wtorek, 25 lutego 2020

[PREMIERA] „Żółte ślepia” – Marcin Mortka

„Żółte ślepia” – Marcin Mortka
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marcin Mortka
Tytuł: Żółte ślepia
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 416
Data wydania: 26 lutego 2020


Ostatnimi czasy dość głośno robi się wokół tematyki słowiańskiej. W pewnym sensie sukces serialu „Wiedźmin” się do tego przyczynił – i to wbrew temu, co na temat słowiańskości Wiedźmina mówi sam Andrzej Sapkowski! Pozostaje się nam jedynie cieszyć takim obrotem sprawy, bo brakuje na rynku rozchwytywanych tytułów, w których możemy znaleźć nie tylko mity i legendy związane ze Słowianami, ale również bestie charakterystyczne dla słowiańskiego bestiariusza. Marcin Mortka, znany być może niektórym jako tłumacz między innymi cyklu „Szklany Tron” oraz autor wielu książek dla dzieci, postanowił dorzucić swoją cegiełkę do tematu słowiańskości. No i dzięki temu mamy kolejną, klimatyczną książkę, w której możemy poczytać co nieco o mitologii słowiańskiej.

Wodniki, wilkołaki, licha – wszystkie te stwory potrafią napsuć krwi absolutnie każdemu. A najbardziej księciu, który stara się zachować nie tylko spokój w podległych mu ziemiach, ale również własną twarz. Od czego jednak ma Medvida, wojownika, które wszystkie te tajemnice dbania o okoliczną faunę ma w małym paluszku? Książę może od niego czerpać wiedzę garściami, zwiększając swoje możliwości oraz umiejętności. Medvid za to czerpie garściami od księcia. Czerpie na przykład słodycz żony księcia, z którą łączy go tajemny romans. Ktoś jednak może to wszystko przerwać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a Medvid musi temu zapobiec, jeśli chce jeszcze zobaczyć księcia oraz swoją ukochaną.

„– Ty durna pało w rzyć wepchnięta! – syczała. – Ty obsrajportku w pokrzywach turlany! Wole zbyt głupi, by jarzmo wlec! Nic nie wziąłeś? Zupełnie nic?”

Autor stworzył nieziemsko baśniowy klimat, naprawdę. Medvid jest bardzo mocno związany z knieją, chociaż wie doskonale jak walczyć z utopcami, wilkołakami, południcami i całą resztą wspaniałych, choć groźnych, słowiańskich stworów. Barczysty i nieco gburowaty olbrzym mimo swoich niezbyt pozytywnych na pierwszy rzut oka cech, jest jednak tak barwny i tak żywy, że aż czuć przez kartki aurę natury, którą wokół siebie roztacza. W połączeniu z wiedźmą Gocławą, która również jest dokładnie taka, jaką można spotkać w słowiańskich legendach, stanowi wspaniały duet. Dosłownie jakbym czytał starą baśń w odświeżonej, uwspółcześnionej wersji. Dodatkowej szczypty pikanterii dorzuca osadzenie całej akcji w 995 roku, w czasach przyjęcia chrztu przez Polskę – Marcin Mortka nawet rzucił czytelników oraz stworzone przez siebie postaci do Gniezna!

Przez większość książki trudno mi było poczuć wrażenie, że wszystko, co stworzył autor, mogłoby zostać osadzone w świecie Warcrafta. Tak bardzo mi pasowały Nocne Elfy krzątające się po lasach nieopodal Gniezna, druidzi ścierający się z innowiercami próbujący wprowadzić swoje własne zasady do ich przedwiecznego lasu, że aż sam się sobie dziwię. Nie mam pojęcia skąd dokładnie to skojarzenie, jednak podczas czytania opisów przyrody, widziałem przed oczami ciemne i mroczne, lecz wiecznie zielone i przyjazne drzewa porastające Ashenvale, a samo Gniezno kojarzyło mi się z Darnassus (nie licząc scen w zamku, które aż krzyczały, że jesteśmy właśnie w Stormwind). Totalnie bym to widział – taki crossover!

Postacie stworzone przez Marcina Mortkę są mega wyraziste i przede wszystkim prowadzone bardzo konsekwentnie. Medvid ma swoje zasady i stara się kroczyć przez życie zgodnie z nimi. Jeśli zrobienie kolejnego kroku bez złamania własnych zasad oznacza konieczność walki o życie, to zrobi to. Jeśli ma się postawić choćby komuś o wiele wyżej od niego postawionemu, zrobi to. Można to lubić, można szanować, można uznawać za idiotyzm, ale Medvid taki jest i tyle. Gocława też ma zawsze swoje zdanie i mimo o wiele większemu instynktowi samozachowawczemu, również kieruje się sobie znanymi ścieżkami i widać w jej zachowaniu oraz decyzjach dużo konsekwencji. Prócz tej dwójki głównych bohaterów mamy też dużą liczbę drugoplanowych postaci, które – uwaga, uwaga – również są sensownie opisane! Nie są to tylko jakieś pojedyncze plamy, które tylko migają przed oczami. Można opisać ich cechy, domyślać się, jak reagują na różne sytuacje i czy polubilibyśmy je, gdyby było ich w powieści więcej.

„Wojna, myślał Medvid. Ze wszystkich rzeczy, jakie wymyślił człowiek, zdecydowanie najgorsza”.

Sama historia jest w niektórych miejscach grubymi nićmi szyta i można sobie zadać niewygodne pytania dotyczące jej przebiegu, ale czuję, że to właśnie ten typ powieści. Ona nie ma być w 100% spójna logicznie, do bólu realistyczna (hej, wilkołaki? utopce? realizm?), tylko ma sprawiać przyjemność i relaksować. Tak, dokładnie – relaksować. Podczas lektury czułem się bowiem odprężony. Nawet podczas scen walk, które swoją drogą nie były krwawe, jakby w ten sposób autor chciał podkreślić, że raczej nigdy adaptacja filmowa (jeśli powstanie) nie dostanie kategorii R, tylko stare, dobre 13+. Może to i nawet lepiej – razem z opisami świata stanowi to całkiem udany duet, nawzajem się uzupełniający.

Spędziłem przy „Żółtych ślepiach” bardzo przyjemne chwile. Być może nie jest to zapierająca dech w piersiach powieść, która zatrzęsie kategorią z historiami opierającymi na mitologii słowiańskiej, ale na pewno jest warta przeczytania. Zwłaszcza że część bestiariusza możecie w niej poznać. Przy okazji autor Was może nie raz zaskoczyć – sam się zastanawiałem, czy nie widzę pewnej rzeczy tylko ze względu na moje zafascynowanie pewnymi sprawami. Cóż, wyjątkowo nie ogarnęła mnie paranoja, a oboje z autorem znamy etymologię jednego, konkretnego słowa… Więcej jednak nie zdradzę – sami się przekonajcie, czy domyślicie się, o czym piszę!

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję



0 komentarze:

Publikowanie komentarza