piątek, 12 października 2018

[PREMIERA] „Pierwsze słowo” – Marta Kisiel

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Pierwsze słowo
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 320
Data wydania: 17 października 2018


Mam bardzo mieszane uczucia kiedy myślę o zbiorach opowiadań. Te, na które trafiałem do tej pory, były loterią – czasem były przyjemne, czasem równe, czasem zawierały kilka świetnych opowiadań a przez resztę ciężko było przebrnąć. Nic więc dziwnego, że podchodzę do takich tomów jak pies do jeża. Jednak pamięć o tych opowiadaniach, które zapadły mi w pamięć i były warte spędzonego nad zbiorami czasu, nakłania mnie do sięgania po kolejne. W końcu zdarzały się już książki, które zawierały praktycznie same dobre opowiadania. Szkoda by było stracić okazję na znalezienie takiej perełki. Może i małże nie byłyby wbiebowzięte, ale zapewne książką by nie pogardziły.

Co łączy cmentarzysko, zamtuz, dzierlatki oraz korporację? Opowiadania. Raz mroczne, raz wesołe, idealne na chandrę oraz takie na wspaniały humor. W tym wszystkim pląsa mały anioł, Lichem zwany, który zamieszkuje pewien wspaniały dom i dba o niego jak o swój własny. Wszystko spod pióra Marty Kisiel, która udowadnia, że żonglowanie między światami, postaciami i klimatami nie jest wcale takie trudne. W każdym razie jest wykonalne. Długie, krótkie, rozbawiające do łez i skłaniające do refleksji (nie mylić z refluksem) – to wszystko można znaleźć na kartach niniejszej książki.

„Mógł godzinami rozprawiać o zwyczajach godowych surykatek albo jeziorach kraterowych, ale jedynym gatunkiem drzewa, który rozpoznawał, była wierzba, a za naturalne środowisko podgrzybków uważał słoiczek”.

Niemal każde opowiadanie jest z zupełnie innej bajki, a mimo to praktycznie wszystkie wydają się być równe. Równo napisane, z utrzymaną taką samą jakością; ciężko znaleźć takie, które wyróżniałoby się w jedną czy drugą stronę. Marta Kisiel zdecydowanie potrafi przede wszystkim wyczuć środek ciężkości danego opowiadania. W zbiorze można znaleźć zarówno takie, które zajmują raptem kilka stron, jak również te, które czyta się przez kilkanaście kartek. Bez względu na to, jak długie jest dane opowiadanie, ma dobrze osadzony środek ciężkości – jest skrojone wręcz na miarę. Nie kończy się nagle i niespodziewanie, nie zaczyna w pewnym momencie gnać na złamanie karku. Opowiadaniom w „Pierwszym słowie” brak jest więc jednego z najbardziej irytujących problemów opowiadań, którego niestety nie jest tak łatwo uniknąć.

Kiedy czytałem pierwszy raz książkę napisaną przez Martę Kisiel, zachwyciło mnie bogactwo słownictwa, którym może się poszczycić autorka. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie próbowała się ani wtedy, ani w „Pierwszym słowie” chwalić znajomością „trudnego” słownictwa. Nie próbowała (i nie próbuje) wyjść na niesamowicie elokwentną. Używa po prostu mnóstwa różnych wariacji popularnych słów oraz zdecydowanie widać, że słownik wyrazów bliskoznacznych to jeden z jej najbliższych przyjaciół – nawet pisząc niniejszą opinię czuję się jakbym posługiwał się jedynie minimalną liczbą wymaganych do swobodnej komunikacji słów. A przecież autorka używa jedynie słów ogólnie znanych, nie sięga po żadne wymyślne czy niezwykle fikuśne. 

„ – No i mamy pojedynek na głupotę, bezdenna przeciw bezbrzeżnej (...)”.

Autorka (lub – jak ją określają fani – ałtorka) miesza ton radosny z tym przybijającym, dzięki czemu otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. W jednym opowiadaniu przyciska nas depresja, a w drugim tryskamy radością i entuzjazmem wraz z bohaterami. Te nieco bardziej dołujące są jednak krótkie, treściwe i pozostawiające sporo do domysłów i własnej interpretacji – te bardziej wesołe mają o wiele dłuższą formę. Niby nie wpływa to w żaden sposób na same opowiadania (jak wspomniałem, są raczej równe), jednak zdecydowanie inaczej się je odbiera. W każdym razie ja każde z nich przeżywałem w zupełnie inny sposób. Krótkie, depresyjne formy nie pozwalały mi się wgryźć w detale, a jedynie ukazywały sam szkielet, wokół którego można samemu zbudować odpowiednie tkanki i uformować z nich docelowy kształt. Wydaje się to nieco przesadzonym opisem, jednak naprawdę można dokładnie takie wrażenie odnieść – jakby Marta Kisiel specjalnie zostawiła jedynie sam szkielet opowiadania, który pozostawia dużo miejsca na interpretację.

Bardzo udany zbiór opowiadań, które nie są może bardzo odkrywcze czy porywające, ale zapewniają sporo rozrywki (oraz przemyśleń). Na ogromny plus na pewno zasługuje fakt, że niemalże wszystkie z nich są równe – nie ma takich, które znacznie odbiegają jakością od reszty. Ciężko mi wskazać najgorsze lub najlepsze z nich. Co w połączeniu z dobrym całokształtem daje naprawdę niezły wynik. Osobiście jestem ukontentowany „Pierwszym słowem” i zaliczam je do tego nielicznego grona zbiorów opowiadań, które będę wspominał pozytywnie. A nawet polecał! Zwłaszcza, że znajdują się w nim opowiadania dotyczące Licha oraz Ody, znanych z innych, tym razem dłuższych, dzieł Marty Kisiel.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


0 komentarze:

Publikowanie komentarza