piątek, 27 listopada 2020

„Ja, anielica” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja, anielica
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 30 września 2020

Moje pierwsze spotkanie z cyklem o Wiktorii Biankowskiej nie należało może do najlepszych, ale jednak obiecywało wiele. Znaczy okej, może nie wiele, ale na pewno pokazywało, że autorka ma pomysł na cały świat i bohaterów, tylko po prostu wówczas pisała „Ja, diablica” jako jedną ze swoich pierwszych książek. Rok po rozpoczęciu anielsko-diabelskiego cyklu wydała jego drugi tom, czyli „Ja, anielica”, o którym czytałem wiele różnych opinii – chociaż w większości bardzo dobre. Dość często spotykałem wśród nich wyrazy lekkiego rozczarowania, ponieważ według czytelników drugi tom jest na nieco niższym poziomie niż pierwszy. Ja natomiast plasuję go nieco wyżej – wciąż nie jest to ponadprzeciętna książka, ale część problemów z pierwszego tomu została wyeliminowana.

Jeśli Wiktoria myślała, że długo będzie się cieszyła ze związku z Piotrusiem, to nie wzięła pod uwagę uporu Beletha. Beleth, jak to Beleth, piekielnie przystojny i przekonujący, ma do Wiktorii bardzo niewinną prośbę. Wszystko rzecz jasna z dobroci serca i szlachetnych planów, które ma, ale do których realizacji potrzebuje kogoś w Niebie. Czemu więc nie wysłać tam byłej diablicy? W końcu co może się złego stać. Wszak Niebo słynie ze sztywnych manier, totalnej nudy i absolutnego braku brawury na drodze. No, chyba żeby liczyć syna Szefa, który wozi się nowiutkim maserati…

„Przecież śmierć wcale nie jest czymś strasznym. To po prostu przejaw skrajnego niedoboru zdrowia”.

Cóż, na pewno jest to odrobinę bardziej dojrzała pozycja niż „Ja, diablica”. Oczywiście cały czas kręci się wokół przedstawiania Zaświatów w krzywym zwierciadle, ale czuć ogólnie, że nawet same opisy są bardziej konkretne i pełnowartościowe. Przy okazji nie ma już tak dużego nagromadzenia bardzo oczywistych porównań w Niebie, jak to było z Piekłem! Mamy Edenię, mamy również obsesję na punkcie siódemki (chociaż to jest w sumie dość spodziewanym efektem), jednak infantylne porównania nie atakują nas ze wszystkich stron. Ba! Nawet sam początek książki jest naprawdę… magiczny w pewnym sensie. Tajemniczy nawet można rzec, chociaż później wracamy do starej, dobrej Wiktorii i jej dalszych przygód, tym razem w Niebie.

Właśnie, Niebo! W pierwszej części autorka przedstawiła swoją wizję Piekła, natomiast teraz przyszedł czas na Niebo. A nie jest ono wcale takie, jakiego można się było spodziewać! Wbrew pozorom nie jest dokładnym przeciwieństwem Niższej Arkadii. Można powiedzieć, że jest bardziej złożone, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jednak to, co najbardziej mnie w nim urzekło to putto – znane również jako kupidyn lub amor! Kreacja tych stworzeń przedstawiona przez Katarzynę Berenikę Miszczuk jest bezbłędna! Jak na razie to najlepsze, co mnie spotkało w całym cyklu o Wiktorii Biankowskiej i aż dziw bierze, że o jej wersji putto nie jest głośniej w różnych opiniach o książce.

Widać już też pewnego rodzaju schemat, w którym stara się obracać autorka. Schemat opowieści rzecz jasna. Wydarzenia toczą się podobnie do tych znany z poprzedniej części cyklu – chociaż rzecz jasna same szczegóły są kompletnie inne. Nawet mniej więcej w tym samym momencie wszystko zaczyna się zagęszczać (po przeczytaniu około 70% – ach te czytniki i ich wskaźniki!) i dąży już powoli do finału. W pewnym sensie to pomaga trochę w odnalezieniu się w tym wszystkim i oszacowaniu, czy powoli zbliżamy się do końca, czy można się spodziewać jeszcze jakichś zwrotów akcji. W końcu najważniejszy jest tu relaks i zabawa, nie jest to powieść z gatunku hard thriller czy innego skomplikowanego kryminału!

„Gabriel uśmiechnął się wesoło, jakby poczuł z tego powodu ulgę. Zapewne poczuł. Z kolei Szatan... on wyglądał, jakby miał się rozpłakać”.

Wciąż brakuje mi bardzo szerszego przedstawienia Zaświatów w wersji autorki, bo wszystkie informacje, jakie otrzymuje czytelnik, to tylko taka dawka, która pozwoli na bieżące śledzenie wydarzeń. Brakuje takiego szerszego spojrzenia na wszystkie krainy albo chociaż na krainę, której dotyczy konkretna książka. W pewnym sensie niewielką rekompensatą jest ponowne użycie konkretnego motywu religijnego, tak jak miało to miejsce w „Ja, diablica”. Tym razem są to klucze henochiańskie wraz z otaczającymi je „nieczystymi rzeczami”. Ba! Katarzyna Berenika Miszczuk nawet pokusiła się o cytowanie „Biblii Szatana”! Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy w przypisach zobaczyłem właśnie ten tytuł. Kompletnie się tego nie spodziewałem, ale to na akurat na plus. Szkoda tylko, że w całokształcie przedstawienie świata wykreowanego przez autorkę cały czas traktowane jest po macoszemu…

Cieszę się, że sięgnąłem po kolejny tom, bo całkiem dobrze się bawiłem i widzę poprawę w stosunku do poprzedniej powieści. Ciągle nie jest to historia, do jakiej przywykłem, kiedy czytałem inne książki tego typu, aczkolwiek zaczynam doceniać powoli lekkość i brak zobowiązań w prozie Katarzyny Bereniki Miszczuk. Kolejne dwa tomy mają o wiele lepsze opinie, więc liczę na dobry rozwój powieści. Cały czas plasuję ten cykl gdzieś w kategorii rzeczy przyjemnych do przeczytania, ale daleko stojących od ambitnej czy wymagającej literatury – czasem jednak ma się na coś lekkiego ochotę. W takim przypadku, po przefiltrowaniu wątku romantycznego, ciągłych umizgów Beletha oraz skakania z akcji na akcję, oraz braku porządnego rysu świata, dostajemy całkiem miłą historię z lekkim humorem. A to czasem nawet więcej, niż się możemy spodziewać, prawda?

Łączna ocena: 6/10




Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Wiktoria Biankowska’

0 komentarze:

Publikowanie komentarza