niedziela, 2 stycznia 2022

Podsumowanie grudnia 2021

No to wzięło i przeleciało, czaicie? Jest pewien plus tego, że grudzień jest już za nami – dni będą znowu coraz dłuższe! Ja tam ogólnie wolę jak jest przyjemny półmrok, niż rozświetlone pomieszczenia, no ale jednak są pewne granice. Kiedy o godzinie 11 przed południem muszę włączać oświetlenie za monitorami, żeby zmniejszyć kontrast między ekranem a otoczeniem, no to coś jest bardzo nie tak. No i do tego o 15 to już trzeba włączać światło w kuchni, żeby się nie zabić o coś. Wystarczy tych wschodów słońca około 7:45 a zachodów o 15:15! Tak, oficjalnie dzień trwa niecałe 8 godzin. Zdawaliście sobie z tego sprawę?

Zdobycze XXI wieku na szczęście pozwalają na spokojne zagłębienie się w lekturę nawet mimo otaczających nas ciemności! Znaczy, no dobra, niekoniecznie XXI wieku, bo prąd to my znamy już od końca XIX wieku tak naprawdę, no ale wiadomo, o co chodzi. Można sobie włączyć lampkę i poczytać, ewentualnie sięgnąć po doświetlany czytnik e-booków. W grudniu zazwyczaj nie mam zbyt wielu okazji do dodatkowego wolnego (nawet jeśli mam urlop, co jest pewnego rodzaju paradoksem), ale nie mogę narzekać na to, ile udało mi się przeczytać. 

Dość już jednak marudzenia, przeskoczmy lepiej do statystyk!



Jak wspomniałem, narzekać nie zamierzam! Skakać z radości też nie, po prostu… to był grudzień. Z nim jest bardzo różnie u mnie, więc sporo czasu spędzam na przeróżnych rzeczach i aktywnościach, niekoniecznie mających coś wspólnego z odpoczynkiem czy czasem wolnym… Cieszę się więc z każdej takiej chwili!


Tutaj przyszaleli trochę „Nerdzi w Kulturze” – zrzucili mi bombę atomową w postaci chyba wszystkich swoich odcinków, które wypuścili w ciągu ostatnich kilku miesięcy! Około 11 godzin to tylko oni! Pod koniec grudnia pojawiły się jednak tu i ówdzie przerwy świąteczne, co jest całkiem zrozumiałe.


Natomiast w ten sposób prezentuje się zestawienie zbiorcze zarówno podcastów, jak i audiobooków. Ono kompletnie nic sensownego nie mówi, ale uwielbiam patrzeć na takie statystyki! Zwłaszcza te średnie dziennie!


Grudzień upłynął w dużym stopniu na „The Office”. Nie mogło rzecz jasna zabraknąć czasu na drugi sezon „Wiedźmina”, ale oprócz niego skupiłem się głównie na perypetiach pracowników Dunder Mifflin. A jeszcze kilka sezonów przede mną!

A oto i pełna lista unikalnych seriali, które obejrzałem:

  1. „F is for Family”
  2. „The Office”
  3. „The Witcher”


Czy tutaj trzeba dodawać opis słowno-muzyczny? Chyba nie! Klasyczna stabilność!

Prawie na koniec łapcie zdjęcie z Instagrama, które zdobyło najwięcej organicznych polubień!

Zakończę to podsumowanie jak zawsze, listą przeczytanych książek wraz z linkami do opinii o nich:


sobota, 1 stycznia 2022

Zbiorczo spod pióra w grudniu 2021

Można by powiedzieć, że „święta, święta i po świętach”, ale tak właściwie to nam właśnie się rok przekręcił! Jednak nieważne, czy to jeszcze 2021, czy już 2022, to comiesięczny rytuał należy odbyć. A tymże rytuałem w tym przypadku jest opublikowanie krótkich, zbiorczych opinii o przeczytanych przeze mnie książkach w poprzednim miesiącu. Tak właściwie to wiele ich nie wyszło, właśnie ze względu na wspomniane już wcześniej święta. Nieco więcej rzeczy do zrobienia pojawiło się również w pracy, co nie sprzyjało wszelkiego typu zajęciom.

Na koniec roku postawiłem dość mocno na beletrystykę w audiobookach, tak dla odprężenia umysłu. Kiedy wjeżdżam w reportaże, to najczęściej wjeżdżam w nie na pełnej, wybierając te cięższe, ale i szczegółowo przygotowane. Nie miałem na nie jakoś ochoty, więc chwilowo odpuściłem. Papier zresztą też był bardzo lekki i całkiem przyjemny, W końcu trzeba się na koniec roku jako zrelaksować!

Przejdźmy jednak do samych opinii. Rzecz jasna jak zwykle okładki wszystkich książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać!

„Przełom” – Michael C. Grumley

Format: Papier
Stron/długość: 380
Tłumaczenie: Marta Słońska

Nie jestem do końca przekonany, co sądzić o tej książce. To, co na pewno zasługuje na pochwałę, to sam pomysł wykorzystania badań naukowych w takim, a nie innym kierunku, z operacjami wojskowymi i elementami fantastycznymi. Tylko z tego wynika od razu rzecz, która mnie męczyła, czyli mnóstwo wątków rozwijanych bardzo powoli. Coś tam było widać na horyzoncie, jaki punkt, w którego kierunku wszystko to zmierza, jednak był on tak odległy i tak daleki, że to aż bolało…

Niestety do tego wszystkiego dochodzą dość… nijakie postacie, które mają jakieś tam cele, jednak jedyne, co można o nich wszystkich powiedzieć to to, że jedna z głównych bohaterek nie cierpi rządu. Koniec informacji. Wielka szkoda, bo naprawdę można było z pomysłu stworzonego przez autora stworzyć coś naprawdę genialnego. Niestety wykonanie wyszło dość przeciętnie, bez polotu, bez fajerwerków i czasem wręcz nudnawo. Dopiero pod koniec poszczególne elementy zaczęły wpadać na swoje miejsca i maszyna zaczęła w jakikolwiek sposób pracować.

„Rewolta” – Nadav Eyal

Format: Audiobook
Stron/długość: 17h 23m
Czyta: Maciej Jabłoński

Tak naprawdę „Rewolta” to cykl powiązanych ze sobą reportaży, które tworzą spójną całość i poruszana w nich problematyka oscyluje wokół globalizacji oraz czymś, co autor nazywa właśnie tytułową „rewoltą”. Jest to pewnego rodzaju sprzeciw i protest przeciw zacieraniu się granic (czy to fizycznych, czy tylko tych metaforycznych) na świecie, które jednocześnie zapewniło wielu państwom obecny dobrobyt, ale również zaserwowało mnóstwo problemów.

Reportaże poruszają wiele różnych problemów, od przemian gospodarczych oraz podstaw powojennej ekonomii opartej o PKB, aż po bardziej współczesne konflikty grup o skrajnych poglądach. Mamy tutaj również schemat zmian poglądowych oraz jak radykalizm potrafi zmienić się w fundamentalizm. Oprócz tego autor porusza problemy migracyjne, klimatyczne oraz rozwarstwienie społeczne. Innymi słowy, mamy tu całkiem spory materiał do zastanowienia się nad nim. Niestety przez większość przedstawionych historii przemawia jeden wniosek – nieważne, co byśmy teraz zrobili, i tak na świecie będzie coraz gorzej.

„Łatwo być bogiem” – Robert J. Szmidt

Format: Audiobook
Stron/długość: 11h 09m
Czyta: Wojciech Masiak

Ludzkość już wiele razy w książkach panowała nad wszechświatem. Tak jest i tym razem – Robert J. Szmidt osadził swoją historię w kosmosie, w którym Ziemianie skolonizowali wiele układów słonecznych, jednak swoją cenę rasa ludzka musiała za to zapłacić. A skoro już i tak rozpełzliśmy się po wielu układach, to (jak na ludzi przystało) knujemy, kombinujemy, a władza kryje przed zwykłymi ludźmi wiele tajemnic. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Na pewno dużo dzieje się w „Łatwo być bogiem”.

Pierwszy tom to tak naprawdę rozbieg, który historia stworzona przez autora wzięła przed głównym skokiem. Tak w każdym razie to wygląda. Robert J. Szmidt rozpoczął wiele pozornie ze sobą niepowiązanych wątków i prowadzi je równolegle. Każdy z nich jest interesujący, choć porusza zupełnie inne kwestie. Pomimo tego, że absolutnie wszystko dzieje się w kosmosie, to nie jest to żadnej hard sci-fi – dużo większy nacisk położony został na wydarzenia oraz ich dynamikę, niż na niuanse technologiczne. Na razie jestem więc pozytywnie nastawiony i chętnie zobaczę, jak to się dalej rozwinie oraz w którym momencie wątki zaczną się łączyć.

„Zniknięcie słonia” – Haruki Murakami

Format: Papier
Stron/długość: 380
Tłumaczenie: Marta Słońska

Długi czas zastanawiałem się, czy polubimy się z twórczością Harukiego Murakamiego. Nazwisko jest wszak bardzo znane, zwłaszcza wśród książkoholików, jednak dzieła te mają już jednak swój wiek, a do tego należą do tej bardziej ambitnej literatury. No i tutaj nie wiem, czy ta ambicja mnie nie przerosła, czy po prostu problem leży w formie, a więc zbiorze opowiadań. Większość opowiadań kompletnie do mnie nie trafiła i jawiła się jak bełkot, który można jedynie bardzo na siłę próbować interpretować.

Technicznie są to naprawdę świetne historie. Wręcz podręcznikowe, jednak treść pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Nie wiem, czy to jest znak rozpoznawczy Murakamiego, jednak poziom absurdu przekraczał nawet moją skalę. Gołym okiem wręcz widać próby stworzenia wielowymiarowych historii na (dość często raptem) kilku stronach chyba nie wyszło na dobre. Na pewno sam styl jest na tyle intrygujący, że spróbuję dać sobie kolejną szansę z nieco dłuższą formą, jednak pierwsze spotkanie nie było zbyt satysfakcjonujące.

„Modlitwa do boga złego” – Krzysztof Kotowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 7h 41m
Czyta: Filip Kosior

Chyba zaczynam coraz bardziej lubić postacie wykreowane przez Krzysztofa Kotowskiego. Są one bardzo mocną częścią „Modlitwy do boga złego”. Chyba nie przesadzę, kiedy napiszę, że stanowią wręcz trzon drugiego tomu historii o Krzysztofie Lorencie. To właśnie one budują odpowiedni klimat, to one rozweselają czytelników oraz budują napięcie. Tak naprawdę wszystko wokół nich to jedynie tło, które pozwala na wyciągnięcie z nich to, co najlepsze. Czy to dobrze? Jak dla mnie tak i to bardzo – odpowiednio skonstruowani bohaterowie zawsze będą dla mnie dużo ważniejsi niż nawet fabuła. Mogą ją odpowiednio sami poprowadzić.

Jednak żeby nie rozpływać się jedynie nad grupką znajomych, to warto wspomnieć, aby patrzeć na historię przez palce. Jeśli weźmiecie „Modlitwę do boga złego” jako książkę bardziej historyczną niż fantastyczną (a widywałem takie nadziania się ludzi), to możecie być srodze zawiedzeni. Autor co prawda po raz kolejny zapakował dużą dawkę wiedzy historycznej, na której oparł swoją fikcję, jednak dalej jest to po prostu fantastyka. Część rzeczy się nie do końca skleja, jak również wielokrotnie Krzysztof Kotowski pokazuje, że dość swobodnie podchodzi do logiki wydarzeń. Czy to przeszkadza? Mnie absolutnie nie (a na pewno nie mocno), ponieważ paczka przedziwnych znajomych robi tu świetną robotę!

„Ucieczka z raju” – Robert J. Szmidt

Format: Audiobook
Stron/długość: 10h 41m
Czyta: Wojciech Masiak

To było o niebo (he-he) lepsze niż pierwszy tom! Wydarzenia z „Łatwo być bogiem” powskakiwały na swoje miejsca, a dynamika znacznie wzrosła. Często lubię mówić, że książki tego pisarza to jak dobre kino akcji – nie wznosi się na wyżyny ambicji, ale dostarcza przeogromnej dawki rozrywki, która pozostaje w pamięci na całkiem długi czas. Właśnie taka jest „Ucieczka z raju”. Postacie są – jak to u Szmidta – mocno „polskie”, konkretne, mają swoje nawyki i przywary. Często są wulgarne, chociaż do tej pory nie wiem, jak Robert J. Szmidt to robi, ale ta wulgarność w ogóle nie kłuje w oczy.

Przestaje się dziwić, że „Pola dawno zapomnianych bitew” są uznawane za chyba najlepszą polską space operę. To naprawdę długa i skomplikowana historia, która skupia się na postaciach, nie na technologii. Mamy niezbyt świeży, ale świetnie wykorzystany pomysł na przedstawienie zarówno samych statków obcych cywilizacji, jak i zresztą „naszych”, ludzkich, jednak nie są one trzonem narracji. Ba, w ogóle nie są trzonem niczego, po prostu są. Jest też Henryan Święcki, który może być jedynym powodem, dla którego warto sięgnąć po ten cykl, ale wciąż bardzo wartościowym. Jednak wierzcie mi, jest tych powodów o wiele więcej. 

„Próżny robot” – Henry Kuttner

Format: Papier
Stron/długość: 404
Tłumaczenie: Wielu tłumaczy

To naprawdę już podstarzałe, ale jak się okazuje wciąż jare opowiadania! Bardzo mocno widać ślady po zębie czasu, który je nadgryzł, zwłaszcza w dość sztywnej i lekko plastikowej narracji, jednak same historie są na tyle… wiarygodne, że nawet po tylu latach czyta się to przyjemnie. Większość z nich jest na dokładnie to samo kopyto – posiada identyczny schemat jak w przypadku przeciętnego procedurala sprzed 10 lat. Jeśli tylko nie jest to przeszkodą w odbiorze, to można czerpać przyjemność.

Co ważne w przypadku tego zbioru, to właśnie czas, w którym powstawały, czyli głównie lata 30. oraz 40. XX wieku. To właśnie przez ten pryzmat należy na nie patrzeć, bo wtedy dopiero człowiek zdaje sobie sprawę, jak bardzo są futurystyczne, aczkolwiek jednocześnie ponadczasowe. Na granicy czystej fantastyki oraz fantastyki naukowej (i piszę to z pełną świadomością), skupiając się jednak na wydarzeniach, a nie osobach. Ciekawe przeżycie, zwłaszcza w kontekście przekładania wyobrażeń sprzed pawie stu lat na współczesność.

„Na krawędzi zagłady” – Robert J. Szmidt

Format: Audiobook
Stron/długość: 9h 57m
Czyta: Wojciech Masiak

Zdecydowanie każdy kolejny tom „Pól dawno zapomnianych bitew” jest coraz lepszy. W trzecim widać już ten rozmach space opery, prowadzonej jednak w charakterystyczny dla Szmidta sposób – z jajem i pazurem. Coraz bardziej też lubię postać Henryana Święckiego, który robi tutaj za tego awanturnika spryciulę, umiejącego wykaraskać się z każdych wręcz tarapatów (chociaż bez syndromu Mary Sue w aspekcie odnoszenia sukcesów). Rozwija się również wątek polityczny oraz walki między władzą a korporacjami trzymającymi w garści ogromną część rynków.

Innymi słowy, można przepaść w głębinach fabuły stworzonej przez naszego rodzimego pisarza fantasy. Totalnie teraz rozumiem ten nieco nudnawy pierwszy tom – gdyby Robert J. Szmidt od razu wrzucił czytelnika w ten gąszcz wydarzeń, to przytłoczyłby go tym wszystkim. Po interludium widać jednak potrzebę stopniowego wdrażania i muszę przyznać, że było to chyba jedyne słuszne zagranie. Pozostaje mi więc niedługo zabrać się za kolejną część i wypatrywać kulminacji, która teoretycznie powinna mnie wyrwać z butów! W każdym razie mam na to nadzieję.


wtorek, 14 grudnia 2021

„Szeptucha” – Katarzyna Berenika Miszczuk

„Szeptucha” – Katarzyna Berenika Miszczuk
Źródło: Lubimy Czytać

Autor:
Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Szeptucha
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 3 lutego 2016

Sporo mi ostatnimi czasy wpada polskiej fantastyki młodzieżowej. Jest coś w naszych autorkach i autorach przyciągającego, co gwarantuje dobrą zabawę. Niekoniecznie ambitną, jednak naprawdę dobrą. W wielu przypadkach jest to proza dość prosta, niewymagająca, ale pełna humoru i przede wszystkim klimatu. Ma swoje niedociągnięcia, problemy, które warto by było rozwiązać, ale jeśli nie jest się nastawionym na ich szukanie, to naprawdę potrafi sprawić przyjemność. Innymi słowy, trzeba wiedzieć, na co się człowiek pisze i chcieć tego! Wtedy jest się przeszczęśliwym czytelnikiem. Z takim właśnie nastawieniem usiadłem do „Szeptuchy” i się w sumie nie zawiodłem, i to mimo ostrzeżeń.

Po studiach medycznych rozpoczyna się roczny staż, a następnie rezydenturę. Do tego momentu wszystko się zgadza, oprócz jednego, małego szczegółu. Gosława Brzózka musi odbyć staż, nawet roczny, a i owszem, ale u szeptuchy! Wszak Polska nie przyjęła chrztu i wciąż jest państwem, w którym wszystko, co związane ze słowiańskimi obrzędami jest ciągle żywe. Gosława jest jednak twardo stąpającą po ziemi osobą i nie wierzy w te wszystkie ubożątka, demony czy utopce, a co dopiero mówić o bogach! Trudno jednak w nich nie wierzyć, kiedy sami się o Ciebie upominają i w najbardziej bezpośredni sposób, jaki można sobie wyobrazić…

Cały cykl „Kwiatu paproci” jest dość intrygujący, jeśli spojrzeć na niego z perspektywy osoby szukającej opinii. Na portalach czytelniczych średnia ocen jest raczej wyższa, niż niższa, wśród recenzji również widać sporo pochlebnych słów. Z drugiej jednak strony sporo osób też zarzuca książkom bycie infantylnymi, nieciekawymi i ogólnie raczej do pupy. Przyznam więc bez bicia, że podszedłem z lekką rezerwą, chociaż – jak wspomniałem na samym początku – nastawiony na radochę z prostej, ale klimatycznej historii. Ostatecznie po lekturze muszę przyznać, że z jednej strony rozumiem te wszystkie zarzuty, ale z drugiej nie umiem się też nie pozachwycać z kilku powodów.

Zacznijmy może od głównej bohaterki – Gosławy Brzózki. Katarzyna Berenika Miszczuk ma chyba jakąś obsesję tworzenia postaci do bólu irytujących i przedstawiać je jako głupie trzpiotki, które ogólnie to się nie nadają do życia, nie wiadomo, w jaki sposób w ogóle osiągnęły cokolwiek, a na dodatek trafia im się interes życia. Czy jak tam nazwać „uśmiech losu” stworzony na potrzeby konkretnej fabuły. Po cyklu anielsko-diabelskim sądziłem, że po prostu tak wyszło. Po przeczytaniu „Szeptuchy” zaczynam jednak sądzić, że tak ma właśnie być, a konsekwencja w powielaniu podobnych cech charakteru i osobowości wskazuje na pewien wzorzec. A taki wzorzec, choć irytujący, uszanować warto, bo jednak jakby nie patrzył, postać wywołuje konkretne i silne emocje w czytelniku. A takowe Gosia wywołuje.

Jest przerażająco nieżyciowa, często arogancka, całe swoje życie mieszkała w wielkim mieście, jednak nie umie absolutnie niczego. Boi się własnego cienia, bywa wredna, często nie błyszczy intelektem. Czasem miewa przebłyski geniuszu lub pracowitości, jednak ogólnie ma swój własny świat, swoje racje i nie interesuje jej nic innego. No, chyba że jakiś przystojniak, nim to się zainteresuje? Całkiem sporo napisałem na jej temat, prawda? A warto podkreślić, że te słowa przepływały na klawiaturę ciurkiem, nie musiałem się nad nimi zastanawiać. Zresztą postać Szeptuchy też byłbym w stanie scharakteryzować jako inteligentną i cwaną, znającą życie kobietę, której nie można odmówić ostrości umysłu oraz szerokiej wiedzy. Wymagająca, jednak ciepła (nawet bardziej ciepła, niż wymagająca). Jednocześnie więc główna bohaterka irytuje oraz wzbudza pewnego rodzaju respekt za stworzenie konkretnej postaci, która jest wyraźna (i to nie jako jedyna postać).

Co jednak bardzo mocno przyciągało mnie z powrotem do tej książki za każdym razem, gdy ją odkładałem? Te wszystkie detale dotyczące słowiańskich zwyczajów, świąt, całego bestiariusza i tego, jak to wszystko mogłoby wyglądać współcześnie na polskiej wsi. Ekspozycja co prawda bywała przeokrutnie sztuczna i sztywna (zwłaszcza ta w dialogach), więc na to też trzeba wziąć poprawkę, jednak ostatecznie cała historia jest bardzo mocno osadzona na bóstwach, obrzędach, wszędobylskich upiorach oraz całej reszcie tego, z czym na co dzień nie mam do czynienia. Już wiele razy w sumie podkreślałem, że trochę mi głupio z powodu dość niezłej znajomości mitologii greckiej czy rzymskiej (nawet jeśli już mi mnóstwo rzeczy wyparowało z umysłu), przy jednoczesnym braku możliwości wymienienia choćby najważniejszych wierzeń słowiańskich.

Pierwszy tom wygląda na typowe wprowadzenie do świata, przedstawienie postaci oraz tylko taką pobieżną linię fabularną, o którą opiera się cała powieść. „Szeptucha” pełna jest przedstawiania postaci, a nawet problemy Gosi, które stanowią trzon historii, wydają się stworzone idealnie pod wprowadzenie czytelnika w cały świat Bielin i słowiańskich dziwów. Ach, no i autorka daje szansę na błyskawicznie znienawidzenie głównej postaci… Jestem jednak po lekturze „Tajemnicy domu w Bielinach”, gdzie postać Gosławy również się pojawia na chwilę i wygląda na to, że może ta nieszczęsna lekarka nie będzie aż taka tragiczna w kolejnych tomach. Trochę na to liczę, bo nawet jeśli doceniam umiejętność stworzenia takiej postaci, to jednak wolałbym kogoś, kto nie wywołuje we mnie morderczych zamiarów o wiele mocniejszych niż w stosunku do najgorszego villaina, jakie mogę sobie przypomnieć…

Podsumowując, widzę te problemy (a raczej problem, który ma na imię Gosława), które odrzucają wielu czytelników i sam trochę zgrzytam przez nie zębami, ale kiedy wrzucę sobie na szale wagi zarówno plusy, jak i minusy, to całokształt wychodzi mi na plus. Ten klimat, który został zbudowany wokół Bielin, szeptuch, żerców oraz istot nadprzyrodzonych jest naprawdę magiczny. Przy okazji mogłem wyciągnąć naprawdę sporo informacji o słowiańskich wierzeniach i bestiariuszu (rzecz jasna w postaci bardzo udelikatnionej, wszak nie jest to krwawa historia o siekaniu mieczem strzyg czy coś) i mam nadzieję, że drugi tom będzie te motywy jeszcze bardziej rozwijał. Być może jakiś konkretny upiór stanie się jedną z głównych osi? Cóż, zobaczymy, jak się wezmę za książkę!

Łączna ocena: 6/10



Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „Kwiat paproci’

Szeptucha | Noc Kupały | Żerca | Przesilenie


sobota, 4 grudnia 2021

Co pod pióro w grudniu 2021?

No dobrze, mamy sobie już koniec roku. Teraz powstaje pytanie, czy w ogóle jest jakikolwiek sens planowania sobie tego miesiąca pod względem czytelniczym? Nie wiem jak u Was, ale u mnie okres świąteczny to czas, w którym zaczynam marzyć o powrocie do pracy – bo wtedy odpocznę i to niezależnie od tego, ile jest do zrobienia. W pracy w sensie. Praktycznie nigdy nie udaje mi się zrelaksować i odpocząć, że nie wspomnę już w ogóle o możliwości sięgnięcia po jakiś tytuł. Da się, oczywiście, ale poza dniami świątecznymi!

Mimo wszystko zrobię swoje standardowe plany, jednak głównie ze względu na to, że jest to pewnego rodzaju rutyną, do której przywykłem. Bez niej czułbym się źle. A skoro i tak planuję, to czemu miałbym się nie podzielić z Wami tymi planami? W sumie może nie będzie aż tak, źle zważywszy na fakt, że Boże Narodzenie przypada w tym roku głównie w weekend… Natomiast nie biorę klasycznego urlopu między świętami a Nowym Rokiem, więc liczę na większy spokój i naturalność!

No, to trochę poprzynudzałem, więc chyba pora przejść do lektur, prawda?

„Przełom” – Michael C. Grumley

Który to już raz ten tytuł pojawia się w moich planach? Nie mam pojęcia i wolę tego nie sprawdzać… Jednak wiem, że na pewno zbyt długo, zwłaszcza że ostrzę sobie na niego zęby już od wielu miesięcy. Choćby nie wiem co, w grudniu go wreszcie przeczytam! Mam nadzieję, że będzie wart tak długiego czekania!

„Szeptucha” – Katarzyna Berenika Miszczuk

Miałem ostatnio przyjemność czytać „Tajemnicę domu w Bielinach”, która osadzona jest właśnie w klimacie „Kwiatu paproci” – to samo miejsce oraz te same osoby, choć w nieco innych rolach. Spodobał mi się ten klimat tak bardzo, że postanowiłem dać szansę tym książkom, a na pierwszy ogień pójdzie… pierwszy tom! Zobaczymy, po której stronie barykady stanę.

„Zniknięcie słonia” – Haruki Murakami

Możliwe (a być może nawet pewne?), że nazwisko Murakamiego obiło się Wam o uszy. Mnie również i to wielokrotnie, więc skoro mam okazję, to postanowiłem się zapoznać z jego twórczością. Na pierwszy ogień leci taki oto zbiór opowiadań, oceniany całkiem wysoko, chociaż sam opis sugeruje jazdę bez trzymanki. Zobaczymy, czy ją przeżyję…

AUDIOBOOKI

Ależ oczywiście, tak, audiobooki! Tym razem będę chciał postawić na rozrywkę, nie na ciężkie reportaże czy wymagające biografie. Beletrystyka w grudniu brzmi wspaniale, zwłaszcza że będzie to głównie fantastyka zapewne. Mam na przykład pięcioksiąg Roberta J. Szmidta do zaliczenia (oczywiście raczej nie uda mi się tego zrobić w tym miesiącu…), a do tego mimo niezbyt wysokiej oceny „Kapłana”, to jednak chętnie sięgnę po kolejny tom.

Dużej liczby tytułów więc nie planuję, bo dodatkowo nie wiem, jak wyjdą podcasty. W listopadzie twórcy zrobili się nad wyraz aktywni, a już widzę, że Nerdzi w Kulturze” wypuszczają zaległe odcinki… Na pewno będę miał czego słuchać!

A oto kilka tytułów:

  • „Rewolta” – Nadav Eyal
  • „Łatwo być bogiem” – Robert J. Szmidt
  • „Modlitwa do Boga Złego” – Krzysztof Kotowski


czwartek, 2 grudnia 2021

Podsumowanie listopada 2021

Czy tylko ja jestem zaskoczony tym, jak szybko pojawił się grudzień, a wraz z nim czekoladowe mikołaje w sklepach (no dobra, te są już od początku listopada…) i nieśmiertelne „All I want For Christmas Is You”! Tak właściwie, to nawet to się pojawiło wcześniej… Listopad jednak jak każdy poprzedni miesiąc minął po prostu zbyt szybko. Pamiętam, że jeszcze wczoraj byłem w Łodzi, a tak naprawdę było to na samym początku miesiąca… Cóż, muszę z tym rzecz jasna handlować, jak zresztą co chwilę!

Niestety minione trzydzieści dni były dla mnie bardzo pracowite pod różnymi tego pojęcia definicjami. W związku z tym nawet trafił mi się tydzień, w którym prawie nie słuchałem audiobooków, bo ledwie starczyło mi czasu na nowe odcinki podcastów! A co dopiero mówić o książkach papierowych. Niby tytułami wyszła całkiem ładna liczba, ale dwie z nich były naprawdę cieniutkie pod względem grubości. Znowu jednak jakościowo było bardzo dobrze, a przecież właśnie o to chodzi!

Tymczasem przechodzę już do mięsa, czyli paru grafik ze statystykami!



Mniej tytułów oraz przede wszystkim mniej minut w audiobookach. Wspominałem już, że miałem trochę mniej czasu? Ano wspominałem! Jednak na jakośc absolutnie nie mogę narzekać, zwłaszcza że przy okazji moje plany zostały spełnione z nawiązką!


W jednym tygodniu pojawiły się aż 22 odcinki podcastów, które słucham! Dawno nie było tylu na raz, a do tego wcale nie należały do krótkich. Karol Paciorek zaserwował dwie dwugodzinne rozmowy, a nawet „Po ludzku o pieniądzach” miało prawie godzinę (normalnie oscyluje wokół 30 minut). Nic więc dziwnego, że następna plansza już nie ma tych samych proporcji, co zwykle…


A tak się prezentuje plansza ze wszystkim, czego słuchałem! Nieco zaburzona proporcja w stosunku do tego, co było do tej pory, ale traktuję ją jako ciekawostkę. W końcu tym właśnie jest, bo w żaden sposób nie wpływa to na fakt, że przyjąłem dużo wartościowego contentu, tylko w nieco innej proporcji podania!


Jak widzicie królowały znowu seriale! Mnóstwo odcinków niby, ale tak naprawdę były one po prostu krótkie. „The Office” trwa około 20 minut każdy, natomiast „Kajko i Kokosz”, którego drugi sezon w całości też zaliczyłem, to nawet po 15 minut per odcinek. Przy okazji nie mogłem przegapić nowego sezonu The Morning Show, więc na filmy już czasu zabrakło!

A tutaj jest lista wszystkich seriali, które oglądałem (niekoniecznie ich pełne sezony):

  1. „The Boys”
  2. „The Morning Show”
  3. „The Office”
  4. „Kajko i Kokosz”
  5. „F is for Family”


Na tym polu jak niemal zawsze stabilnie!

A tutaj łapcie zdjęcie z Instagrama, które zdobyło najwięcej organicznych polubień. Trochę eksperymentowałem z hasztagami, ale chyba mi te eksperymenty nie wyszły…

Klasycznie na sam koniec przedstawiam listę przeczytanych przeze mnie książek!

  1. „Riese” – R. J. Szmidt
  2. „Dzielnica cudów” – N. G. Kościesza
  3. „Człowiek, który wiedział za dużo” – M. Góra
  4. „Tajemnica domu w Bielinach” – K. B. Miszczuk
  5. „Kapłan” – K. Kotowski
  6. „Nagie słońce” – I. Asimov
  7. „Ciemna dolina” – T. Arnold
  8. „Frankenstein” – M. Shelley


środa, 1 grudnia 2021

Zbiorczo spod pióra w listopadzie 2021

To co, zaraz Święta, no nie? Listopad minął, jak z bicza strzelił! Trochę wolnego, jakieś wyjazdy i jakoś to tak minęło, nie wiadomo do końca kiedy. Miejscami miesiąc ten był też dość męczący – i to do tego stopnia, że czasem nawet nie miałem ochoty na czytanie, tylko na uwalenie się z jakimiś odmóżdżającymi filmikami na YouTube. Serio. Audiobooki jednak cały czas wchodziły oczywiście jak złoto! Chociaż bardzo o ich uwagę walczyły podcasty, których się namnożyło w ostatnich tygodniach co nie miara. Pragnę jednak zaznaczyć, że ja tylko cały czas słucham twórców, których do tej pory słuchałem, żaden nowy podcast nie wjechał!

Tym razem nie utknąłem na jednej tylko papierowej książce. Byłoby to zresztą trochę dziwne, gdyby „Riese” zajęło mi calutki miesiąc… Można nawet rzec, że moje wstępne plany zostały zrealizowane. Wszystko się sprowadza tak naprawdę do tego, iż nie mam na co narzekać! Zwłaszcza że teraz rozpoczyna się grudzień, który dla mnie jest zawsze paradoksalnie najbardziej zapracowanym miesiącem roku...

„Riese” – Robert J. Szmidt

Format: Papier
Stron/długość: 448

„Riese” ani trochę mnie nie zawiodło! Wręcz przeciwnie, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, nie tylko poprzez kierunek, w którym poszła sama akcja, ale również ze względu na wykreowany przez autora świat. Bardzo lubię, kiedy sporo dzieje się na powierzchni obszarów zamieszkałych przez ocalałych, jednak przyzwyczajony jestem jednak do… nieco bardziej przewidywalnego „widoku” niż ten, który został zaserwowany przez pisarza.

Trzeci tom „Nowej Polski” przypomniał mi „Konstytucję Apokalipsy”, która cechowała się ogromną ilością akcji, ociekała wręcz militarnym klimatem, a manewry poszczególnych osób i grup nie ograniczały się tylko do prób uśmiercenia zmutowanej fauny i flory. Rozumiecie, może i ocalali, ale to wciąż ludzie. Ludzie zawsze będą chcieli się pozabijać nawzajem, niezależnie od sytuacji i pobudek, które nimi kierują. No to i tutaj mamy sporo zabijania, ale w nieco mniej konwencjonalny sposób. Innymi słowy, dzieje się naprawdę wiele!

„Dzielnica cudów” – Norbert Grzegorz Kościesza

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 52m
Czyta: Leszek Filipowicz

Intrygująca i fajnie napisana pozycja. Autor słusznie zauważa na samym początku, że mogłaby z tego powstać pewnego rodzaju biografia. Norbert Grzegorz Kościesza opisuje bowiem historie z dzieciństwa, które mają zobrazować, jak mogło wyglądać dorastanie w czasach PRL-u – w tym przypadku dokładnie w latach 80. XX wieku. No i muszę przyznać, że robi to bardzo obrazowo. Można się poczuć, jakby się tam było.

To, do czego można się przyczepić, to pojawiające się czasem, lekko ironiczne nawiązania do starego, dobrego narzekania, że „kiedyś to nie było X”. Zazwyczaj fajnie to ubarwia całą opowieść, jednak w niektórych fragmentach można odnieść wrażenie pewnego rodzaju denializmu. Jakby autor próbował negować istnienie zbadanych już rzeczy, bo kiedyś „było inaczej”, więc to na pewno współczesne kłamstwa. Mimo wszystko jednak będę całą książkę wspominał mega pozytywnie!

„Człowiek, który wiedział za dużo” – Monika Góra

Format: Audiobook
Stron/długość: 10h 45m
Czyta: Maciej Jabłoński

Jeśli urodziliście się w latach 90. XX wieku lub wcześniej, to pewnie obiła się Wam o uszy sprawa zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów – poruszana przez wiele mediów i rozciągnięta na naprawdę wiele lat dochodzenia. Monika Góra podjęła próbę zebrania w jednym miejscu wszystkiego, co jako ludzie spoza otoczki „ściśle tajne” możemy wiedzieć lub czego się domyślać. Tak jak przy poprzedniej książce dziennikarki i w tej widać ogrom pracy włożonej w dotarcie do jak największej liczby szczegółów.

Zabójstwo Piotra Jaroszewicza oraz jego żony, Alicji Solskiej-Jaroszewicz, miało miejsce w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku i odbiło się szerokim echem nie tylko ze względu na same okoliczności popełnionej zbrodni, ale również ze względu na stanowiska piastowane przez Piotra Jaroszewicza w przeszłości. Autorka przybliża więc nie tylko dochodzenie wraz z niepasującymi do siebie sprawami, ale również i życie byłego premiera Polski. Ciężko się oderwać od lektury, ale równie ciężko jest wrócić do rzeczywistości.

„Kapłan” – Krzysztof Kotowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 14h 28m
Czyta: Filip Kosior

Nie była to może niesamowita książka, jaką czytałem, ale jestem nią dość mocno usatysfakcjonowany. Przede wszystkim Krzysztof Kotowski stworzył intrygujące przedstawienie tajnej organizacji, która swoimi korzeniami sięga początków chrześcijaństwa, wokół którego narosło wiele… ciekawych rzeczy. Sama akcja też jest dawkowana w odpowiedni sposób, który zachęca do dalszej lektury.

Czemu więc jestem „tylko” usatysfakcjonowany? Tak właściwie ciężko mi to określić. Chyba właśnie to może być powodem tak paradoksalnie. Nie potrafię wskazać żadnej mega mocnej strony tej powieści, nie umiem się nią zachwycać. Sięgnę na pewno po kolejną część, bo naprawdę mnie świat zaintrygował, ale jednak nie mogę z czystym sercem polecać z wielkim entuzjazmem. Jest „w porządku”, jest „ciekawa”, jest „fajna”. W sumie tyle.

„Nagie słońce” – Isaac Asimov

Format: Papier
Stron/długość: 216
Tłumaczenie: Michał Wroczyński

Elijah Baley to postać, z którą ponownie spotkałem się w „Nagim słońcu”. Tym razem miał jeszcze trudniejszą zagadkę do rozwikłania, a z kolei sam autor pozwolił sobie na skupienie się na socjologicznych aspektach fantastyki. W sumie tak naprawdę ważniejsze niż zagadka kryminalna są właśnie zachowania na planecie, na którą trafił detektyw. Powieść powstała wydana w 1953, a wiele z opisywanych sytuacji rezonuje bardzo mocno z tym, jak wygląda obecny świat! A czytanie tej książki po roku 2020 jest mega intrygującym przeżyciem.

Tym razem jednak lektura już trochę bardziej trącała myszką, głównie w aspekcie dialogów oraz przechodzenia z jednego wątku, do kolejnego. Nie sprawiało to jakiejś wielkiej niedogodności, po prostu czuć było taką nieznaczną sztuczność. Jednak można z „Nagiego słońca” wynieść naprawdę wiele materiału do zastanawiania się nad nim. A przy okazji utwierdzić się w przekonaniu, że nie bez powodu Isaac Asimov jest uznawany za jednego z wizjonerów robotyki w fantastyce i nie tylko.

„Frankenstein” – Mary Shelley

Format: Audiobook
Stron/długość: 8h 6m
Czyta: Maciej Kowalik

Cóż, klasyka klasyki można rzec, po którą dość późno sięgnąłem. Każdy chyba zna dowolną filmową adaptację „Frankensteina”, chociaż pewnie bardziej rozpowszechniony jest wizerunek monstra stworzonego przez szalonego doktora. Komiksy, zabawki, seriale animowane – wszędzie pojawia się stwór ze śrubami w szyi oraz mnóstwem blizn po szyciu. Jednak powieść Mary Shelley znacznie odbiega ot, tak… prostego (czy wręcz prostackiego) wizerunku.

We „Frankensteinie” mamy o wiele więcej życia i przemyśleń, niż można by się spodziewać. Pewnie wiele osób kłóciłoby się ze współczesną wartością warsztatową, zwłaszcza że styl wybucha wręcz egzaltacją, jednak słuchało się tego całkiem dobrze. To, co może być problemem w odbiorze to nie tylko zastosowany styl, ale również dość chaotyczny przebieg wydarzeń, a raczej opowieści. Bardzo wartościowe jest za to spojrzenie na to, jak naprawdę historia napisana przez Mary Shelley wygląda i jak niewiele ma wspólnego ze współczesnym wizerunkiem stwora (który swoją drogą zawsze jest nazywany od nazwiska swojego stwórcy).


poniedziałek, 29 listopada 2021

„Ciemna dolina” – Thomas Arnold

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Thomas Arnold
Tytuł: Ciemna dolina
Wydawnictwo: Vectra
Stron: 480
Data wydania: 26 listopada 2021

Ci, którzy zaglądają do mnie regularnie, wiedzą na pewno, że jestem wielkim fanem Thomasa Arnolda. Mało tego, uważam, że jest to jeden z bardzo niedocenianych, polskich autorów! Potrafi wyłamać się ze schematu, chociaż nie tak, żeby tworzyć niszowe dzieła, a do tego jego warsztat naprawdę błyskawicznie się ulepszył od pierwszych wydanych książek! Dlatego właśnie jestem zawsze podekscytowany, kiedy pisarz ogłasza wydanie nowej pozycji, bo oznacza to dla mnie powrót do stworzonego przez niego świata i spotkanie się z postaciami! „Ciemna dolina” jest powrotem do Jade Reflin oraz – według diagramu przygotowanego przez samego autora – pomostem łączącym dwa cykle!

Już i tak nietypowa sprawa zabójstwa czterech zaginionych osób i odnalezienia ich zwłok w jednym domu staje się jeszcze bardziej nietypowa. Mężczyzna w zakrwawionym ubraniu, który przyglądał się funkcjonariuszom pracującym na terenie odnalezienia ciał, nie zamierza bowiem współpracować, ale nie myśli również o stawianiu oporu. Zainteresowany jest za to zabijaniem czasu w areszcie za pomocą gry. Tak właściwie, to czasu do zabicia ma niewiele, chyba że Jade wraz z partnerem rozwiążą zagadkę i uda im się wyjść z pętli niepewności i niewiadomych…

Książka co prawda nie trzyma w napięciu od samego początku, ale… zaczyna robić to bardzo szybko. Nic jednak dziwnego, bo czasu z perspektywy książkowych postaci jest naprawdę niewiele. Tutaj właśnie dochodzimy do tego, co mnie dość szybko zaczęło fascynować – „Ciemna dolina” upchnięta jest bowiem nie w miesiącach czy tygodniach, jak to zazwyczaj bywa z historiami kryminalnymi. Tutaj w pewnym sensie liczymy godziny (pamiętajcie, proszę – w pewnym sensie! Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, nawet jeśli i tak poznacie je na początku), a nie ma w ogóle poczucia rozwleczenia czy naginania wydarzeń.

Wspomniałem już o trzymaniu w napięciu? Wspomniałem! Chętnie nieco rozwinę ten wątek, ponieważ w przypadku Thomasa Arnolda zazwyczaj jest wiele do powiedzenia w tej kwestii. Autor opanował doskonale sztukę wodzenia czytelnika za nos i budowania napięcia. Znaczy, nie zrozumcie mnie źle, Hitchcock był, jak wiadomo jeden, jednak na tle współczesnych powieści tej samej odmiany gatunkowej pisarz ze Śląska jest dużo powyżej średniej. To, w jak subtelny, ale mocny sposób akcentowane są w jego książkach te momenty, które mają wzbudzić chęć mordu za przerwanie w takim, a nie innym momencie, to właśnie jeden z głównych powodów, dla których tak bardzo wszystkim polecam powieści Thomasa Arnolda. Przewracacie stronę, widzicie koniec rozdziału i już wiecie, że Was zaraz szlag trafi! Tak jak szlag trafi Wasz sen.

Ciekawa jest też pewnego rodzaju przemiana detektyw Reflin. Zwłaszcza w kontekście tego, czego dowiadujemy się na samym końcu książki. Wiecie, lektury się z tego nie zrobi do samodzielnej interpretacji, jednak widać jak na dłoni, co przeżywa Jade Reflin wraz z kolejnymi wydarzeniami i w jaki sposób stara się kontrolować nie tylko swój temperament, ale również emocje, które nią targają. A nie jest to łatwe przy tak ogromnej presji czasu, jaka jest wywierana na detektywów. Oczywiście przy okazji wszyscy mają rację, jednocześnie jej nie mając – do tego jednak Thomas Arnold przyzwyczaił już swoich czytelników w niemalże wszystkich swoich powieściach!

Zakończenie jest świetne, chociaż nie aż tak splecione ze wszystkim, jak to, do czego przywykłem. Nie oznacza to jednak, że jest gorsze – po prostu nieco inne. Bardziej oderwane od bieżącej narracji, chociaż spójne i logiczne. Tak właściwie, to wątek, wokół którego kręci się cała akcja, nie do końca pozwalał na zastosowanie standardowego dla autora motywu wsadzenia słuchawek do kieszeni i obserwowania, jak się skubane splatają. Dlatego jestem usatysfakcjonowany tym, do czego wreszcie doszli nasi bohaterowie. Ogólnie jestem usatysfakcjonowany książką jak zawsze. Być może odrobinę mniej, niż poprzednimi, jednak to wciąż jest stary, dobry Thomas Arnold. Po prostu nie jest to szpital psychiatryczny czy sekta!

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi, Thomasowi Arnoldowi!