niedziela, 20 stycznia 2019

„Wielki marsz” – Stephen King

„Wielki marsz” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki marsz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Paweł Korombel
Stron: 266
Data wydania: 13 grudnia 2017


Kolekcja książek Mistrza Grozy rośnie na moich półkach jak na drożdżach. No, może na półkach to przesada – jak na razie udaje mi się ją upchać w jeden segment, jako dwupiętrowa i dwurzędowa konstrukcja. Ciężko czasem jest wyciągnąć coś z tyłu, zwłaszcza jeśli czyta się ją nieregularnie. Żeby trochę sobie ułatwić zadanie przeskoczyłem o tytułów do przodu i tym razem sięgnąłem po „Wielki marsz”, mimo że przed nim jest kilka pozycji, które powinienem przeczytać. Wiele osób ostatnimi czasy jednak polecało mi właśnie tę powieść Stephena Kinga, a że przy okazji nie należy do długich, to wszystko wskazywało, że sięgnięcie po nią jest dobrym pomysłem. No i rzeczywiście to był dobry pomysł, chociaż moje oczekiwania były chyba zbyt duże.

Gdzieś w przyszłości, kiedy rząd w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej wygląda nieco inaczej, a jego wpływ na społeczeństwo jest o wiele większy, co roku odbywa się Wielki Marsz. Święto wszystkich obywateli, wydarzenie, na które czekają wszyscy. Setka śmiałków rusza przed siebie, poruszając się do przodu aż przedostatni z nich padnie z wycieńczenia. Dosłownie. Nagroda jest wielka, wspaniała, niesamowita, najlepsza z najlepszych. Niektórzy powiedzą, że to pieniądze. Inni, że władza. A jeszcze inni, na przekór wszystkiemu, będą snuć bluźniercze tezy o nagrodzie w postaci życia.

„Wielki marsz” jest zdecydowanie nietypową książką. Nietypową zarówno pod względem samego pomysłu na fabułę, jak również treści i przesłania, które ze sobą niesie. Stephen King już parę razy udowodnił, że umie konstruować powieści oparte o niewielu bohaterów lub o bardzo małe powierzchnie. Co prawda kilkaset kilometrów, przez które przechodzą bohaterowie książki to nie jedno pomieszczenie, jednak w pewnym sensie sprawia wrażenie izolacji. Do tego główne wydarzenia rozgrywają się raptem między paroma chłopakami, którzy biorą udział w dorocznym Wielkim Marszu, wokół którego powstała pewnego rodzaju legenda i jego uwielbienie. Czytelnikowi jest wręcz duszno, nieprzyjemnie i źle, bo odczuwa dysonans – z jednej strony wielkie przestrzenie, bezmiar drogi przed postaciami, a z drugiej kilka dni upchniętych wokół kilku postaci, które idą niemal ramię w ramię.

„Czterdziestkapiątka znów upadła. Odgłosy kroków przyspieszyły, to rozpierzchli się zawodnicy. Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia”.

Dość szybko rzucają się w oczy opisy. Te, jak to u Kinga, często nie powalają dynamizmem, czasem miałem wrażenie, że zaraz zasnę, jednak doskonale wyszło to, co autor umie najlepiej – tworzenie wielowarstwowego podłoża dla słów, które są na pierwszy rzut oka po prostu zwykłymi słowami. Czasem mniej wyszukanymi, czasem bardziej, jednak wciąż to jedynie narzędzie do zbudowania wielkiego pudła emocji, którym otoczony jest „Wielki marsz”. Co ciekawe, Stephen King skonstruował mnóstwo dialogów, które czasem przypominają o beztroskim podejściu nawet w chwilach największego zagrożenia życia, a czasem stanowią nieskładną paplaninę oszalałych z wyczerpania gości. Można więc tutaj znaleźć sporo skrajności, które jednak tworzą spójną całość.

Wielki Marsz odbywa się co roku, w alternatywnej rzeczywistości, której centrum są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wokół samego wydarzenia wyrosło coś w rodzaju kultu, w którym udział biorą wszyscy obywatele kraju (a spróbowaliby nie wziąć udziału). Pomysł sam w sobie jest wystarczająco intrygujący, żeby sięgnąć po powieść i zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Dobrowolne rzucanie się śmierci w ramiona, współzawodnictwo o to, kto będzie miał szansę umrzeć (lub spróbować przeżyć) to całkiem przyzwoity temat do rozłożenia na czynniki pierwsze. Zwłaszcza w kontekście przemian fizycznych i duchowych osób, które w tym biorą udział. Poszczególne etapy zarówno samego marszu, jak i tego, co działo się z jego uczestnikami, zostały opisane wystarczająco sensownie i wiarygodnie, że można aż uwierzyć w konsultacje ze specjalistami – lekarzami wielu specjalizacji oraz psychologami. 

„Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani”.

Spodziewałem się jednak czegoś więcej po tej pozycji, zważywszy na wszechobecne pochwalne opinie. Miałem nadzieję, że rzuci mnie na kolana i wciągnie bez końca, jednak tak nie było. Jest to naprawdę dobra książka, zdecydowanie warta przeczytania, wyzwalająca wiele emocji, ale jednak nie spełniła moich oczekiwań. Być może były one za duże, być może nawet nieco wyolbrzymiłem zachwyty nad nią i odebrałem je w nie do końca zdrowy sposób, jednak mimo wszystko „Wielki marsz” i tak nie trafi na listę najwyżej ocenianych książek. Jest to wysoka pozycja wśród wszystkich książek Stephena Kinga, jakie do tej pory czytałem, jednak nie przebija wciąż „Misery”, ”Zielonej Mili” czy „Mrocznej Wieży”.

Emocjonująca, konkretna, choć czasem przeciągnięta pozycja dla każdego fana mocnych wrażeń. Duszny klimat rozciągnięty na wiele kilometrów pokazuje, że King potrafi tworzyć dzieła wywołujące ambiwalentne uczucia. Świat pełen elementów owianych tajemnicą, wśród których na pierwszy plan wyłania się fascynacja i pełna akceptacja śmierci, która to serwowana jest jak przystawki w dobrej restauracji. Pot, krew i łzy co chwilę dolewane są jak wino do kieliszka, a apetyt na główne danie z każdą chwilą staje się coraz większy. Brakuje mi co prawda pełnego wciągnięcia czytelnika w wir opisywanych wydarzeń, jednak to dość częsty problem, który napotykam u Kinga – niektóre z opisów są zbyt rozwleczone, a części z nich mogłoby równie dobrze nie być, bo niewiele wnoszą. Mimo wszystko to naprawdę dobra powieść, z którą warto się zapoznać.

Łączna ocena: 8/10

0 komentarze:

Publikowanie komentarza