niedziela, 17 marca 2019

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Złodziej czasu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 408
Data wydania: wrzesień 2016


Jak tak spojrzałem sobie na swój spis przeczytanych książek i zobaczyłem, że niedługo minie rok, odkąd ostatni raz sięgnąłem po książkę Terry’ego Pratchetta, naszło mnie pytanie „co tak długo?!”. Przede mną jeszcze sporo tomów do przeczytania, żeby skończyć samą kolekcję Świata Dysku, a gdzie jeszcze pozostałe tytuły, spoza tego zbioru. Następny w kolejności wypadł „Złodziej czasu”, którego miałem już okazję czytać wcześniej. Oczywiście było to tyle lat temu, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, więc odświeżająca lektura wcale nie była złym pomysłem. Zwłaszcza, że pamiętam tę konkretną historię jako naprawdę jedną z lepszych, jakie napisał brytyjski autor. Po przypomnieniu jej sobie dalej mam to samo zdanie.

Tylko najstarsi górale pamiętają o istnieniu Mnichów Historii. Chociaż jeśli ktoś by przebadał zależność między przeszłością tych górali i jej wpływ na teraźniejszość, którą rzeczeni górale przeżywają, to mógłby zacząć się zastanawiać nad sensownością słuchania bajdurzeń. Jedno jest jednak pewne dla każdego – czas to pieniądz, a pieniądze się pomnaża, inwestuje, traci i rozdaje. Niedobrze by było dla ekonomii, gdyby pieniądze przestałyby płynąć, a dla całego świata nie byłoby dobrze, gdyby czas stanął w miejscu. Lu-tze wraz ze swym niepokornym uczniem mają więc trudne zadanie przed sobą. Ścigać się muszą z… czasem.

„Kiedy człowiek spogląda w otchłań, otchłań nie powinna do niego machać”.

Tym razem Terry Pratchett wziął na swój satyryczny warsztat niezwykle ciekawe połączenie. „Złodziej czasu” kręci się wokół ogólnie pojętej edukacji oraz buddyzmie, klasztorach pełnych mnichów oraz ich sztukach walki. Na pierwszy rzut rzeczy te pasują do siebie jak pięść do nosa, ale jak się przyjrzeć dogłębniej, to się okazuje, że zarówno w życiu (prawie) każdego człowieka, jak i mnicha ze stereotypowego klasztoru nauka pełni niezwykle ważną rolę. A najzabawniejsze sytuacje pojawiają się wtedy, gdy spróbujemy skonfrontować stereotypowego mnicha ze stereotypową nauczycielką. Nic więc dziwnego, że kolejny tom z podcyklu poświęconemu postaci Śmierci jest pełen rozbrajających gagów, prześmiewczych, ale trafnych uwag i ogólnie rzecz biorąc jest… no, śmieszny.

W „Złodzieju czasu” mamy do czynienia z dość malowniczym językiem oraz bardziej „technicznymi” opisami. Zakon Mnichów Historii zna parę sztuczek i nie zawaha się ich użyć! Zwłaszcza krojenie czasu jest mega wkręcające i chętnie bym przeczytał nawet cały cykl dotyczący tej umiejętności. Mnóstwo terminologii związane z czasem też robi swoje. Dla mnie, jako osoby, która uwielbia wszystko, co jest związane z jakąkolwiek techniką, takie fragmenty to skarb dla oczu. Nawet jeśli jest to pratchettowskie wykonanie, czyli z jajem i dużą dawką satyry. W zdecydowanej większości dominują one jednak w pierwszej połowie powieści – później akcja się zagęszcza i jest nieco bardziej… klasyczna. W rozumieniu prozy Pratchetta oczywiście.

„Gdyby w jakiejś grocie umieścić duży przełącznik z tabliczką: »Przełącznik Końca Świata! NIE DOTYKAĆ«, farba na niej nie zdążyłaby nawet wyschnąć”.

Oczywiście jest to powieść pełna humoru, przepełniona satyrą oraz często sarkastycznym spojrzeniem na pewne sprawy. To jednak nie powinno być zaskoczeniem dla wszystkich, którzy znają twórczość Terry’ego Pratchetta. Chociaż niektóre jego książki są w tym aspekcie słabsze od innych, to „Złodziej czasu” zdecydowanie należy do czołówki. Bardzo wyważony humor, nienachalny, poruszający dokładnie te nitki, które poruszać powinien. A do tego bardzo metafizyczny nawet w swoim głównym celu, czyli parodii tego, co dana książka opisuje. Zazwyczaj sposób, w jaki Terry Pratchett jest w stanie rozbawić czytelnika, jest jedną z mocniejszych stron jego książek, ale trzeba przyznać, że tym razem to nie tylko „jedna z”, ale wręcz najmocniejsza.

Świetna powieść z nietypowym połączeniem tematów, dająca mnóstwo satysfakcji z lektury. Od samego początku do końca wciągająca, Mogę ją z czystym sumieniem nazwać jedną z moich ulubionych książek, które napisał Terry Pratchett. Nie tylko ze względu na humor, ale również położenie dużego nacisku na terminologię i przedstawienie niezwykle interesującej koncepcji czasu i przestrzeni. Szkoda tylko jednego – to już ostatni tom, w którym jedną z głównych ról odgrywa Śmierć. Co prawda pojawia się epizodycznie w wielu podcyklach wchodzących w skład cyklu Świata Dysku, ale jednak co Śmierć to Śmierć. Cieszę się jednak, że mogłem sobie odświeżyć ten świetny tytuł i niebawem zanurzę się zapewne w kolejnych przygodach mieszkańców dysku osadzonego na skorupie Wielkiego A’Tuina.

Łączna ocena: 8/10


0 komentarze:

Publikowanie komentarza