środa, 6 czerwca 2018

[PREMIERA] "Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński


"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Wroński
Tytuł: Gliny z innej gliny
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 6 czerwca 2018



Z prozą Marcina Wrońskiego nie miałem do tej pory do czynienia, chociaż kojarzyłem jego cykl o Komisarzu Maciejewskim. “Gliny z innej gliny” są zwieńczeniem całej serii, pewnego rodzaju kropką nad “i” postawioną przez autora. Zgodnie z informacjami od Wydawnictwa W.A.B. nie trzeba wcale znać wcześniejszych tomów, aby spokojnie móc sięgnąć po dziesiątą część cyklu. Długo więc mnie nie trzeba było namawiać - miałem nawet nadzieję, że po lekturze zapragnę zapoznać się z poprzednimi książkami. W końcu osadzenie akcji w Lublinie z czasów dwudziestolecia międzywojennego może okazać się czymś niesamowicie dla mnie interesującym. Po lekturze muszę przyznać, że rzeczywiście takie właśnie było.

Czterech różnych autorów, jeden główny bohater. Jedenaście lat od wydania pierwszej książki, dziesiąty tom w cyklu. Tak właśnie kończy się historia Zygmunta Maciejewskiego, pracującego dla lubelskiej policji i rozwiązującego najbardziej nietypowe zagadki kryminalne. Przekrój niemalże całego XX wieku, począwszy od lat 20. aż do 80. - a nawet i później. Cztery różne spojrzenia na świat oraz na bohatera oraz cztery różne style mają przeprowadzić Czytelnika przez ostatnią podróż śladami Maciejewskiego.

Rzeczywiście nie trzeba znać wcześniejszych książek, aby spokojnie przeczytać i zrozumieć “Gliny z innej gliny”. Co prawda brak znajomości dziewięciu wcześniejszych tomów uniemożliwia mi ocenę poziomu zdradzania wydarzeń, jednak na pewno nie czułem, że czegoś mi brakuje do pełnego zrozumienia wszystkich przedstawionych historii. Ciężko mi się również odnieść do podobieństwa kreacji głównego bohatera przez trzech zaproszonych do tworzenia niniejszej książki autorów. W obrębie tego tomu wszystko jednak wydaje się mieć ręce i nogi i być napisane w pełni zgodnie ze sobą. Na pewno jest to dobra pozycja do rozpoczęcia przygody z prozą Marcina Wrońskiego - można się zapoznać z jego stylem, sposobem budowania historii i sprawdzić, czy Lublin lat 20. XX wieku to jest coś, co nam pasuje.

Zazwyczaj w zbiorach krótkich form literackich można zaobserwować opowiadania, powiastki czy historie mające różny poziom. Jedne są ciekawsze, inne mniej, część z nich cechuje się wyrazistymi bohaterami i interesującą fabułą, a inne ciągną się jak flaki z olejem i nie wciągają ani trochę. “Gliny z innej gliny” są jednak jednym z nielicznych zbiorów, w których praktycznie wszystkie historie trzymają równy poziom. Są oczywiście nieznaczne wahania, niektóre z opowiadań przypadły do gustu bardziej, inne mniej, ale nie potrafię wskazać żadnego z nich palcem i napisać “o, to było słabe”. Niezbyt często spotykam takie zbiory i przyznam szczerze, że nieco obawiałem się klasycznego scenariusza (nawet mimo zacnych nazwisk biorących udział w projekcie). Na szczęście mogę z czystym sumieniem napisać - jeśli szukacie zbioru, w którym opowiadania trzymają poziom, to jest to coś dla Was.

“Liczyć to można na liczydła, mawiał ojciec Krafta, który przyjechał do Lublina z nadzieją na założenie sobie fabryczki, ale rozbił sobie łeb o kredyty i nieuleczalne pijaństwo tutejszych robotników”.

Trochę zgrzytem dla mnie było niepełne dogadanie się autorów co do przyszłości Zygi Maciejewskiego. Część historii osadzona jest w latach późniejszych niż te, w których działał lubelski policjant w dziewięciu poprzednich częściach cyklu. Mamy tutaj i czas II Wojny Światowej, i okres PRL, a nawet i lepiej znane młodemu pokoleniu lata 90. XX wieku. Większość wydarzeń jest spójna i zgodna co do wersji, jednak było parę (zwłaszcza w przypadku Róży), które się autorom nieco rozjechały. Co prawda nie powinno mieć to większego znaczenia - w końcu wszystkie są alternatywami, które wcale nie musiały się akurat tak potoczyć - ale jednak jakoś to zgrzyta. Pełne ujednolicenie z pewnością lepiej by wpłynęło na ogólny odbiór.

Jeśli miałbym wybrać, którego z autorów historie najbardziej mnie urzekły, to byłby chyba Marcin Wroński. Być może dlatego, że najlepiej znał Maciejewskiego (w końcu go stworzył), a być może dlatego, że najlepiej mu wychodzi opisywanie historii dziejących się w latach 20. i 30. XX wieku. Zwłaszcza kiedy się przeskakuje między kolejnymi opowiadaniami, czuć różnicę w stylu. Zarówno w narracji, jak i samych dialogach - wszak język polski ewoluował od tamtych czasów, więc warto to podkreślić. Na szczęście Marcin Wroński nie sili się na próby wplecenia archaizmów wszędzie, gdzie się tylko da - jego teksty wyglądają naturalnie, ale czuć, że nie opisują współczesnych wydarzeń. Nie oznacza to jednak, że prace pozostałych autorów są gorsze - jak wspomniałem, trzymają poziom, po prostu u nich nie czuć “tego czegoś”. Chociaż stworzyli też ciekawe historie, którym można dać się porwać choć trochę.

Na pewno “Gliny z innej gliny” są dobrym zbiorem. Nie wybitnym, ponieważ pomysły na poszczególne opowiadania były ciekawe, jednakże nie powalające. W kilku miejscach książce udało się skupić całkowicie moją uwagę, ale nie pochłonęły mnie całkowicie. Brakowało pewnego dreszczyku emocji, napięcia podczas rozwiązywania kolejnych zagadek, a czasem nawet zakończenia potrafiły dawać wiele do życzenia (historie kończyły się w niezbyt oczekiwanym momencie). Jednak trzeba przyznać, że sama forma wyszła naprawdę świetnie. Taka wycieczka w czasie jest nie tylko czymś może nie tyle świeżym, co nie aż tak bardzo wyeksploatowanym, to na dodatek dziesiąty tom wydaje się być doskonały do zapoznania się z postacią Zygi Maciejewskiego. Ja się osobiście czuję zachęcony do zapoznania się z wcześniejszymi historiami o lubelskim policjancie.


Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



0 komentarze:

Publikowanie komentarza