niedziela, 8 lipca 2018

„Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków” - Urszula Szczęch

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Urszula Szczęch
Tytuł: Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 130
Data wydania: 21 maja 2018


Czasem czuję wręcz wewnętrzną potrzebę sięgnięcia po coś cięższego, a przede wszystkim niebędącego czystą fikcją. Być może powiedzenie, że tematyka seryjnych morderców jest mi bliska byłoby zbyt dużym nadużyciem, jednak jeśli tylko trafię na artykuł lub inną publikację na ich temat, to z ogromnym zainteresowaniem do niej siadam. Ciekawi mnie w jaki sposób pracują umysły zarówno socjopatów, jak i psychopatów oraz jak daleko potrafi się posunąć człowiek w próbie tworzenia sztuki z zabijania (jakkolwiek chore by to nie było stwierdzenie). Urszula Szczęch napisała książkę, która jest czymś więcej niż tylko kolejnym zbiorem historii o sławnych seryjnych mordercach, więc bez długiego zastanawiania się wziąłem się za lekturę. Niestety spodziewałem się czegoś innego, chociaż nie mogę powiedzieć, że było bardzo źle.

Kim są seryjni mordercy? Czym się różnią od przeciętnego człowieka? Jaki jest wspólny mianownik wszystkich, którzy dopuszczają się tak ohydnego czynu, jak wielokrotne odbieranie życia innym ludziom. Czy da się zmienić ich sposób myślenia? Czy należy ich jak najszybciej usunąć ze społeczeństwa? Jak wyglądało życie znanych, seryjnych morderców i co wpłynęło na to, że zabijali? Na to oraz wiele innych pytań próbuje odpowiedzieć książka “Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków”. Podróż przez przyczyny i skutki morderstw dokonywanych z zimną krwią oraz często sprawiających niewysłowioną przyjemność ich sprawcom.

Książka dzieli się na trzy główne części, które starają się pokazać przyczyny, przez które człowiek “staje się” seryjnym mordercą, sposoby radzenia sobie z przestępcami dopuszczającymi się wielokrotnych morderstw oraz ukazują seryjnych morderców w świetle polskiego prawa. Od samego początku, czyli od psychopatologii seryjnych morderców mamy dużo mięsa. Potencjalne przyczyny, szalona przejażdżka po wpływach środowiskowych oraz biologiczno-chemicznych, dotyczących procesów zachodzących w ludzkim mózgu. Autorka przedstawia możliwości, które stać mogą za zmianami w osobowości, takimi jak urazy poszczególnych części mózgu. Pokazane są również historie znanych seryjnych morderców wraz z przybliżeniem ich dzieciństwa, które również mogło mieć wpływ na to, kim się stali.

Jedynym problemem w tej całej plejadzie przykładów, teorii i zwrotów w stylu “badania dowodzą” jest to, że… brakuje źródeł. Oczywiście czasem Urszula Szczęch bazuje na jakiejś książce, jednak w porównaniu z publikacjami nawet popularno-naukowymi, które miałem okazję w życiu czytać, to tutaj źródeł w ogóle nie ma. Co najgorsze, nie ma ich w przypadkach, w których autorka powołuje się na badania, które rzekomo czegoś dowodzą lub coś sugerują. Niestety nie wiadomo jakie to badania, musimy uwierzyć na słowo. Ale jeszcze gorsze jest podawanie źródeł w przypisach, które są wątpliwej jakości źródłami internetowymi, takimi jak jakiś dokument umieszczony w serwisie Chomikuj.pl czy nieistniejące już blogi umieszczane na darmowych platformach portali typu WP.pl. Na dodatek sugerując się datą ostatniego udanego, sprawdzonego dostępu, są to źródła z lat 2011 czy 2012 (sic!) - ciężko to nazwać wiarygodnymi źródłami i rzetelnym przygotowaniem się do tworzenia książki.

Książka sama w sobie jest dość nierówna. Nie chodzi tutaj o poszczególne części tematyczne, ale wręcz o każdy możliwy rozdział i akapit. Jest naprawdę sporo momentów, w których aż chce się czytać, gdzie autorka pokazuje konkrety i przedstawia fakty. Pojawiają się również fragmenty wywiadów z seryjnymi mordercami, z których można wynieść naprawdę wiele. Pada dużo nazwisk, zarówno polskich, jak i zagranicznych - postaci mniej lub bardziej znanych, którzy wsławili się niechlubnymi zbrodniami. Jest jednak również mnóstwo fragmentów, w których Urszula Szczęch całkowicie i jawnie chowa obiektywizm gdzieś w odmęty jakiegoś schowka i bezpośrednio wyraża swoje poglądy. Bez względu na to, jakie by nie były, wydźwięk większej części “Seryjnych morderców” obiecuje podejście na tyle rzetelne i bezstronne, na ile to możliwe. Fragmenty totalnej prywatny mocno więc kontrastują z całokształtem utworu.

Niezbyt zachęcające (czy nawet zbędne) są fragmenty dotyczące sytuacji seryjnych morderców w polskim prawodawstwie karnym. Liczyłem na prostą, ale ciekawą analizę, która pokaże czy to podstawowe zagadnienia, czy też jakieś niuanse dotyczące wielokrotnych zbrodni na życiu ludzkim, ale otrzymałem głównie paragrafową papkę napisaną czysto prawniczym, kompletnie niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka językiem. Artykuł za artykułem, paragraf za paragrafem - przepisy leciały wręcz jak z rękawa, bez praktycznie żadnego omówienia (oprócz tego czysto prawniczego). Pojawiły się chwile wytchnienia, które jednak szybko minęły, zastąpione przez kolejną serię z prawniczego karabinu. Niestety końcówka jest zdecydowanie najsłabszą stroną książki, bowiem czytelnik może nie zrozumieć zbyt wielu rzeczy. Ewentualnie musi usiąść i rozszyfrować prawniczy język na proste i zrozumiałe zdania.

“Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków” potrafi wywoływać ambiwalentne uczucia. Rzeczowe informacje przeplatane są prywatnymi poglądami, a do tego wiele razy jako źródła pojawiają się nieistniejące już, nieznane, prywatne blogi sprzed nawet siedmiu lat czy dokumenty na Chomikuj.pl. Czasem chłonie się książkę jak gąbka, a czasem ma się wrażenie bycia głazem po wodospadem. Wszystko po prostu spływa a biedny głaz by chciał jak najszybciej wytoczyć się spod strug wody. Ciężko jest mi wydać jednoznaczną ocenę, gdyż dla osób, które nie znają historii seryjnych morderców i nie wiedzą do czego potrafi być zdolny człowiek, to ta pozycja może być ciekawym wstępem do dalszego zgłębiania tematu. Chociaż - jak słusznie zauważyła autorka - mamy (jako ludzkość) zdecydowanie zbyt duży pociąg do zwyrodnialców odbierających życie innym ludziom.

Łączna ocena: 5/10


Za możliwość przeczytania dziękuję


czwartek, 5 lipca 2018

Co pod pióro w lipcu 2018

Witamy w drugiej połowie 2018 roku! Jak się czujecie? Lipiec, słońce, wakacje, jakaś plaża albo inne góry czy jeziora! Można się rozłożyć i czytać i w ogóle. Albo po prostu nie mieć wakacji i czytać w domowym zaciszu, względnie w ogrodowym zaciszu. :D Co kto woli i na co ma ochotę (lub po prostu możliwości). Lipiec planuję spędzić raczej bez żadnych ekscesów - wypady wakacyjne zazwyczaj planuję na sierpień lub wrzesień. Jakoś tak... chłodniej jest. Zwłaszcza, że lubię pozaglądać w różne rejony Polski (tak, wiem, że koszty wyjazdu za granicę są podobne :P), więc staram się dostosować do pogody panującej w naszym kraju. Jakichś dziwnych zawirowań więc nie powinno być w mojej codziennej rutynie, z tego więc powodu raczej zaskoczenia żadnego w tym poście nie będzie!

Klasycznie, jak co miesiąc ostatnio, przedstawiam cztery pozycje, których możecie się spodziewać na blogu. :) Jest więcej niż prawdopodobne, że się one pojawią, chociaż historia już pokazywała, że potrafi płatać figle. Raczej tematycznie wciąż będę się obracał wokół fantastyki (zwłaszcza, że wjeżdża z hukiem nowa część World of Warcraft!), ale chcę sobie też koniecznie zrobić przerwę na odrobinę kryminału. Do tego - już poza oficjalnym zestawieniem - obiecałem autorowi "Wyśnionej jedenastki", Pawłowi Fleszarowi, że zapoznam się chociaż z fragmentami jego kryminału, którego nie wiem czy nie można przypadkiem zakwalifikować do thrillera sportowego. Ogólnie książka w formie papierowej dostępna jest dla każdego pod tym adresem, ale nie chciałem jej polecać bez zapoznania się (bardzo tego nie lubię, zwłaszcza jeśli nie znam autora i tego, na co go stać), jednak już zdecydowanie za długo z tym zwlekam pod naporem innych książek. Nie obiecuję, ale już publicznie ogłaszam, że mam to do zrobienia! A na razie przy okazji załączam link do publikacji - jeśli tylko macie ochotę sami się przekonać, to zapraszam! Tak akurat pod ten mundial!

A tymczasem przejdźmy do listy czterech pozycji, które planuję przeczytać w lipcu, a co za tym idzie - będziecie je mieli szansę zobaczyć na łamach bloga! :)

"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch
"Tajemnica Godziny Trzynastej" - Anna Kańtoch

Miałem ją przeczytać w czerwcu, jednak się nie udało. Trzecia część trylogii "Tajemnicy Diabelskiego Kręgu" musiała więc poczekać do lipca, jednak już pisząc ten post pod koniec czerwca, wiem że ją przeczytam tym razem. Po prostu jestem już w trakcie. :) Kolejne przygody grupki znajomych obdarzonych niezwykłymi mocami przede mną, a Wy już niebawem dowiecie się, co o nich tym razem sądzę.

"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden
"World of Warcraft: Cisza przed burzą" - Christie Golden

To już kolejna książka z serii World of Warcraft, która pojawia się na polskim rynku - tym razem mamy do czynienia z dziełem Christie Golden, której książki mieliście okazję poznać na moim blogu. Firma Blizzard wypuszcza niebawem kolejny dodatek do gry World of Warcraft - "Battle for Azeroth". To właśnie na tym dodatku skupia się najnowsza powieść autorki "Narodzin Hordy". Mam nadzieję, że po raz kolejny będzie to uczta dla wyobraźni. ;)

"Dolores Claiborne" - Stephen King
"Dolores Claiborne" - Stephen King

Tak, nie samą fantastyką ogólnie pojętą żyje człowiek. Kolekcja Kinga się u mnie rozrasta i czasem brakuje mi odskoczni od wydarzeń nadprzyrodzonych w formacie "fantastycznym" - chciałoby się bardziej "mrocznie". A King to potrafi zapewnić. Tym razem więc sięgnę po historię męża Dolores Claiborne, która przydarzyła się mu w 1963 roku... :)

"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch
"Seryjni mordercy. Suma wszystkich lęków" - Urszula Szczęch

Mordercy byli wśród ludzi od zarania dziejów. Nawet szczątki ludzi sprzed kilkunastu tysięcy lat noszą ślady sugerujące brutalne odebranie życia przez innego człowieka. Seryjni mordercy od wielu lat zaprzątają głowę psychologów i psychiatrów, a także przeciętnych ludzi - dlaczego to robią i czy jest jakaś szansa na to, aby zaprzestali swojego procederu. Będę miał okazję zapoznać się z tym, co ma na ten temat do powiedzenia Urszula Szczęch w swojej książce.

środa, 4 lipca 2018

[KONKURS] WYNIKI Konkursu „Łzy Mai”

Źródło: Lubimy Czytać
Całkiem niedawno - chociaż było to tak naprawdę w poprzednim miesiącu - ogłosiłem wspólnie z Wydawnictwem Uroboros (które jest Fundatorem nagród) konkurs, w którym do wygrania są dwa egzemplarze powieści Martyny Raduchowskiej "Łzy Mai". Dzisiaj jest premiera tej książki, więc idealny moment na ogłoszenie wyników! Konkurs był z tych "kreatywnych", w których uczestnicy musieli choć trochę wysilić szare komórki i nie tylko zdobyć się na nieco dłuższą wypowiedź, ale również na sprawdzenie swoich sił w wymyślaniu nowych technologii! Przypomnijmy zadanie konkursowe, z którym zmierzyli się uczestnicy:

Cybernetyczny policjant to wciąż obszar niemalże niemożliwy do pełnego wdrożenia zgodnie z obowiązującym zakresem wiedzy i umiejętności ludzkich. Być może kiedyś jednak stanie się on faktem. Być może Raport Mniejszości stanie się codziennością. A być może pojawią się inne wspomagacze wymiaru sprawiedliwości. A jak Ty myślisz, jaka technologia/aplikacja/urządzenie mogłoby pomóc całego wymiarowi sprawiedliwości - począwszy od policjantów, a na sędziach czy strażnikach więziennych zakończywszy - w utrzymywaniu ładu i porządku w pełni scyfryzowanej przyszłości? Zastanów się i opisz pokrótce taką rzecz w e-mailu, który wyślesz na adres zpiorem@gmail.com, a może to Ty zdobędziesz jeden z dwóch egzemplarzy "Łez Mai"! Pamiętaj, że jedną z odpowiedzi wybierze autorka, Martyna Raduchowska. Bądź kreatywny i innowacyjny!

Czy było ono łatwe? Nie wiem. Czy wszyscy, którzy się zgłosili, sprostali wyzwaniu? Zdecydowanie! Przesłane odpowiedzi były przeróżne, jednak wszystkie były innowacyjne na swój sposób. Albo poprzez niezwykłe zastosowanie technologii już istniejących, lub poprzez wymyślenie całkiem nowej, która nie śniła się jeszcze prawie nikomu. Jak jednak wiemy, tylko dwie osoby mogą stać się posiadaczami "Łez Mai" - książki, która dzisiaj ma swoją premierę! 

Jedną z odpowiedzi wybrała autorka - Martyna Raduchowska. Jedną ja. Każda z tych odpowiedzi jest wyjątkowa oraz wyselekcjonowana według zupełnie innych kryteriów - oczywiście w pełni subiektywnych. Zapewne jednak mało kto czyta ten tekst i szuka wzrokiem już zwycięzkich zgłoszeń, więc może je po prostu wkleję, o tutaj:

Odpowiedź na zadanie konkursowe w postaci mikroopowiadania:
*
– Dobry, panie komendancie, można?
– Pollock, to znowu ty? Ostatnio chyba jasno daliśmy wam do zrozumienia, że mamy dość waszych eksperymentalnych wynalazków. Bajzel jaki zrobiłeś ze swoimi Biominderami musieliśmy sprzątać tygodniami.
– Tym razem odstąpiliśmy od angażowania SI. Zrozumieliśmy, że stawianie w tak delikatnych sprawach na androidy nie jest dobrym pomysłem.
– Rychło w czas. No dobra, pokazuj co tam masz. Byle szybko. Mam nawał holodokumentologii na łbie. Masz pięć minut. I bez fajerwerków, proszę.
– Robi się.
Pollock postawił na biurku komendanta neseser. Podejrzanie lekki neseser. Nie podobało się to komendantowi.
– Po ostatnim pokazie spodziewałem się czegoś dużego – rzekł komendant.
– Teraz postawiliśmy na skalę mikro-nano.
Pollock otworzył neseser i wyjął z niego dwie pięciomililitrowe buteleczki wypełnione przezroczystym płynem.
– Co to jest?
– Krople do oczu.
– I co w nich takiego niezwykłego, że miałbym się nimi zainteresować?
– Nie będę zanudzał szczegółami, ale krótko. Nazwaliśmy je NeoSyntran. Mamy tu pokaźną mieszankę neuroprzekaźników poprawiających przewodzenie na linii intrabiolensy-mózg. Bez dodatkowych modyfikacji ingerujących w strukturę oka. Neurochemia poprawia czułość soczewek na wykrywanie najmniejszych zmian bioelektrycznych skóry i narządów wewnętrznych. Przed okiem nie umknie minimalna zmiana w mimice rozmówcy. Oczywiście krople jednocześnie poprawiają właściwą interpretację sygnałów. Dotychczasowe urządzenia i wszczepy tego nie dają, a przecież najważniejsze są właściwe decyzje podejmowane w ułamkach sekundy, prawda? Nie tylko w sytuacjach badania prawdomówności. Ocena wszelkiej sytuacji w waszej pracy może decydować o życiu.
– No Pollock, pięknie to brzmi. Na jakim etapie jest to ustrojstwo?
– Wstępnym, ale dobrze rokuje.
– Pollock... – Komendant westchnął ciężko. – Jeżeli to nieprzebadany prototyp czegoś, co dopiero powstanie, zabieraj mi to stąd. Nie zrobisz z nas obiektów doświadczalnych.
– Ale wstępne testy mamy za sobą. NeoSyntran działa. Na pewno organizm świetnie sobie z nim radzi. Oczywiście występuje szereg skutków ubocznych, ale właściwie wiemy już jak je wyeliminować.
– Skutki uboczne tego twojego Nanotranu możesz zaraz sam poczuć.
– NeoSyntranu.
– Wynocha! – Komendant podniósł się z krzesła.
Pollockowi nie trzeba było powtarzać raz jeszcze. Wrzucił buteleczki do kieszeni i porwał ze stołu neseser. Nim wyszedł i zamknął za sobą drzwi usłyszał jeszcze:
– Wróć, gdy będziesz miał to skończone i będziesz pewny, że pozwoli nam załatwić cały szajs, jaki jest na zewnątrz, bym w końcu przestał używać holookien, bez których na widok ulic chcę mi się rzygać!
*

Policjant przyszłości. Superstróż. Przez tak wiele lat wzbranialiśmy się przed tą zmianą, lecz ten moment musiał nastąpić. Delikatna modyfikacja, która sprawia, że możliwości funkcjonariusza poszybowały w górę niczym najnowsze odrzutowce.
Wszczepy. Dokładniej wszczepy oczne, które zastępują tak bardzo zawodny zmysł wzroku - upośledzony i nieprzystający do obecnych czasów. Nawet zwierzęta są pod tym względem doskonalsze od genetycznej ułomności człowieka. Przyszła jednak pora na zmianę.  
Automatyczna modyfikacja przesłon pozwala na niemal natychmiastowe dostosowanie się do warunków oświetleniowych. Problemem przestają być też skrajności - sensory, które wykryją całkowity brak źródeł światła włączą tryb noktowizji; algrorytmy Bohmanna w ciągu ułamków sekund zamykają przesłony, by zapobiec oślepieniu. Wewnętrzna konstrukcja luster umożliwia jednoczesne skupienie ostrości na większej liczbie elementów, a także pozwala na kilkukrotne, bezutratowe przybliżenie obrazu.
Dodatkowo, we wszczepach wydziałów śledczych i prewencyjnych zamontowane zostały czujniki różnofalowe, dzięki którym funkcjonariusz jest w stanie wykorzystać przewagę płynącą z postrzegania fal podczerwonych i ultrafioletowych.
Elementem wzbudzającym najwięcej kontrowersji są jednak wprowadzone ukradkiem (opinia publiczna dowiedziała się o nich po tragicznej śmierci funkcjonariusza w 2077) optiskanery. Według oficjalnych danych mają one porównywać twarze przechodniów z dostępnymi w archiwach listami gończymi i portretami pamięciowymi. Informacje, które niedawno upubliczniła grupa Hack_T mówią jednak o tworzeniu kompleksowej bazy danych - według grupy skanowane są twarze wszystkich przechodniów, dzięki czemu Baza jest w stanie niemal na bieżąco śledzić pozycję wszystkich obywateli, obchodząc w ten sposób niesławny zapis 98. dotyczący zakazu potajemnego trackingu. Czy to jednak tak wielka cena za najniższe w historii statystyki przestępstw na ludziach? Jedno jest pewne. Oczy sprawiedliwości nigdy jeszcze nie były tak czujne i dokładne jak teraz.


Serdecznie gratuluje! Zgodnie z informacją w poście konkursowym niezwłocznie za moment odezwę się do zwycięzców z prośbą o adresy do wysyłki nagrody! Do spisania!


poniedziałek, 2 lipca 2018

Podsumowanie czerwiec 2018

Pół roku! Tak! Jesteśmy w połowie drogi do kolejnego Sylwestra! Cieszycie się? Każdy by się cieszył! Chociaż nie wiem dlaczego... :D I tak, klasycznie zaczynam od odliczania czasu zarówno minionego, jak i tego, który dopiero przed nami. Tak jakoś mi się już to utarło, że muszę sobie na zmianę ponarzekać i pozachwycać się nad upływem czasu - w końcu wczoraj robiłem podsumowanie maja, prawda? Czy tylko mi się tak wydaje? W każdym razie patrząc na to, że jest koniec czerwca, zadowolony jestem (książkowo) z jednej rzeczy na pewno - z postępów w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu. Naprawdę całkiem nieźle jak na razie mi to idzie i mam nadzieję, że tempa nie zmniejszę. Nigdy nic nie wiadomo, ale trzeba być dobrej myśli! Jak do tej pory się dało, to czemu miałoby się nagle nie dać?

Czerwiec nie był aż tak mocno upalny (przynajmniej przez jego większą część), co mnie bardzo cieszy. Jestem człowiekiem, który nie przepada za temperaturami przekraczającymi dwadzieścia stopni Celsjusza. Druga połowa czerwca była więc dla mnie wręcz idealna! Nie powiem, że jakoś mocno sprzyjała czytaniu, bo ogólnie cały miesiąc był dla mnie dość... zapchany różnymi zajęciami i wyjazdami. Ale jakoś się udało mniej więcej utrzymać dotychczasowe nawyki czytelnicze, które się przełożyły na dość stabilne wyniki w poniższych wykresach w stosunku do poprzednich miesięcy. Ot, wieczorne czytanie tuż przed snem, czasem w weekend z samego rana i wychodzi tyle, ile wychodzi.

Zacznijmy więc od wykresów dotyczących liczby książek, stron i takie tam:



Jak widzicie mniej więcej poziom został utrzymany. No, może bardziej "mniej" niż "więcej", ale wyjazdy nie sprzyjały czytaniu - to nie były te typy, w których można sobie podczas podróży pociągiem poczytać czy rozłożyć się potem gdzieś na plaży albo w parku. Ale i tak jestem zadowolony z tego, że udało się tak czy siak trochę czasu na taką sielankę wygospodarować, bo to niesamowicie odpręża. Nawet i dwadzieścia minut tuż przed legnięciem jak trup w łóżku. :D



Jak widzicie, statystyki wejść nawet lepsze niż w poprzednim miesiącu. ;) W sumie wnioski oczywiste. Trochę kierowania ruchu ze stron Wydawnictw oraz konkurs. Chociaż w tym wszystkim ciekawi mnie około 27% użytkowników, którzy przeglądarki przedstawiły się jako "francuskie", że to tak bardzo prosto ujmę. Tak, Google Analytics twierdzi, że około 27% użytkowników nie tylko używa języka francuskiego i pochodzi z Francji, ale dokładnie wszyscy z Paryża. Ciekawostka taka. :) Dalsza analiza dostawcy tych użytkowników pozwoliła mi na wyciągnięcie dwóch wniosków, które jednak pozostawię dla siebie jako czyste spekulacje. W każdym razie Google Analytics po raz kolejny pokazuje jakie jest potężne i co można wywnioskować z pozornie niezbyt sensownych danych.



O tak, to jest to, o czym wspominałem. Ponad 50%, z zapasem około 6%, to nie tak zły wynik - napawa optymizmem na pewno. Zaparłem się, żeby to jedne, jedyne wyzwanie ukończyć kiedyś i jak na razie wszystko wskazuje, że się wreszcie uda w 2018 roku. O nagle nie okaże się, że coś poszło nie tak w drugiej połowie roku. W końcu i tak może być. ;)



Jak widzicie też niezbyt zaszalałem w minionym miesiącu. Mam na razie co czytać, można powiedzieć nawet, że spore zapasy. Nie chcę więcej robić dodatkowych zakupów (nie licząc paczki z prenumeratą kolekcji Kinga - kubek dorzucają, a i jednak łatwiej jest poczekać grzecznie na listonosza niż zasuwać do kiosku/salonu), najpierw muszę przeczytać to, co mam. Inaczej utonę w książkach, ale tych nieprzeczytanych. :)

Poniżej, jak zwykle prawie na końcu, możecie znaleźć listę opinii o książkach, które udało mi się przeczytać w ostatnim miesiącu.

1. "Gliny z innej gliny" - M. Wroński
2. "Będzie bolało" - A. Kay
3. "Triskel. Gwardia" - K. Chodorowska
4. "Moja europejska rodzina" - K. Bojs
5. "Łzy Mai" - Martyna Raduchowska

Google Analytics tym razem twierdzi, że najwięcej wejść pojawiło się z (uwaga, uwaga, niespodzianka!) bloga Niekulturalnie.pl prowadzonego przez jedną z najbardziej złośliwych bestii jakie znam, czyli Kasię! Natomiast najpopularniejszym wpisem w tym okazał się post z konkursem, w którym do wygrania są dwa egzemplarze "Łez Mai"!

sobota, 30 czerwca 2018

[PREMIERA] "Łzy Mai" - Martyna Raduchowska

"Łzy Mai" - Martyna Raduchowska
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Martyna Raduchowska
Tytuł: Łzy Mai
Wydawnictwo: Uroboros
Stron: 416
Data wydania: 4 lipca 2018


Ze względu na branżę, z którą związany jestem zawodowo, pochłaniam niemalże hurtowo wszystko co jest związane z nowymi technologiami, jak również ich przyszłością. Nieważne czy są to artykuły przedstawiające potencjalne możliwości, jakie rysują przed nami naukowcy, czy też po prostu nie mająca żadnego związku z rzeczywistością, fikcyjna historia opierająca się na owocach wyobraźni. “Łzy Mai” wpasowują się w tę tematykę, więc z wielkim zapałem sięgnąłem po książkę Martyny Raduchowskiej. Spodziewałem się lekkiej lektury osadzonej w przyszłości i w sumie mniej więcej to otrzymałem.

Postępująca cyfryzacja daje się odczuć nawet w policji. Cybernetyczny policjant jest w stanie zastąpić niemalże wszystkich pracowników wydziału dochodzeniowego, o czym boleśnie przekonuje się Jard Quinn. Jest jednak jeszcze zbyt wcześnie, aby sztuczna inteligencja przejęła w pełni zadania policji. Riot Shield nie jest w stanie bowiem schwytać mordercy, który sieje postrach w całym mieście. W tym momencie do akcji wkracza Quinn wraz ze starodawnymi metodami. Nie byłoby jednak tej historii, gdyby okazało się to takie proste. Ciężko jest sprawować obowiązki detektywa będąc na skraju szaleństwa.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy już na samym początku było nawiązanie do jednego z najsłynniejszych dzieł Philipa K. Dicka - “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach” wraz z ekranizacją w postaci “Łowcy androidów”. Słowo “replikanci” zdecydowanie nawiązuje do tych kultowych dzieł, a na pewno je jako pierwsze przywodzi na myśl. Ciężko jednak znaleźć lepsze określenie na przedstawione przez autorkę androidy, które występują w “Łzach Mai”. Są jednym z elementów świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską, a który to świat potrafi przyciągnąć wcale nie gorzej niż znane nam uniwersa obejmujące w swoich założeniach cybernetyczną i technologiczną pieśń przyszłości. 

“Otóż sprawca ze strachu pocił się pod tą kominiarką, w pewnym momencie przetarł kark i policzki urękawiczoną dłonią, a potem podjął jeszcze jedną beznadziejną próbę sforsowania drzwi. Kiedy tą samą ręką dotknął klamki, cyberzarządca przeanalizował DNA zawarte w kroplach potu oraz komórkach naskórka i natychmiast przesłał nam jego dane personalne”.

Stworzony przez autorkę świat należy na pewno do mocnych stron tej powieści. Potrafi być jednocześnie skomplikowany oraz prosty - zupełnie nieznane nam i kompletnie nowe technologie mieszają się ze znanymi schematami. Wszystko ma swoje miejsce w szeregu, chociaż Czytelnik nie jest zalewany potokiem nowych słów i sformułowań. Co prawda czasem niektóre z definicji nie są zagnieżdżone w tekście w sposób naturalny (nieco przypominają wyrwane z kontekstu teksty z encyklopedii), ale jest to jedynie lekka bolączka samego początku powieści. Można rzec, że cały świat jest taki “w sam raz”. Ani nie przytłacza, ani nie jest zbyt prostolinijny. Ciężko jest się pogubić w nowinkach technologicznych, a autorka raczej unikała używania neologizmów - wszelkiego rodzaju nowe przedmioty czy technologie opisywane są w wykorzystaniem znanych nam słów.

Autorka w swojej książce poruszyła dość ciekawe zagadnienie. Pierwsze wydanie książki pojawiło się w 2015 roku, kiedy rozwój technologii dopiero przechodził z kłusa w galop, ale cwał obserwujemy dopiero teraz. Jak można wyczytać z samego opisu, w świecie przedstawionym przez Martynę Raduchowską, prawa strzeże Riot Shield - cybernetyczny policjant, który tak naprawdę jest rozproszonym systemem złożonym z wielu elementów, rozsianych po całym mieście. W pewnym momencie technologia zawodzi i go akcji wkroczyć muszą starodawne metody policyjne. W trakcie lektury problem staje się jednak o wiele bardziej złożony, ponieważ do samego faktu chwilowej niedyspozycji części systemów, dochodzi również temat transhumanizmu oraz jego wpływu na jednostki, jak i całe społeczeństwo. Co ciekawe, autorka unika skomplikowanych opisów natury egzystencjalnej i skupia się na prostym przekazaniu paru podstawowych zastrzeżeń, które pojawiają się w wojnie pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami transhumanizmu.

Tutaj należy przedstawić Jareda Quinna - porucznika policji z New Horizon, człowieka po przejściach, cierpiącego na syndrom stresu pourazowego. Jeśli chciałoby się rozpisać jego profil psychologiczny w postaci choćby prostej mapy, to moglibyśmy utonąć w gąszczu zależności. Zwłaszcza jeśli ktoś podjąłby próbę zestawienia cech porucznika Jareda sprzed krwawej rzeźni w Beyond Industries, opisywanej na pierwszych stronach książki, z jego późniejszym jestestwem. Co prawda brakuje tej postaci pewnego jawnego skomplikowania i mocniejszego podkreślenia zawiłości jej psychiki, ale jeśli tylko pozwolimy na to, by w naszym umysłach wykreował się obraz stworzony na podstawie informacji z “Łez Mai”, to ujrzymy dość ciekawy umysł. Używam w tym przypadku słowa “ciekawy” z pełną premedytacją, bowiem jest on jednocześnie nieskomplikowany oraz pełen wewnętrznych sprzeczności i walk. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jawi się on wprost, ponieważ autorka zdecydowanie postawiła na nie komplikowanie spraw bardziej, niż jest to absolutnie wymagane. Jeśli więc liczycie na niesamowicie wyrazistą postać, która wręcz wierci sobie dostęp do naszego świata przez kartki, to nie jest to ten typ. 

“Błądzić jest rzeczą ludzką, a to, co nieludzkie, mogło się potknąć tylko pierwszy i zarazem ostatni raz”.

“Łzy Mai” mogą być w obliczu pewnego rodzaju prostoty uznane za książkę, która nie wyczerpuje tematu z ogromnym potencjałem. Oczywiście mamy mnóstwo szczegółów zarówno o świecie, jak i problemie zawierzenia zdrowia, życia oraz kontroli nad nim zdobyczom najnowszych technologii, jednak nie są w pełni wyczerpane. Dla mnie to akurat ogromny plus powieści Martyny Raduchowskiej - nie przytłacza Czytelnika ponurymi i trudnymi rozważaniami, tylko skupia się na ogóle poszczególnych problemów i pozostawia wiele do własnej interpretacji. W końcu tematyka zarówno cwałującego postępu technologicznego, jak i związanego z nim rozwoju sztucznej inteligencji oraz transhumanizmu potrafi być naprawdę ciężka i wyczerpująca umysłowo. A nie o to chodzi w tej powieści - oprócz dotknięcia wspomnianych tematów, mamy przede wszystkim zagadki kryminalne.

Cała otoczka technologiczna to jedynie tło dla głównego wątku, czyli zagadki kryminalnej związanej nie tylko z tajemniczymi morderstwami, ale w pewnym sensie również bezpośrednio głównym bohaterem, porucznikiem Jaredem Quinnem. Mało tego - autorka jasno daje nam do zrozumienia, że pojawi się kontynuacja (chociaż obecnie wiemy o tym doskonale z materiałów prasowych), którą ciężko będzie czytać bez znajomości pierwszego tomu. Sama budowa całej intrygi jest klasyczna - pierwsze podejrzenia, zatarcie tropu, zwrot akcji, powtórzyć to razy kilka aż dojdziemy do zakończenia. Jednak to, co wyróżnia “Łzy Mai” na tle innych, typowych kryminałów, to właśnie tło oraz możliwości, jakie ono daje. Nie bez znaczenia są również nowe gałęzie prawa, które można wykorzystać w świecie pełnym cyborgów, robotów oraz androidów. Wszystko to daje pewien powiew świeżości, nawet jeśli w tle umysłu pojawia się nam informacje “ale to już było”. Było, ale w takiej formie niezbyt często.

W ogólnym rozrachunku jest to ciekawa i wciągająca książka, chociaż nie przykuła mojej uwagi od samego początku do końca. Czasem można pokręcić nosem na nazwy nowych technologii, chociaż Martyna Raduchowska zdecydowanie dała sobie radę z tworzeniem świata pełnego cyfryzacji oraz cyborgizacji. Drugą część z chęcią przeczytam i liczę na to, że będzie jeszcze lepsza, z jeszcze większą ilością mięsa kryminalnego oraz jeszcze lepszymi zwrotami akcji. Przyznam szczerze, że to, czego mi bardzo brakowało to mapy New Horizon - miasto jest na tyle rozbudowane, że aż chciałoby się zerknąć na to, jak wygląda na papierze. Zwłaszcza kiedy pojawiają się retrospekcje czy opisy wydarzeń w poszczególnych dzielnicach. Dobre podwaliny do kolejnej historii, którą ujrzymy już niedługo.

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Czarne światła”

niedziela, 24 czerwca 2018

"Moja europejska rodzina" - Karin Bojs

"Moja europejska rodzina" - Karin Bojs
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Karin Bojs
Tytuł: Moja europejska rodzina
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Stron: 448
Data wydania: 23 maja 2018


Ostatnio temat genetyki w odniesieniu zarówno do przodków samych Polaków, jak i Europejczyków, potrafi wywołać sporo kontrowersji. Zwłaszcza hasło “turbosłowianie” potrafi wywołać naprawdę skrajne emocje, a genetyka jest niemalże do niego przyklejona na stałe. Z jednej strony więc odrobinę obawiałem się wydźwięku, jaki ma “Moja europejska rodzina”, jednocześnie jednak miałem nadzieję, że jest to coś zdecydowanie bardziej naukowego i stonowanego. Moje nadzieje zostały ogólnie rzecz ujmując spełnione. Od samego początku było dużo mięsa naukowego, razem z akcentowaniem co jest faktem, a co jedynie hipotezą czy wręcz insynuacją nie potwierdzoną badaniami. Ten trend utrzymał się praktycznie do samego końca.

Wszystko ma jakiś swój początek - ludzie również. Nie od zawsze na całej Ziemi było nas aż tylu, a bywały nawet czasy, w których byliśmy gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Wycieczka po historii człowieka rozumnego - Homo sapiens - może być niesamowicie inspirująca i ukazująca jak bardzo genetyka rozwinęła się na przestrzeni lat. Nie tylko jesteśmy w stanie prześledzić swoje pochodzenie do paru pokoleń wstecz, ale również określić z dużym prawdopodobieństwem jak wyglądały wędrówki poszczególnych grup ludzi kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Karin Bojs zabiera nas w taką właśnie podróż, pełną niezwykłych, choć znanych już od dawna faktów, a także całkowicie nowych odkryć.

"Dwie złote płytki, które zdobiły symetrycznie krawędź dysku - obecnie jednej z nich brakuje - są późniejszymi dodatkami, których zasięg na okręgu wynosi osiemdziesiąt dwa stopnie, czyli dokładnie tyle, ile dzieli zachód słońca w dzień przesilenia letniego od zachodu słońca w dzień przesilenia zimowego na szerokości geograficznej Nerby".

Tytuł tej książki jest dość mocno sugerujący próbę przebrnięcia przez drzewo genealogiczne aż do tych pięćdziesięciu czterech tysięcy lat wstecz, co jest oczywiście praktycznie niemożliwe (co zresztą autorka sama wielokrotnie podkreśla w swoim dziele). Nic więc dziwnego, że byłem trochę sceptycznie nastawiony do “Mojej europejskiej rodziny”. Jeśli dorzucimy do tego to, o czym wspominałem w pierwszym akapicie - modę na udowadnianie, że pewne narody/plemiona/grupy pochodzą od najwspanialszych wojowników i najbardziej twardych przedstawicieli gatunku ludzkiego, to nie mamy zbyt optymistycznego obrazu. Na całe szczęście wszystko to nie ma zastosowania do historii, którą opisała Karin Bojs. Jest to bowiem rzeczywiście historia człowieka współczesnego, w której poszukiwania samej autorki są jedynie motorem napędowym.

Od wielu miesięcy słucham regularnie podcastów, a jednym z tych, którego stare odcinki znam niemalże na pamięć jest podcast “Nerdy Nocą”. Można w nim znaleźć między innymi podzieloną na części historię człowieka począwszy od pierwszych naszyjników, igieł sprzed czterdziestu tysięcy lat oraz wpływie badania wszy na rozwój człowieka aż po… jeszcze niedokończone, jednak zatrzymane na piramidach egipskich dzieje. Naprawdę dużo mięsa naukowego. “Moja europejska rodzina” właśnie z tym zaczęła mi się kojarzyć już po kilkudziesięciu stronach. Niemalże identyczna historia, jednak z ogromną ilością szczegółów (wszak zwyczajnie na papierze jest więcej miejsca niż czasu w godzinnej audycji), która wygląda jak pewnego rodzaju rozszerzenie tego, czego dowiedziałem się słuchając jak Kaja zadaje pytania, a Zły Major Witek na nie odpowiada, przedstawiając poszczególne etapy rozwoju człowieka współczesnego.

"Powszechna jest opinia, że choroby, rozwarstwienie społeczne, wojny i wszelkie inne nieszczęścia spadły na nas, kiedy porzuciliśmy życie łowców i przeszliśmy do gospodarki rolniczej".

Mimo ogromnej ilości naukowych faktów, teorii, hipotez, jak również zwracania uwagi na mniej naukowe insynuacje, styl książki jest zdecydowanie dostępny dla każdego. Karin Bojs postanowiła oblec twarde dane miękką otoczką, na którą składa się jej poszukiwanie swoich korzeni. Z książki dowiemy się, że naprawdę pragnęła prześledzić swoje drzewo genealogiczne tak szczegółowo jak się tylko da, nawet jeśli od pewnego momentu ta szczegółowość kończy się na dowiedzeniu się, do której haplogrupy należy. Oraz w jaki sposób mogły wyglądać trasy wędrówek osobników najbliżej z nią spokrewnionych. Nie mogło zabraknąć na końcu książki mnóstwa przypisów, wyjaśnień oraz krótkiego słowniczka. Większość odniesień, które widzimy w tekście, wyjaśniane są na końcu przez redaktora naukowego, dr Małgorzatę Bonar. Wyjaśniane to może trochę za dużo powiedziane - zebrana została bibliografia prac naukowych, które zawierają opracowania wymienionych przez autorkę wniosków. O części z nich Karin Bojs wspomina sama w treści książki, a cała reszta zawarta jest na jej końcu, we wspomnianej liście publikacji.

Na ogromny plus jest dość rozsądne podejście do faktu, że po “Moją europejską rodzinę” mogą sięgnąć ludzie nawet i za kilka lat. Nauka brnie do przodu jak taran i często okazuje się, że otwiera zupełnie nowe drzwi, o których nigdy wcześniej nie śniło się żadnym naukowcom. W związku z tym część informacji może być nieaktualnych za jakiś czas. Karin Bojs uczciwie informuje i podkreśla w niektórych przypadkach, że opisywany przez nią stan ma miejsce w chwili pisania książki. Część badań jest jeszcze w trakcie, więc nie do końca można mówić o jasnych wynikach, a Czytelnik nie jest wodzony za nos i nie jest mu wmawiane, że punkt widzenia autorki jest jedynym słusznym. Takie podejście zwiększa zaufanie do książki oraz pracy wykonanej przez szwedzką dziennikarkę i ukazuje jej rzetelność. Oczywiście wszystkie prace można zweryfikować, ponieważ - jak zostało to już wspomniane w poprzednim akapicie - lista publikacji, na których opiera się autorka znajduje się na końcu książki.

"Najstarszy znany wizerunek pojazdu kołowego zdobi terakotowe naczynie znalezione na terenie obecnej Polski, datowane na pięć tysięcy sześćset lat".

Oczywiście “Moja europejska rodzina” to nie jest zlepek sztywnego, naukowego języka, ciężkiego do przetrawienia. Autorka podaje mnóstwo przykładów z życia wziętych lub w postaci krótkich, zmyślonych opowieści, które mają przedstawić potencjalne dzieje znaleziska lub zjawiska. W wielu miejscach pozwala sobie również na bardzo lekkie podejście do tematu i wplata pomiędzy fakty jej osobiste odczucia w stosunku do osób, z którymi miała okazję rozmawiać. A przebyła niemalże pół Europy robiąc wywiady z osobami ze świata naukowego, które miały wpływ na wiele najnowszych odkryć. Jako ciekawostkę można dodać, że odwiedziła również Polskę, a dokładniej naszą byłą stolicę królów - Kraków. Nie brakuje również informacji o osobach, które nie przyniosły chluby światu nauki lub wręcz powodują, że niektóre z dopiero kiełkujących gałęzi nauki pojawiają się na językach ludzi w negatywnym kontekście. W takich przypadkach Karin Bojs zwraca uwagę na to, co powinno najważniejsze w danym aspekcie i dlaczego świat naukowy stara się odciąć od takich osób.

Jeśli chcecie poznać czym jest współczesna genetyka i w jaki sposób pomaga odkrywać historię ludzkości sprzed wielu tysięcy lat, to “Moja europejska rodzina” jest książką dla Was. W niezwykle przyjemny, ale i rzeczowy sposób odpowiada na wiele pytań i ukazuje ewolucję nauki na przestrzeni lat. Przybliża podstawowe pojęcia używane w przypadku wykorzystywania genetyki do badania historii ludzkości i wskazuje najważniejsze odkrycia oraz wnioski, które nasuwają podczas badań. Wszystko podane w naprawdę przystępny sposób wraz z odpowiednią bibliografią. A jako wisienka na torcie autorka ukazuje odtworzoną historię swojej rodziny aż do XVII wieku - częściowo udało się to właśnie dzięki badaniom genetycznym. Prehistoria ściera się z czasami współczesnymi, a wiele niewiadomych ostatecznie otrzymuje swoje rozwiązanie.

Łączna ocena: 8/10


środa, 20 czerwca 2018

[KONKURS] "Łzy Mai" Martyny Raduchowskiej

"Łzy Mai" Martyna Raduchowska
Źródło: Lubimy Czytać
Krótko, zwięźle i na temat: mam dla Was dzisiaj konkurs organizowany wespół z Wydawnictwem Uroboros, które jest sponsorem nagród, które możecie wygrać! Chodzi o dwa egzemplarze "Łez Mai" - pierwszej części cyklu "Czarne Światła", którego autorką jest Martyna Raduchowska! Być może kojarzycie autorkę z takich tytułów jak "Szamanka od umarlaków" czy też "Antologia opowiadań o Opolu: Festiwal Natchnienia". "Łzy Mai" również mogły obić się Wam o uszy (albo nawet i o oczy), gdyż nie jest to pierwsze wydanie tej powieści. Premiera, która odbędzie się 4 lipca 2018 roku będzie ponownym wydaniem powieści, tym razem pod skrzydłami Wydawnictwa Uroboros, ponieważ - mam nadzieję, że Wydawnictwo mnie nie będzie chciało zlinczować za puszczenie pary - na jesieni pojawi się kolejna część tego cyklu. Również nakładem Wydawnictwa Uroboros. :)

Krótkie przedstawienie fabuły - żebyście wiedzieli o co walczycie! Najprościej będzie jak zamieszczę oficjalny opis, ten bowiem będzie najbardziej "bezpieczny":

"Czwarta dekada XXI wieku. Po trzech latach od najkrwawszej rebelii w historii New Horizon porucznik Jared Quinn wraca do służby w wydziale zabójstw. Czasy się jednak zmieniły, teraz nad bezpieczeństwem obywateli czuwa Riot Shield – cybernetyczny policjant, który zastępuje dochodzeniówkę niemal w każdym zadaniu. 
Szybko się okaże, że inteligentna maszyna nie daje sobie rady z pochwyceniem tajemniczego i nieuchwytnego mordercy. Czas wrócić do starych i dobrze sprawdzonych metod… Ich uosobieniem będzie oczywiście Quinn, który borykając się z kryzysem tożsamości, niebezpiecznie zbliża się do obłędu."

Jeśli czujecie się wystarczająco zaintrygowani, to poniżej znajdziecie instrukcję, w jaki sposób możecie się stać posiadaczami "Łez Mai"! Aż DWIE osoby mają na to szansę, jednak muszą wykazać się odrobiną kreatywności. Mam nadzieję, że nie będziecie pod dużą presją, jeśli wspomnę, że to sama autorka, Martyna Raduchowska, wybierze jedną z dwóch osób, które otrzymają egzemplarz jej książki? :) 

Żeby jednak nie przedłużać, oto co musicie zrobić, aby zdobyć szansę na wygranie "Łez Mai"!



ZADANIE:

Cybernetyczny policjant to wciąż obszar niemalże niemożliwy do pełnego wdrożenia zgodnie z obowiązującym zakresem wiedzy i umiejętności ludzkich. Być może kiedyś jednak stanie się on faktem. Być może Raport Mniejszości stanie się codziennością. A być może pojawią się inne wspomagacze wymiaru sprawiedliwości. A jak Ty myślisz, jaka technologia/aplikacja/urządzenie mogłoby pomóc całego wymiarowi sprawiedliwości - począwszy od policjantów, a na sędziach czy strażnikach więziennych zakończywszy - w utrzymywaniu ładu i porządku w pełni scyfryzowanej przyszłości? Zastanów się i opisz pokrótce taką rzecz w e-mailu, który wyślesz na adres zpiorem@gmail.com, a może to Ty zdobędziesz jeden z dwóch egzemplarzy "Łez Mai"! Pamiętaj, że jedną z odpowiedzi wybierze autorka, Martyna Raduchowska. Bądź kreatywny i innowacyjny!

Odpowiedzi proszę wysyłać na adres zpiorem@gmail.com. Jedną szczęśliwą (albo raczej kreatywną ;) ) osobę wybierze autorka, Martyna Raduchowska, więc cały przebieg wyboru będzie wyglądał następująco:

1. Następnego dnia po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń przesyłam zbiorcze zestawienie odpowiedzi BEZ JAKICHKOLWIEK DANYCH IDENTYFIKACYJNYCH do Wydawnictwa Uroboros, które następnie przekaże je autorce, Martynie Raduchowskiej. W zbiorze będą same odpowiedzi.
2. Kiedy otrzymam wybraną odpowiedź, która wygrywa jeden egzemplarz książki, spośród reszty zgłoszeń wybieram drugą, zwycięską odpowiedź, której autor lub autorka również otrzyma egzemplarz "Łez Mai".
3. W dniu ogłoszenia wyników opublikuję w osobnym poście na blogu obie zwycięskie odpowiedzi, bez publikacji jakichkolwiek danych identyfikacyjnych autorów.
4. Osobiście odezwę się do osób, które są autorami nagrodzonym odpowiedzi z prośbą o podanie adresów do wysyłki nagród. Adresy te zostaną następnie przekazane Wydawnictwu w celu wysłania nagród.


REGULAMIN:

1. Organizatorem konkursu jest właściciel i autor bloga "Z piórem wśród książek", dostępnego pod adresem https://zpiorem.pl.
2. Fundatorem nagród jest Wydawnictwo Uroboros.
3. Nagrodami w konkursie są dwa egzemplarze książki autorstwa Martyny Raduchowskiej - "Łzy Mai", wydanej przez Wydawnictwo Uroboros.
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest wysłanie e-maila wraz z odpowiedzią na pytanie konkursowego do Organizatora konkursu, na adres zpiorem@gmail.com.
5. Konkurs trwa od 20.06.2018 roku do 30.06.2018 roku. Zgłoszenia można przesyłać do północy w nocy między 30.06.2018 r., a 1.07.2018 r.
6. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w drodze wyboru przez autorkę książki, Martynę Raduchowską, oraz Organizatora konkursu.
7. Podczas konkursu jedyne zbierane przez Organizatora konkursu dane to adresy e-mail skrzynek, z których wysłane zostaną odpowiedzi konkursowe oraz adresy zwycięzców, pod które zostaną wysłane nagrody. Adresy zostaną zebrane przez Organizatora i przekazane Fundatorowi i nie będą udostępniane innym podmiotom w żadnym celu.
8. Wyniki w postaci publikacji w osobnym poście samych zwycięskich odpowiedzi (bez podawania danych identyfikujących ich autorów) zostaną opublikowane maksymalnie trzy dni robocze po zakończeniu przyjmowania zgłoszeń. Organizator skontaktuje się ze zwycięzcami poprzez odpowiedź na wysłane zgłoszenie.