niedziela, 18 lutego 2018

"Rok szczura. Wędrowniczka" - Olga Gromyko

"Rok szczura. Wędrowniczka" - Olga Gromyko
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Olga Gromyko
Tytuł: Rok szczura. Wędrowniczka
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Stron: 450
Data wydania: 11 grudnia 2015


Z twórczością Olgi Gromyko zetknąłem się po raz pierwszy w 2015 roku, przy okazji lektury pierwszej części trylogii "Roku szczura". Było to spotkanie zdecydowanie udane, więc sam nie jestem do końca przekonany dlaczego tak dużo czasu upłynęło, zanim sięgnąłem po kolejny tom. Postarałem się jednak nadrobić wreszcie zaległości i od razu kupiłem oba brakujące tomy. Mam więc nadzieję, że tym razem błyskawicznie zakończę cykl, zwłaszcza że autorka bardzo do tego zachęca. Jak również do sięgnięcia po inne jej książki - uznawane za o wiele lepsze od tego, co obecnie czytam.

Zwykła, wiejska dziewczyna z darem ląduje ostatecznie w podróży do wielkich miast, których do tej nie pory nie miała okazji widzieć. Wraz ze swoim przyjacielem Żarem oraz Alkiem przemierza kolejne miasta, nie wiedzą jeszcze jaki los ich czeka. A wiele razy stare decyzje mają ogromny wpływ na przyszłość. Nawet jeśli podejmowane są przez osobę z darem widzenia.

"Rok szczura. Wędrowniczka" jest już drugą książką Olgi Gromyko, którą miałem okazję czytać. Ponownie zaskoczył mnie klimat, jaki autorka potrafi stworzyć. Nie czuć absolutnie, że jest to fantastyka, tak jak nie czuć charakterystycznych dla tego gatunku cech. Historia przypomina bardziej lekką powieść fabularną, osadzoną gdzieś w bliżej nieokreślonym świecie, który stopniem zaawansowania przypomina coś w rodzaju średniowiecza. Brzmi to zdecydowanie jak stereotypowa wersja opisu pierwszej z brzegu książki fantasy, jednak tutaj rzeczywiście czuć po prostu przygodę. Nie jakąś magię, bohaterstwo i tak dalej - po prostu przygodę. 

"- Młoda, zdrowa dziewka, a mężczyzna za nią niesie kosz!"

To, co uwielbiam w tym tomie to postacie, które są dobrze rozwinięte i świetnie poprowadzone. Naiwna Ryska jest tak bardzo naiwna i łatwowierna, że czasem można się samemu zawstydzić jej zachowaniem. Alk to świetny przykład człowieka, który tworzy maskę, aby ukryć swoje prawdziwe uczucia. Jest przy tym jednak konsekwentny w swoim zachowaniu - czyli wredny do szpiku kości. Nieco mniej wyrazista jest trzecia główna postać, czyli Żar. Nie oznacza to jednak, że jest kiepski, po prostu sam nie widzę w nim niczego szczególnego, chociaż technicznie wygląda na bardzo dobrze poprowadzonego.

Nie jest to fantastyka, w której możecie się spodziewać magicznych pocisków, mnóstwa krwi, brutalności i bohaterstwa. Jest za to przygoda, jest historia i są morały. Jest również lekkie pióro Olgi Gromyko, które zamienia sielankową fabułę w niezwykle interesującą książkę. Mimo tego, że na pierwszy rzut oka "Rok szczura. Wędrowniczka" nie przedstawia większej wartości, bo jednak jest książką interesującą i przyciągającą. Można powiedzieć, że jest czymś w rodzaju interludium między pierwszym a w każdym razie takie można odnieść wrażenie. Czymś spajającym początek i przedstawienie bohaterów, z apogeum, które pojawi się w trzecim tomie.

Jeśli poszukujecie przyjemnej książki fantasy (być może nawet do sprawdzenia, czy ten gatunek jest dla Was), to gorąco polecam "Rok szczura". Ten sam, dobry poziom drugiego tomu daje nadzieję na świetną, ostatnią część. No i lepsze poznanie otaczającego świata, w tym również samych postaci Wędrowców. Przy okazji lekkie i niewymagające, ale dające ogromną radość z każdej przeczytanej kartki.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Rok szczura"

czwartek, 15 lutego 2018

Powiadomienia o nowych postach czyli RSS w akcji

Wiele osób ma swoje ulubione strony - czy to blogi książkowe, czy jakieś portale i blogi o zupełnie innej tematyce. Niektóre z nich posiadają swoje fanpejdże na Facebooku, inne oferują możliwość zapisania się na newsletter. Blogger posiada swoją Listę Czytelniczą, która jednak powoli odchodzi w niepamięć, gdyż pozwala jedynie śledzić aktywność innych użytkowników Bloggera. Niestety opieranie się na samym Facebooku ma też swoje wady, zwłaszcza że portal nie pozwala na segregowanie ulubionych fanpejdży w listy. No i nie każdy blog/portal takowy fanpejdż ma. Dlatego osobiście wolę inny, niezależny od konkretnego dostawcy sposób otrzymywania notyfikacji o nowych postach/wpisach i właśnie się nim zamierzam z Wami podzielić! :)

To, że obserwuję fanpejdże to jedno. To, że sam wchodzę sobie często na strony, które często odwiedzam, to drugie. Ale to, że używam RSS to trzecie i najważniejsze. Tak, RSS to rozwiązanie absolutnie wszystkich problemów związanych z przegapianiem nowych wpisów lub zapominaniem wręcz o jednej ze swoich ulubionych stron. Jeśli ktoś bowiem chciałby ogarnąć swoim umysłem (oraz własnym czasem) kilkadziesiąt różnych portali i witryn to... good luck. Przyda się. :) Zawsze coś się zapomni. Facebook obetnie zasięgi stronom, nie pokażą się w aktualnościach i już się ominie. A RSS zawsze Cię powiadomi. Absolutnie zawsze. Ale ok, od początku.

Co to jest RSS?

Ten magiczny skrót jest stary jak świat. W bardzo dużym skrócie i w prostych, zrozumiałych słowach, RSS to coś w rodzaju standardu informowania o nowościach na stronach internetowych. W naprawdę bardzo dużym skrócie. Jeśli strona obsługuje RSS (a zdecydowana większość współczesnych stron ogarnia to domyślnie), to wystarczy dodać ją do Czytnika RSS, czyli specjalnego programu, a Czytnik powiadomi nas za każdym razem, kiedy pojawi się nowy wpis. Bo RSS będzie to wiedział - zobaczy nowy wpis i wyśle informację do czytnika. Takie dodanie strony do Czytnika RSS zwane jest też "subskrypcją kanału", czyli właśnie danej strony.

Co używa RSS?

RSS używa niemalże każda strona, zaimplementowany jest on niezależnie od użytkownika. Nie musicie się absolutnie zastanawiać, czy Wasze blogi na wordpressie lub Bloggerze mają "to coś". Czy musicie coś robić, żeby inni mogli Was subskrybować. Odpowiedź brzmi: NIE, nie musicie nic robić. Bez Waszej ingerencji cały świat może JUŻ dodawać Wasze blogi, strony czy witryny oparte na Bloggerze oraz Wordpressie do swoich Czytników RSS. Skupiam się w tym momencie oczywiście głównie na Wordpressach oraz Bloggerze jako jednym z popularniejszych platform do blogowania i tworzenia prostych stron internetowych. Nie spodziewam się bowiem tutaj kogoś, kto stworzył ogromny portal od zera, na własnym systemie zarządzania treścią i tak dalej. Taki ktoś ma swoich administratorów, którzy mu już odpowiednio wszystko zaimplementują, jeśli czegoś brakuje. :)

Ok, w takim razie wiemy już, że nie trzeba nic robić (jeśli się używa Wordpressa lub Bloggera), aby inni mogli subskrybować kanały naszych stron. Jednak jeśli to Wy chcecie otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach na stronach i blogach przez Was czytanych, to niestety musicie już coś zrobić. A konkretniej zaopatrzyć się w Czytnik RSS.

Czym jest Czytnik RSS?

Wbrew pozorom nie jest to jakaś magiczna, dziwna aplikacja. Najczęściej w obecnych czasach Czytniki RSS wybierane są spośród tych kategorii:


  • wtyczki do przeglądarek połączone z aplikacjami webowymi
  • pluginy wbudowane w klientów poczty


Tak naprawdę są to dwie najszybsze drogi (oraz najłatwiejsze) służące do korzystania z Czytników RSS. Jeśli ktoś używa klientów poczty to zagląda do nich codziennie. Może wtedy więc zobaczyć powiadomienia o nowych postach i je odczytać. Dla mnie o wiele przyjemniejsze jest skorzystanie z wtyczki do przeglądarki - w końcu w przeglądarce spędzam mnóstwo czasu, mam ją przed oczami, a same powiadomienia nie rzucają się mocno w oczy, jednak są widoczne.

czytnik RSS Feedly
Liczba nowych powiadomień

czytnik RSS Feedly
Tytuł z odesłaniem do nowego wpisy

Powyżej przykład wiszącego powiadomienia - widać liczbę nowych powiadomień, a po naciśnięciu rozwija się lista pokazująca linki z tytułami nowych wpisów. Jak widzicie jest tam też kilka przycisków, które służą między innymi do czyszczenia z listy powiadomień (jeśli np. ten konkretny wpis nas nie interesuje i nie chcemy w niego zaglądać), odświeżenia listy, a nawet rozwinięcia w małym okienku zawartości wpisu (ta strzałka z prawej strony, skierowana w dół). To jest jednak akurat specyfika tego jednego, konkretnego Czytnika RSS, którego używam. Podobne funkcjonalności mają jednak też inne Czytniki. Chciałbym jednak trochę przybliżyć Wam ten, z którego korzystam. Dzięki temu łatwiej będzie pokazać co takie Czytniki potrafią i jak z nich korzystać.

Jak działa Feedly?

Feedly to jeden z wielu Czytników RSS dostępnych na rynku. Jego bazą jest aplikacja webowa, dostępna z poziomu przeglądarki. Wystarczy wejść na stronę Feedly, zarejestrować się i po zalogowaniu dostaniemy się do panelu, w którym można zrobić o wiele więcej niż we wtyczce, którą Wam pokazałem. :)

Po kliknięciu będzie większe. :)

Wasz może wyglądać trochę inaczej - na pewno nie będzie tych kategorii w lewym menu, ponieważ to są moje własne kategorie. Przydzielam do nich poszczególne witryny, blogi czy strony, żeby łatwiej mi było manewrować. Możecie tworzyć własne i dodawać do nich subskrypcje stron, które chcecie obserwować. Oczywiście jeśli nie macie ochoty na żadne kategorie, to możecie ładować wszystko do jednego wora (a wór do jeziora, he-he). :)

Zwróćcie proszę uwagę na ten przykładowy wpis (to po środku to właśnie mały podgląd nowego wpisu, gdybym miał więcej nowych wpisów, to wszystkie znalazłyby się tutaj jeden pod drugim). Z prawej strony ma kilka przycisków, które robią różne fajne rzeczy.

Ta malutka zakładka to możliwość oznaczenia "Read Later" - wyląduje wtedy w lewym menu w pozycji "Read Later". Przydatne, jeśli macie sporo powiadomień a akurat nie możecie przeczytać. Gwiazdka to po prostu dodanie do konkretnego boardu, który również możecie stworzyć. Taki jakby kontener na wszystkie Wasze ulubione wpisy. Ptaszkiem oznaczanie jako przeczytane, natomiast X oznacza jako przeczytane i wywala z listy. Po prostu wpis sobie robi papa i Was nie denerwuje.

Jak dodać stronę do Czytnika RSS Feedly?

W bardzo prosty sposób. W panelu głównym macie szukajkę - w lewym menu, na dole, należy kliknąć Add Content (na moim screenie tego nie ma, bo byłby zbyt duży), a następnie Publications & Blogs. Tam wpisujecie nazwę interesującej Was strony, którą chcecie zasubskrybować. Spokojnie, będzie, na pewno. :) Jeśli sami prowadzicie jakąś stronę czy blog - też tam będzie. Ukaże się panel podobny do tego:


Wystarczy wpisać szukany tytuł bloga/strony i po ukazaniu się kliknąć przycisk "FOLLOW". :) O coś takiego:


Po kliknięciu FOLLOW możecie od razu dodać sobie daną witrynę do wcześniej utworzonej kategorii (o ile takowe macie), albo po prostu do jednego wora (a wór do jeziora, he-he).

Wtyczki do przeglądarki

No dobra, wszystko fajnie. Jest sobie jakaś aplikacja webowa, można na nią wejść i tam dodawać nowe strony lub sprawdzać powiadomienia już obserwowanych. To jednak nie daje takiej elastyczności (zwłaszcza podczas dodawania nowych stron/blogów), jak możliwość wyklikania od razu, będąc na stronie. A wtyczka do przeglądarki na to pozwala!

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Spacerujecie po internecie, przeglądając przeróżne strony. Nagle wpadacie na witrynę, która jest stworzona dosłownie dla Was! Wszystko się Wam w niej podoba. Chcecie koniecznie dowiadywać się o wszystkich nowych wpisach. No dobra, możecie wejść na Feedly, wyszukać ją w szukajcie, dodać i tak dalej. Ale czemu byście nie mogli tego zrobić OD RAZU będąc na tej stronie? Wystarczy do tego doinstalować wtyczki!

Pamiętacie, jak na początku tego wpisu wrzuciłem screenshot takiego zielonego kwadraciku z cyfrą "1" w czerwonym kwadracie? To jest właśnie zasługa wtyczki. Obok niej był podobny kształt, tylko szary. To też jest wtyczka. Pierwsza z nich pozwala na wyświetlanie powiadomień o nowych postach/wpisach, natomiast druga to właśnie subscriber, dzięki któremu dodacie nową stronę do Czytnika RSS Feedly. Osobiście używam wtyczek do Chrome, jednak dla Firefoxa również istnieją i posiadają takie same nazwy. :) Poniżej podaję linki wraz z nazwami do Chrome Web Store:




Pierwszą już pokrótce opisałem i pokazałem na górze. Ona jedynie ma za zadanie ściągać z Waszego konta powiadomienia i pokazywać je, pozwalając na szybkie przeglądanie i otwieranie nowych wpisów. Druga natomiast pozwala na błyskawiczną subsksypcję nowego kanału.

Subskrypcja przez wtyczkę

Subskrypcja z wykorzystaniem wtyczki jest banalnie prosta. Kiedy będziecie na stronie, która posiada kanał RSS (czyli którą można dodać do Czytnika), znaczek Feedly Subscribe Button zmieni kolor na zielony. Wówczas będzie można w niego kliknąć i wybrać kanał, który chcemy subskrybować. Osobiście zawsze wybieram tylko kanały z wpisami (niektóre witryny oferują możliwość otrzymywania powiadomień o komentarzach) i praktycznie zawsze tylko kanały RSS (są jeszcze Atom, nowsza wersja standardu, której teoretycznie powinno się używać kiedy tylko można, ale jestem trochę... staroświecki pod tym względem).

Odnośniki do subskrypcji
Po kliknięciu w wybrany link zostaniecie przeniesieni do Feedly, już na stronę z docelową witryną, gdzie znajdziecie dużo, zielony przycisk z napisem FOLLOW. :) Ot i wszystko!

Integracje Feedly

Feedly umie się integrować z różnymi innymi aplikacjami takimi jak Slack, Google Docs, Trello i wieloma innymi, głównie z wykorzystaniem IFTTT (polecam też pogooglać o tym, niesamowite narzędzie). Do tego posiada własne aplikacje na Androida oraz iOS, a nawet Amazon Kindle!

Czy to kosztuje?

Feedly jest całkowicie darmowe. Oczywiście posiada pewne ograniczenia oraz płatną wersję (kosztującą około 6 $ miesięcznie), jednak na użytek przeciętnego człowieka w zupełności wystarczy plan darmowy. Pozwala on na utworzenie trzech kategorii (zwanych tam Feeds), trzech boardów i wprowadzenie około 100 źródeł (czyli subskrypcję 100 kanałów), więc raczej mało kto przekroczy te limity. No, chyba że ktoś chce mieć więcej kategorii. :) Lub integrować się z innymi aplikacjami. Ale wówczas może poszukać alternatyw dla Feedly - w końcu to tylko jeden z wielu Czytników, a jest wiele równie dobrych, o ile nie lepszych. :) Mi wystarcza darmowy plan (chociaż nie mam jego wszystkich limitów, jako stary użytkownik), a zmian nie lubię, więc na razie zostaję z Feedly. :) A obsługa i tak wszędzie jest podobna. Zresztą - zawsze można poklikać i zobaczyć jak coś działa. Jedyne co sobie można zepsuć to widok w aplikacji, albo usunąć subskrypcję, co od razu zauważycie. :)

Zachęceni do Czytników RSS? Możecie w ten sposób ominąć niemalże wszystkie problemy związane z byciem powiadamianym o nowych wpisach czy postach. Nie tylko w blogosferze książkowej, ale również w każdej innej dziedzinie internetu, którą śledzicie. RSS nie umrze zbyt szybko, więc nie musicie się bać, że nagle zniknie z powierzchni Ziemi. Nikt też nie ma wpływu na cięcie zasięgów, ponieważ nie podlega to algorytmom. RSS działa prosto. Albo coś się nowe go pojawiło i pojawia się powiadomienie, albo nie. Koniec magii. :) Polecam serdecznie!

Oczywiście w razie pytań - walcie śmiało. :)

P.S. Dzięki temu narzędziu widzę, kiedy opublikujecie post "dwa razy", bo coś poszło nie tak za pierwszym razem! :)



poniedziałek, 12 lutego 2018

"Zakon Achawy" - Robert P.

"Zakon Achawy" - Robert P.
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Robert P.
Tytuł: Zakon Achawy
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 220
Data wydania: 29 stycznia 2018


Powieści fantasy chyba nigdy mi się nie znudzą. Towarzyszą mi odkąd pamiętam - pojawiały się jeszcze w czasach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, trwając przy mnie niezmiennie przez liceum, okres studiów i dorosłe życie aż do teraz. Mimo, że widziałem już mnóstwo różnych motywów przeplecionych nieskończoną wręcz liczbą możliwych kombinacji wydarzeń, to cały czas czerpię radość z niemalże każdej kolejnej książki. Cieszę się również z każdej polskiej pozycji, napisanej przez Polaka - albowiem wiem, że nie nie tylko zagraniczni autorzy potrafią pisać niesamowite historie. Niestety tym razem bardzo się zawiodłem - można bowiem wskazać więcej wad tej książki, niż liczy ona stron.

Achawici są w stanie niemalże ciągłej wojny z demonami, wampirami oraz innymi stworzeniami nocy, które zagrażają nie tylko im, ale i całemu światu. Nikt nie ma pojęcia jaki będzie wynik tej trwającej już zbyt długo wojny. Eowici dzielnie wspierają siły zakonu, jednak walka wciąż trwa. Magia, siła oraz spryt ścierają się ze sobą raz za razem, tworząc niekończącą się spiralę śmierci, łez i cierpienia.

Zastanawiam się czy autor absolutnie zakazał redagowania swojej książki lub stwierdził, że przecież nie jest mu to potrzebne. Nie jest to pierwsza książka Wydawnictwa Psychoskok, którą miałem okazję czytać i akurat na kwestię redakcji oraz korekty narzekać nigdy nie mogłem. Zawsze język stał na wystarczająco wysokim poziomie, żeby można było spokojnie książkę czytać. Tutaj nie. Treść wygląda tak, jakby autor po prostu przelał swoje myśli na kartkę, sam ich nawet nie przeczytał i od razu dał do druku. Wyszło po prostu TRAGICZNIE. Próba przedarcia się przez kolejne słowa to dosłownie męka sama w sobie. Błędy stylistyczne, błędy ortograficzne, błędy interpunkcyjne - jeśli jeszcze nie wynaleziono jakiegoś rodzaju błędu, to na pewno występuje on w "Zakonie Achawy".

Już dawno temu określone zostały zasady pisowni dialogów. Zarówno przejścia pomiędzy kolejnymi kwestiami, jak i sposoby wtrącania w nie opisów. Stworzono je po to, aby czytelnikowi łatwiej było odnaleźć się w dialogach i żeby mógł jednoznacznie stwierdzić, kto się akurat wypowiada. Robert P. jednak uznał chyba, że nie jest to wcale potrzebne. Dlatego też rozpoczynając jakąś kwestię ciągnął ją ciurkiem razem z całą resztą otoczki wokół dialogów. Jedna półpauza na początku akapitu, a po niej wszystko - wypowiedzi kilku osób niczym nie oddzielone od siebie, przemyślenia bohaterów (również niczym nie oddzielone od siebie), zmiany postaci, które się wypowiadają.

"- Nie wierzę, taki zaszczyt nas spotkał. Zefirze, zostałeś wybrany przez Zakon Achawy. Nie wierzę... - dodała i usiadła w fotelu. Zefir z motylem na ramieniu stał jak słup soli. Mamo, a co to jest właściwie Zakon Achawy? W tej samej chwili wjechał na podwórze Azam ze zwiniętymi w rulon skórami Amaszy, z nieukrywaną dumą ze swego zwycięstwa."

Tego typu "kfiatki" zdarzają się co chwilę, więc nawet jak człowiek by próbował znaleźć wartość w wydarzeniach opisywanych przez autora, to nie może tego zrobić. Zbyt długo zastanawia się nad tym, co właściwie czyta. Kto powiedział jaką frazę, gdzie się pojawiło wtrącenie, a kiedy nastąpiła zmiana rozmówcy. Czasem ponowne przeczytania danego fragmentu pomaga. Czasem jednak trzeba się trochę wysilić, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Takie kilkukrotne pauzy w obrębie jednej strony zdecydowanie zniechęcają i wywołują jedynie irytację. To powinna wychwycić redakcja, więc jest to kolejny dowód na to, że redakcji w ogóle nie było.

Wcale w lekturze nie pomagają też przypisy wrzucone w sam środek akapitów. Robert P. próbował nimi wyjaśnić czym są przedmioty, o których wspomina, a wyszło tak nienaturalnie, że aż robiło się trochę żenująco. Po prostu przy nazwie konkretnego artefaktu autor wrzucał słowa "jest to" i wyjaśniał. Po prostu. Jak w encyklopedii. Podobnie było w przypadku informowania o stanie wiedzy bohaterów. Postać podczas swojej kwestii zaczyna wyjaśniać, że wie to wszystko z takiej i takiej książki, która opowiada o tym i o tym i poleca bardzo przeczytanie. Jak jakiś początkujący marketingowiec, który niezbyt nadaje się do tej pracy.

"- Z radością przyjdziemy z żoną na wieczerzę, a teraz zabieram się do roboty - odrzekł Azam, chwytając Włócznię Wiatru. Jest to włócznia, stworzona przez dziada Azama. Ma magiczną właściwość - podczas rzutu w cel nigdy nie chybia i mknie z prędkością wiatru). Tak uzbrojony zajrzał do Zefira."

Nie, nie zrobiłem tam sam błędu wstawiając nawias okrągły. A dokładniej jedną z jego połówek - bo nie został on w tym fragmencie nigdy otwarty. Redakcja, korekta - do znudzenia można wyliczać takie błędy. Sam cytat jest jednym z bardziej naturalnych przykładów objaśnienia czym jest wspomniany przedmiot. Naprawdę - tutaj prawie nie czuć tej formy przypisu, który lepiej wyglądałby gdzieś na samym dole strony, a do książki fantastycznej to już w ogóle pasuje jak pięść do nosa.

Autor ma również dość liberalne podejście do trzymania się zasad nazywania przedmiotów. Czasem nazwy własne zapisywane są w całości małymi literami, czasem rozpoczynają się wielką literą. Często nawet odniesienia do dokładnie tej samej rzeczy zapisywane są w losowy wręcz sposób. Czasem się autorowi zachciało zapisać małymi literami, czasem użył wielkiej. A co tam, po co się trzymać jednolitego schematu i ułatwiać czytelnikowi życie. Niech się sam domyśli, czy akurat Robert P. miał na myśli nazwę własną, czy też chodzi o jakiś ogólny zbiór.

Swoją drogą niemalże wszystkie przedmioty, które miałem okazję poznać miały niesamowite moce. Wszystkie albo zapewniały nietykalność (ochrona przed magią i ogniem, pełna ochrona przed magią i bronią), albo były przerażająco śmiercionośne (zawsze trafiały i leciały z niesamowitą prędkością). Sami Achawici też są nieśmiertelni. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi po prostu o długowieczność. Wychodzi jednak na to, że naprawdę NIE DA SIĘ ich zabić. Tak jak nie da się zaatakować stanicy - mają one wspomniane pola w pełni chroniące przed magią i bronią. Do tego członkowie Zakonu Achawy mają niezwykle wytrzymałe zbroje, chroniące praktycznie przed wszystkim. Oczywiście walki są prowadzone cały czas, tylko co to za sens przedstawiania walk postaci nieśmiertelnych, które dysponują idealną, śmiercionośną bronią?

Zresztą same opisy walk przypominają relacje na żywo z imprez sportowych, które można spotkać na takich stronach jak sport.onet.pl. Nie żeby coś było nie tak z tymi relacjami onetowymi - są proste, krótkie, zawierają tylko niezbędne informacje i są wartościowe dla kogoś, kto nie może obejrzeć całego wydarzenia. Książki jednak nie czyta się dlatego, bo nie ma się czasu na wyobrażenie sobie opisów. Autor natomiast stworzył krótkie zdania przedstawiające tylko "najważniejsze" akcje podjęte podczas walki. Zaklęcie. Odbicie. Machnięcie mieczem. Trafienie. Krew. W ogóle nie rozbudza to wyobraźni, tylko zniechęca do czytania opisów. Człowiek próbuje uciec przed nimi, licząc na nieco więcej ciekawych rzeczy dalej, w innych fragmentach książki.

"Morner nie zdążył wykonać uniku, rażony zaklęciem spadł ogłuszony z nieba prosto na polankę, jednak jego zbroja pozwoliła na to, iż nie ucierpiał fizycznie, jednak na chwilę stracił przytomność."

Poza tym tak czy siak ciężko nadążyć za wydarzeniami, ponieważ czas w "Zakonie Achawy" jest pojęciem względnym. Pierwsze sceny dotyczą między innymi szkolenia w Zakonie. Można się spodziewać długiej nauki - w końcu to jedno z najbardziej elitarnych miejsc, a trafienie do niego to honor dla całej rodziny. Zakon walczy z najbardziej niebezpiecznymi potworami, więc szkolenie powinno być porządne i kompleksowe - co zresztą jest obiecane w mowie początkowej Arcykapłanki. No tak. Szkolenie trwało łącznie kilka stron i składało się na dwie lekcje, które trwały chyba po pół godziny. Zgwałćmy logikę jeszcze raz, bo wciąż jej mało upokorzenia.

Teraz chyba najgorsza część całej tej opinii. Wszystkie powyższe zarzuty dotyczą 34 (słownie: trzydziestu czterech) stron "Zakonu Achawy". Tylko tyle bowiem dałem radę przeczytać i niniejszym książka ta stała się drugą w moim życiu, której nie dałem rady przeczytać w całości - mimo szczerych chęci. Oczywiście zadałem sobie trud sprawdzenia pozostałych stron, czytając wyrywkowo fragmenty. Miałem nadzieję, że może są to tylko problemy dotykające jedynie początku książki. Niestety nie - cały "Zakon Achawy" jest zlepkiem niepoprawnie zapisanych zdań, pełnych błędów wszelkiego rodzaju z przerażająco sztucznym wykonaniem. Nie mogę nawet pochwalić samego pomysłu - nie, nie ma potencjału. Ale przyznać muszę jedno, opis książki został doskonale przygotowany, tutaj autor odniósł sukces. Z marketingowego punktu widzenia obiecuje mnóstwo wspaniałej zabawy. A to, że nie zdradza nic na temat prawdziwej treści książki, to właśnie ten sukces.

Absolutnie odradzam, choćby z powodu mnóstwa błędów językowych. Nie da się po prostu czytać książki, która zawiera ich aż tyle. Tak naprawdę na tym można by zakończyć podsumowanie, które - mimo niedokończenia książki - postanowiłem jednak napisać. Kiedy się wystawia czemuś negatywną ocenę, warto ją bowiem poprzeć konstruktywnymi argumentami. A tak jak w przypadku samej fabuły czy sposobu jej przedstawiania można się spierać, tak w przypadku piętrzących się błędów w warsztacie autora kłócić się trudno. Nie sięgajcie po "Zakon Achawy" - znajdźcie cokolwiek innego, co po prostu będzie napisane w miarę poprawnym językiem. Nawet w zupełności wystarczy język, który osobiście prezentuję. Wiele pozostawia on do życzenia, sam się prosi o korektę, ale wciąż jest o niebo lepszy od tego, który jest prezentowany w opisywanej książce. To chyba powinno wszystkim dać do myślenia.

Łączna ocena: 1/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


sobota, 10 lutego 2018

Bardzo chcę! #42 - Karen Dionne "Córka króla moczarów"

Źródło: Lubimy Czytać
Nie samą fantastyką człowiek żyje, a w tym miesiącu na moim blogu fantastyki będzie co nie miara. Co prawda fajnie wyróżniają się na tym tle "Górnicy PL", którzy okazali się być naprawdę fajną literaturą faktu, jednak warto też pokazać kolejną, odcinającą się od wszędobylskiego fantasy książkę. A w jaki lepszy sposób to zrobić, niż pokazując Wam co chciałbym przeczytać! Akurat tak się złożyło, że w ciagu ostatnich trzydziestu dni na moją półkę "Chcę przeczytać" w serwisie Lubimy Czytać wrzuciłem niezły misz-masz gatunkowy, więc było z czego wybierać. Ostatecznie jak widzicie przedstawiam Wam "Córkę króla moczarów".

W wyżej wspomnianym serwisie określana jest jako coś z pogranicza thrillera i kryminału. Opis wskazuje na dość trudną tematykę, chociaż jej odbiór zależy w dużej mierze od tego, w jaki sposób została napisana. Potencjał bowiem jest ogromny, ale nie zawsze uda się odpowiednio go wykorzystać. Ewentualnie po prostu nie wpasować się w oczekiwania danej grupy osób. Czy będzie więcej czystej akcji, czy może jednak rozbudowany będzie wątek psychologiczny? Dobre pytanie, na które odpowiedź chętnie poznam.

No dobra, ale biadolę sobie tak o wykorzystywaniu potencjału, a nie wiadomo nawet co książka obiecuje. Najprościej - jak zwykle - będzie jeśli zacytuję opis, którym raczy nas Wydawnictwo Media Rodzina:

"Znakomity thriller psychologiczny, połączenie »Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet« i »Pokoju«.
Helena Pelletier potrafi polować na zwierzęta i wytropić każdy ślad. Nauczyła się tego od ojca, z którym dorastała w całkowitym odosobnieniu w domku na trzęsawiskach. Mężczyzna był jej bohaterem, wzorem do naśladowania i idolem – do czasu, gdy zaczęła sobie uświadamiać, że obie z matką są na bagnach więzione, a ojciec kontroluje całe ich życie. 
Teraz, piętnaście lat później ojciec ucieka z pilnie strzeżonego więzienia i ukrywa się gdzieś pośród moczarów. Helena ma jedno zadanie: dopaść ojca, zanim on dopadnie ją."

Interesujące, czy niekoniecznie? ;)


piątek, 9 lutego 2018

"World of Warcraft: Fale ciemności" - Aaron Rosenberg

"World of Warcraft: Fale ciemności" - Aaron Rosenberg
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Aaron Rosenberg
Tytuł: World of Warcraft: Fale ciemności
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Dominika Repeczko
Stron: 328
Data wydania: 17 stycznia 2018


Chyba przy każdej możliwej okazji - a opinia o książce przedstawiającej historię świata stworzonego przez Blizzard Entertainment jest niewątpliwie taką okazją - wspominam o swojej ogromnej miłości do World of Warcraft. Kiedyś znałem wydarzenia, które miały miejsce w uniwersum lepiej, niż historię wykładaną przez nauczycieli na lekcjach. Obecnie jednak bardzo dużo pozapominałem, dlatego cieszę się, że mogę sobie je przypomnieć w niezwykle przyjemny sposób. Za pomocą książek, które opowiadają historie. Wcześniej Christie Golden, teraz Aaron Rosenberg. Mogę również porównać tę dwójkę autorów. Wyjątkowo jednak nie podsumuję książki w zdaniu na końcu pierwszego akapitu.

Orkowie napierają coraz mocniej na Azeroth. Orgrim Doomhammer stoi na czele swojego ludu, pragnąc dla niego spokoju i życia w dobrobycie na bezkresnych ziemiach świata, do którego trafili. Ludzie jednak nie chcą się poddać bez walki, zawiązują więc Przymierze, a do Lordaeronu przybywa Anduin Lothar. Do walk dołączają trolle, ogry oraz elfy - tak rozpoczyna się Druga Wojna, której wynik nie jest znany nikomu.

Gdy czytałem kolejne opisy bitew oraz ruchów wojsk Hordy i Przymierza, przed oczami stawała mi mapa całego Azeroth. No, może niekoniecznie całego, tylko głównie Eastern Kingdoms, jednak wspomnienia związane z eksploracją mapy podczas gry w World of Warcraft były bardzo żywe. Być może osoby, które nie miały okazji grać w tę grę nie będą wiedziały z czym się wiążą dane krainy, jednak po spojrzeniu na mapę będą w stanie od razu zlokalizować wspomniane nazwy. Kierunki bowiem opisywane są doskonale, łącznie z oddaniem klimatu danej krainy. Krainy oraz poszczególnych ras biorących udział w Drugiej Wojnie.

Pomimo dość mglistej pamięci o wydarzeniach z okresu Drugiej Wojny, zauważyłem garść nieścisłości dotyczących nie tyle kolejności, co wagi oraz szczegółów konkretnych zajść. Co prawda są na tyle nieznaczne, że wręcz nieistotne, ale jeśli ktoś jest wielkim znawcą historii Azeroth, to może to wyłapać w prosty sposób i nieco się skrzywić. Podobnie może być w przypadku imienia Czerwonego Aspektu, które to w formie zawartej w książce jest co prawda dopuszczalne, ale... No właśnie, ale. Widziałem taką wersję imienia smoczycy raptem kilka razy w życiu. Zawsze, ale to zawsze, nieważne w jakim języku, było jednak pisane w formie najbardziej popularnej. Tutaj tymczasem pojawiła się prawie nikomu nieznana wersja, od której bardzo bolą oczy.

"Wino było przednie, a odrobina ludzkiej krwi, która się do niego dostała, tylko dodała mu smaku."

Nie licząc jednak tych drobnych wpadek całe "World of Warcraft: Fale ciemności" są niezwykle interesującą lekturą. Nie wiem czy jest to zasługa autora, czy też tłumaczki, Dominiki Repeczko, ale stylem bardzo przypomina inne dwie książki z serii "World of Warcraft" wydane przez Insignis, a napisane przez Christie Golden. Widać oczywiście zdecydowanie inne pióro choćby w samych opisach, jednak styl jest równie lekki i przyjemny w odbiorze. Książkę czyta się więc bardzo przyjemnie, chociaż nie buduje tak napięcia jak poprzedniczki, które miałem okazję czytać.

W miejscach, które przecinają się razem ze wspomnianymi już dwiema książkami autorstwa Christie Golden, nie występuję zbyt duże rozbieżności, co się chwali. Autor musiał więc zapoznać się z tymi pozycjami i sprawdzić w jaki sposób powinien poprowadzić historię, aby nie pojawiły się konflikty. Nie wszędzie się to niestety udało - a szkoda - jednak nie są to różnice bardzo znaczące. Jeśli jednak komuś bardzo zależy na konsekwencji i konsystencji wydarzeń to może poczuć się nieco zawiedziony. Jest bowiem kilka szczegółów odbiegających od "Narodzin Hordy" oraz pierwszych stron "Przebudzenia Króla Lisza".

Wspomniany już lekki styl napędza wręcz całą fabułę - mimo tego, że nie rwie do przodu, czego można by się było spodziewać po opisach bitew, to jednak czyta się dobrze. W końcu ważne jest też to, aby w opisie bitwy nie pojawił się chaos. Aaron Rosenberg na szczęście potrafi opisywać walkę, co stanowi niewątpliwy plus w książce, w której tych walk jest co nie miara. Daleko mu co prawda do poetyckich opisów rodem z "Władcy Pierścieni", jednak przede wszystkim jest jasne kto z kim walczy i jak wyglądają poszczególne manewry wojsk. Zbyt wiele książek istnieje, które mają na swoich polach bitew ogromny chaos, żeby nie docenić "Fal ciemności".

"Żem pokazał, jak to się robi, teraz jazda na dół, i upewnić się, że każdy z tych olbrzymów padnie na pysk!"

Samo zakończenie i zwieńczenie wydarzeń Drugiej Wojny zostały niestety potraktowane nieco po macoszemu. Autor błyskawicznie przebrnął przez kilka ostatnich scen, wydarzenia potoczyły się z niesamowitą prędkością, chociaż pozbawione dynamiki. Po prostu się pojawiły. Tak jak spore dziury pomiędzy kolejnymi ruchami Przymierza oraz Hordy. Aż się prosi o to, aby kulminacyjny moment został przedstawiony z większymi szczegółami. Żeby nie zajął raptem połowy strony. To jednak dość częsta bolączka wielu pisarzy - pod koniec zaganiają, jakby chcieli jak najszybciej cały rozdział swojego życia związany z książką zamknąć. Tak jak Przymierze chciało zamknąć rozdział Hordy, a Horda rozdział swojego poniżenia.

Dla fanów uniwersum stworzonego przez firmę Blizzard jest to niemalże obowiązkowa pozycja. Zwłaszcza jako uzupełnienie dwóch książek Christie Golden. Ewentualnie właśnie początek, który pozwoli poznać historię Azeroth oraz Draenoru. Ta przyjemna lektura może być jednak również nie lada kąskiem dla osób niezaznajomionych z tym światem, a które cenią sobie po prostu dobrą powieść z wyrazistymi postaciami i dopracowaną fabułą. Powinna się spodobać niemalże każdemu fanowi literatury fantastycznej.

Łączna ocena: 7/10


czwartek, 8 lutego 2018

Z ekranu pod pióro #22 - "Więzień labiryntu: Lek na śmierć"

Źródło: Filmweb
Tytuł: Więzień labiryntu: Lek na śmierć
Reżyseria: Wes Ball
Premiera: 2018
Gatunek: thriller, akcja, sci-fi


Jakoś tak znowu wyszło, że zajrzałem do kina po dwóch miesiącach nieobecności w tym przybytku kultury i rozrywki (he-he). Tak po prawdzie miałem ochotę się wybrać już w styczniu, ale nie widziałem akurat niczego ciekawego, a dla samego pójścia nie ma sensu. W końcu Netflix wykupiony to lepiej coś na nim wyszperać, jeśli się ma ochotę po prostu coś obejrzeć. Jednak jak w repertuarze zobaczyłem najnowszą część "Więźnia labiryntu", to jednak się skusiłem. Oglądałem poprzednie części i nawet mi podeszły. Możecie się o tym zresztą przekonać w mojej opinii o "Próbach ognia" - wcale nie najgorzej. A jak wyszło tym razem? Dość przeciętnie.

Wyścig po lek na śmierć rozpoczął się już wiele lat temu. Biorą w nim udziały zarówno ci, którzy chcą, jak i ci, którzy zostali do tego zmuszeni. Thomas chce po prostu spokoju i uwolnienia wszystkich swoich przyjaciół z rąk DRESZCZU, jednak nie spodziewa się tego, w jaki sposób kolej losu potrafi zataczać koła. Zwłaszcza w świecie opanowanym przez śmiercionośny wirus, w którym każdy ruch powinien zostać przemyślany co najmniej dwa razy.

"Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć" - Wes Ball zdecydowanie wziął sobie do serca jedne z najsłynniejszych słów Alfreda Hitchcocka (choć sam cytat przypisywany jest również Samuelowi Goldwynowi). "Więzień labiryntu. Lek na śmierć" zaczyna się bowiem z wysokiego C. Niestety tylko przez pewien czas udało się ten dźwięk utrzymać - im bliżej końca tym bardziej głos drżał i spadał coraz niżej. Pierwsze założenie stworzenia doskonałego filmu udało się więc spełnić w 100%, niestety nie udało się utrzymać napięcia na pożądanym poziomie. Żeby nie wspomnieć o jego wzroście.

"Więzień labiryntu: Lek na śmierć"
Produkcja ta rzeczywiście od samego początku obiecuje wiele. Pierwsze sceny pościgu robią wrażenie, potrafią trzymać w napięciu i wyglądają jak dobrze zaplanowana akcja. Zarówno pod kątem fabularnym, jak i technicznym. Tego samego można by oczekiwać po reszcie filmu - skoro raz się udało i to tak dobrze, to czemu miałoby się nie udać później? Niestety jak się okazuje później jest gorzej. Tak jak pierwsze sceny mają ręce i nogi, tak niestety później pojawia się już problem. Fizyka, biologia, chemia - wszystko jest przewrócone do góry nogami. Tak, jak w przypadku filmu z superbohaterami (Marvel czy DC Comics) przełknę dziwne i niemożliwe wydarzenia, tak tutaj już niekoniecznie. Rozumiem, że jest to dystopijny obraz przyszłości, w której technologia jest wysoko rozwinięta. No ale właśnie - technologia, a nie mieszanie w prawach natury.

Trochę bolesne było również pominięcie spraw, które są przez większość produkcji apokaliptycznych brane właśnie na pierwszy ogień. Mam samochód, opancerzony - super, fajnie, ale nie przejadę nim daleko, bo skąd mam wziąć paliwo? Nie ma fabryk amunicji, więc muszę ją oszczędzać. Nie, to nie jest obraz przedstawiony w "Więźniu labiryntu. Lek na śmierć". Tutaj bohaterowi odpalili kody na nieskończoną amunicję i jeżdżą sobie, latają, pływają czym chcą - dosłownie jakby w ogóle się paliwo nie kończyło. Nigdy. Mimo tego, że w przeciętnym filmie akcji nie bierze się tych spraw pod uwagę, tak w produkcji pokazującej postapokaliptyczny świat, jest to jedna z najważniejszych rzeczy. Może nie taka, którą widać od razu, ale jest czymś w rodzaju kamyczka w bucie. Krzywdy nie robi, da się z tym iść, ale irytuje tak mocno, że człowiek może się wręcz wściec.

Żeby jednak nie wyrzucać samych wad na stół, to warto jednak wspomnieć o tym, że aktorzy (w większości) dali świetny popis gry. Przyjemnie się obserwowało emocje, które wyrażali, zwłaszcza że kamera pracowała dość często na przybliżeniu twarzy. Pierwsza część "Więźnia labiryntu" miała swoją premierą w 2014 roku, więc dość ciekawym doświadczeniem jest też oglądanie w jaki sposób aktorzy zmienili się przez te cztery lata, zwłaszcza że niektórzy z nich wówczas ledwo weszli w trzecie dziesięciolecie swojego życia.

"Więzień labiryntu: Lek na śmierć"
Było też mnóstwo przewidywalnych i oczywistych momentów. Kiedy już widzicie, że bohaterowie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, to stanie się dokładnie to, co Wam pierwsze przyjdzie do głowy. Tak naprawdę zawsze z tych sytuacji jest tylko jedno wyjście, tak bowiem zostały skonstruowane. No dobrze, jest jeszcze jedno - śmierć wszystkich. Tutaj być może winić trzeba książkę, na podstawie której powstała ekranizacja, chociaż zarówno jej opisy jak i opinie wskazują raczej na sporą dawkę inwencji twórczej reżysera i scenarzystów. Z jednej strony człowiek może trochę ponarzekać na takie oczywistości, ale z drugiej same sceny oglądało się świetnie. Nie było zbyt dużej ilości CGI (a raczej nie było jej widać, nie rzucała się w oczy), a tam gdzie ewidentnie coś nie mogło powstać bez wspomagania komputerowego, było to zrobione w przyjemny dla oka sposób.

Można powiedzieć, że "Więzień labiryntu. Lek na śmierć" to film pełen sprzeczności. Z jednej strony ogląda się go doskonale i z przyjemnością. Można się wczuć w klimat oraz przeżywać wszystkie emocje bohaterów. Z drugiej strony napięcie zamiast rosnąć, to maleje, a im głębiej w las, tym drzewa jakieś takie coraz bardziej pokraczne. Mniej się to wszystko trzyma całości, pojawia się ogromna ilość oczywistych scen i banalnych rozwiązań. Zresztą zakończenie również nie powala - jest jednym z dwóch najbardziej spodziewanych rozwiązań, jakie sobie można wyobrazić. Z czego drugie z oczywistych względów nie wchodzi w grę. To nie ten typ filmu, w którym smutne zakończenie jest czymś, czego może oczekiwać widownia.

Łączna ocena: 6/10

Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

wtorek, 6 lutego 2018

"Górnicy PL" - Karolina Macios

"Górnicy PL" - Karolina Macios
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Karolina Macios
Tytuł: Górnicy PL
Wydawnictwo: Insignis
Stron: 208
Data wydania: 31 stycznia 2018


Discovery Channel znane jest między innymi z tworzenia programów ukazujących pracę różnych ludzi - zarówno pokazaną w bardziej humorystyczn, jak i poważny sposób. Jedna z ich produkcji to "Górnicy PL", która ukazuje pracę górników w polskich kopalniach. "Górnicy PL" to również tytuł książki, która opowiada historie bohaterów serialu. Historie, których nie da się uchwycić kamerą, które nie mogą zostać odpowiednio oświetlone lampami i obrobione w montażowni. 

Siedem osób z trzech różnych kopalni, siedem różnych historii i sposobów patrzenia na świat. Wśród tych osób wspólny mianownik - praca kilkaset metrów pod ziemią, w ciągłym niebezpieczeństwie. Karolina Macios zebrała wszystko, co najważniejsze z rozmów, które odbyła z bohaterami serialu "Górnicy PL" i przedstawiła ich punkt widzenia. Przybliżyła jedną z najbardziej niebezpiecznych prac na świecie, którą wykonuje każdego dnia kilkaset tysięcy osób w Polsce. Jej wady i zalety, ale przede wszystkich jej wykonawców - zwykłych ludzi, którzy każdego dnia zjeżdżają na dół, a ich rodziny zastanawiają się, czy nie jest to ich ostatni zjazd.

Książka nierozerwalnie łączy się z serialem produkowanym przez Discovery Channel. Występują w niej ci sami bohaterowie, chociaż ukazani z nieco innej perspektywy. Nie jako osoby wykonujące na bieżąco swoje obowiązki, ale takie, które potrafią opowiedzieć zarówno o tym, w jaki sposób praca górnika wygląda, ale również jak wyglądała ona wiele lat temu. Oderwanie od serialu widać również we fragmentach, w których wspominane są niektóre kręcone sceny. Wiele z nich to swoiste wyprostowanie tego, co trzeba było zmienić, aby lepiej wyglądało na ekranie - niektóre wydarzenia, słownictwo czy nawet osoby.

Karolina Macios przeprowadziła rozmowy z siedmiorgiem górników - sześcioma mężczyznami oraz jedną kobietą. Malwina Smulska jest geologiem i jedną z pierwszych kobiet, które zaczęły pracować na dole. Jej historia to głównie przedstawienie tego, w jaki sposób kobiety musiało przedzierać się przez stereotypowe myślenie, ukazane jednak w sposób bardzo pozytywny. Inni bohaterowie pokazują również jak młodzi przechodzą chrzest oraz dlaczego powinno się na nich uważać. Przede wszystkim bowiem "Górnicy PL" to opowieść o niebezpieczeństwach, które czyhają na każdym kroku, w każdej kopalni. Czasem jest to metan, czasem groźba pożaru, a we wszystkich kopalniach groźba osunięcia się stropu.

Wszystkie rozmowy przeprowadzane były głównie w mieszkaniach górników. Można więc nieco lepiej poznać nie tylko samą pracę, ale również rodzinę. Autorka nie zapomina o informacjach na temat rodzinnych rozmów o tym, co się dzieje na dole oraz o ogromnie zmartwień, które są nieodłączną częścią życia rodziny, w której żyje górnik. Zwłaszcza, kiedy syn postanowi pójść w ślady ojca.

"Szybko okazało się, że nie wybrałam sobie najłatwiejszego kierunku, a nic nie zabija w człowieku zainteresowania danym tematem tak jak studia."

Niesamowite jest, jak bardzo zżytą ze sobą społecznością są górnicy. Ich praca musi być czysto zespołowa, więc nie mają wyjścia - zaufanie to podstawa. A kiedy życie człowieka zależy od tego, co zrobi druga osoba, zaufanie buduje się błyskawicznie. Tworzy się więź, którą ciężko nazwać inaczej niż rodzinną. To również zostało świetnie ukazane przez autorkę, nie tylko przez komentarze, ale również przez odpowiedni dobór wypowiedzi. Można dojść do wniosku, że już w niewielu zawodach potrafi się wytworzyć takie połączenie między wsółpracownikami. Coraz rzadziej bowiem życie jednego pracownika może zależeć od decyzji całego zespołu. A tam, na dole, podczas szychty, to właśnie współpracownicy i ich decyzje wpływają na to, czy cały zespół wyjedzie na powierzchnię w pełni zdrów.

Wszystkie te historie opowiedziane są w niezwykle lekki i przystępny sposób. Żadnego zalewania czytelnika mnóstwem trudnych słów, charakterystycznych dla branży. Oczywiście pojawiają się, i to nie raz, jednak podane w taki sposób, który wręcz pomaga je zapamiętać. Autorka wyjaśnia mimochodem znaczenie każdego z nich, jednak nie robi tego w sposób nachalny. Definicja wręcz wychodzi sama z siebie, a dokładniej z kontekstu zdania lub opisywanej sytuacji. Można więc powiedzieć, że książka łączy przyjemne z pożytecznym - a jedno z drugim przeplata się w sposób wręcz naturalny.

Zdecydowanie polecam każdemu, kto chciałby poznać opowieści górników o ich pracy - począwszy od "szeregowego" górnika, aż po dział kierownictwa. Przyjemna książka, napisana lekkim językiem, z pewnością nie zniechęci ani do tematyki górnictwa, ani do samej literatury faktu, która czasem bywa ciężka w odbiorze. "Górnicy PL" to doskonała przeciwwaga dla obecnych stereotypów i rozjaśnia nieco mroki tego niezwykle niebezpiecznego zawodu. Pokazuje również rodziny - zarówno te najbliższe, jaki te, które tworzą się w samych kopalniach. Górnictwo bowiem co coś więcej niż zwykła praca. To poświęcenie, często swojego życia, oraz nauka zaufania. Zwłaszcza, gdy od innych osób zależy zdrowie i życie.

Łączna ocena: 8/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...