Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiktoria biankowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiktoria biankowska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 grudnia 2020

„Ja, ocalona” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, ocalona
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 430
Data wydania: 28 października 2020

Wiecie, ile czasu minęło od pierwszego wydania trzeciej części cyklu o Wiktorii Biankowskiej, czyli „Ja, potępiona”? Osiem lat. Dla pisarki jest to szmat czasu, w którym wydarzyć się może naprawdę wszystko! Przede wszystkim nowe książki, za którymi idzie poprawa nie tylko warsztatu pisarskiego, ale również koncepcji. Nawet na świat, który został już stworzony, i wyprodukowane zostały powieści go opisujące. A w końcu „była diablica, niedoszła anielica” towarzyszy już czytelnikom od trzech tomów, prawda? W czwartym, wydanym po prawie dziesięcioleciu, mogło się wydarzyć absolutnie wszystko. Dlatego cieszę się bardzo, że miałem możliwość przeczytania wszystkich książek jedna po drugiej. Dzięki temu mogłem ocenić, jak zmienił się styl autorki przez te lata, a muszę przyznać, że w czwartej części widać ogromną zmianę.

Jeśli Wiktoria kiedykolwiek sądziła, że życie z diabłem będzie usłane różami, to się bardzo srogo myliła. Chociaż w pewnym sensie udało jej się utrzymać w miarę stabilny byt – przez kilkanaście lat nie doprowadziła do żadnej katastrofy w Zaświatach! Aby jednak równowaga została zachowana, musiało się stać coś bardzo nietypowego. Można chyba w ten sposób określić depresję u samego Szatana, prawda? Zwłaszcza jeśli ten pragnie w związku z tym nieco… przyspieszyć Apokalipsę. Tak, tę Apokalipsę. Chyba nawet Azazel by nie wpadł na tak durny pomysł. Chociaż kto go tam wie, w końcu niejedno już robił w swoim długim, diabelskim życiu…

Minęło osiem lat, od kiedy Katarzyna Berenika Miszczuk wydała trzeci tom przygód Wiktorii Biankowskiej i było to chyba bardzo pracowite osiem lat. Znaczną zmianę widać od samego początku czwartej części – zarówno w języku, jak i w podejściu do samej konstrukcji powieści. Nie jest to być może różnica typu „niebo a ziemia” (he-he), jednak wyczuć ją można od pierwszych zdań. Jest bardziej… bogato, dojrzale, widać dużo urozmaicenia, mniej chaosu. A do tego nawet same postacie są nieco inaczej poprowadzone – bogatsze o dziesięć lat powieściowych „życia” faktycznie są odzwierciedleniem nieco innych wersji samych siebie. Chociaż teoretycznie dla Beletha czy Azazela nie powinno to robić większej różnicy – wszak istnieją oni od zarania dziejów.

Wreszcie pojawia się też więcej historii Nieba oraz Piekła! Wszystko bazuje oczywiście na Biblii oraz podaniach czy mitach, jednak w nieco skrzywiony sposób, tak charakterystyczny dla całego cyklu. Cała powieść kręci się głównie wokół tematu Apokalipsy, więc Apokalipsa św. Jana jest tym utworem, na którym bazuje najwięcej przykładów. Możemy jednak liczyć także na poznanie nowych imion Aniołów wraz z przynależnością do konkretnych chórów. Autorka nawet pozwoliła sobie na wspomnienie tworzenia świata oraz tego, jak budowniczowie pracowali, ile im to zajęło i czym się to dla nich skończyło. Zważywszy na to, jak mało tego typu smaczków było w poprzednich trzech tomach, czuję się choć trochę usatysfakcjonowanym w tej kwestii.

Osiem lat to mnóstwo czasu na to, by w ogóle zapomnieć, o czym były wcześniejsze książki. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogłem je przeczytać ciurkiem – jednak wiele osób ma je już dawno za sobą. Katarzyna Berenika Miszczuk dość trzeźwo więc założyła, że mogą być problemy z przypomnieniem sobie konkretnych wydarzeń i postanowiła (najczęściej słowami Wiktorii) poprzypominać to i owo. Na całe szczęście wyszło to dość naturalnie – nie czuć takiego wpychania informacji na siłę, raczej jest to realizowane w formie rozmyślań samej Wiki. Być może nawet dzięki temu dałoby się przeczytać „Ja, ocalona” bez znajomości wcześniejszych tytułów. Tutaj jednak ciężko mi jest się wypowiedzieć z większą pewnością siebie.

Nawet wątek romantyczny wydaje się jakiś taki… bardziej dojrzały. Nie jest to już jakieś uganianie się przystojnego i jurnego diabła za śliczną Wiktorią, tylko o wiele poważniejsze rozterki na temat związków oraz relacji po rozstaniu. Rzecz jasna nie można nazwać „Ja, ocalona” studium przypadku niedokończonych spraw, to wciąż jest jednak książka dla młodzieży, jednak nawet taki antyfan wstawek miłosnych jak ja jest w stanie to przetrawić, a nawet zaakceptować. Chociaż oczywiście nie mogło zabraknąć bardziej przyziemnych (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście Nieba i Piekła) „żądz” i innych takich. Cóż, trzeba przeżyć – w końcu taki klimat tego cyklu, prawda?

Naprawdę ogromna różnica między poprzednimi tomami, a „Ja, ocalona”. Jednocześnie udało się autorce utrzymać podobny klimat, a zabieg z przeniesieniem akcji również o dziesięć lat do przodu bardzo pozytywnie wpłynęło na te zmiany w postaciach, które zrobiły je nieco bardziej dojrzałymi i konkretnymi. Jestem naprawdę kontent. Końcówka była zwłaszcza miłym zaskoczeniem – jak już wskoczyłem w ostatnie łańcuch wydarzeń, to oderwałem się dopiero wtedy, gdy zamknąłem przeczytaną już książkę. Wielka szkoda, że poprzednie powieści nie powstały właśnie mniej więcej teraz, bo czuję, że wszystkie miałyby o wiele więcej pazura. Niemniej jednak cieszę się, tak czy siak, z tego, że mogłem prześledzić rozwój Wiktorii i jej paczki diabelskich przyjaciół od początku, aż do obecnego końca. Jednak tylko chwilowego – epilog już się postarał o to, żeby było jasne, iż Katarzyna Berenika Miszczuk nie powiedziała ostatniego słowa!

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

poniedziałek, 7 grudnia 2020

„Ja, potępiona” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, potępiona
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 28 października 2020

Jak się powiedziało „A”, to powinno się też powiedzieć „B”, prawda? Ja „B” już powiedziałem paręnaście dni temu, a teraz przyszedł czas na „C”, czyli trzecią już część cyklu o Wiktorii Biankowskiej, czyli „byłej diablicy, niedoszłej anielicy”, jak ona sama lubi siebie określać. Przede mną jeszcze jeden (na tę chwilę) tom, czyli „Ja, ocalona”, a po przejściu przez trzecią część jestem bardziej pozytywnie nastawiony na następną, niż miało to miejsce przy pierwszych dwóch tomach. Jestem pozytywnie zaskoczony i muszę przyznać, że mimo niewielkiego w gruncie rzeczy odstępu między drugą a kolejną powieścią, pojawiła się duża poprawa. Ewentualnie ja po prostu już przywykłem do pewnych niuansów prozy autorki!

Piekło, jakie jest, każdy wie. W każdym razie każdy, kto do niego trafił. Wiktoria już odwiedziła zarówno Niższą Arkadię, jak i samo Niebo, w obu uzyskując w pewnym sensie obywatelstwo. Poruszanie się między Zaświatami to wyjątkowy przywilej, którego nie mają ani diabły, ani aniołowie. Wiktoria może więc się cieszyć ze swojego szczęścia. No, mogłaby się cieszyć, gdyby jednak nieszczęśliwym zrządzeniem losu (o imieniu Beleth) nie trafiła do Tartaru. Stamtąd jak do tej pory nie uciekła żadna potępiona dusza. Jednak do tej pory nie było tam Wiktorii, więc wszystko się może zmienić…

„– Boże przenajświętszy, to wy! – zawołał [Gabriel].
Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by zdumieć się porządnie. Szatan zerwał się na równe nogi, zrzucając na ziemię talerz pełen eklerek, i krzyknął, pokazując palcem na Archanioła:
– HA!!! Użyłeś nadaremno!”

Przyznać muszę, że to właśnie w tym tomie po raz pierwszy w całym cyklu miałem momenty w stylu „no dobra, jeszcze tylko do końca tego rozdziału i idę spać”. Serio, autorka bardzo fajnie poprowadziła wiele akcji i sprawiła, że pomiędzy poszczególnymi rozdziałami pojawiła się nutka niepewności oraz tajemnicy. Takiej, wiecie, zachęcającej, niewymuszonej. Jest to w sumie dość klasyczny manewr, połączony z przeplataniem miejsca akcji oraz bohaterów, dzięki czemu nie można się doczekać kolejnego rozdziału, a z kolei po lekturze obecnego chce się dowiedzieć, co dalej będzie się działo w ostatnim… No i tak w kółko. Dzięki temu książkę bardzo szybko się czyta, dużo szybciej niż jej poprzedniczki.

Trochę mnie niestety zakończenie rozczarowało – wszystko zadziało się zdecydowanie zbyt szybko. Nie do końca byłem w stanie nadążyć za zmianami, jakie się pojawiały oraz za sposobami rozwiązania nietuzinkowego problemu, który w pewnym sensie znowu Wiktoria wygenerowała. Dość mocno naciągane (tak bardzo, jak rajstopy na arbuza) było też zachowanie głównej antagonistki, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jej dość logiczne rozumowanie przez całą poprzednią część książki. No, a do tego jeszcze wrodzoną wręcz podejrzliwość. Można więc było to o wiele lepiej rozwiązać.

„Biada nam. Socjopata napalił się na socjopatkę. To może skończyć się rzezią, kiedy trzecia socjopatka, właścicielka wcześniej wspomnianego socjopaty, się o tym dowie”.

Zdecydowanie za to podoba mi się pomysł, w którym zmierza dalej cała historia paczki… diabelskich przyjaciół (?), o ile mogę tak to nazwać. Z jednej strony wydawać by się mogło, że nic gorszego i dziwnego się już stać nie może, wszak widzieliśmy już dosłownie wszystko, jednak chyba w czwartym tomie czeka coś jeszcze bardziej absurdalnego! Na całe szczęście faktycznie w trzecim tomie poziom absurdu jest dostosowany dość sensownie i można faktycznie nazwać tę książkę w pewnym sensie pastiszem, a nie przerysowanym światem z bohaterami bardziej żenującymi, niż prześmiewczymi. Jeśli jeszcze ilość pseudoromantyzmu zostałaby zmniejszona do minimum, to byłbym naprawdę rad…

Dużo lepsza część niż poprzednie dwie, chociaż wciąż to i owo jest do poprawy. Przygody Wiktorii i Beletha są już jednak na wyższym poziomie niż dotychczas, a cały świat nie jest już taką karykaturą krzywego zwierciadła. Nie wiem, czy warto przedzierać się przez „Ja, diablica” oraz „Ja, anielica”, żeby tu dotrzeć, ale wiele wskazuje na to, że w czwartym tomie będę mógł spróbować odpowiedzieć na to pytanie. Zwłaszcza że obecnie opisywana powieść wydana została w 2012 roku, a więc osiem lat twórczości Katarzyny Bereniki Miszczuk temu. Mam więc cichą nadzieję, że poprawa jakości wręcz uderzy mnie w twarz i będę mógł z czystym sumieniem napisać, że to jest to, na co czekałem przez jakieś 1200 stron poprzednich tomów.

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

piątek, 27 listopada 2020

„Ja, anielica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, anielica
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 30 września 2020

Moje pierwsze spotkanie z cyklem o Wiktorii Biankowskiej nie należało może do najlepszych, ale jednak obiecywało wiele. Znaczy okej, może nie wiele, ale na pewno pokazywało, że autorka ma pomysł na cały świat i bohaterów, tylko po prostu wówczas pisała „Ja, diablica” jako jedną ze swoich pierwszych książek. Rok po rozpoczęciu anielsko-diabelskiego cyklu wydała jego drugi tom, czyli „Ja, anielica”, o którym czytałem wiele różnych opinii – chociaż w większości bardzo dobre. Dość często spotykałem wśród nich wyrazy lekkiego rozczarowania, ponieważ według czytelników drugi tom jest na nieco niższym poziomie niż pierwszy. Ja natomiast plasuję go nieco wyżej – wciąż nie jest to ponadprzeciętna książka, ale część problemów z pierwszego tomu została wyeliminowana.

Jeśli Wiktoria myślała, że długo będzie się cieszyła ze związku z Piotrusiem, to nie wzięła pod uwagę uporu Beletha. Beleth, jak to Beleth, piekielnie przystojny i przekonujący, ma do Wiktorii bardzo niewinną prośbę. Wszystko rzecz jasna z dobroci serca i szlachetnych planów, które ma, ale do których realizacji potrzebuje kogoś w Niebie. Czemu więc nie wysłać tam byłej diablicy? W końcu co może się złego stać. Wszak Niebo słynie ze sztywnych manier, totalnej nudy i absolutnego braku brawury na drodze. No, chyba żeby liczyć syna Szefa, który wozi się nowiutkim maserati…

„Przecież śmierć wcale nie jest czymś strasznym. To po prostu przejaw skrajnego niedoboru zdrowia”.

Cóż, na pewno jest to odrobinę bardziej dojrzała pozycja niż „Ja, diablica”. Oczywiście cały czas kręci się wokół przedstawiania Zaświatów w krzywym zwierciadle, ale czuć ogólnie, że nawet same opisy są bardziej konkretne i pełnowartościowe. Przy okazji nie ma już tak dużego nagromadzenia bardzo oczywistych porównań w Niebie, jak to było z Piekłem! Mamy Edenię, mamy również obsesję na punkcie siódemki (chociaż to jest w sumie dość spodziewanym efektem), jednak infantylne porównania nie atakują nas ze wszystkich stron. Ba! Nawet sam początek książki jest naprawdę… magiczny w pewnym sensie. Tajemniczy nawet można rzec, chociaż później wracamy do starej, dobrej Wiktorii i jej dalszych przygód, tym razem w Niebie.

Właśnie, Niebo! W pierwszej części autorka przedstawiła swoją wizję Piekła, natomiast teraz przyszedł czas na Niebo. A nie jest ono wcale takie, jakiego można się było spodziewać! Wbrew pozorom nie jest dokładnym przeciwieństwem Niższej Arkadii. Można powiedzieć, że jest bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jednak to, co najbardziej mnie w nim urzekło to putto – znane również jako kupidyn lub amor! Kreacja tych stworzeń przedstawiona przez Katarzynę Berenikę Miszczuk jest bezbłędna! Jak na razie to najlepsze, co mnie spotkało w całym cyklu o Wiktorii Biankowskiej i aż dziw bierze, że o jej wersji putto nie jest głośniej w różnych opiniach o książce.

Widać już też pewnego rodzaju schemat, w którym stara się obracać autorka. Schemat opowieści rzecz jasna. Wydarzenia toczą się podobnie do tych znany z poprzedniej części cyklu – chociaż rzecz jasna same szczegóły są kompletnie inne. Nawet mniej więcej w tym samym momencie wszystko zaczyna się zagęszczać (po przeczytaniu około 70% – ach te czytniki i ich wskaźniki!) i dąży już powoli do finału. W pewnym sensie to pomaga trochę w odnalezieniu się w tym wszystkim i oszacowaniu, czy powoli zbliżamy się do końca, czy można się spodziewać jeszcze jakichś zwrotów akcji. W końcu najważniejszy jest tu relaks i zabawa, nie jest to powieść z gatunku hard thriller czy innego skomplikowanego kryminału!

„Gabriel uśmiechnął się wesoło, jakby poczuł z tego powodu ulgę. Zapewne poczuł. Z kolei Szatan... on wyglądał, jakby miał się rozpłakać”.

Wciąż brakuje mi bardzo szerszego przedstawienia Zaświatów w wersji autorki, bo wszystkie informacje, jakie otrzymuje czytelnik, to tylko taka dawka, która pozwoli na bieżące śledzenie wydarzeń. Brakuje takiego szerszego spojrzenia na wszystkie krainy albo chociaż na krainę, której dotyczy konkretna książka. W pewnym sensie niewielką rekompensatą jest ponowne użycie konkretnego motywu religijnego, tak jak miało to miejsce w „Ja, diablica”. Tym razem są to klucze henochiańskie wraz z otaczającymi je „nieczystymi rzeczami”. Ba! Katarzyna Berenika Miszczuk nawet pokusiła się o cytowanie „Biblii Szatana”! Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy w przypisach zobaczyłem właśnie ten tytuł. Kompletnie się tego nie spodziewałem, ale to na akurat na plus. Szkoda tylko, że w całokształcie przedstawienie świata wykreowanego przez autorkę cały czas traktowane jest po macoszemu…

Cieszę się, że sięgnąłem po kolejny tom, bo całkiem dobrze się bawiłem i widzę poprawę w stosunku do poprzedniej powieści. Ciągle nie jest to historia, do jakiej przywykłem, kiedy czytałem inne książki tego typu, aczkolwiek zaczynam doceniać powoli lekkość i brak zobowiązań w prozie Katarzyny Bereniki Miszczuk. Kolejne dwa tomy mają o wiele lepsze opinie, więc liczę na dobry rozwój powieści. Cały czas plasuję ten cykl gdzieś w kategorii rzeczy przyjemnych do przeczytania, ale daleko stojących od ambitnej czy wymagającej literatury – czasem jednak ma się na coś lekkiego ochotę. W takim przypadku, po przefiltrowaniu wątku romantycznego, ciągłych umizgów Beletha oraz skakania z akcji na akcję, oraz braku porządnego rysu świata, dostajemy całkiem miłą historię z lekkim humorem. A to czasem nawet więcej, niż się możemy spodziewać, prawda?

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

środa, 11 listopada 2020

„Ja, diablica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

„Ja, diablica” – Katarzyna Berenika Miszczuk
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, diablica
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 16 września 2020

O cyklu anielsko-diabelskim, znanym pewnie lepiej pod nazwą cyklu o Wiktorii Biankowskiej, pewnie niektórzy z Was już słyszeli. Nie jest to wcale nic nowego, Katarzyna Berenika Miszczuk wydała pierwszy jego tom już w 2010 roku. Tuż przed publikacją czwartego z kolei tomu Wydawnictwo W.A.B. wydało wznowienie w odświeżonej wersji, więc skorzystałem z okazji i postanowiłem przeczytać wreszcie historie młodej Wiki, która nagle i niespodziewanie umarła. W końcu przewijał mi się ten cykl wielokrotnie przed oczami na różnych blogach, Instagramie, Facebooku i gdziekolwiek tylko nie istnieje społeczność książkowa. No to spróbowałem. Na razie szału nie ma, ale nie daję za wygraną.

Wiktoria wcale nie przewidywała tego, że jej życie skończy się tak nagle, w młodym wieku. Całe studia jeszcze przed nią, a co dopiero mówić o czerpaniu radości ze świata! Może jednak korzystać z przyjemności, jakie oferuje zarówno Ziemia, jak i Piekło przez całą wieczność. Jak? Dokładnie tak jak inne diablice, których w Piekle pojawia się powoli coraz więcej – nawet Lucyfer idzie z duchem czasu i rozumie potrzebę równouprawnienia! Tylko dlaczego akurat na nią padł wybór? Wszystko to trochę śmierdzi i wcale nie trąca siarką. Wiktoria szybko łapie trop, chociaż nie jest pewna, czy faktycznie cieszy się z bliskiego rozwiązania zagadki.

Cóż, początek jest naprawdę ciężki do przebrnięcia. Gdy Wiktoria trafia do Piekła, okazuje się, że jest ono jak z krzywego zwierciadła stworzonego przez gimnazjalistę. Wszędzie występują bardzo infantylne nazwy nawiązujące właśnie do piekła, diabelstwa, cyfry „6” we wszystkich wariantach – nawet w dialogach można zobaczyć nieco żenujące nawiązania do dziecinnych nazw. Przyznam, że skręcało mnie z żenady co chwilę. W tamtych fragmentach przy książce trzymała mnie bardzo żywa narracja oraz ogólna lekkość pióra autorki – po prostu pomysły były bardzo kiepskie, ale sama treść napisana była przyciągająco. Widać było, że Katarzyna Berenika Miszczuk ma na to wszystko jakiś pomysł, więc trzeba po prostu zobaczyć, jak będzie dalej.

Od pewnego momentu było dużo lepiej. Nawet w którymś momencie same diabły (lub demony) zaczęły narzekać na te bardzo stereotypowe nawiązania w nazewnictwie. Z drugiej strony autorka postanowiła też przytoczyć średniej długości wywód dotyczący znaczenia cyfry „6” dla całego Piekła, oczywiście na bazie znanych nam wszystkim informacji z wiar chrześcijańskiej. Ogólnie znalazło się sporo tego typu nawiązań, jak choćby polskie tłumaczenie imienia Lucyfer, które pochodzi z języka łacińskiego. Przyznać trzeba, że do poziomu Zygmunta Miłoszewskiego czy choćby Dana Browna autorce jest bardzo daleko w tej materii, ale mimo wszystko takie smaczki należy docenić. Zwłaszcza że pisarka stworzyła „Ja, diablica” w wieku 22 lat, jako pierwszą powieść wydaną z Wydawnictwem W.A.B. (choć nie jest to jej debiut literacki).

„– Gabriel, dlaczego akurat Gabriel? – Azazel mamrotał do siebie pod nosem. – Taki pozer! Kto chce zwiastować Zachariaszowi? Ja! Ja! Słyszałem, jak się wyrywał. A potem jeszcze się dopchał do zwiastowania Maryi. Durny karierowicz!”

To, co na pewno rzuca się w oczy to grupa docelowa, dla której została napisana ta powieść. Wszystkie znaki na ziemi i niebie (he-he) wskazują na młodzież, głównie ze względu na dość lekkie podejście do rozbudowy świata oraz jego skomplikowania. Podobnie jest z trzymaniem się jakiejkolwiek fizyki czy logiki – dość częste są kłócące się z rozsądkiem wydarzenia lub podejmowane przez poszczególne postacie decyzje. Komuś nieprzyzwyczajonemu do powieści młodzieżowych mogą się one wydać wręcz spartaczeniem roboty pisarskiej, ale w zdecydowanej większości te uproszczenia pokrywają się z tym, co robią inni autorzy oraz autorki w swoich powieściach. Po prostu skupiają się bardziej na narracji oraz prowadzeniu samej historii niż na szczegółach technicznych, zwłaszcza świata. No, chociaż parę razy zdarzyło się Katarzynie Berenice Miszczuk trochę przegiąć, bo aż mnie zęby zabolały (jak np. w scenie z księżycem – wystarczy do zidentyfikowania konkretnej sceny, ale nie zdradzę w ten sposób zbyt wielu szczegółów).

Koncepcja Piekła oraz Nieba jako królestwa (?) Arkadii jest może nie tyle nietuzinkowa, ile z pewnością intrygująca. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że tak naprawdę powieść powstała w 2010 roku. Trochę szkoda, że nie jest to bardziej „twarda” literatura, bo świat wykreowany przez autorkę mógłby być naprawdę niezwykle rozbudowany i ciekawy. Trochę też liczę na to, że w kolejnych częściach cyklu pisarka położyła nieco większy nacisk na wprowadzenie czytelnika w meandry działania obu królestw – Piekła oraz Nieba. Sama koncepcja doskonałej zabawy, która pojawia się już na samym początku książki, świeża nie jest, ale na pewno została dobrze wykorzystana. Nawet w mojej opinii udało się autorce nie przesadzić z tymi wolnościami oraz imprezami. Ciekaw jestem, jak wygląda Niebo w jej wersji…

Jak już wspomniałem, technicznie powieść jest na odpowiednim poziomie. Czyta się ją szybko, potrafi miejscami przyciągnąć, chociaż odnoszę wrażenie, że akcja często dzieje się o wiele zbyt szybko. Przy okazji w wielu sytuacjach wkrada się chaos – nie do końca wiadomo, czemu coś się wydarzyło tak szybko, kilka razy zgubiłem się nieco w wydarzeniach, ale każdy powrót do lektury następował z pozytywnym nastawieniem. A to w końcu jest bardzo ważne, nawet jeśli powieść ma sporo problemów, które warto w przyszłości naprawić. Przy okazji parę razy zdarzyło się nawet, że poczułem się zaskoczony uplecioną przez Katarzynę Berenikę Miszczuk intrygą. W końcu jesteśmy w Piekle, a diabły powinny ciągle knuć, prawda? Chociaż mogłyby knuć z mniej… romantycznym wątkiem, a nieco bardziej pożądliwym…

„Prawdziwi przyjaciele. Kto by pomyślał, że znajdę ich w piekle”.

Chyba mam jakieś skłonności masochistyczne, bo ciągle sięgam po książki z mocno zarysowanym wątkiem romantycznym, a ja takich wątków zwyczajnie nie cierpię. Zwłaszcza jeśli wpływają na brak realizmu postaci (jak knujący od wielu tysięcy lat diabeł, który nagle się robi pocieszny i współczujący oraz ma wiele rozterek, bo się „zakochał”). Ciężko mi też je zawsze jednoznacznie ocenić, bo trudno się wysilić na choć odrobinę obiektywizmu, kiedy się czegoś po prostu nie cierpi. Dlatego też może jedynie zaznaczę, że wątek romantyczny jest dość mocno zarysowany w „Ja, diablica”, więc jeśli liczycie na to, to możecie uznać się za szczęśliwych. W przeciwnym przypadku musicie jakoś to po prostu przeżyć, jeśli chcecie sięgnąć po tę pozycję.

Jak więc widzicie mam sporo zastrzeżeń do „Ja, diablica”, ale widzę również sporo plusów – no i do tego całkiem niezły potencjał. Wyszły kolejne cztery książki z tego cyklu, pomiędzy nimi autorka napisała jeszcze wiele innych (część z nich nagradzana przeróżnymi nagrodami), więc wierzę, że są to po prostu problemy wczesnego pisarstwa. W końcu niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto stworzył idealną powieść i to na samym początku swojej kariery literackiej! Zdarzają się takie perełki, ale całą resztę twórców trzeba po prostu wspierać i nie przekreślać ich, jeśli tylko widzimy pewnego rodzaju iskierkę w ich dziełach. Ja takową tutaj widzę, więc po prostu bez zbędnej zwłoki sięgnę po kolejny tom i przekonam się, o ile poprawiła się proza pisarki!

Łączna ocena: 5/10





Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’