Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prószyński i s-ka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 listopada 2020

„Pasterska korona” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Terry Pratchett
Tytuł: Pasterska korona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 302
Data wydania: 13 kwietnia 2017

Dzięki kolekcji „Świata Dysku” mogłem nie tylko przypomnieć sobie te książki Terry’ego Pratchetta, które już kiedyś przeczytałem, ale przede wszystkim zapoznać się z całym cyklem. Cała ta przygoda zajęła mi kilka lat, ale była naprawdę wspaniała. Doprowadziła mnie do ostatniego, wydanego w ramach kolekcji tomu, czyli „Pasterskiej korony”. Jest ona w pewnym sensie ukoronowaniem nie tylko podcyklu o Tiffany Obolałej, ale i całego Świata Dysku – w każdym tego słowa znaczeniu, nie tylko tym chronologicznym. Zdecydowanie powinna być czytana jako ostatnia, bo po niej już nic nie jest takie samo.

Tiffany jakoś sobie radzi kursując tu i tam oraz starając się pomóc wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują. Radzi sobie wręcz doskonale, zważywszy oczywiście na okoliczności. Te – jak zwykle wokół Tiffany – nie są zbyt kolorowe. Świat musi znowu stanąć naprzeciw elfów, które postanowiły posmakować tego, co elfy lubią najbardziej, czyli złośliwości oraz krwi. Młoda czarownica nie zamierza jednak pozwolić im wygrać. Mało tego! Być może uda się chociaż jednego elfa nauczyć, czym jest dobroć, przyjaźń, wzajemna pomoc oraz jakie to wywołuje uczucia. Tam w środku, w głębi każdej istoty żywej, nawet goblina.

Absolutnie nie spodziewałem się, że „Pasterska korona” będzie posiadała aż tak ogromny ładunek emocjonalny. Pod tym względem jest wyjątkowa w swoim rodzaju wśród wszystkich książek Uniwersum Świata Dysku. Nawet z najtwardszego człowieka wyciśnie całą gamę emocji, począwszy od radości, przez złość, strach, aż po smutek. Terry Pratchett zagrał na najczulszych strunach ludzkiej psychiki i zrobił to po mistrzowsku. Tak naprawdę na tym można by całkowicie zakończyć całą opinię o ostatniej powieści z jego cyklu, albowiem nic ważniejszego w niej nie ma. Nie może być bowiem nic ważniejszego niż cały przekrój praktycznie wszystkich podstawowych ośmiu emocji. Aż zacząłem nadużywać tego słowa.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że powieść ta została wydana już po śmierci brytyjskiego pisarza, która to nastąpiła 12 marca 2015 roku, to wydźwięk „Pasterskiej korony” nabierze rumieńców. Głównie chodzi o wydarzenia opisane na samym początku, które jednak trudno opisywać bez zdradzania bardzo istotnych elementów fabuły (nawet wszelkie opisy oraz blurb tego unika). Ogólnie rzecz biorąc, czytając tę powieść, powinniście się przygotować nie tylko na falę różnych emocji, ale również na uświadamianie sobie pewnych spraw, nad którymi być może nie zastanawialibyście się w „normalnej” sytuacji. Znaczy takiej, gdyby autor książki, którą właśnie pochłaniacie, nie zmarł przed jej opublikowaniem. Zaufajcie mi, to robi ogromną różnicę w tym przypadku.

Tiffany jest oczywiście cały czas sobą. Tą samą spokojną, zrównoważoną, pracowitą, choć lekko zagubioną czarownicą, którą można było poznać w kilku poprzednich tomach. Dokładnie takie same są elfy – złośliwe, wredne, do cna zepsute oraz łase na świat ludzi. Jednak tak naprawdę konflikt między czarownicami oraz tymi małymi, magicznymi stworzeniami to jedynie tło dla wielu bardzo ważnych przekazów, które Terry Pratchett wplótł pomiędzy wiersze swojej powieści. Co oczywiście nie nie zmienia faktu, że fabularnie książka stoi na bardzo wysokim poziomie. Podziwiam naprawdę sposób, w jaki brytyjskiemu pisarzowi udało się to wszystko ze sobą połączyć i stworzyć coś tak pięknego, jak „Pasterska korona”.

Przepiękne zakończenie całości. Naprawdę, polecam wszystkim, jako ukoronowanie całego cyklu. Emocjonujący oraz emocjonalny utwór. Nie próbujcie jednak zaczynać swojej przygody z Pratchettem od niego! Zostawcie go sobie na absolutnie sam koniec. Jako wisienkę na torcie, bo i tak stracicie co najmniej połowę najlepszych rzeczy – będą wyrwane z kontekstu. Więcej się rozczulać nad „Pasterską koroną” nie będę, sami najlepiej ocenicie, czy odbierzecie ją jako równie piękną i niesamowitą.

Łączna ocena: 9/10


czwartek, 16 stycznia 2020

„Świat finansjery” – Terry Pratchett

„Świat finansjery” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Świat finansjery
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 452 (236 + 216)
Data wydania: 27 grudnia 2016 + 5 stycznia 2017


Po dłuższej przerwie pora ponownie zagłębić się w Świat Dysku stworzony przez niezrównanego Terry’ego Pratchetta. Tym razem przyszła kolej na „Świat finansjery”, który to w wydaniu przeze mnie posiadanym (z kolekcji Edipresse) podzielony jest na dwa tomy. Z totalnie niezrozumiałych przeze mnie przyczyn (tak, wiem, kasa się musi zgadzać). Traktuję je jednak jako jeden tom, sumując je w jeden tytuł i jako jeden tytuł oceniam – nie widzę bowiem żadnego sensu w osobnej ocenie tak cieniutkich tomików. A jeśli już o opinii mówimy, to muszę przyznać, że brytyjski pisarz po raz kolejny stanął na wysokości zadania, jeszcze bliżej przedstawiając nam postać Moista von Lipwiga, którego niektórzy mogą doskonale znać ze wspaniałego „Piekła Pocztowego”. W „Świecie finansjery” odnajduje się jeszcze lepiej…

Według dyliżansów pocztowych w Ankh-Morpork ludzie nastawiają już zegarki, do takiej perfekcji Poczmistrz tego wspaniałego miasta doprowadził organizację, na której czele stanął. W jego życie wkroczyła rutyna oraz nuda – jak na życie porządnego urzędnika przystało. Patrycjusz jednak nie byłby Patrycjuszem, gdyby nie chciał dla miasta jak najlepiej i nie zasugerował szanownemu Moist von Lipwigowi nowej, wspaniałej funkcji, którą jednak ten odrzucił. Kto by się bowiem chciał pławić w złocie, pieniądzach i stać na czele banku Ankh-Morpork. Na pewno nie były oszust i fałszerz, bo i po co mu bliskość najbardziej pożądanych przedmiotów na całym świecie?

„– Wydaje mi się, że kluczowe jest wejście w umysł piszącego – mówił dalej Vetinari. (...) – W niektórych przypadkach, jak podejrzewam, jest tam sporo miejsca”.

Od samego początku książka zapowiada świetną zabawę, zwłaszcza kiedy zaczyna tłumaczyć zasady ekonomii w Świecie Dysku oraz tajniki tego, jak działa gospodarka! Nie jest żadnym zaskoczeniem, że powieść o tytule „Świat finansjery” weźmie w obroty ogólnie pojętą bankowość, finanse, bogatych ludzi (często pociągających za sznurki wielu przedsięwzięć) oraz wszystko, co z pieniądzem jest związane. Terry Pratchett chyba jednak jeszcze w żadnej innej przeczytanej przeze mnie dotąd jego książce nie zaczął z wysokiego C, a tutaj od pierwszych stron mamy do czynienia z krzywym zwierciadłem najlepszego sortu! A oczywiście im dalej, tym lepiej, ponieważ autor pokazuje kolejne elementy tej finansowej układanki, na których również nie pozostawia suchej nitki.

Jeśli lubicie Havelocka Vetinariego, Patrycjusza Ankh-Morpork, to trafiliście wręcz idealnie – w „Świecie finansjery” macie okazję jeszcze lepiej go poznać. Oczywiście cały czas otoczony jest mgiełką tajemnicy i sprawia wrażenie osoby, która wie absolutnie wszystko i wyprzedza każdy krok absolutnie każdej osoby, jednak przebywanie w Podłużnym Gabinecie oraz karecie Vetinariego mi osobiście sprawia ogromną radość. Jest to jedna z najlepszych postaci wykreowanych w Świecie Dysku, podobnie jak Moist von Lipwig – starcie tych dwóch tyran… khem, tytanów, jest więc kolejnym powodem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę.

„Na bezludnej wyspie złoto jest bezwartościowe. Jedzenie pozwala przetrwać czas bez łota o wiele lepiej niż złoto czas bez jedzenia”.

Humor jest oczywiście jak zwykle niezrównany. Książka zapewnia mnóstwo świetnej zabawy i rozrywki, rozpalając wręcz chęć sięgnięcia po kolejne historie ze Świata Dysku. Oczywiście Terry Pratchett nie byłby sobą, gdyby nie wsadził mnóstwa szpil wprost w środowisko finansjerskie i stereotypy, które krążą wśród społeczeństwa na temat banków. Jak widać, większość z nich jest całkowicie niezależnych od narodowości, skoro brytyjski pisarz wypunktował dokładnie te same przywary i problemy, z którymi borykają się brytyjski świat finansjery, które występują na naszym rodzimym poletku. Podobnie sytuacja wygląda z najbogatszymi rodzinami – w powieści jako bohater zbiorowy będący ucieleśnieniem wszystkich najbogatszych rodzin pokroju Rockefellerów występuje rodzina Lavishów. Zawistna, podzielona, bogata i do granic absurdu procesująca się z sobą o każdy możliwy grosz. A najwięcej na tym zyskują oczywiście prawnicy!

Można powiedzieć, że to jeden z lepszych tomów całego cyklu Świat Dysku. Dwie wspaniałe postacie zestawione w jednym tomie, doskonały humor, dobry pomysł na samą historię i mnóstwo krytyki – to jest to, co w dziełach Pratchetta lubię najbardziej. Co więcej, bez większych problemów można czytać „Świat finansjery” bez znajomości innych tomów (chociaż mimo wszystko warto najpierw przeczytać „Piekło Pocztowe”, dla poznania postaci Moista von Lipwiga). Jeśli cały czas zastanawiacie się, czy aby na pewno Świat Dysku będzie dla Was dobry, to jest to jedna z tych książek, po które możecie śmiało sięgnąć. Zawiera w sobie kwintesencję tego, co ten brytyjski pisarz może zaoferować, więc powinniście być w stanie stwierdzić, czy jego świat Was porwie, czy też jednak nie jest on dla Was.

Łączna ocena: 8/10


sobota, 21 września 2019

„Potworny regiment” – Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Potworny regiment
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 428
Data wydania: 10 listopada 2016


Tak! Znowu Terry Pratchett! On mi się chyba nigdy nie znudzi. A niestety niedługo się już jego książki skończą w mojej biblioteczce. Znaczy się, przeczytam wszystkie. Albo prawie wszystkie. Zostanie jeszcze trochę spoza Świata Dysku, ale to też kiedyś nadrobię w swoim czasie. Na razie skupiam się na parciu do przodu przez kolekcję i idzie mi całkiem nieźle. To jest kolejny miesiąc, w którym zaliczam książkę tego brytyjskiego pisarza i znowu zatapiam się w świat, w którym magowie to leniwe buły, a straż nie jest taka, jaką sobie wyobrażamy. W sumie nawet mamy w tym tomie do czynienia właśnie między innymi ze znanym i lubianym komendantem straży oraz z WOJSKIEM! Muszę przyznać, że jest to dość intrygujące połączenie.

Na biznesie wojennym można zarobić – w każdym z alternatywnych wszechświatów. No, chyba że jest się Gardło Sobie Podrzynam Dibblerem (chociaż kiełbaski nawet wygłodniały woj zje!). Wtedy może być problem. Jednak nie aż taki jak poszukiwania zaginionego brata, kiedy jest się dziewczyną. No i do tego pragnie się wstąpić w szeregi armii. Nic to jednak dla Polly Perks, która takich wyzwań się nie boi! Tak samo, jak nie boi się służyć w jednostce z wampirem. A także ogólnie pojętą zbieraniną innych ciekawych osobistości. Trudno jednak się nad tym zastanawiać, jeśli trzeba po prostu przeżyć i wygrać. Wszystko, w sumie wygrać wszystko. A przede wszystkim wygrać życie.

„Higiena tutaj polegała na podejmowanym bez entuzjazmu staraniu, by nie pluć do gulaszu”.

„Potworny regiment” skupia się głównie wokół tematu wojny oraz powodów jej prowadzenia, wyolbrzymia jej kult, jaki czasem można ujrzeć w niektórych mediach, a także porusza motyw korespondentów wojennych. Wszystko oczywiście w krzywym zwierciadle jak to u Pratchetta. W tym tomie spotkamy zarówno znane nam postacie, takie jak wampir Otto, redaktor William de Worde czy choćby Samuel Vimes, ale również zupełnie nowych bohaterów – członków jednego z regimentów Borogravii. Jak przystało na tego brytyjskiego autora, regiment składa się z iście artystycznego składu. Troll, wampir, niesamowicie gruby sierżant oraz cała reszta na pierwszy rzut oka zwykłych szeregowych (oraz Polly) to dość nietypowy na pierwszy rzut oka zespół. Zapewnia on jednak sporo niezłej zabawy!

Przepiękny wprost przekrój przez najczęściej powtarzane stereotypy dotyczące wojny, jej przebiegu oraz całej otoczki! Terry Pratchett dotknął niemalże wszystkich aspektów, jakich tylko mógł – pomijając zapewne te, o których szary człowiek nie ma pojęcia. Wyśmiał jednak zarówno sam pobór, jak i późniejsze podejście do szkolenia rekrutów. Na warsztat wziął powody wypowiadania wojny, przymierza, walki w polu, oblężenia, fortele, szeregowych, podoficerów, oficerów, najwyższe dowództwo, szpiegów, a nawet wpływ religii na działania zbrojne. Większość z tych tematów została potraktowanych – jak to u Pratchetta bywa – z odpowiednią mieszanką humoru oraz klasy. Naprawdę trudno się nie uśmiechnąć czytając „Potworny regiment”.

Nie bez powodu zresztą ta książka nosi taki tytuł. Czasem można usłyszeć historie o legendarnych lub mitycznych wręcz oddziałach, które mimo swojej niepozorności wywoływały strach wśród szeregów przeciwnika. Podobnie bywa z konkretnymi nazwiskami, najczęściej oczywiście żołnierzy będących w polu, a nie w sztabie. Cała historia kręci się właśnie wokół takiego oddziału, tytułowego Potwornego Regimentu pod dowództwem porucznika Bluzy, a ze znanym i niekoniecznie lubianym sierżantem Jackrumem jako mózgiem i pięścią wszystkich operacji. Niespodzianką są jednak rekruci, którzy nie do końca są tymi, za których się podają… Tego jednak Wam nie będę psuł, niech to będzie kolejna zachęta do sięgnięcia po ten tytuł. Zwłaszcza że regiment stanowi bardzo wybuchową mieszankę, która przyciąga do siebie wszelkiego rodzaju zabawne sytuacje.

„Kobietom zawsze zostaje pół cebuli, niezależnie od rodzaju potrawy, cebuli ani kobiety”.

Jeśli jesteście fanami historii (a przede wszystkim historii konfliktów zbrojnych), to znajdziecie mnóstwo nawiązań do praktycznie wszystkich możliwych epok. Zwłaszcza w opowieściach sierżanta Jackruma, którego poznacie praktycznie na samym początku książki, słychać echa minionych wojen. Miejsce głównej akcji, czyli Borogravia wraz z przyległymi jej państwami, bardzo mocno przypominają republiki Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, takie jak Uzbekistan, Turkmenistan czy Tadżykistan – w tamtych rejonach praktycznie cały czas coś się dzieje. Na pewno jest to dodatkowy smaczek i przy okazji dowód na to, że Pratchett bardzo dobrze przykładał się do przygotowań do swoich książek. Prawie niczego nie pozostawił przypadkowi, a jeśli człowiek wie gdzie szukać, to może odnaleźć piękne perełki.

Świetna książka, która po raz kolejny we wspaniały sposób wyśmiewa niektóre aspekty bycia człowiekiem. W końcu konflikty zbrojne, a zwłaszcza takie, które wybuchają przez jakąś pierdołę, to nasz, ludzki problem. Wokół wojny powstało wiele stereotypów, które Pratchett w „Potwornym regimencie” punktuje jak strzelec wyborowy. Do tego możemy spojrzeć na Świat Dysku z kolejnej perspektywy i poznać zupełnie nowy, nieznany nam dotąd wycinek mapy. Odrobina polityki również nie zaszkodzi, a pewnego rodzaju spoiwem z dotychczas nam znanymi historia jest postać Samuela Vimesa oraz Williama de Worde, którzy odwalają kawał dobrej roboty. Być może nawet ten konkretny tom mógłby się nadać dla osoby, która dopiero co rozpoczyna przygodę ze Światem Dysku – nie ma tutaj wielu nawiązań do innych części, których znajomość byłaby konieczna do zrozumienia żartów czy po prostu wydarzeń.

Łączna ocena: 8/10


piątek, 30 sierpnia 2019

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dziewczyna, która kochała Toma Gordona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Stron: 218
Data wydania: 21 marca 2018


W tym miesiącu nie było jeszcze Stephena Kinga. A skoro jest u mnie na półkach, to trzeba by wreszcie się spiąć i wykorzystać końcówkę miesiąca do przeczytania kolejnej powieści z cyklu Kolekcja Mistrza Grozy. Nie miałem jednak ochoty na nic dwutomowego, więc sięgnąłem nieco dalej po jednotomową historię o jakże długim tytule „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”. Długość całej książki jest odwrotnie proporcjonalna do długości jej tytułu – to raptem 218 stron tekstu, który powstał w 1999 roku. Inny polski tytuł, pod którym można znaleźć tę pozycję w księgarniach to po prostu „Pokochała Toma Gordona”. A czy tę książkę można pokochać? Chyba nie. Mnie się w każdym razie nie udało.

Lasy potrafią być bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dziewczynek. A taką małą dziewczynką jest Trisha, która wybrała się na sobotnią wycieczkę wraz z mamą oraz starszym bratem, aby przejść kilka kilometrów Szlakiem Appalachów. Szybko się przekonuje, że odłączanie się od rodziny i zejście ze szlaku za potrzebą może nie być dobrą możliwością. Podczas próby znalezienia jakiejkolwiek drogi pocieszeniem dla małej Trishy jest transmisja meczu Red Soxów, których miotacza, Toma Gordona wręcz kocha. Tak jak od determinacji Toma zależą losy jego drużyny, tak od determinacji dziewczynki zależy jej życie.

Wydawać się może, że tym razem Stephen King nie przyłożył się do wyliczeń i poprawnego przygotowania się do książki. Już od samego początku widać sporo błędów i dziur logicznych, które ciężko w jakikolwiek sposób wyjaśnić. Rzucają się w oczy dość mocno, przez co można mieć poważne wątpliwości co do tego, czy aby na pewno autor się zgadza – w końcu można Kingowi wiele zarzucić, ale jednak nie takie „lekkie” podejście do rzeczywistości i utrzymania sensu w tym, co tworzy. Zwłaszcza że nie jest to długa książka, a do tego nie jest zbyt skomplikowana w kompozycji. Mamy do czynienia głównie z jedną postacią oraz otaczającą ją przyrodą. Warto się więc zatrzymać przed pisaniem kolejnych słów i poświęcić chwilę na przeliczenie czasu potrzebnego na daną czynność lub obliczenie sensownej odległości.

Niestety większość powieści można uznać za raczej nudną. Stephen King udowodnił między innymi w „Misery”, że potrafi pisać książki opierające się na jednym pomieszczeniu i dwóch osobach w sposób intrygujący i przyciągający, jednak tym razem jedna Trisha oraz dużo wolnej przestrzeni nie zrobiło roboty tak, jakby się można było tego spodziewać. Wiele razy natrafiałem na te opisy Mistrza Grozy, które są dla niego dość charakterystyczne – zbyt długie i niewiele wnoszące do fabuły. Takie, które się omija wzrokiem, a po opuszczeniu dwudziestu pięciu procent strony człowiek zauważa, że w sumie absolutnie nic go nie ominęło. Szkoda, bo można było z tego zrobić naprawdę świetną historię, może nie tyle pełną życia, ile pełną przyciągających wątków.

Na plus za to jest przedstawienie samotności, przerażenia mieszającego się z nadzieją oraz próbami przeżycia w wybitnie niesprzyjających warunkach. Nie tylko widać, w jaki sposób historia, która przydarzyła się małej Trishy, może wpływać na samą psychikę, ale również i ciało. Pewnie można by się kłócić na temat wieku dziewczynki oraz tego, jak się zachowywała w niektórych sytuacjach (niekoniecznie adekwatnie do wieku), jednak mogłaby to być czysto akademicka dyskusja, bez możliwości wyłonienia jej zwycięzcy. Chwile zwątpienia, wybuchy radości, kiedy coś się udało – duża huśtawka nastrojów oraz fochy organizmu pięknie ilustrują problem, z jakimi ludzie muszą się zmierzyć, kiedy się ich pozbawia elektryczności, samo jeżdżących pojazdów i stałych dostaw pożywienia.

„No tak średnio bym powiedział, tak średnio” – tymi słowami pewien chłopak opisał swoje naładowanie baterii po wakacjach w być może znanym Wam filmie na YouTube. Ja się pod tymi słowami podpisuję wszystkimi kończynami, ale w kontekście naładowania baterii po lekturze „Dziewczyny, która kochała Toma Gordona”. Wybitny średniak, który ma pewne plusy (King prawie zawsze świetnie pokazuje to, co się dzieje we wnętrzach ludzi, i niekoniecznie mam na myśli gore), jednak całokształt jest przeciętny. Drętwa akcja, nudne opisy, sporo kłótni słowa pisanego z logiką to nie jest to, co by się chciało otrzymać od książki. To zdecydowanie jedna z tych książek Stephena Kinga, o której raczej chciałoby się zapomnieć. No, w każdym razie ja bym chciał.

Łączna ocena: 5/10


środa, 7 sierpnia 2019

„Prawda” – Terry Pratchett

„Prawda” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Prawda
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 422
Data wydania: 27 października 2016


Powoli, wielkimi krokami zbliżam się do końca całego cyklu Świata Dysku wydanego w formie kieszonkowej kolekcji przez Edipresse oraz Prószyński i S-ka. Zanim jednak do niego dotrę (końca znaczy się) minie jeszcze sporo czasu – w końcu postanowiłem czytać po jednym tytule każdego miesiąca. Czasem się też trafi miesiąc bez Pratchetta, jak na przykład lipiec 2019, więc wszystko się jeszcze bardziej wydłuży. Sierpień jednak jak widać na załączonym obrazku był zdecydowanie pratchettowy – na warsztat wziąłem „Prawdę”, która wchodzi w skład podcyklu o Straży Miejskiej (chyba mój ulubiony) oraz cyklu biznesowego. Czasem brytyjski autor stworzy coś gorszego, czasem coś lepszego, ale prawdą jest, że „Prawda” to coś naprawdę niesamowitego i mega przyjemnego.

W Ankh-Morpork możesz być kim zechcesz – pod warunkiem, że inni chcą, abyś stał się tym, kim stać się chcesz. Miasto jednak jest w stanie przyjąć niemalże każdą profesję i jeśli jesteś obrotny, to zbudujesz swoje imperium nawet na siuśkach. William de Worde umie jednak niewiele – zna się na słowach. Wydawałoby się, że to o wiele za mało, aby osiągnąć sukces w takim miejscu jak Ankh-Morpork, jednak wraz z małą, nieświadomą pomocą pewnej grupy krasnoludów udaje mu się stworzyć pierwszą w mieście azetę. Cóż, oznacza to dla niego dokładnie to, co dla każdego dziennikarza w każdym zakątku wszechświata. Trochę życzeń śmierci, odrobinę wariatów kręcących się wszędzie wokół oraz problemy natury biznesowo-egzystencjalnej. Kaszka z mleczkiem.

„Zresztą arystokraci nie lubią patrzeć, jak głodują inni z wyższych sfer. Znajdują im jakieś bezensowne zajęcia za bardzo sensowne pieniądze...”

Jak zapewne wiadomo wszystkim fanom twórczości Terry’ego Pratchetta (a wszystkim nie-fanom lub jeszcze-nie-fanom będzie zaraz wiadomo), każda z powieści brytyjskiego autora skupia się na jednym lub kilku głównych tematach, wokół których pisarz tworzy swoją satyrę. „Prawda” – jak być może niektórym tytuł może co nieco sugerować – kręci się wokół ogólnie pojętego dziennikarstwa i jego „wolności słowa”, potyczek w tym temacie z lokalną władzą (zarówno wykonawczą, jak i sądowniczą), a także codziennych problemów przeciętnej redakcji. Nie jest to jednak wszystko! Na dodatek mamy stereotypową przestępczą parę, która jest niemalże nietykalna a jej reputacja wyprzedza złoczyńców na długo przed ich pojawieniem się w mieście. Co daje taka mieszankę? Mnóstwo dobrej zabawy!

„Prawda” zawiera dokładnie ten humor, który cenię u Pratchetta. Jednocześnie zabawny, prześmiewczy, ale w dobrym guście. Można się przy wielu fragmentach roześmiać wniebogłosy, ale z zachowaniem pewnego rodzaju szacunku do obiektów, dzięki którym ten śmiech powstał. Ponownie zresztą brytyjski pisarz nieco wyprzedził wydarzenia i poruszył temat, który obecnie jest na językach niemalże wszystkich ludzi Europy Zachodniej – wolność słowa w mediach oraz niezależność prasy. Trzeba przyznać, że w świetle tych wszystkich afer oraz czegoś, co można nazwać wojną między mediami a resztą świata, czytanie tej konkretnej pozycji nabiera zupełnie innego wydźwięku, niż gdy robiło się to wtedy, kiedy dopiero pojawiła się na rynku.

„Ale ludzie bardzo mocno przejmują się rzeczami. Bez rzeczy są tylko sprytniejszymi zwierzętami”.

Mega fajna książka, którą można polecić każdemu fanowi twórczości Pratchetta, chociaż nadaje się również dla tych, którzy nie są do końca pewni, czy jego powieści będą dobrą lekturą. Na pewno niewiele się straci, jeśli zacznie się swoją przygodę od „Prawdy”. Co prawda (he-he) wiele się już „do tej pory” wydarzyło i każdy świeżo upieczony czytelnik dostanie historię, która pogalopowała nieco do przodu, ale bez niezrozumiałych szczegółów. „Ogółów” również. Po prostu komendant Vimes będzie już po wielu przygodach a kościół Oma będzie po prostu kościołem Oma. W całości jest to jednak osobna historia, która zawiera w sobie to, co Pratchett ma najlepsze – od humoru poprzez świetnie skrojone postacie a na Ankh-Morpork kończąc. Albo zaczynając. Albo… No… Ankh-Morpork po prostu jest. :)

Łączna ocena: 8/10

piątek, 21 czerwca 2019

„Uciekinier” – Stephen King

„Uciekinier” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Uciekinier
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Stron: 282
Data wydania: 27 grudnia 2017


Powoli, ale sukcesywnie pochłaniam kolejne książki z kolekcji Mistrza Grozy – oczywiśce szybciej zbieram kolejne książki, niż daję radę je czytać. :) Jednak staram się jako tako nadążać, choć ciężko to idzie. Kolekcja zawiera lwią część dorobku Stephena Kinga, w tym między innymi książki, które napisał pod pseudonimem Richard Bachman. Tak jest właśnie z opisywanym „Uciekinierem”, wydanym po raz pierwszy w 1979 roku, zekranizowanym w 1987 (z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej!). Książka opisuje przyszłość odległą o prawie pół wieku w stosunku do roku wydania powieści, natomiast dla czytelników, którzy czytają ją teraz, jest to zaledwie kilka lat. Na pewno trzeba więc brać pod uwagę to, o jak odległej przyszłości pisał Stephen King, kiedy jego dzieło powstawało. W tym przypadku nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia.

W roku 2025 Stany Zjednoczone Ameryki są krajem prezentującym ogromne różnice między poszczególnymi klasami. Ci najbiedniejsi często nie mają zbyt dużego wyboru i muszą szukać szczęścia we Free Vee – telewizji, która transmituje przeróżne rodzaje gier. Śmiałkowie mogą spróbować swoich sił i zyskać duże pieniądze. Lub dodatkowe urazy i choroby. Ben Richards próbuje swoich sił w eliminacjach, aby wygrać pieniądze na leczenie swojej ciężko chorej córeczki – nawet grypa potrafi być zabójcza, jeśli nie masz kasy. Dostaje się do „Uciekiniera” – najbardziej opłacalnej gry, jaką produkuje się w Gmachu Gier. Jednocześnie jest to też najbardziej zabójcza rozrywka. W ciągu sześciu lat ciągłego nadawania programu, nikt nie przeżył dłużej niż tydzień. Ben Richards musi wytrzymać całe trzydzieści dni…

„Jak się zesrasz w gacie, to musisz od razu je wyprać albo nauczyć się żyć z tym smrodem”.

Niby tylko niecałe 300 stron, ale ta książka zdecydowanie ma coś w sobie. Być może brak nudnych opisów, z których Stephen King słynie, a być może po prostu odpowiednie budowanie napięcia. Kiedy czyta się zarówno sam opis „Uciekiniera”, jak o później jego pierwsze strony, to na myśl nasuwa się od razu inny tytuł tego autora – „Wielki marsz”. Chodzi nie o samo wykonanie, ale o tematykę, która jest poruszana. W obu książkach mamy do czynienia z fikcyjną wizją przyszłości, w której jedną z głównych rozrywek jest oglądanie morderczych zawodów, w których giną wszyscy oprócz zwycięzcy. A jak się przekonujemy na samym początku „Uciekiniera”, tutaj ginie również zwycięzca. Kolejną wspólną cechą obu pozycji jest to, że King wydał je obie pod pseudonimem Richard Bachman. Przypadek? Może by się z tego jakąś dobrą teorię spiskową zrobiło!

Sam się zdziwiłem, jak szybko udało mi się wchłonąć „Uciekiniera”. Wydawać by się mogło, że to prosta historia, bez polotu i większego sens. Tak naprawdę w trakcie lektury ciężko znaleźć w tej powieści coś… ekstra. Nie ma w niej specjalnego składnika, który sprawia, że książka mogłaby się wyróżniać na tle innych. Jednak konstrukcja akcji przyciaga i to bardzo mocno. Do tego stopnia, że ciężko oderwać się od czytania – człowiek chce dowiedzieć jaki będzie następny ruch Bena Richards oraz osób, które biorą udział w Grze. Na korzyść na pewno gra wspomniany już przeze mnie brak przydługich opisów, chraktarestycznych dla autora i często krytykowanych przez jego fanów. Do tej pory jestem tym zaskoczony, bo mimo, że wcale mi one nie przeszkadzają (zazwyczaj), to zdaję sobie sprawę z ich istnienia.

„W razie nagłej śmierci na skutek eksplozji - mamy nadzieję, że macie państwo wystarczającą liczbę plomb w zębach, aby umożliwić identyfikację zwłok”.

Sama historia w swoich założeniach jest zbliżona do „Wielkiego Marszu” – tak jak i on ukazuje potencjalną drogę, w którą może zmierzać świat. Obie powieści zostały napisane niemalże pół wieku temu, ale idealnie pokazują, gdzie zmierzamy jako ludzkość. To wręcz przerażająco interesujące, jak Kingowi udało się przewidzieć przyszłość. Widać to zwłaszcza w „Uciekinierze”, w stosunku do którego brakuje nam głównie zezwolenia na zabijanie w ramach rozrywki. Nam, jako ludzkości. Warto więc przeczytać tę powieść choćby dla tych wartości, które może nam przekazać. Pewnego rodzaju ostrzeżenie, które i tak cała ludzkość zignoruje, nawet jeśli personifikacja danego problemu wykrzyczałaby nam prosto w twarz, że zaraz będzie za późno. A King ujął to jako czystą fikcję na potrzeby swojej własnej powieści…

Ciekawa książka, która przyciąga i umie utrzymać uwagę czytelnika. Niezbyt długa, pozbawiona męczących opisów, za to pełna akcji oraz niepewności. Ciężko jest ją zakwalifikować do czołówki dzieł Stephena Kinga – nawet ciężko mi uznać ją za jedną z moich ulubionych. Można powiedzieć, że to kolejna poprawnie napisana powieść, która naładowana została dodatkowym magnetyzmem. Przy okazji tematyka, którą porusza, może być bliska naszym sercom, choćby ze względu na bliską przyszłość, w której została osadzona historia opowiadana w „Uciekinierze”. 2025 rok przyjdzie szybciej niż nam się wydaje. Jednak czy rozrywka, z którą mamy do czynienia w tej książce również? Czy to jedynie zwykła fikcja, która nie ma i nie będzie miała racji bytu?

Łączna ocena: 7/10

poniedziałek, 17 czerwca 2019

„Ruchome obrazki” – Terry Pratchett

„Ruchome obrazki” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Ruchome obrazki
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 395
Data wydania: 13 października 2016


A oto i kolejny miesiąc, w którym sięgam po Pratchetta! Sukcesywnie poszczególne tomy kolekcji wydanej przez Edipresse oraz Prószyński i S-ka znikają (chociaż nie z biblioteczki!) i pojawiają się w mojej głowie. Tym razem miałem przyjemność przeczytać „Ruchome obrazki”, traktujące o sztuce filmu! Jak to u każdego autora, czasem bywa lepiej, a czasem gorzej i niektóre z książek są o wiele lepsze niż inne. Trafiają się również nieco słabsze, chociaż wciąż trzymające poziom. Taka jest naturalna kolej rzeczy, jeśli ktoś wydaje kilkadziesiąt książek w ciągu swojego życia – nie wszystkie z nich okażą się być arcydziełami (a u niektórych autorów lub autorem wręcz żadna z powieści nim nie będzie). Jak jest w przypadku „Ruchomych obrazków”? Ta książka niestety zdecydowanie nie należy do arcydzieł.

Oktoceluloza – cóż to za wspaniały materiał! Alchemicy chyba jeszcze nigdy nie byli z czegoś tak dumni, jak właśnie z niej. No, ewentualnie z kilku wybuchów, które wstrząsnęły całym miastem. Wybuchy jednak nie dadzą tego, co daje oktoceluloza, czyli magii ekranu! W połączeniu z małymi chochlikami, zagonionymi do szybkiego malowania tego co widzą, w rękach dobrego specjalisty z Gildii Korbowych potrafi zdziałać cuda. A Święty Gaj, zwany również Holy Wood, cały czas rośnie napędzany siłą wspaniałości ruchomych obrazków. Nie wszystko jednak co występuje w Świecie Dysku jest naturalne. Nie wszystko jest też sztuczne. Czasami jest po prostu aberracją spowodowaną przez zaburzenia osnowy rzeczywistości…

„Wewnątrz każdego starego człowieka tkwi młody człowiek i dziwi się, co się stało”.

Terry Pratchett wziął tym razem na warsztat „magię Hollywood” – i to w sensie dosłownym, jak i przenośnym. „Ruchome obrazki” są częścią cyklu o Niewidocznym Uniwersytecie, chociaż przyznać muszę, ze magów to zbyt wielu tutaj nie spotkamy. No, w każdym razie przez co najmniej pierwszą połowę książki. Cała historia skupia się wokół pratchettowskiej wersji Hollywood, czyli (he-he) Holy Wood, zwanym również Świętym Gajem. Autor w charakterystyczny dla siebie sposób wyśmiewa nie tylko samą apoteozę samego Hollywood w rzeczywistym świecie, ale również „magię kina”, która rzekomo potrafi odmieniać losy człowieka oraz jego zachowanie. Chociaż w przypadku Hollywood za magię robi pieniądz, natomiast w Holy Wood jest to coś zgoła innego… 

Tym razem niestety można się zanudzić przy książce – i to nawet mimo tak atrakcyjnego tematu! W końcu jakby nie patrzył największe kinowe hity, życie gwiazd, ich problemy, prywatne sprawy i cała reszta otoczki wokół filmowego showbiznesu to bardzo chwytliwe tematy. A do tego wokół wielu aspektów narosło mnóstwo mitów oraz stereotypów, więc wydawać by się mogło, że materiału do satyry jest co nie miara. Ano jest, tylko jakoś tak… Niemrawo Terry Pratchett do tego podszedł. Celnie, jak zwykle zresztą, trafiał w przywary aktorów oraz całego biznesu, ale jednak zrobił to bez nutki szaleństwa i tego czegoś, co sprawia, że ciężko się od jego książek oderwać. 

„Miesiąc minął szybko. Wolał nie zostawać na miejscu zbyt długo”.

Trochę lepiej jest w drugiej połowie książki, w której pojawia się nieco więcej magów (w sensie dosłownym i przenośnym), a cała zabawa w Holy Wood staje się coraz bardziej niebezpieczna, a magowie powoli dochodzą do różnych wniosków. Trochę bardziej się człowiek może wkręcić, jednak wciąż nie robi to z „Ruchomych obrazków” ponadprzeciętnej książki. Chociaż humor jak zwykle potrafi uratować sytuację, zwłaszcza że można zobaczyć mnóstwo nawiązań do współczesnej kinematografii, charakterystycznych dla niej miejsc oraz oczywiście osób! W nazwiskach oraz pseudonimach postaci biorących udział w tworzeniu ruchomych obrazków dostrzegniecie podobieństwo do prawdziwych nazwisk znanych aktorów oraz aktorek, którzy cechują się nawet podobnym zachowaniem. Cóż, w końcu to jednak Terry Pratchett, a humor to jest to, co zawsze wychodziło temu brytyjskiemu pisarzowi.

Jak widać nie jest to najlepsza z książek Pratchetta i zdecydowanie nie należy do czołówki jego dorobku. Oczywiście jest pełna humoru, trafnych porównań i ociekającej ironią groteski, jednak nie jest to powieść, do których przyzwyczaił swoich fanów Terry Pratchett. Brakuje jej polotu, pazura i przede wszystkim jasnej i klarownej historii. Ta przedstawiona w „Ruchomych obrazkach” jest nieco sflaczała i nie do końca spełnia wymogi, jakie stawia się przed dobrą książką fantastyczną. Nawet jeśli należy do zupełnie osobnego gatunku, jakim niewątpliwie jest proza nieżyjącego już, brytyjskiego autora takich dzieł jak cały cykl o Straży Miejskiej czy cykl o Śmierci. Nie zawsze jednak każdemu autorowi wszystko wyjdzie. Jeśli się było tak płodnym pisarzem jak Pratchett, to lekkie niedociągnięcia, która się czasem przytrafiają, są czymś w pełni akceptowalnym i wręcz normalnym. Cóż, byle do następnej!

Łączna ocena: 6/10

czwartek, 16 maja 2019

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett

„Pomniejsze bóstwa” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Pomniejsze bóstwa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 378
Data wydania: 29 września 2016


To już kolejny miesiąc, w którym czytam Pratchetta! Udaje mi się jak na razie trzymać swoje tempo jednej książki tego brytyjskiego autora miesięcznie, a do tego cały czas czytam tytuły po kolei, zgodnie z ich ukazywaniem się w kolekcji Świata Dysku. Tym razem padło na „Pomniejsze bóstwa”, należące do cyklu o Starożytnych Cywilizacjach. Poprzedni tom, czyli „Piramidy” nie należały może do najlepszych powieści Pratchetta, ale pokazywały coś zupełnie innego niż znani doskonale wszystkim fanom twórczości autora Śmierć, Rincewind czy Samuel Vimes. „Pomniejsze bóstwa” są kolejnym przykładem odejścia nieco od koncepcji cyklu obejmującego kilka kolejnych książek, a do tego rozgrywa się daleko poza Ankh-Morpork. Tym razem jednak nie mam praktycznie żadnych, większych zastrzeżeń!

Aby bogowie mogli istnieć, potrzebna jest wiara. Aby wiara miała sens, potrzeba bogów. W ten sposób koło się zamyka, chociaż ma w sobie o wiele więcej logiki, niż można sądzić. W końcu czyż biedronka nie potrzebuje mszyc, a mszyce biedronek? Zapewne tak by pomyślał Brutha, nowicjusz w Cytadeli, który codziennie walczy z głosami i stara się nie poddać demonom. Podobnie walczą pomniejsze bóstwa, jednak o zupełnie coś innego – o wiarę kogokolwiek (lub czegokolwiek), kto (lub co) znajdzie się wystarczająco blisko, aby dostrzec małe cuda. Czasem większe, a czasem po prostu człowiek uzna dane wydarzenie za chory głos w jego własnej głowie. 

Brytyjski pisarz tym razem pojechał po bandzie dość ostro! Oczywiście w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, w każdym razie według mnie. Każda jego książka to w mniejszym lub większym stopniu wyśmiewanie pewnych charakterystycznych cech danej grupy społecznej, zjawiska, przyzwyczajeń ludzkich czy dowolnego innego elementu, jaki można znaleźć w ludzkim życiu. Jeszcze nigdy jednak nie widziałem tak dosadnego, a zarazem zabawnego (choć graniczącego z groteską w wielu momentach) wyśmiania tak wielu stereotypów. Tak, nie bez powodu tytuł tej powieści to „Pomniejsze bóstwa – Terry Pratchett wziął na warsztat religie i rozmontował je na czynniki pierwsze. Na pierwszym planie widać zdecydowanie nawiązania do jednej religii, w głównej mierze, ale w ostatecznym rozrachunku dopatrzeć się można wielu z nich.

„– Zadziwiające.Kolejna pauza, bagno milczenia, gotowe pochwycić mastodonta nieprzemyślanej uwagi”.

Wspomniałem, że wielokrotnie humor zawarty w tej powieści ociera się o groteskę, jednak w mojej opinii nie o obrazoburstwo. Jak wiadomo, temat religii jest dość… delikatnym tematem. Tak jak polityka czy upodobania kulinarne. Oj, jak łatwo jest powiedzieć o jedno słowo za dużo w tych tematach, wojna murowana. Na całe szczęście Terry Pratchett po raz kolejny udowodnił, że wie jak coś wyśmiać, bez obrażania. Rzecz jasna jeśli ktoś będzie chciał się czuć obrażony, to zostanie, ale jeśli miałbym spróbować obiektywnie spojrzeć na zarówno same żarty, jak i całokształt budowy Omni wraz z jej systemem polityczno-religijnym, to ciężko mi się dopatrzeć jawnej pogardy czy chęci obrażenia kogokolwiek. Za to widzę mnóstwo wytykania palcem tych najbardziej absurdalnych, nielogicznych czy wręcz mrocznych elementów, które występują w wielu religiach. 

Miłą odskocznia w „Pomniejszych bóstwach” jest też miejsce akcji, czyli Omnia wraz otaczającymi ją innymi krajami, takimi jak Efeb, Tsart czy Djelibeybi. Wszystkie oczywiście stworzone na modłę starożytnych cywilizacji, takich jak Egipt, i czerpiące z nich garściami. W Świecie Dysku pojawiają się oczywiście zarówno krótkie informacje o tych krajach, jak i nieco dłuższe opisy ludzi stamtąd pochodzących, jednak jak do do tej pory nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ani społeczeństwu poszczególnych krajów (nie licząc Djelibeybi w „Piramidach”), ani ich geografii. Świat Dysku często kojarzy się albo  Ankh-Morpork, albo z Ramtopami, miło więc poznać kolejną część noszonego na skorupie żółwia świata. Zwłaszcza, że żółw w tym tomie jest niezwykle symboliczny!

„Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć”.

Dość interesująca jest też kwestia „walki” zwolenników teorii, że cały świat to kula, z osobami twierdzącymi, że świat to dysk podtrzymywany przez cztery słonie stojące na grzbiecie wielkiego żółwia. W czasach, w których powstawały „Pomniejsze bóstwa” taki konflikt miał zupełnie inne znaczenie niż teraz, w roku 2019. Tak naprawdę wszędzie wokół można zauważyć ostre dyskusje, które dotyczą podobnego problemu, ale rzeczywistego, w odniesieniu do Ziemi. Co prawda waloru edukacyjnego w odniesieniu do tego tematu powieść ta nie ma, ale na pewno pozwala na spojrzenie z zupełnie innej perspektywy – kompletnie odwrotnej. Sam Pratchett chyba nie przewidział, że jeden z mniej istotnych wątków w książce, którą pisał, będzie kiedyś aż tak namacalny.

Bawiłem się przednio podczas lektury, naprawdę. Piszę i mówię to przy okazji opisywania wrażeń po przeczytaniu niemalże każdej książki, którą napisał Terry Pratchett, ale tym razem mogę to jeszcze mocniej podkreślić. Tak, świetna powieść, pełna celnych uwag i krytyki, zarówno rzeczy współczesnych, jak i historycznych. Mnóstwo humoru (często czarnego) oraz kompletnie inny klimat niż ten, do którego brytyjski pisarz przyzwyczaił swoich fanów. Gorące piaski pustyni połączone z różnorodnymi sposobami rządzenia poszczególnymi krajami to coś, co można nazwać tchnieniem nowości w Świecie Dysku. Nawet jeśli to tchnienie pochodzi z gorącej patelni pełnej żółwi, jaszczurek, węży oraz Pomniejszych Bóstw.

Łączna ocena: 8/10

wtorek, 16 kwietnia 2019

„Piramidy” – Terry Pratchett

„Piramidy” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Piramidy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 348
Data wydania: 15 września 2016


Kolejny miesiąc, w którym czytam Pratchetta może zostać uznany za zaliczony. Mam przed sobą jeszcze sporo tomów, w tym między innymi kolekcję Świata Dysku wydaną jakiś czas temu przez Prószyński i S-ka wraz z Edipresse. Nie wydano w niej oczywiście wszystkich możliwych dzieł Pratchetta, dlatego wiem doskonale, że czeka mnie jeszcze dużo radości płynącej z lektury jego książek. Trzymam się na razie kolejności, w jakiej zostały wydane we wspomnianej kolekcji i nie jest wcale zła kolejność. Tym razem mam do czynienia z bardzo krótkim, liczącym raptem dwie książki, cyklem o starożytnych cywilizacjach. I wiecie co? Pierwszy tom, czyli „Piramidy”, nie powalił, jednak jednocześnie pokazał kunszt autora w kreowaniu świata odbitego w wielu krzywych zwierciadłach.

Bycie starożytnym królestwem nie jest łatwe i przyjemne. Świat oczekuje od Ciebie wielu rzeczy, a jedną z nich jest posiadanie bardzo oddalonych od Ciebie spadkobierców korony. Najlepiej, żeby spadkobiercy byli z Ankh-Morpork, tak, to brzmi doskonale. No i żeby był w sumie tylko jeden spadkobierca, nie wielu. Wielu ma być kapłanów, którzy już wiedzą doskonale jak rządzić. A jest czym rządzić, jeśli się jest starożytnym królestwem położonym w dolinie rzeki. Prawda? A tu tyle jeszcze rzeczy do zrobienia, tyle matematyki do odkrycia, tyle astronomii do pokazania ludziom. No nie jest łatwo być starożytnym królestwem, oj nie.

„Przy okazji: wbrew popularnym wierzeniom, piramidy nie ostrzą żyletek. Po prostu przenoszą je w czasie do chwili, kiedy jeszcze nie były tępe. Przyczyny tego faktu są prawdopodobnie kwantowe”.

Tym razem Terry Pratchett wrzucił na warsztat tematykę starożytnego Egiptu oraz religii – w tym głównie motyw piramid oraz obrzędów religijnych związanych z pochówkiem faraonów. Nie byłby oczywiście sobą, gdyby nie wplótł w to wszystko nuty „nowoczesności” w postaci następcy faraona, który odebrał wykształcenie… skrytobójcy, oczywiście w Gildii Skrytobójców w Ankh-Morpork. Wyszła z tego mieszanka nietypowa nawet jak Pratchetta, co do której mam nieco mieszane uczucia. Z jednej strony się wybawiłem wybornie wręcz, z drugiej jednak coś mi bardzo mocno nie grało. Nie była to taka powieść, do jakiej przywykłem, choć wcale nie oznacza to czegoś gorszego. Po prostu brakowało mi tego klimatu Ankh-Morpork, który miesza się z Uberwaldem czy Lancre. 

„Trzeba się urodzić człowiekiem, żeby osiągnąć prawdziwą głupotę”.

Samo przedstawienie piramid w krzywym zwierciadle wraz z mitami, które wokół nich powstały to istne cudo. Autor pojechał bardzo mocno po bandzie, ale z niej nie spadł – karykatura jest bardzo wyraźna, w wielu miejscach aż przesadzona, ale spójna i zwyczajnie śmieszna. Sam bym chyba za nic w świecie nie wpadł na takie pomysły, jakimi raczą czytelnika „Piramidy”, choćbym dumał nad tym wiele tygodni. Właśnie przy takich książkach zaczynam się zastanawiać, czy Terry Pratchett aby na pewno pisał wszystkie swoje książki na trzeźwo. Chociaż przy tym poziomie absurdu ciężko by było utrzymać go w ryzach bez trzeźwego umysłu, a jednak jakimś cudem się to udaje!

Wyjątkowo średnio mi podszedł główny bohater, którego ciężko nazwać wyrazistym. U twórcy Świata Dysku to niecodzienne, bo raczej większość postaci, które mają jakikolwiek wpływ na fabułę dowolnej powieści, jest zbudowanych dość konkretnie. Można o nich wręcz pisać elaboraty, natomiast w przypadku Teppica jedyne co mogę napisać, to podstawowe informacje: syn faraona, ukończył szkolenie w Gildii Skrytobójców, jest nowoczesny, nie podąża za tradycją swojego państwa. To wszystko. O wiele więcej emocji wywołuje postać Diosa, najwyższego kapłana, który jest stereotypowym przedstawicielem swojej profesji, w pełni zgodnym z tym, co możemy zobaczyć w komediach osadzonych w starożytnym Egipcie. Da się go znienawidzić, a to wszak jeden ze znaków dobrze wykreowanej postaci.

„Ptraci nie tylko wykoleiła pociąg jego myśli, ale także wyrwała tory, spaliła stacje i przetopiła mosty na złom”.

Powieść, która zdecydowanie może się spodobać. Przy okazji nieco inna niż większość książek, które napisał Terry Pratchett, więc być może jest dobrą propozycją dla osób, które nie są przekonane do klimatów Ankh-Morpork, ale chciałyby dać kolejną szansę literaturze tego brytyjskiego pisarza. Mnóstwo humoru (na wysokim poziomie!), zupełnie nowe spojrzenie na stereotypy, mity oraz legendy dotyczące starożytnego Egiptu oraz szczypta nowoczesności wpleciona w to wszystko to naprawdę przyjemne połączenie. Nawet jeśli nie do końca mi to osobiście zagrało tak, jakbym chciał, żeby zagrało, to nie mogę nie docenić „Piramid”. To powinien być argument zwłaszcza dla osób, które przeżyły niezbyt przyjemne spotkanie z Pratchettem, ale nie aż tak złe, żeby przekreślić całokształt jego twórczości. Może tym razem się uda!

Łączna ocena: 7/10

niedziela, 17 marca 2019

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett

„Złodziej czasu” – Terry Pratchett
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Złodziej czasu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 408
Data wydania: wrzesień 2016


Jak tak spojrzałem sobie na swój spis przeczytanych książek i zobaczyłem, że niedługo minie rok, odkąd ostatni raz sięgnąłem po książkę Terry’ego Pratchetta, naszło mnie pytanie „co tak długo?!”. Przede mną jeszcze sporo tomów do przeczytania, żeby skończyć samą kolekcję Świata Dysku, a gdzie jeszcze pozostałe tytuły, spoza tego zbioru. Następny w kolejności wypadł „Złodziej czasu”, którego miałem już okazję czytać wcześniej. Oczywiście było to tyle lat temu, że nie byłem w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, więc odświeżająca lektura wcale nie była złym pomysłem. Zwłaszcza, że pamiętam tę konkretną historię jako naprawdę jedną z lepszych, jakie napisał brytyjski autor. Po przypomnieniu jej sobie dalej mam to samo zdanie.

Tylko najstarsi górale pamiętają o istnieniu Mnichów Historii. Chociaż jeśli ktoś by przebadał zależność między przeszłością tych górali i jej wpływ na teraźniejszość, którą rzeczeni górale przeżywają, to mógłby zacząć się zastanawiać nad sensownością słuchania bajdurzeń. Jedno jest jednak pewne dla każdego – czas to pieniądz, a pieniądze się pomnaża, inwestuje, traci i rozdaje. Niedobrze by było dla ekonomii, gdyby pieniądze przestałyby płynąć, a dla całego świata nie byłoby dobrze, gdyby czas stanął w miejscu. Lu-tze wraz ze swym niepokornym uczniem mają więc trudne zadanie przed sobą. Ścigać się muszą z… czasem.

„Kiedy człowiek spogląda w otchłań, otchłań nie powinna do niego machać”.

Tym razem Terry Pratchett wziął na swój satyryczny warsztat niezwykle ciekawe połączenie. „Złodziej czasu” kręci się wokół ogólnie pojętej edukacji oraz buddyzmie, klasztorach pełnych mnichów oraz ich sztukach walki. Na pierwszy rzut rzeczy te pasują do siebie jak pięść do nosa, ale jak się przyjrzeć dogłębniej, to się okazuje, że zarówno w życiu (prawie) każdego człowieka, jak i mnicha ze stereotypowego klasztoru nauka pełni niezwykle ważną rolę. A najzabawniejsze sytuacje pojawiają się wtedy, gdy spróbujemy skonfrontować stereotypowego mnicha ze stereotypową nauczycielką. Nic więc dziwnego, że kolejny tom z podcyklu poświęconemu postaci Śmierci jest pełen rozbrajających gagów, prześmiewczych, ale trafnych uwag i ogólnie rzecz biorąc jest… no, śmieszny.

W „Złodzieju czasu” mamy do czynienia z dość malowniczym językiem oraz bardziej „technicznymi” opisami. Zakon Mnichów Historii zna parę sztuczek i nie zawaha się ich użyć! Zwłaszcza krojenie czasu jest mega wkręcające i chętnie bym przeczytał nawet cały cykl dotyczący tej umiejętności. Mnóstwo terminologii związane z czasem też robi swoje. Dla mnie, jako osoby, która uwielbia wszystko, co jest związane z jakąkolwiek techniką, takie fragmenty to skarb dla oczu. Nawet jeśli jest to pratchettowskie wykonanie, czyli z jajem i dużą dawką satyry. W zdecydowanej większości dominują one jednak w pierwszej połowie powieści – później akcja się zagęszcza i jest nieco bardziej… klasyczna. W rozumieniu prozy Pratchetta oczywiście.

„Gdyby w jakiejś grocie umieścić duży przełącznik z tabliczką: »Przełącznik Końca Świata! NIE DOTYKAĆ«, farba na niej nie zdążyłaby nawet wyschnąć”.

Oczywiście jest to powieść pełna humoru, przepełniona satyrą oraz często sarkastycznym spojrzeniem na pewne sprawy. To jednak nie powinno być zaskoczeniem dla wszystkich, którzy znają twórczość Terry’ego Pratchetta. Chociaż niektóre jego książki są w tym aspekcie słabsze od innych, to „Złodziej czasu” zdecydowanie należy do czołówki. Bardzo wyważony humor, nienachalny, poruszający dokładnie te nitki, które poruszać powinien. A do tego bardzo metafizyczny nawet w swoim głównym celu, czyli parodii tego, co dana książka opisuje. Zazwyczaj sposób, w jaki Terry Pratchett jest w stanie rozbawić czytelnika, jest jedną z mocniejszych stron jego książek, ale trzeba przyznać, że tym razem to nie tylko „jedna z”, ale wręcz najmocniejsza.

Świetna powieść z nietypowym połączeniem tematów, dająca mnóstwo satysfakcji z lektury. Od samego początku do końca wciągająca, Mogę ją z czystym sumieniem nazwać jedną z moich ulubionych książek, które napisał Terry Pratchett. Nie tylko ze względu na humor, ale również położenie dużego nacisku na terminologię i przedstawienie niezwykle interesującej koncepcji czasu i przestrzeni. Szkoda tylko jednego – to już ostatni tom, w którym jedną z głównych ról odgrywa Śmierć. Co prawda pojawia się epizodycznie w wielu podcyklach wchodzących w skład cyklu Świata Dysku, ale jednak co Śmierć to Śmierć. Cieszę się jednak, że mogłem sobie odświeżyć ten świetny tytuł i niebawem zanurzę się zapewne w kolejnych przygodach mieszkańców dysku osadzonego na skorupie Wielkiego A’Tuina.

Łączna ocena: 8/10


niedziela, 20 stycznia 2019

„Wielki marsz” – Stephen King

„Wielki marsz” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki marsz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Paweł Korombel
Stron: 266
Data wydania: 13 grudnia 2017


Kolekcja książek Mistrza Grozy rośnie na moich półkach jak na drożdżach. No, może na półkach to przesada – jak na razie udaje mi się ją upchać w jeden segment, jako dwupiętrowa i dwurzędowa konstrukcja. Ciężko czasem jest wyciągnąć coś z tyłu, zwłaszcza jeśli czyta się ją nieregularnie. Żeby trochę sobie ułatwić zadanie przeskoczyłem o tytułów do przodu i tym razem sięgnąłem po „Wielki marsz”, mimo że przed nim jest kilka pozycji, które powinienem przeczytać. Wiele osób ostatnimi czasy jednak polecało mi właśnie tę powieść Stephena Kinga, a że przy okazji nie należy do długich, to wszystko wskazywało, że sięgnięcie po nią jest dobrym pomysłem. No i rzeczywiście to był dobry pomysł, chociaż moje oczekiwania były chyba zbyt duże.

Gdzieś w przyszłości, kiedy rząd w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej wygląda nieco inaczej, a jego wpływ na społeczeństwo jest o wiele większy, co roku odbywa się Wielki Marsz. Święto wszystkich obywateli, wydarzenie, na które czekają wszyscy. Setka śmiałków rusza przed siebie, poruszając się do przodu aż przedostatni z nich padnie z wycieńczenia. Dosłownie. Nagroda jest wielka, wspaniała, niesamowita, najlepsza z najlepszych. Niektórzy powiedzą, że to pieniądze. Inni, że władza. A jeszcze inni, na przekór wszystkiemu, będą snuć bluźniercze tezy o nagrodzie w postaci życia.

„Wielki marsz” jest zdecydowanie nietypową książką. Nietypową zarówno pod względem samego pomysłu na fabułę, jak również treści i przesłania, które ze sobą niesie. Stephen King już parę razy udowodnił, że umie konstruować powieści oparte o niewielu bohaterów lub o bardzo małe powierzchnie. Co prawda kilkaset kilometrów, przez które przechodzą bohaterowie książki to nie jedno pomieszczenie, jednak w pewnym sensie sprawia wrażenie izolacji. Do tego główne wydarzenia rozgrywają się raptem między paroma chłopakami, którzy biorą udział w dorocznym Wielkim Marszu, wokół którego powstała pewnego rodzaju legenda i jego uwielbienie. Czytelnikowi jest wręcz duszno, nieprzyjemnie i źle, bo odczuwa dysonans – z jednej strony wielkie przestrzenie, bezmiar drogi przed postaciami, a z drugiej kilka dni upchniętych wokół kilku postaci, które idą niemal ramię w ramię.

„Czterdziestkapiątka znów upadła. Odgłosy kroków przyspieszyły, to rozpierzchli się zawodnicy. Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia”.

Dość szybko rzucają się w oczy opisy. Te, jak to u Kinga, często nie powalają dynamizmem, czasem miałem wrażenie, że zaraz zasnę, jednak doskonale wyszło to, co autor umie najlepiej – tworzenie wielowarstwowego podłoża dla słów, które są na pierwszy rzut oka po prostu zwykłymi słowami. Czasem mniej wyszukanymi, czasem bardziej, jednak wciąż to jedynie narzędzie do zbudowania wielkiego pudła emocji, którym otoczony jest „Wielki marsz”. Co ciekawe, Stephen King skonstruował mnóstwo dialogów, które czasem przypominają o beztroskim podejściu nawet w chwilach największego zagrożenia życia, a czasem stanowią nieskładną paplaninę oszalałych z wyczerpania gości. Można więc tutaj znaleźć sporo skrajności, które jednak tworzą spójną całość.

Wielki Marsz odbywa się co roku, w alternatywnej rzeczywistości, której centrum są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wokół samego wydarzenia wyrosło coś w rodzaju kultu, w którym udział biorą wszyscy obywatele kraju (a spróbowaliby nie wziąć udziału). Pomysł sam w sobie jest wystarczająco intrygujący, żeby sięgnąć po powieść i zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Dobrowolne rzucanie się śmierci w ramiona, współzawodnictwo o to, kto będzie miał szansę umrzeć (lub spróbować przeżyć) to całkiem przyzwoity temat do rozłożenia na czynniki pierwsze. Zwłaszcza w kontekście przemian fizycznych i duchowych osób, które w tym biorą udział. Poszczególne etapy zarówno samego marszu, jak i tego, co działo się z jego uczestnikami, zostały opisane wystarczająco sensownie i wiarygodnie, że można aż uwierzyć w konsultacje ze specjalistami – lekarzami wielu specjalizacji oraz psychologami. 

„Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani”.

Spodziewałem się jednak czegoś więcej po tej pozycji, zważywszy na wszechobecne pochwalne opinie. Miałem nadzieję, że rzuci mnie na kolana i wciągnie bez końca, jednak tak nie było. Jest to naprawdę dobra książka, zdecydowanie warta przeczytania, wyzwalająca wiele emocji, ale jednak nie spełniła moich oczekiwań. Być może były one za duże, być może nawet nieco wyolbrzymiłem zachwyty nad nią i odebrałem je w nie do końca zdrowy sposób, jednak mimo wszystko „Wielki marsz” i tak nie trafi na listę najwyżej ocenianych książek. Jest to wysoka pozycja wśród wszystkich książek Stephena Kinga, jakie do tej pory czytałem, jednak nie przebija wciąż „Misery”, ”Zielonej Mili” czy „Mrocznej Wieży”.

Emocjonująca, konkretna, choć czasem przeciągnięta pozycja dla każdego fana mocnych wrażeń. Duszny klimat rozciągnięty na wiele kilometrów pokazuje, że King potrafi tworzyć dzieła wywołujące ambiwalentne uczucia. Świat pełen elementów owianych tajemnicą, wśród których na pierwszy plan wyłania się fascynacja i pełna akceptacja śmierci, która to serwowana jest jak przystawki w dobrej restauracji. Pot, krew i łzy co chwilę dolewane są jak wino do kieliszka, a apetyt na główne danie z każdą chwilą staje się coraz większy. Brakuje mi co prawda pełnego wciągnięcia czytelnika w wir opisywanych wydarzeń, jednak to dość częsty problem, który napotykam u Kinga – niektóre z opisów są zbyt rozwleczone, a części z nich mogłoby równie dobrze nie być, bo niewiele wnoszą. Mimo wszystko to naprawdę dobra powieść, z którą warto się zapoznać.

Łączna ocena: 8/10

poniedziałek, 16 lipca 2018

„Dolores Claiborne” - Stephen King

Źródło: Lubimy Cytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dolores Claiborne
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Stron: 234
Data wydania: 18 października 2017


Zbyt dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ostatni raz sięgałem po książki Mistrza. Najwyższa pora to nadrobić, zwłaszcza że kolekcja cały czas się powiększa. “Dolores Claiborne” jest wręcz idealnym kandydatem po dość długiej przerwie od Kinga, bowiem uznawana jest za bardzo dobrą pozycję z dorobku tego autora. Przy okazji nie jest ciężka (podobno) ani trudna w odbiorze (podobno). Chciałem więc te “podobno” wyeliminować i jednoznacznie odpowiedzieć Wam na pytanie, czy słusznie uznawana jest za jedną z lepszych powieści Stephena Kinga. Z czystym sumieniem mogę napisać, że absolutnie nie dziwię się tej opinii i podpisuję się pod nią wszystkimi moimi kończynami. Przynajmniej dopóki są w pełni sprawne.

Przesłuchania na policji mogą być długie. Zwłaszcza, jeśli jest się podejrzanym o popełnienie morderstwa. Kiedy Vera Donovan żegna się z życiem, jako jedna z pierwszych na komendę trafia Dolores Claiborne - była opiekunka Very, która wielokrotnie dała do zrozumienia, że z chęcią pozbawiłaby życia swoją chlebodawczynię. Ku wielkiemu zdumieniu prowadzących śledztwo, Dolores nie ma jednak zamiaru przyznać się do zabójstwa. A na pewno nie do zamordowania Very. Za to zbrodnia sprzed prawie trzydziestu lat, dokonana na własnym mężu to coś zupełnie innego...

Co prawda wiele jeszcze książek Stephena Kinga przede mną, ale po “Mrocznej Wieży” myślałem, że niczym mnie już nie zaskoczy. A jednak Kingowi się to udało i to w gruncie rzeczy niepozorną powieścią, którą jest “Dolores Claiborne”. Nie chodzi jednak wcale o jakąś ponadczasowość czy wspaniałość bijącą inne dzieła Mistrza. Absolutnie - “Dolores Claiborne” nie jest bowiem ani mrożącym krew żyłach horrorem, ani trzymającym w napięciu thrillerem. Jest po prostu… nietypowa. Zaskoczyła mnie głównie forma, jaka została wykorzystana do jej napisania. Całą książka jest bowiem zapisem zeznań tytułowej Dolores Claiborne. King wykorzystał narrację pierwszoosobową, w której oskarżona opowiada policjantom coś, co można nazwać historią swojego życia.

“Czuję jakiś przeciąg, Andy. Czyżby tak wiało z twojej rozdziawionej gęby?”

Nie jest to jednak coś w rodzaju czytania zeznań - bardziej można to przyrównać do ich słuchania. Dolores w trakcie swojej przemowy komunikuje się bezpośrednio z policjantami, jednak Stephen King nie zawiera w tekście bezpośrednio ich odpowiedzi. Można je wywnioskować jedynie z dalszych wypowiedzi Dolores. Czytanie czegoś takiego jest naprawdę interesującym przeżyciem. Co ciekawe, muszę przyznać, że wyszło to niesamowicie. Wydawać by się mogło, że to w sumie takie nic, zwykły, znany od lat sposób prowadzenia narracji, ale jednak dorzucenie do tego pośredniej rozmowy z niewidocznymi dla czytelnika osobami dodał fajnego smaczku. Małe rzeczy, a cieszą. Nie przypominam sobie żadnej książki, którą czytałem, bądź o której wiem, żeby stosowała ten sam zabieg. Można więc powiedzieć, że i w tym przypadku King zrobił coś… oryginalnego.

Na ogromny plus zasługuje humor, którym autor wypełnił niemalże całą książkę. Nie zdążyłem dojść do trzydziestej strony, a już śmiałem się niemalże do upadłego! “Dolores Claiborne” ze swoim ciętym językiem i prostym humorem potrafi rozbawić do łez. Stephen King często w swoich książkach zawiera sporo specyficznego dla niego humoru, jednak w tym przypadku chyba przeszedł samego siebie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to humor przedstawiany przez prostą kobietę, jak sama o sobie mówi, wyspiarkę z krwi i kości, która przez całe życie pracowała urobiona po łokcie. To jednak świadczy jednak o kunszcie Kinga (oraz tłumacza polskiej wersji językowej! w końcu podołał wyzwaniu!), który był w stanie w wiarygodny sposób oddać styl i język, jakim posługiwała się Dolores Claiborne, której lata młodości przypadają w okolicach lat 40. i 50. XX wieku. Nie dość, że wyszło znakomicie, to jeszcze przykuwało uwagę jeszcze lepiej.

“A tak już jest, że sranie ma w sobie coś komicznego”.

Sama historia, którą opowiada Dolores na kartach książki jest słodko-gorzkim przedstawieniem jej żywota - prostego, pełnego nieszczęść, ale i przezabawnych sytuacji. Chociaż większość humoru bierze się z nieco satyrycznego podejścia głównej bohaterki do jej przeżyć. Nawet te nieprzyjemne chwile potrafi ubrać w bardzo zabawny sposób. Mimo tego, że jest to nic innego jak właśnie opowieść o dziejach pewnej wyspiarki, to Stephen King stworzył z tego historię, którą się wręcz pochłania. Wszystkie elementy układanki doskonale do siebie pasują, a do tego dążą do jednego - w jaki sposób Dolores Claiborne zabiła swojego własnego męża. O tym fakcie dowiadujemy się już na samym początku, a później czekamy na szczegóły, które zdradzi przesłuchiwana żona. Jestem naprawdę pod wrażeniem jak można zrobić tak ciekawą książkę z tak prostego i niezbyt porywającego motywu.

Zdecydowanie świetna książka. Nie jest to ta twórczość Stephena Kinga, za którą wynosi się go pod niebiosa, ale na pewno należy do tych książek, za które można autora ogólnie chwalić. Prosta, ale wciągająca i pełna humoru. Tego dobrego, specyficznego dla Kinga humoru, który nie wszystkim podchodzi. Jeśli jednak się okaże, że “Dolores Claiborne” trafiła w czyjś gust, to lepiej nie czytać jej w publicznym miejscu. Ludzie mogą zacząć się dziwnie patrzeć, jeśli co chwilę parska się śmiechem, lub wręcz zaczyna się śmiać na całe gardło. Doskonała nie tylko jako przerywnik, ale również jako pełnoprawna pozycja, która nie będzie w żaden sposób umniejszać Waszej domowej biblioteczce. Jednym słowem - polecam!

Łączna ocena: 8/10


wtorek, 8 maja 2018

"Wiedźmikołaj" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Wiedźmikołaj
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 392
Data wydania: 18 sierpnia 2016


Wspaniałość Terry'ego Pratchetta polega między innymi na nietuzinkowym spojrzeniu na świat i ciężkim do podrobienia poczuciu humoru. Gdy czyta się fragment dowolnej książki ze Świata Dysku od razu czuć, że to Pratchett. Nic więc dziwnego, że człowiek, który raz zasmakuje w prozie tego brytyjskiego pisarza, będzie chciał więcej. Ja też cały czas chcę więcej i choć nieubłaganie zbliżam się do końca, to mimo wszystko zew jest silny. Na tyle silny, że wreszcie po niemalże czterech miesiącach pękłem i sięgnąłem po "Wiedźmikołaja". Zdecydowanie muszę brać Pratchetta do ręki częściej.

Noc Strzeżenia Wiedź to bardzo magiczna noc w Świecie Dysku. To wtedy do świata mogą przeleźć różne potworności, a osnowa rzeczywistości robi sobie małe wakacje. Wtedy też Wiedźmikołaj odwiedza wszystkie dzieci i wręcz im rózgi. Albo pistolety. Albo Wielkie Maszyny do Mielenia Wrogów. Dla każdego coś dobrego. Jednak nie dla Wiedźmikołaja, który wydaje się... być zaginiony. A kiedy do tych spraw wtrąci się Śmierć z wnuczką i Gildią Skrytobójców, to nikt w Świecie Dysku nie może spać spokojnie.

Tym razem Pratchett postawił na dwa główne tematy do wyśmiania i ukazania w krzywym zwierciadle - skomercjalizowaną magię świąt Bożego Narodzenia, z Mikołajem na czele (oraz innymi magicznymi stworami) oraz prowadzenie dochodzeń detektywistycznych. Choć to drugie nie jest oficjalnie raczej wspominane w opracowaniach, to postać Susan Sto Helit wręcz krzyczy wszem i wobec, że prowadzi śledztwo. Tak skrajne tematy mogą się wydawać zdecydowanie nie na miejscu, jednak Terry Pratchett już nie raz udowodnił, że sztuka łączenia nie jest mu obca. Nie dość, że wyszedł wyborny koktajl, to na dodatek chciałby się go pić aż do przelania własnego żołądka.

"Pokoik był nędzny - taki często wynajmują osoby, które nie planują mieszkać w nim długo; w takim nocą przejściu po podłodze towarzyszy chrzęst karaluchów w śmiertelnym flamenco".

Susan pojawia się w niewielu książkach z cyklu "Świata Dysku", a na pewno nie jako jedna z głównych bohaterek. "Wiedźmikołaj" jest jednym z trzech tomów napisanych przez tego autora, w których możemy spotkać tę nie do końca normalną i nie do końca nadnaturalną dziewczynę. A szkoda, bo mimo, że nie jest to jedna z najbardziej rzucających się postaci w całym uniwersum, to z pewnością jest interesująca. Jest połączeniem wszystkiego, co najgorsze z punktu widzenia pochodzenia. Trochę arystokratka, trochę zwykła kobieta, a do tego z odrobiną krwi Śmierci w żyłach (he-he). Do tego pragnąca normalności, co niestety nie zawsze wychodzi. Wynikają z tego dość nietypowe i często zabawne sytuacje.

Trochę zaskoczyć może końcówka, która jest niesamowicie pouczająca jak na twórczość Pratchetta. Wydawać by się mogło, że autor ten tworzy jedynie utwory przeznaczone jedynie czystej i niczym nie skrępowanej rozrywce, ale już kilka razy udowodnił, że potrafi też przekazać coś istotnego. "Wiedźmikołaj" jest właśnie jedną z tych powieści, która wręcz każe zastanowić się nad pewnymi aspektami, których ze względu na możliwe spoilery nie chcę nazywać po imieniu. Można się ich bowiem teoretycznie domyślić już na samym początku książki (a nawet z opisu), jednak wbrew pozorom nie są one dokładnie takie, jakie zazwyczaj ludzie sobie wyobrażają. Nawet w tej sprawie Terry Pratchett potrafi zaskoczyć. A napisał przecież tyle książek, że łatwo można wpaść w pułapkę pod tytułem "przecież on już nic nowego nie wymyśli".

"Strzeżenie Wiedźm tradycyjnie uważane jest za czas rodzinny, jednak ci, którzy pili w Katafalkach, prawdopodobnie nie mieli rodzin; niektórzy wyglądali, jakby mogli mieć miot albo jajka".

Kolejny bardzo udany tom "Świata Dysku", łączący w sobie zarówno zabawę i śmiech, jak i mądrość. Brak bardzo ścisłych powiązań z innymi częściami cyklu robią z tego tomu doskonałego kandydata do rozpoczęcia przygody z autorem dla wszystkich, którzy jeszcze nie sięgnęli po książki nieżyjącego już Brytyjczyka. Zwłaszcza przesłanie, które niesie ze sobą książka, może być dla części osób argumentem ostatecznie zachęcającym. W każdym razie nawet jeśli to nie przekona wielu osób, to "Wiedźmikołaj" jest wciąż zabawną i dobrze napisaną pozycją, która powinna zadowolić wiele osób swoim poczuciem humoru.

Łączna ocena: 7/10


sobota, 24 marca 2018

"Gra Geralda" - Stephen King

"Gra Geralda" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Gra Geralda
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Stron: 330
Data wydania: 6 września 2017


Jednym z moich marzeń, które skutecznie realizuję, jest przeczytanie całego dorobku literackiego Stephena Kinga. Jak na razie - o czym już wspomniałem - udaje mi się to marzenie pchać do przodu, a "Gra Geralda" jest kolejnym stopniem utworzonym na schodach do celu. Nie wszystkie książki Mistrza Grozy są przez każdego uznawane za wspaniałe. Przy takiej liczbie dzieł muszą się trafić nieco słabsze lub takie, które zwyczajnie nie zyskają fanów. Część z nich to średniaki, które przyjemnie przeczytać, jednak nie zostawiają w człowieku pewnego efektu "wow". Obawiam się jednak, że w tym przypadku schodzimy nawet poniżej średniej.

Niektórzy uwielbiają wyuzdany seks. Inni kochają brutalny seks, okraszony szczyptą pikanterii. Czasem aż zbyt wielką szczyptą. Gerald chciał doprawić nieco swoje życie seksualne i wraz z małżonką udali się do domku letniskowego, gdzie mogli zabawiać się w dowolny sposób. Nie przewidzieli jednak jednego - że domki letniskowe na odludziu to zazwyczaj idealny początek horroru. Horroru, którego główną bohaterką staje się żona Geralda.

Stephen King udowodnił za pomocą między innymi "Misery", że potrafi stworzyć klimatyczną powieść opartą o jedno pomieszczenie i dwójkę osób. "Gra Geralda" to próba ograniczenia liczby postaci do jednej, i to uwięzionej. Nie wiem czy jest to po prostu zbyt trudne do wykonania czy po prostu Mistrzowi noga się powinęła, ale ta historia zdecydowanie nie należy do najlepszych książek Kinga. Wręcz przeciwnie - przyznam szczerze, że przez zdecydowaną większość czułem się znudzony i czekałem na jakiekolwiek rozwinięcie. Na szczęście doczekałem się takich fragmentów, chociaż były to opisy przeszłości bohaterki, które odsłaniają przez Czytelnikiem jej traumatyczne przeżycia.

"Boże, daj mi pokorę, bym pogodziła się z rzeczami, których nie mogę zmienić, daj mi odwagę bym zmieniła rzeczy, które mogę zmienić, i daj mi mądrość, bym potrafiła je rozróżnić. Amen"

Cała książka składa się tak naprawdę z dwóch głównych wątków. Jednym z nich jest sytuacja Jessie w chatce w lesie, jej bieżące przemyślenia oraz próby poradzenia sobie z sytuacją, w której się znalazła. Drugim wątkiem jest jej przeszłość, opisywana w postaci wspomnień, które pojawiają się zarówno w tracie snu, jak i chwil przytomności umysłu. Pierwszy z nich jest zdecydowanie tym słabszym, zwłaszcza na samym początku. Początkowe sto stron (czyli tak naprawdę 1/3 całej książki) nie napawa optymizmem i utrzymałem się przy niej jedynie siłą własnej woli. Opisy są bowiem rozwlekle, dość nudne i niezbyt interesujące, a także niewiele wnoszą do samej historii.

Pod znakiem zapytania można postawić retrospekcje, które pojawiają się w głowie bohaterki. Wydają się być idealne jako tło do przedstawienia trudnej przeszłości, jednak w tej książce nie wnoszą one kompletnie nic. Są jedynie pewnym szokującym elementem, który mógłby zostać o wiele lepiej wykorzystany w dowolnej innej powieści. Naprawdę, mimo swojej brutalnej natury, są one doskonałym przedstawieniem problemów, z jakimi styka się więcej osób niż zapewne chcemy sobie zdawać sprawę. Jednak w kontekście "Gry Geralda" są czymś w rodzaju zaprzepaszczonej szansy. Szokują, ale nie dają ku temu powodów. Jedyne sensowne wyjaśnienie to chaotycznie pędzące myśli kobiety prawie na skraju załamania nerwowego. Tylko czemu autor wybrał akurat taką a nie inną przeszłość Jessie?

"Sny to myślowy odpowiednik streszczeń książek; nie pamięta się nieistotnych szczegółów."

Najbardziej zaskakujące są jednak ostatnie strony książki. Nie zamierzam zdradzać co opisują, jednak są one najlepszą częścią całej powieści. Tak naprawdę stanowią świetne rozwiązanie dowolnej historii, zbudowanej w oparciu o informacje, które zawierają. Aż żal, że tak nijaka książka ma tak dobre zakończenie. Zdecydowanie jednak podbija ono ogólną opinię o "Grze Geralda" choćby z tego powodu, że zwiększa sens jej przeczytania. Szkoda jednak, że Stephen King nie wykorzystał go w innej, o wiele lepszej powieści.

"Gra Geralda" zdecydowanie potrafi wywołać ambiwalentne uczucia. Z jednej strony pełna niezwykle brutalnych, ale dopracowanych retrospekcji, z drugiej pełna niezbyt wartościowej i interesującej treści. Na koniec pojawia się zakończenie, które swoją zawartością tworzy dysonans z tym, co Czytelnik wcześniej przeczytał. Nie jest to najlepsze dzieło Mistrza, a w moim prywatnym rankingu znajduje się gdzieś na szarym końcu. Zwłaszcza ze względu na pewne zaprzepaszczenie potencjału, który niewątpliwie posiada. Jeśli nie macie na celu przeczytać absolutnie wszystkich dzieł Stephena Kinga, to tę pozycję możecie sobie śmiało odpuścić.

Łączna ocena: 5/10