poniedziałek, 12 lutego 2018

"Zakon Achawy" - Robert P.

"Zakon Achawy" - Robert P.
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Robert P.
Tytuł: Zakon Achawy
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 220
Data wydania: 29 stycznia 2018


Powieści fantasy chyba nigdy mi się nie znudzą. Towarzyszą mi odkąd pamiętam - pojawiały się jeszcze w czasach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, trwając przy mnie niezmiennie przez liceum, okres studiów i dorosłe życie aż do teraz. Mimo, że widziałem już mnóstwo różnych motywów przeplecionych nieskończoną wręcz liczbą możliwych kombinacji wydarzeń, to cały czas czerpię radość z niemalże każdej kolejnej książki. Cieszę się również z każdej polskiej pozycji, napisanej przez Polaka - albowiem wiem, że nie nie tylko zagraniczni autorzy potrafią pisać niesamowite historie. Niestety tym razem bardzo się zawiodłem - można bowiem wskazać więcej wad tej książki, niż liczy ona stron.

Achawici są w stanie niemalże ciągłej wojny z demonami, wampirami oraz innymi stworzeniami nocy, które zagrażają nie tylko im, ale i całemu światu. Nikt nie ma pojęcia jaki będzie wynik tej trwającej już zbyt długo wojny. Eowici dzielnie wspierają siły zakonu, jednak walka wciąż trwa. Magia, siła oraz spryt ścierają się ze sobą raz za razem, tworząc niekończącą się spiralę śmierci, łez i cierpienia.

Zastanawiam się czy autor absolutnie zakazał redagowania swojej książki lub stwierdził, że przecież nie jest mu to potrzebne. Nie jest to pierwsza książka Wydawnictwa Psychoskok, którą miałem okazję czytać i akurat na kwestię redakcji oraz korekty narzekać nigdy nie mogłem. Zawsze język stał na wystarczająco wysokim poziomie, żeby można było spokojnie książkę czytać. Tutaj nie. Treść wygląda tak, jakby autor po prostu przelał swoje myśli na kartkę, sam ich nawet nie przeczytał i od razu dał do druku. Wyszło po prostu TRAGICZNIE. Próba przedarcia się przez kolejne słowa to dosłownie męka sama w sobie. Błędy stylistyczne, błędy ortograficzne, błędy interpunkcyjne - jeśli jeszcze nie wynaleziono jakiegoś rodzaju błędu, to na pewno występuje on w "Zakonie Achawy".

Już dawno temu określone zostały zasady pisowni dialogów. Zarówno przejścia pomiędzy kolejnymi kwestiami, jak i sposoby wtrącania w nie opisów. Stworzono je po to, aby czytelnikowi łatwiej było odnaleźć się w dialogach i żeby mógł jednoznacznie stwierdzić, kto się akurat wypowiada. Robert P. jednak uznał chyba, że nie jest to wcale potrzebne. Dlatego też rozpoczynając jakąś kwestię ciągnął ją ciurkiem razem z całą resztą otoczki wokół dialogów. Jedna półpauza na początku akapitu, a po niej wszystko - wypowiedzi kilku osób niczym nie oddzielone od siebie, przemyślenia bohaterów (również niczym nie oddzielone od siebie), zmiany postaci, które się wypowiadają.

"- Nie wierzę, taki zaszczyt nas spotkał. Zefirze, zostałeś wybrany przez Zakon Achawy. Nie wierzę... - dodała i usiadła w fotelu. Zefir z motylem na ramieniu stał jak słup soli. Mamo, a co to jest właściwie Zakon Achawy? W tej samej chwili wjechał na podwórze Azam ze zwiniętymi w rulon skórami Amaszy, z nieukrywaną dumą ze swego zwycięstwa."

Tego typu "kfiatki" zdarzają się co chwilę, więc nawet jak człowiek by próbował znaleźć wartość w wydarzeniach opisywanych przez autora, to nie może tego zrobić. Zbyt długo zastanawia się nad tym, co właściwie czyta. Kto powiedział jaką frazę, gdzie się pojawiło wtrącenie, a kiedy nastąpiła zmiana rozmówcy. Czasem ponowne przeczytania danego fragmentu pomaga. Czasem jednak trzeba się trochę wysilić, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Takie kilkukrotne pauzy w obrębie jednej strony zdecydowanie zniechęcają i wywołują jedynie irytację. To powinna wychwycić redakcja, więc jest to kolejny dowód na to, że redakcji w ogóle nie było.

Wcale w lekturze nie pomagają też przypisy wrzucone w sam środek akapitów. Robert P. próbował nimi wyjaśnić czym są przedmioty, o których wspomina, a wyszło tak nienaturalnie, że aż robiło się trochę żenująco. Po prostu przy nazwie konkretnego artefaktu autor wrzucał słowa "jest to" i wyjaśniał. Po prostu. Jak w encyklopedii. Podobnie było w przypadku informowania o stanie wiedzy bohaterów. Postać podczas swojej kwestii zaczyna wyjaśniać, że wie to wszystko z takiej i takiej książki, która opowiada o tym i o tym i poleca bardzo przeczytanie. Jak jakiś początkujący marketingowiec, który niezbyt nadaje się do tej pracy.

"- Z radością przyjdziemy z żoną na wieczerzę, a teraz zabieram się do roboty - odrzekł Azam, chwytając Włócznię Wiatru. Jest to włócznia, stworzona przez dziada Azama. Ma magiczną właściwość - podczas rzutu w cel nigdy nie chybia i mknie z prędkością wiatru). Tak uzbrojony zajrzał do Zefira."

Nie, nie zrobiłem tam sam błędu wstawiając nawias okrągły. A dokładniej jedną z jego połówek - bo nie został on w tym fragmencie nigdy otwarty. Redakcja, korekta - do znudzenia można wyliczać takie błędy. Sam cytat jest jednym z bardziej naturalnych przykładów objaśnienia czym jest wspomniany przedmiot. Naprawdę - tutaj prawie nie czuć tej formy przypisu, który lepiej wyglądałby gdzieś na samym dole strony, a do książki fantastycznej to już w ogóle pasuje jak pięść do nosa.

Autor ma również dość liberalne podejście do trzymania się zasad nazywania przedmiotów. Czasem nazwy własne zapisywane są w całości małymi literami, czasem rozpoczynają się wielką literą. Często nawet odniesienia do dokładnie tej samej rzeczy zapisywane są w losowy wręcz sposób. Czasem się autorowi zachciało zapisać małymi literami, czasem użył wielkiej. A co tam, po co się trzymać jednolitego schematu i ułatwiać czytelnikowi życie. Niech się sam domyśli, czy akurat Robert P. miał na myśli nazwę własną, czy też chodzi o jakiś ogólny zbiór.

Swoją drogą niemalże wszystkie przedmioty, które miałem okazję poznać miały niesamowite moce. Wszystkie albo zapewniały nietykalność (ochrona przed magią i ogniem, pełna ochrona przed magią i bronią), albo były przerażająco śmiercionośne (zawsze trafiały i leciały z niesamowitą prędkością). Sami Achawici też są nieśmiertelni. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi po prostu o długowieczność. Wychodzi jednak na to, że naprawdę NIE DA SIĘ ich zabić. Tak jak nie da się zaatakować stanicy - mają one wspomniane pola w pełni chroniące przed magią i bronią. Do tego członkowie Zakonu Achawy mają niezwykle wytrzymałe zbroje, chroniące praktycznie przed wszystkim. Oczywiście walki są prowadzone cały czas, tylko co to za sens przedstawiania walk postaci nieśmiertelnych, które dysponują idealną, śmiercionośną bronią?

Zresztą same opisy walk przypominają relacje na żywo z imprez sportowych, które można spotkać na takich stronach jak sport.onet.pl. Nie żeby coś było nie tak z tymi relacjami onetowymi - są proste, krótkie, zawierają tylko niezbędne informacje i są wartościowe dla kogoś, kto nie może obejrzeć całego wydarzenia. Książki jednak nie czyta się dlatego, bo nie ma się czasu na wyobrażenie sobie opisów. Autor natomiast stworzył krótkie zdania przedstawiające tylko "najważniejsze" akcje podjęte podczas walki. Zaklęcie. Odbicie. Machnięcie mieczem. Trafienie. Krew. W ogóle nie rozbudza to wyobraźni, tylko zniechęca do czytania opisów. Człowiek próbuje uciec przed nimi, licząc na nieco więcej ciekawych rzeczy dalej, w innych fragmentach książki.

"Morner nie zdążył wykonać uniku, rażony zaklęciem spadł ogłuszony z nieba prosto na polankę, jednak jego zbroja pozwoliła na to, iż nie ucierpiał fizycznie, jednak na chwilę stracił przytomność."

Poza tym tak czy siak ciężko nadążyć za wydarzeniami, ponieważ czas w "Zakonie Achawy" jest pojęciem względnym. Pierwsze sceny dotyczą między innymi szkolenia w Zakonie. Można się spodziewać długiej nauki - w końcu to jedno z najbardziej elitarnych miejsc, a trafienie do niego to honor dla całej rodziny. Zakon walczy z najbardziej niebezpiecznymi potworami, więc szkolenie powinno być porządne i kompleksowe - co zresztą jest obiecane w mowie początkowej Arcykapłanki. No tak. Szkolenie trwało łącznie kilka stron i składało się na dwie lekcje, które trwały chyba po pół godziny. Zgwałćmy logikę jeszcze raz, bo wciąż jej mało upokorzenia.

Teraz chyba najgorsza część całej tej opinii. Wszystkie powyższe zarzuty dotyczą 34 (słownie: trzydziestu czterech) stron "Zakonu Achawy". Tylko tyle bowiem dałem radę przeczytać i niniejszym książka ta stała się drugą w moim życiu, której nie dałem rady przeczytać w całości - mimo szczerych chęci. Oczywiście zadałem sobie trud sprawdzenia pozostałych stron, czytając wyrywkowo fragmenty. Miałem nadzieję, że może są to tylko problemy dotykające jedynie początku książki. Niestety nie - cały "Zakon Achawy" jest zlepkiem niepoprawnie zapisanych zdań, pełnych błędów wszelkiego rodzaju z przerażająco sztucznym wykonaniem. Nie mogę nawet pochwalić samego pomysłu - nie, nie ma potencjału. Ale przyznać muszę jedno, opis książki został doskonale przygotowany, tutaj autor odniósł sukces. Z marketingowego punktu widzenia obiecuje mnóstwo wspaniałej zabawy. A to, że nie zdradza nic na temat prawdziwej treści książki, to właśnie ten sukces.

Absolutnie odradzam, choćby z powodu mnóstwa błędów językowych. Nie da się po prostu czytać książki, która zawiera ich aż tyle. Tak naprawdę na tym można by zakończyć podsumowanie, które - mimo niedokończenia książki - postanowiłem jednak napisać. Kiedy się wystawia czemuś negatywną ocenę, warto ją bowiem poprzeć konstruktywnymi argumentami. A tak jak w przypadku samej fabuły czy sposobu jej przedstawiania można się spierać, tak w przypadku piętrzących się błędów w warsztacie autora kłócić się trudno. Nie sięgajcie po "Zakon Achawy" - znajdźcie cokolwiek innego, co po prostu będzie napisane w miarę poprawnym językiem. Nawet w zupełności wystarczy język, który osobiście prezentuję. Wiele pozostawia on do życzenia, sam się prosi o korektę, ale wciąż jest o niebo lepszy od tego, który jest prezentowany w opisywanej książce. To chyba powinno wszystkim dać do myślenia.

Łączna ocena: 1/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


0 komentarze:

Prześlij komentarz