Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychoskok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychoskok. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2019

„Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” – Anka Mrówczyńska

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Anka Mrówczyńska
Tytuł: Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 368
Data wydania: 25 czerwca 2019


Nieczęsto sięgam po książki autobiograficzne – ani te, które są rzeczywiście autobiografią w pełnym tego słowa znaczeniu, jak i nieco sfabularyzowane tytuły. Temat chorób psychicznych jest jednak na tyle marginalizowany, że naturalnie mnie do niego ciągnie. Jestem osobą, która ciekawa jest nieznanego, a zwłaszcza tego, co uważane jest w pewnym sensie za temat tabu. W Polsce dość często schorzenia psychiczne kojarzą się głównie z „wariatami”, „psychiatrykiem” (co zostało ładnie wypunktowane w tytule przez autorkę) i ogólnie innymi określeniami o pejoratywnym znaczeniu. W „Młodym bogu z pętlą na szyi” mamy do czynienia z osobowością borderline i dziennikiem prowadzonym przez osobę cierpiącą na te zaburzenie, a więc teoretycznie jest to najlepsze źródło wiedzy o tym, z czym człowiek musi walczyć na co dzień. Bardzo dobrym dziennikiem.

Huśtawki nastrojów potrafią się trafić każdemu, bez względu na płeć czy wiek. Takie huśtawki, jakie występują w przypadku osobowości chwiejnej emocjonalnie typu borderline są kompletnie nieporównywalne z tym, co czasem przeżywa statystyczny człowiek. Anka Mrówczyńska na swoim własnym przykładzie pokazuje jaki koktajl emocji potrafi skupić się wewnątrz jednej osoby i w jaki sposób oddziaływać na otoczenie. Czas leczenia w szpitalu psychiatrycznym opisany w formie dziennika to niecodzienna możliwość dotknięcia problemów z emocjami, autoagresją, myślami samobójczymi, totalna niestabilnością oraz zobojętnieniem, o którym większość ludzi nie ma pojęcia i nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Książka utrzymana jest w formie dziennika, w którym Anka Mrówczyńska, autorka, opisuje swoje przeżycia związane z jej walką o wyjście na prostą. Wszystko zaczyna się tuż przed podjęciem przez nią decyzji o leczeniu, a w książce możemy śledzić nie tylko jej drogę wiodącą przez gabinety oraz oddziały szpitalne, ale również przez to, co działo się w jej głowie w trakcie wszystkich tych epizodów. Nie mam pojęcia (i zapewne się nie dowiem) jak bardzo przeżycia te zostały zredagowane na potrzeby ich publikacji, a na ile jest to rzeczywiście „surówka”, którą autorka przeżywała, ale i tak robi to wrażenie. Zwłaszcza w momentach tej niestabilności i chwiejności nastroju, które nie tylko doprowadzają samą autorkę do pewnego rodzaju szału, ale również jej otoczenie, które w tym przypadku skupia się głównie na jej narzeczonym.

„Boję się, że się zabiję. Tydzień temu próbowałam. W piątek planowałam. Wczoraj znów próbowałam. Chcę umrzeć. Nie chce umierać. Boję się, że się zabiję proszę pana”.

Świetne jest przedstawienie różnicy w tym, co Anka Mrówczyńska mówiła osobom, z którymi rozmawiała (głównie lekarzom, psychologom i pielęgniarkom/pielęgniarzom), a tym, co rzeczywiście działo się w jej głowie. Myśli bardzo często były zupełnie inne i potrafiły się zmieniać na bieżąco w niesamowicie szybkim tempie. W jednej sekundzie nastrój podsuwa taki pomysł, natomiast w drugiej zupełnie inny. To wręcz niewyobrażalne jak decyzje mogą się zmieniać i wykluczają się wręcz wzajemnie. Trudno nad tym nadążyć nawet czytając te opisy, więc nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak można z taką gonitwą sprzecznych ze sobą myśli można żyć na co dzień i funkcjonować. Nic dziwnego, że zachowanie osób z osobowością chwiejną emocjonalnie typu borderline, jak i innych osób z podobnymi problemami może być odbierane przez otoczenie jako kompletnie nieznośne. Jednak jak widać samodzielnie niewiele można z tym zrobić, co udowadnia Anka Mrówczyńska w opisach swoich przeżyć.

Mimo całego tego chaosu, który dzieje się w głowie autorki, cała historia jest spójna i sensownie napisana. Wśród gatunków muzyki metalowej możemy znaleźć wielu artystów, którzy cierpieli na różne schorzenia związane z psychiką (np. Mikael Nilsson, znany jako Nattramn), którzy tworzyli muzykę bardzo… specyficzną. Często niemożliwą do słuchania. Również utwory bazujące na nagraniach ze szpitali psychiatrycznych (jak np. albumy grupy Stalaggh) ociekają chaosem i przyprawiają o ciarki oraz doprowadzają do stanów depresyjnych. Anka Mrówczyńska jednak napisała książkę o swoich przejściach, będąc po tych przejściach, ale tekst jest jasny, klarowny, przekazuje dokładnie to, co ma przekazywać bez zbędnych dodatków. Można powiedzieć, że „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” jest napisany o wiele lepiej niż mnóstwo współczesnych książek, które możemy znaleźć choćby na półce z napisem „beletrystyka”.

„Kusi mnie podcięcie żył. Tak naprawdę tego jeszcze nie próbowałam. Wieszałam się cztery razy. Ten ból już dobrze znam. Czas spróbować czegoś nowego”.

To, co rzuca się w oczy podczas lektury, to ogromne zagęszczenie parafrazowania wypowiedzi autorki przez pielęgniarki oraz lekarki pracujące na oddziale. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, czy to te dialogi są takie drętwe i schematyczne, czy po prostu pracownicy szpitali psychiatrycznych bardzo mocno korzystają z technik aktywnego słuchania, takich jak właśnie parafrazowanie. Zwłaszcza, że widać było też inne, charakterystyczne dla osób zaznajomionych ze sposobami komunikacji zabiegi (jednak nieco mniej inwazyjne dla czytelnika). Biorąc pod uwagę fakt, że mówimy cały czas o wykwalifikowanym personelu szpitala psychiatrycznego oraz o autorce, która starała się wiernie odwzorować swoje przeżycia, to osobiście obstawiałbym techniki aktywnego słuchania. Szkoda tylko, że to, co w rozmowie werbalnej brzmi świetnie, na piśmie jest nieco denerwujące.

Tak czy owak „Młody bóg z pętlą na szyi. Psychiatryk” to książka, którą zdecydowanie można polecić. Reklamowana jest jako idealna pozycja dla studentów psychiatrii, psychologii, jak również lekarzy i klinicystów, ale nie oznacza to, że nie jest do przetrawienia dla przeciętnego człowieka – wręcz przeciwnie! Wcale się nie dziwię tym poleceniom, bo Anka Mrówczyńska naprawdę ujęła swoje przeżycia w bardzo zgrabne opakowanie. Dla mnie, jako totalnego laika, który nie miał nigdy styczności z nikim z zaburzeniami osobowości (a w każdym razie nie mam o tym pojęcia, nawet jeśli miałem), ta książka to ogromna wartość. Pokazuje co się może dziać w środku takiej osoby i jak bardzo irracjonalne i jednocześnie niemożliwe do pokonania tornada emocji potrafią się utworzyć. Być może kiedyś w życiu ta wiedza się przyda, bo to ta wiedza, którą warto przyswoić.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Młody bóg z pętlą na szyi”
Psychiatryk | Terapia u Doktorka | Samobójstwo na raty


wtorek, 6 listopada 2018

„S.N.U.F.F.” – Wiktor Pielewin

„S.N.U.F.F.” – Wiktor Pielewin
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Wiktor Pielewin
Tytuł: S.N.U.F.F.
Wydawnictwo: Psychoskok
Tłumaczenie: Aleksander Janowski
Stron: 438
Data wydania: 3 października 2018



Proza Wiktora Pielewina nie należy do najprostszych w odbiorze – tak rzeczą opinie. Po moim ostatnim spotkaniu z twórczością tego autora, zgadzam się w stu procentach. „Miłość do trzech Zuckerbrinów” było wymagającym tytułem, ale jednocześnie bardzo treściwym i zmuszającym do myślenia. Pomimo tego, że wśród książek, które czytam, dominuje fantastyka oraz kryminał, to jednak lubię przeczytać również coś ambitnego, co poruszy moje szare komórki do czegoś więcej niż czerpania prostej przyjemności. Liczyłem więc na to, że „S.N.U.F.F.” mi to zapewni, i to na dodatek w postaci powieści, którą można w pewnym sensie pożenić z tym, co czytam na co dzień. Nie przeliczyłem się, chociaż z tym pożenieniem to bym chyba jednak nie szarżował.

Od lat ludzie toczą wojnę z Orkami – tak im bliskimi, a tak dalekimi. Technicznie rozwinięte Bizancjum (lub Big Biz, jak kto woli) unosi się dumnie nad Urkainą, którą zamieszkują Orkowie. Już ponad dwieście wojen zostało zorganizowanych z niesamowitą precyzją, a we wszystkich udział brali podniebni piloci z kamerami, nagrywający snuffy, czyli krótkie filmiki, którymi karmią się masy. Bogaci, wspaniali, niesamowici, elita z elit. Tną powietrze równie ostro jak Orków. Na wszystko spogląda Manitu, który – mimo różnic między rasami – wyznawany jest przez obie strony konfliktu, to zsyła wojnę jako karę i pokój jako nagrodę.

„Z mężczyznami to nie wygląda tak okropnie. W końcu rodzaj męski jest i tak dostatecznie brzydki sam z siebie – za całe piękno wystarcza mu, jak to się mówi, testosteron i portfel”.

Twórczość Wiktora Pielewina zdecydowanie nie jest prosta. Warto o czym przypominać dość często, aby przypadkiem nie wziął się za nią czytelnik, który chce tylko prostej rozrywki. Nie otrzyma jej. „S.N.U.F.F.” to miejsce pełne analogii, porównań, metafor i aluzji. Najlepiej to widać w przypisach tłumacza, Aleksandra Janowskiego (który swoją drogą wykonał naprawdę tytaniczną pracę, chapeau bas), które zawierają krótkie ale treściwe wyjaśnienie niektórych z nawiązań autora do wydarzeń lub osób ze świata współczesnego lub historii. Cały świat stworzony przez Wiktora Pielewina to nic innego jak bardzo pokrzywiona karykatura współczesnego świata, która zawiera mnóstwo prześmiewczych porównań oraz zhiberbolizowanych stereotypów.

Całość rozpatrywana jest z dwóch perspektyw – jednego z asów Bizancjum, przedstawiciela Big Biza, który zdecydowanie należy do czegoś w rodzaju klasy wyższej. Jest pilotem kamery kręcącej snuffy (można to uznać za odpowiednik virala lub po prostu krótkiego filmu wrzucanego na portale społecznościowe), uznawane w świecie stworzonym przez Pielewina za coś w rodzaju świętego odłamka. Zarówno same snuffy, jak i cała technologiczno-duchowa otoczka stworzona wokół nich to ponownie jeden wielki zlepek analogii i metafor. Większość z nich pełna jest absurdu tak groteskowego, że czasem aż ciężko jest odebrać go na poważnie. Można powiedzieć, że podczas lektury „S.N.U.F.F” człowiek zaczyna się zastanawiać nad poprawnymi definicjami słów „satyra” oraz „groteska” oraz w jaki sposób umiejscowić tę powieść na diagramie zawierającym oba te słowa.

„Dlatego jeżeli w kinie jakiś naród stale ukazywano jako morderców i zboczeńców, to w rzeczywistości stawało się to wiadomościami, mimo że oficjalnie nadal było filmem”.

Druga perspektywa to świat widziany oczami Ukra (Orka) o imieniu Grym, który bierze udział w jednej (kolejnej) z wojen między ludźmi z Big Biza a mieszkańcami Urkainy (Urkaganatu). Pod względem zagęszczenia metaforami i alegoriami ta część nie ustępuje w niczym wcześniej wspomnianej „ludzkiej”, chociaż widać tutaj zdecydowanie inny styl pisania. Bardziej… normalny, stonowany, prosty. Autor ukazuje proste życie mieszkańców Urkainy, ich historię oraz powody wciąż postępującego zacofania technologicznego. Do granic absurdu również doprowadza stopień duchowości oraz stosunek zagęszczenia zabobonów w odniesieniu do wspomnianego upadku technologicznego. Ciężko jednak nie zauważyć jawnego szyderstwa Wiktora Pielewina zarówno ze strachu przed nowymi technologiami, jak i z apoteozy niskich lotów rozrywki przez nie zapewnianej. 

„S.N.U.F.F.” może zostać uznany przez wiele osób za zwyczajną grafomanię, pełną niezrozumiałych neologizmów, będącą przerostem formy nad treścią. W pozytywnym odbiorze nie pomaga dość swobodne podejście autora nie tylko do wykorzystanego słownictwa, ale również do tematów poruszanym na łamach książki. Luźne nawiązania do seksu oraz przeróżnych fetyszy mogą stanowić dla wielu osób barierę nie do przebrnięcia. Można się jednak równie mocno zachwycać przekazem oraz jego formą, jak również bogactwem poruszonych wątków. Można także – jak na przykład ja – dojrzeć w tej książce mnóstwo prawdy, dostrzec pewnego rodzaju geniusz Wiktora Pielewina i jednocześnie uważać całość za nieco zbyt skomplikowaną, choć wciąż bardzo dobrą. Innymi słowy – ile osób, tyle będzie opinii o „S.N.U.F.F.”, i to niekoniecznie samych pozytywnych.

„– Historia ludzkości – przerwał mu człowiek – jest historią masowej dezinformacji”.

Ciężko jednoznacznie ocenić ten utwór, zwłaszcza jeśli chciałoby się zachować jakikolwiek obiektywizm. Ciężko również przekonywać do sięgnięcia po tę książkę, lub do porzucenia tego pomysłu. Łatwo jest natomiast ostrzec przed trudną formą i zachęcić do samodzielnego sprawdzenia. Jeśli tylko zdołacie przebrnąć przez wybitnie trudny tekst, który jest jedną, wielką metaforą, i dojrzycie choćby nawet to pierwsze dno, które Wiktor Pielewin próbuje jakoś załatać i uwydatnić jego problemy, to wówczas „S.N.U.F.F.” jest dla Was. Jednak jeśli wiecie doskonale, że zbyt duże zagęszczenie wielopoziomowych porównań to coś, przez co nie dacie rady przebrnąć, to zapewne macie rację. Choć być może będziecie żałować. :)

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


niedziela, 8 lipca 2018

„Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków” - Urszula Szczęch

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Urszula Szczęch
Tytuł: Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 130
Data wydania: 21 maja 2018


Czasem czuję wręcz wewnętrzną potrzebę sięgnięcia po coś cięższego, a przede wszystkim niebędącego czystą fikcją. Być może powiedzenie, że tematyka seryjnych morderców jest mi bliska byłoby zbyt dużym nadużyciem, jednak jeśli tylko trafię na artykuł lub inną publikację na ich temat, to z ogromnym zainteresowaniem do niej siadam. Ciekawi mnie w jaki sposób pracują umysły zarówno socjopatów, jak i psychopatów oraz jak daleko potrafi się posunąć człowiek w próbie tworzenia sztuki z zabijania (jakkolwiek chore by to nie było stwierdzenie). Urszula Szczęch napisała książkę, która jest czymś więcej niż tylko kolejnym zbiorem historii o sławnych seryjnych mordercach, więc bez długiego zastanawiania się wziąłem się za lekturę. Niestety spodziewałem się czegoś innego, chociaż nie mogę powiedzieć, że było bardzo źle.

Kim są seryjni mordercy? Czym się różnią od przeciętnego człowieka? Jaki jest wspólny mianownik wszystkich, którzy dopuszczają się tak ohydnego czynu, jak wielokrotne odbieranie życia innym ludziom. Czy da się zmienić ich sposób myślenia? Czy należy ich jak najszybciej usunąć ze społeczeństwa? Jak wyglądało życie znanych, seryjnych morderców i co wpłynęło na to, że zabijali? Na to oraz wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć książka “Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków”. Podróż przez przyczyny i skutki morderstw dokonywanych z zimną krwią oraz często sprawiających niewysłowioną przyjemność ich sprawcom.

Książka dzieli się na trzy główne części, które starają się pokazać przyczyny, przez które człowiek “staje się” seryjnym mordercą, sposoby radzenia sobie z przestępcami dopuszczającymi się wielokrotnych morderstw oraz ukazują seryjnych morderców w świetle polskiego prawa. Od samego początku, czyli od psychopatologii seryjnych morderców mamy dużo mięsa. Potencjalne przyczyny, szalona przejażdżka po wpływach środowiskowych oraz biologiczno-chemicznych, dotyczących procesów zachodzących w ludzkim mózgu. Autorka przedstawia możliwości, które stać mogą za zmianami w osobowości, takimi jak urazy poszczególnych części mózgu. Pokazane są również historie znanych seryjnych morderców wraz z przybliżeniem ich dzieciństwa, które również mogło mieć wpływ na to, kim się stali.

Jedynym problemem w tej całej plejadzie przykładów, teorii i zwrotów w stylu “badania dowodzą” jest to, że… brakuje źródeł. Oczywiście czasem Urszula Szczęch bazuje na jakiejś książce, jednak w porównaniu z publikacjami nawet popularno-naukowymi, które miałem okazję w życiu czytać, to tutaj źródeł w ogóle nie ma. Co najgorsze, nie ma ich w przypadkach, w których autorka powołuje się na badania, które rzekomo czegoś dowodzą lub coś sugerują. Niestety nie wiadomo jakie to badania, musimy uwierzyć na słowo. Ale jeszcze gorsze jest podawanie źródeł w przypisach, które są wątpliwej jakości źródłami internetowymi, takimi jak jakiś dokument umieszczony w serwisie Chomikuj.pl czy nieistniejące już blogi umieszczane na darmowych platformach portali typu WP.pl. Na dodatek sugerując się datą ostatniego udanego, sprawdzonego dostępu, są to źródła z lat 2011 czy 2012 (sic!) - ciężko to nazwać wiarygodnymi źródłami i rzetelnym przygotowaniem się do tworzenia książki.

Książka sama w sobie jest dość nierówna. Nie chodzi tutaj o poszczególne części tematyczne, ale wręcz o każdy możliwy rozdział i akapit. Jest naprawdę sporo momentów, w których aż chce się czytać, gdzie autorka pokazuje konkrety i przedstawia fakty. Pojawiają się również fragmenty wywiadów z seryjnymi mordercami, z których można wynieść naprawdę wiele. Pada dużo nazwisk, zarówno polskich, jak i zagranicznych - postaci mniej lub bardziej znanych, którzy wsławili się niechlubnymi zbrodniami. Jest jednak również mnóstwo fragmentów, w których Urszula Szczęch całkowicie i jawnie chowa obiektywizm gdzieś w odmęty jakiegoś schowka i bezpośrednio wyraża swoje poglądy. Bez względu na to, jakie by nie były, wydźwięk większej części “Seryjnych morderców” obiecuje podejście na tyle rzetelne i bezstronne, na ile to możliwe. Fragmenty totalnej prywatny mocno więc kontrastują z całokształtem utworu.

Niezbyt zachęcające (czy nawet zbędne) są fragmenty dotyczące sytuacji seryjnych morderców w polskim prawodawstwie karnym. Liczyłem na prostą, ale ciekawą analizę, która pokaże czy to podstawowe zagadnienia, czy też jakieś niuanse dotyczące wielokrotnych zbrodni na życiu ludzkim, ale otrzymałem głównie paragrafową papkę napisaną czysto prawniczym, kompletnie niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka językiem. Artykuł za artykułem, paragraf za paragrafem - przepisy leciały wręcz jak z rękawa, bez praktycznie żadnego omówienia (oprócz tego czysto prawniczego). Pojawiły się chwile wytchnienia, które jednak szybko minęły, zastąpione przez kolejną serię z prawniczego karabinu. Niestety końcówka jest zdecydowanie najsłabszą stroną książki, bowiem czytelnik może nie zrozumieć zbyt wielu rzeczy. Ewentualnie musi usiąść i rozszyfrować prawniczy język na proste i zrozumiałe zdania.

“Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków” potrafi wywoływać ambiwalentne uczucia. Rzeczowe informacje przeplatane są prywatnymi poglądami, a do tego wiele razy jako źródła pojawiają się nieistniejące już, nieznane, prywatne blogi sprzed nawet siedmiu lat czy dokumenty na Chomikuj.pl. Czasem chłonie się książkę jak gąbka, a czasem ma się wrażenie bycia głazem po wodospadem. Wszystko po prostu spływa a biedny głaz by chciał jak najszybciej wytoczyć się spod strug wody. Ciężko jest mi wydać jednoznaczną ocenę, gdyż dla osób, które nie znają historii seryjnych morderców i nie wiedzą do czego potrafi być zdolny człowiek, to ta pozycja może być ciekawym wstępem do dalszego zgłębiania tematu. Chociaż - jak słusznie zauważyła autorka - mamy (jako ludzkość) zdecydowanie zbyt duży pociąg do zwyrodnialców odbierających życie innym ludziom.

Łączna ocena: 5/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


piątek, 6 kwietnia 2018

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" - Karolina Kozioł

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" - Karolina Kozioł
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Karolina Kozioł
Tytuł: Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 102
Data wydania: 28 marca 2018


Literatura faktu gości w mojej biblioteczce zdecydowanie zbyt rzadko. Jest wiele tematów, które warto poznać - zwłaszcza od osób, które spotkały się z nimi w sposób bezpośredni. A dokładnie tymi słowa można opisać Karolinę Kozioł - młodą, bo zaledwie 23-letnią kobietę, która postanowiła spełnić swoje marzenie i przy okazji pokazać światu prawdziwe oblicze sytuacji irańskich kobiet. I jeśli sądzicie, że w książce spotkacie się jedynie z negatywnymi stronami bycia kobietą w Islamskiej Republice Iranu, to jesteście w błędzie.

Iran - kraj otulony od północy Morzem Kaspijskim, a od południa dwiema zatokami - Zatoką Perską oraz Zatoką Omańską. Nie bez powodu w pełnej nazwie posiada słowo "Islamska". Oficjalnym ustrojem jest republika islamska, która wiele swoich praw opiera na Koranie. Jednocześnie Iran jest jednym z najbardziej zmodernizowanych pod względem praw państw Bliskiego Wschodu, co pragnie pokazać Karolina Kozioł. Jednocześnie jednak rola kobiety w społeczeństwie wciąż jest nie taka, jaką znamy z krajów europejskich. Iran więc jawi się jako kraj skrajności, który można jednocześnie podziwiać i mieć do jego praw wiele zastrzeżeń.

Książka Karoliny Kozioł to przede wszystkim przekrój przez historię Iranu ze szczególnym uwzględnieniem praw kobiet. Autorka przedstawia głównie wiek XX i zmiany jakie następowały w społeczeństwie w zależności od tego, kto akurat zasiadał przy władzy. Tak po prawdzie na stu stronach książki głównie dowiemy się jak kształtowały się prawa kobiet zarówno od strony prawnej, jak i czysto społecznej. Oczywiście to, co obecnie można obserwować w Iranie, jest wypadkową wydarzeń i zmian na przestrzeni lat, i - zgodnie ze słowami samej autorki - zmiany te ciągle postępują.

"Świat nigdy nie znalazł dobrej definicji dla słowa »wolność«."

"Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" w pewnym sensie przełamuje wiele stereotypów dotyczących tego, w jaki sposób w Islamskiej Republice Iranu traktowane są kobiety. Zgodnie z wiedzą przeciętnego zjadacza chleba, płeć żeńska nie ma tam łatwego życia. Książka Karoliny Kozioł pokazuje jednak nowe fakty, które zebrała podczas rozmów z kilkoma kobietami w trakcie swojej wizyty w Iranie. Okazuje się, że jest to państwo pełne sprzeczności, gdzie z jednej strony jest prawie niemożliwe, żeby kobieta uzyskała rozwód, a z drugiej kobieta prowadząca własną działalność gospodarczą jest czymś oczywistym i normalnym.

Większa część książki to wspomniane już przeze mnie informacje czysto "historyczne". Budują one pewne fundamenty dla dalszej części opowieści, czyli samych rozmów z przedstawicielkami płci pięknej. Można jednak odnieść wrażenie, że wrażeń z wywiadów jest nieco za mało. Ponad to podczas przytaczania tego, co mówiły rozmówczynie autorki, pojawia się dużo emocji ze strony autorki, które zdecydowanie zmieniają wydźwięk książki na o wiele bardziej subiektywny. Czasem trzeba niestety postarać się usunąć sprzed oczu emocje, aby spojrzeć chłodnym wzrokiem na to, co właśnie przyswoiliśmy. Zdecydowanie bardziej wartościowe są więc fragmenty opisujące samą historię i przemiany, niż krótkie chwile z rozmówczyniami Karoliny Kozioł.

"Żadna rzecz nie da ci tyle wolności, co pasja. To szczęście, które dostajesz zupełnie za darmo. Życie oferuje nam ogromne możliwości, miej oczy szeroko otwarte i podążaj za pasją..."

Trzeba jednak oddać autorce, że bez względu na to, jak spoglądamy na poszczególne części książki, to patrzymy na nie z przyjemnością. Czyta się ją bowiem szybko, bez żadnych problemów związanych ze stylem czy jakimikolwiek potknięciami językowymi. Karolina Kozioł wykorzystała narrację pierwszoosobową wymieszaną z bardzo lekkim przedstawianiem faktów - nie w sposób encyklopedyczny, tylko o wiele bardziej przystępny. Książkę można więc pochłonąć w dosłownie kilka chwil, a każda z nich będzie dobrze spędzoną chwilą. W końcu dowiadujemy się wielu zupełnie nowych rzeczy dotyczących życia kobiet w jednym z krajów islamskich. A skoro informacje podane są lekko, to tylko dodatkowy powód, żeby po nie sięgnąć.

Przyznam szczerze, że sięgając po tę pozycję bałem się trochę zaszywania propagandy - czy to w jedną, czy drugą stronę. Spodziewałem się albo nastawienia na narracje pod tytułem "jak to kobiety tam mają tragicznie, to urąga godności człowieka" lub wręcz w drugą stronę - "tak naprawdę to kobiety tam mają świetnie i o co ten cały szum". Wydaje się jednak, że autorka - czy to świadomie czy nie - wykorzystała popularność tego tematu jedynie po to, aby zwyczajnie rzeczywiście spełnić swoje marzenie i przedstawić prawdziwe realia. Zwłaszcza, że na kartkach książki znajdziemy również nastawienie zwykłych, szarych obywateli Iranu do USA, wraz z ich opiniami o rządowej propagandzie.

Z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę każdemu zainteresowanemu sytuacją kobiet na tle praw naturalnych oraz praw stanowionych. "Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" świetnie obrazuje nie tylko to, z jakim traktowaniem spotyka się w Islamskiej Republice Iranu płeć piękna, ale również dlaczego obecna sytuacja jest taka, a nie inna. Napisana lekkim piórem, przyjemna, ze sporą ilością danych oraz przede wszystkim pasją. Sam bym z wielką chęcią obejrzał materiał filmowy, który powstał podczas rozmów z irańskimi kobietami. Byłoby to z pewnością świetne uzupełnienie tego, co zostało zawarte w książce.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


poniedziałek, 12 lutego 2018

"Zakon Achawy" - Robert P.

"Zakon Achawy" - Robert P.
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Robert P.
Tytuł: Zakon Achawy
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 220
Data wydania: 29 stycznia 2018


Powieści fantasy chyba nigdy mi się nie znudzą. Towarzyszą mi odkąd pamiętam - pojawiały się jeszcze w czasach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, trwając przy mnie niezmiennie przez liceum, okres studiów i dorosłe życie aż do teraz. Mimo, że widziałem już mnóstwo różnych motywów przeplecionych nieskończoną wręcz liczbą możliwych kombinacji wydarzeń, to cały czas czerpię radość z niemalże każdej kolejnej książki. Cieszę się również z każdej polskiej pozycji, napisanej przez Polaka - albowiem wiem, że nie nie tylko zagraniczni autorzy potrafią pisać niesamowite historie. Niestety tym razem bardzo się zawiodłem - można bowiem wskazać więcej wad tej książki, niż liczy ona stron.

Achawici są w stanie niemalże ciągłej wojny z demonami, wampirami oraz innymi stworzeniami nocy, które zagrażają nie tylko im, ale i całemu światu. Nikt nie ma pojęcia jaki będzie wynik tej trwającej już zbyt długo wojny. Eowici dzielnie wspierają siły zakonu, jednak walka wciąż trwa. Magia, siła oraz spryt ścierają się ze sobą raz za razem, tworząc niekończącą się spiralę śmierci, łez i cierpienia.

Zastanawiam się czy autor absolutnie zakazał redagowania swojej książki lub stwierdził, że przecież nie jest mu to potrzebne. Nie jest to pierwsza książka Wydawnictwa Psychoskok, którą miałem okazję czytać i akurat na kwestię redakcji oraz korekty narzekać nigdy nie mogłem. Zawsze język stał na wystarczająco wysokim poziomie, żeby można było spokojnie książkę czytać. Tutaj nie. Treść wygląda tak, jakby autor po prostu przelał swoje myśli na kartkę, sam ich nawet nie przeczytał i od razu dał do druku. Wyszło po prostu TRAGICZNIE. Próba przedarcia się przez kolejne słowa to dosłownie męka sama w sobie. Błędy stylistyczne, błędy ortograficzne, błędy interpunkcyjne - jeśli jeszcze nie wynaleziono jakiegoś rodzaju błędu, to na pewno występuje on w "Zakonie Achawy".

Już dawno temu określone zostały zasady pisowni dialogów. Zarówno przejścia pomiędzy kolejnymi kwestiami, jak i sposoby wtrącania w nie opisów. Stworzono je po to, aby czytelnikowi łatwiej było odnaleźć się w dialogach i żeby mógł jednoznacznie stwierdzić, kto się akurat wypowiada. Robert P. jednak uznał chyba, że nie jest to wcale potrzebne. Dlatego też rozpoczynając jakąś kwestię ciągnął ją ciurkiem razem z całą resztą otoczki wokół dialogów. Jedna półpauza na początku akapitu, a po niej wszystko - wypowiedzi kilku osób niczym nie oddzielone od siebie, przemyślenia bohaterów (również niczym nie oddzielone od siebie), zmiany postaci, które się wypowiadają.

"- Nie wierzę, taki zaszczyt nas spotkał. Zefirze, zostałeś wybrany przez Zakon Achawy. Nie wierzę... - dodała i usiadła w fotelu. Zefir z motylem na ramieniu stał jak słup soli. Mamo, a co to jest właściwie Zakon Achawy? W tej samej chwili wjechał na podwórze Azam ze zwiniętymi w rulon skórami Amaszy, z nieukrywaną dumą ze swego zwycięstwa."

Tego typu "kfiatki" zdarzają się co chwilę, więc nawet jak człowiek by próbował znaleźć wartość w wydarzeniach opisywanych przez autora, to nie może tego zrobić. Zbyt długo zastanawia się nad tym, co właściwie czyta. Kto powiedział jaką frazę, gdzie się pojawiło wtrącenie, a kiedy nastąpiła zmiana rozmówcy. Czasem ponowne przeczytania danego fragmentu pomaga. Czasem jednak trzeba się trochę wysilić, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Takie kilkukrotne pauzy w obrębie jednej strony zdecydowanie zniechęcają i wywołują jedynie irytację. To powinna wychwycić redakcja, więc jest to kolejny dowód na to, że redakcji w ogóle nie było.

Wcale w lekturze nie pomagają też przypisy wrzucone w sam środek akapitów. Robert P. próbował nimi wyjaśnić czym są przedmioty, o których wspomina, a wyszło tak nienaturalnie, że aż robiło się trochę żenująco. Po prostu przy nazwie konkretnego artefaktu autor wrzucał słowa "jest to" i wyjaśniał. Po prostu. Jak w encyklopedii. Podobnie było w przypadku informowania o stanie wiedzy bohaterów. Postać podczas swojej kwestii zaczyna wyjaśniać, że wie to wszystko z takiej i takiej książki, która opowiada o tym i o tym i poleca bardzo przeczytanie. Jak jakiś początkujący marketingowiec, który niezbyt nadaje się do tej pracy.

"- Z radością przyjdziemy z żoną na wieczerzę, a teraz zabieram się do roboty - odrzekł Azam, chwytając Włócznię Wiatru. Jest to włócznia, stworzona przez dziada Azama. Ma magiczną właściwość - podczas rzutu w cel nigdy nie chybia i mknie z prędkością wiatru). Tak uzbrojony zajrzał do Zefira."

Nie, nie zrobiłem tam sam błędu wstawiając nawias okrągły. A dokładniej jedną z jego połówek - bo nie został on w tym fragmencie nigdy otwarty. Redakcja, korekta - do znudzenia można wyliczać takie błędy. Sam cytat jest jednym z bardziej naturalnych przykładów objaśnienia czym jest wspomniany przedmiot. Naprawdę - tutaj prawie nie czuć tej formy przypisu, który lepiej wyglądałby gdzieś na samym dole strony, a do książki fantastycznej to już w ogóle pasuje jak pięść do nosa.

Autor ma również dość liberalne podejście do trzymania się zasad nazywania przedmiotów. Czasem nazwy własne zapisywane są w całości małymi literami, czasem rozpoczynają się wielką literą. Często nawet odniesienia do dokładnie tej samej rzeczy zapisywane są w losowy wręcz sposób. Czasem się autorowi zachciało zapisać małymi literami, czasem użył wielkiej. A co tam, po co się trzymać jednolitego schematu i ułatwiać czytelnikowi życie. Niech się sam domyśli, czy akurat Robert P. miał na myśli nazwę własną, czy też chodzi o jakiś ogólny zbiór.

Swoją drogą niemalże wszystkie przedmioty, które miałem okazję poznać miały niesamowite moce. Wszystkie albo zapewniały nietykalność (ochrona przed magią i ogniem, pełna ochrona przed magią i bronią), albo były przerażająco śmiercionośne (zawsze trafiały i leciały z niesamowitą prędkością). Sami Achawici też są nieśmiertelni. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi po prostu o długowieczność. Wychodzi jednak na to, że naprawdę NIE DA SIĘ ich zabić. Tak jak nie da się zaatakować stanicy - mają one wspomniane pola w pełni chroniące przed magią i bronią. Do tego członkowie Zakonu Achawy mają niezwykle wytrzymałe zbroje, chroniące praktycznie przed wszystkim. Oczywiście walki są prowadzone cały czas, tylko co to za sens przedstawiania walk postaci nieśmiertelnych, które dysponują idealną, śmiercionośną bronią?

Zresztą same opisy walk przypominają relacje na żywo z imprez sportowych, które można spotkać na takich stronach jak sport.onet.pl. Nie żeby coś było nie tak z tymi relacjami onetowymi - są proste, krótkie, zawierają tylko niezbędne informacje i są wartościowe dla kogoś, kto nie może obejrzeć całego wydarzenia. Książki jednak nie czyta się dlatego, bo nie ma się czasu na wyobrażenie sobie opisów. Autor natomiast stworzył krótkie zdania przedstawiające tylko "najważniejsze" akcje podjęte podczas walki. Zaklęcie. Odbicie. Machnięcie mieczem. Trafienie. Krew. W ogóle nie rozbudza to wyobraźni, tylko zniechęca do czytania opisów. Człowiek próbuje uciec przed nimi, licząc na nieco więcej ciekawych rzeczy dalej, w innych fragmentach książki.

"Morner nie zdążył wykonać uniku, rażony zaklęciem spadł ogłuszony z nieba prosto na polankę, jednak jego zbroja pozwoliła na to, iż nie ucierpiał fizycznie, jednak na chwilę stracił przytomność."

Poza tym tak czy siak ciężko nadążyć za wydarzeniami, ponieważ czas w "Zakonie Achawy" jest pojęciem względnym. Pierwsze sceny dotyczą między innymi szkolenia w Zakonie. Można się spodziewać długiej nauki - w końcu to jedno z najbardziej elitarnych miejsc, a trafienie do niego to honor dla całej rodziny. Zakon walczy z najbardziej niebezpiecznymi potworami, więc szkolenie powinno być porządne i kompleksowe - co zresztą jest obiecane w mowie początkowej Arcykapłanki. No tak. Szkolenie trwało łącznie kilka stron i składało się na dwie lekcje, które trwały chyba po pół godziny. Zgwałćmy logikę jeszcze raz, bo wciąż jej mało upokorzenia.

Teraz chyba najgorsza część całej tej opinii. Wszystkie powyższe zarzuty dotyczą 34 (słownie: trzydziestu czterech) stron "Zakonu Achawy". Tylko tyle bowiem dałem radę przeczytać i niniejszym książka ta stała się drugą w moim życiu, której nie dałem rady przeczytać w całości - mimo szczerych chęci. Oczywiście zadałem sobie trud sprawdzenia pozostałych stron, czytając wyrywkowo fragmenty. Miałem nadzieję, że może są to tylko problemy dotykające jedynie początku książki. Niestety nie - cały "Zakon Achawy" jest zlepkiem niepoprawnie zapisanych zdań, pełnych błędów wszelkiego rodzaju z przerażająco sztucznym wykonaniem. Nie mogę nawet pochwalić samego pomysłu - nie, nie ma potencjału. Ale przyznać muszę jedno, opis książki został doskonale przygotowany, tutaj autor odniósł sukces. Z marketingowego punktu widzenia obiecuje mnóstwo wspaniałej zabawy. A to, że nie zdradza nic na temat prawdziwej treści książki, to właśnie ten sukces.

Absolutnie odradzam, choćby z powodu mnóstwa błędów językowych. Nie da się po prostu czytać książki, która zawiera ich aż tyle. Tak naprawdę na tym można by zakończyć podsumowanie, które - mimo niedokończenia książki - postanowiłem jednak napisać. Kiedy się wystawia czemuś negatywną ocenę, warto ją bowiem poprzeć konstruktywnymi argumentami. A tak jak w przypadku samej fabuły czy sposobu jej przedstawiania można się spierać, tak w przypadku piętrzących się błędów w warsztacie autora kłócić się trudno. Nie sięgajcie po "Zakon Achawy" - znajdźcie cokolwiek innego, co po prostu będzie napisane w miarę poprawnym językiem. Nawet w zupełności wystarczy język, który osobiście prezentuję. Wiele pozostawia on do życzenia, sam się prosi o korektę, ale wciąż jest o niebo lepszy od tego, który jest prezentowany w opisywanej książce. To chyba powinno wszystkim dać do myślenia.

Łączna ocena: 1/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


niedziela, 12 listopada 2017

"Miłość do trzech Zuckerbrinów" - Wiktor Pielewin

"Miłość do trzech Zuckerbrinów" - Wiktor Pielewin
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Wiktor Pielewin
Tytuł: Miłość do trzech Zuckerbrinów
Wydawnictwo: Psychoskok
Tłumaczenie: Aleksander Janowski
Stron: 332
Data wydania: 20 października 2017


Nieczęsto mam okazję czytać rosyjską literaturę - a szkoda. Posiada pewne cechy, które bez względu na tematykę, którą wybierze autor, sprawiają że jest niezwykle intrygująca. "Miłość do trzech Zuckerbrinów" również te cechy zawiera - sprawiają one jednocześnie, że książka jest niezwykle interesująca, ale również niełatwa w odbiorze. Można powiedzieć, że rosyjska literatura zdecydowanie nie należy do tych "kanapowych". Jednocześnie jednak po takich lekturach, człowiek czuje że czytanie ma sens i potrafi przemówić do wielu aspektów osobowości oraz charakteru, dając pole do przemyśleń. Nawet (albo "zwłaszcza"), jeśli jest to rosyjska literatura z pogranicza satyry (bądź tą satyrą w czystej postaci będąca).

piątek, 1 września 2017

"Ścieżka Gniewomira" - Piotr Skupnik

"Ścieżka Gniewomira" - Piotr Skupnik
Źródło: Lubimy Czytac
Autor: Piotr Skupnik
Tytuł: Ścieżka Gniewomira
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 208
Data wydania: 18 sierpnia 2017


Byłoby lekkim niedomówieniem, gdybym stwierdził, że jestem ogromnym fanem zarówno mitologii nordyckiej, jak i słowiańskiej. Niestety nie przyłożyłem się nigdy do poznania obu z nich zbyt mocno, chociaż fascynują mnie historia ludów zamieszkujących zarówno obecne tereny Polski, Czech czy Słowacji, jak i Skandynawii. "Ścieżka Gniewomira" wydaje się więc trafiać idealnie w moje niezwykle wąskie, historyczne zainteresowania. Mamy tu bowiem do czynienia zarówno z elementami kultury wikingów, jak i słowiańskiej, a początek historii ma miejsce w okolicach wyzwolenia Czech przez księcia Kazimierza I Odnowiciela.

Oli Egilsson, którego ojcem był jeden z norweskich jarli, a matką niewolnica, przystępuje do niezwykłej spowiedzi. Ksiądz Anzelm spisuje ją na kartkach, aby pokazać historię życia tego niezwykłego wojownika, który sporą część swojego życia spędził pod rozkazami trzech kolejnych władców Polski. Począwszy od dzieciństwa gdzieś wśród norweskich fiordów, przez wiele walk oraz dowodów męstwa, aż po odpoczynek nieopodal Gniezna, wśród pięknej, wiejskiej natury.