wtorek, 8 maja 2018

"Wiedźmikołaj" - Terry Pratchett

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Wiedźmikołaj
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Stron: 392
Data wydania: 18 sierpnia 2016


Wspaniałość Terry'ego Pratchetta polega między innymi na nietuzinkowym spojrzeniu na świat i ciężkim do podrobienia poczuciu humoru. Gdy czyta się fragment dowolnej książki ze Świata Dysku od razu czuć, że to Pratchett. Nic więc dziwnego, że człowiek, który raz zasmakuje w prozie tego brytyjskiego pisarza, będzie chciał więcej. Ja też cały czas chcę więcej i choć nieubłaganie zbliżam się do końca, to mimo wszystko zew jest silny. Na tyle silny, że wreszcie po niemalże czterech miesiącach pękłem i sięgnąłem po "Wiedźmikołaja". Zdecydowanie muszę brać Pratchetta do ręki częściej.

Noc Strzeżenia Wiedź to bardzo magiczna noc w Świecie Dysku. To wtedy do świata mogą przeleźć różne potworności, a osnowa rzeczywistości robi sobie małe wakacje. Wtedy też Wiedźmikołaj odwiedza wszystkie dzieci i wręcz im rózgi. Albo pistolety. Albo Wielkie Maszyny do Mielenia Wrogów. Dla każdego coś dobrego. Jednak nie dla Wiedźmikołaja, który wydaje się... być zaginiony. A kiedy do tych spraw wtrąci się Śmierć z wnuczką i Gildią Skrytobójców, to nikt w Świecie Dysku nie może spać spokojnie.

Tym razem Pratchett postawił na dwa główne tematy do wyśmiania i ukazania w krzywym zwierciadle - skomercjalizowaną magię świąt Bożego Narodzenia, z Mikołajem na czele (oraz innymi magicznymi stworami) oraz prowadzenie dochodzeń detektywistycznych. Choć to drugie nie jest oficjalnie raczej wspominane w opracowaniach, to postać Susan Sto Helit wręcz krzyczy wszem i wobec, że prowadzi śledztwo. Tak skrajne tematy mogą się wydawać zdecydowanie nie na miejscu, jednak Terry Pratchett już nie raz udowodnił, że sztuka łączenia nie jest mu obca. Nie dość, że wyszedł wyborny koktajl, to na dodatek chciałby się go pić aż do przelania własnego żołądka.

"Pokoik był nędzny - taki często wynajmują osoby, które nie planują mieszkać w nim długo; w takim nocą przejściu po podłodze towarzyszy chrzęst karaluchów w śmiertelnym flamenco".

Susan pojawia się w niewielu książkach z cyklu "Świata Dysku", a na pewno nie jako jedna z głównych bohaterek. "Wiedźmikołaj" jest jednym z trzech tomów napisanych przez tego autora, w których możemy spotkać tę nie do końca normalną i nie do końca nadnaturalną dziewczynę. A szkoda, bo mimo, że nie jest to jedna z najbardziej rzucających się postaci w całym uniwersum, to z pewnością jest interesująca. Jest połączeniem wszystkiego, co najgorsze z punktu widzenia pochodzenia. Trochę arystokratka, trochę zwykła kobieta, a do tego z odrobiną krwi Śmierci w żyłach (he-he). Do tego pragnąca normalności, co niestety nie zawsze wychodzi. Wynikają z tego dość nietypowe i często zabawne sytuacje.

Trochę zaskoczyć może końcówka, która jest niesamowicie pouczająca jak na twórczość Pratchetta. Wydawać by się mogło, że autor ten tworzy jedynie utwory przeznaczone jedynie czystej i niczym nie skrępowanej rozrywce, ale już kilka razy udowodnił, że potrafi też przekazać coś istotnego. "Wiedźmikołaj" jest właśnie jedną z tych powieści, która wręcz każe zastanowić się nad pewnymi aspektami, których ze względu na możliwe spoilery nie chcę nazywać po imieniu. Można się ich bowiem teoretycznie domyślić już na samym początku książki (a nawet z opisu), jednak wbrew pozorom nie są one dokładnie takie, jakie zazwyczaj ludzie sobie wyobrażają. Nawet w tej sprawie Terry Pratchett potrafi zaskoczyć. A napisał przecież tyle książek, że łatwo można wpaść w pułapkę pod tytułem "przecież on już nic nowego nie wymyśli".

"Strzeżenie Wiedźm tradycyjnie uważane jest za czas rodzinny, jednak ci, którzy pili w Katafalkach, prawdopodobnie nie mieli rodzin; niektórzy wyglądali, jakby mogli mieć miot albo jajka".

Kolejny bardzo udany tom "Świata Dysku", łączący w sobie zarówno zabawę i śmiech, jak i mądrość. Brak bardzo ścisłych powiązań z innymi częściami cyklu robią z tego tomu doskonałego kandydata do rozpoczęcia przygody z autorem dla wszystkich, którzy jeszcze nie sięgnęli po książki nieżyjącego już Brytyjczyka. Zwłaszcza przesłanie, które niesie ze sobą książka, może być dla części osób argumentem ostatecznie zachęcającym. W każdym razie nawet jeśli to nie przekona wielu osób, to "Wiedźmikołaj" jest wciąż zabawną i dobrze napisaną pozycją, która powinna zadowolić wiele osób swoim poczuciem humoru.

Łączna ocena: 7/10


niedziela, 6 maja 2018

[PREMIERA] "Toń" - Marta Kisiel

"Toń" - Marta Kisiel
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Toń
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 416
Data wydania: 23 maja 2018


Wydawnictwo Uroboros zawsze kojarzyło mi się ze świetną, lekką fantastyką, bowiem z taką miałem do tej pory do czynienia. Do tej pory jestem pod wrażeniem ewolucji cyklu "Szklany tron", który zmienił się od pierwszego tomu w sposób diametralny. Pierwszy tom "Tajemnicy diabelskiego kręgu" również pozostawił w mojej głowie bardzo pozytywny wydźwięk. Czemu więc nie sięgnąć po więcej? Zwłaszcza, że postać Marty Kisiel jest mi znana, chociaż zdecydowanie za słabo. Wiem o jej nominacjach do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, znam doskonałe opinie o jej książkach. Niestety osobiście nie poznałem niczego, co wyszło spod jej pióra. Aż do teraz. Chyba jest to najwyższa pora na nadrobienie pozostałych zaległości z listy książek Marty Kisiel.

Klara Stern nie jest przyjemną w obyciu osobą. Nie jest również łatwo z nią wytrzymać. Jednak to samo można powiedzieć o dwójce Sternówien - jej bratanic. Cała trójka zdecydowanie nie należy do normalnych kobiet, jednak mają tylko siebie. Tylko, albo aż, czasem dochodząc do wniosku, że jednak są od siebie tak bardzo oddalone, jak tylko się da. Raz na jakiś czas jednak trzeba schować dumę w kieszeń, zwłaszcza kiedy dowiadujesz się w jakiej branży pracuje Twoja cioteczka. A zawód, jak to zawód - potrafi jednoczyć i niszczyć całe rodziny.

Pierwszym, co się rzuca w oczy już od samego początku to niezwykle kwiecisty i bogaty język używany przez Martę Kisiel. Pełen epitetów, porównań, metafor oraz innych ozdobników, które ubarwiają całą powieść. Nie są to zwykłe, surowe i proste opisy, które po prostu wyjaśniają jak wygląda świat otaczający główne bohaterki. Przyjemnie jest sięgnąć czasem po po lekturę zawierającą coś więcej niż tylko surowe, żołnierskie słowa, a "Toń" pokazuje jak można stworzyć barwną rzeczywistość bez większego wysiłku, jedynie za pomocą słów. Największe zagęszczenie ozdobników jest w prologu, dzięki czemu Marta Kisiel wręcz zaczyna od trzęsienia ziemi, przenosząc niejako jedną z ważniejszych zasad przypisywanych Hitchcockowi na płaszczyznę literatury. W dalszej części książki autorka skupia się bardziej na treści niż sposobie jej przekazania, ale wciąż widać bogactwo językowe.

"Ciągle tylko słyszałam: »Przydaj się do czegoś!«. A co ja jestem, taboret, żeby się do czegoś przydawać?! A jak nie to co? Na rozpałkę?!"

Kolejnym podobieństwem do filmu idealnego jest dawkowanie tajemnicy. To z drugiej strony powinno być zdecydowanie cechą po prostu dobrej opowieści, chociaż w połączeniu z wcześniej wspomnianym wejściem z przytupem (na swój sposób oczywiście) może się skojarzyć od razu z budową historii filmowej. W każdym razie "Toń" nie jest książką, w której od razu wiadomo z czym Czytelnik ma do czynienia. O nie, wręcz przeciwnie - nawet nie wiadomo do końca czy aby na pewno mamy do czynienia z fantastyką. Sugestie autorki są bowiem zdecydowanie niejednoznaczne. Rozbudza to oczywiście ciekawość, którą potęgują pojawiające się co chwilę kolejne punkty zapalne, aktywujące obszary mózgu odpowiedzialne za dociekanie o co tu do diaska chodzi.

Przez niemalże całą powieść odnosiłem nieodparte wrażenie, że spokojnie można by zakwalifikować "Toń" do literatury młodzieżowej. Cały świat przedstawiony jest w sposób bardzo prosty (co ciekawie kontrastuje z barwnym językiem autorki), wiele aspektów nie zostało wcale wyjaśnionych, a część wydarzeń została ewidentnie pominięta. Jednak nie w sposób nasuwający na myśl jakieś błędy ze strony Marty Kisiel - wręcz przeciwnie. Odczuwa się podczas lektury, że to po prostu tak miało być. Niezbyt szczegółowe, może trochę ubogie, dla ogarnięcia zarówno przez umysły dojrzałe, jak i te dojrzewające. Z drugiej strony w niektórych momentach aż się prosiło o rozwinięcie jakiegoś wątku, albo uzupełnienia luk pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami.

Postacie to element również szybko rzucający się w oczy. Chociaż tutaj pojawiły się w mojej opinii małe zgrzyty. Tak jak trójka Sternówien to postacie niezwykle wyraźne (Justyna wręcz potrafi doprowadzić do szaleństwa, jest tak dobrze przedstawiona i prowadzona), tak Gerd jest... nijaki. Miałki, nie przedstawia sobą żadnego konkretnego zestawu cech charakteru i osobowości. Nie jest zresztą odosobnionym przypadkiem. Z jednej strony mamy więc dobrze skrojonych bohaterów, których wyrazistością można kroić szkło, a tuż obok pojawiają się postacie albo niedokończone, albo potraktowane w całości po macoszemu. Lekko się przy tym usta wykrzywiają, zwłaszcza że "Toń" nie jest tylko powieścią przedstawiającą jakąś tam historię. Pokazuje również jak skomplikowane potrafią być relacje pomiędzy ludźmi, nawet w obrębie tej samej rodziny. A do przedstawienia tego w pełnej krasie przydadzą się jednak postacie niemalże idealne.

"- Od kiedy ty jesteś taka stanowcza, co?
 - Od kiedy moje życie stanęło na głowie i zaklaskało uszami".

Wydawałoby się, że jest to lekka i przyjemna w odbiorze powieść fantastyczna, ale - jak już to zostało wspomniane w akapicie wyżej - jest to również coś nieco bardziej skomplikowanego. Już sam opis wspomina o historii ukazującej coś więcej aniżeli parę wydarzeń utworzonych na potrzeby rozrywki. Mimo swojej lekkiej formy (a może właśnie dzięki niej) jest to powieść dająca w wielu miejscach do myślenia. Jak wyglądają tak naprawdę relacje w rodzinie? Czy aby na pewno każdy ma takie intencje, jakie podaje? Jak trudno jest wybaczyć pewne rzeczy? A jak trudno jest się odciąć od innych? Czy aby na pewno jesteśmy w stanie zaufać ludziom po tym, jak zawiedli nas w przeszłości? I czy wszystkie przyzwyczajenia będą pozytywnie wpływały na spojrzenie innych ludzi na nas?

Pomimo tego zaszytego w głębi przesłania, tak doskonale pasującego do treści książki, na każdym niemalże kroku Marta Kisiel potrafi rozbawić do łez. Zwłaszcza postać Justyny wyrzuca z siebie przezabawne teksty, które w połączeniu ze skrajnie irytującym zachowaniem dają mieszankę wybuchową. W ogóle postać tej bratanicy Klary wydaje się być groteskowo nie na miejscu, chociaż bez niej całość nie miała by takiego uroku. Wszak Dżusi jest w pewnym sensie motorem napędowym wszystkich opisanych wydarzeń - bez niej i jej infantylnego podejścia do życia siostry Stern nie dowiedziałyby się prawdy o swoim życiu i historii. A my, jako czytelnicy, nie mielibyśmy frajdy z czytania tej powieści.

Lektura okazała się więc bardzo wartościowa, nawet jeśli spodziewałem się czegoś nieco innego. Nie miałem jednak do czynienia jak do tej pory z twórczością Marty Kisiel, więc tak naprawdę nie mogłem do końca wiedzieć, co otrzymam. Zderzenie z rzeczywistością było jednak bardzo przyjemne i nawet mimo pewnych rys, które nie do końca mnie ominęły, całość jest rzeczywiście godna uwagi. Jeśli więc ktoś zastanawia się, czy warto kupić "Toń", to odpowiedź może być tylko jedna - zdecydowanie tak. Styl i humor autorki są niesamowicie lekkie i przyjemne, co bardzo pozytywnie wpływa na powieść. Natomiast dodatkowa, nieco poważniejsza warstwa społeczna potrafi skutecznie zmusić do przemyśleń.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


piątek, 4 maja 2018

Co pod pióro w maju 2018

Właśnie w najlepsze trwa długi weekend majowy, który w tym roku wypadł dość szczęśliwie! Osoby pracujące mogły wziąć raptem trzy dni urlopu i mieć dziewięć dni wolnego w jednym ciągu! Robi wrażenie, prawda? :) Maturzyści w tym wszystkim mają najbardziej przekichane, bo to ostatni gwizdek na dopięcie i skatalogowanie w głowie swojej wiedzy. Warto więc za nich trzymać kciuki - w końcu każdy z nas albo był, albo dopiero będzie w ich sytuacji. ;) A nie jest to sytuacja do pozazdroszczenia, chociaż - Drodzy Maturzyści - na studiach zobaczycie, że maturę to wciągnęliście nosem. Cała zabawa dopiero przed Wami!

No, niby mamy ten długi weekend majowy, niby sam też korzystam z całego tygodnia (teoretycznie) wolności, ale mimo wszystko planów wielkich nie będę robił. Mam trochę rzeczy do podgonienia akurat w wolnym czasie i chciałbym część z nich jak najszybciej załatwić. Oczywiście na pewno więcej czasu poświęcę na książki, jednak nigdy nie wiadomo co się stanie w dalszej części miesiąca. Planów żadnych co prawda nie mam, ale lepiej dmuchać na zimne! Chociaż mimo wszystko tym razem zaplanowałem sobie aż pięć pozycji, które chciałbym na pewno przeczytać. Chociaż mam nadzieję, że jednak uda się więcej.

Ogólnie trochę się rozszalałem z egzemplarzami recenzenckimi, dlatego cieszę się z tego długiego weekendu. Oj przyda się... Zobaczcie zresztą sami, czego możecie spodziewać się na moim blogu w właśnie rozpoczętym miesiącu!

"Wyklucie" - Ezekiel Boon
"Wyklucie" - Ezekiel Boon

Jedna z pierwszych książek, które planuję przeczytać w tym miesiącu. Wydawnictwo Insignis planuje premierę na 9 maja 2018 roku, więc liczę na to, że uda mi się znacznie wcześniej zapoznać się z tą pozycją. Tytuł opisywany jako horror z pająkami w tle. Oryginał zebrał dość dobre oceny, więc mam duże nadzieje.


"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch

Tym razem pozycja wydana przez Psychoskok, jedna z nowości majowych, z premierą 7 maja 2018 roku. Również więc należy do grupy "jednej z pierwszych", do których chciałbym zajrzeć w maju. Tym razem odetchnąć mogą wszyscy ci Czytelnicy bloga, którzy nie przepadają za wszechobecną ostatnio tutaj fantastyką. "Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" próbuje odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących psychiki wspomnianej grupy oraz w jaki sposób skłonności do zabijania można sklasyfikować.

"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński
"Gliny z innej gliny" - Marcin Wroński

Jako autora wpisałem Marcina Wrońskiego, znanego głównie z cyklu o Komisarzu Maciejewskim, osadzonym w latach 30. XX wieku w obecnej stolicy województwa lubelskiego, czyli Lublinie. Powinienem jednak dorzucić obok nazwiska Marcina Wrońskiego również Andrzeja Pilipiuka, Ryszarda Ćwirleja oraz Roberta Ostaszewskiego. Wszyscy ci Panowie bowiem są autorami tego zbioru opowiadań, będącego dziesiątym tomem wspomnianego już cyklu. W tym przypadku pozycja ta wychodzi nakładem Wydawnictwa W.A.B. 6 czerwca 2018 roku.

"Wieża świtu" - Sarah J. Maas
"Wieża świtu" - Sarah J. Maas

Kolejny już tom "Szklanego tronu" - prawie nie pamiętam kiedy pierwszy raz sięgnąłem po ten cykl. Co prawda tym razem nie mam do czynienia ze zbliżającą się premiera, ale Wydawnictwo Uroboros wypuściło "Wieżę świtu" 18 kwietnia 2018 roku, czyli całkiem niedawno. Tym razem jednak nie będzie Celaeny, a Chaol i jego droga do miasta Antica, gdzie liczy na uzdrowienie. Zacieram już ręce do szóstego tomu! W sumie oznaczonego jako 5.5. :)

"Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - Anna Kańtoch
"Tajemnica Nawiedzonego Lasu" - Anna Kańtoch

Jeśli ktoś myślał, że wystarczy już fantastyki, to niestety jest w błędzie - ostatnio mam na nią niezłe flow. Ale spokojnie, tym razem nie mamy do czynienia z taką twardą, typową fantasy. Myślę, że cykl "Tajemnica Diabelskiego Kręgu" mógłby przypaść do gustu nawet zatwardziałym przeciwnikom tego gatunku. W każdym razie takie wrażenie mam po przeczytaniu pierwszego tomu, który pamiętam co prawda jak przez mgłę, ale jako coś zupełnie "nowego". Pora więc nadrobić zaległości dzięki uprzejmości Wydawnictwa Uroboros. :)


Jak się Wam podoba taki zestaw? :)

Okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.


środa, 2 maja 2018

Podsumowanie kwiecień 2018

Używacie w ogóle w odliczaniu czasu kwartałów? Macie czasem myśli w stylu "o, akurat się rozpoczyna drugi kwartał tego roku!", albo "no tak, w tym kwartale nie dam rady tego zrobić"? Ja tak, dlatego jedną z pierwszych myśli, która przyszła mi do głowy gdy rozpoczynałem pisanie tego postu, to "o, pierwszy miesiąc drugiego kwartału właśnie minął". :) To w pewnym sensie trick, który pomaga w "oszukaniu się", że właśnie coś istotnego się rozpoczęło! No bo nowy kwartał, to nowe możliwości. Znowu można podjąć pewne decyzje i po raz kolejny odpalić licznik, który będzie z tych decyzji nas wszystkich rozliczał! Przy okazji kwiecień okazał się pewnego rodzaju rzeczywistym początkiem wiosenno-letniej pogody, co sprzyjało przebywaniu na świeżym powietrzu!

Sam się zbieram powoli do zakupu jakiegoś leżaka na balkon - miejsca trochę jest, co prawda tylko na jeden, ale warto to wykorzystać. Można się uwalić albo z laptopem i popracować w słońcu, albo po prostu usadowić się z książką. Coś się jednak nie mogłem w kwietniu zebrać w sobie, a szkoda - na część weekendu majowego by się z pewnością przydało. :) W maju jednak na pewno to nadrobię! Tymczasem ratowałem się klasycznym czytaniem w mieszkaniu. Mimo nieco mniejszej ilości wolnego czasu, wychodzi na to, że same statystyki są dość podobne w stosunku do marca 2018. Dlatego lubię sobie to wszystko notować - można czasem bardzo ciekawe zależności zauważyć. :D

Ach, właśnie - i to jest już drugie podsumowanie z własnoręcznie wykonanym zdjęciem, ha! Może mi to nawet w krew wejdzie. Chyba, że będę zapominał. ;) Przejdźmy jednak do infografik pokazujących mój książkowy kwiecień w liczbach!



Jak widać po liczbie przeczytanych stron, wynik jest podobny do poprzedniego miesiąca. Jednak łączna liczba książek zmalała, a liczba stron per dzień wzrosła! To właśnie jedna z tych rzeczy, które lubię w takich zestawianiach - pokazuje, że nie wszystko jest takie oczywiste i proste, jakbyśmy chcieli. ;)



O powyższych wynikach mogę napisać to co zawsze - po prostu są. :) Polskie podwórko internetowe ciężko mierzyć w sposób miarodajny, ze względu na bardzo duże zagęszczenie rozszerzeń przeglądarek blokujących reklamy - te bowiem blokują również skrypty Google Analytics. Zawsze jednak warto monitorować te statystyki nawet będąc niewielkim blogiem, bo każde zmiany o czymś świadczą. :) Zwłaszcza, że na Facebooku przybyło mi 10 osób, które polubiły mój fanpejdż! Chociaż przydałoby się zdywersyfikować źródła kontaktu z Czytelnikami, dlatego coraz bardziej zastanawiam się nad newsletterem, zwłaszcza że wbrew pozorom po 25 maja 2018 roku, kiedy w życie wejdzie RODO, będzie to nieco "przyjemniejsze" do wdrożenia. Tylko muszę sprawdzić popularne systemy i ich wsparcie dla Bloggera oraz jak się zachowują w przypadku migracji. Ech, znowu plany. :)



Jak widzicie sukcesywnie posuwam się do przodu, chociaż tempo mogłoby być lepsze, jeśli rzeczywiście chcę mieć gwarancję zwycięstwa. Niby udało się niemalże 40% wyrobić w ciągu czterech miesięcy, ale wiecie jak to bywa. Jak mi się noga powinie to kolejny rok z rzędu się nie uda... :P



Jak widzicie, książek wcale nie trafiło do mnie aż tak dużo. Ten "prezent" tak naprawdę jest prezentem dla mojej lepszej połówki, ale i tak wszyscy doskonale wiemy, że ja pierwszy go przeczytam, więc od razu pozwoliłem sobie go dorzucić do ogólnych statystyk. :P Tym razem ograniczyłem bardzo zakupy, bo ostatnio trochę książek kupiłem, a na sporo również czekam jeszcze, więc nie wykopałbym się do Świąt Bożego Narodzenia ze stosów.

Poniżej, jak zwykle pod koniec posta podsumowującego, możecie zapoznać się z listą przeczytanych przeze mnie w minionym miesiącu książek. Ostatnia pozycja nie została jeszcze opublikowana na dzień publikacji niniejszego podsumowania. :) Na pewno możecie się jej spodziewać lada chwila!

1. "Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" - K. Kozioł
2. "Bohater wieków" - B. Sanderson
3. "Cień rycerza" - S. de Castell
4. "Czy to pierdzi?" - D. Rabaiotti, N. Caruso
5. "Apokalipsa Z. Gniew sprawiedliwych" - M. Loureiro
6. "Toń" - Marta Kisiel

Tutaj normalnie powinna znaleźć się po prostu informacja, z którego bloga książkowego pojawiło się najwięcej wejść. No i się pojawi, ale najpierw chciałbym się z dumą pochwalić, że podczas sprawdzania statystyk Google Analytics zauważyłem, że pojawiły się również wejścia ze strony podcastu Nerdy Nocą! :) Zawsze to niesamowicie miłe odkryć taką rzecz - chociaż gdyby Google Search Console zechciał współpracować porządnie z Blogspotem, to zauważyłbym to o wiele wcześniej... W każdym razie dzięki Kaja za wspomnienie mojego posta o podcastach - czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek! ;)

Przejdźmy jednak do szarych statystyk - tym razem jednak będzie powiew świeżości. Najwięcej wejść w kwietniu Google Analytics zanotowało od Sylwki, prowadzącej bloga UnSerious - dzięki! ;) Najwięcej wejść natomiast zanotował post "Poszukiwacz marzeń. Z kamerą wśród kobiet Iranu" Karoliny Kozioł. Trochę to w sumie zaskoczenie, ale niezmiernie się cieszę - taka tematyka powinna być propagowana jak tylko się da!


niedziela, 29 kwietnia 2018

"Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych" - Manel Loureiro

"Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych" - Manel Loureiro
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Manel Loureiro
Tytuł: Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych
Wydawnictwo: Muza
Tłumaczenie: Grzegorz Ostrowski, Joanna Ostrowska
Stron: 495
Data wydania: 15 stycznia 2014


Minęły cztery miesiące. No, prawie cztery. To czas, który upłynął od momentu, kiedy przeczytałem drugi tom "Apokalipsy Z", czyli "Mroczne dni". Nie oznacza to jednak, że całkowicie zapomniałem o cyklu, ani nie oznacza to, że nie uważam go za warty skończenia. Wręcz przeciwnie - w pewnym sensie nie chciałem go tak szybko zostawiać za sobą, bo wiem, że na pewno nie wrócę do niego - jak do wszystkich innych, zakończonych już serii. A jak do tej pory "Apokalipsa Z" zostawiła po sobie bardzo pozytywne wrażenia. Miałem nadzieję, że ostatni tom również takowe pozostawi. Nadzieja nie została zawiedziona!

Nie wszyscy ludzie dali się pokonać pladze Nieumarłych - na świecie istnieją ośrodki, które prowadzą mniej lub bardziej dostatnie życie. Nie zawsze jednak społeczeństwa są idealne, a już na pewno nie wtedy, gdy wokół szaleją tłumy Nieumarłych. Czasem jednak odrobina szczęścia - i być może bożej pomocy - pozwala na utworzenie azylu doskonałego. Gdy trafia do niego trójka przyjaciół nawet nie wiedzą jak bardzo daleko od słowa "idealne" leży Gulfport. Kierowane przez tajemniczego kaznodzieję miasto stoi nad krawędzią katastrofy być może większej, niż Nieumarli.

"Mysz zapędzona w zaułek bez wyjścia rzuci się nawet na lwa".

Jest to trzeci i ostatni tom "Apokalipsy Z", a więc stanowi zwieńczenie historii stworzonej przez autora. Jak na końcówkę, wciąga aż za szybko. Nawet bardziej niż końcowe stadium rozprzestrzeniania się wirusa TSJ. Nieuchronnie z każdą stroną Czytelnik zbliża się do końca. Świadczy to bardzo dobrze o książce, chociaż jednocześnie zasiewa w głowie ziarenko niepewności - czy to dobrze, że tak szybko się to wszystko skończy? Poprzednie dwa tomy były na tyle dobre, że chciałoby się poczytać jeszcze więcej o próbie przeżycia trójki bohaterów, jednak każdy cykl musi mieć swój koniec. Manel Loureiro zakończył swoją trylogię w dobrym miejscu i w dobry sposób. Nie przedłużył jej zbytnio (tetralogia mogłaby już być prowadzona na siłę biorąc pod uwagę tempo, w jakim następowały po sobie wydarzenia i do czego ostatnie powoli prowadziły).

Manel Loureiro ponownie zmienił koncepcję narracji. Jest ona przeplatana - część historii widzimy z perspektywy znanego nam już hiszpańskiego adwokata, a w części dominuje narracja trzecioosobowa. W pewnym sensie nadaje to dodatkowej dynamiki - jednocześnie możemy obserwować to, co się dzieje w głowie głównego bohatera oraz to, o czym nie ma on pojęcia. Co najważniejsze jednak, sposób ten nie wprowadza chaosu. Nie odczuwa się tych nagłych zmian, a już na pewno nie są one trudne w odbiorze. Wręcz przeciwnie - można bardzo łatwo w płynny sposób przeskoczyć z myślenia o adwokacie na myślenie o całym świecie. Taka forma narracji jednak ma też inne zastosowanie - wyjaśnienie pewnych spraw związanych z wirusem TSJ, które również należy zaliczyć na plus.

"Wiem też, że by podjąć przełomową, dramatyczną decyzję, człowiek musi dojść do punktu, w którym nie widzi dla siebie innego wyjścia. Wtedy przestaje mieć znaczenie jak poważne będą konsekwencje".

Jest to kolejna książka, w której autor ostatecznie próbuje podejść do tematu apokalipsy zombie z nieco naukowego punktu widzenia. Nie jest to co prawda tak szczegółowy opis jak w przypadku "Przeglądu Końca Świata" Miry Grant, jednak wciąż wielki szacun dla Manela Loureiro za takie a nie inne podejście. Autor podjął nawet wyzwanie skonfrontowania długowieczności Nieumarłych (co tajemnicą nie jest już od pierwszych stron "Początku końca") z rzeczywistością, jeśli mogę tak to określić. Na pewno trzeci tom jest pełen kończenia pewnych wątków i porządnego wyjaśniania innych. Lekki smaczek naukowy również jest w mojej opinii bardzo mile widziany.

Skoro to ostatni tom, to wypadałoby jakoś zakończyć całą historię. Autor wybrał sposób dość... akceptowalny. Pozostawił mi co prawda parę kwestii do przemyślenia, czy aby na pewno to, w jaki sposób zakończył ma sens, jednak w całokształcie wybrał chyba jedną z bardzo sensownych opcji. Można mieć trochę zastrzeżeń co do dosłownie ostatnich kilku stron (nie wiem czy nie było to lepsze dla całej trylogii), ale z drugiej strony bez nich nie byłoby pewnego smaczku, który w pewnym sensie jest wisienką na torcie. Przez wszystkie trzy tomy zastanawiałem się nad jedną, drobną i niezauważalną rzeczą. Wspominałem już, że "Gniew sprawiedliwych" to tom pełen wyjaśnień, informacji i kończenia wątków? Tak, ta drobna rzecz również została ostatecznie wypowiedziana. 

Ostatecznie zakończenie trylogii "Apokalipsy Z" okazało się być "akuratne". Proste, wciągające, wyjaśniające wiele nierozwiązanych do tej pory wątków. Pozostawia po sobie parę ciekawostek, które z pewnością zostaną docenione przez osoby lubiące takie delikatne smaczki. Czasem autorom zdarza się potknąć na zakończeniach, jednak Manel Loureiro stanął na wysokości zadania i nie tylko utrzymał poziom samej książki, ale dał sobie również radę z rozwiązaniem całej historii. Oby więcej takich serii, a "problem zakończeń" zostałby całkowicie rozwiązany.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Apokalipsa Z"

środa, 25 kwietnia 2018

"Czy to pierdzi? Sekretne (gazowe) życie zwierząt" - Dani Rabaiotti, Nick Caruso

"Czy to pierdzi? Sekretne (gazowe) życie zwierząt" - Dani Rabaiotti, Nick Caruso
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dani Rabaiotti, Nick Caruso
Tytuł: Czy to pierdzi?
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Michał Strąkow
Stron: 144
Data wydania: 4 kwietnia 2018


Nie zawsze śmiesznie brzmiące tytuły okazują się być śmiesznymi książkami. Nawet jeśli w środku dominuje humorystyczne podejście, to jednak wiele tematów bywa marginalizowanych. Tak jest właśnie z bąkami. Może wydawać się to dość niecodzienne, być może nawet infantylne, takie rozwodzenie się nad gazami wydalanymi przez różne zwierzęta, jednak wbrew pozorom z naukowego punktu widzenia jest to tematyka niezwykle intrygująca. Piszę te słowa z całą świadomością tego, co one oznaczają, podobnie jak przeczytałem "Czy to pierdzi" zdając sobie sprawę z tego, co mogę w środku znaleźć. A znalazłem naprawdę mnóstwo odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie bardzo niewiele osób.

Czy próbowaliście się kiedyś zastanawiać nad tym, które ze zwierząt wydalają z siebie gazy? Odpowietrzają się, pozbywają nadmiaru substancji lotnych z własnego przewodu pokarmowego? Dlaczego niektóre z bąków pachną bardzo brzydko, a inne są prawie bezwonne? Z jakiego powodu wreszcie część gatunków nie musi się martwić popełnieniem faux pas? Na te oraz jeszcze więcej pytań ta książka odpowie, ukazując kulisy produkcji gazów u ponad 80 różnych gatunków zwierząt!

"Czy to pierdzi?" to książka z wielu powodów nietypowa, idąca wręcz z duchem czasu (w pewnym sensie). Już na samym początku dowiadujemy się, że powstała ona tak naprawdę dzięki social mediom. W tym przypadku był to Twitter, który stanowił miejsce "polowania" na naukowców zajmujących się przedstawionymi w tym tytule gatunkami i rodzinami zwierząt. Sami autorzy przyznają się, że bazując na własnej wiedzy, nigdy w życiu nie stworzyli tej książki. Jednak z pomocą wymienionych na samym końcu osób, udało się te wszystkie informacje zebrać do kupy (he-he) i opublikować.

"W 2004 roku na Tajwanie martwy wieloryb eksplodował podczas transportu ulicami Tainanu - gnijące wnętrzności obryzgały wówczas przechodniów oraz okoliczne budynki".

Już po pierwszych kilku stronach można zauważyć, że dwie osoby miałyby problem z napisaniem tak bogatej w informacje pozycji. Nawet mimo swoich niewielkich rozmiarów, "Czy to pierdzi?" przekazuje wiele ciekawostek, a nie tylko ogólników. Każde zwierzę (w tym przypadku czasem jest to gatunek, czasem rodzina, czasem rodzaj) ma swoją własną stronę, na której przedstawionych jest wiele faktów o ich żywieniu, sposobie trawienia oraz - przede wszystkim - gazach zbierających się w ich wnętrznościach. Z książki dowiecie się nie tylko tego, CZY, ale również JAK zwierzaki puszczają bąki. Często nie są to śmieszne rzeczy, zwłaszcza gdy dochodzi się do fragmentów zabijania przez pierdzenie (sic!) czy konieczności puszczania bąków pod groźbą śmierci w przypadku zaniechania tej czynności.

Przyjemną lekturę o niezbyt przyjemnym temacie ubarwiają humorystyczne ilustracje Ethana Kocaka, które rzeczywiście zasługują na osobną wzmiankę. Przedstawiają one aktualnie opisywane zwierzęta (co jest zapewne oczywiste), które wypuszczają gazy zgodnie z opisem autorów. Wszystkie są przedstawione oczywiście jako miłe i zabawne zwierzaki, z uśmiechem na pyskach, a czasem nawet grymasem zażenowania. Grafiki te zdecydowanie zwiększają jeszcze przyjemność z lektury, a do tego nasycenie (he-he) nimi książki wydaje się być wystarczające. Innymi słowy coś dobrego zarówno dla umysłu, chłonnego nowej wiedzy, jak i oczu, zachwyconych dobrą kreską.

"Otwór torby lęgowej  usytuowany jest tuż obok kloaki samicy, dlatego młody wombat szybko poznaje odpowiedź na pytanie, czy wombaty pierdzą".

Praktycznie ciężko znaleźć jakikolwiek minus tej publikacji. Jest prosta, konkretna, treściwa, zabarwiona humorem. Z jednej strony tematyka wydaje się być dość... infantylna, jednak została rzeczowo i merytorycznie przygotowana. Oprócz samych "ciekawostek" o bąkach wśród zwierząt, możemy również skupić się na nieco poważniejszych aspektach tej niezbyt pochwalanej czynności. Dowiemy się również, że człowiek jest jedynym gatunkiem, który odczuwa z powodu puszczania gazów jakiekolwiek emocje - chociaż to jest dość oczywiste. Najbardziej interesujące są chyba jednak fragmenty opowiadające o wpływie bąków na życie oraz zdrowie. O wiele większym wpływie niż zwykłe boleści w brzuchu u człowieka.

"Czy to pierdzi" jest książką krótką i wartą zapoznania się z nią. Nie jest to szczyt literackich osiągnięć, ale też nie ma nim być. Idealna pozycja na wolne popołudnie, podróż zatłoczonym autobusem (a niech ludzie widzą!) lub po prostu jako niezobowiązująca, jednak wciągająca lektura. Dużo merytorycznej treści zamkniętej w niewielkim opakowaniu czyni z niej pozycję naprawdę niezwykłą - i to wcale nie tylko ze względu na tematykę. Bez względu jednak na to, czy puszczanie gazów Was intryguje, obrzydza czy zniesmacza, to tak czy owak możecie sięgnąć po tę pozycję, a nie będzie zawiedzeni. Być może nawet Wasze spojrzenie na gazy zmieni się o 180 stopni!

Łączna ocena: 8/10


niedziela, 22 kwietnia 2018

"Cień rycerza" - Sebastien de Castell

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Cień rycerza
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 648
Data wydania: 4 kwietnia 2018


Mimo, że to fantastyka, to w serii "Wielkie Płaszcze" nie czuć tego, co zazwyczaj wręcz wypływa z powieści fantastycznych. Nie ma ogromu magii, nie ma dziwnych stworów. Mimo to wciąż da się zobaczyć specyficzny i charakterystyczny klimat - w takiej konwencji został napisany pierwszy tom, czyli "Ostrze zdrajcy" i dokładnie takie wrażenie sprawił. Szybko sięgnąłem po kolejny tom, który już na pierwszy rzut oka obiecywał więcej. No, więcej tekstu, bo jest znacznie grubszy od swojego poprzednika. Ważne jest jednak, aby wraz z tekstem przyszła również jakość - co najmniej taka sama jak wcześniej. Można powiedzieć, że poziom jakości zarówno spełnia wcześniejsze obietnice, jak i tworzy kolejne.

Życie Wielkich Płaszczy po śmierci króla nie jest usiane różami - chociaż z drugiej strony nigdy takie nie było. Mają jednak jak zawsze swoją misję, którą muszę wypełnić. Doprowadzić do tego, aby królewski tron nie stał pusty. Jednocześnie Falcio wraz z dwójką przyjaciół muszą do tego wydarzenia nie dopuścić - a w każdym razie nie dopuścić, aby zasiadła na nim jedna z najbardziej podłych i bezwzględnych osób, jakie kiedykolwiek to królestwo widziało. Nie są to jednak łatwe zadania, zwłaszcza gdy ktoś niemalże umiera. Każdego dnia po trochu.

Pozycja ta jest zdecydowanie lepsza niż pierwsza część tetralogii. "Ostrze zdrajcy" było dobrą książką, ale jednak bardzo... asekuracyjnie napisaną. Wprowadzało dopiero czytelnika w świat wykreowany przez autora i nie pokazywało zbyt wielu szczegółów. "Cień rycerza" za to jest już o wiele bardziej rozbudowany, a do tego posiada również jedną z najmocniejszych cech pierwszego tomu. Postacie prowadzone konsekwentnie, aż do bólu. Można co prawda zauważyć nieco mniejsze skupienie na nich samych, a o wiele większe na tym, co dzieje się w Tristii, jednak wciąż główne cechy każdej z nich są wyraźne. Podejmowane decyzje natomiast w pełni do nich pasują, tworząc logiczną i sensowną całość.

"Najważniejszych walk nigdy nie wygrywa się umiejętnościami".

Narracja oczywiście prowadzona jest wciąż jako pierwszosoobową, z perspektywy Falcio val Monda - pierwszego kantora królewskich Wielkich Płaszczy. Ponownie pozwala to Czytelnikowi na dobre poznanie tej konkretnej postaci i jej stosunku do wydarzeń, natomiast autor wykorzystał ją do jednoczesnego budowania atmosfery tajemnicy oraz do pokazania czytelnikowi o ile kroków przed resztą świata jest Falcio. Przed, albo czasem za. Wszystkie jednak informacje, które otrzymujemy od głównego bohatera nie wykraczają poza zakres jego wiedzy. Z technicznego punktu widzenia Sebastien de Castell zrobił więc wszystko zgodnie ze sztuką.

Historia, którą stworzył Sebastien de Castell nie należy może do bardzo przełomowych, jednak jest napisana w sposób przyciągający uwagę. Nie powiem, że wciągnąłem się od samego początku do końca. Nie wpadłem w sidła zastawione przez autora i książka nie przyciągnęła mnie siłą do siebie. Jednak śledzenie losów Falcia i jego ekipy, odkrywanie kolejnych kamieni milowych intryg uknutych przez największych władców Tristii i brnięcie przez często wisielczy humor postaci było naprawdę przyjemnym doznaniem. Wciąż co prawda można mieć wątpliwości co do tempa niektórych wydarzeń, jednak z pewnością "Cień rycerza" można uznać za niezwykle satysfakcjonującą lekturę.

Na ogromny plus należy zaliczyć drugą połowę "Cienia rycerza". Tutaj - nieco wbrew moim wcześniejszym słowom - musze przyznać, że pojawiło się wiele momentów, które przyciągnęło moją uwagę. Zdecydowanie należy je uznać za duży progres i kolejne potwierdzenie tego, że poprzedni tom był jedynie przygotowaniem czytelnika na historię, którą utworzył Sebastien de Castell. Przyznam szczerze, że jeśli cały drugi tom byłby taki jak jego druga połowa, to naprawdę byłaby to wyśmienita lektura. Połączenie ciekawego świata z doskonale skrojonymi bohaterami (aż do granicy irytacji!) i do tego zaskakującą intrygą to jest dokładnie to, czego oczekuję od książek takich jak ta. Co prawda nie otrzymałem jeszcze tej mieszanki w całości, od początku do końca, ale czuję, że autor jest w stanie to zrobić. Już ciekaw jestem jak mi się spodoba trzeci tom.

"- Czy zawsze beigniesz na oślep ku pewnej śmierci?
- Czasem maszeruje - powiedziała Darriana. - A co jakiś czas truchta. Jestem pewna, że jednego razu widziałam go zmierzającego powolnym spacerowym krokiem ku pewnej śmierci".

W niektórych miejscach można odnieść wrażenie, że Sebastien de Castell stworzył powieść młodzieżową. Nie wszystkie wątki są do końca sensownie spojone ze sobą, można również dostrzec parę nieścisłości (bo mimo wszystko dziurami logicznymi ich nazwać nie można), które zauważyć można błyskawicznie. W wielu młodzieżówkach widziałem dokładnie takie same "problemy" - autorzy nie przywiązują wagi do stworzenia jednolitej struktury fabularnej, w której ciężko się przyczepić do jakichkolwiek braków. W "Cieniu rycerza" część wydarzeń pozostawia wiele do myślenia, o czym sam autor nawet pisze, sprytnie wyjaśniając część z nieścisłości ustami poszczególnych postaci. Tak, jakby sam był ich świadomy, ale nie miał ochoty czegokolwiek z nimi zrobić.

Niestety pojawiło się parę brzydkich baboli po stronie redakcji i korekty. Normalnie nie zwracam już na to uwagi - pojedyncze przypadki zdarzają się w wielu książkach. Nawet potrójna korekta czasem coś jednak może przepuścić. Jednak problem pojawia się w przypadku, gdy pojawiają się słowa typu "urusł", a w dialogach część narracyjna nie jest zawsze odseparowana od samych wypowiedzi. Tutaj należy się duża żółta kartka dla Wydawnictwa. Zwłaszcza, że nie jest to egzemplarz czysto recenzencki (drukowany przed finalnymi korektami, z przeznaczeniem jedynie dla recenzji), tylko oficjalny druk puszczony do sprzedaży. A błędy nie są pojedyncze niestety...

"Cień rycerza" dał się poznać jako lektura lepsza niż poprzedniczka, dająca po raz kolejny duże nadzieje w stosunku do następnego tomu. Nie jest to bardzo ambitna i wymagająca lektura, jednak potrafi sprawić przyjemność. Młodzież powinna się bardzo ucieszyć z historii opisanej przez autora, chociaż dorośli również mogą dojrzeć w niej wiele pozytywnych cech. Nie jest to wciąż top wszech czasów, jednak daje nadzieje na coraz lepsze tomy. Oby tak dalej, a cały cykl będzie mógł liczyć na bardzo pozytywny odbiór.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Wielkie Płaszcze"