poniedziałek, 8 października 2018

Z ekranu pod pióro #26 – „Venom”

„Venom” plakat
Źródło: Filmweb
Tytuł: Venom
Reżyseria: Ruben Fleischer
Premiera: 2018
Gatunek: akcja, sci-fi


Powoli zaczyna się sezon na całkiem spoko premiery filmów. Sezon ogórkowy się zakończył, więc aż się prosi o większe zainteresowanie kinem. Nawet specjalnie z tej okazji (chociaż i tak się mi przyda) założyłem portfel Masterpass, dzięki któremu mogę nabyć bilety do kina za 10 zł sztuka! Zdecydowanie przebija to na razie w moich oczach Cinema City Unlimited, ponieważ nie zawsze mam czas na kino, nawet i te dwa razy w miesiącu. Często też nie ma dla mnie niczego ciekawego z premier, a nadrabianie również może być kłopotliwe czasowo. Jednak dzięki Masterpass w cenie Unlimited mam cztery seanse miesięcznie – być może nawet uda się to w październiku wykonać, bo jest na co chodzić ;)

Dla członków załogi wahadłowca „Fundacji Życia” miał to być prosty powrót na Ziemię po misji zwiadowczej. Niestety coś poszło nie tak, co dla całej planety może oznaczać nawet zagładę. Nie wie o tym jednak Eddie Brock, który nieświadomie staje się żywicielem dla Venoma – symbionta, który trafił na Ziemię, a który nie jest w stanie przeżyć bez nosiciela. Eddie, którego życie legło w gruzach jeszcze nie wie, w jak poważne tarapaty wpadł i jak bardzo jego życie się zmieni w najbliższej przyszłości.


„Venom” to film wielu sprzeczności. Od samego początku, kiedy tylko wszedł na ekrany kin, miażdżony jest przez krytyków i jednocześnie wysoko oceniany przez przeciętną widownię. Nie ma się co temu dziwić, bowiem scenariusz ma niewiele wspólnego z wydarzeniami, które znane są z komiksu. Przede wszystkim nie uświadczymy w nim Spidermana, który jest wszak wręcz nieodłączną częścią historii symbionta. Antagonista jest zupełnie inny, a sam antybohater nie jest tym, do którego przyzwyczajeni są fani Marvela. Nawet jeśli odetniemy od filmu te aspekty i potraktujemy tę produkcję jako bardzo szeroko zinterpretowaną adaptację, która być może stanowi jakieś preludium przed wprowadzeniem pajęczego bohatera, to wciąż film ma wiele wad. Jednak – co bardzo ciekawe – mimo tego wszystkiego bawiłem się na nim całkiem przednio.

Początek jest nudny jak flaki z olejem. Wprowadzenie do fabuły ciągnie się niemiłosiernie długo – mamy przedstawione życie Brocka, dziennikarza, w którego rolę wcielił się Tom Hardy. Mamy również historię symbionta oraz antagonisty (który swoją drogą tak mocno przypominał Elona Muska, że przez pół filmu zastanawiałem się nad tym, czy reżyser specjalnie w ten sposób przedstawia Drake’a), ale wszystko pozbawione jest pazura i jakiejkolwiek akcji. Dopiero po kilkudziesięciu minutach, kiedy Venom pojawia się po raz pierwszy, film zaczyna galopować. Dosłownie – najpierw koń grzebał sobie kopytem w trawie, a nagle poderwał się do galopu, albo wręcz cwału. Dopiero tutaj zaczyna się cała zabawa.

Dość problematyczne jest również to, że z całego filmu w pamięć zapada tylko Eddie Brock. Absolutnie żaden inny aktor ani aktorka nie dała z siebie więcej, niż to absolutnie konieczne. Oczywiście można powiedzieć, że to w końcu jest film o Venomie, więc to główny (anty)bohater powinien grać pierwsze skrzypce, jednak kiedy cały film napędza tylko jedna postać, nie jest zbyt dobrym znakiem. Wspomniany już przeze mnie Drake, który jest w tym przypadku antagonistą, w ogóle nie jest w stanie przebić się do świadomości widza. Tak naprawdę gdyby nie fakt, że stylizowany jest bardzo mocno na odpowiednik Elona Muska – wielkiego wizjonera zafascynowanego lotami w kosmos, który od najmłodszych lat miał mnóstwo rewolucyjnych pomysłów – to po prostu mignąłby mi przed oczami. Tak po prostu.

Film jednak bardzo ratują (o ile nie zwracamy uwagi na ogromną rozbieżność z komiksem) zarówno sceny akcji, jak i humor. Wbrew temu, co miałem okazję przeczytać przed seansem, „Venom” nie został zamieniony w komedię. Oczywiście jest dużo scen, które tryskają humorem, jednak ograniczony jest on głównie do krótkich dialogów pomiędzy symbiontem a jego nosicielem. Nie pojawiają się jednak one co dwie minuty – tak naprawdę jest ich wbrew pozorom niewiele. Pojawiają się jako pewnego rodzaju przerywniki, których zadaniem jest nieznaczne ostudzenie emocji. W końcu występują głównie pomiędzy kolejnymi scenami akcji, w których CGI odwaliło kawał dobrej roboty. Pisząc to, mam na myśli brak zbyt dużego kombinowania i zalania widzów lawiną widocznych gołym okiem efektów, które tworzone są dla samego faktu pokazania, co potrafi współczesna technologia.

O spłyceniu relacji między symbiontem a jego nosicielem można całe wykłady napisać, jednak wiele wskazuje na to, że to miał być po prostu film akcji ze scenami walk, pościgów, a nie studium przypadku walki dwóch umysłów. Tego ostatniego bowiem nie było wcale – Eddie Brock nie wyglądał na bardzo przejętego faktem posiadania w sobie nieziemskiej istoty, natomiast sam Venom nie musiał również walczyć o dominację. Twórcy jednak pokazali parę szczegółów, na które przeciętny człowiek nie zwróci uwagi podczas zastanawiania się nad konsekwencjami tego typu symbiozy. Na pewno jednak osoby, które nastawione były na nieco bardziej psychologiczne podejście w filmie, będą srodze rozczarowane. To nie jest ten typ filmu, zdecydowanie.

Szukacie prostego filmu akcji, który wykorzystuje jedną z postaci znanych z Uniwersum Marvela? Dobrze trafiliście. Jeśli pójdziecie do kina z takim nastawieniem, to otrzymacie nawet dobry film. „Venom” jednak rozczaruje wszystkich, którzy chcą produkcji rodem z Marvel Cinematic Universe. Brak Spidermana (chociaż tutaj zaważyły względy licencyjne), zrobienie z Venoma antybohatera, przeniesienie akcji filmu do innego miasta, kompletnie inny rys psychologiczny Eddiego Brocka – wszystko to spisuje ten film na straty wśród fanów Marvela. To już więc tylko od tego, czego oczekujecie od tej produkcji zależy czy jest sens się na nią wybierać. Powiem na koniec jednak jeszcze jedno – scena między napisami zapowiada dość interesującą przyszłość. ;)

Łączna ocena: 7/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza