niedziela, 14 czerwca 2020

„Prawo do zemsty” – Denis Szabałow

„Prawo do zemsty” – Denis Szabałow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Denis Szabałow
Tytuł: Prawo do zemsty
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 481
Data wydania: 14 czerwca 2017

Trylogia „Konstytucji Apokalipsy” jak do tej pory była moim ulubionym cyklem w całym Uniwersum Metro 2033 oraz Metro 2035. Nie piszę jednak tego w czasie przeszłym, bo coś się zmieniło po lekturze „Prawa do zemsty” – wręcz przeciwnie! Używam tego czasu, żeby podkreślić, że od samego początku byłem pod wrażeniem połączenia akcji z militarnym, lecz wystarczająco prostym językiem oraz światem stworzonym przez Glukhovsky’ego. Liczyłem się jednak z tym, że – jak to czasem bywa – zakończenie długiej historii może być kiepskie. Cóż, nie tym razem. Denis Szabałow stanął na wysokości zadania i dał czytelnikom to, czego oczekiwali – dobre zwieńczenie świetnej trylogii.

Prawo do użycia siły może się zawsze obrócić przeciwko temu, kto z niego korzysta. Prawa do życia jednak nie można odmówić nikomu – nawet jeśli ten korzysta z prawa do użycia siły bez widocznego powodu. W pewnym momencie może dojść do konieczności wykorzystania swojego prawa do zemsty, które niemal zawsze łączy się z dwoma poprzednimi prawami. Danile nie pozostało nic innego, jak tylko ono – a zemsta najlepiej smakuje na zimno. Dobrze przygotowana, porządnie zaplanowana i skutecznie wdrożona. A kto lepiej ją przygotuje niż właśnie Daniła – szkolony przez pułkownika rosyjskiego specnazu? Jego wrogowie mogą mieć pewność, że nie będzie to łatwa przeprawa.

„– Każdy ma swoją prawdę i swoje prawo. Tak jest – zgodził się Igor Antonowicz. – Ale twoje prawo kończy się tam, gdzie zaczyna się moje. Kiedy czyjeś prawo zaczyna łamać prawa innych, natychmiast zamienia się w dyktat”.

Ciężko przedstawić największe zalety tej książki bez konieczności zdradzenia fragmentów fabuły. Mam nadzieję wiec, że uda mi się ta sztuka, bo naprawdę szkoda zdradzać szczegóły dobrej książki – a ta zdecydowanie do takiej należy. Utrzymana oczywiście w dokładnie tym samym klimacie, co dwie poprzednie części – mnóstwo militariów, ogrom akcji, dużo dynamicznego działania ze sporą ilością strzelanin i wykorzystywania innej broni. Do tego rzecz jasna szczypta strategii oraz wojskowej taktyki, porządnych działań w terenie oraz wewnątrz pomieszczeń. Jednym słowem jest to cały czas nie lada gratka dla fanów wojska, przy jednoczesnym zachowaniu umiaru dla tych, którzy nie czują mięty do ogromu fachowego słownictwa. 

Fajnym zabiegiem jest wykorzystanie tytułów oraz wydarzeń ze wszystkich trzech tomów i splecenie z nich nie tylko samej historii, ale również i zależności wykorzystywanych we wszystkich książkach. Tytuły nie wzięły się znikąd, nie stanowią mocno abstrakcyjnej warstwy wynikającej z jakichś bliżej nieokreślonych wydarzeń, ale stanowią dosłownie trzon wydarzeń. Mało tego, występują w wielu rozmowach pomiędzy poszczególnymi postaciami i dosłownie są motorem napędowym narracji. Jak można się więc domyślić, trzeci tom, „Prawo do zemsty” pokazuje historię Daniły, który tym razem nie wykorzystuje tylko swojego prawa do użycia sił, nie korzysta jedynie z prawa do życia, ale musi (lub chce) użyć trzeciego prawa – do zemsty. To wynika jednak z jego użycia dwóch poprzednich praw, co staje się dość oczywiste już w pierwszej powieści.

„Dlatego Dobrynin zarządził postój i przez bite dziesięć minut nudno i szczegółowo opowiadał o skutkach takiego właśnie przypadkowego wystrzału, a następnie w celach wychowawczych kazał Robalowi wykonać niewielki zestaw ćwiczeń fizycznych, który wzmocnił siarczystym kopniakiem w cztery litery”.

Jednak nie tylko same tytuły tworzą logiczną całość, ale również mnóstwo pobocznych wątków z poprzednich dwóch tomów. Dopiero w „Prawie do zemsty” widać, jak to wszystko się skleja w całość (i to nawet te wątki, które wydawały się jedynie ciekawostkami i jednorazowymi wydarzeniami) i to w niebagatelną. Mimo tego, że trochę wyjaśnienia pewnych aspektów brzmią jak science fiction, to jednak daleko im do tego – mimo wszystko są to bardzo nieprawdopodobne, choć oparte w dużej mierze na fizyce teorie. Nie umniejsza to jednak ich walorom rozrywkowym. Pod sam koniec książki bowiem ciężko było mi się od niej oderwać. Kluczem do sukcesu było chyba umiejętne zrównoważenie tych nadzwyczajnych motywów z twardą stąpającymi po ziemi stalkerami, którzy odebrali odpowiednie wyszkolenie. Dzięki temu jedno drugiego wcale nie wykluczało, tylko wręcz uzupełniało się nawzajem.

Piękne zwieńczenie trylogii „Konstytucji Apokalipsy” – po lekturze trzeciego tomu utwierdzam się w przekonaniu, że to moja ulubiona odsłona postapokliptycznej wizji świata, jaką serwuje całe Uniwersum Metro 2033. Pełna akcji, bardzo dynamiczna przez wszystkie trzy tomy, ale nie spłycona jedynie do strzelania i manewrów wojskowych. Dodatkowy smaczek „naukowy” potęguje jeszcze bardziej moje pozytywne uczucia zarówno do „Prawa do zemsty”, jak i poprzednich dwóch powieści. Być może odrobinę za łatwo się wszystko ułożyło pod sam koniec, ale jestem w stanie na to przymknąć oko. Całokształt bowiem zapracował sobie na jak najbardziej pozytywną ocenę – oby przede mną były tylko tego typu książki!

Łączna ocena: 8/10



Cykl „Konstytucja Apokalipsy”

środa, 10 czerwca 2020

Bardzo chcę! #70 – „Trainspotting” Irvine Welsh

Źródło: Lubimy Czytać
To już kolejny, okrągły post z tej serii – tym razem już siedemdziesiąty! Jeszcze tylko trzydzieści miesięcy i będzie pierwsza setka… Zastanawiałem się, cóż mógłbym za tytuł dać na taki okrągły odcinek. Czy jakąś starą klasykę, której jeszcze nie nadrobiłem, czy też coś bardziej nowoczesnego – beletrystykę, reportaż, coś naukowego może? Ostatecznie jak widzicie, pojawił się tytuł, który być może wiele osób kojarzy z filmowej adaptacji wyreżyserowanej przez Danny’ego Boyle’a. Film ten już tak się wżarł w świadomość ludzką jako dzieło wielkiego ekranu, że często ludzie zapominają o tym, że najpierw była książka. Wersję w ruchomych obrazkach rzecz jasna mam już za sobą, jednak tak czy siak, chciałbym sięgnąć również po literacki pierwowzór.

Trochę trudno w tym przypadku opisywać, czego dotyczy ta książka, bo albo wyszedłby dość toporny opis, który wcale by nie zachęcił do czytania, lub wręcz przeciwnie – przepełniony mądrymi słowami i ociekający przeintelektualizowanym oratorstwem stek bzdur. Tak źle i tak niedobrze… Niech więc za parę słów ode mnie wystarczy, że to historia, w której są młodzi ludzie, mnóstwo narkotyków i problemów z nimi związanych, ale i zwykłe, proste życie młodego człowieka. Natomiast nieco więcej może powie Wam ten oto opis, który można znaleźć na portalu „Lubimy Czytać”:
 
„»Trainspotting« to dziś powieść już niemal kultowa. Ten literacki debiut Irvine'a Welsha sprzedał się na Wyspach Brytyjskich w blisko milionowym nakładzie, doczekał się przekładów na kilkanaście języków i wreszcie został sfilmowany przez Danny'ego Boyle'a.

Irvine Welsh (u. 1958) to w tej chwili jeden z najpopularniejszych angielskich, a właściwie – co sam zaznacza – szkockich, choć obecnie autor mieszka w Irlandii. Ale tę szkockość widać w jego powieściach, ich akcja toczy się w Edynburgu (najczęściej) i to stamtąd pochodzi sam Welsh i bohaterowie jego książek, w tym także oczywiście także powieści Trainspotting, która jest portretem grupy przyjaciół, młodych ludzi, ćpunów, świrów, a przy tym ludzi wrażliwych i na swój specyficzny sposób inteligentnych. Zarzucano Welshowi, że gloryfikuje narkomanię. Istotnie, główny bohater powieści Mark Renton wychwala heroinowego kopa pod niebiosa, a autor wydaje się patrzyć na świat oczami swoich bohaterów i opisywać go ich językiem. Ale przecież Welsh pokazuje także koszmarne strony narkotykowego uzależnienia, a to, że stroni od taniej dydaktyki to tylko zaleta”.

Czujecie się zachęceni?



czwartek, 4 czerwca 2020

Co pod pióro w czerwcu 2020?

Jak minie ten miesiąc, to już będziemy w połowie drogi do kolejnego Sylwestra. Śmiesznie, nie? Tak sobie ten czas przez palce przecieka i co z tym zrobić? Ano nic! W sumie trzeba się cieszyć tym, co się ma. Tylko tyle albo aż tyle. Spokojnie, nie będzie tu żadnych rozważań filozoficznych, to nie taki blog. Czasem mnie po prostu nachodzi na jakąś nieco głębszą myśl, zwłaszcza kiedy skrobię sobie takie podsumowania i plany. Wtedy człowiek sobie uświadamia, jak to wszystko zasuwa, jak wiele jeszcze jest do zrobienia i czy w ogóle jest sens się nad tym zastanawiać. Dlatego właśnie książki są takie spoko. One nie pytają – one po prostu są i pozwalają się czytać oraz czerpać z nich radość!

Ja czerpię jeszcze przyjemność z tworzenia różnych tabelek, planów, harmonogramów (swoją drogą moje życie jest zupełnie inne, odkąd zacząłem używać Todoista!), więc lubię sobie parę książek zaplanować na dany miesiąc. Tak po prostu, żeby mieć jaki punkt zaczepienia. Od dawien dawna liczba zaplanowanych tytułów jest stała i wynosi cztery sztuki – tak samo będzie i tym razem! Nawet pomimo tego, że i tak ostatnio udaje mi się zaliczyć ich nieco więcej. Jest to jednak zasługa audiobooków, więc w sumie nie ma co kombinować za bardzo z ilością. 

Kolejną standardową sprawą w poniższej liście jest to, że okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. 😁

„Prawo do zemsty” – Denis Szabałow

Ostatnia już część „Konstytucji Apokalipsy” – jak na razie mojego ulubionego cyklu z Uniwersum Metro 2033. Co prawda już sobie przez trzeci tom zaspoilerowałem wydarzenia z drugiego i wiedziałem już, jak się zaczyna „Prawo do zemsty”, ale cóż. Życie. Tak czy siak, czekam z niecierpliwością na dalsze losy bohaterów wykreowanych przez Denisa Szabałowa!
„Wolni Ciut Ludzie” – Terry Pratchett

Ta książka miała zostać przeze mnie przeczytana w maju, ale nie wyszło – zakopałem się głęboko w egzemplarzach recenzenckich (wcale nie takich cienkich) no i jakoś tak wyszło, że jednak po kolejną część Świata Dysku nie sięgnąłem. Czerwiec rozpoczynam więc w Kredzie, daleko od Ank-Morpork, do którego już przywykłem! Wrócę za to do Nac Mac Feegli oraz Tiffany Obolałej.
„Hyperion” – Dan Simmons

Tak, wreszcie przyszedł ten czas i tak chwila. Być może tytuł „Hyperiona” obił się Wam o uszy – należy do serii Artefaktów MAGa. Już od dawna chciałem przeczytać tę legendę wręcz współczesnej fantastyki naukowej, więc się wreszcie szarpnąłem i za niecałe dwie stówy nabyłem od razu cztery tomy cyklu „Hyperiona”. Będzie zabawa!

„Widma w mieście Breslau” – Marek Krajewski

Zacząłem przygody Eberharda Mocka z zamierzeniem czytania regularnie, każdego miesiąca, no i skończyło się jak zwykle… Ostatni tom przeczytałem bodaj w styczniu. Czas więc wrócić i przeczytać czwarty w kolejności chronologicznej wydarzeń tom i wrócić do Wrocławia sprzed kilkudziesięciu lat. Oraz do świetnego pióra Marka Krajewskiego.
AUDIOBOOKI

Na pewno przesłucham „Orła białego”, którego autorem jest Marcin Przybyłek – Sylwka z UnSerious.pl poleciła ten audiobook ze względu na lektora, Wojciecha Masiaka. Podobno robi dobrą robotę i nie pozwala zgubić się w fabule. Do tego planuję sobie wygrzebać jakieś słuchowisko, im dłuższe, tym lepsze!

wtorek, 2 czerwca 2020

Podsumowanie maj 2020

Zauważyliście, że już prawie połowa roku za nami? A do tego prawie minął już prawie kwartał kwarantanny. Zaczęła się w połowie marca, więc za dwa tygodnie miną trzy miesiące. Jakoś już wszyscy się w tym osadziliśmy i pewnie niektóre nowe dla nas czynności i sposoby radzenia sobie ze światem pozostaną na dłużej. Ach, jakie dyskusje na te tematy można toczyć – na przykład podczas izolowania się w domach. 😁Jednak oprócz dyskusji można również zajmować się innymi rzeczami, takimi jak czytanie, granie, czy też oglądanie seriali i filmów. A w końcu to jest blog książkowy, to ten wpis zdecydowanie powinien się kręcić wokół książek! Do popkulturalnego mu daleko, chociaż pojawiają się też opinie o serialach czy filmach, chociaż więcej ich trafia na Instagram, do relacji. W statystykach więc dalej skupiam się po prostu na książkach.

Trochę mnie korci większe marudzenie Wam wszędzie o podcastach, które są po prostu wspaniałe. Tylko w sumie ja słucham bardzo dużo podcastów o ogólnie pojętych finansach oraz z branży IT, więc raczej by Was to nie zainteresowało. 😅 Chociaż nie wiem, czy od czerwca nie spróbuję sobie robić jakiejś listy odcinków podcastów, które przesłuchałem. Na koniec miesiąca zobaczę, co mi z tego wyszło (i czy w ogóle) i może coś dorzucę do infografik. To jednak zobaczymy. Może i się uda dorzucić jakieś filmy/seriale (+ do tego myślę nad zrzucaniem tego, co wrzucam w relacje na Instagramie do jakiegoś zbiorczego postu dla tych osób, które nie chcą/nie mogą obserwować mnie na Instagramie).

W tym miesiącu jednak (jak już wspomniałem) klasyczny zestaw na świeżych infografikach! 



Tutaj mamy dość ciekawą sytuację. Łączna liczba pozycji jest najmniejsza z całego roku 2020, ale zarówno liczba stron, jak i przesłuchanych minut utrzymuje się na tym samym poziomie. „Dom ziemi i krwi” to był całkiem niezły grubasek (chociaż przeczytany jako e-book), „Prawo do życia” oraz „Czerń” również do najcieńszych nie należały. W przypadku audiobooków chyba polubiłem bardziej te dłuższe – można się nimi o wiele dłużej rozkoszować. Półtora miesiąca z „Trylogią husycką” to jak na razie najlepsze, co mnie w słuchawkach spotkało w tym roku! 



Trochę do przodu odbiłem z Instagramem! Zmieniłem nieco pomysł na profil, a do tego stałem się nieco bardziej aktywnym uczestnikiem dyskusji. Relacje może nie stały się bardziej spójne, dalej wrzucam to, co mi ślina przyniesie na język, ale niektóre rzeczy są bardziej… ustandaryzowane. Jak np. jakieś krótkie opinie o obejrzanym serialu czy inne takie sprawy, wrzucane na spójnej kolorystycznie planszy z logo. I w ogóle. Staram się też nie zaniedbywać Facebooka, ale tutaj to trochę gorzej wychodzi… 😅

Poniżej możecie zobaczyć, które zdjęcie w maju miało najwięcej polubień. Specjalnie nie używam słowa „najpopularniejsze”, bo w sumie nie wiadomo jakim kryterium to liczyć… Zasięgiem? Liczbą jakichkolwiek reakcji? Komentarzy? Polubienia są chyba najbardziej widoczne i najprostsze do użycia, więc dlatego ich używam. 

View this post on Instagram

Lubicie Pratchetta? Ja jego powieści oraz cały świat, który wykreował, wręcz ubóstwiam! Cynizm oraz satyra, które się wylewają z jego książek to paliwo, na którym można przejechać bardzo długi czas bez złego humoru. 😀 „Para w ruch” to potwierdza, chociaż muszę Was ostrzec – mimo tego, że jest oczywiście pełna doskonałego humoru, świetnie skrojonych postaci jak Patrycjusz czy Moist von Lipwig, to lepiej nie zaczynajcie swojej przygody od tego tytułu. Za dużo stracicie – natkniecie się na mnóstwo nawiązań do historii z wcześniejeszych tomów z Moistem von Lipwigiem. Możecie jednak ją sobie ustawić jako cel i zacząć od którejś z wcześniejszych! ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ —————————————— ⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀ #czytaniejestsexy #czytaniejestsexi #bookstagramy #kochamksiążki #discworld #światdysku #terrypratchett #czytamfantastykę #kochamfantastykę #fantastyka #czytanienieboli #czytamwszędzie #zdjecieksiazki #bookstagramfeature #booked #bookholic #booksforever #bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska

A post shared by Z piórem wśród książek (@zpiorem) on


Tym razem kilka książek do mnie trafiło:
  1. „Kolory zła. Czerń” – Małgorzata Oliwia Sobczak
  2. „Tajemnica domu Helclów” – Maryla Szymiczkowa
  3. „Rozdarta zasłona” – Maryla Szymiczkowa
  4. „Selekcjoner” – Dorian Zawadzki
  5. „Raróg” – Anna Sokalska
  6. „Dom ziemi i krwi” cz. I – Sarah J. Maas
  7. „Dom ziemi i krwi” cz. II – Sarah J. Maas
Dwie z nich wygrałem w rozdaniu u Eweliny z bloga „Inia Recenzuje” – być może nawet sięgnę po nie już w czerwcu! Klasycznie przyszła do mnie kolejna porcja kolekcji „Czarnego Kryminału” (jeszcze tylko jedna paczka, a ja się uzależniłem do tych kolekcji!), a do tego egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa W.A.B. oraz „Dom ziemi i krwi” od Wydawnictwa Uroboros – same wspaniałości!

Tak natomiast prezentuje się pełna lista tytułów, które przeczytałem w minionym miesiącu:


A jak Wasz maj? Minął Wam dobrze, czy raczej średnio?

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Zbiorczo spod pióra – maj 2020

Maj już za nami, co? Paskudnie tak zacząć nowy miesiąc poniedziałkiem, prawda? Przynajmniej końcówka poprzedniego była w miarę leniwa – podobnie jak początek. W końcu mieliśmy majówkę, nie? Trochę biedną, można powiedzieć, że nieco pokrzywdzoną, ale jednak była! Jeśli ktoś sobie przedłużył o dzień lub dwa, to nawet mógł trochę odpocząć. Chociaż kwarantanna i obostrzenia wcale nie pomagały. Mnie się jednak udało w pierwszą sobotę miesiąca zrobić jakieś dziesięć kilometrów fajnymi, leśnymi ścieżkami. Przy okazji spotkałem (a nawet to za dużo powiedziane, bo widziałem z odległości kilkunastu metrów) jakichś ziomeczków jadących sobie na crossach. Praktycznie pół dnia mi zeszło na człapaniu i dotarciu i w ogóle, więc praktycznie w całości odpadł mi na czytanie, ale wszak nie samymi książkami żyje człowiek!

W minionym miesiącu miałem dwie recenzenckie pozycje, które się pojawiły jako pełne opinie, z czego „Dom ziemi i krwi” zjadł mi sporo czasu – w końcu to dwa tomiszcza po około 500 stron każde (chociaż ja akurat czytałem w formie elektronicznej na czytniku). Zbyt wiele więc się tutaj tytułów nie ukaże, w sumie podobnie jak miesiąc wcześniej. Ponownie postawiłem na raczej dłuższe formy audio – między innymi trzeci tom „Trylogii husyckiej”, która zapewniła mi ponad dwadzieścia godzin świetnej rozrywki! Ogólnie rzecz biorąc, miesiąc był więc udany – chyba wolę dłuższe pozycje, z którymi zbyt szybko się nie rozstaję. Pozostaje mi więc zostawić Was z tym krótkim spisem poniżej, w którym zawarłem w paru słowach moje wrażenia z lektury/słuchania każdego z tych tytułów:

„Lux perpetua” – Andrzej Sapkowski
„Lux perpetua” – Andrzej Sapkowski

Format: Słuchowisko
Stron/długość: 22h 47m
Lektor: Zbiorowo

Niewiele mogę powiedzieć o samej oprawie, oprócz tego, że jest dokładnie taka sama, jak poprzednie dwa tomy. A pod pojęciem „taka sama” widnieje tutaj „doskonała”! Uczta dla ucha, naprawdę. Zwłaszcza że w trzecim tomie pojawia się parę scen, w których można było popuścić wodze fantazji i odegrać je w odpowiedni sposób – mroczny, zmuszający do skupienia się i nawet uważne rozglądania, jeśli ktoś akurat słucha poza domem. W końcu można się było spodziewać tego, że autor postanowi odpowiednio rozwiązać całą historię Reinmara z Bielawy, zwanego Reynevanem.

Naszego bohatera spotkało jeszcze wiele przeróżnych przygód (jakkolwiek płytko by takie stwierdzenie nie brzmiało), a do tego można śledzić jego przemianę wewnętrzną oraz to, jak na jego decyzje wpływają wydarzenia wokół niego. Andrzej Sapkowski już w „Wiedźminie” pokazał, że umie przemycić dużo wartościowych treści do swoich fantastycznych opowieści. „Luz perpetua” jest spośród wszystkich trzech tomów ich największym skupiskiem. Widać mnóstwo przemyśleń oraz tematów, które warto rozważyć zarówno w samej przemianie Reynevana, jak i dialogach między husyckimi przywódcami czy wręcz osobami duchownymi.

„Chaos” – Robert J. Szmidt
„Chaos” – Robert J. Szmidt

Format: Słuchowisko
Stron/długość: 9h 30m
Lektor: Zbiorowo (serial 3D)

Za „Szczury Wrocławia” miałem się zabrać, tak czy siak, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Empik Go jednak pomógł mi przyspieszyć tę decyzję, pokazując mi frazy w stylu „Oryginalny Serial Audio Empik Go w technologii dźwięku 3D” oraz (chyba najważniejsza dla mnie w procesie wyboru tego słuchowiska) „Pierwsza superprodukcja Empik Go zrealizowana w technologii binauralnej [...]”. Tak, doskonale wiedziałem, czym jest nagrywanie binauralne, nawet swego czasu korzystałem z aplikacji „Zombies, Run!”, która wspomagała bieganie poprzez gonitwy słuchowe z zombiakami. Rozumiecie pewnie więc, że absolutnie nie mogłem przejść obok tego obojętnie, skoro tak mi się bardzo spodobały słuchowiska.

Wyszło FENOMENALNIE. Tak fantastycznie, że aż trudno mi się skupić na samej książce. Na pewno cała historia oraz to, jak ją opisał Szmidt, miała ogromne znaczenie dla powodzenia tego projektu – klimatu nie da się sztucznie wywołać. On musiał już być w „Chaosie” i musiał dać się wykorzystać przez twórców słuchowiska. Chyba zaczynam się zakochiwać w takich formatach książek – samych słuchowiskach, jak i „słuchowiskach na sterydach”. A dalszych części „Szczurów Wrocławia” odmawiam przyswajać w formie innej niż słuchowiska – one są do tego stworzone!

„Ktoś, kto cię będzie kochał w całej twej nędznej glorii” – Bob-Waksberg Raphael
„Ktoś, kto cię będzie kochał w całej twej nędznej glorii” – Bob-Waksberg Raphael

Format: Audiobook
Stron/długość: 7h 2m
Lektor: Maciej Więckowski

„BoJack Horseman” to jeden z moim ulubionych seriali – to, jak przekształca się z sarkastycznego, nieco absurdalnego serialu przedstawiającego fikcyjnego celebrytę, w depresyjny zjazd psychologiczny, to jest coś pięknego. Na „Ktoś, kto cię będzie kochał w całej twej nędznej glorii” zacząłem więc ostrzyć zęby od chwili, w której zobaczyłem, że autorem jest twórca BoJacka. A skoro jest audiobook dostępny w ramach Empik Go, to czemu nie? To było siedem godzin jazdy bez trzymanki, chociaż podejrzewam, że gdybym nie oglądał BoJacka, to nie do końca załapałbym, o co chodzi. Co zresztą widać w opiniach o tej książce – dla niektórych to po prostu grafomania i bełkot. No i w sumie nie ma co się temu dziwić.

Ocean sarkazmu i cynizmu ujęty w przejaskrawionym, graniczącym z groteską obrazie. Tak mniej więcej można opisać tę książkę. Opowiadania (kompletnie ze sobą niezwiązane) na pierwszy rzut oka wydają się kompletnie z czapy. Jednak spod nich wyziera cynizm autora i ukazanie bardzo obecnie popularnych problemów w potłuczonym, krzywym zwierciadle. Nie jest to książka dla wszystkich – jeśli nie lubisz takiego bardzo przegiętego obrazu świata przedstawionego w absurdalny sposób, to prawdopodobnie po prostu stracisz czas. Jeśli jednak absurd i bezczelne, przegięte w wielu miejscach wyśmiewanie takich problemów, jak organizacja wesel za wiele tysięcy złotych (czytaj: wyrzucanie pieniędzy w błoto), najpopularniejsze kłamstwa czy rozmyślanie, co by było, gdyby nasze życie wyglądało odwrotnie od obecnego, to może to być tytuł dla Ciebie.

„Kołysanka z Auschwitz” – Mario Escobar
„Kołysanka z Auschwitz” – Mario Escobar

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 7m
Lektor: Paulina Holtz

Jakoś mnie ominęły powieści oraz inne książki opierające się na wydarzeniach podczas II Wojny Światowej, skupiające się głównie na obozie w Auschwitz. W ciągu ostatnich paru miesięcy były bardzo… popularne, jednak nie licząc „Kobiet z bloku 10”, przeczytanej przeze mnie już dobrych paręnaście miesięcy temu, nie próbowałem wchodzić w tę tematykę. Tym razem jednak w pewnym sensie za namową Sylwki z UnSerious.pl postanowiłem sięgnąć po „Kołysankę z Auschwitz” – zarówno ze względu na treść, jak i bardzo polecaną przez Sylwkę lektorkę. Faktycznie zarówno zawartość książki, jak i głos ją czytający dały radę. Były pewnego rodzaju kontrastem do tego, czego można się spodziewać po tytule.

„Kołysanka z Auschwitz” wcale nie jest kolejną pozycją, która jedynie obnaża okrucieństwa, jakich dopuszczali się naziści w trakcie II Wojny Światowej. Oczywiście, robi to, wskazuje, w jaki sposób postępowali z więźniami i jak ich traktowali, jednak nie ściga się z innymi, podobnymi książkami o palmę pierwszeństwa w konkursie na najpotworniejsze uczynki. Wręcz przeciwnie – pokazuje, że można było, chociaż spróbować wykorzystać sytuację i w miarę możliwości ulżyć w życiu, chociaż części osób. Rzecz jasna intencje samych nazistów, w tym między innymi doktora Mengele, były jasne i nie brakuje ich opisu we wspomnieniach Heleny Hannemann. Głos lektorki i to, w jaki spokojny i wrażliwy sposób przeczytała tę książkę, pozwala przyswoić ją jednak nie jako kolejny opis rzezi, ale jako świadectwo krzywd oraz wielkiej walki.


piątek, 29 maja 2020

„Prawo do życia” – Denis Szabałow


„Prawo do życia” – Denis Szabałow
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Denis Szabałow
Tytuł: Prawo do życia
Wydawnictwo: Insignis
Tłumaczenie: Paweł Podmiotko
Stron: 480
Data wydania: 31 sierpnia 2016


Pierwszy tom „Konstytucji Apokalipsy” kompletnie mnie zaskoczył – w niczym praktycznie nie przypominał żadnej powieści z Uniwersum Metro 2033, którą do tej pory czytałem. Była o wiele bardziej żywa, dynamiczna, wielobarwna. Pokazywała coś więcej niż tylko powolną wegetację mieszkańców metra. Pokazała o wiele więcej świata i możliwości, niż można było sobie wyobrazić. A zapowiedź kolejnego tomu obiecywała jeszcze więcej eksploracji i jeszcze więcej przygód. Wszystko w otoczce wojskowego drylu i wśród huku karabinów, automatów, strzelb i broni wielkokalibrowej. Mnie więcej do szczęścia nie potrzeba i takie informacje w zupełności wystarczą, żeby mnie przekonać!

Schron jest wspaniale wyposażony – co jednak z tego, skoro zapasy kiedyś się skończą. Kiedy więc pojawia się możliwość odbudowy zawartości magazynów, pułkownik skwapliwie z niej korzysta. Nawet jeśli oznacza ona odebranie pożywienia, a być może nawet i życia innym ocalałym, którzy obecnie trzymają pieczę nad ogromnymi zapasami wszelakich dóbr. W końcu nadeszły zupełnie inne czasy – takie, w których wszystkie chwyty są dozwolone. Takie, w których każdy ma prawo do życia, a zatem i prawo do użycia siły.

„Prawo do życia” jest pod pewnymi względami bardzo podobne do „Prawa do użycia siły”. Cały czas jest to przepełniona militarnymi szczegółami powieść, w której mamy do czynienia tak naprawdę z paramilitarnymi oddziałami poruszającymi się po nieznanym terenie. A skoro nieznany teren, to na pewno dużo niespodzianek. Tych jednak aż tak wiele nie ma, chociaż parę nowych historii z całego świata oraz kilka nowych mutantów można poznać w trakcie lektury. Autor również pokazał, w jak wielu miejscach i na jak różne (niekoniecznie etyczne i moralne) sposoby udaje się ludziom przeżyć. To akurat nie jest żadną tajemnicą – już w samej głównej trylogii, od której się to wszystko zaczęło, pojawiają się przebąkiwania o ocalałych gdzieś poza moskiewskim metrem.

Oprócz tego „Prawdo do życia” pełne jest rozważań dotyczących samego Początku i tego, co go spowodowało. Broni atomowej i jej użycia. Nie sposób się nie zgodzić ze słowami wielu postaci, które snują swoje teorie oraz informują o swoich przemyśleniach po co, na co i z jakiego powodu atomowe mocarstwa posiadały broń atomową i dlaczego to było wiadome, że odpalenie jednej głowicy skończy się tak, a nie inaczej. Niemalże kompletną zagładą świata. Jest tu naprawdę wiele truizmów na ten temat, jednak można odnieść wrażenie, że mało kto o nich pamięta – a już zwłaszcza tam gdzieś w górze, na samym szczycie władz. Czemu więc nie przypomnieć o tym szaremu Kowalskiemu? Na pewno fragmenty te skłaniają do refleksji, a być może nawet (pół żartem, pół serio) uruchamiają w nas wszystkich uśpioną duszę preppersa.


„Oto ona, natura ludzka… Każdy przeżywa swój ostatni dzień po swojemu. Jeden się modli, drugi czyni przemoc i bezprawie”.

Żeby było jeszcze ciekawiej, w pewnym momencie autor zabiera czytelnika w dość nietypową podróż śladami nauki! Dokładniej rzecz biorąc fizyki oraz pewnych możliwości, jakie być może mogłyby się pojawić w świecie po katastrofie nuklearnej. Jeśli czytaliście jakąkolwiek książkę z Uniwersum Metro 2033, to pewnie kojarzycie różne anomalie oraz zagrożenia mentalne, rozsiane w przeróżnych miejscach. Denis Szabałow próbuje osadzić teorie oraz hipotezy dotyczące wielu zjawisk fizycznych, oraz prób wyjaśnienia niezbadanych jeszcze i niepotwierdzonych w żaden sposób zasad funkcjonowania świata. Zwłaszcza w kontekście ogólnopojętej czasoprzestrzeni. Bardzo fajny smaczek dla koneserów. Na całe szczęście nie powinien wpłynąć negatywnie na odbiór przez osoby niekoniecznie szukające takich wątków w beletrystyce. Jest po prostu naprawdę ciekawostką, choć wartą wspomnienia moim zdaniem.

Ostatnich parędziesiąt stron pozostawia niestety sporo do życzenia. Akcja zasuwa jak opętana i omija czasem dość istotne fragmenty. Wygląda to trochę tak, jakby autor spieszył się, byle tylko zakończyć temat drugiego tomu i przejść do trzeciego. Samo zakończenie może być zaskakujące samo w sobie (choć ja sam sobie je zaspoilerowałem rozpoczynając w wyniku pomyłki trzeci tom, zamiast drugiego…), ale wydarzenia bezpośrednio je poprzedzające są zbyt szybkie. W niektórych miejscach nawet można się skrzywić cierpko na samą myśl o sponiewieraniu logiki. Mam nadzieję, że to jedynie wypadek przy pracy lub nieświadomość autora, że doprowadza do czegoś takiego.

Gdybym miał porównać ten tom do pierwszego, „Prawa do użycia siły” to miałbym twardy orzech do zgryzienia. Jest niby bardzo podobny do swojego poprzednika, w końcu mamy cały czas mocno militarny klimat i ogromną dawkę wiedzy na temat broni oraz pojazdów pancernych, ale jednak cała fabuła toczy się wokół czegoś innego. Podróży, rozważań filozoficznych oraz pogoni za majątkiem i rzeczami materialnymi. Nie licząc niezbyt fortunnie napisanego rozwiązania, książka potrafi naprawdę przyciągnąć i dać dużo radości czytania. Samo zakończenie mocno zachęca do sięgnięcia po kolejny tom. Natomiast z postaciami można się zżyć i chcieć ich jeszcze więcej! Zobaczymy, jak na tle dwóch pierwszych części wypadnie zwieńczenie całej trylogii.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Konstytucja Apokalipsy”

niedziela, 24 maja 2020

[PREMIERA] „Dom ziemi i krwi” cz. 2 – Sarah J. Maas


„Dom ziemi i krwi” cz. 2 – Sarah J. Maas
Źródło: Lubimy Czytać
Autor:
Sarah J. Maas
Tytuł: Dom ziemi i krwi
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Stron: 624
Data wydania: 3 czerwca 2020


Cały pierwszy tom „Księżycowego Miasta”, czyli „Dom ziemi i krwi”, został podzielony w polskim wydaniu na dwa tomy o łącznej liczbie 1184 stron. W pierwszej chwili chciałem po prostu zrzucić z głowy wszystkie myśli dotyczące obu części jako całości. Cieszę się jednak, że postanowiłem to rozbić na dwie osobne opinie (chociaż – co warto jeszcze raz podkreślić – nie są to dwa kompletnie różne tomy). Druga część bowiem różni się znacznie od pierwszej pod względem koncepcji – z dość płynną granicą zmieniają się elementy, które są wystawione na pierwszy plan w obu książkach. Pierwsza z nich wygląda jak porządne wprowadzenie do świata, natomiast druga to już nieco więcej mięsa. W każdym razie obie są równie świetne i nie żałuję ani trochę, że tak się nakręciłem na przeczytanie „Domu ziemi i krwi”!

Morderstwom, których mimowolnym świadkiem była Bryce Quinlan, nie wydaje się zwyczajnym morderstwem. Od samego początku wiedzą o tym zarówno przywódcy Księżycowego Miasta, jak i siły porządkowe. Bryce jednak jest zwyczajną dziewczyną, która stara się robić to, co do niej należy – pracować w galerii antyków, a zarobione pieniądze wydawać na imprezy. Jednak przez cały nikt nie może uciekać od cieni, które czają się tuż za plecami. Kiedyś trzeba się wziąć w garść i spojrzeć problemowi w oczy. Chociaż czasem to, co się widzi, może być faktycznie zupełnie inne. Być może dokładnie tak będzie w tym przypadku i Bryce wraz z osobami, z którymi współpracuje, dość szybko się o tym dowie…

Niechaj na samym początku za jakoś drugiej części „Domu ziemi i krwi” świadczy fakt, że książkę wessałem w rekordowym wręcz czasie. Już po pierwszej dobie byłem prawie w połowie tomiszcza, co u mnie jest naprawdę doskonałym wynikiem. Wręcz niespotykanym. Jednak nie mogło się to inaczej skończyć, albowiem autorka stworzyła naprawdę wciągającą historię. Historię, świat, postacie – można je polubić, a wręcz nawet pokochać, nawet mimo oczywistych problemów, które ciągną się od poprzedniej części. Tak, cały czas wszyscy są piękni, wspaniali, idealni, a pojawienie się niektórych wymuskanych osób „wywołuje zamieszki”, jak to barwnie opisała sama autorka. Irytowało mnie to przy niemalże każdej nowej postaci.

Dość szybko jednak udawało mi się o tym zapomnieć – druga część skupia się głównie już na wątku kryminalnym, więc jak możecie się domyślić, odwraca on uwagę od niedociągnięć. Jesteśmy już po etapie przedstawiania świata, a weszliśmy w to, co tygryski lubią najbardziej. Co prawda przez długi czas nie ma żadnej konkretnej akcji, jedynie składanie kolejnych klocków zagadki w spójną całość, ale karty są odkrywane w odpowiedni sposób. Taki, wiecie, przyciągający. W odpowiedniej kolejności, z odpowiednimi asami wyciąganymi z rękawa. Jak się okazuje, tych asów to Sarah J. Maas ma sporo i niejednokrotnie zaskoczyła mnie kierunkiem, w którym podążały wydarzenia.

Nie do końca chciałem wierzyć w te zachwyty nad drugą częścią, nawet po zakończeniu pierwszej. Oczywiście, Sarah J. Maas zrobiła na mnie mega dobre wrażenie pierwszą częścią, ale jednak nie było to takie wow, jakie widziałem przy drugiej. Oceny na portalach literackich oszalały po prostu. Całkowicie jednak zrozumiałem, co ci wszyscy ludzie mają na myśli po lekturze całego „Domu ziemi i krwi”. Przy okazji utwierdziłem się w przeświadczeniu, że rozbicie opinii na dwa tomy jednak miało sens. Nie ma bowiem porównania między nimi – tak jak poprzedni był świetny, stabilnie prowadzony i intrygujący, tak ten to naprawdę bomba emocjonalna. Autorka tak czytelnikiem wodzi za nos, tak co chwilę rzuca kolejnymi plot twistami, że nawet jeśli istnieją niedociągnięcia, to się ich w ogóle nie zauważa. Po prostu przyciska czytelnika historią tak, że ten dostaje syndromu sztokholmskiego – jest to bowiem porwanie z żądaniem okupu w postaci wolnego czasu.

Mało tego, wątek, którego nie cierpię, czyli wątek romantyczny, daje się przetrawić. W mojej nomenklaturze oznacza to nie ograniczanie się do ckliwych historyjek, wzdychań i opisów, jak to bohaterom wspaniale jest razem i z czym się muszą mierzyć. To coś o wiele bardziej dojrzałego, co potrafi wstrząsnąć, ale i zacukrzyć (czyli w moim przypadku wywołać wymioty – ale to akurat wbrew pozorom dobrze świadczy o danym wątku). Niech za fakt, że coś jest na rzeczy, świadczy wspomnienie przeze mnie o tym w kontekście innym, niż narzekanie! Zwłaszcza że w sumie bez tego wątku cała fabuła musiałaby wyglądać zupełnie inaczej. Jednak nie będę Wam psuł zabawy, spokojnie, nie musicie uciekać wzrokiem! Tego absolutnie nie wolno psuć, bo Sarah J. Maas NAPRAWDĘ potrafi zaskoczyć.

Po pewnym czasie, kiedy się już ochłonie, widać parę rys na tym nieskazitelnym obrazie. Głównie są to albo zbyt przegadane sceny, albo wręcz przeciwnie – zbyt szybko załatwione. Czasem również logika kuleje, czy też pewne zdarzenia są bardzo mocno nagięte. Wiele do życzenia pozostawia również poziom mocy poszczególnych postaci oraz rozmach, z jakim autorka przedstawiła pewne sceny. Taki aż groteskowy w pewnym sensie. Tylko wiecie, problem jest w tym, że w trakcie lektury nie zwróciłem uwagi na żaden z tych problemów. Kilka dni po lekturze chętnie bym z Wami pogadał o tym, co można było zrobić lepiej, gdzie można było trochę mniej dać się ponieść i tak dalej. Tylko nie wiem, czy jest w sumie po co, skoro sama lektura wciąga do tego stopnia, że plusy autentycznie przesłaniają minusy. Ba, zresztą tak naprawdę tych plusów i tak jest o wiele więcej. Oczywiście przy tym wszystkim należy pamiętać, co oceniamy – nie pretendentkę do tytułu najlepszej powieści klasycznej roku, tylko historię, która ma nieść radość i przyjemność. A to robi idealnie.

Cóż więcej dodać… Druga część jest zdecydowanie na dopalaczach i gwarantuje kupę wspaniałej zabawy. Jest kilka plot twistów, które mogą zatrząść fundamentami Waszego spojrzenia na dotychczas poznane postacie oraz wydarzenia. Oczywiście cały czas rośnie głód wiedzy na temat świata – ten jest tak rozbudowany i w tak dobrej dawce podany, że aż się łapałem na chęci zajrzenia do Wikipedii. Serio. Jeśli tak ma wyglądać cały cykl „Księżycowego Miasta”, to ja jestem kupiony całkowicie. Zwłaszcza jeśli to będzie wyglądało tak, jak w „Domu ziemi i krwi” – najpierw porządne wprowadzenie w pierwszej połowie książki, swoisty aperitif, a potem główne danie, które wjeżdża w płomieniach i wśród gwizdu fajerwerków. O nawet sobie nie wyobrażacie, jak ja tego chcę!

Łączna ocena: 9/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Księżycowe Miasto”
Dom nieba i oddechu cz. 1 | Dom nieba i oddechu cz. 2