Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brandon sanderson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brandon sanderson. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 marca 2023

Zbiorczo spod pióra w lutym 2023

Najkrótszy miesiąc w roku już za nami – macie też wrażenie, jakby sylwester był jakoś tak niedawno, a nie aż dwa miesiące temu? Już od dawna powtarzam, że czas ucieka zdecydowanie zbyt szybko, ale cóż na to poradzić – nawidoczniej tak ma być! Dobrze, że w tym ciągłym zamęcie mozna znaleźć chwilę spokoju na lekturę (lub pogranie sobie w jakąś odmóżdżającą gierkę mobilną na ten przykład). W sumie to dwie moje lektury z lutego zostały rozpoczęte jeszcze pod koniec marca, więc początkowo spodziewałem się jakichś nadwzywczaj dziwnych wyników w tym miesiącu, ale jednak wyszło w sumie dość naturalnie!

Udało mi się jedną trylogię zakończyć, której ostatni tom okazał się zdecydowanie najlepszy. Może niekoniecznie powalający na kolana, no ale jednak wreszcie dostałem coś dobrego na koniec. Do tego nadrobiłem też Sandersona, którego kupiłem już jakiś czas temu (od razu po jego wydaniu w Polsce), więc jestem też na bieżąco z przygodami Waxa i Wayne’a! Znowu królowałą u mnie fantastyka głównie, choć staram się jednak urozmaicać sobie odmiany gatunkowe! Zobaczymy jak mi to pójdzie w nadchodzącym miesiącu, bo pewnie jak zwykle będę po prostu zmieniał zdanie co chwilę…

Tymczasem przejdźmy już do meritum, czyli opinii! Okładki jak zawsze pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

„Płonący bóg” – Rebecca F. Kuang

Format: Audiobook
Stron/długość: 23h 11m
Czyta: Paulina Holtz

No, nareszcie się ta trylogia rozkręciła – szkoda jednak, że tak późno (w ostatnim tomie). Muszę przyznać, że tym razem się potrafiłem mocno wkręcić i docenić wiele zabiegów fabularnych autorki. Kilka razy niestety trafiło się też traktowanie czytelników jak nie do końca kumających, za to bardzo łatwowiernych, ale do tego już przywykłem. Dynamika jak na tom zamykający była bardzo zróżnicowana – czasem wręcz zbyt szybko wydarzenia następowały (lub brakowało im mostów pomiędzy nimi), jednak w ogólnym rozrachunku dało się połapać we wszystkim i utrzymać odpowiedni poziom uwagi.

Nie do końca mi się podoba parę zabiegów, które wyglądały nieco na wymuszone przez założenia końcowe fabuły, ale staram się pamiętać, że jest to po prostu literatura, która ma dać czystą rozrywkę. Zwłaszcza że Rin daje nam, jako czytelnikom, nie tylko właśnie wspominaną rozrywkę, ale i możliwość śledzenia zmian, jakie zachodzą w jej głowie i jak zaczyna nabierać doświadczenia w podejmowaniu decyzji. Nie jest to najlepiej skrojona bohaterka, ale wraz z Venką i Kitayem, który jest przeciwwagą dla obu bohaterek, stanowią naprawdę interesujące trio, które ubarwia ten ostatni tom.

Ocena punktowa: 7/10

„Zaginiony metal” – Brandon Sanderson

Format: Papier
Stron/długość: 544
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch

Gdyby tak wyciąć połowę nic niewnoszących dialogów, a połowę z pozostałych pozbawić duplikatów, to otrzymalibyśmy mocno odchudzoną, ale o wiele lepszą wersję „Zaginionego metalu”. Jeszcze więcej kartek mogłoby zostać zaoszczędzonych, gdyby pominąć ciągłe powtarzanie dokładnie tych samych „opisów” rozległości i różnorodności cosmere. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal świetna książka i Sanderson zabiera nas na wycieczkę w coraz głębsze punkty świata magii metali (dzień dobry Hemalurgio), narracja potrafi utrzymać czytelnika przy książce i aż chce się zobaczyć, co dalej się wydarzy i jaki znowu zwrot akcji autor nam zaserwuje. Niestety nie do końca tym razem wyszła Sandersonowi cała otoczka historii.

Sanderson postawił też na rozwój innych postaci, niż Wax oraz Wayne, co ogólnie byłoby bardzo dobre, gdyby nie przyćmiły kompletnie dwójkę głównych bohaterów, którzy grali pierwsze skrzypce od samego początku Drugiej Ery. Nie jestem też przekonany czy kupuję pewne elementy związane z magią metali, które… zdają się przeczyć w pewnym sensie temu, co tak szczegółowo autor budował przez wiele lat. Jakby miały być wykorzystane specjalnie na potrzeby fabuły. Niby miałem pewną frajdę z całości, niby zamknięcie jest całkiem dobre (może niekoniecznie zaskakujące aż tak, ale po prostu dobre) z pozostawioną furtką, ale to nie jest ten Sanderson, którym się jarałem tyle czasu. Przede wszystkim jednak to nie jest to, na co czekałem tyle czasu.

Ocena punktowa: 5/10

„Ołowiany świt” – Michał Gołkowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 10h 32m
Czyta: Mariusz Zaniewski

Seria gier „S.T.A.L.K.E.R.” jest mi zdecydowanie obca, za to klimaty postapokaliptyczne są bliskie memu sercu! Sam „Ołowiany świt” chciałem poznać już wiele lat temu, ale ostatecznie pchnęła mnie w jego stronę lektura „Komornika” oraz „SybirPunka”. Spodziewałem się podobnego poziomu, ale obawiam się, że jednak przygody Misia wewnątrz zony nie są najlepszą książką Michała Gołkowskiego (aczkolwiek minęło 10 lat od jej powstania). Chyba najmocniejszą stroną jest bardzo charakterystyczny dla autora, lekki sposób narracji z perspektywy głównego bohatera, która przeplatana jest lekko cynicznymi komentarzami przedstawiającymi świat i opisującymi wydarzenia.

Bardzo zabrakło mi spójności – książka stanowi zbiór kilku „przygód” stalkera, które jednak nie są ani jednoznacznie oddzielone jako osobne opowiadania, ani zespojone ze sobą ciągiem fabularnym. Bardzo duży nacisk został też położony na przemyślenia bohatera w trakcie jego podróży przez zonę, za to kuleje odrobinę przedstawienie świata – jest odrobina o przeszłości i genezie zony, czasem się pojawi opis jakiegoś mutanta czy anomalii, jednak są one wrzucane dość losowo i raczej w skromnej ilości. Zapewne jest to pewnego rodzaju zachęcenie do sięgnięcia po inne książki z Fabrycznej Zony, choć czuję, że można było jednak zmienić proporcję. W każdym razie całokształt wyszedł naprawdę zachęcająco (choć nie idealnie), więc z pewnością sięgnę po inne książki z tej serii!

Ocena punktowa: 6/10

„Wzlot Persepolis” – James S.A. Corey

Format: Papier
Stron/długość: 564
Tłumaczenie: Marek Pawelec

Trochę mnie „Ekspansja” zaczyna nużyć niestety. Niby każdy tom ma zupełnie inne wydarzenia oraz problemy, z którymi musi zmierzyć się załoga Rosynanta (i nie tylko oni), ale wszystko jest tak do bólu proceduralne, że czuję się, jakbym oglądał „House’a”. Mało tego, w tym konkretnym tomie odniosłem wrażenie stagnacji rozciągającej się na zdecydowaną większość historii. Nie zauważyłem nawet kiedy dotarłem gdzieś do ¾ książki, a tak naprawdę nie zaczęła się zawiązywać żadna konkretna akcja. Były po prostu… „wydarzenia”. Coś się działo, bohaterowie coś robili, w jakimś to kierunku niby płynęło (a dokładniej trzymało się rdzenia), ale nie czułem żadnego przywiązania do historii.

Tak naprawdę jedynym dużym plusem (który jednak wygenerował też parę zgrzytów) było przesunięcie czasowe w życiu załogi Rosynanta (jak również i wszystkich innych postaci). Niestety tutaj też nie zostało to zrobione zbyt dobrze – gdyby nie przypominanie co jakiś czas o tej delcie, nie pamiętałbym o tej różnicy. Czas się ruszył do przodu, ale cały Układ Słoneczny w wersji stworzonej przez James S.A. Corey ani trochę. Sporo było też nie do końca logicznych następstw takiego scenariusza, co mocno wybijało z immersji. Ogólnie rzecz biorąc, chyba jest to najsłabszy ze wszystkich tomów, napędzany jedynie odcinaniem biletów od sukcesu wcześniejszych części. No ale cóż, zaczął cykl, to go skończę…

Ocena punktowa: 5/10

„Król Bezmiarów” – Feliks W. Kres

Format: Papier
Stron/długość: 19h 26m
Czyta: Wojciech Żołądkiewicz

Zdecydowanie lepsza pozycja niż pierwszy tom – od samego początku czuć zupełnie inną jakość i to, że autor ma jakiś plan. Być może spory wpływ na to miało osadzenie wydarzeń na morzu oraz wokół niego, wraz z przybliżaniem szczegółów dotyczących żeglugi. Samo przerzucenie akcji w całkiem inne miejsce (a dokładniej ze skrajnej północy kontynentu na jego południe) bardzo mocno przypomina mi podział całej sagi, który między innymi można znaleźć w „Opowieściach z Meekhańskiego pogranicza” autorstwa Roberta M. Wegnera. Jeśli lubicie więc takie skakanie po mapie i zapoznawanie się z nowymi obyczajami i postaciami, to zdecydowanie może Wam przypaść do gustu!

Sposób prowadzenia narracji i opisywania wydarzeń jest wciąż dokładnie ten sam, który towarzyszy czytelnikowi w pierwszym tomie. Spokojny, dokładny, stonowany, bez prób zaskakiwania lub kombinowania. Zwyczajnie porządny i konkretny. Pozwala jednak lepiej się wczuć w świat niż w tomie pierwszym – wreszcie czułem, że trafiłem do fantastyki, a nie trochę takiego patchworka historyczno-fantastycznego. W niektórych momentach miałem wrażenie, że dialogi trochę kuleją (są strasznie sztywne i nienaturalne), aczkolwiek to można zrzucić na wiek książki. W ogólnym rozrachunku „Król Bezmiarów” wypada w mojej opinii o wiele lepiej niż pierwszy tom, co mnie cieszy i zachęca do sięgnięcia po kolejną część.

Ocena punktowa: 7/10


wtorek, 15 stycznia 2019

„Żałobne opaski” – Brandon Sanderson

„Żałobne opaski” – Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Żałobne opaski
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 412
Data wydania: 27 kwietnia 2016


Moja przygoda z Brandonem Sandersonem zaczęła się właśnie od „Ostatniego Imperium” – pierwsza trylogia była niesamowita. Zupełnie nowy dla mnie świat kupił mnie od samego początku. Po prostu wziął szturmem i stałem się niemalże jego zakładnikiem. Od czasu sięgnięcia po pierwszy tom, staram się dawkować sobie tę przyjemność. Nie wyszły jeszcze wszystkie zaplanowane przez autora tomy, a nie chcę zostawiać zbyt długiej przerwy zanim pojawi się siódmy tom. Niestety za bardzo mi się spodobała zarówno sama historia, jak i stworzony świat, w związku z czym nie wytrzymałem i sięgnąłem po „Żałobne opaski”. To był zły pomysł – teraz chcę jak najszybciej kolejny tom.

Nikt oprócz kandra nie pamięta już czasów, kiedy żył Ostatni Imperator. Zarówno wokół niego, jak i całej ekipy Kelsiera narosło mnóstwo legend i mitów. Jednymi z nich są Żałobne Opaski, które rzekomo miały być metalmyślami wykorzystywanymi przez władcę, a które obdarzają noszącą je osobę dokładnie tymi samymi mocami, którymi władał Rashek. Niewiele jednak osób wierzyło w ich istnienie, aż do momentu, kiedy w ręce Waxilliuma trafiają zapiski dotyczące wspomnianych opasek, a wykonane przez badacza kandra. W miejscu, do którego udaje się lord Ladrian czeka na niego jeszcze więcej pytań oraz odpowiedzi, tym razem dotyczących jego wuja oraz organizacji, do której należy.

„Ponieważ ludzie byli ludźmi i tylko jedno było pewne - niektórzy z nich zachowywali się dziwnie. Albo raczej, każdy zachowywał się dziwnie, kiedy okoliczności przypadkiem pasowały do jego osobistej odmiany szaleństwa”.

„Żałobne opaski” dosłownie pochłonęły mnie w całości – od samego początku ciężko mi było się oderwać od lektury. Jako przyczyny upatruję tutaj nie tylko zgrabną historię, do tego poprowadzą w idealnym wręcz tempie, ale również o wiele więcej humoru i obcowania z konkretnymi postaciami niż w poprzednich książkach. Od razu na pierwszy plan wysuwa się Waxillium oraz Steris, jego narzeczona. Lord Ladrian był oczywiście przez poprzednie trzy tomy cały czas wyeksponowany, jednak raczej jako stróż prawa, allomanta, ferruchemik i człowiek po przejściach. Tym razem jednak możemy ujrzeć jego prawdziwą naturę, tę głęboko schowaną, której nie pokazuje nikomu – oprócz Steris. Narzeczona głównego bohatera do tej pory nie była zbyt rozbudowaną postacią, chociaż można było sobie wyrobić o niej opinię. W tym tomie jednak Brandon Sanderson postanowił przybliżyć czytelnikowi jej postać i w pewnym sensie zburzyć dotychczasowy obraz. A to, jak to zrobił – coś niesamowitego! 

Oczywiście nie mogło zabraknąć jeszcze bardziej szczegółowego opisu zasad, którymi rządzi się świat stworzony przez autora. Ba, Brandon Sanderson pokazał po raz kolejny, że doskonale zaplanował całą magię metali. Czasem naprawdę zastanawiam się, czy przypadkiem pisarz nie pracuje w wielkim pomieszczeniu wytapetowanym niuansami mocy, które stworzył – ciężko wręcz uwierzyć, że to wszystko mieści się w głowie jednej osoby, lub choćby nawet i notatniku. A idę o zakład, że zaskoczy nas jeszcze nie raz i nie dwa, zanim cały cykl zostanie ostatecznie zakończony. Jak dla mnie to jedna z mocniejszych stron całej trylogii „Ostatniego Imperium”, jak i obecnych ksiąg. Uwielbiam cały czas odkrywać coś nowego w świecie wykreowanym przez autora – dzięki temu jestem co chwilę zaskakiwany.

„To miała być wiadomość, sposób na udowodnienie maluczkim, że bogacze mogli wykorzystać swoje pieniądze, by wybudować dom dla swoich pieniędzy, i wciąż zostawało im dość pieniędzy, by wypełnić nimi ten dom”.

Samo zakończenie zostało dość ciekawie wykonane – można odnieść wrażenie, że to już koniec. Taki kompletny, definitywny. Widać cały czas możliwość otwarcia kolejnego rozdziału, będącego kontynuacją dotychczasowych trzech tomów opowiadających o przygodach Waxa i Wayne’a, ale jednak gdybym nie wiedział o tym, że będzie kolejna część (o czym zresztą Brandon Sanderson informuje w posłowie), to zakładałbym, że nie będzie dalszej historii. Oczywiście nie zabrakło również kompletnie nowych technologii wplecionych w dotychczas poznany świat, jak i kompletnie nowych możliwości, jakie niesie ze sobą ferruchemia i allomancja. Dosłownie na każdym kroku można podkreślać, jak niewyczerpane są zasoby pomysłów twórcy „Ostatniego Imperium” i jak wiele razy zaskoczy on swoich czytelników. 

Chyba najlepszy z ostatnich czterech tomów tego uniwersum magii metali. Od samego początku świetnie skrojona historia, mnóstwo humoru i coraz więcej sposobów wykorzystania stopów i ich składników. Jeszcze lepszy obraz bohaterów również jest bardzo mocną stroną powieści – nie dość, że Brandon Sanderson opisuje ich ze szczegółami, to na dodatek pozwala zajrzeć w ich wnętrze, dzięki czemu czytelnik może wyrobić sobie zdanie na ich temat. Przy okazji zżyć się z nimi bądź ich znienawidzić, w zależności od tego, jak mu akurat przypadną do gustu. Naprawdę świetna kontynuacja, warta przeczytania. Autor sam sobie postawił dość wysoko poprzeczkę, ponieważ w stosunku do poprzedniego tomu, zdecydowanie widać różnicę zarówno w samej fabule, jak i konstrukcji. Pysznie się bawiłem i liczę na podobną zabawę w bliżej nieokreślonej przyszłości. 

Łączna ocena: 8/10


sobota, 27 października 2018

„Cienie tożsamości” – Brandon Sanderson

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Cienie tożsamości
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 352
Data wydania: marzec 2016


Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na pierwszy rzut oka nie był czymś, co mogłoby mnie porwać, jednak stanowił naprawdę godne następstwo. Postacie Waxa i Wayne’a nie dają się nie lubić, więc chętnie wróciłem do Elendel pełnego połączonych mocy allomancji i ferruchemii. Drugie spotkanie z tym duetem okazało się być równie przyjemne, chociaż jednocześnie zupełnie inne.

Rewolucja przemysłowa to nie tylko poprawa jakości życia ludzi, ale również ciemne strony, które wspomnianą jakość wręcz pogarszają. Elendel rozkwita coraz bardziej, na ulicach pojawiają się automobile, które nie wymagają żywych zwierząt jako napędu, a do budynków doprowadzana jest elektryczność. Pojawia się jeszcze większe rozwarstwienie społeczne, które prowadzi do niepokojów. Najbiedniejsi zaczynają myśleć, co się z nimi dalej stanie, a ich myśli nie osładza informacja o znalezieniu martwego brata gubernatora w otoczeniu nie tylko arystokratów, ale również najbardziej poszukiwanych kryminalistów. Waxillium Ladrian nie ma w takich warunkach zbyt łatwej pracy.

„Cienie tożsamości” to tom, w którym znajdziemy mnóstwo nawiązań do postaci znanych z pierwszej trylogii – Kelsiera, Vin, Sazeda oraz całej reszty paczki Ocalałego. Nie są to jednak tylko wspomnienia informujące o istnieniu takich postaci, ale również ukazanie jaki kult powstał wokół nich. Przy okazji w wielu miejscach nawet czytelnik może poczuć pewnego rodzaju nastrój uniesienia – nawet mimo tego, że zżył się z bohaterami w poprzednich książkach. „Cienie tożsamości” można więc uznać za powieść, która nie tylko przypomina o istnieniu Ocalałego (i to wcale nie tak dawno temu!), ale również w namacalny wręcz sposób przedstawia ten kult, który wokół niego powstał. Co swoją drogą w pewnym sensie jest potwierdzeniem tego, że Kelsier miał od samego początku rację.

„Waxillium oznaczał kłopoty. Warte zachodu kłopoty, bo załatwiał różne sprawy, ale niemal równie paskudne jak problemy, które rozwiązywał”.

Mimo tego, że drugi tom przygód Waxa i Wayne’a to kontynuacja historii znanej z wcześniej powieści, to Brandon Sanderson zapewnił dodatkową rozrywkę dla wszystkich, którzy zdążyli znudzić się światem magii metali. Technologia (o ile możemy użyć tego słowa) wciąż się rozwija, a całe Elendel jest w trakcie rewolucji przemysłowej. Pojawiły się automobile, a do coraz większej liczby budynków doprowadzony został prąd. Nie tylko allomanci i ferruchemicy muszą się odnaleźć w nowym świecie i dostosować swoje umiejętności do tego, co ich otacza, ale również prości ludzie, którzy czują się zagrożeni. Jeśli ktoś by się bardzo mocno uparł, to mógłby w tym doszukiwać się podobieństw do obecnej sytuacji na świecie, ale mogłaby to być zbyt daleko idąca interpretacja.

Ponownie do czynienia mamy z zagadką kryminalną, którą rozwiązać musi lord Waxillium Ladrian, będący jednocześnie w pewnym sensie konstablem, oraz w pełnym sensie głową jednego z najważniejszych rodów w Elelendel. Oczywiście tak jak w „Stopie prawa” nie jest to zagadka typowa dla klasycznego kryminału, jednak mająca z nim wiele wspólnego. Muszę przyznać, że z książki na książkę coraz bardziej podoba mi się takie podejście i realizacja pomysłu autora. Zwłaszcza, że w to wszystko sprytnie wplecione zostały wątki związane z działaniem świata stworzonego przez Brandona Sandersona. A w „Cieniach tożsamości” autor odkrywa kolejne karty dotyczące sztuk metalurgicznych – magia metali cały czas ma jeszcze wiele do powiedzenia czytelnikom. Zresztą nie tylko im, bo bohaterom, którzy niemalże zjedli na allomancji czy ferruchemii zęby również.

Świetna kontynuacja, która zapewnia dużo rozrywki i jeszcze lepsze poznanie stworzonego przez autora świata. Wciąż nie jest to tak porywająca opowieść jak pierwszy tom „Ostatniego Imperium”, jednak na pewno można go nazwać godnym następcą. Zarówno samego „Z mgły zrodzonego”, jak również „Stopu prawa”. Być może zakończenie nie powoduje, że mam przeogromną ochotę sięgnąć po kolejny tom, jednak na pewno sama historia wciągnęła mnie na tyle, że spodziewam się podobnej, wysokiej jakości w kolejnej powieści i na pewno po nią sięgnę. Mam również nadzieję, że stanie się to niebawem, choć jednocześnie obawiam się momentu, w którym skończę swoją przygodę ze światem magii metali.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

piątek, 28 września 2018

„Stop prawa” – Brandon Sanderson

„Stop prawa” – Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Stop prawa
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 304
Data wydania: 2016


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym z Mgły”, to jednak nie sięgnąłem po nie od razu. Trochę była to chęć czekania na czwarty tom przygód Waxa i Wayne’a, a trochę po prostu zakopanie się w innych książkach. Jednak wreszcie udało mi się sięgnąć po „Stop prawa” i w sumie trochę szkoda, że tak późno.

Waxillium Ladrian piastuje funkcję głowy rody Ladrian – niegdyś jednego z najbardziej wpływowych rodów Elendel, obecnie jednego z najbardziej pogardzanych i stojących niemalże na skraju bankructwa. Wax oczywiście nie zawsze był bywalcem na salonach. Jako Podwójny, posiadający dar Allomancji oraz Feruchemii starał się być prawem dla ludzi w Dziczy. Śmierć wuja, dotychczasowej głowy rodu, spowodowała jednak, że musiał porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia i stanąć na wysokości zadania, jakie stoi przed ostatnim, męskim potomkiem jego rodu. Elendel jednak może okazać się miejscem o wiele bardziej niebezpiecznym i potrzebującym żelaznej (lub stalowej) ręki niż cała Dzicz razem wzięta.

„Stop prawa” jest całkowicie inną książką niż tomy wchodzące w skład trylogii „Zrodzonego z mgły”. Co prawda są to wydarzenia, które mają miejsce trzysta lat po tym, co stało się nie tylko udziałem Kelsiera, ale również Elenda oraz Vin, jednak cały świat wygląda kompletnie inaczej. Mamy ciągle do czynienia z allomancją i ferruchemią, ale do tego doszło jeszcze parę nowinek technicznych, wśród których prym wiodą broń palna oraz elektryczność. Podstawowym orężem są pistolety, rewolwery oraz strzelby, natomiast większość rezydencji wielmożów oświetlana jest za pomocą żarówek. Spotykamy również innych bohaterów, w innym mieście oraz przede wszystkim innym świecie, który na pierwszy rzut oka dzieli się na Elendel oraz całą resztę – Dzicz.

„– Po prostu go ignoruj - poradził jej Waxillium. – Zaufaj mi. On jest jak wysypka. Im mocniej się go drapie, tym bardziej denerwujący się robi”.

Dwójka protagonistów – Wax oraz Wayne – wywołują u mnie nieco mieszane uczucia. Przypominają bardzo nowoczesnych detektywów, którzy starają się podchodzić do każdego śledztwa zgodnie z pewnym schematem, planując operacje na bazie doświadczeń. Istnienie uniwersytetu, który wykłada kryminologię (o czym dowiadujemy się już niemalże na samym początku powieści) potwierdza uwspółcześnienie całej historii. Niestety właśnie to, w połączeniu z kreacją Waxa i Wayne’a powoduje, że pojawia się pewien dysonans. Niby mamy do czynienia z kontynuacją, ale jednak Brandon Sanderson porwał się na stworzenie czegoś, co można nazwać kryminałem osadzonym w świecie fantasy, który ma przywołać na myśl opowieści osadzone w XIX wieku. Niby fajnie, ale coś jednak zgrzyta.

Sama fabuła jest jednak prosta i pieruńsko wciągająca. Nie ma tak zawiłych powiązań ani intryg jak w przypadku wcześniejszych trzech tomów. Mamy tym razem historię niemalże od samego początku wyjaśnioną pod względem koncepcyjnym, jednak Brandon Sanderson powoli odkrywa karty, którymi chce zagrać. W połączeniu z odpowiednią ilością dobrego humoru daje to ogólnie rzecz biorąc świetną mieszankę. Ciężko się oderwać od książki, nawet jeśli sam świat przedstawiony nie do końca czytelnikowi będzie pasował. Ogólnie jest to powieść generująca u mnie sporo ambiwalentnych uczuć, ponieważ jest jednocześnie powiewem świeżości (łączy allomancję, ferruchemię i nowoczesną technikę, a samo to wyszło wyśmienicie) oraz niezbyt dopasowanym kaloszem (z wcześniej wspomnianego połączenia średnio podoba mi się motyw czysto kryminalny).

„– Nawet nie próbuj – przerwał jej Waxillium, chowając rewolwer. – Logika nie działa na Wayne'a.
– Od wędrownego wróżbity kupiłem kiedyś amulet chroniący przed nią – wyjaśnił Wayne. – Dzięki temu mogę dodać dwa do dwóch i uzyskać korniszona”.

Również mimo tego, że teoretycznie trylogia „Zrodzonego z mgły” wskazuje na to, że większość tematu dotyczącego allomancji czy ferruchemii jest raczej wyczerpana i rozwinąć można już niewiele, autor pokazał jak bardzo w błędzie są wszyscy, którzy tak myśleli. Nie tylko samo wprowadzenie rewolwerów oraz elektryczności dodało mnóstwo możliwości. Również połączenie ferruchemii z samą allomancją daje dodatkowe opcje, które Brandon Sanderson wykorzystał przy kreowaniu nowego świata. Jeśli więc komuś znudził się już świat pełen osób wykorzystujących metale, to niech się nie martwi – tym razem dostanie jeszcze więcej nowych sposobów, które może nie tyle zadziwią, co zapewnią dużo rozrywki. A ci, którzy zakochali się w takim przedstawieniu magii, mogą po prostu liczyć na rozszerzenie dostępnego repertuaru.

Bardzo fajna lektura, która zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. Jeszcze bardziej rozbudowany świat, niż we wcześniejszych trzech tomach, chociaż być może technika nieco za mocno pogalopowała do przodu. „Stop prawa” warty jest przeczytania, nawet mimo tego, że nie wszyscy mogą uznać go za lepszego od swoich bezpośrednich poprzedników. W każdym razie osobiście czuję się usatysfakcjonowany kontynuacją, która jest tak naprawdę kolejnym rozdziałem w historii stworzonej przez Brandona Sandersona. Jeśli słowa autora o tym, że Wax i Wayne są tylko łącznikami między historią Vin a czymś zagnieżdżonym w futurystycznym świecie się spełnią, to może się to okazać niesamowicie interesującym cyklem.

Łączna ocena: 7/10


piątek, 13 kwietnia 2018

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Bohater wieków
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 786
Data wydania: 7 października 2015


Brandon Sanderson stworzył niesamowity świat, w którym osadzone są wydarzenia Ostatniego Imperium. To już trzeci i ostatni tom pierwszej trylogii, przedstawiającej Upadek i walkę ze Zniszczeniem. Łatwo zatracić się w uniwersum, bo z jednej strony ciągnie nas do niego niezwykłe podejście do magii, a z drugiej barwne opisy i kunszt samego autora. Co prawda nie jest to koniec przygody z Allomancją i światem Ostatniego Imperium, ale na pewno jest to zamknięcie pewnego rozdziału w całej przygodzie. Mimo początkowych problemów z dogadaniem się z książką, ostatecznie jest to chyba najbardziej sensowne rozwiązanie, jakie mógł wymyślić autor.

Zabicie Ostatniego Imperatora wydawało się być lekiem na wszystkie bolączki otaczającego świata. Pozbycie się tyrana, który uciska wszystkie ludy zamieszkujące ziemię jego imperium to przecież najlepsze, co można zrobić. Okazuje się, że jednak rządzenie nie jest wcale takie łatwe, zwłaszcza jeśli ma się na głowie coś o wiele potężniejszego niż zwykłe bunty. Coś, co przed powstaniem czegokolwiek dostało obietnicę obrócenia całego świata w popiół. I tenże popiół zaczyna coraz mocniej padać nie tylko na Elenda i Vin, ale na wszystko to, co kochają i za co są odpowiedzialni.

Nie wiem czego oczekiwałem od trzeciego tomu, ale jeśli mam być szczery, to rozłożenie magii na czynniki pierwsze było ostatnim, czego bym się spodziewał. Dla mnie to spore zaskoczenie, ale i duży plus - dawkowanie informacji zawsze było świetnym pomysłem na rozpalenie emocji i zaangażowania. Wielu autorów jednak nie daje rady doprowadzić do końca "encyklopedycznej" roli książki i nie wyjaśnia wielu dość istotnych spraw. Takich jak czym dokładnie są kandra, kolossy czy Inkwizytorzy. Brandon Sanderson robi to właśnie w tym tomie, jednak dawkuje tę wiedzę powoli, przez cały tom. Poznajemy również nie tylko samą naturę tych stworzeń i sposób, w jaki powstają, ale również możemy dojrzeć wspólny mianownik, który łączy je wszystkie.

"Natura to zorganizowany chaos... przypadkowy na małą skalę, z tendencjami na większą skalę".

Mam nieco ambiwalentne uczucia co do tego tomu. Początkowo bowiem podchodziłem do niego trochę jak pies do jeża ze względu na jego treść. Wydawała się mieć zdecydowanie za dużo rozważań filozoficznych, a za mało całej reszty. Pod pojęciem "całej reszty" mam oczywiście na myśli zarówno jakąkolwiek akcję, jak również planowanie, snucie intryg czy choćby przedstawianie obecnej sytuacji politycznej na świecie. Później jednak, kiedy zaczęły pojawiać się informacje dotyczące największych tajemnic Ostatniego Imperatora, całość zaczęła przyciągać uwagę. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że "Bohater wieków" intrygował jeszcze bardziej niż poprzednie dwa tomy. Nawet mimo tego, że cała książka rozbita została pomiędzy trzy grupy i akcja rzucona została w trzy różne miejsca.

Wydarzenia dzieją się w rok po tym, co poznaliśmy w "Studni wstąpienia". Sporo przez ten czas mogło się wydarzyć i nasi bohaterowie musieli odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości. Brandon Sanderson pokazał to poprzez zmianę w charakterach i osobowościach poszczególnych postaci. Wiele z nich to już nie są te same osoby, które znamy z poprzednich części. Najbardziej to widać w przypadku Elenda Venture i Spooka. Choć początkowo ich przemiana może się wydawać nieco dziwna, to jednak po głębszym zastanowieniu się możemy dojść do wniosku, że ma to jednak sens. I to nawet dużo sensu. W końcu obecny porządek rzeczy został całkowicie zburzony i przewrócony do góry nogami, a na barki wszystkich biorących udział w obaleniu Ostatniego Imperatora spoczęły nowe, nieznane dotychczas obowiązki. W takim przypadku należy albo się dostosować do nowej sytuacji, albo zginąć.

W przypadku rozkładania tajemnicy trzech gatunków (?) stworzeń autor tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że świat przez niego wykreowany jest naprawdę dopracowany i genialny. Jeśli miałbym sobie wyobrażać pracę Brandona Sandersona nad całym cyklem, to oczami wyobraźni widzę diagramy, tabele i wykresy porozwieszane na ścianach jego pracowni. W poprzednich tomach Ostatniego Imperium otrzymaliśmy wiele wskazówek lub pojedynczych wzmianek o wspomnianych tajemnicach, które jednak wówczas nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Nawet nie wyglądały na celowo umieszczone, żeby wzbudzić zainteresowanie. One zostały po prostu idealnie wtopione w treść, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Dopiero podczas lektury "Bohatera wieków" powoli przypominają się niektóre sceny wraz ze wskazówkami w nich zawartymi. Po prostu aż chce się pacnąć w czoło a potem spojrzeć z szacunkiem na nazwisko autora.

"Najlepszym sposobem, by kogoś oszukać, było danie mu tego, czego pragnął. A przynajmniej czego oczekiwał. Dopóki zakładał, że znajduje się o krok przed przeciwnikiem, nie odwracał się, by sprawdzić, czy nie było takich kroków, które przegapił".

Ostatni tom Oryginalnej Trylogii (tak bowiem można przetłumaczyć oryginalną nazwę pierwszych trzech części "Mistborn") zaskoczył, i to bardzo. Pod wieloma względami. Nieco słabszy drugi nie napawał optymizmem, część opinii również wskazywała na tendencję spadkową. Takowa jednak pojawiła się na początku, jednak w moich oczach dość szybko przemieniła się z brzydkiego kaczątka w dorodnego łabędzia. Nie jest pozbawiona wad i skaz, ale jest naprawdę rzeczowa. Może nieco kuleje pod względem tempa i pomysłu, ale jako coś w rodzaju encyklopedii czy wręcz biblii, jest nie do zastąpienia. Bogaty świat stworzony przez Sandersona dopiero w "Bohaterze wieków" pokazuje cały swój ogrom i piękno i choćby dla poznania tajemnic Ostatniego Imperatora - jak i w ogóle całego świata - warto dotrzeć do tego tomu.

Trochę mieszanych uczuć wywołuje również samo zakończenie, które jest jednocześnie przemyślane i... niepasujące. Nie umiem tego dokładnie w słowa ubrać, ale coś mi z nim nie pasuje. Oczywiście wszystkie tomy wręcz dążą do tych konkretnych wydarzeń, chociaż nie pokazują nam tego bezpośrednio, a nawet sam pomysł na rozwiązanie wydaje się być dopracowany i wręcz idealnie dobrany. Jednak jest pewne "ale". Być może chodzi o nieco zbyt szybkie potoczenie się wydarzeń. Być może o marginalne opisanie ostatnich chwil spędzonych przez Czytelników z Bohaterem Wieków jako postacią. A być może chodzi o zebranie takich drobnostek, które lekko kłują, a które razem stały się niezbyt wielkim, ale strasznie niewygodnym kamienień.

Zakończenie historii Vin i Elenda jest naprawdę bardzo przednie, nawet mimo targających mną wątpliwości. Początek zdecydowanie nie powala, przepełniony filozoficznymi rozważaniami, ale im dalej, tym "Bohater wieków" lepszy. Pełniejszy.  Wyjaśniający wiele aspektów funkcjonowania świata, to jak się okazuje ma przeogromny wpływ na wszystkie opisane wydarzenia. Wyzwala w ten sposób chęć na dalsze książki napisane w stworzonym przez Sandersona Uniwersum. Ostatni tom trylogii nie jest pozbawiony wad, chociaż zdecydowanie ma więcej plusów - zwłaszcza dla kogoś, kto łaknie wiedzy o wykreowanym świecie nawet bardziej niż dobrej przygody.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

wtorek, 20 marca 2018

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson

"Studnia wstąpienia" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Studnia wstąpienia
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 799
Data wydania: 12 sierpnia 2015


Po zakończeniu pierwszego tomu Ostatniego Imperium, czy "Z mgły zrodzonego", od razu poczułem, że wpadłem jak śliwka w kompot. Mimo pewnych zarzutów co do samego wykonania powieści, świat stworzony przez Brandona Sandersona całkowicie mnie pochłonął. Z jednej strony chciałem jak najszybciej sięgnąć po kolejny tom, z drugiej wolałem uniknąć błyskawicznego zakończenia wszystkich wydanych do tej pory części. Kiedyś jednak trzeba wyciągnąć rękę i właśnie nadeszła ta chwila. Jestem po lekturze drugiego tomu i cóż... Jest dobrze, choć nie tak jak ostatnio.

Budowanie nowego ładu na zgliszczach tyranii nigdy nie było łatwe. Nawet dla Zrodzonej z Mgły, prawdopodobnie najlepszej w całek krainie, i dziedzica najpotężniejszego z rodów. Zwłaszcza, gdy na kraj napadają trzy armie, z którymi nie sposób prowadzić wyrównanej walki. Dopiero w takiej sytuacji okazuje się, że rozwiązanie jednego problemu rodzi kolejne. Chociaż cień nadziei jest wątły, to Studnia Wstąpienia wydaje się być jedynym sposobem na zapanowanie nad chaosem.

Moje pierwsze spotkanie z Brandonem Sandersonem przy okazji czytania "Z mgły zrodzonego" było naprawdę przyjemne. Liczyłem więc na to, że powtórka będzie co najmniej tak samo emocjonująca i warta poświęcenia swojego czasu. Wiele opinii uważało książkę za nieco słabszą od pierwszej części i tutaj muszę się w pewnym sensie zgodzić. Nie była już tak dopracowana jak jej poprzednik. Być może jednak wynik to z tego, że czytelnik zna już ten świat, poznał zasady, którymi rządzi się w nim magia i samo uniwersum nie szokuje tak jak przy pierwszym spotkaniu. Po głębszym zastanowieniu się sama historia jest prowadzona w podobnym tempie, a wydarzenia są równie zaskakujące co spodziewane.

"- Wiesz co, Ham - stwierdził Breeze - jedyną zabawną rzeczą w twoich żartach jest to, jak często brakuje w nich choć odrobinę dowcipu."

Zdecydowanie zgodzić się muszę jednak ze wszystkimi, którzy proszą autora o zaprzestanie prób tworzenia rozbudowanych wątków miłosnych. "Studnia wstąpienia" jest w pewnym sensie w pełni oparta właśnie o taki wątek i mimo tego, że został on wkomponowany w tło, to jednak drażni na niemalże każdym kroku. Z jednej strony gryzie się z samą historią i światem, wkomponowując się niejako "na siłę", z drugiej bez niego wydarzenia, które miały miejsce nie mogłyby się zdarzyć. Poza tym sama relacja pomiędzy dwójką bohaterów wydaje się być nie do końca zdrowa i to nie dlatego, że autor tak chciał. Ciężko uwierzyć w to, że "tak miało być", kiedy czyta się wątki uczuciowe, których bohaterami są też inne postacie poznane już w pierwszym tomie. Można odnieść wrażenie, że w świecie wykreowanym przez Brandona Sandersona WSZYSCY mają ogromne problemy z wyrażaniem uczuć i każdy jest nowicjuszem w sztuce tworzenia zdrowych relacji.

W toku historii poznajemy nieco lepiej wiele postaci, wśród których część przechodzi pewne przeobrażenia. Wykreowane są w dość wyrazisty sposób, każda z nich ma swój zestaw charakterystycznych cech, które jednak nawet podczas wewnętrznych przemian nie są zamieniane na całkiem przeciwstawne w mgnieniu oka. U niektórych z nich możemy poznać również nieco lepiej ich historię i zrozumieć dlaczego podchodzą do życia w ten a nie inny sposób. Ogólnie "Studnia wstąpienia" wydaje się być czymś w rodzaju przerywnika, pozwalającego na zbliżenie do się do bohaterów i lepsze ich zrozumienie. Oczywiście w tle cały czas rozgrywają się wydarzenia, które mogą zaważyć na życiu wszystkich postaci, jak i przyszłości poznanego już wcześniej Luthadel.

"Zabawne, jak wiele ksiąg można upchnąć w jednym pomieszczeniu, zakładając, że nie trzeba się w nim dużo ruszać."

Z jednej strony od książki nie można się oderwać (ostatnie strony prawie pożerałem w sensie dosłownym), a z drugiej chciałoby się jednak czegoś więcej. Spodziewałem się wartkiej akcji wraz z jej nagłymi zwrotami, niesamowitych scen walk, misternych intryg, a otrzymałem powieść niezwykle wciągającą, ale dość defensywnie napisaną. Oczywiście zarówno historie postaci, jak i walka o przetrwanie wraz z zagłębianiem się w przeszłość nie tylko głównych bohaterów została stworzona jako interesująca i dopracowana koncepcja. Cieszę się bardzo, że mogłem poznać świat, jego mieszkańców oraz przede wszystkim postacie, z którymi czytelnik spędza najwięcej czasu, ale byłem nastawiony na coś kompletnie innego. Jeśli więc Wy również sięgacie po "Studnię wstąpienia" z myślą o dużej ilości akcji, to zapomnijcie o tym. Otrzymacie coś równie dopracowanego i intrygującego, jednak o wiele bardziej stonowanego.

Po raz kolejny zakończenie pozostawia sporo do życzenia. Jest to kolejny przykład, który potwierdza możliwość pojawienia się ambiwalentnych uczuć w trakcie czytania książek Brandona Sandersona. Autor nadał wręcz idealną dynamikę akcji na ostatnich stronach, ale pozwolił chyba sobie popuścić nieco za bardzo wodze wyobraźni. Galopowałem wręcz przez kolejne strony co chwilę zatrzymując się na jakimś fragmencie i w mojej głowie pojawiały się myśli w stylu "Hej, to nie ma sensu!", "Ale zaraz, to się wyklucza!", "Nie no, naprawdę, coś tak banalnego?" - radość mieszała się więc z irytacją. Chociaż w ogólnym rozrachunku zakończenie i tak wydaje się być o wiele lepsze niż w przypadku "Z mgły zrodzonego".

"Studnia wstąpienia" to godna, chociaż nieco spokojniejsza kontynuacja "Z mgły zrodzonego". Potrafi przyciągnąć niczym Szarpacz i rozbudzić ciekawość jak Podżegacz. Wątki romantyczne niestety nie są zbyt... przyjemne, przez co ma się ochotę stać się głównym celem jakiegoś Monetostrzelnego. Warto jednak poprosić zaprzyjaźnionego Uspokajacza o odepchnięcie niechęci, bowiem rozpalenie własnego brązu pomoże przeniknąć do niezwykle barwnych historii wszystkich postaci. Bywają też momenty, w których sami gorąco zapragniemy odrobiny atium, jednak cierpliwość zostanie z pewnością nagrodzona.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

środa, 21 lutego 2018

"Z mgły zrodzony" - Brandon Sanderson

"Z mgły zrodzony" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Z mgły zrodzony
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Aleksandra Jagiełowicz
Stron: 672
Data wydania: 15 czerwca 2015


O cyklu "Ostatnie Imperium", jak i o samym jego autorze nie sposób nie usłyszeć. Jako miłośnik literatury fantastycznej słyszałem peany na jego część regularnie, ze strony znajomych oraz blogerów, których czytam. Przy tak dobrych ocenach ciężko przejść obojętnie koło książki, dlatego autor stał się celem mojej biblioteczki dawno temu. Dopiero teraz jednak udało się nadrobić zaległości i sięgnąć po pierwszy tom - "Z mgły zrodzony". Cieszę się niesamowicie, że kupiłem od razu wszystkie książki wchodzące w skład cyklu. W innym przypadku miałbym bardzo nagłe zakupy poza jakimikolwiek planami.

Niewolnictwo wiele ma imion - oraz twarzy. Tysiąc lat bycia poniżanym na samym dole drabiny społecznej potrafi całkowicie pozbawić skaa chęci do oporu. Ostatni Imperator, niemalże nieśmiertelny bóg, twardą ręką rządzi całym swym imperium. Jednak Zrodzonemu z Mgły udało się przetrwać najgorsze więzienie i teraz staje do cichej walki ze swoim oprawcą. Niebawem jednak cisza sprowadzi nad Luthadel przerażającą burzę.

Jeśli ktoś szuka rozbudowanego i doskonale zaprojektowanego świata fantasty, to trafił idealnie. "Z mgły zrodzony" jest bowiem nie tylko uniwersum przygotowanym przez autora co do najdrobniejszego wręcz szczegółu, ale na dodatek potrafi zaskoczyć i tchnąć nieco świeżości. Wśród mnóstwa książek powielających te same schematy, pierwszy tom "Ostatniego Imperium" naprawdę pokazuje coś nowego. A w każdym razie nie tak często spotykanego. Intrygi oraz motyw przewodni jest co prawda bardzo oklepany (choć przednio obrobiony), jednak magia... Magia metali jest nieziemska.

"Nowe smaki są jak nowe idee, młodzieńcze - im jesteś starszy, tym trudniej je strawić."

Brandon Sanderson postanowił pójść jednym z klasycznych schematów. Wielkie imperium, rządzone przez kogoś na kształt bóstwa - a być może rzeczywiście boską istotę. Społeczeństwo podzielone jest na coś w rodzaju kast, z czego skaa są tymi najpośledniejszymi. Robotnikami, którzy nie mają praw innych, oprócz prawa do służenia. Aparat wewnątrzpaństwowy jest rozbudowany i zawsze jest w stanie wyśledzić najmniejsze nawet objawy buntu czy nieposłuszeństwa. Oraz Allomantów, którzy nie wywodzą się z rodów szlacheckich.

Nad tematem sposobu działania magii w świecie stworzonym przez Sandersona można rozwodzić się niemalże godzinami. Jest świeży, niesamowity i przekonujący. Do tego wszystkiego dopracowany (to słowo zdecydowanie często będzie się pojawiać w niniejszym tekście). Nie tylko pod kątem samej techniki wykorzystywania mocy, ale również korzyści, jakie może dawać, wraz ze sposobami wykorzystywania.

"Drogi przyjacielu- odrzekł Breeze. - Cały sens życia zawiera się w tym, aby znaleźć sposób na zmuszenie kogoś, żeby wykonał twoją robotę. Nie wiesz nic na temat podstaw ekonomii?"

Brandon Sanderson bardzo powoli wprowadza Czytelnika w stworzony przez siebie świat, a robi to na dodatek w sposób rozbudzający wyobraźnię. Każdy szczegół, który podaje sprawia, że człowiek jednocześnie jest sobie w stanie to w prosty sposób wizualizować, a na dodatek chce jak najszybciej dowiedzieć się więcej! A zdecydowanie jest czego się dowiadywać. Każda kolejna strona książki wręcz krzyczy "autor rozpisał nawet kulturowe zwyczaje ludu żyjącego tysiące kilometrów na wschód od Luthadel i mają nawet swój własny język!". Dzięki temu lektura daje ogromną przyjemność.

Żeby nie było tylko różowo, to znalazłem parę momentów, które nie pasują do tego obrazu wspaniałości. Kilka niewielkich szczerb w gładkiej powierzchni tego dzieła. Przede wszystkim są wśród nich nie do końca jasne sytuacje oraz przypadki niezbyt sensownych i logicznych wyjaśnień. Co prawda większość z nich można jeszcze wytłumaczyć w kolejnych tomach, jednak nie jestem pewien czy autor to zrobił. A w przypadku jednego z tych "minusów" zostawianie nierozwiązanej kwestii trochę boli - zwłaszcza jeśli ktoś szybko potrafi dodać dwa do dwóch. A w tym przypadku wcale nie jest to trudne działanie.

"Ale czym są pieniądze? Materialnym przedstawieniem abstrakcyjnej koncepcji wysiłku."

Nieco rozczarowało mnie również zakończenie, które było mniej zaskakujące i rozbudowane niż się spodziewałem. Sześćset stron obiecywało wiele, jednak na samym końcu otrzymałem dość sztampowe i niezbyt wyszukane rozwiązanie. Co prawda napisane w interesujący sposób, jednak pozostaje pewien niedosyt. Ostatnie wydarzenia zresztą potoczyły się tak szybko, że człowiek wręcz poczuł się jak Zrodzony na przeciągnięciu cynowo-ołowianym - chciał gnać dalej mimo konieczności nagłego zatrzymania się.

Historia jest jednak wciągają w pełni, nawet jeśli można się doszukać tu i ówdzie pewnych nieścisłości. Autor wręcz wodzi czytelnika za nos, okręcając go sobie wokół palca. Odpowiednio dawkowane napięcie, barwne postacie i idealna równowaga pomiędzy tajemnicą a uchylaniem jej rąbka robi z tej książki idealnego niszczyciela nocy. Po prostu nie sposób się od niej oderwać. Już pierwsze strony obiecują mnóstwo świetnej zabawy i nie są to zdecydowanie puste słowa - Brandon Sanderson potrafi pisać, co do tego nie ma wątpliwości. Nie jestem pewien czy nie potrafiłby utrzymać przy sobie czytelnika nawet jeśli pisałby o procesie fotosyntezy u jakiegoś konkretnego gatunku kaktusów.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Ostatnie Imperium"