czwartek, 26 marca 2020

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves

[PREMIERA] „Ciche dni” – Abbie Greaves
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Abbie Greaves
Tytuł: Ciche dni
Wydawnictwo: MUZA
Tłumaczenie: Magdalena Sommer
Stron: 320
Data wydania: 15 kwietnia 2020


Na co dzień nie czytam takich książek jak „Ciche dni” – o życiu, małżeństwie, miłości i tragedii, jaka może dotknąć zwykłych ludzi. Opis zaserwowany przez Wydawnictwo MUZA zachęcił mnie jednak nutką tajemnicy, która sugeruje niezwykłe i zapewne traumatyczne przeżycia, które doprowadziły małżeństwo do stanu, w którym ich poznajemy. No i przy okazji jest to debiut Abbie Greaves, a ja bardzo lubię debiuty! Książka ostatecznie okazała się nieco inna, niż się spodziewałem, ale wyjątkowo nie stanowi to problemu. Czemu? Ano temu, że jest zadziwiająco przyciągająca i to pomimo (albo dzięki) tematyki, która nie jest tą, po którą sięgam na co dzień. Czasem jednak warto sięgnąć po książki w stylu „Cichych dni”. Zwłaszcza jeśli są napisane tak jak debiut Abbie Greaves.

Maggie i Frank są małżeństwem już czterdzieści lat. To bardzo długi czas, który pozwala ludziom poznać się na wylot. Tak by się w każdym razie mogło wydawać. Gdy Frank milknie i przestaje się odzywać do swojej żony, jeszcze nic nie zwiastuje tragedii. Jednak kiedy uporczywe milczenie przy zachowaniu normalności w pozostałej części codziennego życia przeciąga się do prawie sześciu miesięcy, dla Maggie jest to już o wiele za dużo. Zwłaszcza że Frank nigdy nie wyjawił swojej żonie powodów tego braku słów. Po tragicznych wydarzeniach, których jest świadkiem we własnej kuchni po pół roku milczenia, być może zmieni zdanie – ma czas wyjawić swoje tajemnice, dopóki Maggie jest w śpiączce.

Przede wszystkim jest to bardzo udany debiut. Ciężko mi zarzucić tej książce cokolwiek, zwłaszcza że przyciągnęła do siebie nawet mnie – osobę, która raczej męczy się, czytając historię małżeństwa, śledząc ich problemy i bolączki. Czy też mówiąc bardziej bezpośrednio – czytając historię miłości. Romanse to kompletnie nie moja bajka, obyczajówki od czasu do czasu lubię przeczytać dla rozluźnienia (byle tylko nie miały zbyt dużej liczby wątków miłosnych). Może się więc wydawać, że „Ciche dni” mnie odrzucą i nie uznam ich za wartościowe, a czas spędzony przy nich potraktuję jako czas stracony. Jednak nic z tych rzeczy, bo jest to naprawdę dobry i wyważony debiut.

Historia opowiadana przez Abbie Greaves to historia małżeństwa z wieloletnich stażem – czterdzieści lat razem to liczba, która robi wrażenie. Frank i Maggie są szczęśliwi, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jak się jednak okazuje, każde z nich skrywa swoje tajemnice, o których to drugie nie wie. Są to na pierwszy rzut oka raczej niegroźne (w większości przypadków) sekrety, które nie powinny wpływać na ich codzienne życie. Gdyby jednak tak było, to ta książka by nie powstała. Okazuje się bowiem, że każde z tych maleństw dolewało kolejną kroplę do czary, która w pewnym momencie musiała się przelać. Powieść sugeruje, że można było tego uniknąć, gdyby tylko nie zawiodła rzecz, która we współczesnych czasach zawodzi niezwykle często – komunikacja.

Zadziwiające jest, jak autorce udało się z banalnych wręcz rzeczy stworzyć atmosferę nie tylko emocji, ale i tajemnicy. To jest naprawdę fascynujące, w jaki sposób wykorzystała dość trywialne problemy, z którymi każdego dnia na całym świecie spotyka się mnóstwo związków, do zbudowania historii prowadzącej do tragedii – i to ogromnej, bo ocierającej się o śmierć. Początkowo nie spodziewałem się ani takiego obrotu spraw, ani tym bardziej wywleczenia na światło dzienne takich problemów. Wyolbrzymienia, przerost formy nad treścią, chwytające za serce przejaskrawienia – to były rzeczy, które przebiegały mi przez myśl, kiedy zostawiałem za sobą kolejne strony „Cichych dni”. W końcu to dość popularne rozwiązanie do grania na uczuciach i emocjach czytelnika. Tymczasem opisana przez autorkę historia naprawdę może być historią kogoś z nas – no, może z kilkoma drobnymi wyjątkami. Prosta, banalna, ale jednocześnie jakże złożona dla naszej emocjonalności.

Czy polecę tę książkę? Zdecydowanie tak. W pewnym sensie jest to dobra rekomendacja sama w sobie, bo w większości przeczytanych przeze mnie powieści tego pokroju nie widziałem absolutnie żadnej wartości. Jedynie prostą rozrywkę, która fundowała parę ckliwych momentów i to tylko jeśli ktoś był bardzo podany na emocjonalną manipulację. Tutaj widzę mądrze zbudowaną historię, podaną na talerzu razem ze wzbudzającymi emocje momentami oraz przyprawioną szczyptą napięcia. Czy można byłoby w niej coś poprawić? Z pewnością – co najmniej kilka lekko gryzących się z pospolitością wydarzeń czy nieco bardziej stabilne tempo akcji. Jednak patrząc na „Ciche dni” przez pryzmat debiutu, to jest to naprawdę bardzo udana książka. Fani gatunku powinni być zachwyceni.

Łączna ocena: 8/10


Za możliwość przeczytania dziękuję:



0 komentarze:

Publikowanie komentarza