poniedziałek, 23 grudnia 2019

Z ekranu pod pióro #30 – „Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie”

Źródło: Filmweb
Tytuł: Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie
Reżyseria: J.J. Abrams
Premiera: 2019
Gatunek: space opera, sci-fi


Absolutnie nie mogłem odpuścić zwieńczenia najnowszej trylogii Gwiezdnych Wojen! Co prawda wybrałem się do kina wyjątkowo nie na premierę, ale dopiero trzy dni później, ale tak jak za każdym razem, od trzech ostatnich filmów, zostawiłem swoją krwawicę w kasie kina i grzecznie podreptałem na seans. W sumie bez wielkich oczekiwań. Wiedziałem doskonale, że „Przebudzenie Mocy” było bardzo spoko, chociaż nie porwało mnie, a „Ostatniego Jedi” co prawda polubiłem, jednak ciężko było przełknąć problemy, które miał. Byłem więc wiedziony bardziej chęcią dowiedzenia, jak zakończą się poszczególne wątki oraz co tym razem ma do zaoferowania J.J. Abrams. W sumie więc cieszę się, że nie robiłem sobie żadnych nadziei i nie miałem konkretnych oczekiwań. 

Palpatine nie jest jedynie złym snem, koszmarem przywoływanym z najgłębszego dna umysłów wszystkich członków Ruchu Oporu. Staje się ponownie rzeczywistością, którą jednak da się pokonać – tak jak to się udało ostatnim razem. Mimo tego, że Ruch Oporu jest coraz większy, to wciąż może mieć problemy z walką. Jednak nadzieją dla wszystkich jest Rey, która jest w stanie powstrzymać Palpatine’a przed użyciem ogromnej floty niszczycieli przed totalnym zniszczeniem galaktyki i stworzeniem zupełnie nowego Imperium. Nie jest to łatwe zadanie, nawet dla kogoś, noszącego takie nazwisko, jak Rey. A może nawet jest to tym trudniejsze dla dziewczyny, która jest jedyną nadzieją Ruchu Oporu na obronę całej galaktyki przed tragedią.

Na sam początek wersja TL;DR, dla osób, którym się nie chce czytać: po seansie czułem się, jakby ktoś wziął kotleta z zamrażalnika, trochę go rozbił, posypał świeżą, smaczną posypką, wrzucił do mikrofalówki (nawet nie na patelnię) i mi podał jako posiłek z odrobiną świeżej surówki. Najadłem się, owszem. Byłem usatysfakcjonowanym samym posiłkiem. Jednak smaku w tym za wiele nie było i bardziej się cieszyłem z tej odrobiny warzyw niż z samego kotleta. Mniej więcej w ten sposób widzę „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” – jako ogólnie poprawny obraz, który pokazuje parę fajnych momentów, jednak w całokształcie jest całkowicie przewidywalnym, odgrzewanym kotletem. Nawet ciężko mi było spróbować dojrzeć crème de la crème, chociaż rzecz jasna waliło mnie prosto w twarz.

Należy chyba zacząć od tego, że mamy oczywiście dokładnie ten sam schemat filmu, co za każdym razem. W pewnym sensie jest to oczywiście kwintesencja Star Wars i coś, co jest wyznacznikiem wszystkich trylogii, ale wydaje mi się, że w wieńczącej części można by jednak pokusić się na nieco więcej elementów zaskoczenia. Przez cały seans nie przewidziałem tylko jednego rozwoju wypadków, a nie należę do zbyt domyślnych, czy aktywnie poszukujących kolejnych scen osób. Nawet nie chodzi o jakieś większe, bardziej ogólne szkielety wydarzeń, ale o to, jak w szczegółach rozegrają się kolejne sceny. Po prostu siedziałem w tym kinie i ze znużeniem wyprzedzałem film, widząc wręcz wszystkie efekty specjalne, które zostaną użyte, ruchy poszczególnych postaci i słysząc, w którą stronę będą zmierzać dialogi za parę minut. 

Ogromną zaletą za to jest wyjaśnienie dużej liczby poruszonych w poprzednich częściach wątków. J.J. Abrams starał się to wszystko sensownie posklejać do kupy, żeby widzowie dowiedzieli się, dlaczego niektóre wydarzenia zostały poprowadzone w ten, a nie inny sposób. Poznajemy również dziedzictwo Rey, jej pochodzenie oraz przodków. To jest naprawdę bardzo spoko, zwłaszcza że „Ostatni Jedi” pozostawił po sobie dużo niedopowiedzeń oraz potencjalnie problematycznych wątków. Dotyczy to również osób, których już z nami nie ma – czy to w świecie rzeczywistym, czy też w Uniwersum Gwiezdnych Wojen. Z drugiej strony wprowadził również mnóstwo nowych, których nie mogliśmy lepiej poznać (zbyt szybko znikały). Jednak być może jest to zabieg, który ma na celu przygotowanie gruntu pod seriale, komiksy oraz całą resztę rozszerzania Uniwersum. Cóż, niektóre z tych postaci aż same krzyczą „poznaj moją historię!”. 

Tą surówką ze świeżych warzyw, o której wspomniałem, był między innymi kontynuowany wątek pewnego rodzaju połączenia pomiędzy Kylo Renem a Rey. Ich „spotkania” mnie, osobie, która jest raczej do tyłu z expanded universe, dały dodatkową motywację do pokopania w historii i lore całego Uniwersum, bo były czymś totalnie nowym i świetnie przeprowadzonym. Podobnie wygląda sprawa z samym finałem, który był zarówno pięknie przedstawiony, jak i w pełni zgodny z tym, co było w zamierzeniach samego George’a Lucasa wiele lat temu. Szkoda tylko, że humor był o wiele bardziej drętwy i uśmiałem się nawet mniej niż na poprzednich częściach, których za wzór dowcipkowania w sumie nie uznaję. Po prostu nie przemawiał do mnie ten humor, nawet ten, którym aż kipiały przyjacielskie sprzeczki pomiędzy Poe Dameronem oraz Finnem (które swoją drogą były całkiem spoko w ogólności).

Nie wiem, czy mnie tak trudno zadowolić, czy po prostu nie czuję tego, co chciał J.J. Abrams przekazać tą ostatnią częścią trzeciej trylogii Gwiezdnych Wojen. Film był spoko, ale totalnie bez szału. Miejscami wręcz nudny, nawet jeśli akurat były bardzo dynamiczne i naprawdę wspaniale stworzone bitwy czy walki między postaciami. Wszystko było zbyt oczywiste, a nawet ujawnienie prawdziwego pochodzenia Rey nie wywołało we mnie żadnych emocji. Doceniam dopięcie wątków, wyjaśnienie wielu rzeczy oraz otworzenie świata na nowe produkcje, jednak nie umiem się cieszyć samym filmem. Nie żałuję wizyty w kinie, bo jednak rozwiał on niektóre z moich wątpliwości i pozwolił poznać wiele szczegółów, jednak nie sprawił, że się bawiłem doskonale. Moją zabawę uznałbym raczej za po prostu „w porządku”. Żywię jednak nadzieję, że Wam spodoba się o wiele bardziej.

Łączna ocena: 6/10



Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb.


0 komentarze:

Publikowanie komentarza