Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2020

„Triumf Endymiona” – Dan Simmons

„Triumf Endymiona” – Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Triumf Endymiona
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Stron: 874
Data wydania: 1 sierpnia 2018

To ostatni już tom cyklu „Hyperion”, w którym miałem okazję spędzić mnóstwo czasu ze wspaniale wykreowanym uniwersum, niezwykłymi historiami oraz wielowarstwową fabułą, która zaspokaja nie tylko najbardziej prymitywne potrzeby rozrywki, ale również kultury i spojrzenia na swoje życie z nieco innej perspektywy. Jak do tej pory pierwsze dwa tomy, opowiadające o wydarzeniach przed Upadkiem, były o wiele lepsze od „Endymiona” (chociaż trzecia książka ukazała kunszt autora w dostosowywaniu i rozbudowywaniu świata), ale w końcu jakoś trzeba zakończyć cały cykl, najlepiej z przytupem. Sporo więc oczekiwałem po „Triumfie Endymiona”, kiedy brałem się za jego lekturę – może nie czegoś na miarę pierwszej części, ale jednak czegoś, co wywoła u mnie wow. W sumie wow nie było, ale i tak było całkiem nieźle.

Kościół Katolicki wraz ze współpracującym z nim Paxem wciąż sprawują pełną władzę nad wszystkimi światami, które ocalały po Upadku. Sakrament zmartwychwstania jest zbyt silną obietnicą, żeby ktokolwiek z niego zrezygnował. Jednak Enea niezmiennie jest zagrożeniem dla obecnej równowagi, nawet jeśli zniknęła gdzieś na kilka lat, całkowicie poza radary dostojników watykańskich. Jednak przejdzie ten dzień, w którym pojawi się z powrotem na terytorium kontrolowanym przez Pax, a wtedy wielu graczy będzie musiało podjąć nowe decyzje, lub pozostać przy starych. W każdym przypadku jednak będą musieli przekalkulować potencjalne konsekwencje i zmierzyć się z nimi, niezależnie od tego, jakie decyzje podejmą.

„Triumf Endymiona” utrzymany został w klimacie trzeciej części całego cyklu – cały czas obserwujemy losy Enei, Raula, Bettika, ojca de Soyi i całej reszty postaci, których poznaliśmy w poprzednim tomie. Każde z nich ma swoją porcję stron przeplataną historią pozostałych osób. Możemy więc z jednej strony przerwać w dowolnym momencie, a z drugiej próbować dogonić najbardziej nas intrygującą część. Autor jednak nie próbował stosować cliffhangerów na końcu rozdziałów, więc raczej nie miałem problemów z odstawieniem lektury na później. Być może jest to jeden z tych głównych problemów ostatniego tomu – a tych w sumie można kilka wytypować.

„Niektórzy otyli ludzie noszą ciężar własnego ciała jak stygmat folgowania swoim żądzom, symbol lenistwa i słabości, są jednak i tacy, którzy obnoszą się z nim prawdziwie po królewsku, traktując swoją cielesną powłokę jak oznakę władzy”.

Wciąż wydarzenia są o wiele ważniejsze niż postacie, mimo tego, że cała powieść aż błaga o, choć odrobinę głębsze zarysy charakterologiczne. Niestety w związku z tym, że pojawiają się kolejni bohaterowie, jest bardzo trudno upchnąć coś więcej prócz suchych opisów przeżyć oraz wydarzeń. Co prawda Raul jako główny narrator próbuje czasem przemycić swoje przemyślenia, jednak nie za wiele nam to mówi o jego osobie. Niemal do samego końca pozostał dla mnie po prostu zlepkiem faktów dotyczących jego historii i nie umiem w ogóle opisać go jako człowieka obdarzonego duszą. Podobnie jest z większością pozostałych osób, z bardzo wyrazistym jak na „Triumf Endymiona” kardynałem Lourdusamym, który mógłby stać się jednym z najbardziej czarnych charakterów. No, mógłby. Gdyby Dan Simmons mu na to pozwolił.

Wciąż jednak fascynuje to, jak autor nie tylko stworzył ten cały świat oraz zmienił go pomiędzy drugim a trzecim tomem, ale również jak mu się udało upleść tak doskonałą w szczegółach intrygę związaną z jego historią. „Triumf Endymiona” nawiązuje bardzo mocno do wydarzeń z pierwszej dylogii i ukazuje to, co mieliśmy okazję przeczytać, w zupełnie innym świetle. Być może niektóre momenty wydać się mogą nieco naciągane, jednak, tak czy siak, czapki z głów za tak szczegółowe opisanie wszystkiego bez zgubienia się w zeznaniach. Oczywiście co najważniejsze, brawa również za starania włożone w próby uargumentowania istnienia przecudnych zasad fizyki na przeróżnych planetach, które mamy okazję odwiedzić wraz z postaciami. Zapewne fizyk zgrzytałby zębami, jednak dla przeciętnego czytelnika, któremu fizyka nie jest obca, będzie to całkiem miły gest.

Z drugiej strony trzeba się przygotować na to, że w drugiej połowie książki ta fizyka przekształca się w fantastykę. Pojawia się coraz więcej kompletnie niemożliwych do wytłumaczenia zjawisk. Można wyczuć jakiś taki… dysonans pomiędzy poprzednimi tomami, w których autor starał się jednak poruszać w obrębie „wytłumaczalnych” zjawisk, a tutaj jednak pozwolił sobie popłynąć. Ma to oczywiście swoje uzasadnienie w fabule, bez tej kompletnej fantastyki faktycznie trudno byłoby pociągnąć te wątki w ten sposób, trzymając się jedynie mniej więcej realistycznych motywów. Tak po prawdzie to nawet można się tego było domyślić w trakcie lektury poprzednich tomów, bo ona już daje pewne informacje świadczące o tym, że mamy do czynienia z po prostu fantastyką w dużej mierze.

„Religia od zawsze oferuje nam tego rodzaju fałszywy dualizm. Cisza nieskończonej przestrzeni albo przytulne ciepło wewnętrznej pewności”.

Samo zakończenie określiłbym jako poprawne. Mamy ciekawy plot twist, którego pewnie co bardziej bystrzy czytelnicy, mogliby się domyślić, mamy też domknięte praktycznie wszystkie wątki. Fabuła, która rozwijała się tak naprawdę na przestrzeni czterech tomów, odnalazła swoje zwieńczenie. Pozostaje jedynie pytanie, czy takie zakończenie każdemu podpasuje. Widziałem je nieco inaczej w trakcie lektury wszystkich powieści, ale można powiedzieć, że mimo wszystko jestem usatysfakcjonowany tym, co otrzymałem. Niestety nie udało mi się jeszcze lepiej poznać samego Raula Endymiona ani Enei, ponieważ nawet w trakcie rozwiązania wszystkiego ich postacie nie zostały tak przybliżone, jakbym sobie życzył. Wielka szkoda, ale niestety na to się nic nie poradzi.

Podsumowując, jest to całkiem przyjemne zwieńczenie dwóch dylogii, z których składa się cały cykl. Pozostawia trochę do życzenia w kwestii bohaterów oraz samego poprowadzenia akcji, ale trzeba Danowi Simmonsowi oddać, że przepięknie połączył ze sobą ogrom wątków i stworzył bardzo drobiazgowy świat. Tak naprawdę to cały wszechświat, który do samego końca odsłania przed czytelnikiem swoje tajemnice. To chyba największe plusy „Triumfu Endymiona” oraz całego cyklu – nieprzebrane przestrzenie uniwersum, które w dużej mierze dość twardo osadzone jest na współczesnej fizyce.

Łączna ocena: 7/10

poniedziałek, 14 września 2020

„Mitologia nordycka” – Neil Gaiman

„Mitologia nordycka” – Neil Gaiman
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Neil Gaiman
Tytuł: Mitologia nordycka
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Stron: 240
Data wydania: 2 marca 2017

Mitologia nordycka to jedna z tych mitologii, które znam najmniej. Swego czasu (jeszcze w szkole) doskonale znałem mitologię grecką oraz rzymską – do tego stopnia, że nawet wygrywałem przeróżne konkursy – jednak nasi północni „sąsiedzi” przewijali mi się jedynie w popkulturze lub prostych i niezobowiązujących nawiązaniach. Rozpoznaję niektóre postacie, znam szkielet wierzeń, jednak nigdy niedane mi było sięgnąć głębiej, po szczegóły. Książka Neila Gaimana wydała się więc potencjalnie idealną pozycją dla mnie, fana fantastyki, który doskonale zna nazwisko tego autora. Widziałem sporo pochlebnych opinii o niej, jak również ostrzeżenia, że nadaje się ona głównie dla osób, które nie zjadły na mitach nordyckich zębów. Czyli w sumie jestem w grupie docelowej!

Na bazie mitów nordyckich powstało wiele dzieł popkultury, z Marvelem na czele. Duża część literatury jest wręcz przesiąknięta tą mitologią. W życiu Neila Gaimana również odegrała bardzo dużą rolę – pisarz od najmłodszych lat zafascynowany był przygodami Thora oraz podstępnymi sztuczkami Lokiego. Wiele osób jednak wciąż zna te postacie jedynie z filmów oraz literatury niekoniecznie bezpośrednio nawiązującej do oryginalnych historii. Neil Gaiman wychodzi naprzeciw potrzebom propagowania surowych, oryginalnych mitów i tworzy książkę zawierającą tak wierne odbicia starych opowieści, jak to tylko możliwe. Przy okazji jednak dodając szczyptę świeżości oraz nowoczesności – tak, aby współczesny czytelnik zapoznał się z nordyckimi bogami z przyjemnością.

„– Loki-rzucił. – Loki to zrobił.
– Czemu tak myślisz? (...)
– Ponieważ – odparł Thor – kiedy coś idzie nie tak, najpierw zawsze myślę, że to wina Lokiego. Oszczędza mi to mnóstwo czasu.”

Na samym początku muszę się zgodzić z mnóstwem opinii, które podkreślają, że „Mitologia nordycka” przeznaczona jest głównie dla osób, które nie miały wcześniej z nią styczności. No, ewentualnie miały niewiele. Ja właśnie taką osobą jestem – znałem oczywiście imiona bogów, kojarzyłem parę nazw, wiedziałem, jakie cechy mają poszczególne postacie, ale na tym się wszystko kończyło. Przy okazji mój pogląd na postacie mityczne był trochę skrzywiony przez popkulturę (Marvel mocno powykrzywiał to i owo). Nie znałem żadnych pełnych historii oraz ani jednej przygody któregokolwiek z bogów. Neil Gaiman mi to umożliwił, chociaż do porządnego zagłębienia się w temat brakuje jeszcze bardzo dużo – w końcu to jedynie 240 stron i kilkanaście historii!

Autor ułożył je w bardzo sensownej kolejności i wygląda na to, że dobrze wybrał te, które były warte wspomnienia. Sam wspomina na samym początku, że po zakończeniu pracy nad tym dziełem, odkrył, że czyta się je bardzo płynnie – pomimo tego, że można to uznać za coś w rodzaju zbioru opowiadań. Faktycznie, płynność jest zachowana, a z jednej opowieści wynika druga, powołując się często na wydarzenia, które właśnie poznaliśmy. Jak więc widzicie, rzeczywiście można traktować „Mitologię nordycką” jako jedną z pierwszych pozycji na drodze do poznania panteonu bóstw nordyckich oraz ich rzekomej przeszłości, jak i przyszłości. Razem z samym Ragnarökiem na czele. No dobra, na samym końcu, zgodnie z kolejnością poszczególnych historii, ale wiadomo, o co chodzi.

„– Wspaniałe słowa i dzielne słowa – odrzekł Odyn. – Słowa, które mają ukryć twój strach”.

Sama mitologia nordycka znacznie różni się od greckiej czy rzymskiej, które to obie są bardzo popularne (zwłaszcza w trakcie edukacji wczesnoszkolnej za czasów mojej młodości). Tutaj mamy do czynienia z często bardzo brutalnymi i naturalistycznymi opisami oraz podejściem zgoła… obrzydliwym wręcz. Ma to swój niesamowity urok i idealnie komponuje się z wyobrażeniem o narodach nordyckich – twardych, zimnych, pragmatycznych do bólu i niemarnujących absolutnie niczego. Wszystkie historie są tymi wartościami wręcz przesiąknięte, dlatego musicie się liczyć z nieco mocniejszymi fragmentami – i to pomimo tego, że widać w działaniach autora, że starał się złagodzić to i owo jak tylko się dało. Nic w sumie dziwnego, skoro jego książka ma zachęcać do zainteresowania się Odynem, Thorem, Lokim i całą resztą Asów oraz Wanów, jak i reszty istot odgrywających najważniejsze role w tych wszystkich opowieściach.

Jak widzicie, więc jeśli jeszcze nie zaczęliście studiować mitów nordyckich, a bardzo chcielibyście to robić, to pozycja od Neila Gaimana może być doskonałym początkiem. Historie napisane są bardzo przyjemnych, charakterystycznym dla takich przedwiecznych wręcz opowieści językiem, a sposób ich ułożenia gwarantuje pełne zrozumienie poszczególnych wydarzeń. Trudno rozpatrywać „Mitologię nordycką” na tle po prostu książki, bo autor tak naprawdę nie tworzył czegoś swojego od zera, chociaż musiał włożyć również dużo pracy w dobór odpowiednich mitów, ustalenie ich kolejności i takie ich opisanie, aby zachęcić czytelnika do dalszej eksploracji. Te trzy składowe udały mu się świetnie, więc śmiało mogę polecić ten niezbyt gruby tom jako urozmaicenie zarówno beletrystyki, jak i tytułów mocniej stąpających po gruncie. Po prostu sami sprawdźcie, a prawdopodobnie nie będziecie zawiedzeni!

Łączna ocena: 7/10



sobota, 15 sierpnia 2020

„Endymion” – Dan Simmons

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Dan Simmons
Tytuł: Endymion
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Stron: 640
Data wydania: 31 stycznia 2018

To już kolejny miesiąc z prozą Dana Simmonsa, do której się przekonałem bardzo błyskawicznie – od razu po przeczytaniu „Hyperiona”. Autor pokazał się w nim z jak najlepszej strony, jako doskonały pisarz, narrator, gawędziarz oraz konstruktor. Czego konstruktor pewnie zapytacie, wszak cała reszta jest dość oczywista – a konstruktor świata. Hegemonia Człowieka wraz z jej Siecią, skomplikowanym systemem połączeń oraz podróży międzygwiezdnych oczarowała mnie swoją prostotą, która jednocześnie skrywała bezmiar nowoczesnych technologii, które nikomu się nie śniły. W „Endymionie” Dan Simmons ponownie pokazuje, na co go stać i kreuje nowy świat z nowymi bohaterami na paręset lat po wydarzeniach znanych z poprzednich dwóch powieści. Jak mu to wyszło? Wyśmienicie!

Kościół Katolicki odzyskał swoje wpływy, które powróciły (a nawet przekroczyły) poziom znany z czasów przed śmiercią Starej Ziemi. Obecnie jest największą siłą i wraz z Paxem dba o dobrobyt oraz administruje większością planet. Któż by się w końcu nie skusił na najnowszy sakrament, jakim duchowny może obdarzyć wierną owieczkę? Jednak czasy spokoju może przerwać córka Lamii oraz Johny’ego, która dla Kościoła Katolickiego będzie trudnym przeciwnikiem. Wraz z Raulem Endymionem będzie musiała jakoś przetrwać w nieprzyjaznym dla siebie środowisku i upewnić się, że wszystkie pisane jej rzeczy się wypełnią.

„Obudziłem się żywy, co specjalnie mnie nie zdziwiło – myślę, że człowiek dziwi się dopiero wtedy, gdy się budzi i stwierdza, że nie żyje”.

Przyzwyczaiłem się już do poprzedniej wersji świat wykreowanego przez Dana Simmonsa, a do tego bardzo ją sobie ceniłem. Jednak muszę przyznać, że Hegemonia Człowieka wraz ze wszystkimi planetami, całą historią Hyperiona i bohaterów, z którymi mieliśmy do czynienia, to było jedynie preludium. Trzystuletnia przerwa, pozbawienie możliwości natychmiastowych podróży między planetami, usunięcie kluczowych technologii oraz w pewnym sensie rozbrojenie ludzkości wcale nie uwsteczniło całej cywilizacji. Te wszystkie rzeczy dały jedynie podwaliny pod jeszcze ciekawszą wersję wszechświata, którą możemy obserwować w Endymionie. Z najnowszym sakramentem Kościoła Katolickiego, który kompletnie zmienił bieg historii oraz przyczynił się niewątpliwie do tak wielkiego sukcesu. Niby starsze, ale nowsze.

„Endymion” swoją konstrukcją przypomina bardziej „Upadek Hyperiona” niż „Hyperiona” – jest to jednolita, spójna powieść, prowadzona z perspektywy tym razem głównie dwóch osób. Chciałoby się rzec – głównego protagonisty oraz antagonisty. Patrząc na surowe ramy literackie, teoretycznie łatwo wskazać kto jest kim w tym duecie – jednak obserwując poczynania i przeżycia zarówno Enei (chociaż czyż główną postacią nie miał być Raul Endymion?), jak i kapitana-ojca De Soyi trudno jednoznacznie zaszufladkować, zwłaszcza pod kątem moralnym. W końcu każde z nich robi tylko to, co do niego należy i to, co uważa za słuszne, by ratować nie tylko najbliższych, ale i cały znany świat. Ciekawą różnicą jest prowadzenie narracji pierwszoosobowej w przypadku opisu wydarzeń z Raulem oraz trzecioosobowej w całej reszcie.

Pewnego rodzaju zgrzytem w tej – wydawać by się mogło, że nieskazitelnej – książce są postacie. Zarówno Raul Endymion, jak i Enea są tak płascy, jak tylko płaskim można być. Jeszcze Enea próbuje nadrabiać tajemniczością, pewnego rodzaju przyzwyczajeniami oraz świadomością istnienia większego planu. Niestety ciężko to samo powiedzieć o Raulu. Gdyby ktoś mnie zapytał, jaki jest towarzysz Tej, Która Naucza, to jedyne co byłbym w stanie powiedzieć, to jego dane biograficzne, przytaczane wielokrotnie na kartach książki. Z Ojcem-kapitanem de Soyą jest o wiele lepiej, jednak równie daleko od ideału, co w przypadku poprzedniej dwójki. Chyba nie znalazłem żadnej postaci, która mogłaby mi zapaść w pamięci jako osobowość, a nie jako zlepek liter w imieniu, potrzebnych do tego, żeby rzeczy się działy.

„Wszechświat ma nas w dupie”.

Sporo do życzenia pozostawia też niestety tłumaczenie lub/oraz redakcja. Na dzień dobry zmienione zostało tłumaczenie jednego z najważniejszych elementów, które napędzają zarówno poprzednie dwa tomy, jak i obie powieści związane z „Endymionem”. Nikt nie zadał sobie trudu sprawdzenia poprzednich książek i utrzymania konwencji, zwłaszcza że tłumaczenie Wojciecha Szypuły ma o wiele więcej sensu, patrząc na sam kontekst oryginalnej nazwy. Zdaję sobie sprawę z tego, że TechnoCentrum istniało jeszcze przed serią „Artefaktów”, jednak jeśli czytelnik dostał na dzień dobry jedną nazwę w dwóch pierwszych książkach, to otrzymanie innej w dwóch kolejnych może zrodzić sporo problemów. Rozumiecie – pierwotna nazwa z pierwszych tłumaczeń pierwotną nazwą, jednak jeśli ktoś już postanowił ją inaczej przetłumaczyć w obrębie spójnej serii, to... powinno się tego trzymać. W końcu zostało to przyklepane przez redaktorów. Do tego tłumacz pozwolił sobie dość lekko podejść do istniejących w rzeczywistości kodów natowskich i zmienił Charlie Foxtrot na Charlie Tango tylko dlatego, że… pasowało bardziej mu do jego wersji rozwinięcia CT. Były również potknięcia w formach określających grupę („oni”, „my”), przez co naprawdę dostawało się kręćka w dość kluczowych momentach.

W ogólnym rozrachunku nawet pomijając problemy z poprzedniego akapitu, cała powieść jest zupełnie inna od poprzednich dwóch. Można ją nazwać slow action, z rozbudowanym przedstawieniem nowego porządku w świecie, który już był znany, co wpłynęło negatywnie na postacie. Być może w „Triumfie Endymiona” będzie z nimi lepiej, bo aż się prosi o skupienie całej uwagi na Raulu, Enei oraz ojcu-kapitonowi de Soyi. Zaintrygowały mnie nowości wprowadzone przez Dana Simmonsa na potrzeby rzeczywistości po trzech stuleciach od Upadku, jednak czuję też pewien zawód. Na pewno wciąż jest to wysoki poziom, jednak liczę na poprawę w następnej książce. Ach, no i na wyjaśnienie pojawienia się pewnej bardzo… przegiętej postaci, która drażniła mnie swoją wszechmocą. Wierzę jednak, że i to zostanie odpowiednio usprawiedliwione w czwartej części cyklu.

Łączna ocena: 7/10




Cykl „Hyperion’

Hyperion | Upadek Hyperiona | Endymion | Triumf Endymiona


sobota, 25 lipca 2020

„Upadek Hyperiona” – Dan Simmons

Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Upadek Hyperiona
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 626
Data wydania: 4 listopada 2015

Bardzo długo zbierałem się do tego, aby sięgnąć po cały cykl „Hyperiona”. Dan Simmons przewijał się przez niemal wszystkie blogi książkowe, które czytam – niekoniecznie pod postacią akurat wspomnianej powieści dzielącej swój tytuł z poematem Johna Keatsa, ale pod przeróżnymi tytułami. Kiedy wreszcie udało mi się dobrać do pierwszej części, można powiedzieć, że zostałem oczarowany. „Hyperion” może i nie jest arcydziełem, które będę wychwalał pod niebiosa, ale jest książką bardzo dojrzałą, wielowarstwową, zaskakującą i gruntownie przemyślaną. Przede wszystkim jednak w pewnym sensie wyjątkową i pokazującą ogromny kunszt pisarski autora. Nic więc chyba dziwnego, że szybko sięgnąłem po „Upadek Hyperiona”! Muszę przyznać, że choć jest to już zupełnie inne dzieło, to wciąż trzymające ten sam, wysoki poziom.

Bitwa o Hyperiona może okazać się „być albo nie być” dla całej Hegemonii Człowieka. Sztuczne Inteligencje nigdy nie były w stanie ująć planety w swoich predykcjach, a wygląda na to, że cały trójkąt w postaci Hegemonii, TechnoJądra oraz Wygnańców widzą w tej zacofanej planecie gdzieś na skraju Sieci coś, co może przechylić szalę zwycięstwa na ich stronę. Pielgrzymi też muszą odegrać swoją rolę, udając się w – wydawać by się mogło, że z góry skazaną na porażkę – pielgrzymkę do Grobowców Czasu. Dzierzba może okazać się o wiele ważniejszym graczem, niż można sądzić. A na pewno, jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele osób uznaje go jedynie za zwykły mit. Mit, który być może wpłynie na losy całego wszechświata.

„Upadek Hyperiona” jest już kompletnie inną książką niż pierwszy tom cyklu. Tym razem mamy już pełną fabułę, która nie jest podzielona na opowieści poszczególnych osób, tak od siebie skrajne, a zarazem spójne. Rzecz jasna poznajemy dalsze losy Pielgrzymów, ale również całej Hegemonii Człowieka, która staje nad skrajem przepaści. Wszystko opisywane z kilku różnych perspektyw – wspomnianych osób wybranych przez Kościół Dzierzby do odbycia wędrówki do Grobowców Czasu, kolejnego cybryda, który znalazł się w pobliżu samej Przewodniczącej Senatu oraz czasem kilku innych osób. Dzięki temu mamy całościowy obraz tego, co się dzieje w Sieci, z jej planetami, jak wyglądają kolejne ruchy rojów Wygnańców i przede wszystkim jak Hyperion wpływa na wszystko wokół.

„– Rozprzestrzeniamy się po Galaktyce jak komórki raka w zdrowym organizmie. Mnożymy się, nie myśląc o niezliczonych formach życia, które muszą zginąć lub zostać usunięte ze swojego naturalnego środowiska, byśmy my mogli zająć ich miejsce. Tępimy konkurujące z nami inteligentne formy życia”.

Dan Simmons nie byłby sobą, gdyby tym razem nie nawiązywał bardzo często do malarstwa. W wielu opisach miejsc, planet, czy po prostu krajobrazów, używa porównań do dzieł znanych malarzy, takich jak choćby Hieronim Bosch, być może fanom fantastyki bardziej znany z „Pana Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Oczywiście nie brakuje też nawiązań do literatury, w tym rzecz jasna korzenia, wokół którego wszystko się toczy, czyli Johna Keatsa oraz jego poematów. Zresztą fascynacja jego postacią wydobywa się nie tylko z samego rdzenia całego cyklu, ale również z postaci, ich rozmów, miejsc odwiedzanych przez bohaterów oraz dosłownie całej książki.

To jest w ogóle niesamowite, w jaki sposób Dan Simmons skonstruował nie tylko świat, ale i całą historię, wokół której toczy się akcja obu tomów. Tak naprawdę dopiero w „Upadku Hyperiona” pokazują się fakty, do których nie sposób było dotrzeć po lekturze pierwszego tomu. Kierunek poprowadzenia wydarzeń jest zaskakujący i zawiły. Nie sposób nie użyć tutaj magicznego słowa „intryga” – na dodatek w pewnym sensie „polityczna intryga”. Blurb sugeruje rozwój wypadków, ale wszystkie detale to właśnie te elementy głównego dania, które nadają mu ten niesamowity smak. Bez tych niewielu zwrotów akcji, które możemy obserwować, nie byłaby to już ta sama książka. Swoją drogą ciekaw jestem, ile czasu zajęło autorowi rozpisanie sobie tego wszystkiego i połączenie w spójną, logiczną całość. Pogubić się może w jego wizji byłoby trudno, jednak łatwo można było popełnić drobny błąd, który zaważyłby na odbiorze – o dziury logiczne wcale nie jest trudno.

„Trudno zachować pogodę ducha, kiedy się umiera”.

Wspomniałem o raczej nielicznych zwrotach akcji nie bez powodu. Spora część „Upadku Hyperiona” to jednak historia Pielgrzymów, których poznaliśmy w poprzedniej książce. Śledzimy ich losy oraz – nie będzie to spoilerem, bo w końcu wszyscy doskonale wiemy, że będzie to miało miejsce – ich spotkania z Dzierzbą. Nieco więcej światła pada również na Władcę Bólu, jego historię, cel oraz materię, którą się otacza. Tutaj często mamy do czynienia z nieco metafizycznymi opisami, przemyśleniami poszczególnych postaci oraz iście nadnaturalnymi wydarzeniami. Te fragmenty są najwolniejszą częścią całej powieści. Slow action w pełnej krasie – co może niestety przez niektóre osoby zostać odebrane negatywnie.

Jak dla mnie jest to naprawdę świetna kontynuacja, nieustępująca w swojej poprzedniczce. Świetne zakończenie, ponownie bardzo głębokie rozwinięcie, ogrom nawiązań do literatury i sztuki, a do tego nieziemski (he-he) świat wykreowany przez Dana Simmonsa, tworzą świetną mieszankę. Pomimo swojej inności, „Upadek Hyperiona” godnie rozwija pierwszy tom. Być może w niektórych momentach jest zbyt… powolna, spokojna i wolno się rozwijająca, jednak całokształt oceniam bardzo pozytywnie. Aż nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po „Endymiona”, opowiadającego o tym, co wydarzyło się wiele lat po Pielgrzymce z siódemką znanych nam postaci. To może być jeszcze ciekawsze przeżycie i po cichu na to liczę.

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Hyperion’

Hyperion | Upadek Hyperiona | Endymion | Triumf Endymiona


wtorek, 23 czerwca 2020

„Hyperion” – Dan Simmons


„Hyperion” – Dan Simmons
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Dan Simmons
Tytuł: Hyperion
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 624
Data wydania: 9 września 2015


Zbierałem się do „Hyperiona” bardzo długo. Obserwowałem, jak pojawiają się kolejne, wychwalające go pod niebiosa opinie i zastanawiałem się – prawda li to, czy przesada. Starałem się nie czytać zbyt wielu recenzji, żeby się nie sugerować, chociaż próbowałem przejrzeć te negatywne – te niestety ku mojemu nieszczęściu nie reprezentowały sobą w większości przypadków żadnej merytoryki. Paradoksalnie więc moja chęć przeczytania dzieła Dana Simmonsa rosła. Zwłaszcza że próba dorwania pierwszego tomu cyklu nie była łatwym zadaniem. Dorwałem go jednak wprost ze sklepu Wydawnictwa MAG i długo nie czekałem z czytaniem. Po lekturze mogę powiedzieć, że warta ona była każdej minuty czekania na dobranie się do niej.

Wojny wymagają nadzwyczajnych ruchów i nietypowych decyzji. Nawet takich, które wymagają ogromnych poświęceń. Wiedzą o tym doskonale pielgrzymi, którzy przybywają na planetę Hyperion w jasnym celu. Tylko jeden z nich przeżyje tę wyprawę i tylko jeden z nich zostanie wysłuchany. Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul w obliczu międzygalaktycznej wojny muszą spróbować dotrzeć do grobowców i odnaleźć jedyną istotę, która może zmienić losy wszechświata. Ceną jednak będzie wybór oraz życie. Jeden, dobry wybór i życie szóstki.


„Na początku było Słowo. Potem pojawił się pieprzony edytor tekstu. Potem procesor myślowy. A potem nastąpił koniec literatury”.

Tak naprawdę cały „Hyperion” jest zbiorem opowieści snutych przez wspomnianych już w opisie książki pielgrzymów. Można powiedzieć, że każda z nich to po prostu osobne opowiadanie, spięte ze sobą narracją podróży całej siódemki w stronę Grobowców Czasu na planecie Hyperion. Wszyscy ruszyli ze stolicy – Keats – i muszą dotrzeć do Dzierzby, który zgodnie z legendą spełni życzenie jednego z nich. Czy coś Wam już świta, kiedy widzicie obok siebie zestawione słowa Hyperion oraz Keats? Tak, chodzi o Johna Keatsa, angielskiego poetę epoki romantyzmu, który napisał poemat „Hyperion” – chociaż napisał to może za dużo powiedziane. Poemat ten bowiem nie został dokończony przez twórcę, w przeciwieństwie do książki Dana Simmonsa, inspirowanej wspomnianym poetą.

Nie jest to jednak jedyna inspiracja literacka, jaką można odnaleźć w całym „Hyperionie”. Tak naprawdę można w nich utonąć. W pewnym momencie próbowałem szukać informacji na temat fragmentów, na które natrafiłem – począwszy od bardzo oczywistego Shakespeare’a, a zakończywszy na skrzętnie ukrytych motywach nawiązujących do poetów, o których nawet w polskiej Wikipedii niewiele znalazłem. Mógłbym tak szukać inspiracji oraz nawiązań przez wiele godzin, a wszystkich bym nie znalazł. Widać ogromny wpływ angielskiej literatury oraz poezji na dzieło Dana Simmonsa i nie sposób nie docenić tego, jak wiele takich easter eggów (chociaż nie wiem, czy można tak to nazwać) umieścił w swej powieści. Zawsze jest to dla mnie dodatkowa radość w trakcie lektury oraz możliwość poszerzenia swoich horyzontów.


„Przeprowadzili bardzo dokładne badania, z których wynika jednoznacznie, że ludzkość stała się całkowicie bezużyteczna”.

Rozszerzyć również można swój własny zasób stylizacji narracji zależny od konkretnej postaci. A w każdym razie można, chociaż obserwować to, jak doskonale można sobie poradzić ze zróżnicowaniem stylu wypowiedzi oraz przekazywania historii przez wiele postaci występujących w danej książce. Jak wspomniałem, w „Hyperionie” znajdziemy kilka różnych opowieści snutych przez poszczególnych bohaterów – a grupkę mamy naprawdę konkretną. Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul – każdy z nich ma swój własny sposób przekazania tego, co ma do powiedzenia pozostałych członkom Pielgrzymki i jest to wręcz fascynujące, jak doskonale udało się Danowi Simmonsowi urozmaicić i podkreślić tę różnorodność. Poeta ma bardzo… poetycki sposób narracji, Żołnierz prosty i konkretny, Kapłan mocno uduchowiony, choć dotykający również nut naukowych. Dosłownie jakby czytało się książkę napisaną przez kilku różnych autorów!

Z początku może się wydawać, że każda opowieść przedstawiona przez poszczególnych Pielgrzymów jest kompletnie inną, oderwaną od samej Pielgrzymki historią. Bardzo szybko jednak okazuje się, że Dan Simmons ma to konkretny pomysł. Rzecz jasna można się tego było spodziewać od samego początku – w końcu jaki byłby sens tworzenia zbioru opowiadań spojonego poboczną historią i tworzenia do tego trzech kolejnych tomów? Nie, to było oczywiste. Jednak nie takie oczywiste było już to, w jaki sposób tego dokonał. Naprawdę można doznać szoku, kiedy zacznie się łączyć wszystkie wątki i rozbierać je na czynniki pierwsze – razem z różnicami w czasie, wieku, warstwach społecznych, które tak naprawdę wcale aż tak różne nie są. Mózg może wybuchnąć. A najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że jest to fantastyka naukowa, w której jednak to nie świat gra pierwsze skrzypce, ale ludzie oraz ich droga życiowa.


„Czasem jedynie bardzo trudno dostrzegalna granica oddziela fanatyzm od herezji”.

Widzicie, świat stworzony przez Dana Simmonsa nie jest wcale najważniejszym elementem książki, jednak wcale nie został potraktowany po macoszemu. Cała Hegemonia wraz z jej planetami rozsianymi po całej Sieci, sposoby podróży począwszy od statków z napędem Hawkinga (i długu czasowym, z którym trzeba się liczyć podczas podróżowania) a na transportalach zakończywszy, jest spójna, dość sensowna, przemyślana i przedstawiona w odpowiedni sposób. Podczas lektury „Hyperiona” wiadomo, na czym człowiek powinien się skupić i nie jest atakowany potokiem nowomowy, jak to ma miejsce np. w „Kwantowym Złodzieju”. Podobnie wygląda sprawa nie tylko z samym światem, ale i jego głównymi komponentami, odgrywającymi ogromną rolę – jak na przykład TechnoJądro wraz z SI. Wszystko ma swoje miejsce i choć skryte w tle wydarzeń, ma na nie przeogromny wpływ.

Ciężko opisać tę książkę w kilku słowach tak jak ciężko ją jednoznacznie ocenić. Trudno jest mi znaleźć jakiekolwiek jej wady, zwłaszcza takie duże, rażące, chociaż też nie czułem takiego… pociągu do niej w trakcie lektury. Jest ona naprawdę niesamowicie dojrzałą pozycją, przeznaczoną dla bardziej ambitnych osób – a raczej dla tych, które akurat szukają ambitniejszej lektury. Nie jest przy tym ciężkim tytułem, wręcz przeciwnie, wchodzi gładko jak nóż w ciepłe masło. Nic więc dziwnego, że zbiera tyle pochlebnych opinii, bo ciężko obok niej przejść obojętnie i nie zwrócić uwagi na co najmniej jedną z wielu warstw, z których jest zbudowana. Jedno jest pewne – z wielką chęcią sięgnę po każdy kolejny tom, bo aż umieram z ciekawości, jak się to wszystko dalej potoczy!

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Hyperion’

Hyperion | Upadek Hyperiona | Endymion | Triumf Endymiona


niedziela, 29 września 2019

„Przyczynowy Anioł” – Hannu Rajaniemi

„Przyczynowy Anioł” – Hannu Rajaniemi
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Hannu Rajaniemi
Tytuł: Przyczynowy Anioł
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Stron: 295
Data wydania: 23 marca 2018


To już ostatnia część trylogii, w której śledzimy drogę, która pokonuje złodziej Jean le Flambeur. Jest to jedna z najszybciej w sumie przeze mnie przeczytanych trylogii, które zazwyczaj staram się rozkładać w czasie. Tym razem jednak zachowałem się konsekwentnie i sięgałem po każdy kolejny tom miesiąc po miesiącu. W efekcie wypełniając czas innymi książkami, historię, którą stworzył Hannu Rajaniemi mam już za sobą. Nie była to łatwa przygoda, albowiem wszystkie tomy nie ułatwiały czytelnikowi życia – pełne były neologizmów, których autor nie kwapił się zbyt szybko wyjaśniać. Powoli jednak wszystko dążyło do wyjaśnienia chociaż części z niezrozumiałych wątków, na co liczyłem najbardziej właśnie w „Przyczynowym Aniele”. Niestety ogrom Wszechświata ukazał mi się jedynie częściowo.

Co zawiodło Joséphine Pellegrini? Co spowodowało, że wydarzenia potoczyły się w ten, a nie inny sposób? Pellegrini ma bardzo dużo czasu na rozmyślania, może przeanalizować zachowanie wszystkich poszczególnych fragmentów układanki. Co zrobił Jean le Flambeur? Dlaczego Mieli ją zawiodła? Czemu smoki właśnie pochłaniają wszelką materię i Matjek Chen wydaje się zwycięzcą tej nieoficjalnie wypowiedzianej wojny? Mieli z Jeanem mają jednak swoje własne plany, chociaż niekoniecznie powiązane ze sobą. Układ Słoneczny jednak już nigdy nie będzie taki sam, jak przed wydarzeniami, które zmieniły dwie planety w coś zupełnie innego.

„Przyczynowy Anioł” wyjaśnia wiele wątków rozpoczętych w pierwszym lub/oraz drugim tomie. Można dowiedzieć się nieco więcej o Pierwszych, Założycielach oraz o tym, jak mniej więcej powstały siły, które rządzą Układem Słonecznym obecnie, w przeszłości oraz bliżej nieokreślonej przyszłości. Jednak zdecydowaną większość świata, który wykreował Hannu Rajaniemi trzeba przyjąć na wiarę, bez wgłębiania się w to, jak działa i z czego wyewoluował. Większość mechaniki działania poszczególnych technologii, jak również ich pochodzenie cały czas pozostaje tajemnicą. Wiadomo, wszystkiego nie da się wyjaśnić, zwłaszcza na przestrzeni trzech niezbyt długich tomów (i nie wszystko się w ogóle powinno wyjaśniać), ale czuję duży niedosyt informacji po skończeniu tej trylogii.

Mimo wszystko można uznać trzeci i ostatni tom za zdecydowanie najlepszy z całej trylogii. Nie obyło się bez wszechogarniającego chaosu, przeskoków między poszczególnymi wydarzeniami i pozornego braku powiązania pomiędzy nimi, ale „Przyczynowy Anioł” potrafił nie tylko przyciągnąć, ale i zaintrygować. Większa część historii złodzieja zaczęła nabierać o wiele większego sensu, a w połączeniu z tym, o czym wspomniałem w poprzednim akapicie, można było zrozumieć z tego wszystkiego o wiele więcej. Można jednak narzekać na zakończenie, które chyba nie do końca zostało zaplanowane. Odniosłem wrażenie, że autor chciał to po prostu skończyć i zapomnieć. Pomysł na cały świat był, ale na rozwiązanie akcji zabrakło.

W ostatniej części widać największe przemiany u postaci, które prowadziły całą historię przez trzy tomy. Zarówno stanowcza Oortyjka, Mieli, jak i sam Jean zmienili nie tylko swoje nastawienie do otaczającej ich rzeczywistości, ale również do siebie. Wszystko to, co przez co przeszli odcisnęło na nich piętno, które widać w ich zachowaniu oraz gotowości do poświęceń. Również na Założycieli Sobornosti rzucono nieco więcej światła i – jedynie w pewnym sensie – niektórzy z nich przechodzą dość ciekawą przemianę, choć nie tak jawną, jak w przypadku dwójki głównych bohaterów. Oczywiście o ile można w ogóle mówić o przemianach w stosunku do bytów, które są kopiami samych siebie.

Bardzo skomplikowany świat, nie do końca wyjaśniony, który może czytelnika przytłoczyć swym ogromem oraz nowomową używaną co drugie zdanie. Intrygująca historia, rozciągnięta na wiele planet oraz mająca w swoim centrum osoby, które sterują wszystkim, co zostało po Upadku. Zróżnicowane postacie, kierujące się zupełnie innymi pobudkami, jednak umiejące zmienić swoje nastawienie w razie potrzeb. Trudno oceniać tę książkę, jak i całą trylogię – nie sposób odmówić autorowi rozmachu i dopracowania, jednak uwadze również nie ujdzie chaos rozpływający się po całej powieści. Ze względu jednak na domknięcie niektórych wątków (i to domknięcie sensowne oraz budzące emocje) można uznać „Przyczynowego Anioła” za całkiem niezłe zamknięcie całości. Gdyby tylko nie to zakończenie…

Łączna ocena: 7/10


wtorek, 13 sierpnia 2019

„Fraktalny książę” – Hannu Rajaniemi

„Fraktalny książę” – Hannu Rajaniemi
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Hannu Rajaniemi
Tytuł: Fraktalny książę
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Stron: 308
Data wydania: 30 września 2017


Całkiem niedawno rozpocząłem trylogię Jean le Flambeur, „utalentowanego” złodzieja, którego reputacja wyprzedza jego osobę. Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre – „Kwantowy złodziej” nawet jak na hard sci-fi był nieco zbyt… hard. Zwłaszcza na samym początku. Sama historia wyglądała jednak na ciekawą, a świat stworzony przez autora intrygował, więc nie chciałem zbyt długo czekać z sięgnięciem po drugi tom. Jestem już po lekturze „Fraktalnego księcia” i mogę na pewno z czystym sumieniem napisać, że jest lepiej. Czy to jednak oznacza, że jest dobrze? Tutaj sprawa jest dyskusyjna, jednak aby lepiej to zrozumieć, muszę rozbić tę powieść na kilka części i potraktować je w pewnym sensie jako osobne byty.

Jean le Flambeur nie ma zbyt wiele czasu. Nigdy go nie miał, chociaż jednocześnie ociekał nim wręcz nieprzyzwoicie. Ma niewiele czasu na rozprawienie się z pewnym pudełkiem. Niewiele czasu na uratowaniu statku. Niewiele czasu na próbę przeżycia. Niewiele czasu na dotarcie na Ziemię, gdzie jego los splącze się z pewną rodziną, niekoniecznie jego. Czas we wszechświecie to pojęcie względne, zwłaszcza dla technologii sobornosti, która za nic ma takie pojęcia jak czas, ciało czy materia. Zanim jednak Jean osiągnie swoje cele – swoje oraz jego wybawczyni i wspólniczki, Mieli – minie dużo czasu, którego tak naprawdę złodziej nie ma ani trochę.

Tym razem mamy do czynienia z dwutorową narracją – możemy obserwować poczynania znanego nam już złodzieja, podróżującego z Mieli na statku o pięknej nazwie Perhonen, oraz wydarzenia dziejące się w zupełnie nowym miejscu. Mieście zwanym Sirr, osadzonym w samym środku pustyni, w którym największym zagrożeniem jest dziki kod, a sojusznikiem i wrogiem Sobornosti. Cały czas nie do końca wiem czym jest Sobornosti (chociaż koncepcję zoku mniej więcej ogarnąłem) i szkoda, że tak naprawdę nie jest to jasne przez bardzo długi czas. Trudno też dojść do jakichś sensownych wniosków w przypadku wielu innych elementów świata stworzonego przez autora – Hannu Rajaniemi trochę zbyt ubogo dzieli się szczegółami dotyczącymi tego, o czym pisze.

„Zaybak milczał przez długi czas, tak długi, że Tawaddud pomyślała, że rozgniewał się i opuścił ją na zawsze. Ale potem zaczął mówić, cichym głosem opowiadacza”.

Niestety to jest wciąż ogromny minus tej trylogii. Dość często bywa tak, że więcej szczegółów dotyczących danego świat przedstawianych jest w drugim tomie. Pierwszy traktowany jest jako wstęp, krótkie przedstawienie tego, z czym będziemy mieć do czynienia przez resztę cyklu. Mniej więcej tak to wyglądało w „Kwantowym złodzieju” – chociaż świat wykreowany przez pisarza wydaje się być o wiele bardziej skomplikowany niż przeciętny świat w literaturze fantasy – zapowiedź czegoś wielkiego, połączona z przedstawieniem ogólnej problematyki. No cóż, coś wielkiego rzeczywiście się pojawiło. Dalej jednak operujemy w obszarze niewiadomych, niewyjaśnionych szczegółów (oraz ogółów), braku definicji, słowników czy nawet krótkich opisów. Ciężko się też domyślić z kontekstu czym jest opisywana rzecz, gdyż… kontekstu zwyczajnie nie ma…

Mega robotę za to robi we „Fraktalnym księciu” Sirr i wszystko co dotyczy historii dwóch sióstr w pustynnym mieście. Szczerze powiem, że ja bardzo chętnie bym przeczytał osobny cykl osadzony jedynie w tym świecie. Świetne połączenie futurystycznej wizji „kwantowego” świata (jakkolwiek by ten zwrot nie bolał osób technicznych) połączonego ze starymi tradycjami pustynnymi znanymi choćby z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Świat wezyrów, alladynów, dżinów, pustynnych wojowników, pałaców z piasku osadzony w zdominowanym przez elektronikę i żyjący niemalże kod uniwersum. Coś pięknego. Hannu Rajaniemi może i średnio sobie poradził z przedstawieniem świata „w kosmosie”, ale Sirr wyszła mu niesamowicie. O dziwo dość szybko można załapać o co mniej więcej chodzi w zwyczajach, podziałach (zarówno społecznych jak i politycznych) miasta oraz używanej terminologii (chociaż również jest pełna neologizmów wynikających z futurystycznej wizji autora). A do tego samo połączenie dwóch wydawać by się mogło kompletnie różnych światów – majstersztyk!

„Dla wojmózgu pachnie to raczej Krainami kwantowych śmieci niż wirtem Sobornosti. Podobnie jak wielu jego kopiobraci woli fizykę i ciało, pamięć o brutalności wojny jako demonstrację szacunku dla Pierwszych”.

Ciężki orzech do zgryzienia mam w przypadki postaci. Świetnym aspektem jest to, że niemalże żadna postać nie jest jednoznacznie dobra lub zła. Niby mamy jednoznacznie wskazanych antagonistów, ci jednak po lepszym ich poznaniu wcale niekoniecznie wydają się być „tymi złymi”. Mamy antybohaterów, którzy nie wiadomo do końca po czyjej są stronie – dobra czy zła. Mamy również drugo- oraz trzecioplanowe postacie, o których możemy powiedzieć dokładnie to samo. Jest też jedna druga strona medalu, ta gorsza – nawet główni bohaterowie nie mają jednoznacznie określonej osobowości i charakterów, nie mają również jasno wyrażonych poglądów, których się trzymają. Jean co prawda w wielu miejscach podkreśla, jak ważne dla niego jest dotrzymanie słowa, ale oprócz tego nie widać po nim żadnego kodeksu czy innego zbioru zasad, według którego postępuje. Inni bohaterowie potrafią również podejmować sprzeczne z ich dotychczasowym zachowaniem decyzje. 

Jak widać „Fraktalny książę” wydaje się być lepszą książką niż pierwsza część tej trylogii, chociaż wciąż do perfekcji jej dużo brakuje. Przede wszystkim brak wyjaśnienia najważniejszych zasad, według których działa polityka (i jak jest zbudowana) w całym świecie niezbyt współgra z fabułą, która jednoznacznie wchodzi w tę politykę bardzo głęboko. Na horyzoncie widać jakieś sensowne rozwiązanie tego wszystkiego, ponieważ autor uchylił rąbka tajemnicy i przedstawił chociaż częściową historię niektórych istotnych osób, ale to wciąż za mało, żeby w pełni zrozumieć co się czyta. Świetnym wątkiem jest Sirr wraz z pustynią dzikiego kodu okalającą całe miasto oraz niejednoznaczne osadzenie moralne większości postaci. Czytało mi się drugi tom o wiele lepiej i mam nadzieję, że autor zachował tendencję wzrostową w jakości – w końcu przede mną jeszcze trzeci, ostatni tom.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Jean le Flambeur"

Kwantowy złodziej | Fraktalny książę | Przyczynowy Anioł


niedziela, 30 czerwca 2019

„Kwantowy złodziej” – Hannu Rajaniemi

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Hannu Rajaniemi
Tytuł: Kwantowy złodziej
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Stron: 336
Data wydania: 23 marca 2018


Science finction niezbyt często u mnie gości, chociaż wcale nie dlatego, że nie przepadam za tym gatunkiem. Zdecydowanie bardziej przyzwyczajony jestem do fantastyki w odmianach high, low czy też heroic. Ciężko jednak przejść obok pozycji wydawanych przez Wydawnictwo MAG, zwłaszcza że dobra fantastyka naukowa potrafi zapewnić o wiele więcej rozrywki i pokarmu dla umysłu, niż wiele innych książek. Jednak oszukałbym wszystkich, gdybym napisał, że kupiłem trylogię „Jean le Flambeur” jedynie ze względu na gatunek i opis – Wydawictwo MAG miało akurat mega promocję na te książki. A skoro MAG mi się zawsze kojarzył z wysoką jakością, to się skusiłem. Mam trochę wątpliwości, czy ta jakość rzeczywiście jest na wysokim poziomie, ale dam szansę kolejnym tomom.

Czy jeden człowiek jest w stanie ukraść tyle rzeczy, że zaczynają pojawiać się legendy o jego skokach. Jean le Flambeur potrafi, i to właśnie ze względu na jego słodziejski, mistrzowski wręcz fach, siedzi w więzieniu. Powinien w nim zostać, jednak ktoś ma wobec niego zupełnie inne plany. Mistrzostwo w jego rzemiośle – bo tym niemalże stało się dla Jeana złodziejstwo – ma mu przynieść nie tylko wolność, ale również życie. Lub coś, co można nazwać jego namiastką. Choć złodziejowi się to może nie podobać, to jednak nie ma zbyt dużo go powiedzenia – zwłaszcza kiedy w pewnym sensie sam musi sobie torować drogę na wolność.

Trudno mi było przebrnąć przez początek książki – przypominała coś w rodzaju grafomańskiego bełkotu złożonego z mnóstwa neologizmów udających mądre słowa opisujące nowe technologie. To był jeden wielki chaos lingwistyczny, który nie tylko nie pomagał dowiedzieć się o co w ogóle autorowi chodzi, ale utrudniał to zadanie skutecznie. Zagęszczenie trudnych, nic nie znaczących słów było tak ogromne, że kompletnie pozbawiało sensu wszystkie zdania, jakie zostały sklecone. Czytanie tego nie było zbyt przyjemne. Zwłaszcza, że opisywane wydarzenia również nie do końca miały sens i były raczej kiepskim wprowadzeniem do historii. Sama koncepcja, którą próbował przekazać autor była dość zrozumiała, ale niezbyt spójna. 

O niebo lepiej było, gdy Hannu Rajaniemi wystrzelał się ze swojej neologicznej amunicji. Po opróżnieniu wszystkich magazynków pozwolił wreszcie czytelnikowi wylądować bezpiecznie na Marsie i nacieszyć się już właściwą historią. Tym razem na całe szczęście wszelkiego rodzaju opisy i nawiązania do tamtejszej technologii były o wiele bardziej zjadliwe – można było nie tylko zrozumieć w jaki sposób działa mniej więcej świat stworzony przez autora, ale również czym są niektóre z tych magicznych słów, które najczęściej niestety niewiele mówiły. Można odnieść wrażenie, że Hannu Rajaniemi bardzo lubi wszelkiego rodzaju wariacje na temat słowa „kwantowe”. ponieważ niemalże wszystko jest kwantowe. Do tego wszystko jest inteligentne, ale w sposób… spolszczony. Znaczy wszystko jest „inteli–”. Smart, ale po polsku.

Autor dość zgrabnie w dalszej części książki przeprowadza czytelnika przez stworzoną przez siebie fabułę. Kiedy akurat postanawia skupić się na historii, to całe technologiczne tło jest dokładnie takie, jakie być powinno – czuć w nim ciężką rękę, ale nie przytłacza swoją obecnością. Wszelkiego rodzaju nowinki, narzędzia, technologie jasno informują, że praktycznie nie istnieje już w tamtejszej rzeczywistości nic „naturalnego”, ale jest to jedynie tło. Można się skupić na powieści i śledzić losy bohaterów, przyglądać się ich poczynaniom oraz czasem nawet z zapartym tchem czekać na rozwój wydarzeń. Czasem jeszcze autorowi się udaje przekształcić tło w pierszy plan, co jest naprawdę bolączką w tej książce. Hard science fiction, a i owszem, ale wypadałoby złapać jakikolwiek sens, chyba że autor stworzył z neologizmów specjalny kod, którego zwyczajnie nie rozumiem i stąd wynika tak ogromne zagęszczenie nowych słów w zdaniach.

Ciekawym zabiegiem jest pomieszanie dwóch typów narracji – fragmenty dotyczące Jeana pisane są z jego perspektywy, opisywane w narracji pierwszoosobowej, natomiast cała reszta opowiada wydarzenia z perspektywy narratora wszechwiedzącego. Nie spotyka się go zbyt często, a umiejętnie wykorztywany potrafi zdynamizować całą powieść. Z jednej strony widzimy bowiem tylko konkretny zakres wiedzy, należący do samego Jeana (który swoją drogą tej wiedzy w pewnym sensie nie ma zbyt wiele), a z drugiej całą resztę prawy lub fałszu, którym karmieni są czytelnicy, jak i wszystkie postacie występujące w książce. „Kwantowy złodziej” jest więc jak widać powieścią, która może wywoływać ambiwalentne uczucia. Można trochę ponarzekać, ale i znaleźć jakieś jasne strony, które zachęcają.

Na pewno z tych ostatnich przykładów, zachęcających, mogę podać zakończenie. Bardzo ładny plot twist, zaskakujący i obiecujący jeszcze większą intrygę w następnym tomie. Co prawda wydarzenia poprzedzające bezpośrednio ostatnie sceny nie należą do zbyt udanych (wszystko potoczyło się zbyt szybko, w ogromnym chaosie i niejako naciągnięte mocno na potrzeby fabuły), ale Hannu Rajaniemi na samym końcu wyszedł z twarzą. Zresztą w sumie nie tylko na końcu, bo historia, którą stworzył, jest intrygująca. Tylko trochę… zbyt chaotycznie podana. Mnie ona kupuje – nie należy do samej czołówki, ale należy pamiętać o tym, że jest to debiut. Debiutom warto wybaczyć sporo, bo nigdy nie wiadomo co przyniosą kolejne książki. Patrząc po opiniach o kolejnych dwóch tomach jest spora nadzieja na poprawę.

Cóż mogę więcej napisać – ciężko jakieś sensowne podsumowanie napisać, które nie byłoby jedynie przepisaniem kolejny raz tych samych słów. Za dużo neologizmów, pchanych wręcz na siłę w niektórych miejscach i będących pierwszym planem, a nie tłem. Ciekawie zapowiadająca się historia. Świat, który wydaje się być bardzo rozbudowany, z konkretną historią wzlotów i upadków, który powoli otwiera się przed czytelnikiem. Dobra stylistyka, lekkie pióro widoczne we fragmentach zawierających więcej fabuły niż samego słowotwórstwa. Ogólnie nie jest dobrze, nie jest też źle i widać potencjał. Myśląc o „Kwantowym złodzieju” mam ambiwalentne uczucia, chociaż ich amplituda nie jest też ogromna. Debiut zawsze staram się oceniać w swojej głowie nieco łagodniej i nie zwracam uwagi na drobne niedopatrzenia, niedociągnięcia czy mniejsze wpadki. Liczę na kolejne tomy i na pewno po nie sięgnę.

Łączna ocena: 6/10



Cykl "Jean le Flambeur"

Kwantowy złodziej | Fraktalny książę | Przyczynowy Anioł


niedziela, 12 maja 2019

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi

„Złomiarz” – Paolo Bacigalupi
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Paolo Bacigalupi
Tytuł: Złomiarz
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz
Stron: 288
Data wydania: 6 marca 2013


Kiedy widzę słowo „MAG” przy nazwie wydawnictwa, które wydało daną książkę, to myślę sobie, że zdecydowanie warto ją kupić. Jeśli więc obok tej nazwy zobaczę nalepioną nową cenę, która wynosi raptem 6,99 zł, to nieważne co by się działo, dany tytuł zaraz wyjdzie ze sklepu razem ze mną. Mniej więcej taka jest historia tego, w jaki sposób „Złomiarz” trafił do mnie. Niepozorna książeczka, która swoim opisem zapewnia czytelnika, że zostanie zabrany do alternatywnego świata, w którym nie ma wcale niesamowitych, technologicznych nowinek, za to jest ogromna przepaść między poszczególnymi warstwami społeczeństwa. Obietnice to jedno, a rzeczywistość to drugie, a tutaj niestety okazuje się, że aż tak wesoło i wspaniale z tą książką to nie jest.

Brzegi Zatoki Meksykańskiej tętnią życiem – a dokładniej gorączkowymi próbami utrzymania tego życia przez każdego, kto pracuje w stoczniach rozbiórkowych. Wielkie tankowce oraz inne ogromne statki, które kiedyś majestatycznie sunęły po okolicznych wodach, teraz leżą martwe na brzegach i rozbierane są ze wszystkiego, co można cennego na nich znaleźć – czyli metalu. Jednym z pracowników jest Nailer, który pracuje w lekkiej ekipie. Gdy po jednym z większych sztormów trafia na rozbity w głębi wyspy kliper, czuje że złapał Bogów za nogi. Niespodzianka, którą znajdzie pod pokładem, może jednak nieco pomieszać mu szyki w szybkim zdobyciu bogactwa. Zwłaszcza jak się okaże, że ta niespodzianka potrafi chodzić i jest piękną, młodą kobietą ociekającą wręcz złotem…

„Kiedyś, dawno temu, Nowy Orlean oznaczał wiele rzeczy: jazz, Kreoli, miasto tętniące życiem, Mardi Gras, imprezy, zapomnienie; oznaczał pochłaniającą wszystko bujną zieloną roślinność. Teraz oznaczał tylko jedno. Przegraną”.

Początek książki zachęca bardzo mocno, zwłaszcza kreacją świata – brzegi Zatoki Meksykańskiej pozbawione są jakichkolwiek udogodnień, za to zalegają na nich wraki ogromnych statków, których wyposażenie to jedynie metal wszelkiego rodzaju. Paolo Bacigalupi stworzył klasyczny obraz społeczeństwa dla dystopii – przeogromna przepaść pomiędzy biedotą, która to stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa, a najbogatszymi, o których ludzie tylko głównie słyszeli legendy. Rzeczywistość wykreowana przez autora bazuje na doprowadzeniu do upadku miast przez ludzi, a konkretniej przez ich (czy też – nie bójmy się tego sformułowania – naszą) chciwość, pogoń za pieniądzem bez względu na koszty, jakie musi ponieść natura naginana do woli człowieka.

Niestety sam świat i jego kreacja to nie wszystko. Książce potrzebny jest zarówno sam pomysł, jak i jego wykonanie, a to trochę kuleje. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że autor nie do końca wie co robi i wcale nie przemyślał pewnych aspektów. Jakby stworzył sobie oś czasu całej historii, na którą naniósł kamienie milowe i po prostu starał się przeskoczyć pomiędzy nimi. W efekcie dość często sceny są nudne, nie wciągają ani trochę i tylko marzy się o tym, aby jak najszybciej przez nie przebrnąć. Ponad to niektóre postacie są naprawdę świetnie skrojone (jak ojciec Nailera), natomiast inne są tak bardzo bezpłciowe, że to aż boli. Widać też dużą niekonsekwencję w utrzymywaniu zasad, którymi rządzi się stworzony przez autora świat. Jest tu tak dużo wyjątków od reguły, że niestety staje się to bardzo nienaturalne i mocno przeszkadza w odbiorze.

„– Ale Fuksiarz ma o wiele lepiej niż my.– Jasne. – Splunął. – To jest to, co sobie mówi prosiak w chlewie, kiedy jego brata mu zarzynają na obiad. – Wzruszył ramionami. – I tak jesteś w chlewie. I tak umrzesz”.

Samo zakończenie (książki rzecz jasna, nie całej historii, jest to bowiem dopiero pierwszy tom) również nie powala na kolana. Jest po prostu… poprawne. Takie rzemieślnicze. Ciężko jest mi się do czegoś przyczepić w nim, ale tak samo ciężko jest mi cokolwiek pochwalić. Nie ma tu żadnego cliffhangera, ciężko szukać również obietnicy czegoś niesamowitego, co dopiero ma nadejść w kolejnym tomie, jednak jednoznacznie widać zakończenie pewnego etapu i otwarcie kolejnego. To w sumie kolejny przykład na to, że „Złomiarz” jest poprawną powieścią, której mocną stroną jest poprawność wykonania oraz świat wykreowany przez autora, jednak brakuje jej ikry. Nie porywa w żadnym aspekcie i nie może się równać do wielu innych pozycji wydanych przez Wydawnictwo MAG.

Wiele więcej na jej temat powiedzieć jest mi ciężko. Na pewno sięgnę po drugi tom, choćby po to, aby wgryźć się jeszcze mocniej w kreację świata. Być może dowiem się czegoś więcej na temat nie tylko samych podziałów społecznych, ale również tego, w jaki sposób całe to społeczeństwo działa według zupełnie nowych zasad. Bardzo żałuję, że powieść nie była bardziej porywająca, ponieważ drzemie w niej ogromny potencjał – nie mamy do czynienia z klasycznym obrazem postapokaliptycznego świata, ale z hybrydą katastrofy oraz naturalnego rozwoju ludzkości. Liczę na to, że to, co mogłem przeczytać w tej książce, to nie wszystko, co ma do powiedzenia Paolo Bacigalupi. Liczę na więcej i jest to kolejny powód, dla którego planuję wziąć się za następną część. Nawet pomimo pozytywnych wspomnień, które jednak nie budzą we mnie entuzjazmu. 

Łączna ocena: 6/10

wtorek, 15 stycznia 2019

„Żałobne opaski” – Brandon Sanderson

„Żałobne opaski” – Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Żałobne opaski
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 412
Data wydania: 27 kwietnia 2016


Moja przygoda z Brandonem Sandersonem zaczęła się właśnie od „Ostatniego Imperium” – pierwsza trylogia była niesamowita. Zupełnie nowy dla mnie świat kupił mnie od samego początku. Po prostu wziął szturmem i stałem się niemalże jego zakładnikiem. Od czasu sięgnięcia po pierwszy tom, staram się dawkować sobie tę przyjemność. Nie wyszły jeszcze wszystkie zaplanowane przez autora tomy, a nie chcę zostawiać zbyt długiej przerwy zanim pojawi się siódmy tom. Niestety za bardzo mi się spodobała zarówno sama historia, jak i stworzony świat, w związku z czym nie wytrzymałem i sięgnąłem po „Żałobne opaski”. To był zły pomysł – teraz chcę jak najszybciej kolejny tom.

Nikt oprócz kandra nie pamięta już czasów, kiedy żył Ostatni Imperator. Zarówno wokół niego, jak i całej ekipy Kelsiera narosło mnóstwo legend i mitów. Jednymi z nich są Żałobne Opaski, które rzekomo miały być metalmyślami wykorzystywanymi przez władcę, a które obdarzają noszącą je osobę dokładnie tymi samymi mocami, którymi władał Rashek. Niewiele jednak osób wierzyło w ich istnienie, aż do momentu, kiedy w ręce Waxilliuma trafiają zapiski dotyczące wspomnianych opasek, a wykonane przez badacza kandra. W miejscu, do którego udaje się lord Ladrian czeka na niego jeszcze więcej pytań oraz odpowiedzi, tym razem dotyczących jego wuja oraz organizacji, do której należy.

„Ponieważ ludzie byli ludźmi i tylko jedno było pewne - niektórzy z nich zachowywali się dziwnie. Albo raczej, każdy zachowywał się dziwnie, kiedy okoliczności przypadkiem pasowały do jego osobistej odmiany szaleństwa”.

„Żałobne opaski” dosłownie pochłonęły mnie w całości – od samego początku ciężko mi było się oderwać od lektury. Jako przyczyny upatruję tutaj nie tylko zgrabną historię, do tego poprowadzą w idealnym wręcz tempie, ale również o wiele więcej humoru i obcowania z konkretnymi postaciami niż w poprzednich książkach. Od razu na pierwszy plan wysuwa się Waxillium oraz Steris, jego narzeczona. Lord Ladrian był oczywiście przez poprzednie trzy tomy cały czas wyeksponowany, jednak raczej jako stróż prawa, allomanta, ferruchemik i człowiek po przejściach. Tym razem jednak możemy ujrzeć jego prawdziwą naturę, tę głęboko schowaną, której nie pokazuje nikomu – oprócz Steris. Narzeczona głównego bohatera do tej pory nie była zbyt rozbudowaną postacią, chociaż można było sobie wyrobić o niej opinię. W tym tomie jednak Brandon Sanderson postanowił przybliżyć czytelnikowi jej postać i w pewnym sensie zburzyć dotychczasowy obraz. A to, jak to zrobił – coś niesamowitego! 

Oczywiście nie mogło zabraknąć jeszcze bardziej szczegółowego opisu zasad, którymi rządzi się świat stworzony przez autora. Ba, Brandon Sanderson pokazał po raz kolejny, że doskonale zaplanował całą magię metali. Czasem naprawdę zastanawiam się, czy przypadkiem pisarz nie pracuje w wielkim pomieszczeniu wytapetowanym niuansami mocy, które stworzył – ciężko wręcz uwierzyć, że to wszystko mieści się w głowie jednej osoby, lub choćby nawet i notatniku. A idę o zakład, że zaskoczy nas jeszcze nie raz i nie dwa, zanim cały cykl zostanie ostatecznie zakończony. Jak dla mnie to jedna z mocniejszych stron całej trylogii „Ostatniego Imperium”, jak i obecnych ksiąg. Uwielbiam cały czas odkrywać coś nowego w świecie wykreowanym przez autora – dzięki temu jestem co chwilę zaskakiwany.

„To miała być wiadomość, sposób na udowodnienie maluczkim, że bogacze mogli wykorzystać swoje pieniądze, by wybudować dom dla swoich pieniędzy, i wciąż zostawało im dość pieniędzy, by wypełnić nimi ten dom”.

Samo zakończenie zostało dość ciekawie wykonane – można odnieść wrażenie, że to już koniec. Taki kompletny, definitywny. Widać cały czas możliwość otwarcia kolejnego rozdziału, będącego kontynuacją dotychczasowych trzech tomów opowiadających o przygodach Waxa i Wayne’a, ale jednak gdybym nie wiedział o tym, że będzie kolejna część (o czym zresztą Brandon Sanderson informuje w posłowie), to zakładałbym, że nie będzie dalszej historii. Oczywiście nie zabrakło również kompletnie nowych technologii wplecionych w dotychczas poznany świat, jak i kompletnie nowych możliwości, jakie niesie ze sobą ferruchemia i allomancja. Dosłownie na każdym kroku można podkreślać, jak niewyczerpane są zasoby pomysłów twórcy „Ostatniego Imperium” i jak wiele razy zaskoczy on swoich czytelników. 

Chyba najlepszy z ostatnich czterech tomów tego uniwersum magii metali. Od samego początku świetnie skrojona historia, mnóstwo humoru i coraz więcej sposobów wykorzystania stopów i ich składników. Jeszcze lepszy obraz bohaterów również jest bardzo mocną stroną powieści – nie dość, że Brandon Sanderson opisuje ich ze szczegółami, to na dodatek pozwala zajrzeć w ich wnętrze, dzięki czemu czytelnik może wyrobić sobie zdanie na ich temat. Przy okazji zżyć się z nimi bądź ich znienawidzić, w zależności od tego, jak mu akurat przypadną do gustu. Naprawdę świetna kontynuacja, warta przeczytania. Autor sam sobie postawił dość wysoko poprzeczkę, ponieważ w stosunku do poprzedniego tomu, zdecydowanie widać różnicę zarówno w samej fabule, jak i konstrukcji. Pysznie się bawiłem i liczę na podobną zabawę w bliżej nieokreślonej przyszłości. 

Łączna ocena: 8/10


sobota, 27 października 2018

„Cienie tożsamości” – Brandon Sanderson

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Cienie tożsamości
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 352
Data wydania: marzec 2016


Świat stworzony przez Brandona Sandersona spełnił niemalże wszystkie moje oczekiwania, które wobec niego stawiałem. Już sam „Z mgły zrodzony” ukazał mi świat pełen zupełnie nowego spojrzenia na magię, niż to, które do tej pory spotykałem w książkach fantasy. Rozwinięcie w postaci czwartej części o dźwięcznym – i jakże pasującym do konwencji całej serii – tytule „Stop prawa” być może na pierwszy rzut oka nie był czymś, co mogłoby mnie porwać, jednak stanowił naprawdę godne następstwo. Postacie Waxa i Wayne’a nie dają się nie lubić, więc chętnie wróciłem do Elendel pełnego połączonych mocy allomancji i ferruchemii. Drugie spotkanie z tym duetem okazało się być równie przyjemne, chociaż jednocześnie zupełnie inne.

Rewolucja przemysłowa to nie tylko poprawa jakości życia ludzi, ale również ciemne strony, które wspomnianą jakość wręcz pogarszają. Elendel rozkwita coraz bardziej, na ulicach pojawiają się automobile, które nie wymagają żywych zwierząt jako napędu, a do budynków doprowadzana jest elektryczność. Pojawia się jeszcze większe rozwarstwienie społeczne, które prowadzi do niepokojów. Najbiedniejsi zaczynają myśleć, co się z nimi dalej stanie, a ich myśli nie osładza informacja o znalezieniu martwego brata gubernatora w otoczeniu nie tylko arystokratów, ale również najbardziej poszukiwanych kryminalistów. Waxillium Ladrian nie ma w takich warunkach zbyt łatwej pracy.

„Cienie tożsamości” to tom, w którym znajdziemy mnóstwo nawiązań do postaci znanych z pierwszej trylogii – Kelsiera, Vin, Sazeda oraz całej reszty paczki Ocalałego. Nie są to jednak tylko wspomnienia informujące o istnieniu takich postaci, ale również ukazanie jaki kult powstał wokół nich. Przy okazji w wielu miejscach nawet czytelnik może poczuć pewnego rodzaju nastrój uniesienia – nawet mimo tego, że zżył się z bohaterami w poprzednich książkach. „Cienie tożsamości” można więc uznać za powieść, która nie tylko przypomina o istnieniu Ocalałego (i to wcale nie tak dawno temu!), ale również w namacalny wręcz sposób przedstawia ten kult, który wokół niego powstał. Co swoją drogą w pewnym sensie jest potwierdzeniem tego, że Kelsier miał od samego początku rację.

„Waxillium oznaczał kłopoty. Warte zachodu kłopoty, bo załatwiał różne sprawy, ale niemal równie paskudne jak problemy, które rozwiązywał”.

Mimo tego, że drugi tom przygód Waxa i Wayne’a to kontynuacja historii znanej z wcześniej powieści, to Brandon Sanderson zapewnił dodatkową rozrywkę dla wszystkich, którzy zdążyli znudzić się światem magii metali. Technologia (o ile możemy użyć tego słowa) wciąż się rozwija, a całe Elendel jest w trakcie rewolucji przemysłowej. Pojawiły się automobile, a do coraz większej liczby budynków doprowadzony został prąd. Nie tylko allomanci i ferruchemicy muszą się odnaleźć w nowym świecie i dostosować swoje umiejętności do tego, co ich otacza, ale również prości ludzie, którzy czują się zagrożeni. Jeśli ktoś by się bardzo mocno uparł, to mógłby w tym doszukiwać się podobieństw do obecnej sytuacji na świecie, ale mogłaby to być zbyt daleko idąca interpretacja.

Ponownie do czynienia mamy z zagadką kryminalną, którą rozwiązać musi lord Waxillium Ladrian, będący jednocześnie w pewnym sensie konstablem, oraz w pełnym sensie głową jednego z najważniejszych rodów w Elelendel. Oczywiście tak jak w „Stopie prawa” nie jest to zagadka typowa dla klasycznego kryminału, jednak mająca z nim wiele wspólnego. Muszę przyznać, że z książki na książkę coraz bardziej podoba mi się takie podejście i realizacja pomysłu autora. Zwłaszcza, że w to wszystko sprytnie wplecione zostały wątki związane z działaniem świata stworzonego przez Brandona Sandersona. A w „Cieniach tożsamości” autor odkrywa kolejne karty dotyczące sztuk metalurgicznych – magia metali cały czas ma jeszcze wiele do powiedzenia czytelnikom. Zresztą nie tylko im, bo bohaterom, którzy niemalże zjedli na allomancji czy ferruchemii zęby również.

Świetna kontynuacja, która zapewnia dużo rozrywki i jeszcze lepsze poznanie stworzonego przez autora świata. Wciąż nie jest to tak porywająca opowieść jak pierwszy tom „Ostatniego Imperium”, jednak na pewno można go nazwać godnym następcą. Zarówno samego „Z mgły zrodzonego”, jak również „Stopu prawa”. Być może zakończenie nie powoduje, że mam przeogromną ochotę sięgnąć po kolejny tom, jednak na pewno sama historia wciągnęła mnie na tyle, że spodziewam się podobnej, wysokiej jakości w kolejnej powieści i na pewno po nią sięgnę. Mam również nadzieję, że stanie się to niebawem, choć jednocześnie obawiam się momentu, w którym skończę swoją przygodę ze światem magii metali.

Łączna ocena: 7/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

piątek, 28 września 2018

„Stop prawa” – Brandon Sanderson

„Stop prawa” – Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Stop prawa
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 304
Data wydania: 2016


Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona odbyło się przy Trylogii „Zrodzonego z Mgły”, która opisuje wydarzenia, który miały miejsce trzysta lat przed historią opisaną w niniejszej książce. Było to spotkanie, które wspominam bardzo dobrze, wręcz doskonale. Co prawda kolejne trzy tomy „Ostatniego Imperium” miałem już wówczas przy sobie, zakupione w komplecie razem z „Zrodzonym z Mgły”, to jednak nie sięgnąłem po nie od razu. Trochę była to chęć czekania na czwarty tom przygód Waxa i Wayne’a, a trochę po prostu zakopanie się w innych książkach. Jednak wreszcie udało mi się sięgnąć po „Stop prawa” i w sumie trochę szkoda, że tak późno.

Waxillium Ladrian piastuje funkcję głowy rody Ladrian – niegdyś jednego z najbardziej wpływowych rodów Elendel, obecnie jednego z najbardziej pogardzanych i stojących niemalże na skraju bankructwa. Wax oczywiście nie zawsze był bywalcem na salonach. Jako Podwójny, posiadający dar Allomancji oraz Feruchemii starał się być prawem dla ludzi w Dziczy. Śmierć wuja, dotychczasowej głowy rodu, spowodowała jednak, że musiał porzucić dotychczasowe przyzwyczajenia i stanąć na wysokości zadania, jakie stoi przed ostatnim, męskim potomkiem jego rodu. Elendel jednak może okazać się miejscem o wiele bardziej niebezpiecznym i potrzebującym żelaznej (lub stalowej) ręki niż cała Dzicz razem wzięta.

„Stop prawa” jest całkowicie inną książką niż tomy wchodzące w skład trylogii „Zrodzonego z mgły”. Co prawda są to wydarzenia, które mają miejsce trzysta lat po tym, co stało się nie tylko udziałem Kelsiera, ale również Elenda oraz Vin, jednak cały świat wygląda kompletnie inaczej. Mamy ciągle do czynienia z allomancją i ferruchemią, ale do tego doszło jeszcze parę nowinek technicznych, wśród których prym wiodą broń palna oraz elektryczność. Podstawowym orężem są pistolety, rewolwery oraz strzelby, natomiast większość rezydencji wielmożów oświetlana jest za pomocą żarówek. Spotykamy również innych bohaterów, w innym mieście oraz przede wszystkim innym świecie, który na pierwszy rzut oka dzieli się na Elendel oraz całą resztę – Dzicz.

„– Po prostu go ignoruj - poradził jej Waxillium. – Zaufaj mi. On jest jak wysypka. Im mocniej się go drapie, tym bardziej denerwujący się robi”.

Dwójka protagonistów – Wax oraz Wayne – wywołują u mnie nieco mieszane uczucia. Przypominają bardzo nowoczesnych detektywów, którzy starają się podchodzić do każdego śledztwa zgodnie z pewnym schematem, planując operacje na bazie doświadczeń. Istnienie uniwersytetu, który wykłada kryminologię (o czym dowiadujemy się już niemalże na samym początku powieści) potwierdza uwspółcześnienie całej historii. Niestety właśnie to, w połączeniu z kreacją Waxa i Wayne’a powoduje, że pojawia się pewien dysonans. Niby mamy do czynienia z kontynuacją, ale jednak Brandon Sanderson porwał się na stworzenie czegoś, co można nazwać kryminałem osadzonym w świecie fantasy, który ma przywołać na myśl opowieści osadzone w XIX wieku. Niby fajnie, ale coś jednak zgrzyta.

Sama fabuła jest jednak prosta i pieruńsko wciągająca. Nie ma tak zawiłych powiązań ani intryg jak w przypadku wcześniejszych trzech tomów. Mamy tym razem historię niemalże od samego początku wyjaśnioną pod względem koncepcyjnym, jednak Brandon Sanderson powoli odkrywa karty, którymi chce zagrać. W połączeniu z odpowiednią ilością dobrego humoru daje to ogólnie rzecz biorąc świetną mieszankę. Ciężko się oderwać od książki, nawet jeśli sam świat przedstawiony nie do końca czytelnikowi będzie pasował. Ogólnie jest to powieść generująca u mnie sporo ambiwalentnych uczuć, ponieważ jest jednocześnie powiewem świeżości (łączy allomancję, ferruchemię i nowoczesną technikę, a samo to wyszło wyśmienicie) oraz niezbyt dopasowanym kaloszem (z wcześniej wspomnianego połączenia średnio podoba mi się motyw czysto kryminalny).

„– Nawet nie próbuj – przerwał jej Waxillium, chowając rewolwer. – Logika nie działa na Wayne'a.
– Od wędrownego wróżbity kupiłem kiedyś amulet chroniący przed nią – wyjaśnił Wayne. – Dzięki temu mogę dodać dwa do dwóch i uzyskać korniszona”.

Również mimo tego, że teoretycznie trylogia „Zrodzonego z mgły” wskazuje na to, że większość tematu dotyczącego allomancji czy ferruchemii jest raczej wyczerpana i rozwinąć można już niewiele, autor pokazał jak bardzo w błędzie są wszyscy, którzy tak myśleli. Nie tylko samo wprowadzenie rewolwerów oraz elektryczności dodało mnóstwo możliwości. Również połączenie ferruchemii z samą allomancją daje dodatkowe opcje, które Brandon Sanderson wykorzystał przy kreowaniu nowego świata. Jeśli więc komuś znudził się już świat pełen osób wykorzystujących metale, to niech się nie martwi – tym razem dostanie jeszcze więcej nowych sposobów, które może nie tyle zadziwią, co zapewnią dużo rozrywki. A ci, którzy zakochali się w takim przedstawieniu magii, mogą po prostu liczyć na rozszerzenie dostępnego repertuaru.

Bardzo fajna lektura, która zapewnia mnóstwo dobrej rozrywki. Jeszcze bardziej rozbudowany świat, niż we wcześniejszych trzech tomach, chociaż być może technika nieco za mocno pogalopowała do przodu. „Stop prawa” warty jest przeczytania, nawet mimo tego, że nie wszyscy mogą uznać go za lepszego od swoich bezpośrednich poprzedników. W każdym razie osobiście czuję się usatysfakcjonowany kontynuacją, która jest tak naprawdę kolejnym rozdziałem w historii stworzonej przez Brandona Sandersona. Jeśli słowa autora o tym, że Wax i Wayne są tylko łącznikami między historią Vin a czymś zagnieżdżonym w futurystycznym świecie się spełnią, to może się to okazać niesamowicie interesującym cyklem.

Łączna ocena: 7/10


piątek, 13 kwietnia 2018

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson

"Bohater wieków" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Bohater wieków
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Stron: 786
Data wydania: 7 października 2015


Brandon Sanderson stworzył niesamowity świat, w którym osadzone są wydarzenia Ostatniego Imperium. To już trzeci i ostatni tom pierwszej trylogii, przedstawiającej Upadek i walkę ze Zniszczeniem. Łatwo zatracić się w uniwersum, bo z jednej strony ciągnie nas do niego niezwykłe podejście do magii, a z drugiej barwne opisy i kunszt samego autora. Co prawda nie jest to koniec przygody z Allomancją i światem Ostatniego Imperium, ale na pewno jest to zamknięcie pewnego rozdziału w całej przygodzie. Mimo początkowych problemów z dogadaniem się z książką, ostatecznie jest to chyba najbardziej sensowne rozwiązanie, jakie mógł wymyślić autor.

Zabicie Ostatniego Imperatora wydawało się być lekiem na wszystkie bolączki otaczającego świata. Pozbycie się tyrana, który uciska wszystkie ludy zamieszkujące ziemię jego imperium to przecież najlepsze, co można zrobić. Okazuje się, że jednak rządzenie nie jest wcale takie łatwe, zwłaszcza jeśli ma się na głowie coś o wiele potężniejszego niż zwykłe bunty. Coś, co przed powstaniem czegokolwiek dostało obietnicę obrócenia całego świata w popiół. I tenże popiół zaczyna coraz mocniej padać nie tylko na Elenda i Vin, ale na wszystko to, co kochają i za co są odpowiedzialni.

Nie wiem czego oczekiwałem od trzeciego tomu, ale jeśli mam być szczery, to rozłożenie magii na czynniki pierwsze było ostatnim, czego bym się spodziewał. Dla mnie to spore zaskoczenie, ale i duży plus - dawkowanie informacji zawsze było świetnym pomysłem na rozpalenie emocji i zaangażowania. Wielu autorów jednak nie daje rady doprowadzić do końca "encyklopedycznej" roli książki i nie wyjaśnia wielu dość istotnych spraw. Takich jak czym dokładnie są kandra, kolossy czy Inkwizytorzy. Brandon Sanderson robi to właśnie w tym tomie, jednak dawkuje tę wiedzę powoli, przez cały tom. Poznajemy również nie tylko samą naturę tych stworzeń i sposób, w jaki powstają, ale również możemy dojrzeć wspólny mianownik, który łączy je wszystkie.

"Natura to zorganizowany chaos... przypadkowy na małą skalę, z tendencjami na większą skalę".

Mam nieco ambiwalentne uczucia co do tego tomu. Początkowo bowiem podchodziłem do niego trochę jak pies do jeża ze względu na jego treść. Wydawała się mieć zdecydowanie za dużo rozważań filozoficznych, a za mało całej reszty. Pod pojęciem "całej reszty" mam oczywiście na myśli zarówno jakąkolwiek akcję, jak również planowanie, snucie intryg czy choćby przedstawianie obecnej sytuacji politycznej na świecie. Później jednak, kiedy zaczęły pojawiać się informacje dotyczące największych tajemnic Ostatniego Imperatora, całość zaczęła przyciągać uwagę. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że "Bohater wieków" intrygował jeszcze bardziej niż poprzednie dwa tomy. Nawet mimo tego, że cała książka rozbita została pomiędzy trzy grupy i akcja rzucona została w trzy różne miejsca.

Wydarzenia dzieją się w rok po tym, co poznaliśmy w "Studni wstąpienia". Sporo przez ten czas mogło się wydarzyć i nasi bohaterowie musieli odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości. Brandon Sanderson pokazał to poprzez zmianę w charakterach i osobowościach poszczególnych postaci. Wiele z nich to już nie są te same osoby, które znamy z poprzednich części. Najbardziej to widać w przypadku Elenda Venture i Spooka. Choć początkowo ich przemiana może się wydawać nieco dziwna, to jednak po głębszym zastanowieniu się możemy dojść do wniosku, że ma to jednak sens. I to nawet dużo sensu. W końcu obecny porządek rzeczy został całkowicie zburzony i przewrócony do góry nogami, a na barki wszystkich biorących udział w obaleniu Ostatniego Imperatora spoczęły nowe, nieznane dotychczas obowiązki. W takim przypadku należy albo się dostosować do nowej sytuacji, albo zginąć.

W przypadku rozkładania tajemnicy trzech gatunków (?) stworzeń autor tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że świat przez niego wykreowany jest naprawdę dopracowany i genialny. Jeśli miałbym sobie wyobrażać pracę Brandona Sandersona nad całym cyklem, to oczami wyobraźni widzę diagramy, tabele i wykresy porozwieszane na ścianach jego pracowni. W poprzednich tomach Ostatniego Imperium otrzymaliśmy wiele wskazówek lub pojedynczych wzmianek o wspomnianych tajemnicach, które jednak wówczas nie miały absolutnie żadnego znaczenia. Nawet nie wyglądały na celowo umieszczone, żeby wzbudzić zainteresowanie. One zostały po prostu idealnie wtopione w treść, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Dopiero podczas lektury "Bohatera wieków" powoli przypominają się niektóre sceny wraz ze wskazówkami w nich zawartymi. Po prostu aż chce się pacnąć w czoło a potem spojrzeć z szacunkiem na nazwisko autora.

"Najlepszym sposobem, by kogoś oszukać, było danie mu tego, czego pragnął. A przynajmniej czego oczekiwał. Dopóki zakładał, że znajduje się o krok przed przeciwnikiem, nie odwracał się, by sprawdzić, czy nie było takich kroków, które przegapił".

Ostatni tom Oryginalnej Trylogii (tak bowiem można przetłumaczyć oryginalną nazwę pierwszych trzech części "Mistborn") zaskoczył, i to bardzo. Pod wieloma względami. Nieco słabszy drugi nie napawał optymizmem, część opinii również wskazywała na tendencję spadkową. Takowa jednak pojawiła się na początku, jednak w moich oczach dość szybko przemieniła się z brzydkiego kaczątka w dorodnego łabędzia. Nie jest pozbawiona wad i skaz, ale jest naprawdę rzeczowa. Może nieco kuleje pod względem tempa i pomysłu, ale jako coś w rodzaju encyklopedii czy wręcz biblii, jest nie do zastąpienia. Bogaty świat stworzony przez Sandersona dopiero w "Bohaterze wieków" pokazuje cały swój ogrom i piękno i choćby dla poznania tajemnic Ostatniego Imperatora - jak i w ogóle całego świata - warto dotrzeć do tego tomu.

Trochę mieszanych uczuć wywołuje również samo zakończenie, które jest jednocześnie przemyślane i... niepasujące. Nie umiem tego dokładnie w słowa ubrać, ale coś mi z nim nie pasuje. Oczywiście wszystkie tomy wręcz dążą do tych konkretnych wydarzeń, chociaż nie pokazują nam tego bezpośrednio, a nawet sam pomysł na rozwiązanie wydaje się być dopracowany i wręcz idealnie dobrany. Jednak jest pewne "ale". Być może chodzi o nieco zbyt szybkie potoczenie się wydarzeń. Być może o marginalne opisanie ostatnich chwil spędzonych przez Czytelników z Bohaterem Wieków jako postacią. A być może chodzi o zebranie takich drobnostek, które lekko kłują, a które razem stały się niezbyt wielkim, ale strasznie niewygodnym kamienień.

Zakończenie historii Vin i Elenda jest naprawdę bardzo przednie, nawet mimo targających mną wątpliwości. Początek zdecydowanie nie powala, przepełniony filozoficznymi rozważaniami, ale im dalej, tym "Bohater wieków" lepszy. Pełniejszy.  Wyjaśniający wiele aspektów funkcjonowania świata, to jak się okazuje ma przeogromny wpływ na wszystkie opisane wydarzenia. Wyzwala w ten sposób chęć na dalsze książki napisane w stworzonym przez Sandersona Uniwersum. Ostatni tom trylogii nie jest pozbawiony wad, chociaż zdecydowanie ma więcej plusów - zwłaszcza dla kogoś, kto łaknie wiedzy o wykreowanym świecie nawet bardziej niż dobrej przygody.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Ostatnie Imperium"