piątek, 18 grudnia 2020

„Ja, ocalona” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, ocalona
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 430
Data wydania: 28 października 2020

Wiecie, ile czasu minęło od pierwszego wydania trzeciej części cyklu o Wiktorii Biankowskiej, czyli „Ja, potępiona”? Osiem lat. Dla pisarki jest to szmat czasu, w którym wydarzyć się może naprawdę wszystko! Przede wszystkim nowe książki, za którymi idzie poprawa nie tylko warsztatu pisarskiego, ale również koncepcji. Nawet na świat, który został już stworzony, i wyprodukowane zostały powieści go opisujące. A w końcu „była diablica, niedoszła anielica” towarzyszy już czytelnikom od trzech tomów, prawda? W czwartym, wydanym po prawie dziesięcioleciu, mogło się wydarzyć absolutnie wszystko. Dlatego cieszę się bardzo, że miałem możliwość przeczytania wszystkich książek jedna po drugiej. Dzięki temu mogłem ocenić, jak zmienił się styl autorki przez te lata, a muszę przyznać, że w czwartej części widać ogromną zmianę.

Jeśli Wiktoria kiedykolwiek sądziła, że życie z diabłem będzie usłane różami, to się bardzo srogo myliła. Chociaż w pewnym sensie udało jej się utrzymać w miarę stabilny byt – przez kilkanaście lat nie doprowadziła do żadnej katastrofy w Zaświatach! Aby jednak równowaga została zachowana, musiało się stać coś bardzo nietypowego. Można chyba w ten sposób określić depresję u samego Szatana, prawda? Zwłaszcza jeśli ten pragnie w związku z tym nieco… przyspieszyć Apokalipsę. Tak, tę Apokalipsę. Chyba nawet Azazel by nie wpadł na tak durny pomysł. Chociaż kto go tam wie, w końcu niejedno już robił w swoim długim, diabelskim życiu…

Minęło osiem lat, od kiedy Katarzyna Berenika Miszczuk wydała trzeci tom przygód Wiktorii Biankowskiej i było to chyba bardzo pracowite osiem lat. Znaczną zmianę widać od samego początku czwartej części – zarówno w języku, jak i w podejściu do samej konstrukcji powieści. Nie jest to być może różnica typu „niebo a ziemia” (he-he), jednak wyczuć ją można od pierwszych zdań. Jest bardziej… bogato, dojrzale, widać dużo urozmaicenia, mniej chaosu. A do tego nawet same postacie są nieco inaczej poprowadzone – bogatsze o dziesięć lat powieściowych „życia” faktycznie są odzwierciedleniem nieco innych wersji samych siebie. Chociaż teoretycznie dla Beletha czy Azazela nie powinno to robić większej różnicy – wszak istnieją oni od zarania dziejów.

Wreszcie pojawia się też więcej historii Nieba oraz Piekła! Wszystko bazuje oczywiście na Biblii oraz podaniach czy mitach, jednak w nieco skrzywiony sposób, tak charakterystyczny dla całego cyklu. Cała powieść kręci się głównie wokół tematu Apokalipsy, więc Apokalipsa św. Jana jest tym utworem, na którym bazuje najwięcej przykładów. Możemy jednak liczyć także na poznanie nowych imion Aniołów wraz z przynależnością do konkretnych chórów. Autorka nawet pozwoliła sobie na wspomnienie tworzenia świata oraz tego, jak budowniczowie pracowali, ile im to zajęło i czym się to dla nich skończyło. Zważywszy na to, jak mało tego typu smaczków było w poprzednich trzech tomach, czuję się choć trochę usatysfakcjonowanym w tej kwestii.

Osiem lat to mnóstwo czasu na to, by w ogóle zapomnieć, o czym były wcześniejsze książki. Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogłem je przeczytać ciurkiem – jednak wiele osób ma je już dawno za sobą. Katarzyna Berenika Miszczuk dość trzeźwo więc założyła, że mogą być problemy z przypomnieniem sobie konkretnych wydarzeń i postanowiła (najczęściej słowami Wiktorii) poprzypominać to i owo. Na całe szczęście wyszło to dość naturalnie – nie czuć takiego wpychania informacji na siłę, raczej jest to realizowane w formie rozmyślań samej Wiki. Być może nawet dzięki temu dałoby się przeczytać „Ja, ocalona” bez znajomości wcześniejszych tytułów. Tutaj jednak ciężko mi jest się wypowiedzieć z większą pewnością siebie.

Nawet wątek romantyczny wydaje się jakiś taki… bardziej dojrzały. Nie jest to już jakieś uganianie się przystojnego i jurnego diabła za śliczną Wiktorią, tylko o wiele poważniejsze rozterki na temat związków oraz relacji po rozstaniu. Rzecz jasna nie można nazwać „Ja, ocalona” studium przypadku niedokończonych spraw, to wciąż jest jednak książka dla młodzieży, jednak nawet taki antyfan wstawek miłosnych jak ja jest w stanie to przetrawić, a nawet zaakceptować. Chociaż oczywiście nie mogło zabraknąć bardziej przyziemnych (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście Nieba i Piekła) „żądz” i innych takich. Cóż, trzeba przeżyć – w końcu taki klimat tego cyklu, prawda?

Naprawdę ogromna różnica między poprzednimi tomami, a „Ja, ocalona”. Jednocześnie udało się autorce utrzymać podobny klimat, a zabieg z przeniesieniem akcji również o dziesięć lat do przodu bardzo pozytywnie wpłynęło na te zmiany w postaciach, które zrobiły je nieco bardziej dojrzałymi i konkretnymi. Jestem naprawdę kontent. Końcówka była zwłaszcza miłym zaskoczeniem – jak już wskoczyłem w ostatnie łańcuch wydarzeń, to oderwałem się dopiero wtedy, gdy zamknąłem przeczytaną już książkę. Wielka szkoda, że poprzednie powieści nie powstały właśnie mniej więcej teraz, bo czuję, że wszystkie miałyby o wiele więcej pazura. Niemniej jednak cieszę się, tak czy siak, z tego, że mogłem prześledzić rozwój Wiktorii i jej paczki diabelskich przyjaciół od początku, aż do obecnego końca. Jednak tylko chwilowego – epilog już się postarał o to, żeby było jasne, iż Katarzyna Berenika Miszczuk nie powiedziała ostatniego słowa!

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

0 komentarze:

Publikowanie komentarza