Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stephen king. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stephen king. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 kwietnia 2020

Zbiorczo spod pióra – marzec 2020

Jak tam minął miesiąc? Dużo przeczytaliście lub przesłuchaliście? Albo może obejrzeliście, albo ograliście wiele gier? Obejrzeliście spektakl teatralny, może byliście na musicalu, albo nawet w operze? Ja się ograniczyłem do czytania i słuchania, chociaż Netflix i HBO GO cały czas w użytku też są! Najbardziej jednak książki papierowe oraz audiobooki/podcasty. Każdego wieczora jakaś godzina na papier i niezliczone ilości krótkich przerw w ciągu dnia na słuchanie. Niezłe efekty to daje! Zwłaszcza w przypadku tej drugiej aktywności – gdyby tylko jeszcze można było nie bawić się w żadne włączanie słuchawek i gdyby trochę dłużej żyły niż parę godzin (takie małe to wiadomo, nie będą długo trzymały) to byłoby cudownie! Zostałaby tylko praca nad podzielnością uwagi. 

Cóż, nie ma co jednak marudzić i w ogóle, tylko przejść do sedna tego postu, prawda? Poniżej już trzecie zestawienie krótkich opinii (dosłownie w paru słowach) na temat przeczytanych lub przesłuchanych książek. Mam nadzieję, że chociaż trochę pozwolą Wam zdecydować o sięgnięciu bądź i zostawieniu w spokoju konkretnych tytułów! 

„Getting Things Done” – David Allen

Format: Audiobook
Stron/długość: 14h 45m
Lektor: Marcin Fugiel

Biblia produktywności, jak to niektórzy nazywają „Getting Things Done” Davida Allena. Coś w tym jest, bo rzeczywiście wiele programów wspomagających produktywność opiera się właśnie na metodzie GTD, a sama książka jest przez autora dość regularnie aktualizowana. Do tego naprawdę jest to Biblia, z której można czerpać garściami. Sensownie podzielona, odpowiednio kategoryzowana i przekazująca mnóstwo merytorycznej wiedzy.

Jeśli masz problemy z uporządkowaniem swojego życia, to David Allen na pewno Ci pomoże – chociaż może to nie być łatwe na początku. Autor rzuca czytelnika od razu na pożarcie danych statystycznych, badań oraz przede wszystkim sprawdzonych sposobów, z których korzysta mnóstwo osób na świecie każdego dnia. Osobiście znałem już założenia GTD dużo wcześniej i wiele w moim życiu było zaprojektowanych właśnie pod tą metodę, ale i tak książka ta udowodniła mi, jak wiele jeszcze mogę poprawić. Innymi słowy, gorąco polecam – to nie jest jakiś dupny poradnik jak odmienić swoje życie, tylko jasne porady co zrobić, żeby to wszystko zaczęło po prostu działać.

„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 1m
Lektor: Roch Siemianowski

Absolutnie nie dziwię się, że książka wygrała plebiscyt Lubimy Czytać w swojej kategorii – nie dziwię się również, że to na niej oparli się twórcy serialu „Czarnobyl”. Kawał naprawdę dobrego reportażu, warty czasu poświęconego na czytanie. Szczegółowy, ale konkretny, zbierający nie tylko najważniejsze informacje, ale również mnóstwo ciekawostek. Bez patetycznego wydźwięku i bez wybielania czy oczerniania na siłę. Po prostu wyważony i świetny.

Tyle informacji o katastrofie w Czarnobylu nie znalazłem nigdzie. Wszystko posegregowane w odpowiednie kategorie i przedstawiony w logiczny sposób. „O północy w Czarnobylu” nie próbuje grać na emocjach, tylko przedstawia po prostu suche fakty. Jeśli oglądaliście serial, to sięgnijcie, tak czy siak, po książkę – jest nieco inna od swojej serialowej adaptacji i zawiera o wiele więcej danych i informacji. Tak, to możliwe, nawet mimo tego, że sam serial trwał łącznie kilka godzin. W końcu czas czytania przez lektora to siedemnaście godzin… Które warto poświecić.

„Cujo” – Stephen King

Format: Papier
Stron/długość: 330
Tłumacz: Jacek Manicki

Stephen King ma w swoim dorobku książki lepsze oraz gorsze i „Cujo” można zaliczyć niestety do tej drugiej grupy. Niech za pewnego rodzaju opinię posłuży informacja, że podczas lektury udało mi się bezwiednie przyciąć komara, co nie zdarzyło mi się od długiego czasu. Językowo ciężko coś zarzucić – jest napisana po prostu poprawnie, czyli tak, jak można się tego spodziewać po Mistrzu Grozy. W końcu pisać to on umie, a zwłaszcza po tylu wydanych książkach. Niestety tym razem kompletnie nie potrafił mnie zachęcić do lektury.

Tak naprawdę pierwsze ponad sto stron jest… o niczym. Kilka niezwiązanych ze sobą historii, które się toczą wokół życia ludzi i tytułowy Cujo, który wiedzie żywot względnie szczęśliwego psiska. Tylko przeczytaniu blurba daje nadzieję, że wreszcie coś się zacznie dziać z tym postaciami. No i faktycznie, zaczyna się dziać – jednak nie nazwałbym tego szczytem umiejętności pisarskich i fabularnych Kinga. To wybitnie średnia książka, którą można sobie przeczytać głównie wtedy, gdy chcemy po prostu zaliczyć wszystkie powieści Stephena Kinga. Inaczej w sumie szkoda czasu.

„Wiedźmin” (opowiadania) – Andrzej Sapkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 2h 22m + 1h 39m + 1h 48m + 2h 1m
Lektor: Słuchowisko

To tak naprawdę kolejna część słuchania opowiadań z Wiedźminem w roli (najczęściej) głównej, napisanych przez Andrzeja Sapkowskiego. Dostępne są jako osobne pliki do przesłuchania, więc po prostu skrupulatnie je dodaje do siebie. Trochę jednak szkoda, że tak szybko się je zalicza, bo są po prostu nieziemskie! Sama proza to wiadomo, jednemu może się podobać, innemu nie (sam jestem fanem Wiedźmina, więc tak naprawdę te historie to dla mnie jest żadna nowość), ale wykonanie przez superNOWA słuchowisk to coś pięknego!

Doskonale dobrani lektorzy, którzy wiedzą, co robią (Krzysztof Banaszyk jako Geralt wymiata) no i te dźwięki w tle. Idealnie wpisują się w klimat. Jako medium 10/10, totalnie. Jeśli jesteście fanami, to koniecznie musicie spróbować – chyba że nie umiecie w ogóle przetrawić formy słuchanej. W sumie nie – i tak spróbujcie! :D

„W ruinie” – Praca zbiorowa

Format: E-book
Stron/długość: 288

Wydawnictwo Insignis wydało już kilka zbiorów opowiadań napisanych przez fanów Uniwersum Metro 2033 – inicjatywa zacna, bardzo fajnie, że nowe osoby mogą się pokazać jako autorzy. W takich zbiorach wszystko jest oczywiście całkowicie od siebie różne i mamy do czynienia z wieloma poziomami jakości. „W ruinie” pod tym względem nie ustępuje w niczym poprzednim dwóm zbiorom, które miałem okazję przeczytać. Nie w sumie też lepsze, chociaż kilka opowiadań być może zapadnie mi w pamięci.

Mamy tu nawet do czynienia z historią osadzoną na Śląsku i to z wykorzystaniem śląskiej gwary! Co prawda akurat to opowiadanie nie przypadło mi do gustu, ale chyba warto o tym wspomnieć, jako o ciekawostce. Tak po prawdzie to przygody, z którymi mamy do czynienia w tym zbiorze rozrzucone są po całej Polsce, więc możemy sobie obejrzeć apokalipsę z perspektywy wielu miast. Jeśli chcecie jakiegoś podsumowania to myślę, że takie będzie najlepsze: nice to have dla fanów Uniwersum, chociaż nie spodziewajcie się niczego niesamowitego.

środa, 4 marca 2020

Co pod pióro w marcu 2020?

Luty był szybki, no nie? I to nawet pomimo tego, że skubaniec miał o jeden dzień więcej niż zazwyczaj! W sumie to tak zawsze jest, że grudzień mija szybko, potem się styczeń odrobinę wlecze (bo powrót do rzeczywistości po dużej ilości wolnego), luty robi cyk! i wjeżdża dopiero w miarę normalny marzec. Teraz tylko wyglądać świąt, potem wakacji i zanim się obejrzymy, znowu będziemy mieli choinki w domach i tak dalej. Dość… przygnębiająca w pewnym sensie perspektywa, no nie? No bo wiecie, tak ten czas zasuwa, a wszystkie przyjemności przemijają. Zostają wspomnienia, a i owszem, ale jakoś tak… Jak z książką dobrą. Bosko się czytało, jeszcze się coś z niej pamięta, ale już kolejna czeka na swoją kolej i tak w kółko. 😅

Faktycznie kolejne czekają na swoją kolej, więc zabieram się za nie niezwłocznie! Czasem się zaczynam zastanawiać, czy taki wewnętrzny „przymus” sięgania od razu po kolejną książkę to jest jakaś forma uzależnienia? Tak czasem to wygląda wręcz śmiesznie, jak się pisze/mówi, że nie można żyć bez czytania i tak dalej. Takie puste frazesy niby. Jednak coś w tym kurczę jest. Czasem przychodzą dni, kiedy się nic nie chce i wtedy można spędzić je, nawet po prostu oglądając śmieszne koty w internetach, ale tak to cały czas chcę wczytywać się w kolejne historie. No a teraz jeszcze się wsłuchiwać. 😁

Cóż, nie ma co marudzić i takich rozkmin sobie snuć, tylko trzeba pokazać, co sobie zaplanował wstępnie na najbliższy miesiąc! Jak zwykle oczywiście wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Podstęp” – Maria Adolfsson

Kryminał skandynawski, który swoją premierę będzie miał 11.03.2020 r., czyli już niedługo, za parę dni. Cała historia zamknięta została na nieistniejącej wyspie, która ma swoje tajemnice oraz – jakże by inaczej – przeszłość, o której wiedzą tylko jej mieszkańcy. Skandynawskie kryminały cechują się tym, że są bardzo duszne i ciężkie, a ja już dawno takiej pozycji nie czytałem!
„Cujo” – Stephen King

Miałem przeczytać w lutym, ale ostatecznie nie dałem rady. Trudno, przerzucam więc próbę na marzec, bo dawno nie czytałem Kinga, a kolekcja czeka! Zobaczymy więc, czymże jest historia psa, który z przyjaznego olbrzyma zamienia się we wściekłą, chorą bestię, która zaczyna pragnąć krwi.
„Substancja czynna” – Thomas Arnold

Kolejna książka od Thomasa Arnolda i kolejna, na której okładce możecie zobaczyć moje logo – tego autora już od dawna polecam w ciemno! Tym razem mamy do czynienia ze zbiorem opowiadań, nieco lżejszych, bowiem zamieszczonych oryginalnie w magazynie farmaceutycznym. Nie wierzę jednak, że straciły swój pazur i mam nadzieję, że po lekturze będę mógł Was o tym zapewnić!
„Za horyzont” – Andriej Diakow

Cóż, trzeba skończyć trylogię! Jeszcze gotów jestem zapomnieć, co w niej było i o co chodziło. Taran z Glebem tym razem muszę zmierzyć się nie tylko ze swoim strachem, ale i niezbyt chętnymi do współpracy mieszkańcami metra – w obliczu wojny z weganami każdy chce mieć stalkera po swojej stronie. Tymczasem gdzieś daleko na wschodzie tli się iskierka nadziei, którą Taran chce dostać w swoje ręce… 

AUDIOBOOKI

Oczywiście, a jakże by inaczej! Jeszcze nie zdecydowałem dokładnie, jednak pewnie w marcu będę słuchał takich tytułów, jak:

„Getting Things Done” – Allen David
„O północy w Czarnobylu” – Adam Higginbotham
„Czarna Wołga” – Przemysław Semczuk

Chociaż mam ogromną ochotę zagłębić się w słuchowiska z Wiedźminem oraz odkryte przeze słuchowiska całej Trylogii Husyckiej (jakieś 70 godzin!)... A jak się uda to i więcej! Zobaczymy, jak czas pozwoli i jak bardzo aktywni będą twórcy podcastów, których na co dzień słucham.

wtorek, 4 lutego 2020

Co pod pióro w lutym 2020?

Jak tam Wam minął styczeń? Przyzwyczajeni już do pisania 2020 zamiast 2019? Mnie się jeszcze czasem zdarzy użyć starego roku, chociaż mam o wiele bardziej denerwujący zwyczaj… Jak już się pomylę i to zauważę, to z niejasnego dla mnie powodu zaczynam poprawiać na 20019. 😅Tak, dorzucam drugie zero. Nie wiem czemu, mój mózg stwierdza, że tak będzie spoko i koniec. Jednak ja nie o tym tak naprawdę. Cóż, u mnie styczeń minął całkiem znośnie i bardzo szybko. Przy okazji też odkryłem, że zdecydowanie zbyt długo zwlekałem z sięgnięciem po audiobooki, serio! Wchłonąłem ich praktycznie drugie tyle, co papierowych książek. Po prostu jakiś szał! Jedyne co robiłem, to częściej chodziłem w słuchawkach (oby moje uszy mi za to nie podziękowały w niezbyt przyjemny sposób za jakiś czas).

Trochę przez to mam problem, jak dalej prowadzić te krótkie zapowiedzi z tytułami, których możecie się spodziewać w nadchodzącym miesiącu. Na razie jednak postanowiłem zostać przy standardowej liczbie książek, nie dorzucam niczego nowego, choćby z tego względu, że jestem w trakcie testów Empik Go oraz Legimi. Zapewne skuszę się na któryś z tych serwisów, ale jeszcze nie wiem na który. Na razie też więc nie planuję sobie robić list z audiobookami, chociaż już wiem, że na 100% zagoszczą u mnie na stałe. Wtedy będę mógł trochę rozszerzyć te posty i wrzucać również moje propozycje audiobooków, dzięki czemu będziecie lepiej przygotowani na zawartość mojego bloga oraz social mediów! A w każdym razie przynajmniej w jakimś tam stopniu.

Przejdźmy więc do przedstawienia Wam paru tytułów. Jak zwykle okładki wszystkich książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. Czuję jednak, że część z tych planów może się zmienić, w zależności od egzemplarzy recenzenckich – nie wszystkie mam, a dopóki ich nie mam, to nie zakładam ich czytania. Poczta Polska niestety lubi płatać figle i gubić przesyłki… ;)

„Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” – Justyna Kopińska

Ostatnio „zasmakowałem” w reportażach. Trzy sztuki zaliczyłem w styczniu, ale „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” polecała mi już od dłuższego czasu moja ładniejsza połówka. Justyna Kopińska przedstawia kulisy (a dokładniej to, do czego udało jej się dotrzeć) sprawy siostry Bernadetty z Zabrza, która prowadziła ośrodek wychowawczy Sióstr Boromeuszek. Cóż, na pewno nie będzie to łatwa lektura.


„Cujo” – Stephen King

Ta książka pojawia się tutaj głównie za sprawą Instagrama – co prawda pojawiła się na trzecim miejscu wśród Waszych komentarzy przy zdjęciu z prośbą o pomoc w wyborze lektury, ale się pojawiła! Słowo się więc rzekło, więc pies Cujo zagości w lutym. Zwłaszcza że dawno nie czytałem Mistrza Grozy. Chociaż pojawiają się głosy, że „Cujo” może nie być tym, czego oczekuję…


„W mrok” – Andriej Diakow

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B! „Do światła” jest już za mną i przypadło mi bardzo do gustu. Czemu by się więc znowu nie zagłębić w mroczne zakamarki Petersburga, jego metra oraz okolic? W końcu mam trylogię do skończenia! A zarówno sam Petersburg, jak i motyw eksploracji powierzchni jest naprawdę świetnie wykonany przez rosyjskiego autora. Postapokaliptyczny klimacie – nadciągam!


„Wojna bogów” – Tomasz Stężała

Bardzo rzadko sięgam po powieści historyczne, chociaż jak do tej pory mam z nimi raczej pozytywne wspomnienia. Nawet mimo mojej niechęci do historii w szkołach. Jednak zawsze w pewnym sensie fascynował mnie okres średniowiecza, a przede wszystkim życie chłopów, którzy niby nie mieli tak dobrze, jak królowie, ale często wydawali się bardziej szczęśliwi. Historia początków Elbląga, skupiająca się na mistrzu murarskim i jego synach brzmi więc jak idealna pozycja dla mnie!


AUDIOBOOKI

Tak, będzie parę audiobooków również. Nie wiem oczywiście, w jakiej formie pojawią się opinie – czy któryś z nich zostanie w pełni opisany, czy też wszystkie trafią do podsumowania na koniec miesiąca. Trudno rzecz. Tak samo, jak nie jestem jeszcze pewien, czy będą to raczej reportaże oraz książki popularnonaukowe, czy wplotę jakąś beletrystykę. Przyznam się bez bicia, że lepsze wspomnienia mam z tymi pierwszymi, bo łatwiej się odnaleźć w narracji, zwłaszcza jeśli nie ma dialogów. Jednak zobaczymy!



A jak wyglądają Wasze plany na nadchodzący miesiąc? 

piątek, 30 sierpnia 2019

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King

„Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dziewczyna, która kochała Toma Gordona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Stron: 218
Data wydania: 21 marca 2018


W tym miesiącu nie było jeszcze Stephena Kinga. A skoro jest u mnie na półkach, to trzeba by wreszcie się spiąć i wykorzystać końcówkę miesiąca do przeczytania kolejnej powieści z cyklu Kolekcja Mistrza Grozy. Nie miałem jednak ochoty na nic dwutomowego, więc sięgnąłem nieco dalej po jednotomową historię o jakże długim tytule „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”. Długość całej książki jest odwrotnie proporcjonalna do długości jej tytułu – to raptem 218 stron tekstu, który powstał w 1999 roku. Inny polski tytuł, pod którym można znaleźć tę pozycję w księgarniach to po prostu „Pokochała Toma Gordona”. A czy tę książkę można pokochać? Chyba nie. Mnie się w każdym razie nie udało.

Lasy potrafią być bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla małych dziewczynek. A taką małą dziewczynką jest Trisha, która wybrała się na sobotnią wycieczkę wraz z mamą oraz starszym bratem, aby przejść kilka kilometrów Szlakiem Appalachów. Szybko się przekonuje, że odłączanie się od rodziny i zejście ze szlaku za potrzebą może nie być dobrą możliwością. Podczas próby znalezienia jakiejkolwiek drogi pocieszeniem dla małej Trishy jest transmisja meczu Red Soxów, których miotacza, Toma Gordona wręcz kocha. Tak jak od determinacji Toma zależą losy jego drużyny, tak od determinacji dziewczynki zależy jej życie.

Wydawać się może, że tym razem Stephen King nie przyłożył się do wyliczeń i poprawnego przygotowania się do książki. Już od samego początku widać sporo błędów i dziur logicznych, które ciężko w jakikolwiek sposób wyjaśnić. Rzucają się w oczy dość mocno, przez co można mieć poważne wątpliwości co do tego, czy aby na pewno autor się zgadza – w końcu można Kingowi wiele zarzucić, ale jednak nie takie „lekkie” podejście do rzeczywistości i utrzymania sensu w tym, co tworzy. Zwłaszcza że nie jest to długa książka, a do tego nie jest zbyt skomplikowana w kompozycji. Mamy do czynienia głównie z jedną postacią oraz otaczającą ją przyrodą. Warto się więc zatrzymać przed pisaniem kolejnych słów i poświęcić chwilę na przeliczenie czasu potrzebnego na daną czynność lub obliczenie sensownej odległości.

Niestety większość powieści można uznać za raczej nudną. Stephen King udowodnił między innymi w „Misery”, że potrafi pisać książki opierające się na jednym pomieszczeniu i dwóch osobach w sposób intrygujący i przyciągający, jednak tym razem jedna Trisha oraz dużo wolnej przestrzeni nie zrobiło roboty tak, jakby się można było tego spodziewać. Wiele razy natrafiałem na te opisy Mistrza Grozy, które są dla niego dość charakterystyczne – zbyt długie i niewiele wnoszące do fabuły. Takie, które się omija wzrokiem, a po opuszczeniu dwudziestu pięciu procent strony człowiek zauważa, że w sumie absolutnie nic go nie ominęło. Szkoda, bo można było z tego zrobić naprawdę świetną historię, może nie tyle pełną życia, ile pełną przyciągających wątków.

Na plus za to jest przedstawienie samotności, przerażenia mieszającego się z nadzieją oraz próbami przeżycia w wybitnie niesprzyjających warunkach. Nie tylko widać, w jaki sposób historia, która przydarzyła się małej Trishy, może wpływać na samą psychikę, ale również i ciało. Pewnie można by się kłócić na temat wieku dziewczynki oraz tego, jak się zachowywała w niektórych sytuacjach (niekoniecznie adekwatnie do wieku), jednak mogłaby to być czysto akademicka dyskusja, bez możliwości wyłonienia jej zwycięzcy. Chwile zwątpienia, wybuchy radości, kiedy coś się udało – duża huśtawka nastrojów oraz fochy organizmu pięknie ilustrują problem, z jakimi ludzie muszą się zmierzyć, kiedy się ich pozbawia elektryczności, samo jeżdżących pojazdów i stałych dostaw pożywienia.

„No tak średnio bym powiedział, tak średnio” – tymi słowami pewien chłopak opisał swoje naładowanie baterii po wakacjach w być może znanym Wam filmie na YouTube. Ja się pod tymi słowami podpisuję wszystkimi kończynami, ale w kontekście naładowania baterii po lekturze „Dziewczyny, która kochała Toma Gordona”. Wybitny średniak, który ma pewne plusy (King prawie zawsze świetnie pokazuje to, co się dzieje we wnętrzach ludzi, i niekoniecznie mam na myśli gore), jednak całokształt jest przeciętny. Drętwa akcja, nudne opisy, sporo kłótni słowa pisanego z logiką to nie jest to, co by się chciało otrzymać od książki. To zdecydowanie jedna z tych książek Stephena Kinga, o której raczej chciałoby się zapomnieć. No, w każdym razie ja bym chciał.

Łączna ocena: 5/10


piątek, 21 czerwca 2019

„Uciekinier” – Stephen King

„Uciekinier” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Uciekinier
Wydawnictwo: Proszyński i S-ka
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Stron: 282
Data wydania: 27 grudnia 2017


Powoli, ale sukcesywnie pochłaniam kolejne książki z kolekcji Mistrza Grozy – oczywiśce szybciej zbieram kolejne książki, niż daję radę je czytać. :) Jednak staram się jako tako nadążać, choć ciężko to idzie. Kolekcja zawiera lwią część dorobku Stephena Kinga, w tym między innymi książki, które napisał pod pseudonimem Richard Bachman. Tak jest właśnie z opisywanym „Uciekinierem”, wydanym po raz pierwszy w 1979 roku, zekranizowanym w 1987 (z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej!). Książka opisuje przyszłość odległą o prawie pół wieku w stosunku do roku wydania powieści, natomiast dla czytelników, którzy czytają ją teraz, jest to zaledwie kilka lat. Na pewno trzeba więc brać pod uwagę to, o jak odległej przyszłości pisał Stephen King, kiedy jego dzieło powstawało. W tym przypadku nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia.

W roku 2025 Stany Zjednoczone Ameryki są krajem prezentującym ogromne różnice między poszczególnymi klasami. Ci najbiedniejsi często nie mają zbyt dużego wyboru i muszą szukać szczęścia we Free Vee – telewizji, która transmituje przeróżne rodzaje gier. Śmiałkowie mogą spróbować swoich sił i zyskać duże pieniądze. Lub dodatkowe urazy i choroby. Ben Richards próbuje swoich sił w eliminacjach, aby wygrać pieniądze na leczenie swojej ciężko chorej córeczki – nawet grypa potrafi być zabójcza, jeśli nie masz kasy. Dostaje się do „Uciekiniera” – najbardziej opłacalnej gry, jaką produkuje się w Gmachu Gier. Jednocześnie jest to też najbardziej zabójcza rozrywka. W ciągu sześciu lat ciągłego nadawania programu, nikt nie przeżył dłużej niż tydzień. Ben Richards musi wytrzymać całe trzydzieści dni…

„Jak się zesrasz w gacie, to musisz od razu je wyprać albo nauczyć się żyć z tym smrodem”.

Niby tylko niecałe 300 stron, ale ta książka zdecydowanie ma coś w sobie. Być może brak nudnych opisów, z których Stephen King słynie, a być może po prostu odpowiednie budowanie napięcia. Kiedy czyta się zarówno sam opis „Uciekiniera”, jak o później jego pierwsze strony, to na myśl nasuwa się od razu inny tytuł tego autora – „Wielki marsz”. Chodzi nie o samo wykonanie, ale o tematykę, która jest poruszana. W obu książkach mamy do czynienia z fikcyjną wizją przyszłości, w której jedną z głównych rozrywek jest oglądanie morderczych zawodów, w których giną wszyscy oprócz zwycięzcy. A jak się przekonujemy na samym początku „Uciekiniera”, tutaj ginie również zwycięzca. Kolejną wspólną cechą obu pozycji jest to, że King wydał je obie pod pseudonimem Richard Bachman. Przypadek? Może by się z tego jakąś dobrą teorię spiskową zrobiło!

Sam się zdziwiłem, jak szybko udało mi się wchłonąć „Uciekiniera”. Wydawać by się mogło, że to prosta historia, bez polotu i większego sens. Tak naprawdę w trakcie lektury ciężko znaleźć w tej powieści coś… ekstra. Nie ma w niej specjalnego składnika, który sprawia, że książka mogłaby się wyróżniać na tle innych. Jednak konstrukcja akcji przyciaga i to bardzo mocno. Do tego stopnia, że ciężko oderwać się od czytania – człowiek chce dowiedzieć jaki będzie następny ruch Bena Richards oraz osób, które biorą udział w Grze. Na korzyść na pewno gra wspomniany już przeze mnie brak przydługich opisów, chraktarestycznych dla autora i często krytykowanych przez jego fanów. Do tej pory jestem tym zaskoczony, bo mimo, że wcale mi one nie przeszkadzają (zazwyczaj), to zdaję sobie sprawę z ich istnienia.

„W razie nagłej śmierci na skutek eksplozji - mamy nadzieję, że macie państwo wystarczającą liczbę plomb w zębach, aby umożliwić identyfikację zwłok”.

Sama historia w swoich założeniach jest zbliżona do „Wielkiego Marszu” – tak jak i on ukazuje potencjalną drogę, w którą może zmierzać świat. Obie powieści zostały napisane niemalże pół wieku temu, ale idealnie pokazują, gdzie zmierzamy jako ludzkość. To wręcz przerażająco interesujące, jak Kingowi udało się przewidzieć przyszłość. Widać to zwłaszcza w „Uciekinierze”, w stosunku do którego brakuje nam głównie zezwolenia na zabijanie w ramach rozrywki. Nam, jako ludzkości. Warto więc przeczytać tę powieść choćby dla tych wartości, które może nam przekazać. Pewnego rodzaju ostrzeżenie, które i tak cała ludzkość zignoruje, nawet jeśli personifikacja danego problemu wykrzyczałaby nam prosto w twarz, że zaraz będzie za późno. A King ujął to jako czystą fikcję na potrzeby swojej własnej powieści…

Ciekawa książka, która przyciąga i umie utrzymać uwagę czytelnika. Niezbyt długa, pozbawiona męczących opisów, za to pełna akcji oraz niepewności. Ciężko jest ją zakwalifikować do czołówki dzieł Stephena Kinga – nawet ciężko mi uznać ją za jedną z moich ulubionych. Można powiedzieć, że to kolejna poprawnie napisana powieść, która naładowana została dodatkowym magnetyzmem. Przy okazji tematyka, którą porusza, może być bliska naszym sercom, choćby ze względu na bliską przyszłość, w której została osadzona historia opowiadana w „Uciekinierze”. 2025 rok przyjdzie szybciej niż nam się wydaje. Jednak czy rozrywka, z którą mamy do czynienia w tej książce również? Czy to jedynie zwykła fikcja, która nie ma i nie będzie miała racji bytu?

Łączna ocena: 7/10

niedziela, 20 stycznia 2019

„Wielki marsz” – Stephen King

„Wielki marsz” – Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Wielki marsz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Paweł Korombel
Stron: 266
Data wydania: 13 grudnia 2017


Kolekcja książek Mistrza Grozy rośnie na moich półkach jak na drożdżach. No, może na półkach to przesada – jak na razie udaje mi się ją upchać w jeden segment, jako dwupiętrowa i dwurzędowa konstrukcja. Ciężko czasem jest wyciągnąć coś z tyłu, zwłaszcza jeśli czyta się ją nieregularnie. Żeby trochę sobie ułatwić zadanie przeskoczyłem o tytułów do przodu i tym razem sięgnąłem po „Wielki marsz”, mimo że przed nim jest kilka pozycji, które powinienem przeczytać. Wiele osób ostatnimi czasy jednak polecało mi właśnie tę powieść Stephena Kinga, a że przy okazji nie należy do długich, to wszystko wskazywało, że sięgnięcie po nią jest dobrym pomysłem. No i rzeczywiście to był dobry pomysł, chociaż moje oczekiwania były chyba zbyt duże.

Gdzieś w przyszłości, kiedy rząd w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej wygląda nieco inaczej, a jego wpływ na społeczeństwo jest o wiele większy, co roku odbywa się Wielki Marsz. Święto wszystkich obywateli, wydarzenie, na które czekają wszyscy. Setka śmiałków rusza przed siebie, poruszając się do przodu aż przedostatni z nich padnie z wycieńczenia. Dosłownie. Nagroda jest wielka, wspaniała, niesamowita, najlepsza z najlepszych. Niektórzy powiedzą, że to pieniądze. Inni, że władza. A jeszcze inni, na przekór wszystkiemu, będą snuć bluźniercze tezy o nagrodzie w postaci życia.

„Wielki marsz” jest zdecydowanie nietypową książką. Nietypową zarówno pod względem samego pomysłu na fabułę, jak również treści i przesłania, które ze sobą niesie. Stephen King już parę razy udowodnił, że umie konstruować powieści oparte o niewielu bohaterów lub o bardzo małe powierzchnie. Co prawda kilkaset kilometrów, przez które przechodzą bohaterowie książki to nie jedno pomieszczenie, jednak w pewnym sensie sprawia wrażenie izolacji. Do tego główne wydarzenia rozgrywają się raptem między paroma chłopakami, którzy biorą udział w dorocznym Wielkim Marszu, wokół którego powstała pewnego rodzaju legenda i jego uwielbienie. Czytelnikowi jest wręcz duszno, nieprzyjemnie i źle, bo odczuwa dysonans – z jednej strony wielkie przestrzenie, bezmiar drogi przed postaciami, a z drugiej kilka dni upchniętych wokół kilku postaci, które idą niemal ramię w ramię.

„Czterdziestkapiątka znów upadła. Odgłosy kroków przyspieszyły, to rozpierzchli się zawodnicy. Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia”.

Dość szybko rzucają się w oczy opisy. Te, jak to u Kinga, często nie powalają dynamizmem, czasem miałem wrażenie, że zaraz zasnę, jednak doskonale wyszło to, co autor umie najlepiej – tworzenie wielowarstwowego podłoża dla słów, które są na pierwszy rzut oka po prostu zwykłymi słowami. Czasem mniej wyszukanymi, czasem bardziej, jednak wciąż to jedynie narzędzie do zbudowania wielkiego pudła emocji, którym otoczony jest „Wielki marsz”. Co ciekawe, Stephen King skonstruował mnóstwo dialogów, które czasem przypominają o beztroskim podejściu nawet w chwilach największego zagrożenia życia, a czasem stanowią nieskładną paplaninę oszalałych z wyczerpania gości. Można więc tutaj znaleźć sporo skrajności, które jednak tworzą spójną całość.

Wielki Marsz odbywa się co roku, w alternatywnej rzeczywistości, której centrum są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wokół samego wydarzenia wyrosło coś w rodzaju kultu, w którym udział biorą wszyscy obywatele kraju (a spróbowaliby nie wziąć udziału). Pomysł sam w sobie jest wystarczająco intrygujący, żeby sięgnąć po powieść i zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Dobrowolne rzucanie się śmierci w ramiona, współzawodnictwo o to, kto będzie miał szansę umrzeć (lub spróbować przeżyć) to całkiem przyzwoity temat do rozłożenia na czynniki pierwsze. Zwłaszcza w kontekście przemian fizycznych i duchowych osób, które w tym biorą udział. Poszczególne etapy zarówno samego marszu, jak i tego, co działo się z jego uczestnikami, zostały opisane wystarczająco sensownie i wiarygodnie, że można aż uwierzyć w konsultacje ze specjalistami – lekarzami wielu specjalizacji oraz psychologami. 

„Każde zawody wydają się uczciwe, jeśli wszyscy zostali oszukani”.

Spodziewałem się jednak czegoś więcej po tej pozycji, zważywszy na wszechobecne pochwalne opinie. Miałem nadzieję, że rzuci mnie na kolana i wciągnie bez końca, jednak tak nie było. Jest to naprawdę dobra książka, zdecydowanie warta przeczytania, wyzwalająca wiele emocji, ale jednak nie spełniła moich oczekiwań. Być może były one za duże, być może nawet nieco wyolbrzymiłem zachwyty nad nią i odebrałem je w nie do końca zdrowy sposób, jednak mimo wszystko „Wielki marsz” i tak nie trafi na listę najwyżej ocenianych książek. Jest to wysoka pozycja wśród wszystkich książek Stephena Kinga, jakie do tej pory czytałem, jednak nie przebija wciąż „Misery”, ”Zielonej Mili” czy „Mrocznej Wieży”.

Emocjonująca, konkretna, choć czasem przeciągnięta pozycja dla każdego fana mocnych wrażeń. Duszny klimat rozciągnięty na wiele kilometrów pokazuje, że King potrafi tworzyć dzieła wywołujące ambiwalentne uczucia. Świat pełen elementów owianych tajemnicą, wśród których na pierwszy plan wyłania się fascynacja i pełna akceptacja śmierci, która to serwowana jest jak przystawki w dobrej restauracji. Pot, krew i łzy co chwilę dolewane są jak wino do kieliszka, a apetyt na główne danie z każdą chwilą staje się coraz większy. Brakuje mi co prawda pełnego wciągnięcia czytelnika w wir opisywanych wydarzeń, jednak to dość częsty problem, który napotykam u Kinga – niektóre z opisów są zbyt rozwleczone, a części z nich mogłoby równie dobrze nie być, bo niewiele wnoszą. Mimo wszystko to naprawdę dobra powieść, z którą warto się zapoznać.

Łączna ocena: 8/10

poniedziałek, 16 lipca 2018

„Dolores Claiborne” - Stephen King

Źródło: Lubimy Cytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Dolores Claiborne
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz
Stron: 234
Data wydania: 18 października 2017


Zbyt dużo wody w Wiśle upłynęło, odkąd ostatni raz sięgałem po książki Mistrza. Najwyższa pora to nadrobić, zwłaszcza że kolekcja cały czas się powiększa. “Dolores Claiborne” jest wręcz idealnym kandydatem po dość długiej przerwie od Kinga, bowiem uznawana jest za bardzo dobrą pozycję z dorobku tego autora. Przy okazji nie jest ciężka (podobno) ani trudna w odbiorze (podobno). Chciałem więc te “podobno” wyeliminować i jednoznacznie odpowiedzieć Wam na pytanie, czy słusznie uznawana jest za jedną z lepszych powieści Stephena Kinga. Z czystym sumieniem mogę napisać, że absolutnie nie dziwię się tej opinii i podpisuję się pod nią wszystkimi moimi kończynami. Przynajmniej dopóki są w pełni sprawne.

Przesłuchania na policji mogą być długie. Zwłaszcza, jeśli jest się podejrzanym o popełnienie morderstwa. Kiedy Vera Donovan żegna się z życiem, jako jedna z pierwszych na komendę trafia Dolores Claiborne - była opiekunka Very, która wielokrotnie dała do zrozumienia, że z chęcią pozbawiłaby życia swoją chlebodawczynię. Ku wielkiemu zdumieniu prowadzących śledztwo, Dolores nie ma jednak zamiaru przyznać się do zabójstwa. A na pewno nie do zamordowania Very. Za to zbrodnia sprzed prawie trzydziestu lat, dokonana na własnym mężu to coś zupełnie innego...

Co prawda wiele jeszcze książek Stephena Kinga przede mną, ale po “Mrocznej Wieży” myślałem, że niczym mnie już nie zaskoczy. A jednak Kingowi się to udało i to w gruncie rzeczy niepozorną powieścią, którą jest “Dolores Claiborne”. Nie chodzi jednak wcale o jakąś ponadczasowość czy wspaniałość bijącą inne dzieła Mistrza. Absolutnie - “Dolores Claiborne” nie jest bowiem ani mrożącym krew żyłach horrorem, ani trzymającym w napięciu thrillerem. Jest po prostu… nietypowa. Zaskoczyła mnie głównie forma, jaka została wykorzystana do jej napisania. Całą książka jest bowiem zapisem zeznań tytułowej Dolores Claiborne. King wykorzystał narrację pierwszoosobową, w której oskarżona opowiada policjantom coś, co można nazwać historią swojego życia.

“Czuję jakiś przeciąg, Andy. Czyżby tak wiało z twojej rozdziawionej gęby?”

Nie jest to jednak coś w rodzaju czytania zeznań - bardziej można to przyrównać do ich słuchania. Dolores w trakcie swojej przemowy komunikuje się bezpośrednio z policjantami, jednak Stephen King nie zawiera w tekście bezpośrednio ich odpowiedzi. Można je wywnioskować jedynie z dalszych wypowiedzi Dolores. Czytanie czegoś takiego jest naprawdę interesującym przeżyciem. Co ciekawe, muszę przyznać, że wyszło to niesamowicie. Wydawać by się mogło, że to w sumie takie nic, zwykły, znany od lat sposób prowadzenia narracji, ale jednak dorzucenie do tego pośredniej rozmowy z niewidocznymi dla czytelnika osobami dodał fajnego smaczku. Małe rzeczy, a cieszą. Nie przypominam sobie żadnej książki, którą czytałem, bądź o której wiem, żeby stosowała ten sam zabieg. Można więc powiedzieć, że i w tym przypadku King zrobił coś… oryginalnego.

Na ogromny plus zasługuje humor, którym autor wypełnił niemalże całą książkę. Nie zdążyłem dojść do trzydziestej strony, a już śmiałem się niemalże do upadłego! “Dolores Claiborne” ze swoim ciętym językiem i prostym humorem potrafi rozbawić do łez. Stephen King często w swoich książkach zawiera sporo specyficznego dla niego humoru, jednak w tym przypadku chyba przeszedł samego siebie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to humor przedstawiany przez prostą kobietę, jak sama o sobie mówi, wyspiarkę z krwi i kości, która przez całe życie pracowała urobiona po łokcie. To jednak świadczy jednak o kunszcie Kinga (oraz tłumacza polskiej wersji językowej! w końcu podołał wyzwaniu!), który był w stanie w wiarygodny sposób oddać styl i język, jakim posługiwała się Dolores Claiborne, której lata młodości przypadają w okolicach lat 40. i 50. XX wieku. Nie dość, że wyszło znakomicie, to jeszcze przykuwało uwagę jeszcze lepiej.

“A tak już jest, że sranie ma w sobie coś komicznego”.

Sama historia, którą opowiada Dolores na kartach książki jest słodko-gorzkim przedstawieniem jej żywota - prostego, pełnego nieszczęść, ale i przezabawnych sytuacji. Chociaż większość humoru bierze się z nieco satyrycznego podejścia głównej bohaterki do jej przeżyć. Nawet te nieprzyjemne chwile potrafi ubrać w bardzo zabawny sposób. Mimo tego, że jest to nic innego jak właśnie opowieść o dziejach pewnej wyspiarki, to Stephen King stworzył z tego historię, którą się wręcz pochłania. Wszystkie elementy układanki doskonale do siebie pasują, a do tego dążą do jednego - w jaki sposób Dolores Claiborne zabiła swojego własnego męża. O tym fakcie dowiadujemy się już na samym początku, a później czekamy na szczegóły, które zdradzi przesłuchiwana żona. Jestem naprawdę pod wrażeniem jak można zrobić tak ciekawą książkę z tak prostego i niezbyt porywającego motywu.

Zdecydowanie świetna książka. Nie jest to ta twórczość Stephena Kinga, za którą wynosi się go pod niebiosa, ale na pewno należy do tych książek, za które można autora ogólnie chwalić. Prosta, ale wciągająca i pełna humoru. Tego dobrego, specyficznego dla Kinga humoru, który nie wszystkim podchodzi. Jeśli jednak się okaże, że “Dolores Claiborne” trafiła w czyjś gust, to lepiej nie czytać jej w publicznym miejscu. Ludzie mogą zacząć się dziwnie patrzeć, jeśli co chwilę parska się śmiechem, lub wręcz zaczyna się śmiać na całe gardło. Doskonała nie tylko jako przerywnik, ale również jako pełnoprawna pozycja, która nie będzie w żaden sposób umniejszać Waszej domowej biblioteczce. Jednym słowem - polecam!

Łączna ocena: 8/10


sobota, 24 marca 2018

"Gra Geralda" - Stephen King

"Gra Geralda" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Gra Geralda
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Stron: 330
Data wydania: 6 września 2017


Jednym z moich marzeń, które skutecznie realizuję, jest przeczytanie całego dorobku literackiego Stephena Kinga. Jak na razie - o czym już wspomniałem - udaje mi się to marzenie pchać do przodu, a "Gra Geralda" jest kolejnym stopniem utworzonym na schodach do celu. Nie wszystkie książki Mistrza Grozy są przez każdego uznawane za wspaniałe. Przy takiej liczbie dzieł muszą się trafić nieco słabsze lub takie, które zwyczajnie nie zyskają fanów. Część z nich to średniaki, które przyjemnie przeczytać, jednak nie zostawiają w człowieku pewnego efektu "wow". Obawiam się jednak, że w tym przypadku schodzimy nawet poniżej średniej.

Niektórzy uwielbiają wyuzdany seks. Inni kochają brutalny seks, okraszony szczyptą pikanterii. Czasem aż zbyt wielką szczyptą. Gerald chciał doprawić nieco swoje życie seksualne i wraz z małżonką udali się do domku letniskowego, gdzie mogli zabawiać się w dowolny sposób. Nie przewidzieli jednak jednego - że domki letniskowe na odludziu to zazwyczaj idealny początek horroru. Horroru, którego główną bohaterką staje się żona Geralda.

Stephen King udowodnił za pomocą między innymi "Misery", że potrafi stworzyć klimatyczną powieść opartą o jedno pomieszczenie i dwójkę osób. "Gra Geralda" to próba ograniczenia liczby postaci do jednej, i to uwięzionej. Nie wiem czy jest to po prostu zbyt trudne do wykonania czy po prostu Mistrzowi noga się powinęła, ale ta historia zdecydowanie nie należy do najlepszych książek Kinga. Wręcz przeciwnie - przyznam szczerze, że przez zdecydowaną większość czułem się znudzony i czekałem na jakiekolwiek rozwinięcie. Na szczęście doczekałem się takich fragmentów, chociaż były to opisy przeszłości bohaterki, które odsłaniają przez Czytelnikiem jej traumatyczne przeżycia.

"Boże, daj mi pokorę, bym pogodziła się z rzeczami, których nie mogę zmienić, daj mi odwagę bym zmieniła rzeczy, które mogę zmienić, i daj mi mądrość, bym potrafiła je rozróżnić. Amen"

Cała książka składa się tak naprawdę z dwóch głównych wątków. Jednym z nich jest sytuacja Jessie w chatce w lesie, jej bieżące przemyślenia oraz próby poradzenia sobie z sytuacją, w której się znalazła. Drugim wątkiem jest jej przeszłość, opisywana w postaci wspomnień, które pojawiają się zarówno w tracie snu, jak i chwil przytomności umysłu. Pierwszy z nich jest zdecydowanie tym słabszym, zwłaszcza na samym początku. Początkowe sto stron (czyli tak naprawdę 1/3 całej książki) nie napawa optymizmem i utrzymałem się przy niej jedynie siłą własnej woli. Opisy są bowiem rozwlekle, dość nudne i niezbyt interesujące, a także niewiele wnoszą do samej historii.

Pod znakiem zapytania można postawić retrospekcje, które pojawiają się w głowie bohaterki. Wydają się być idealne jako tło do przedstawienia trudnej przeszłości, jednak w tej książce nie wnoszą one kompletnie nic. Są jedynie pewnym szokującym elementem, który mógłby zostać o wiele lepiej wykorzystany w dowolnej innej powieści. Naprawdę, mimo swojej brutalnej natury, są one doskonałym przedstawieniem problemów, z jakimi styka się więcej osób niż zapewne chcemy sobie zdawać sprawę. Jednak w kontekście "Gry Geralda" są czymś w rodzaju zaprzepaszczonej szansy. Szokują, ale nie dają ku temu powodów. Jedyne sensowne wyjaśnienie to chaotycznie pędzące myśli kobiety prawie na skraju załamania nerwowego. Tylko czemu autor wybrał akurat taką a nie inną przeszłość Jessie?

"Sny to myślowy odpowiednik streszczeń książek; nie pamięta się nieistotnych szczegółów."

Najbardziej zaskakujące są jednak ostatnie strony książki. Nie zamierzam zdradzać co opisują, jednak są one najlepszą częścią całej powieści. Tak naprawdę stanowią świetne rozwiązanie dowolnej historii, zbudowanej w oparciu o informacje, które zawierają. Aż żal, że tak nijaka książka ma tak dobre zakończenie. Zdecydowanie jednak podbija ono ogólną opinię o "Grze Geralda" choćby z tego powodu, że zwiększa sens jej przeczytania. Szkoda jednak, że Stephen King nie wykorzystał go w innej, o wiele lepszej powieści.

"Gra Geralda" zdecydowanie potrafi wywołać ambiwalentne uczucia. Z jednej strony pełna niezwykle brutalnych, ale dopracowanych retrospekcji, z drugiej pełna niezbyt wartościowej i interesującej treści. Na koniec pojawia się zakończenie, które swoją zawartością tworzy dysonans z tym, co Czytelnik wcześniej przeczytał. Nie jest to najlepsze dzieło Mistrza, a w moim prywatnym rankingu znajduje się gdzieś na szarym końcu. Zwłaszcza ze względu na pewne zaprzepaszczenie potencjału, który niewątpliwie posiada. Jeśli nie macie na celu przeczytać absolutnie wszystkich dzieł Stephena Kinga, to tę pozycję możecie sobie śmiało odpuścić.

Łączna ocena: 5/10


wtorek, 30 stycznia 2018

"Buick 8" - Stephen King

"Buick 8" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King
Tytuł: Buick 8
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Stron: 348
Data wydania: 23 sierpnia 2017


Kolejna książka autorstwa Stephena Kinga za mną i kolejna przygoda, którą stworzył minęła. Wiele z nich zapada głęboko w pamięć i ciężko się od nich uwolnić. Autor ma pewien dar, który pozwala mu na tworzenie historii ponadczasowych, które zbudowane są w oparciu o bardzo mocne podstawy. Jak wiadomo jednak, każdemu może pójść czasem nieco gorzej. Odnoszę wrażenie, że "Buick 8" to właśnie ta chwila słabości, która spowodowała, że powstała niby dobrze poprowadzona, ale jednak przeciętna historia. Chciałoby się nawet rzec, że nieco nudna.

Syn tragicznie zmarłego policjanta z Jednostki D pracuje razem ze starymi znajomymi jego ojca. Wszyscy siebie nawzajem akceptują i traktują jak rodzinę, więc w końcu dochodzi do odkrycia przez Neda Wilcoxa starego Buicka Roadmastera 8. To luksusowe auto, stojące od wielu lat w Baraku B, skrywa wiele tajemnic, o których wiedzą jedynie członkowie Jednostki D. Ned, jako jeden z nich, ma prawo poznania całej prawdy, w której jego ojciec odegrał znaczną rolę.

Książki Stephena Kinga mają jedną, wspólną cechę, która dla wielu osób jest barierą nie do przeskoczenia. Długie opisy, które niekoniecznie bywają zawsze ciekawe. Mi one w większości przypadków nie przeszkadzają i nie są jakimś wyznacznikiem końcowych wrażeń z lektury. Niestety "Buick 8" okazuje się być skondensowaną formą tych niezbyt ciekawych opisów, przez które dość trudno jest przebrnąć. Muszę przyznać, że sporo czasu już minęło, odkąd ostatni raz ciężko mi szła lektura danej książki.

"Możecie to nazwać zbiegiem okoliczności, ale ja jestem gliną i nie wierzę w zbiegi okoliczności, tylko w łańcuchy wydarzeń, które robią się coraz dłuższe i słabsze, aż przerwie je pech lub zwykła ludzka podłość.

Z drugiej strony historia jest dość twarda i mocno osadzona. Stephen King pod tym względem absolutnie nie zawiódł, ponieważ sama chęć poznania kolejnych scen potrafi człowieka pchać do przodu przez książkę. Nie wystarczy to oczywiście do uznania "Buicka 8" za pozycję dobrą i wartą przeczytania, ale ciężko jest również skreślić ją całkowicie. Niestety obie te cechy powodują, że trudno się jednoznacznie odnieść do całości. Rozrywki nie zapewni, ale fabuła potrafi wciągnąć. Mętlik w głowie może powstać.

Historia opowiadana jest w sposób dość charakterystyczny dla Kinga - w dwóch czasach. Teraz - to wszystkie wydarzenia związane z teraźniejszością i Nedem Wilcoxem, któremu członkowie Jednostki D opowiadają o tym, skąd się wziął Buick 8 w Baraku B oraz co się w związku z nim wydarzyło przez wiele lat. Drugi punkt widzenia to przeszłość i historia samochodu, opisywana na kolejnych stronach. I właśnie tutaj dochodzimy do czegoś, co najmocniej mnie trzymało przy tej książce. Historia bowiem zbudowana została na naprawdę zbrojonych fundamentach.

"Nie wolno wkurwiać nieskończoności."

Trochę mi "Buick 8" przypomina w jednym aspekcie "To" - w obu powieściach mamy bardzo mocno rozbudowany wątek obyczajowo-społeczny. Wiele tematów krąży wokół społeczności policjantów i ukazuje tego, w jaki sposób wspólna służba zbliża ludzi do siebie. Tworzy z nich rodzinę, która często jest spojona o wiele mocniejszymi więzami, niż te z ich własnymi dziećmi oraz żonami. Z drugiej strony potrafią być jak ojcowie dla dzieci swoich najbliższych współpracowników, nawet jeśli potrafią zaniedbywać swoją własną rodzinę. Można powiedzieć, że wszystkie anegdoty dotyczące pojazdu z Baraku B w zdecydowanej większości obrazują właśnie te wartości. Podobnie jak w przypadku "To".

Niestety ta cała atmosfera jest nieco przyćmiewana przez same historie, które przedstawia King poprzez postacie policjantów. Być może chodzi o opisy, które - jak pewnie wielu fanów twórczości autora wie - bywają strasznie rozwleczone. W tym przypadku cała powieść to jeden wielki opis, okraszony dosłownie garścią dialogów i doprawiony małą szczyptą przemyśleń. Właśnie przez to bardzo ciężko mi było delektować się daniem, które zaserwował autor - przybranie bowiem było znakomite, jednak smak mdły. Brakuje ikry oraz czegoś, co potrafiłoby zarzucić na czytelnika haczyk.

"Z mojego doświadczenia wynika, że najgorsze gówno czeka spokojnie na dzień, w którym zwala się na ciebie w ilościach hurtowych."

Książka jest więc dla mnie dość problematyczna do wyrażenia opinii. Z jednej strony dopracowana, rozbudowana i poruszająca w doskonały sposób naprawdę ważne i trudne tematy, a z drugiej jest jakby wydmuszką, która pozbawiona została kuszącej zawartości. Nie jest zła sama w sobie, ale nie jest również dobra. To jedna z najbardziej zrównoważonych powieści, jakie miałem okazję czytać. Potrafi wywołać ambiwalentne uczucia i zachwiać umiejętnością wyrażenia opinii i własnego zdania. Ciężko ją polecić i ciężko od niej odwieść.

Łączna ocena: 5/10


piątek, 8 września 2017

"Chudszy" - Stephen King

"Chudszy" - Stephen King
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Stephen King (jako Richard Bachman)
Tytuł: Chudszy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Stron: 298
Data wydania: 12 lipca 2017


Kiedy pojawiła się w sprzedaży kolekcja książek Stephena Kinga, postanowiłem, że kupię tylko kilka pierwszych egzemplarzy. Akurat tamte znałem, choć nie czytałem, a w swojej biblioteczce chciałem mieć. Jakoś tak wyszło, że do swojego kalendarza wrzuciłem daty pojawiania się kolejnych tomów i kupiłem jak na razie wszystkie. Za sobą mam już kilka przeczytanych powieści i muszę przyznać, że nie żałuję decyzji o dalszych zakupach. Jeśli tylko większość książek będzie tak dobra jak "Chudszy", to będą to dobrze wydane pieniądze.

Kiedy Billy Halleck - młody prawnik z problemem nadwagi - potrąca śmiertelnie starą Cygankę, nie wie jeszcze, że jego życie właśnie zamienia się w jedno, wielkie nieszczęście. Nie przeczuwa tego nawet wtedy, gdy po rozprawie uniewinniającej go (dobry kumpel sędzia nie pozwoli, żeby się kumplom krzywda stała, o nie), stary Cygan dotyka go i szepcze tylko jedno słowo. Od tej chwili Billy przestaje mieć problem z nadwagą. Pojawia się jednak o wiele bardziej poważny... problem.

czwartek, 13 lipca 2017

"Cmętarz zwieżąt" - Stephen King

"Cmętarz zwieżąt" - Stephen King
Źródło: Lubimyczytac
Autor: Stephen King
Tytuł: Cmętarz zwieżąt
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Stron: 398
Data wydania: 14 czerwca 2017


Odkąd na rynku pojawiła się kolekcja książek Stephena Kinga, jakoś łatwiej mi się zabrać za jego dzieła. Co prawda mam na swoim koncie już X jego powieści i opowiadań zaliczonych, ale nie mogłem się zebrać do regularnych zakupów, a co książka to wydanie z innej parafii. Na sam początek Prószyński i S-ka rzucili jedne z najbardziej rozpoznawalnych tytułów, więc jak na razie grzecznie chodzę co dwa tygodnie do Ruchu i kupuję kolejne tomy. Tym razem przeczytałem "Cmętarz zwieżąt", który niemal zawsze pojawia się obok nazwiska autora. Po lekturze muszę przyznać, że wcale się temu nie dziwię.

Małe miejscowości mają swoje sekrety. Taki sekret posiada też Ludlow w stanie Main, do którego przeprowadziła się rodzina Creedów. Sielskie krajobrazy niszczyły tylko dwie rzeczy - ruchliwa, pełna ciężarówek droga oraz polana w głębi lasu, przed którą stał napis "Cmętarz zwieżąt". Wydawałoby się, że oprócz złych skojarzeń, sama polana to nic złego. W końcu miło z dzieci strony, że chowają swoje ukochane zwierzęta, które zmarły. Jednak małe miejscowości mają swoje sekrety. Czasem są one dobre, a czasem złe. Głowa rodziny Creedów, Louis, który ma objąć stanowisko na pobliskim Uniwersytecie bardzo szybko się o tym przekona.

wtorek, 4 lipca 2017

Co pod pióro w lipcu 2017?

Wakacyjne miesiące teoretycznie sprzyjają czytelnictwu. Dużo wolnego czasu, piekielne słońce zachęcające do leżakowania i kompletnego nicnierobienia. Z drugiej strony wysokie temperatury to w tym przypadku miecz obosieczny. No bo w końcu nikomu się nic nie chce, a jak się pojedzie nad jakieś jezioro to czasem się nawet nie ma ochoty na książkę. No i się człowiek nie opali porządnie, bo cień będzie padał! A poza tym znajomi, plaża, woda, jakaś piłka... Kto by tam myślał w takich chwilach o czymkolwiek innym niż o totalnym, niczym nie zmąconym leniuchowaniu!

No cóż. W sumie ja. Bo wakacji nie mam. :) Znaczy się jasne, można urlop wziąć i tak dalej i odpocząć sobie od pracy. Ale dla mnie lipiec i sierpień mają aż zbyt wysokie temperatury. Wszystko powyżej 15*C to już upał nie do zniesienia. Dlatego błogosławię grube mury, które wolno się nagrzewają i jakoś daję sobie radę bez klimatyzacji w domu. Przynajmniej w pracy jest... Aż by się chciało czasem nadgodziny wziąć. :) W każdym razie wieczorami chce mi się jedynie leżeć, więc mam nadzieję, że będzie mi się chciało również czytać. Chociaż tutaj może być różnie...

wtorek, 20 czerwca 2017

"Misery" - Stephen King

"Misery" - Stephen King
Źródło: Lubimyczytac
Autor: Stephen King
Tytuł: Misery
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Stron: 345
Data wydania: 15 maja 2017


Książki Stephena Kinga towarzyszą mi w życiu już od dawien dawna. Co prawda czytam jeden tom raz na jakiś czas, ale dzięki temu powoli delektuję się kunsztem autora. Oczywiście nie wszystkie pozycje przez niego napisane przypadły mi do gustu. Wiele z nich jest po prostu "nie w moim stylu". Tym razem jednak miałem do czynienia z jedną z najsłynniejszych powieści Kinga, która doczekała się swojej ekranizacji, a nawet Oscara dla Kathy Bates. Nie mogło być źle. I nie było.

Paul Sheldon jest poczytnym pisarzem, znanym najbardziej ze swego cyklu przygód Misery. Ma fanów na całym świecie, których przyniosła mu właśnie Misery. Ma jej jednak dość i postanowił cykl zakończyć raz a porządnie i zacząć pisanie zupełnie innych książek. Niestety jego plany przerwał wypadek, któremu uległ podczas śnieżycy w górach. Z opresji uratowała go byłą pielęgniarka, która zabrała pisarza do swojego domu i zaopiekowała się nim. Paul jednak nie spodziewał się, że jego najbardziej zagorzała fanka może mu urządzić piekło na ziemi...

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Carrie" - Stephen King

Źródło: Lubimyczytac
Autor: Stephen King
Tytuł: Carrie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Danuta Górska
Stron: 232
Data wydania: 10 kwietnia 2003


Wreszcie! Długi czas na to czekałem, ale nareszcie udało mi się dostać w swoje ręce "Carrie" - debiut mistrza grozy, Stephena Kinga. Do bibliotek nie chadzam, dlatego liczyłem na to, że albo mi wpadnie w ręce w jakiejś promocji, albo ktoś będzie miał. Trafiła się ta druga opcja, tak że chociaż nie mam tej książki na własność, to mimo wszystko udało mi się ją przeczytać i zobaczyć, jak odbiorę tę osławioną powieść. Pewnym problemem jest fakt, że obejrzałem ekranizację, która niedawno wyszła, ale starałem się nie patrzeć przez jej pryzmat. Na całe szczęście się udało - jak zwykle ekranizacja okazała się historią z dużą rozbieżnością pomiędzy nią samą a pierwowzorem.

Carrie jest nastolatką, która w szkole cały czas odgrywa rolę kozła ofiarnego. Jej sytuacji wcale nie pomaga jej matka - fanatyczna katoliczka, której gorliwość zakrawa wręcz o psychiczną chorobę. Wielokrotnie sponiewierana Carrie przywykła do swojej sytuacji, chociaż bywają momenty, w których chciałaby wszystkich zabić, a całe Chamberlain obrócić w pył. Nawet sobie nie zdaje sprawy, że jej marzenia wkrótce mogą się spełnić...

piątek, 30 stycznia 2015

"4 po północy" - Stephen King

"4 po północy" - Stephen King
Źródło: Lubimyczytac.pl
Autor: Stephen King
Tytuł: 4 po północy
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 784
Data wydania: 30 czerwca 2013


"4 po północy" to zbiór minipowieści - czy jak kto woli opowiadań - mistrza grozy, Stephena Kinga. Zamieścił on w tym tomie cztery historie, które są zbyt krótkie, aby wypuszczać je jako osobne książki i zbyt długie na osobny zbiór opowiadań. Oprócz "4 po północy" znanym zbiorem tego autora są "Cztery pory roku", dzięki którym zasłynęli zekranizowani "Skazani na Shawshank". Czytając "4 po północy" można dojść do jednego, bardzo ważne wniosku - niektórzy powieściopisarze odwalają kawał dobrej roboty, ale niech zostaną przy powieściach. Inne formy niekoniecznie im wychodzą dobrze.

Cztery różne historie, wszystkie mają jednak wspólny mianownik - grozę. W każdej z nich dzieją się rzeczy nadprzyrodzone, niepokojące, straszne. Niespotykane na co dzień, przyprawiające o gęsią skórkę. Samolot, w którym nagle znika większość pasażerów, problem z zaginionym opowiadaniem będącym rzekomo plakatem, nauczka dla dzieci, które nie zwracają na czas książek oraz niepokojący aparat fotograficzny robiący niemalże identyczne zdjęcie za każdym razem. Dokładnie to można spotkać w "4 po północy", lecz czy aby na pewno wszystkie cztery minipowieści powinny ujrzeć światło dzienne?

środa, 21 stycznia 2015

"Miasteczko Salem" - Stephen King

Stephen King - Miasteczko Salem
Źródło: nobody-fun.blogspot.com
Autor: Stephen King
Tytuł: Miasteczko Salem
Wydawnictwo: Amber
Stron: 416
Data wydania: 1991


Kolejna powieść Kinga w tym miesiącu, tym razem pochodząca z klasyki gatunku i jego najbardziej znanych powieści. "Miasteczko Salem" bywało wiele razy inspiracją dla twórców filmów i autorów powieści, świętością dla fanów oraz zagwozdką dla wrogów - ci ostatni bowiem nie za bardzo mieli możliwość skrytykowania. Słyszałem o tej książce setki, jak nie tysiące razy, w twórczości samego Kinga pojawiała się wielokrotnie, jednak mimo to do tej pory nie miałem okazji po nią sięgnąć. Udało mi się to teraz i szczerze - żałuję.

Małe miasteczka nikogo nie obchodzą, życie w nich toczy się własnym rytmem, każdy każdego zna a kilka pokoleń żyje ze sobą ze względnym spokojem. Dokładnie w ten sposób można scharakteryzować Salem, maleńkie miasteczko gdzieś w USA. Jak każde inne, podobne mu miasto, Salem posiada swoje mroczne tajemnice. W tym przypadku jest to stary, opuszczony dom Marstenów, w którym doszło do niewyobrażalnie złych rzeczy. Pisarz, Ben Mears, który przeżył cztery lata swego życia w Salem postanowił wrócić do rodzinnych pieleszy, aby napisać książkę o tajemnicy domu na wzgórzu. Nie przewidział jednak, że nie będzie jedynym "nowym", który zjawi się w Salem.

niedziela, 11 stycznia 2015

"Martwa strefa" - Stephen King

Stephen King - "Martwa Strefa"
Źródło: Lubimyczytac.pl
Autor: Stephen King  
Tytuł: Martwa strefa  
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka  
Stron: 480  
Data wydania: 29 listopada 2007

Już dawno nie czytałem niczego, co wyszło spod pióra mistrza horrorów, dlatego podszedłem do tej książki z entuzjazmem. Sam autor uważa ją za jedną z najlepszych w całej jego karierze (nic nie przebije rzecz jasna historii o rewolwerowcu Rolandzie!), a ekranizacja przez wiele osób okrzyknięta została najlepszą adaptacją książki Kinga w historii. Przyznam szczerze, że takie opinie stawiają bardzo wysoko poprzeczkę i książka musi się naprawdę postarać, aby na nie zasłużyć. Oczekiwałem czegoś porywającego, wartkiego, wspaniałego i niezwykle poruszającego. Otrzymałem wszystkie te epitety, jednak nie można im postawić przyimków "bardzo", "niezwykle", "niesamowicie" etc. Muszą wystarczyć tylko same, czyste epitety.

John Smith jest tak przeciętnym człowiekiem, jak przeciętne nosi nazwisko. Naucza języka angielskiego w małym miasteczku w Nowej Anglii, ma miłą dziewczynę, z którą mu się wspaniale układa, wiedzie proste, ale szczęśliwe życie. Sielankę przerywa przykry incydent, do którego dochodzi podczas powrotu z jarmarku - taksówka, którą jedzie John zderza się czołowo z innym samochodem, a w wyniku tego młody nauczyciel trafia do szpitala w stanie krytycznym. Przez kilka lat jego życie ogranicza się do wegetacji w śpiączce, a po przebudzeniu okazuje się, że jest niemalże innym człowiekiem - zaczyna widzieć i czuć przyszłość, jak i przeszłość innych ludzi.