poniedziałek, 28 maja 2018

Z ekranu pod pióro #24 - "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie"


Źródło: Filmweb
Tytuł: Han Solo: Gwiezdne wojny - historie
Reżyseria: Ron Howard
Premiera: 2018
Gatunek: space opera, sci-fi

Wiele się mówiło o filmie opowiadającym historię Hana Solo na długo przed jego premierą. Pojawiały się głosy zarówno mówiące, że będzie to jeden z najgorszych filmów z tego uniwersum, jakie kiedykolwiek powstały. Inne głosy natomiast były niemalże przekonane, że będzie czymś w rodzaju brakującego ogniwa pomiędzy poszczególnymi trylogiami. Jeśli jakieś dzieło potrafi wywołać tak ambiwalentne uczucia jeszcze przed pojawianiem się na wielkim ekranie, to wiem już, że za nic w świecie nie dowiem się który obóz ma rację, jeśli sam nie obejrzę danej produkcji. A nawet jeśli nie dowiem się, która strona tego konfliktu "wie lepiej", to z pewnością będę się potrafił umiejscowić po konkretnej stronie barykady. Po obejrzeniu muszę stwierdzić, że jednak chyba pozostanę na przedpolu.

Kto by się spodziewał, że zwykły przemytnik odegra kluczową rolę w wydarzeniach, które mają wpływ na kształt całego wszechświata? Dlaczego awanturnik balansujący na granicy prawa podejmuje takie, a nie inne decyzje? Czym się kieruje, jakie przeżycia go do tego skłoniły? Han Solo nie od zawsze stał po stronie Rebelii. Choć wydaje się to być oczywiste, nie urodził się jako wielki bojownik o wolność i sprawiedliwość. Kim był za młodu i czemu nikt nie zadaje zbyt wielu niewygodnych pytań? Cała prawda o Hanie Solo jest jednocześnie prosta i niezwykle skomplikowana. Zaczyna się od słów "dawno, dawno temu w odległej galaktyce"...

Film wywoływał ambiwalentne uczucia na długo przed premierą, dzieląc niejako społeczność fanów Star Wars na dwa główne obozy: tych, którzy uważali, że będzie to gniot oraz tych, którzy spodziewali się spektakularnego sukcesu. Zazwyczaj kiedy widzę takie "starcia" jestem niemalże pewny, że po seansie opowiem się po konkretnej stronie barykady. W przypadku "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" jest jednak inaczej. Nie mogę powiedzieć, że był to majstersztyk, ale grzechem byłoby również stwierdzenie, że jest to dno i dwa metry mułu. Osobiście odbieram go jako po prostu ciekawy, choć niezbyt porywający przerywnik pomiędzy poszczególnymi częściami. Może się podobać, jednak niekoniecznie będziecie nim zachwyceni.

Na ogromny plus zasługuje na pewno sama historia Hana Solo, przedstawiona od jego lat na Korelii, aż po ostateczne rozpoczęcie przygody przemytnika z Chewiem u boku. Tak naprawdę jest to jedynie wycinek jego życia, bezpośrednio poprzedzający jego czysto awanturnicze życie, jednak bez pokazania jego "solowych" (he-he) występów. Całość skupia się wokół najważniejszych z punktów widza wydarzeń, takich jak poznanie Chewbakki czy zdobycie Falcona Millenium. Co więcej, cała historia jest dość sensownie przedstawiona i nawet jeśli ma jakieś nieścisłości w stosunku do ogólnie przyjętej wiedzy, to na pierwszy rzut oka nie widać żadnych potknięć. Można powiedzieć, że ten wycinek paru lat z życia Hana Solo to kwintesencja tego, co wiemy na jego temat z dotychczasowych filmów.

"Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" nie jest jednak dziełem, które potrafiłoby przyciągnąć do ekranu jak magnes. Brakuje mu pewnego polotu, za to występuje duże natężenie efektów specjalnych. Część opisanych wydarzeń wręcz krzyczy "powstaliśmy dla CGI", natomiast od niektórych z nich wręcz wieje nudą. Ogólnie rzecz biorąc film ogląda się dobrze, jednak nie ma ani dreszczyka emocji, który towarzyszy nawet tak znienawidzonej przez wielu fanów Trylogii Prequeli. Wszystko jest takie… techniczne dobre. Człowiek ogląda, widzi, że mu się to podoba, ale nie może znaleźć żadnych punktów, za które dałby więcej punktów w konkursie wspaniałych scen. Nawet nie jestem do końca w stanie wyrazić tego słowami, ponieważ zarówno zdjęcia, muzyka, jak gra aktorska są po prostu "w porządku". 

Gry aktorskiej również nie można nazwać oskarową. Zarówno Alden Ehrenreich jak i Emilia Clarke zagrali swoje role poprawnie, można rzec - na rzemieślniczy sposób. Dokładnie, sprawnie, jednak nie widać było niczego, co mogłoby wybić się wśród innych filmów. Trochę to dziwne, bowiem najnowsze produkcje Star Wars charakteryzują się dość skrajnymi uczuciami, jakie wywołują zarówno sami aktorzy, jak i ich gra. Wystarczy przypomnieć sobie kontrowersje wokół postaci Kylo Rena oraz szum wokół samego aktora odgrywającego tę rolę - Adama Drivera. Oscar Isaac wynoszony jest wręcz pod niebiosa za to, jak odgrywa Poe Damerona. Nawet Daisy Ridley wywołuje pewne emocje, w tym przypadku - podobnie jak u Adam Drivera - dość skrajne. Wśród aktorów tworzących historię Hana Solo nie zauważyłem nikogo wybijającego się w żaden sposób.

Dla fanów serii "Han Solo: Gwiezdne wojny - historie" może być rozczarowaniem, ale również po prostu okazją do lepszego poznania tytułowego bohatera. Zapewne osoby, które są doskonale zaznajomione z całym uniwersum nie będą zachwycone żadnymi ciekawostkami, czy smaczkami, jednak dla przeciętnego fana film ten może stanowić miły przerywnik. Na tym jednak poprzestańmy - na miłej przerwie od budowania napięcia, tworzenia nowej-starej historii i kina budzącego mnóstwo skrajnych uczuć. Po prostu zasiądźmy do spokojnego, niewiele wnoszącego, choć miłego dla oka filmu, który pokrótce opowie co działo się "dawno, dawno temu w odległej galaktyce".

Łączna ocena: 6/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza