Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2020

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock. Ludzkie zoo
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 336
Data wydania: 9 maja 2019


Proza Marka Krajewskiego w pewnym sensie mnie już kupiła. Tak totalnie. Może i nie rozpływam się nad jego książkami jak nad najlepszymi dziełami, ale nie ulega wątpliwości, że autor potrafi mnie przekonać do siebie. Te wspaniałe opisy Wrocławia z pierwszej połowy XX wieku, nacisk na przedstawienie ówczesnej inteligencji w kontraście z biedotą oraz pracą policji! Piękne. Chcę chociaż raz w miesiącu poznawać kolejny tom przygód Eberharda Mocka. Jak na razie wszystkie przeczytane przeze mnie tytuły z „Czarnego Kryminału” utwierdzają mnie w przekonaniu, że skuszenie się na tę kolekcję było dobrym pomysłem, oj bardzo dobrym. Jak na razie jest to kolejny tom, który to potwierdza.

Najczęściej, kiedy jakaś osoba słyszy jęki, krzyki i zawodzenia, których nie słyszy nikt inny, posądzana jest o bycie niezdrową na umyśle. Dokładnie te same podejrzenia padły na Marię, której Eberhard Mock nie do końca wierzył w zapewnienia o trudnych nocach. Zwłaszcza że chodziło o jęki i zawodzenia dzieci. Jednak kiedy odkrył, że Maria wcale nie oszalała, a źródłem tych diabelskich hałasów są piwnice nieczynnego już dworca, włos wręcz zjeżył mu się na głowie. Nigdy nie sądził, że człowiek może stworzyć sam z siebie takie piekło, którego nie powstydziłby się sam Lucyfer.

Całkiem fajnie się obserwuje taką przemianę bohatera, jaką przeszedł Eberhard Mock. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy czyta się cały cykl w kolejności chronologicznej wydarzeń, a nie wydawania kolejnych tomów. Na szczęście kolekcja „Czarnego Kryminału” mi to umożliwiła i mogę śledzić zmiany w życiu oraz charakterze pracownika Prezydium Policji z Wrocławia. Od biednego, wręcz nielubianego studenta, który liczy każdy grosz, do dość rozrzutnego eleganta, ceniącego sobie piękne buty. To samo jednak dotyczy również jego wnętrza – od lękliwego i lubującego się w wiedzy i nauce młodego człowieka, do cynicznego i często agresywnego przedstawiciela prawa. Panie Marku – czapki z głów. Świetna robota, zwłaszcza że jest zrobiona z głową i bardzo przyjemnie się ją odbiera.

Przy okazji Mock rzucony jest w nieco inny obszar geograficzny niż dobrze nam znana Polska za czasów zaborów lub dwudziestolecia międzywojennego. To kolejny, dość wymagający kawałek tej powieści, w którym Marek Krajewski poradził sobie całkiem fajnie. Miło było poczytać sobie o innym kontynencie oraz konfliktach, które w tamtych czasach miały miejsce, wśród których toczyło się też normalne życie. Chociaż „normalne” to być może za dużo powiedziane. W każdym razie jest to kolejna odskocznia od klasycznych powieści z tego gatunku, chociaż samo przesuwanie bohaterów po mapie świata nie należy do pomysłów rewolucyjnych – nie każdy jednak odważył się przenieść ich w takie miejsce i do tego w takim konkretnym czasie. 

Wyczuwa się już odrobinę czegoś, co nazwałbym schematyzmem z braku lepszych słów – podążanie tym samym szlakiem w tworzeniu historii, nawet jeśli dorzuca się do niej nowości. Na szczęście na razie nie przeszkadza to w samym odbiorze, chociaż zaczynam się odrobinę martwić, jak będzie z kolejnymi tomami. Kryminały mają niestety to do siebie, że większość jest zrobiona na jedno kopyto, zwłaszcza w obrębie konkretnego cyklu – trzeba się z tym liczyć. Jednak tutaj nasz polski pisarz nie jest wyjątkiem, który mógłby udowodnić, że można za każdym razem podążyć innym tropem. Chociaż z drugiej strony jest to pewnego rodzaju wizytówka – coś charakterystycznego akurat dla jego prozy.

Naprawdę świetny tom, pokazujący kawał historii Eberharda Mocka i zapewne przygotowujący czytelnika na to, co nadejdzie w kolejnych tomach. Zaczynam widzieć tego dobrze wykształconego stróża prawa jako naprawdę skomplikowaną postać, jakże różną od większości standardowych komisarzy z książek kryminalnych. To niewątpliwie jedna z mocniejszych stron powieści pisanych przez Marka Krajewskiego. A „Mock. Ludzkie zoo” udowadnia to wspaniale. Czuć już odrobinę odgrzewanego kotleta, ale ostatnią ćwiartką książki autor naprawdę może zaskoczyć. Cóż, oby tak dalej, mam nadzieję, że nie będzie tendencji spadkowej w kolejnych powieściach. Aż szkoda pomijać takich autorów – pokazują, że Polacy naprawdę potrafią pisać.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


czwartek, 26 grudnia 2019

„Mock” – Marek Krajewski

„Mock” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 368
Data wydania: 22 sierpnia 2019


Kolekcja „Czarnego Kryminału” spływa do mnie powoli, miesiąc po miesiącu, a w swoim tempie zaczynam ją czytać. Jednocześnie poznaję prozę Marka Krajewskiego, o której słyszałem dużo dobrego, ale nie miałem jeszcze okazji się z nią zapoznać. Moje pierwsze spotkanie ze stworzonym przez autora Eberhardem Mockiem było nad wyraz udane, więc czemu nie spróbować od razu sięgnąć po kolejny tom? Oczywiście zgodnie nie z pojawianiem się książek na rynku, tylko z kolejnością chronologiczną wydarzeń (a więc w kolejności wydanej przez Znak oraz Edipresse w „Czarnym Kryminale”). Powieści Marka Krajewskiego wciąga się dość szybko, więc sam „Mock” również dość błyskawicznie mi poszedł. Chyba zaraz skoczę po kolejny tom.

Skandal obyczajowy wśród policji to w latach dwudziestych XX wieku nie lada problem. Członek prezydium może zostać wydalony ze służby w trybie natychmiastowym. Eberhard Mock może jednak uniknąć tego losu, jeśli tylko udowodni, że nadaje się na policjanta. Nic w tym lepiej nie pomaga niż sprawa, która rozwściecza prosty lud pracujący. Ciała czwórki gimnazjalistów zostają odnalezione w Hali Stulecia we Wrocławiu. Ułożone zostały w groteskowy krzyż, nad którym zawisło kolejne ciało, tym razem dorosłego mężczyzny, któremu dorobiono skrzydła, niczym mitologicznemu Ikarowi. Nic więc dziwnego, że policja potrzebuje absolutnie każdego funkcjonariusza, zwłaszcza gdy proletariat naciska ze wszystkich stron.

„– Nie spodziewałem się fanfar i kwiatów, droga pani doktor – przemówił Mock – ale choć cień uśmiechu na pani posągowym obliczu rozświetliłby ten ponury gabinet”.

Tym razem, w przeciwieństwie do pierwszej części (w kolejności chronologicznej), czyli „Mock. Pojedynek”, mamy już do czynienia z normalnym, policyjnym śledztwem. Chociaż w sumie ciężko to też nazwać standardową historią znaną z innych kryminałów – zazwyczaj bowiem mamy do czynienia z jakimś już dość wysoko postawionym funkcjonariuszem z policji kryminalnej, który jest stary wyjadaczem. Mock jest jedynie wachmistrzem (o ile się ni mylę, jest to odpowiednik wojskowego plutonowego), więc nie powala nikogo swoją rangą. Do tego pracuje w obyczajówce, a nie w sekcji kryminalnej, więc tym bardziej nie powinien się liczyć w żadnych rozmowach. Jest jednak ambitny, zupełnie tak jakiego go znamy z „Mock. Pojedynek”. Jedyne co się zmienia i to w sposób bardzo widoczny, to jego nastawienia do świata oraz rozwiązywania problemów. Jest dość zuchwałe i często wręcz agresywne.

Marek Krajewski jednak nie zrezygnował z popisów związanych ze swoim filologicznym wykształceniem – w powieści oczywiście co chwilę pojawia się jakiś profesor lub docent z Uniwersytetu Wrocławskiego, który w owych czasach był bardzo ważnym ośrodkiem mającym wpływ na wiele spraw w mieście. Jak zresztą większość uczelni wyższych na początku XX wieku. Sam autor jest filologiem klasycznym, doktorem nauk humanistycznych oraz specjalistą językoznawstwa łacińskiego, nic więc dziwnego, że przepięknie odwzorowuje ówczesną mowę wykształconych elit. Oczywiście ja mogę jedynie uwierzyć na słowo, że właśnie w ten sposób wysławiali się profesorowie oraz inne osoby, które odebrały filologiczne wykształcenie, ale jest to wręcz uczta dla duszy. Oczywiście, o ile lubicie zagłębiać się w figurach retorycznych i chłonąć bogactwo języka. W przeciwnym razie może to Was niestety zanudzić – dajcie jednak szansę!

Wplecenie wątku masonerii, wraz z rzeczywiście istniejącą w tamtych czasach Lożą „Horus”, mieszczącą się w kamienicy przy ulicy Lelewela Joachima 15, to jest również coś, co chętnie widzę w książkach. Wolnomularstwo oraz ich wpływy owiane są wręcz legendami i stanowią idealne tło dla wydarzeń, jak również i same przyczyny tych wydarzeń. „Mock” nie tylko porusza kwestię masonerii, ale również przybliża nieco symbolikę, odrobinę podział organizacyjny (każda loża była elementem większej układanki i odpowiadała przed większymi strukturami). O walorze edukacyjnym takiego zabiegu niech świadczy fakt, że po lekturze tego tomu, sam zacząłem szukać w internecie informacji na temat masonerii we Wrocławiu, oczywiście z Lożą „Horus” na czele. Muszę przy tym przyznać, że danych jest mnóstwo i dość szybko można zauważyć, że Wrocław przed I Wojną Światową był domem dla wielu lóż masońskich.

„Oni już mają swoją prawdę - powiedział poważnie Vyhladil. - A po co im nowa? Nowa prawda to nowe komplikacje”.

Jednak nie sam walor czysto językowy, edukacyjny oraz historyczny jest tym, co robi z „Mocka” świetny kryminał. Właśnie – kryminał. Marek Krajewski udowodnił mi, że umie w plot twisty oraz w utrzymanie czytelnika w niepewności aż do samego końca. Początkowo oczywiście cała sprawa posuwała się do przodu raczej powoli i sugerowała pewne rzeczy, jednak sama końcówka pokazała, że nie wszystko złoto co się świeci. Oraz nie wszystko, co brzydko pachnie, musi być zepsute. Właśnie tego mi od jakiegoś czasu brakowało, takiego porządnego potrząśnięcia w czasie lektury. Pewności, że w sumie wiem, o co chodzi i się cieszę wszystkim, co jest w tle, a tak naprawdę to tło uśpiło moją czujność i na koniec przywaliło z półobrotu. A wiecie, co jest najlepsze? Że ja się właśnie z tego kopnięcia cieszę!

Naprawdę kawał dobrej literatury. Kiedy czytam takie książki jak „Mock”, to wtedy rozumiem, dlaczego wokół danego autora pojawia się aura wybitności i gromadzi się wianuszek oddanych fanów. Jeśli ktoś lubi dopracowane książki, z dobrym researchem oraz wyjaśnieniem wszelkich nieprawidłowości przez samego autora, to cykl o Eberhardzie Mocku może mu przypaść do gustu. Dokładnie tak jak mi. To dopiero drugi tom przygód pracownika Prezydium Policji we Wrocławiu (czy też jak kto woli – w Breslau), ale chyba Marek Krajewski już mnie kupił w pełni. Mam nadzieję, że reszta książek jest co najmniej tak dobra, jak te. Nawet jeśli same sprawy prowadzone przez Mocka będą… gorszej jakości, to wydaje mi się, że klimat Wrocławia z pierwszej połowy XX wieku może chociaż w części wynagrodzić wszelkie niedogodności.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


poniedziałek, 16 grudnia 2019

„Helikopter” – Jonas Bonnier

„Helikopter” – Jonas Bonnier
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jonas Bonnier
Tytuł: Helikopter
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Ewa Wojciechowska
Stron: 458
Data wydania: 2 lipca 2018


Życie pisze najlepsze scenariusze, o czym przekonujemy się wszyscy wielokrotnie. Dlaczego więc nie wykorzystać takiego scenariusza do napisania książki? Jonas Bonnier zapewne właśnie tak pomyślał, rozmyślając o jednym z najbardziej zuchwałych napadów, jakie miały miejsce w Szwecji. Zniknęło 39 milionów koron, które podobno nigdy nie zostały odnalezione, chociaż sprawców napadu ostatecznie złapano (w sumie nawet dość szybko). Wydarzenia te stały się kanwą dla historii opisanej w „Helikopterze”, którą autor usłyszał od tych mężczyzn, którym udało się coś, co uznawane było za niemożliwe. Niestety wykonanie książki pozostawia wiele do życzenia – na pewno życzyć sobie można mniej nudy, a więcej konkretów.

O godzinie 5:15 rano, na dachu jednego z budynków w Sztokholmie wylądował helikopter. Jego obecność tam trwała jedynie dwadzieścia minut, w których trakcie grupa mężczyzn przeprowadziła zuchwałą akcję, mającą na celu rabunek 39 milionów koron. Policja, która zebrała się bardzo szybko wokół budynku, była niemalże bezradna – przestępcy pomyśleli praktycznie o wszystkim. Niepokojeni przez nikogo odlecieli o godzinie 5:35, a helikopter, który ukradli do przeprowadzenia całej akcji, został odnaleziony około godziny 8:15, trzydzieści kilometrów od Sztokholmu. Pieniędzy jednak nie odnaleziono. Jak doszło do tych wydarzeń i w jaki sposób kilku osobom udało się stworzyć tak misterny plan?

Przyznam szczerze, że to jedna z niewielu książek, przy których się nieźle wynudziłem. Praktycznie pierwszą połowę bez problemu można wyciąć, bo jej wkład w całą historię jest niewielki. Historie życia poszczególnych członków grupy, która dokonała napadu ani nie mają wielkiego wpływu na fabułę, ani nie zostały w ciekawy sposób przedstawione. Wręcz przeciwnie – wydają się oderwane od rzeczywistości, jakby autor próbował prowadzić dwie odrębne historie. Nieco lepiej wypadają same przygotowania do skoku wraz z informacją, w jaki sposób w ogóle taki pomysł zakiełkował w głowach przestępców. Najlepiej wypada jednak sam proces napadu, opisany z dość wieloma szczegółami, które Jonas Bonnier – zgodnie z tym, co mówi – uzyskał od sprawców, podczas wielu godzin rozmów z nimi.

Niestety to też nie okazało się takie, jakie być powinno. Widać, że książka miała za zadanie trzymać czytelnika w napięciu, co przejawia się przez charakterystyczne zawieszanie akcji w najbardziej newralgicznych momentach oraz przedłużane opisy wydarzeń, przeplatane między sobą. Niestety stwierdzenie „przedłużane opisy” powinno zostać wymienione jako jedyne, bo dokładnie to pojawia się na pierwszym planie – autor chyba przedobrzył z próbami utrzymania napięcia i wyszło mu coś, co po której z kolei nieudanej próbie nakręcenia mnie zacząłem uważać za przeszkody w poznaniu historii do końca. Nie zrozumcie mnie źle, same przygotowania oraz chwila napadu są naprawdę świetnie opisane, ale wstawki, które występują między poszczególnymi scenami (a nawet i w samych scenach) to po prostu flaki z olejem. Ostatecznie zmniejszenie objętości tekstu o połowę wcale by książce nie zaszkodziło, a może nawet i by pomogło.

Mega świetnie ukazany jest wątek, który pokazuje, jak odpowiednio przeprowadzona socjotechnika może być skuteczna w planowaniu działań przestępczych. Jest to też pewnego rodzaju ostrzeżenie, żeby nie gadać za dużo na temat miejsca swojej pracy, zwłaszcza jeśli pracuje się w miejscu, które może być narażone na ataki. Na nic się nie zdadzą najlepsze zabezpieczenia, jakie tylko wymyśli i wdroży człowiek, jeśli inna osoba puści parę z ust i przekaże informacje, które pozwolą na obejście wszystkich tych zabezpieczeń. Nie bez powodu zresztą niektóre firmy decydują się na robienie u siebie audytów połączonych z próbami dostania się do środka za pomocą metod socjotechnicznych. Pracownik jest zawsze najsłabszym ogniwem każdego systemu, co Jonas Bonnier pięknie przedstawił. Krok po kroku, coraz więcej wyciąganych z niczego niepodejrzewającej pracownicy informacji doprowadziło do tego „sukcesu”, którym mogą się pochwalić „bohaterowie” tej książki.

„Helikopter” całym sobą wręcz krzyczy, że ci goście, którzy zaplanowali jeden z najbardziej brawurowych skoków na kasę, to tak naprawdę dobrzy goście, którzy po prostu robili swoją robotę. Taką jak każdego dnia wykonuje wielu z nas – ktoś uczy w szkole, ktoś opiekuje się pacjentami w szpitalu, inny ktoś dba o ogrody lub stara się utrzymać drożność kanalizacji. Mówi się, że żadna praca nie hańbi i chyba Jonas Bonnier odrobinę przesadził z wiarą w to porzekadło, bo przez całą powieść miałem nieodparte wrażenie, że czwórka głównych sprawców ma być przedstawiona jako członkowie rodzin, kochający mężowie, bracia, którzy wcale nie zbłądzili, tylko… po prostu taką mają pracę. To dość słabe zagranie moim zdaniem, które wybiela w pewnym sensie przestępców. Co innego pokazać ich jako rzeczywiście zwykłych ludzi, którzy błądzą, a co innego sugerować wręcz, że to, co robią, niczym się nie różni od innych zawodów.

Historia napadu wydaje się dobrze skonstruowana. Nie wiem, ile z tego to tylko fikcyjne wydarzenia stworzone na potrzeby sfabularyzowania powieści, a ile to czysta prawda otrzymana z akt śledztwa oraz od samych sprawców, ale jeśli przebrnie się przez nużące opisy, to można zobaczyć jasno i wyraźnie narysowaną ścieżkę, którą podążali przestępcy. W połączeniu ze wspomnianym już atakiem socjotechnicznym otrzymujemy kawał dobrej historii. A na samym końcu czeka na czytelników jeszcze mały plot twist, którego przyznam bez bicia, że się totalnie nie spodziewałem. Pod tym względem „Helikopter” naprawdę robi robotę. Szkoda, że to jedna z nielicznych (chociaż bardzo ważnych) zalet tej książki.

Miała być trzymająca w napięciu opowieść, a okazało się, że Jonas Bonnier stworzył raczej coś, co można nazwać poprawnie napisanym opisem wydarzeń, jednak bez żadnego polotu i dreszczyku emocji. Wybielanie (nawet jeśli nieświadome) przestępców również niezbyt dobrze rzutuje na odbiór książki. Połowę tekstu można śmiało wyrzucić, jako nic nie wnoszący, a jedynie przeszkadzający w odbiorze (zwłaszcza pierwszych co najmniej kilkadziesiąt stron, jak nie więcej). Te wszystkie problemy spowodowały, że lektura szła mi dość ciężko, chociaż zaintrygowany byłem samym planem, który stworzyli złodzieje. Szkoda więc, że wykonanie wyszło tak przeciętnie, bo naprawdę historia ta nadaje się do Hollywood. Co zresztą udowadnia Netflix, tworząc film oparty na książce Jonasa Bonniera. Oby był lepszy niż literacki pierwowzór.

Łączna ocena: 5/10

sobota, 7 grudnia 2019

„Mock. Pojedynek” – Marek Krajewski

„Mock. Pojedynek” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock. Pojedynek
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 400
Data wydania: 8 sierpnia 2019


„Cudze chwalicie, swego nie znacie” – te słowa Stanisława Jachowicza zna chyba większość ludzi w naszym kraju. Bardzo często pojawiają się w kontekście literatury polskiej, która wielokrotnie jest niedoceniana przez czytelników. Zachwycamy się zagranicznymi pisarzami, a w sumie mamy pod nosem wielu wspaniałych autorów, którzy tylko czekają na ich odkrycie! Jednym z zachwalanych pisarzy literatury kryminalnej jest Marek Krajewski, znany głównie ze swojej serii przybliżającej przygody Eberharda Mocka, syna ubogiego szewca mieszkającego w Wałbrzychu. Edipresse wraz z Wydawnictwem Znak właśnie są w trakcie wydawania kolejnych tomów kolekcji „Czarnego Kryminału”, w skład której wchodzi głównie twórczość Marka Krajewskiego, więc jest to dla mnie idealny moment, żeby zapoznać się z twórczością tego autora!

Początek XX wieku nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza jeśli jest się synem ubogiego szewca. Eberhard Mock ma jednak to szczęście, że studiuje na uniwersytecie. Niestety nie jest wśród braci studenckiej zbyt lubiany, więc stara się swoje życie odreagować w łacinie oraz wielu kuflach taniego piwa. Jeśli jednak myślał, że życie nie może go bardziej upodlić, to się mylił. W pewnym momencie odkrywa, że zło potrafi odnaleźć go w absolutnie każdym miejscu i wyjrzeć z dosłownie każdego zakamarka. Zwłaszcza po tym, jak Mock angażuje się w sprawę fali samobójstw, która niepokoi wykładowców wydziału filologicznego jego uczelni.

Marek Krajewski jest rozpoznawalny głównie dzięki jego powieściom kryminalnym, z których najbardziej znana jest chyba seria o Eberhardzie Mocku, funkcjonariusza pracującego dla Prezydium Policji we Wrocławiu. „Mock. Pojedynek” należy właśnie do tego cyklu i przyznam szczerze, że od samego początku mnie zaskoczyło to, jak została ta powieść skonstruowana. Spodziewałem się właśnie kryminalnej intrygi (zwłaszcza że w pewnym sensie została ona obiecana w blurbie), jednak czytałem i, czytałem i nie pojawiało się żadne śledztwo. Dużo było za to informacji dotyczących tego, co działo się z głównym bohaterem całego cyklu, czyli Eberhardem Mockiem. Jakim był studentem, z kim przebywał, jak się odnosili do niego inni uczniowie. Marek Krajewski również przedstawiał, jak wyglądały realia uczelni na początku XX wieku. Pewnie sądzicie, że w tym momencie zamierzam na to narzekać, prawda? Jak to mawiał klasyk -– „nic bardziej mylnego”!

Początkowo oczywiście gdzieś w głowie migały mi myśli łaknące wręcz czegoś, do czego przywykłem w powieściach kryminalnych – postaci prowadzącej śledztwo, nagłych zwrotów akcji, przypuszczeń snutych przez funkcjonariuszy. Jednak sposób, w jaki autor przedstawia codzienne życie studenta pochodzącego z biednej rodziny, który próbuje przetrwać w zdominowanym przez dzieci bogaczy środowisku, jest tak wciągające i tak piękne opisane, że nie chce się przerywać. Mało tego, akcji jest niespodziewanie dużo jak na tak… płytką by się chciało rzec tematykę (choć ktoś złośliwy mógłby mi przytoczyć co najmniej parę świetnych studiów przypadku, gdzie biedni ścierają się z bogatymi). Można powiedzieć, że byłem wręcz onieśmielony tymi opisami, nawet mimo tego, że aż gdzieś do sto pięćdziesiątej strony nie spotkałem praktycznie niczego, co mogłoby zakwalifikować tę książkę jako kryminał. Zdaję sobie sprawę z tego, że „Mock. Pojedynek” to historia „początków” Mocka i muszę przyznać, że takie dość nieszablonowe podejście do tej kwestii wyszło autorowi wspaniale.

„– Jestem żartownisiem – mruknął. – Do pewnych rozsądnych granic. One się zaczynają tam, gdzie ludzki ból…”

Cała powieść opiera się oczywiście na fikcyjnych wydarzeniach, jednak występuje w niej sporo naprawdę żyjących kiedyś postaci, piastujących nawet takie same stanowiska. Nic w sumie dziwnego, ponieważ autor jest filologiem klasycznym, doktorem nauk humanistycznych, który pracował na Uniwersytecie Wrocławskim. Nic więc dziwnego, że to właśnie ta uczelnia wyższa pojawia się w książce „Mock. Pojedynek”, a większość akcji kręci się wokół ogólnie pojętej tematyki właśnie filologii klasycznej. Zapewne osoby, którym o wiele bliżej do historii wrocławskich sfer naukowych z prełomu XIX i XX wieku zauważą sporo nieścisłości – głównie w datach, przypisywanych złym autorom dzieł naukowych. Tutaj jednak z pomocą przyjdzie posłowie Marka Krajewskiego, w którym zarówno wskazuje rzeczone rozbieżności, jak i wyjaśnia, skąd się one wzięły. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że autorzy zapominają o tych paru słowach, które pomagają rozwiać wątpliwości co do porządnego przygotowania się do danej książki – na szczęście tym razem stało się zupełnie inaczej.

Co ciekawe, przez dosłownie całą powieść nie mogłem wyczuć takich charakterystycznych dla kryminałów punktów zwrotnych, które dzielą niejako całą powieść na poszczególne części. Wstęp pokazujący, czym się będą zajmować funkcjonariusze, etapy śledztwa, pierwszych podejrzanych, odrzucenia ich jako sprawców. Następnie jakaś niebezpieczna sytuacja dla głównych bohaterów i nagłe wpadnięcie na ten właściwy trop, zakończone schwytaniem mordercy. „Mock. Pojedynek” jest pozbawiony takich jasnych akcentów, nawet już w tej części nieco bardziej… kryminalnej. Jednak jednocześnie cały czas czuć dynamikę całej fabuły i mimo jasnych i klarownych zwrotów akcji autor potrafi przygwoździć czytelnika do książki. Być może po części wpływ na to mają czasy, w których osadzona została akcja całej powieści wraz z otoczeniem – miksturą intryg, walki o wpływy oraz dążeniem do rozwoju nauki, a wszystko to ściera ze sobą dwa światy – biednych oraz bogatych.

Pierwszy przeczytany przeze mnie tom przygód Eberharda Mocka (chociaż tom ten wcale nie jest pierwszym, który się pojawił, wręcz przeciwnie – wydany został po raz pierwszy w 2018 roku) bardzo mocno mnie zachęcił do sięgnięcia po kolejne książki Marka Krajewskiego. Wielokrotnie widziałem opinie, że autor ten ma bardzo specyficzny styl i muszę przyznać rację tym głosom. Jednocześnie muszę również przyznać, że styl ten bardzo mi odpowiada – nie tylko pozwala na zagłębienie się w historię w sposób przyjemny, ale również daje namiastkę tego, co rzeczywiście mogło się dziać w tamtych czasach, zwłaszcza dzięki językowi, który takiemu laikowi jak ja wydaję się idealnie dobrany do opisywanych czasów. Zważywszy jednak na wykształcenie Marka Krajewskiego, zapewne został dobrany idealnie. Mnie ten tom kupił w stu procentach i mam nadzieję, że reszta książek o Eberhardzie Mocku będzie podobna do tejże właśnie opisywanej.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


poniedziałek, 31 grudnia 2018

„Życie w średniowiecznej wsi” – Frances Gies, Joseph Gies

„Życie w średniowiecznej wsi” – Frances Gies, Joseph Gies
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Frances Gies, Joseph Gies
Tytuł: Życie w średniowiecznej wsi
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Jakub Janik
Stron: 440
Data wydania: 21 maja 2018


Tematyka średniowiecza pociągała mnie od zawsze. Co prawda same lekcje historii przychodziły mi z trudem i nie starałem się bardzo mocno pogłębić mojej wiedzy, jednak jeśli mogłem wybrać cokolwiek osadzonego w realiach średniowiecza, to wybierałem dokładnie to. Gry strategiczne? Stronghold. System RPG? Dungeons and Dragons osadzony w Forgotten Realms. Gry cRPG? Baldur’s Gate czy Morrowind – byle osadzone w świecie podobnym do średniowiecza. Podobnie wygląda sprawa z książkami – fantastyka jest literaturą, po którą najchętniej sięgam i na której się w pewnym sensie wychowałem. W tym przypadku nie ma znaczenia, czy jest to high fantasy czy też sword and sorcery – jeśli świat zbliżony jest do średniowiecza, to ja to biorę w ciemno. Tak jak wziąłem „Życie w średniowiecznej wsi”. Czuję, że sięgnę po resztę książek tych autorów.

Pańszczyzna, trójpolówka, lenno, łan, feudalizm – z pewnością wielu osobom te pojęcia są znane. Mniej lub bardziej, jednak pojawiły się w trakcie edukacji. Dotyczą w sposób pośredni lub bezpośredni wsi, o której można się dowiedzieć o wiele więcej z książki, której autorami są Frances Gies, Joseph Gies. Jak wyewoluowały wsie? Skąd się wzięły? W jaki sposób żyli chłopi z rodzinami i czy na pewno byli tylko ciemiężeni? Jak rozwijało się rolnictwo i jaki miało wpływ na gospodarkę całego państwa? Jest mnóstwo pytań, na które dwójka historyków próbuje odpowiedzieć w sposób jak najbardziej przystępny dla przeciętnego człowieka. 

„Z drugiej strony dwa pozytywne aspekty takich surowych z konieczności zasad odżywiania – mała ilość białka i tłuszczów – dawały korzyści podobne do tych, które można uzyskać dzięki dzisiejszej diecie pomagającej dbać o układ krążenia, a wysoka zawartość błonnika w średniowiecznych potrawach pomagała ograniczyć ryzyko zachorowania na raka”.

Kiedy będziecie sięgali po tę pozycję, zajrzyjcie najpierw na sam koniec książki. Przejrzyjcie ostatnie strony. Spokojnie, nie spotka Was tam żaden „spoiler” (chociaż co tu z drugiej strony można zdradzić?), ale mam nadzieję, że będziecie mile zaskoczeni. Czym? Zbiorem przypisów oraz bibliografii, na bazie której powstała niniejsza książka. Ostatnie kilkadziesiąt stron to właśnie źródła, w oparciu o które pracowali autorzy „Życia w średniowiecznej wsi”. Bardzo cenię sobie takie podejście, ponieważ dzięki niemu dany tytuł nabiera wiarygodności. Widać, że autor (w tym przypadku autorzy) poświęcili swój czas na porządne zbadanie tematu i napisali coś, na czym można rzeczywiście polegać.

Cała książka podzielona jest na poszczególne rozdziały, wśród których każdy odpowiada za inny aspekt wsi – zależność chłopów od pana majątku, ich rodzinę i sposób zawierania małżeństw i tak dalej. Dzięki temu każda część jest spójna logicznie, a jednocześnie można je oddzielić grubą kreską mówiącą, że teraz przechodzimy do nowego tematu. Autorzy starają się z jednej strony wyczerpać każdy temat, a z drugiej widać, że nie chcą zanudzić czytelnika zbyt szczegółowymi opisami. Czasem cytowanie dokumentów średniowiecznych jednak bywa nieco nużące, tego jednak się nie da uniknąć jeśli chce się zrobić rzetelne opracowanie. Frances i Joseph Gies większość książki stworzyli w oparciu o cytaty z odpowiednimi przypisami (stąd też taka a nie inna ich objętość), co też nie było łatwe punktu widzenia stylistyki. A wyszło naprawdę świetnie.

Warto pamiętać o tym, że książka opisuje głównie angielską wieś – tłumacz zresztą informuje w swoich przypisach o pewnych rozbieżnościach pomiędzy tym, co widzimy w tekście, a tym, co działo się w Polsce. W wielu przypadkach podaje również nazwy czynności, świąt czy przedmiotów, które znane są z naszej, polskiej historii i przyrównuje do tych, których użyli autorzy. Pod tym względem Jakub Janik wykonał doskonałą pracę – aż się chce takie przekłady czytać, które są jasno i klarownie przetłumaczone. Widać, że zostało w to włożone więcej pracy, niż tylko samo tłumaczenie. Czytelnik może skonfrontować ze sobą różnice bez konieczności samodzielnego szukania informacji czy frustrowania się, jeśli akurat wie jak wyglądała sytuacja w Polsce. Czapki z głów dla pracy Jakuba Janika! Tak powinien wyglądać każdy przekład tego typu książek.

„Sąd wykazywał się jednak pobłażliwością wobec ubogich – albo po prostu realizmem co do możliwości wyciśnięcia z nich grosza”.

Pomiędzy samym tekstem znajdziemy również ilustracje, które najczęściej są zdjęciami lub reprodukcjami średniowiecznych dzieł – zarówno malarskich, jak i literackich. Począwszy od obrazów (takich jak portret Henryka VIII) a zakończywszy na schematach podziału pól wiejskich wykonanych z perspektywy lotu ptaka. One również urozmaicają książkę i dodają jej kolejnych walorów edukacyjnych. Nie jest ich co prawda wiele, jednak ich różnorodność rekompensuje niewielką liczbę. Przy okazji w książce zawarte zostały również zdjęcia starych, średniowiecznych spisów, ksiąg oraz innych dzieł wykorzystywanych do codziennego zarządzania majątkami oraz sprawowania władzy sądowniczej. 

Nie jest to może ogromne kompendium wiedzy, dzięki któremu poznacie absolutnie wszystkie szczegóły dotyczące życia i pracy w średniowiecznej wsi. Jest to jednak książka, którą warto przeczytać, jeśli chcecie poznać wiele aspektów z chłopskiej egzystencji oraz dowiedzieć się jak działało ówczesne prawo, czym się kierowali mieszkańcy i w jaki sposób zależni byli od panów majątków, na których żyli i pracowali. Bogata bibliografia pozwoli Wam zgłębić szczegóły, jeśli poczujecie głód wiedzy. Przede wszystkim jednak wiedza zawarta w „Życiu w średniowiecznej wsi” podana jest jako lekkostrawne danie, które konsumuje się z przyjemnością. Zarówno sam język, jak i forma książki (oraz oczywiście przekład!) świadczą o tym, że cały proces produkcji książki dążył do tego, aby przeciętny Kowalski (lub jak kto woli Smith) mógł czerpać z niej garściami i dowiedział się nieco więcej o tym, jak żyło się w czasach średnich. 

Łączna ocena: 8/10



wtorek, 10 lipca 2018

Bardzo chcę! #47 Frances Gies, Joseph Gies - „Życie w średniowiecznej wsi”

Frances Gies, Joseph Gies - "Życie w średniowiecznej wsi"
Źródło: Lubimy Czytać
Czy ktoś jeszcze pamięta grę Stronghold, w której budowało się średniowieczne osady, przekształcane w obronne zamczyska i starało się utrzymać ludzi przy życiu? Albo Settlers Online - strategię bazującą na wieloczęściowej, kultowej grze The Settlers, w której wcieliliśmy się w rolę władcy próbującego stworzyć wspaniałe społeczeństwo oparte o czasy średniowieczne? Uwielbiałem te gry, ze względu na ich klimat. Średniowieczna wieś to coś, co mniej interesuje jeszcze bardziej niż stan rycerski czy życie osób z wyższych sfer. Zawsze fascynowała mnie zaradność oraz umiejętność dostosowania się do sytuacji nawet w sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wydają się być beznadziejne. Wiele osób podziela pogląd, że średniowieczny chłop wiódł smutne i ciężkie życie, bez względu na to, pod jakim panowaniem żył. Niewiele osób jednak wie, jak daleko od prawdy mogą być takie opinie.

Frances Gies oraz Joseph Gies są małżeństwem historyków, którzy na swoim koncie mają już podobną książkę, ale traktującą o życiu w średniowiecznym zamku. Jej tytuł to - analogicznie do obecnie omawianej pozycji - “Życie w średniowiecznym zamku”. Jak już jednak wspomniałem, o wiele bardziej interesuje mnie właśnie ta pozycja, ze względu na skupienie się na tej najbardziej rozległej warstwie społecznej, która stała się czymś w rodzaju fundamentów dla współczesnego modelu społeczeństwa - co zresztą możemy przeczytać w opisie.

Wydawnictwo postarało się o dość obszerny opis, który możecie przeczytać poniżej:
Poznaj świat, który zainspirował George’a R.R. Martina 
Fascynuje Cię średniowiecze? 
Zastanawiałeś się kiedyś, jak wyglądało życie w średniowiecznej wsi? Kim byli jej mieszkańcy? Czym się zajmowali? Co jedli? Jak się ubierali? Jak dbali o higienę i czy w ogóle to robili? Jak dokładnie wyglądała ich codzienność? Wszystkie te sekrety odkrywają przed nami znakomici badacze tej epoki Joseph i Frances Gies. 
Spotykamy mieszkańców wsi przy pracy i w czasie wiejskich uroczystości. Zasiadamy z nimi przy stole i w kościelnej ławie. Poznajemy czym jest pańszczyzna i jak wyglądały relacje między panem a chłopem. Poznajemy też wieś jako jedno z pierwszych nowoczesnych społeczeństw, które stworzyło podwaliny pod współczesną cywilizację.
Dwoje cenionych historyków po raz kolejny zabiera nas w fantastyczną podróż po czasach średniowiecza, które niezmiennie zachwyca i zaskakuje. 
Oglądasz „Grę o tron”? 
Natchnieniem dla George’a R. R. Martina przy tworzeniu fascynującego świata „Pieśni Lodu i Ognia” były czasy średniowiecza. Wówczas wśród jego lektur znalazły się także książki małżeństwa Giesów. Dziś każdy z nas może kroczyć jego śladami w poszukiwaniu tego, co go zainspirowało. 
„Życie w średniowiecznej wsi” to kolejna część wspaniałej trylogii, stanowiącej lekturę obowiązkową dla miłośników historii oraz każdego wielbiciela twórczości George’a R. R. Martina.

Wystarczająco zachęceni? A może jednak tego typu tematyka nie jest kompletnie dla Was? :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

"Stulecie chirurgów" - Jürgen Thorwald

"Stulecie chirurgów" - Jürgen Thorwald
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Jürgen Thorwald
Tytuł: Stulecie chirurgów
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Karol Bunsch
Stron: 536
Data wydania: 2008


Nieczęsto mam okazję czytać literaturę faktu, chociaż niezmiernie ją lubię. Sięgam z wielką chęcią zwłaszcza po tematykę kontrowersyjną lub nietypową - a do tej drugiej grupy niewątpliwie należy "Stulecie chirurgów". Jest to pierwszy tom z krótkiego, dwutomowego cyklu opowiadającego rozwój chirurgii. Począwszy od niewielu zabiegów przeprowadzanych na świadomych pacjentach, aż po obecną sztukę operowania z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii. Lektura okazała się być naprawdę pouczająca i pokazująca jak wiele musieli przecierpieć zarówno pacjenci, jak i sami lekarze w mrokach niewiedzy.

piątek, 26 września 2014

"Cel snajpera" - Chris Kyle

Źródło: Lubimyczytac.pl
Autor: Chris Kyle
Tytuł: Cel snjpera
Wydawnictwo: Znak
Stron: 432
Data wydania: 23 lipca 2012


Powrót po długiej nieobecności. Mam nadzieję, że na dłuższy czas. Na pierwszy ogień po mojej nieobecności idzie „Cel snajpera”. Aby nie przedłużać, po prostu czytajcie:

„Cel snajpera” to książka napisana przez byłego operatora Navy SEALs, jednostki specjalnej podlegjaącej pod marynarkę wojenną Stanów Zjednoczonych. Autor był snajperem i to pieruńsko dobrym, wręcz legendą całej marynarki. Zasłużył się głównie podczas wojny w Iraku a na jego koncie jest ponad 150 zaliczeń. Zaliczenie jest to strzał śmiertelny wykonany w obecności świadka, w pełni potwierdzony, posiadający swoją pełną dokumentację. Z tego wynika, że tak naprawdę „sprzątnął” dużo więcej osób.

Powieść jest w pewnym sensie biografią Chrisa, począwszy od jego dzieciństwa i pracy na ranczo w Teksasie, poprzez morderczy kurs BUD/S (Basic Underwater Demolition/SEAL) aż po końcówkę jego zmagań na wojnie i założenie firmy szkoleniowej. W głównej mierze Kyle skupia się na opisach wojennych zmagań, przekazuje anegdoty oraz historie związane ściśle z jego działaniami. W międzyczasie głos zajmuje jego żona, której słowa pokazują jak czuje się żona SEALsa rzucone wprost w sam środek działań wojennych.