rzeczy można zrobić z wykorzystaniem CGI, jednak ktoś musiał się porządnie napracować tworząc makiety całych dzielnic oraz widoków miasta z lotu ptaka. Podobnie sprawa się ma z dzielnicami biedoty, gdzie w większości i tak panował półmrok nawet za dnia, a ludzie chodzili ubrani w cokolwiek. Wydają się być w miarę łatwe do odwzorowania, chociaż poziom detali potrafi przyprawić o dreszcze. Za to przy salonach wyższych sfer wykonany został kawał naprawdę świetnej roboty. Przyjemnie się patrzy zwłaszcza na ubiór mężczyzn, tak w owych czasach różnorodny i elegancki. Podobnie sprawa się ma z używanym językiem - nawet tutaj widać kontrast i wpływ dobrych manier oraz czegoś, co dzisiaj nazwalibyśmy poprawnością polityczną.

Sama historia jest za to... po prostu poprawna. Mamy do czynienia ze śledztwem przeplatanym prywatnymi rozterkami Dr Kreizlera, którego odgrywa Daniel Brühl znany między innymi z Bękartów Wojny oraz Good Bye Lenin! - rozterkami, z którymi zmierzyć się musi znany i szanowny alienista. Przez cały sezon przewijają się prywatne porachunki i walka z przeszłością wielu postaci, co oczywiście dodatkowo ubarwia produkcję i przyciąga do ekranów. Jeśli jednak ktoś spodziewa się niesamowitych zwrotów akcji to nie jest to ten serial. Tutaj mamy do czynienia z metodycznym śledztwem i stopniowym odkrywaniem kart, wymieszanym z nieznacznymi zabiegami odciągającymi uwagę. Ktoś, kto oczekuje od serialu mnóstwa dynamiki może być zawiedziony, jednak osoby przedkładające klimat nad akcję z pewnością odnajdą w "Alieniście" prawie siedem godzin dobrej rozrywki. O ile można tego słowa używać przy tak bezpośredniej i dość brutalnej produkcji.

Łączna ocena: 7/10

Kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


środa, 23 maja 2018

Z Netflixa pod pióro S01E04 - "Dark" sezon 1

Dark
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Dark
Twórca: Baran bo Odar, Jantje Friese
Rok: 2017
Gatunek: sci-fi, dreszczowiec


Wspominałem chyba już kiedyś, że nie oglądam zbyt wielu seriali? Kiedyś, jak człowiek mógł prawie bezkarnie wylegiwać się godzinami w łóżku lub łoić przed komputerem w co chciał, to i więcej czasu na seriale miał. Teraz jak już coś oglądam, to dawkuję sobie odcinek po odcinku. Najczęściej tak naprawdę ze dwa, góra trzy epizody na dzień w weekend. Jeśli więcej kończę sezon w jeden miesiąc to jest sukces! "The Black Mirror" jeszcze na ten przykład nie skończyłem. Jednak czasem warto zacząć coś nowego, a że "Dark" akurat ładnie się podstawił na stronie głównej Netflixa, to i się nim zainteresowałem. No i w sumie dobrze, że to zrobiłem.

Rok 1986. Niewielką miejscowością wstrząsa niewyjaśnione zaginięcie małego chłopca. Mimo bardzo szczegółowych poszukiwań, dziecka nie uda się niestety odnaleźć. Rodzina - choć nigdy nie pogodzona ze stratą - zalecza w końcu rany i powoli wraca do codzienności. Aż do roku 2019, w którym to samo miasteczko ponownie dotyka ta sama tragedia. Tym razem jednak kilka rodzin pozna swoje sekrety i połączenia, które między nimi istnieją. Istnieją teraz i istniały od lat - "nieważne gdzie, ważne kiedy".

Pierwsze odcinki serialu bardzo mocno przypominają skrzyżowanie "Stranger Things" z "It" Kinga. Małe, prowincjonalne miasteczko, w którym po raz kolejny, po kilkudziesięciu latach, dochodzi do podobnych wydarzeń. Giną dzieci, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć czemu. Na terenie miasteczka znajduje się elektrownia atomowa, która jest obiektem pilnie strzeżonym i wszystko wskazuje na to, że prowadzone są w niej pewne eksperymenty. Osoby, które miały okazję oglądać "Stranger Things" nawet z opisu z pewnością wywnioskują ogromne podobieństwo, a po pierwszych dwóch odcinkach pomyślą sobie "hej, przecież to jest to samo!". Na całe szczęście okazuje się, że jest to nieco mylne wrażenie, ponieważ cała reszta różni się znacząco od wspomnianego serialu.

Bardzo mocną stroną "Dark" są kadry - można odnieść wrażenie, że cała produkcja opiera się na zabawie obrazem. Odpowiednia praca kamery buduje nastrój i podkreśla emocje, które wywołują poszczególne sceny. Sam serial sprawia wrażenie ciężkiego, twardego, surowego. Z drugiej strony wiele kolorów jest nasyconych - czego próbkę można zobaczyć nawet na plakacie promującym serial. Ogólnie rzecz biorąc cały "Dark" to właśnie gra kadrów, obrazów, kolorów i muzyki. Co chwilę przewijają się krótkie sceny wymieszane ze sobą i postępujące w konkretnej kolejności, dające pewne wskazówki widzowi. Każdy taki łańcuch niesie ze sobą w tle muzykę sprawiającą wrażenie niepewności i tajemnicy.

Pewnym "minusem" dla części osób może być język produkcji. Jest to bowiem niemiecki serial i dokładnie w takim języku jest wydany w Netflixie. Pisząc "minus" nie mam na myśli oczywiście samego faktu, że jest to właśnie język niemiecki, tylko to, że nie jest to język angielski. Dopiero kiedy obejrzy się serial lub film w innym języku można zauważyć jak bardzo człowiek jest uzależniony od angielskiego. Nie jest niczym niezwykłym odwrócenie na chwilę uwagi od ekranu podczas dialogów, bo instynktownie człowiek i tak zrozumie o czym rozmawiają postacie nawet bez napisów. Tutaj jednak jeśli nie posługujesz się mową naszych zachodnich sąsiadów, to niestety możesz mieć problemy ze zrozumieniem czegokolwiek bez napisów. Nie piszę tego, żeby podkreślić to jako wadę, bo nią nie jest. Jednak lojalnie ostrzegam, że nie jest to serial do obejrzenia w trakcie robótek ręcznych czy wykonywania innych czynności. Chyba, że znasz niemiecki, to nie masz się czym martwić.

Tutaj tak naprawdę "minusy" się całkowicie kończą. W jakimś miejscu w internecie pojawiła się kiedyś opinia, że Netflix spróbował zrobić coś podobnego do "Stranger Things", ale wyszło im o wiele lepiej. Ja się z tą opinią całkowicie zgadzam. Mimo początkowego podobieństwa do miksu "To" oraz wspomnianego już serialu "Stranger Things", "Dark" jest kompletnie odmienną i świetną produkcją. Im dalej zapuszczamy się w odcinkach, tym większą sieczkę z naszych mózgów robią. Serial porusza aspekty podróży w czasie oraz tuneli czasoprzestrzennych nie tylko jako tła to stworzenia historii. Oprócz tego pokazuje zarówno stronę fizyczną tego zagadnienia, choć bez zagłębiania się w niezjadliwe szczegóły, a także potencjalne reakcje społeczne na podróże w czasie. Oglądając tę produkcję można dostać choroby lokomocyjnej - często trzeba dobrze wytężyć swój mózg, aby objąć umysłem to, co aktualnie widzimy.

Samego zakończenia pierwszego sezonu nie da się opisać w sensowny sposób. Wspominałem już wcześniej, że "Dark" potrafi wrzucić mózg do pralki, dopchać kamieniami i odpalić wirowanie. Jeśli jednak w połowie czujecie się poobijani, to pod koniec pralka zostanie wstawiona do Rollercoastera. Nawet na stronie Wikipedii, gdzie serial jest przedstawiany, powstały całe tabele i mapy powiązań pomiędzy punktami w czasie, ułatwiające identyfikację poszczególnych bohaterów. Jednak na pytanie kłębiące się w głowie podczas seansu nie odpowie nikt. Czasem bowiem można zacząć się zastanawiać czy jeśli któraś z postaci zrobi coś, to czy to nie wpłynie na to, po to by zaraz wpłynąć na... I tak dalej, i tak dalej...

Naprawdę jeden z lepszych seriali, jakie powstały ostatnimi czasy. Nie opiera się na schematach, a do tego porusza pieruńsko trudną do wykonania tematykę - czas. Mnóstwo twórców potknęło się na temacie czasu, zarówno w filmie, jak i literaturze. Tym razem mamy jednak misternie splecioną sieć powiązań, tworzącą jednolitą, chociaż poszatkowaną całość, w formie skomplikowanej układanki. Nie zapomniano o warstwie audiowizualnej - gra kolorów i kadrów, odpowiednio skrojona do nastroju muzyka. Jednym słowem coś naprawdę świetnego. Jeśli jeszcze się zastanawiacie, dajcie mu się wciągnąć w wir czasu.

Łączna ocena: 9/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


czwartek, 26 września 2019

Z Netflixa pod pióro S02E04 – „Seria niefortunnych zdarzeń” sezon 3

„Seria niefortunnych zdarzeń”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł: Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events
Twórca: Netflix
Rok: 2019
Gatunek: familijny, przygodowy


Pierwsze dwa sezony „Serii niefortunnych zdarzeń” nie zagościły w moim cyklu „Z Netflixa pod pióro” nie, dlatego że były kiepskie – wręcz przeciwnie, bawiłem się przy nich przednio. Nie zagościły tutaj z bardzo prostego powodu – najzwyczajniej w świecie zapomniałem o nich napisać. Nie wszystkie seriale, które oglądam (a już na pewno nie każdy sezon po kolei), opisuję w tym, jak na razie bardzo krótkim cyklu. Jednak trzeci sezon naprawdę zasługuje na napisanie o nim paru słów. Nawet jeśli są to tylko kompletnie nieprofesjonalne próby wyrażenia swojego zachwytu, skoncentrowane w niezbyt długiej i w pełni subiektywnej opinii. Twórcy tego serialu jednak na tyle zamieszali w fabule i sposobie prowadzenia akcji, że nie sposób przejść obok tego dzieła obojętnie.

Trojaczki Baudelaire wciąż uciekają przed Olafem, który potrafi dosięgnąć ich w niemalże każdym miejscu. Lemony Snicket niestrudzenie bada ich historię i przedstawia wszystkim, którzy chcą go słuchać. Nie są to wesołe słowa, a kto jak kto, ale Lemony potrafi je dobierać w odpowiedni sposób. Dla Wioletki, Klausa i Słoneczka pojawił się jednak promyk nadziei – jeśli uda im się dotrzeć do Ostatniej Bezpiecznej Kryjówki, to być może nie tylko ta seria niefortunnych zdarzeń się zakończy, ale dowiedzą się również nieco więcej na temat tajemniczej WZS, która pojawia się na każdym kroku ich mozolnej wędrówki ku wolności.

Jeśli nie oglądaliście wcześniejszych dwóch sezonów „Serii niefortunnych zdarzeń”, to nie jestem do końca pewien, czy dobrym pomysłem jest czytać ten post. Co prawda nadrzędną dla mnie sprawą jest unikanie spoilerów na wszelkie możliwe sposoby, jednak w przypadku trzeciego sezonu tego serialu może to być sztuka bardzo trudna. Część informacji – mimo swojej nieistotności – może trochę Wam zepsuć zabawę. Będę się starał, jak tylko mogę podczas pisania tego tekstu, aby wszystkie moje emocje związane z zakończeniem trzeciego sezonu ubrać tak w słowa, aby absolutnie niczego Wam nie zdradzić. A uwierzcie mi, jest w czym wybierać i jest czym zepsuć seans.

Trzeci sezon zerwał poniekąd z tradycyjnym podziałem poszczególnych historii sierot Baudelaire na dwuodcinkowe historie. Odcinki co prawda wciąż mają tę samą konwencję nazewnictwa (choćby dla zachowania spójności z poszczególnymi tomami serii), ale już wydarzenia w nich opisywane są o wiele bardziej ze sobą złączone. Nic dziwnego, bo cała historia zmierza ku zakończeniu i rozwiązaniu wielu wątków. Pojawia się coraz więcej informacji o historii rodziców trojaczków Baudelaire oraz – co najważniejsze – o samym WZS, czyli Wolontariacie Zapalonych Strażaków! A jest o czym słuchać i co oglądać! Zwłaszcza jeśli nie czytało się wcześniej książek wchodzących w skład cyklu „Seria niefortunnych zdarzeń”.

Jak zwykle najlepszą robotę zrobił Neil Patrick Harris, który grał rolę Hrabiego Olafa, czyli głównego antagonisty. Oglądając niektóre sceny, zastanawiałem się, czemu seriale nie mogą być brane pod uwagę podczas nominacji do Oscarów. Cały czas jestem też za Emmy dla „Serii niefortunnych zdarzeń”! Piękna robota, chyba jeszcze lepsza niż w poprzednich dwóch sezonach. Reszta aktorów też włożyła mnóstwo pracy – postacie takie jak pan Poe czy Sędzia Strauss. Cały serial zresztą jest mocno osadzony na grze aktorskiej, bo każdy z bohaterów ma swój urok, który dodaje do tej wielkiej mieszanki różnych osobowości odpowiednią ilość indywidualizmu. Ciężko to wyrazić słowami, zdecydowanie trzeba to zobaczyć. Co jednak najciekawsze, najmniej chyba się wyróżnia rodzeństwo Baudelaire – chociaż nie znaczy to, że aktorzy kiepsko sobie dali radę.

Mega robotę robią też kostiumy i scenografia – wszystkie elementy wystroju, miejsc, w których dzieje się akcja serialu są bardzo dopracowane i nie da się ich stylu pomylić z niczym innym. Takie połączenie starej fantastyki ze szczegółowością współczesnego kina i klimatu serialu młodzieżowego. Wszystko osadzone w klasycznej elegancji (co widać po sierotach Baudelaire oraz ekstrawagancji ocierającej się o kicz – wystarczy spojrzeć na Esmeraldę Szpetną). Nietrudno jest też się doszukać drugiego dna w stylach poszczególnych postaci, bo wiele razy styl jest powiązany z osobowością danej osoby lub ze stereotypami, które są przez postać uosabiane.

Nie należy jednak zapomnieć o nauce, która płynie głównie właśnie z trzeciego sezonu – nic nie jest tylko czarne, albo tylko białe. Odcienie szarości przenikają rzeczywistość, a dobro miesza się ze złem odwrotnie proporcjonalnie do tego, co widać na pierwszy rzut oka. Nawet najbardziej szlachetne czyny mogą być okupione zbrodniami przerażającymi, natomiast nawet największego złoczyńcę stać na szlachetny gest. Nie jest to nic odkrywczego czy nowoczesnego, ale „Seria niefortunnych zdarzeń” przypomina nam o tym na każdym kroku, w każdym kolejnym odcinku. A takie nauki podane w tak przystępny sposób mają szansę zrobić o wiele więcej dobrego niż proste powtarzanie tych prawd.

Cały serial jest po prostu niesamowity, a trzeci sezon najlepszy ze wszystkich dotychczasowych! Polecam zwłaszcza osobom, które chcą obejrzeć coś niezobowiązującego, ale dopracowanego i przede wszystkim wciągającego! „Seria niefortunnych zdarzeń” nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i nieco młodszych widzów, nawet mimo swojego nieco depresyjnego charakteru. Przede wszystkim jednak nadaje się dla książkoholików, którzy nie są pewni, czy warto sięgnąć po książkowy pierwowzór – po obejrzeniu trzeciego sezonu mam na to przeogromną ochotę! Nawet mimo tego, że wiem doskonale, jak potoczą się losy bohaterów. Historia jednak jest wspaniała, a serialowe wykonanie zapowiada ucztę dla wyobraźni. W końcu na czymś twórcy musieli oprzeć swoją wizję scenografii, charakteryzacji oraz kostiumów.

Łączna ocena: 8/10




Źródła kadrów:


środa, 1 kwietnia 2020

Zbiorczo spod pióra – marzec 2020

Jak tam minął miesiąc? Dużo przeczytaliście lub przesłuchaliście? Albo może obejrzeliście, albo ograliście wiele gier? Obejrzeliście spektakl teatralny, może byliście na musicalu, albo nawet w operze? Ja się ograniczyłem do czytania i słuchania, chociaż Netflix i HBO GO cały czas w użytku też są! Najbardziej jednak książki papierowe oraz audiobooki/podcasty. Każdego wieczora jakaś godzina na papier i niezliczone ilości krótkich przerw w ciągu dnia na słuchanie. Niezłe efekty to daje! Zwłaszcza w przypadku tej drugiej aktywności – gdyby tylko jeszcze można było nie bawić się w żadne włączanie słuchawek i gdyby trochę dłużej żyły niż parę godzin (takie małe to wiadomo, nie będą długo trzymały) to byłoby cudownie! Zostałaby tylko praca nad podzielnością uwagi. 

Cóż, nie ma co jednak marudzić i w ogóle, tylko przejść do sedna tego postu, prawda? Poniżej już trzecie zestawienie krótkich opinii (dosłownie w paru słowach) na temat przeczytanych lub przesłuchanych książek. Mam nadzieję, że chociaż trochę pozwolą Wam zdecydować o sięgnięciu bądź i zostawieniu w spokoju konkretnych tytułów! 

„Getting Things Done” – David Allen

Format: Audiobook
Stron/długość: 14h 45m
Lektor: Marcin Fugiel

Biblia produktywności, jak to niektórzy nazywają „Getting Things Done” Davida Allena. Coś w tym jest, bo rzeczywiście wiele programów wspomagających produktywność opiera się właśnie na metodzie GTD, a sama książka jest przez autora dość regularnie aktualizowana. Do tego naprawdę jest to Biblia, z której można czerpać garściami. Sensownie podzielona, odpowiednio kategoryzowana i przekazująca mnóstwo merytorycznej wiedzy.

Jeśli masz problemy z uporządkowaniem swojego życia, to David Allen na pewno Ci pomoże – chociaż może to nie być łatwe na początku. Autor rzuca czytelnika od razu na pożarcie danych statystycznych, badań oraz przede wszystkim sprawdzonych sposobów, z których korzysta mnóstwo osób na świecie każdego dnia. Osobiście znałem już założenia GTD dużo wcześniej i wiele w moim życiu było zaprojektowanych właśnie pod tą metodę, ale i tak książka ta udowodniła mi, jak wiele jeszcze mogę poprawić. Innymi słowy, gorąco polecam – to nie jest jakiś dupny poradnik jak odmienić swoje życie, tylko jasne porady co zrobić, żeby to wszystko zaczęło po prostu działać.

„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 1m
Lektor: Roch Siemianowski

Absolutnie nie dziwię się, że książka wygrała plebiscyt Lubimy Czytać w swojej kategorii – nie dziwię się również, że to na niej oparli się twórcy serialu „Czarnobyl”. Kawał naprawdę dobrego reportażu, warty czasu poświęconego na czytanie. Szczegółowy, ale konkretny, zbierający nie tylko najważniejsze informacje, ale również mnóstwo ciekawostek. Bez patetycznego wydźwięku i bez wybielania czy oczerniania na siłę. Po prostu wyważony i świetny.

Tyle informacji o katastrofie w Czarnobylu nie znalazłem nigdzie. Wszystko posegregowane w odpowiednie kategorie i przedstawiony w logiczny sposób. „O północy w Czarnobylu” nie próbuje grać na emocjach, tylko przedstawia po prostu suche fakty. Jeśli oglądaliście serial, to sięgnijcie, tak czy siak, po książkę – jest nieco inna od swojej serialowej adaptacji i zawiera o wiele więcej danych i informacji. Tak, to możliwe, nawet mimo tego, że sam serial trwał łącznie kilka godzin. W końcu czas czytania przez lektora to siedemnaście godzin… Które warto poświecić.

„Cujo” – Stephen King

Format: Papier
Stron/długość: 330
Tłumacz: Jacek Manicki

Stephen King ma w swoim dorobku książki lepsze oraz gorsze i „Cujo” można zaliczyć niestety do tej drugiej grupy. Niech za pewnego rodzaju opinię posłuży informacja, że podczas lektury udało mi się bezwiednie przyciąć komara, co nie zdarzyło mi się od długiego czasu. Językowo ciężko coś zarzucić – jest napisana po prostu poprawnie, czyli tak, jak można się tego spodziewać po Mistrzu Grozy. W końcu pisać to on umie, a zwłaszcza po tylu wydanych książkach. Niestety tym razem kompletnie nie potrafił mnie zachęcić do lektury.

Tak naprawdę pierwsze ponad sto stron jest… o niczym. Kilka niezwiązanych ze sobą historii, które się toczą wokół życia ludzi i tytułowy Cujo, który wiedzie żywot względnie szczęśliwego psiska. Tylko przeczytaniu blurba daje nadzieję, że wreszcie coś się zacznie dziać z tym postaciami. No i faktycznie, zaczyna się dziać – jednak nie nazwałbym tego szczytem umiejętności pisarskich i fabularnych Kinga. To wybitnie średnia książka, którą można sobie przeczytać głównie wtedy, gdy chcemy po prostu zaliczyć wszystkie powieści Stephena Kinga. Inaczej w sumie szkoda czasu.

„Wiedźmin” (opowiadania) – Andrzej Sapkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 2h 22m + 1h 39m + 1h 48m + 2h 1m
Lektor: Słuchowisko

To tak naprawdę kolejna część słuchania opowiadań z Wiedźminem w roli (najczęściej) głównej, napisanych przez Andrzeja Sapkowskiego. Dostępne są jako osobne pliki do przesłuchania, więc po prostu skrupulatnie je dodaje do siebie. Trochę jednak szkoda, że tak szybko się je zalicza, bo są po prostu nieziemskie! Sama proza to wiadomo, jednemu może się podobać, innemu nie (sam jestem fanem Wiedźmina, więc tak naprawdę te historie to dla mnie jest żadna nowość), ale wykonanie przez superNOWA słuchowisk to coś pięknego!

Doskonale dobrani lektorzy, którzy wiedzą, co robią (Krzysztof Banaszyk jako Geralt wymiata) no i te dźwięki w tle. Idealnie wpisują się w klimat. Jako medium 10/10, totalnie. Jeśli jesteście fanami, to koniecznie musicie spróbować – chyba że nie umiecie w ogóle przetrawić formy słuchanej. W sumie nie – i tak spróbujcie! :D

„W ruinie” – Praca zbiorowa

Format: E-book
Stron/długość: 288

Wydawnictwo Insignis wydało już kilka zbiorów opowiadań napisanych przez fanów Uniwersum Metro 2033 – inicjatywa zacna, bardzo fajnie, że nowe osoby mogą się pokazać jako autorzy. W takich zbiorach wszystko jest oczywiście całkowicie od siebie różne i mamy do czynienia z wieloma poziomami jakości. „W ruinie” pod tym względem nie ustępuje w niczym poprzednim dwóm zbiorom, które miałem okazję przeczytać. Nie w sumie też lepsze, chociaż kilka opowiadań być może zapadnie mi w pamięci.

Mamy tu nawet do czynienia z historią osadzoną na Śląsku i to z wykorzystaniem śląskiej gwary! Co prawda akurat to opowiadanie nie przypadło mi do gustu, ale chyba warto o tym wspomnieć, jako o ciekawostce. Tak po prawdzie to przygody, z którymi mamy do czynienia w tym zbiorze rozrzucone są po całej Polsce, więc możemy sobie obejrzeć apokalipsę z perspektywy wielu miast. Jeśli chcecie jakiegoś podsumowania to myślę, że takie będzie najlepsze: nice to have dla fanów Uniwersum, chociaż nie spodziewajcie się niczego niesamowitego.

czwartek, 23 kwietnia 2020

Z Netflixa pod pióro S02E06 – „Sex Education” sezony 1-2

„Sex Education”
Źródło: Filmweb
Oryginalny tytuł:
Sex Education
Twórca: Netflix
Rok: 2019, 2020
Gatunek: dramat, komedia

Przyznać muszę, że początkowo nie byłem przekonany do tego serialu. Mam tu na myśli oczywiście w ogóle sięgnięcie po niego. No bo, wiecie, nastolatek prowadzący poradnię seksualną w szkole nie brzmi zbyt zachęcająco na pierwszy rzut oka. Widziałem jednak mnóstwo pozytywnych opinii, zwłaszcza zachwalających bardzo neutralne podejście do kwestii seksu, tematów LGBTQ i tak dalej. Do tego pochwały dla humoru i takiej… lekkości serialu ostatecznie mnie przekonały. No i okazało się, że wciągnąłem oba sezony nad wyraz szybko jak na mnie – chociaż na pewno fakt, że każdy z nich miał tylko osiem odcinków na pewno w tym pomógł. Łącznie bowiem wyszło raptem około 13 godzin oglądania.

Otis na pierwszy rzut oka jest zwykłym, cichym nastolatkiem – prawiczkiem, który ma problemy z kontaktem z dziewczynami. Jego dodatkowym zmartwieniem w tej dziedzinie jest mama – znana pani seksuolog, z książką na koncie. Jego totalnym przeciwieństwem jest Maeve, która co prawda ma swoje własne problemy i jest wyrzutkiem, jednak ciężko jej odmówić doświadczenia i przebojowości. Jednak Maeve potrzebuje kasy, a Otis może jej ją zapewnić. Jak? Doradzając innym uczniom w sprawach seksualności – wszak edukacja seksualna w szkołach nie jest na zbyt wysokim poziomie. O czym zresztą nasz przedsiębiorczy duet bardzo szybko się przekonuje…

Na samym początku niniejszego wpisu możecie zobaczyć, że obok gatunku wstawiłem dwa słowa: „dramat” oraz „komedia”. W większości przypadków w tym cyklu biorę je po prostu z Filmweba – żeby samodzielnie nie głowić się nad klasyfikacją. Czasem coś mi nie pasuje i dorzucam coś od siebie albo zmieniam. W pierwszej chwili patrząc na takie połączenie, też chciałem zmodyfikować te gatunki, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie powinienem tego robić. „Sex Education” jest faktycznie połączeniem dramatu oraz komedii. W prześmiewczy często sposób próbuje przekazać wiedzę, która może się przydać wielu nastolatkom na całym świecie. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie internet jest pełen kompletnie sprzecznych opinii.

Część osób właśnie to czytających jest nastolatkami – część ma już ten etap życia za sobą. Na pewno więc większość z Was przypomina sobie sytuacje, w których nie wiedzieliście jak się zachować, co zrobić i czy macie się martwić. Do tego w czasach obecnych osoby o różnych orientacjach seksualnych z o wiele mniejszym strachem ujawniają swoje preferencje. Z tym natomiast często wiąże się niewiedza reszty społeczeństwa o szczegółach życia seksualnego innego niż klasyczna para heteroseksualna, uprawiająca seks dla prokreacji. Cały czas jest niska świadomość różnych chorób czy dysfunkcji – ba, często ludzie dowiadują się o czymś takim jak „aseksualizm” z BoJack Horsemana! Serial ten więc robi kupę dobrej roboty edukacyjnej, serio.

A jak to robi? W najprostszy i chyba najbardziej skuteczny sposób. Jak przekazywać wiedzę o seksie tak, żeby wszyscy chętnie słuchali i podświadomie przyswajali wiedzę? Za pomocą żartów! Czasem potrzebne są do tego żarty niskich lotów, żeby dotrzeć do odbiorcy, a czasem po prostu należy wyśmiać i wytknąć pewne problemy. Tutaj właśnie ujawnia się ta komediowa natura wspomagająca przekazywanie dramatów, które przeżywają ludzie każdego dnia (i to nie tylko nastolatkowie). Czasem humor ten jest bardzo brutalny czy wręcz prymitywny, ale trudno z drugiej strony oczekiwać bardzo wyrafinowanych żartów dotyczących seksu analnego czy rzeżączki. Jest śmiesznie, jest lekko, a pod tym płaszczem pozorów mamy sporo porządnej wiedzy. Czego chcieć więcej?

Na przykład postaci, z którymi się można zżyć, których codzienne tragedie można śledzić z wypiekami na policzkach. Czy „Sex Education” to dostarcza? Si, oczywiście. Nie wszyscy są tacy, niektóre postacie są bardzo płytkie i nijakie, ale śledzenie losów Maeve i Otisa oraz tego, co się wokół nich dzieje, potrafi naprawdę wciągnąć! Ba, mało tego, tak jak pierwszy sezon skupiał się głównie na różnych problemach nastolatków (trochę trącał proceduralem nawet), tak drugi to jest emocjonalny rollercoaster. Nie wiadomo komu kibicować, nie wiadomo co się zaraz stanie, a najgorsze (lub wręcz najlepsze) jest to, że podobne sytuacje mogły być (a może i były) udziałem każdego z nas. To nie są jakieś oderwane od życia scenariusze. Można powiedzieć, że to samo życie. 

Część z Was pewnie się zastanawia nad tym, czy serial ten nie jest wielką, krzyczącą propagandą LGBTQ, która jedyne co próbuje robić, to przedstawić tylko inne niż heteroseksualna pary (lub grupy). Bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło, że nie jest. Niestety często ostatnio poprawność polityczna nakazuje umieszczanie osób i zachowań nieheteronormatywnych na pierwszym planie, w sposób wręcz ostentacyjny. Przyjacielem serialowego Otisa jest Eric – gej, który wychowywany jest w bardzo religijnej rodzinie. Brzmi jak coś, co może zostać wykorzystane w ostentacyjny sposób? Oczywiście! Czy zostało wykorzystane? Absolutnie nie. Co więcej, jego rozterki miłosne również śledzi się z zapartym tchem i trudno jednoznacznie kibicować konkretnemu rozwiązaniu jego problemów.

Podsumowując, jest to lekki, humorystyczny, ale przedstawiający również wiele problemów serial. Spójny w przekazie, zabawny i dający widzowi postacie, z którymi może się zżyć. Nie jest to szczyt kinematografii, czasem jego humor jest aż zbyt prostacki, ale w ogólnym rozrachunku śmiało mogę go polecić. Z drugiej strony jest na tyle specyficzny, więc musicie tak naprawdę sami ocenić, czy jest to coś dla Was. Mnie przekonał do siebie, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że część z Was może nie przełknąć tego epatowania seksem w naprawdę przeróżnych, często mocno perwersyjnych formach. 

Łączna ocena: 7/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

czwartek, 8 lutego 2018

Z ekranu pod pióro #22 - "Więzień labiryntu: Lek na śmierć"

Źródło: Filmweb
Tytuł: Więzień labiryntu: Lek na śmierć
Reżyseria: Wes Ball
Premiera: 2018
Gatunek: thriller, akcja, sci-fi


Jakoś tak znowu wyszło, że zajrzałem do kina po dwóch miesiącach nieobecności w tym przybytku kultury i rozrywki (he-he). Tak po prawdzie miałem ochotę się wybrać już w styczniu, ale nie widziałem akurat niczego ciekawego, a dla samego pójścia nie ma sensu. W końcu Netflix wykupiony to lepiej coś na nim wyszperać, jeśli się ma ochotę po prostu coś obejrzeć. Jednak jak w repertuarze zobaczyłem najnowszą część "Więźnia labiryntu", to jednak się skusiłem. Oglądałem poprzednie części i nawet mi podeszły. Możecie się o tym zresztą przekonać w mojej opinii o "Próbach ognia" - wcale nie najgorzej. A jak wyszło tym razem? Dość przeciętnie.

Wyścig po lek na śmierć rozpoczął się już wiele lat temu. Biorą w nim udziały zarówno ci, którzy chcą, jak i ci, którzy zostali do tego zmuszeni. Thomas chce po prostu spokoju i uwolnienia wszystkich swoich przyjaciół z rąk DRESZCZU, jednak nie spodziewa się tego, w jaki sposób kolej losu potrafi zataczać koła. Zwłaszcza w świecie opanowanym przez śmiercionośny wirus, w którym każdy ruch powinien zostać przemyślany co najmniej dwa razy.

"Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć" - Wes Ball zdecydowanie wziął sobie do serca jedne z najsłynniejszych słów Alfreda Hitchcocka (choć sam cytat przypisywany jest również Samuelowi Goldwynowi). "Więzień labiryntu. Lek na śmierć" zaczyna się bowiem z wysokiego C. Niestety tylko przez pewien czas udało się ten dźwięk utrzymać - im bliżej końca tym bardziej głos drżał i spadał coraz niżej. Pierwsze założenie stworzenia doskonałego filmu udało się więc spełnić w 100%, niestety nie udało się utrzymać napięcia na pożądanym poziomie. Żeby nie wspomnieć o jego wzroście.

"Więzień labiryntu: Lek na śmierć"
Produkcja ta rzeczywiście od samego początku obiecuje wiele. Pierwsze sceny pościgu robią wrażenie, potrafią trzymać w napięciu i wyglądają jak dobrze zaplanowana akcja. Zarówno pod kątem fabularnym, jak i technicznym. Tego samego można by oczekiwać po reszcie filmu - skoro raz się udało i to tak dobrze, to czemu miałoby się nie udać później? Niestety jak się okazuje później jest gorzej. Tak jak pierwsze sceny mają ręce i nogi, tak niestety później pojawia się już problem. Fizyka, biologia, chemia - wszystko jest przewrócone do góry nogami. Tak, jak w przypadku filmu z superbohaterami (Marvel czy DC Comics) przełknę dziwne i niemożliwe wydarzenia, tak tutaj już niekoniecznie. Rozumiem, że jest to dystopijny obraz przyszłości, w której technologia jest wysoko rozwinięta. No ale właśnie - technologia, a nie mieszanie w prawach natury.

Trochę bolesne było również pominięcie spraw, które są przez większość produkcji apokaliptycznych brane właśnie na pierwszy ogień. Mam samochód, opancerzony - super, fajnie, ale nie przejadę nim daleko, bo skąd mam wziąć paliwo? Nie ma fabryk amunicji, więc muszę ją oszczędzać. Nie, to nie jest obraz przedstawiony w "Więźniu labiryntu. Lek na śmierć". Tutaj bohaterowi odpalili kody na nieskończoną amunicję i jeżdżą sobie, latają, pływają czym chcą - dosłownie jakby w ogóle się paliwo nie kończyło. Nigdy. Mimo tego, że w przeciętnym filmie akcji nie bierze się tych spraw pod uwagę, tak w produkcji pokazującej postapokaliptyczny świat, jest to jedna z najważniejszych rzeczy. Może nie taka, którą widać od razu, ale jest czymś w rodzaju kamyczka w bucie. Krzywdy nie robi, da się z tym iść, ale irytuje tak mocno, że człowiek może się wręcz wściec.

Żeby jednak nie wyrzucać samych wad na stół, to warto jednak wspomnieć o tym, że aktorzy (w większości) dali świetny popis gry. Przyjemnie się obserwowało emocje, które wyrażali, zwłaszcza że kamera pracowała dość często na przybliżeniu twarzy. Pierwsza część "Więźnia labiryntu" miała swoją premierą w 2014 roku, więc dość ciekawym doświadczeniem jest też oglądanie w jaki sposób aktorzy zmienili się przez te cztery lata, zwłaszcza że niektórzy z nich wówczas ledwo weszli w trzecie dziesięciolecie swojego życia.

"Więzień labiryntu: Lek na śmierć"
Było też mnóstwo przewidywalnych i oczywistych momentów. Kiedy już widzicie, że bohaterowie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, to stanie się dokładnie to, co Wam pierwsze przyjdzie do głowy. Tak naprawdę zawsze z tych sytuacji jest tylko jedno wyjście, tak bowiem zostały skonstruowane. No dobrze, jest jeszcze jedno - śmierć wszystkich. Tutaj być może winić trzeba książkę, na podstawie której powstała ekranizacja, chociaż zarówno jej opisy jak i opinie wskazują raczej na sporą dawkę inwencji twórczej reżysera i scenarzystów. Z jednej strony człowiek może trochę ponarzekać na takie oczywistości, ale z drugiej same sceny oglądało się świetnie. Nie było zbyt dużej ilości CGI (a raczej nie było jej widać, nie rzucała się w oczy), a tam gdzie ewidentnie coś nie mogło powstać bez wspomagania komputerowego, było to zrobione w przyjemny dla oka sposób.

Można powiedzieć, że "Więzień labiryntu. Lek na śmierć" to film pełen sprzeczności. Z jednej strony ogląda się go doskonale i z przyjemnością. Można się wczuć w klimat oraz przeżywać wszystkie emocje bohaterów. Z drugiej strony napięcie zamiast rosnąć, to maleje, a im głębiej w las, tym drzewa jakieś takie coraz bardziej pokraczne. Mniej się to wszystko trzyma całości, pojawia się ogromna ilość oczywistych scen i banalnych rozwiązań. Zresztą zakończenie również nie powala - jest jednym z dwóch najbardziej spodziewanych rozwiązań, jakie sobie można wyobrazić. Z czego drugie z oczywistych względów nie wchodzi w grę. To nie ten typ filmu, w którym smutne zakończenie jest czymś, czego może oczekiwać widownia.

Łączna ocena: 6/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

wtorek, 4 maja 2021

Co pod pióro w maju 2021

Patrząc po moich wynikach z kwietnia oraz po tym, jak bardzo „trzymałem się” założonych planów, to chyba nie powinienem sobie robić kolejnych! Czwarty miesiąc tego roku nie był dla mnie zbyt łaskawy w sprawie czytelnictwa. Jakoś się nie mogłem zebrać w sobie, często sięgałem po coś zupełnie innego (jak choćby Instagram czy jakaś gierka mobilna), a w słuchawkach też skupiłem się nieco bardziej na podcastach (w każdym razie tak to odczuwam). Nie byłbym jednak sobą, gdybym jednak nie spróbował upchnąć do posta paru tytułów, które będą mi służyły jako pewnego rodzaju plan czytelniczy na właśnie rozpoczęty miesiąc! Co z tego wyjdzie? Nie mam pojęcia, zobaczymy!

Tak naprawdę dwie pozycje przechodzą z kwietnia na maj i mam nadzieję, że co najmniej jedną z nich WRESZCIE przeczytam. Odkładam ją tak już któryś raz z kolei (nawet nie chcę sprawdzać, który to już raz…) – „Dzielnica obiecana” jest przerzucanym ziemniakiem z jednego wora do drugiego i jakoś nie może trafić do sprzedaży. Teraz więc musi iść na pierwszy rzut, choćby nie wiem co! Do tego oczywiście będzie „Projekt Jednorożec”, czyli takie IT, ale z odrobiną fabuły, a dalej będę po prostu leciał po kolei – również uwzględniając kolejny tytuł z mojego małego postanowienia #5na2021. :)

Jak zawsze wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać! Tym razem również jak widzicie, zaplanowałem trzy sztuki – lepiej nie kusić losu, skoro tak kiepsko mi to szło ostatnio...

„Dzielnica obiecana” – Paweł Majka

Tak, ten tytuł przewija się tu już któryś raz z rzędu… Część Uniwersum Metro 2033, ale osadzona w Polsce! Apokalipsa nuklearna w Krakowie? To może być coś! Na razie miałem do czynienia jedynie z apokalipsą zombie w Warszawie…

„Projekt Jednorożec” – Gene Kim

Kontynuacja pewnej bardzo znanej w środowisku IT książki – „Projektu Feniks”. Sfabularyzowany model przekształcenia ledwie działającej firmy w taką, która jest zgodna z metodologią DevOps, jednak tym razem w jeszcze bardziej uwspółcześnionym wydaniu. Cóż, nie wiem, czy cokolwiek Wam będę o niej mówił – zobaczymy, jak bardzo będzie zjadliwa.

„Atlas chmur” – David Mitchell

Tak, ten „Atlas chmur”. Ten, na którego podstawie powstał film z Tomem Hanksem. Tytuł ten jest jedną z moich pięciu pozycji do nadrobienia w 2021 roku, w moim prywatnym wyzwaniu #5na2021. Ogłoszony jedną z najwspanialszych książek sklasyfikowanej jako literatura fantastyczna kiedykolwiek. 




AUDIOBOOKI

Oczywiście nie może w moich planach zabraknąć audiobooków! Są one już od prawie półtora roku nieodzowną częścią mojego życia. Gdy tylko mogę, to staram się ich słuchać na zmianę z podcastami – w końcu bieżąca wiedza w ten sposób najłatwiej się przyswaja. W każdym razie w moim przypadku tak jest. Poniżej więc możecie znaleźć tytuły, które prawdopodobnie będą lecieć w moich słuchawkach:

  1. „Wampir z Zagłębia” – Przemysław Semczuk
  2. „Netflix. To się nigdy nie uda” – Marc Randolph
  3. „Mitologia Słowian” – Aleksander Gieysztor
  4. „Policjantki. Kobiece oblicze polskich służb” – Marianna Fijewska