środa, 28 lutego 2018

"W blasku ognia" - Praca zbiorowa

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Paca zbiorowa
Tytuł: W blasku ognia
Wydawnictwo: Insignis
Stron: 160
Data wydania: 23 stycznia 2014


Uniwersum Metro 2033 nie jest światem, który znam doskonale, jednak od wielu lat staram się śledzić, co się w nim dzieje. Darmowe e-booki będące zbiorami opowiadań, napisanych przez polskich fanów świata, którego twórcą jest Dmitry Glukhovsky, są w moim posiadaniu już od dawien dawna, jednak nie miałem jeszcze okazji ich przeczytać. Pierwszą część rdzenia świata, czyli "Metro 2033" przeczytałem już jakiś czas temu, teraz powoli przymierzam się do "Wędrowca" oraz "Końca drogi", więc chyba to najwyższa pora na zapoznanie się fanowskimi utworami.

Świat po nuklearnej apokalipsie nie ogranicza się tylko do Moskwy i tamtejszego metra. Cały świat pogrążył się w chaosie, ale w każdym jego zakątku znajdują się ocaleni. To oni tworzą Nowy Świat, pełen smutku, złości i walki o przetrwanie. Również Polska ma w tym swój udział - piórem kilku wybranych osób niniejszym Uniwersum Metro 2033 rozszerza się o losy przedstawione przez polskich fanów serii, którzy dorzucają swoje cegiełki do wydarzeń, które mają miejsce w moskiewskim metrze.

Zbiory opowiadań są pewną odskocznią od klasycznych powieści, ponieważ zawierają w sobie wiele różnych punktów widzenia, stylów pisania oraz sposobów myślenia - pod warunkiem, że tworzone są przez wielu autorów. Niniejszy zbiór napisany został przez fanów Uniwersum Metro 2033, którzy mieli okazję zaprezentować swoje dzieła na łamach portalu metro2033.pl. To wśród nich wybrane zostały najlepsze i złożone w darmowy e-book, który udostępniany jest wszystkim zainteresowanym, którzy chcą poznać kolejne postacie, zdarzenia i legendy.

"Przez dwie dekady Ziemia zaroiła się od tak wielkiej liczby nowych niebezpieczeństw, że każdy, kto chciał zachować zdrowe zmysły, wolał ich sobie nawet nie wyobrażać."

Jak to zazwyczaj w zbiorach opowiadań bywa, niektóre z nich są lepszej jakości, niektóre gorszej. Te, które mamy okazję przeczytać na kartkach "W blasku ognia" są opowiadaniami bardzo krótkimi, często kończącymi się wręcz zbyt szybko. W wielu przypadkach brakuje rozwiązania, a zawieszenie historii nie jest wykonane w zbyt dobrym momencie. A szkoda, bo kilka z nich naprawdę ma potencjał. Niestety często wkrada się do nich chaos, a urwanie opowiadania gdzieś w połowie wręcz sugeruje konieczność zmieszczenia się w ograniczonej liczbie znaków. W każdym razie sprawia dokładnie takie wrażenie.

Niektóre z tych opowiadań z chęcią zobaczyłbym jako pełnoprawne historie zagnieżdżone w całej powieści. Kiedy parę linijek temu użyłem słowa "potencjał", to miałem na myśli potencjalną, dobrą historię, która mogłaby porwać czytelnika w wir apokaliptycznego szaleństwa. Druga część niestety prezentowała nieco niższy poziom. Czasem wręcz same pomysły wydawały się być nie do końca opracowane i przemyślane. Niby z jednej strony opowiadanie o czymś mówiło, ale tak naprawdę nikt nie wie o czym, do czego zmierza i co tak naprawdę reprezentuje samym zakończeniem.

Nie żałuję jednak czasu spędzonego nad lekturą, którego zresztą nie poświęciłem aż tak dużo. Krótkie opowiadania tworzą naprawdę niezbyt rozbudowany i wymagający e-book. Łącznie 160 stron, które można przeczytać w kilka chwil. Nawet mimo nierównego poziomu stanowią one bardzo przyjemną odskocznię od bardziej wymagającej literatury. Nie nastawiałbym się jednak na ambitne i powalające historie - raczej na coś szybkiego w znanym uniwersum, co nie zapadnie w pamięć, ale i nie zanudzi do cna.

Łączna ocena: 6/10


poniedziałek, 26 lutego 2018

"Wy wszyscy moi ja" - Miłosz Brzeziński

Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Miłosz Brzeziński
Tytuł: Wy wszyscy moi ja
Wydawnictwo: Instytut Kreowania Skuteczności
Stron: 360
Data wydania: 18 maja 2016


Niezwykle rzadko sięgam po książki, które można określić jako "poradniki rozwoju". Raczej unikam wszelkiego rodzaju coachów, chociaż coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że ci którzy byli coachami "zanim stało się to modne" mają kompletnie inne spojrzenie na rozwój. Niekoniecznie zgodne z moim postrzeganiem świata, jednak rzeczywiście różni się ono od współczesnych "trenerów rozwoju". "Wy wszyscy moi ja" to zdecydowanie pozycja odbiegająca od tego, co do zaoferowania ma internet i jego coache - jest to bowiem książka pełna... nauki! Książka, która na dodatek wręcz obala tak często powtarzane zdanie "możesz być kim chcesz".

Wystarczy wyjść poza strefę swojego komfortu. Sukces nie zależy od otoczenia, tylko od Ciebie! Możesz być kim chcesz, musisz tylko chcieć. Ciężka praca zawsze przyniesie sukcesy. A co jeśli te zdania to jedynie ułuda, która nie ma poparcia w rzeczywistości? Co jeśli człowiek i jego mózg zaprogramowany jest do lenistwa? Czy oznacza to, że jesteśmy skazani na porażkę, a wszyscy, którzy odnoszą sukces są niesamowicie wyjątkowymi jednostkami? A co jeśli to nasze lenistwo da się zaprzęgnąć do pracy nad naszym sukcesem, a nieprzyjaznym otoczeniem można się zająć w sposób niezbyt nas obciążający, ale adekwatny do ogromnego wpływu jaki tak naprawdę ma na każdego z nas?

"Średni czas skupienia osoby pracującej na komputerze w biurze spadł z 12 sekund w 2012 roku do 8 sekund w 2015. To może i nie najgorzej. Rybka akwariowa utrzymuje uwagę średnio przez 9 sekund. Tym samym w roku 2015 rybki w szklanych kulkach ograły ludzkość w grę we wpatrywanie się i koncentrację."

Pierwsze co rzuca się w oczy podczas lektury "Wy wszyscy moi ja" to mnóstwo badań, które autor przytacza na poparcie swoich słów. Pełne nazwy wraz z datami oraz często miejscami publikacji robią wrażenie - pozwalają szybko odnaleźć wyniki i zweryfikować czy to, co Miłosz Brzeziński napisał, ma ręce i nogi. Ale nawet i bez tego odczuwa się zaufanie do autora, ponieważ zarówno same słowa, jakich używa, jak i sposób ich formułowania nadają wiarygodności. Nie czuć w książce lania wody - tylko konkretne fakty (na tyle, na ile z psychologicznego punktu widzenia możemy mówić i pisać o faktach).

Początkowo może się wydawać, że przekazywane informacje nie są pogrupowane w żaden logiczny sposób. Można również odnieść wrażenie chaosu i wręcz losowego sięgania po temat. Wraz z kolejnymi kartkami jednak wszystko układa się w jedną spójną całość. Miłosz Brzeziński ma nie tylko plan, według którego prowadzi swoją książkę, ale również okazuje się, że każdy przez niego poruszony temat wpasowuje się w całokształt. A ten z kolei jest bardzo ciekawy i prowadzi do nietypowych wniosków. Wręcz całkowicie obalających wszędobylską politykę wierzenia tylko we własne siły. To było dla mnie dużym zaskoczeniem, ponieważ nieco obawiałem się słów opisujących autora - "certyfikowany coach". Chyba nie trzeba tłumaczyć w jaki sposób obecnie to słowo kojarzy się wielu ludziom - dość napisać, że niekoniecznie pozytywnie.

"Powiedzmy sobie wprost: diety nie są po to, żeby na stałe tworzyć szczupłe osoby. Cały przemysł dietetyczny działa dlatego, że diety nie działają. Nie dałoby się zbudować modelu biznesowego na tym, że ktoś schudnie i sobie pójdzie."

"Wy wszyscy moi ja" zaskakuje w pozytywny sposób nie tylko poprzez twarde stąpanie po ziemi - jest bowiem pozbawiona górnolotnych, pustych słów, które nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Każdy wniosek, każda teza czy każda porada, której autor udziela poparta jest badaniami, statystyką (którą mimo tego, że często bywa złudna, to po prostu "jest") oraz doświadczeniem wielu ludzi. Oprócz tego pada wiele argumentów czysto naukowych, związanych zarówno z samym działaniem ludzkiego organizmu, ale również jego przystosowaniem do otaczającego świata. Ewolucja to jedna kotwic, a szybkość przemian społecznych to samonapędzający się silnik, który próbuje tę kotwicę zerwać.

W wielu miejscach dane serwowane przez autora przepełnione są dość prostym, ale przyjemnym humorem. Dla lepszego efektu często fragmenty te są dość mocno spłycane, ale zaraz potem wyjaśniane w szczegółach. Po prostu humor wydaje się mieć za zadanie przyciągnąć czytelnika i skupić jego uwagę na czymś dość istotnym - taką korelację bowiem zauważyłem. Żarty pojawiały się właśnie w momentach dość istotnych i przy kwestiach, których pełne zrozumienie może być bardzo przydatne w życiu każdego człowieka. A że przy okazji można się uśmiechnąć i spojrzeć nieco przez krzywe zwierciadło (jak w przypadku przytoczonego cytatu o rybkach akwariowych), to jeszcze lepiej! W końcu powaga zabija powoli.

"Jeśli zbierzesz ochrzan za to, że cały dzień jesteś ślamazarny i jesteś leniem, możesz teraz śmiało odpowiedzieć, że to nie leń, ale chronotyp i jest nawet na to papier."

"Wy wszyscy moi ja" to książka, którą naprawdę warto przeczytać. Daleko jej od górnolotnych, niczym nie podpartych frazesów, które tak często kojarzą się z książkami o rozwoju osobistym. Nie będzie chyba zbyt dużym nadużyciem sugestia, że dosłownie każdy Czytelnik znajdzie w niej co najmniej jedną informację, która odmieni jego spojrzenie na świat i własną osobę - zarówno pod kątem swojej psychiki, jak i zdrowia i kondycji fizycznej. Miłosz Brzeziński wykonał naprawdę ogromną pracę, a część z tego co zapisał na kartach niniejszego dzieła, sam już wziąłem sobie do serca. Mam nadzieję, że nie tylko mi, ale i każdemu kto przeczyta tę pozycję dużo łatwiej przyjdzie zrozumienie czego oczekują ci wszyscy, moi ja w środku głowy. W sensie dosłownym i przenośnym.

Łączna ocena: 8/10


sobota, 24 lutego 2018

Z ekranu pod pióro #23 - "Kształt wody"

Źródło: Filmweb
Tytuł: Kształt wody
Reżyseria: Guillermo del Toro
Premiera: 2017
Gatunek: fantasy


Obecnie widzimy wysyp filmów, które są nominowane do Oscara. Nawet produkcje, które do tej pory nie ukazały się w Polsce, a swoje premiery miały wiele miesięcy temu, pojawiają się we wszystkich kinach. Dosłownie nie wiadomo na co iść, co obejrzeć i kiedy na to wszystko czas znaleźć. Jednak w gąszczu świetnych propozycji "Kształt wody" wyróżnia się pod kilkoma względami. Przede wszystkim nominowany został do 13 (!) Oscarów. To naprawdę niesamowity wynik. Do tego jego reżyserem jest twórca takich tytułów jak "Labirynt Fauna", "Hobbit" czy "Hellboy". Mam nadzieję, że nikogo nie zdziwi więc taki, a nie inny wybór filmu, który obejrzałem niedawno na wielkim ekranie.

Praca sprzątaczek nie jest zazwyczaj zbyt fascynującym zajęciem - choć czasem można usłyszeć bardzo ciekawe plotki. Eliza Esposito jednak nie ma zwykłej posady w zwykłym biurowcu. Pracuje bowiem w rządowym laboratorium, które skrywa w sobie wiele sekretów. Na jeden z nich trafia podczas swojej pracy, a jej życie oraz postrzeganie świata drastycznie się zmienia. W czasach wszechobecnych zbrojeń nie jest ono jednak łatwe do przełknięcia, zwłaszcza w świetle tego, co laboratorium wraz z jego dowództwem planuje zrobić z odkrytym przez Elizę sekretem.

Kształt wody
"Kształt wody" nominowany został do Oscarów w trzynastu kategoriach - to prawie najwięcej w całej historii. Jedynie trzy filmy jak do tej pory otrzymały po czternaście nominacji. Patrząc na najnowszą produkcję Guillermo del Toro ciężko nie odnieść wrażenia, że nie tylko nominacje są w pełni uzasadnione, ale również niemalże każda ewentualna statuetka może zostać przyznana z czystym sumieniem. Można się zachwycać nad wieloma aspektami filmu, począwszy od muzyki, poprzez obraz, a zakończywszy na grze aktorskiej. Szkoda jedynie, że Michael Shannon, który odgrywa rolę Richarda Stricklanda nie dostał nominacji - naprawdę wykonał kawał świetnej roboty, a jego gra aktorska była zdecydowanie na najwyższym poziomie.

Wyobraźcie sobie Stany Zjednoczone Ameryki w latach 60. XX wieku. Charakterystyczne suknie, fryzury kobiet, elegancki ubiór dżentelmenów. Niedawny podbój kosmosu przez Związek Radziecki oraz Stany Zjednoczone - Jurji Gagrin, Alan Shephard oraz John Glenn. Wśród tego wszystkiego, niemalże w samym środku zimnej wojny, amerykańskie laboratorium. Nieznana większości pracowników naukowych sprzątaczka, Eliza Esposito, odbywa swoje codzienne rytuały przed dotarciem do pracy i dzielnie sprząta cały ośrodek wraz z zastępami innych kobiet, które wykonują taką samą pracę. Wyobraźcie sobie więc obrazy jej domu - lokalu ponad kinem, wynajmowanym od wielu lat w sąsiedztwie Gilesa, jej jedynego przyjaciela. Wyobraźcie sobie więc popękane ściany, stare płytki, niemalże pusty pokój i podobne obrazy, przewijające się każdego dnia. To właśnie początek tego, co z obrazem Guillermo del Toro robi przez cały film.

Kształt wody
Następnie wsłuchajcie się w ciepłą, sielankową muzykę, w której jedną z głównych ról odgrywa flet. Przypomnijcie sobie jaką rolę pełni delikatnie podbijający atmosferę fortepian w jazzowych utworach. Przypomnijcie sobie romantyczną i optymistycznie nastrajającą muzykę z filmów lat 70. oraz 80. - przypomnijcie sobie wreszcie Amelię, lecz z mocnymi, włoskimi i francuskimi akcentami. Wymieszajcie te wrażenia ze śpiewem wróżek, z ich grą na delikatnych źdźbłach trawy podsycaną subtelnym tłem smyczków.  Rozsiądźcie się wygodnie w puchowych fotelach, z szklanką ulubionego napoju w ręku i z przymkniętymi z rozkoszy oczami delektujcie się ucztą, którą Alexandre Desplat przygotował specjalnie dla Waszych uszu. Oto, co będzie Wam towarzyszyć podczas całego seansu.

Wśród opinii w Polsce o filmie (specjalnie to podkreślam, ponieważ oceny na zagranicznych portalach typu IMDB czy Metacritic są bardzo wysokie) pojawia się coraz więcej takich, które zarzucają tej produkcji kompletny brak przesłania, fabuły oraz bardzo dziwne sceny. Z tym nie zamierzam się kłócić, ponieważ każdy może odbierać to zupełnie inaczej - faktem jest jednak, że ciężko odmówić "Kształtowi wody" całej reszty przeogromnych zalet, które przyćmiewają nawet najbardziej spłycone spojrzenie na to, co film sobą reprezentuje. Sama twórczość Guillermo del Toro nie była jednak nigdy prosta w odbiorze. Często jego filmy nie stanowią zwykłej rozrywki dla mas, chociaż nie zawsze da się doszukać w nich drugiego, o wiele głębszego dna. Sam widzę mnóstwo wartości, które niesie ze sobą "Kształt wody", jednak lojalnie ostrzegam - nie każdy może je zobaczyć, bo nie są wcale ani oczywiste, ani proste.

Kształt wody
Szczególnie dwie postacie zasługują na wspomnienie - jedna z nich bowiem nie ma co liczyć na zdobycie najważniejszej dla każdego aktora nagrody. Michael Shannon, odgrywający rolę Richarda Stricklanda, poprowadził cały film razem z Sally Hawkins, która wcieliła się w rolę Elizy Esposito. To, co oboje wyprawiali na ekranie było naprawdę świetnym widowiskiem. Nie sposób oczywiście porównywać do największych ról wszech czasów, ale patrząc na filmy, który zostały wyprodukowane w ciągu ostatniego roku, to ta dwójka zdecydowanie zasługuje na uznanie. Zwłaszcza Sally Hawkins miała duże pole do popisu - odgrywała bowiem rolę niemowy, co wymuszało na niej granie mimiką oraz gestami. Wyszło jej to naprawdę wiarygodnie.

Film jest naprawdę warty obejrzenia, choć jak pokazują oceny - nie każdemu może się spodobać ze względu na dość kontrowersyjną w niektórych scenach treść. Nie brakuje również wątków ogólnie uznawanych za bardzo popularne i gorące w ostatnich latach. Jeśli jednak przywiązujecie co najmniej taką samą uwagę nie tylko do tego, co się dzieje na ekranie, ale również jak się to dzieje, to rozważcie sięgnięcie po tę produkcję. Jeśli jesteście sceptycznie nastawieni, to spróbujcie wsłuchać się najpierw w soundtrack, dostępny już choćby w Spotify. Przekonacie się, że zachwyty nad co najmniej jednym elementem będą wspólne dla wszystkich opinii.

Łączna ocena: 9/10


Wszystkie kadry pochodzą z serwisu Filmweb

środa, 21 lutego 2018

"Z mgły zrodzony" - Brandon Sanderson

"Z mgły zrodzony" - Brandon Sanderson
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł: Z mgły zrodzony
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Aleksandra Jagiełowicz
Stron: 672
Data wydania: 15 czerwca 2015


O cyklu "Ostatnie Imperium", jak i o samym jego autorze nie sposób nie usłyszeć. Jako miłośnik literatury fantastycznej słyszałem peany na jego część regularnie, ze strony znajomych oraz blogerów, których czytam. Przy tak dobrych ocenach ciężko przejść obojętnie koło książki, dlatego autor stał się celem mojej biblioteczki dawno temu. Dopiero teraz jednak udało się nadrobić zaległości i sięgnąć po pierwszy tom - "Z mgły zrodzony". Cieszę się niesamowicie, że kupiłem od razu wszystkie książki wchodzące w skład cyklu. W innym przypadku miałbym bardzo nagłe zakupy poza jakimikolwiek planami.

Niewolnictwo wiele ma imion - oraz twarzy. Tysiąc lat bycia poniżanym na samym dole drabiny społecznej potrafi całkowicie pozbawić skaa chęci do oporu. Ostatni Imperator, niemalże nieśmiertelny bóg, twardą ręką rządzi całym swym imperium. Jednak Zrodzonemu z Mgły udało się przetrwać najgorsze więzienie i teraz staje do cichej walki ze swoim oprawcą. Niebawem jednak cisza sprowadzi nad Luthadel przerażającą burzę.

Jeśli ktoś szuka rozbudowanego i doskonale zaprojektowanego świata fantasty, to trafił idealnie. "Z mgły zrodzony" jest bowiem nie tylko uniwersum przygotowanym przez autora co do najdrobniejszego wręcz szczegółu, ale na dodatek potrafi zaskoczyć i tchnąć nieco świeżości. Wśród mnóstwa książek powielających te same schematy, pierwszy tom "Ostatniego Imperium" naprawdę pokazuje coś nowego. A w każdym razie nie tak często spotykanego. Intrygi oraz motyw przewodni jest co prawda bardzo oklepany (choć przednio obrobiony), jednak magia... Magia metali jest nieziemska.

"Nowe smaki są jak nowe idee, młodzieńcze - im jesteś starszy, tym trudniej je strawić."

Brandon Sanderson postanowił pójść jednym z klasycznych schematów. Wielkie imperium, rządzone przez kogoś na kształt bóstwa - a być może rzeczywiście boską istotę. Społeczeństwo podzielone jest na coś w rodzaju kast, z czego skaa są tymi najpośledniejszymi. Robotnikami, którzy nie mają praw innych, oprócz prawa do służenia. Aparat wewnątrzpaństwowy jest rozbudowany i zawsze jest w stanie wyśledzić najmniejsze nawet objawy buntu czy nieposłuszeństwa. Oraz Allomantów, którzy nie wywodzą się z rodów szlacheckich.

Nad tematem sposobu działania magii w świecie stworzonym przez Sandersona można rozwodzić się niemalże godzinami. Jest świeży, niesamowity i przekonujący. Do tego wszystkiego dopracowany (to słowo zdecydowanie często będzie się pojawiać w niniejszym tekście). Nie tylko pod kątem samej techniki wykorzystywania mocy, ale również korzyści, jakie może dawać, wraz ze sposobami wykorzystywania.

"Drogi przyjacielu- odrzekł Breeze. - Cały sens życia zawiera się w tym, aby znaleźć sposób na zmuszenie kogoś, żeby wykonał twoją robotę. Nie wiesz nic na temat podstaw ekonomii?"

Brandon Sanderson bardzo powoli wprowadza Czytelnika w stworzony przez siebie świat, a robi to na dodatek w sposób rozbudzający wyobraźnię. Każdy szczegół, który podaje sprawia, że człowiek jednocześnie jest sobie w stanie to w prosty sposób wizualizować, a na dodatek chce jak najszybciej dowiedzieć się więcej! A zdecydowanie jest czego się dowiadywać. Każda kolejna strona książki wręcz krzyczy "autor rozpisał nawet kulturowe zwyczaje ludu żyjącego tysiące kilometrów na wschód od Luthadel i mają nawet swój własny język!". Dzięki temu lektura daje ogromną przyjemność.

Żeby nie było tylko różowo, to znalazłem parę momentów, które nie pasują do tego obrazu wspaniałości. Kilka niewielkich szczerb w gładkiej powierzchni tego dzieła. Przede wszystkim są wśród nich nie do końca jasne sytuacje oraz przypadki niezbyt sensownych i logicznych wyjaśnień. Co prawda większość z nich można jeszcze wytłumaczyć w kolejnych tomach, jednak nie jestem pewien czy autor to zrobił. A w przypadku jednego z tych "minusów" zostawianie nierozwiązanej kwestii trochę boli - zwłaszcza jeśli ktoś szybko potrafi dodać dwa do dwóch. A w tym przypadku wcale nie jest to trudne działanie.

"Ale czym są pieniądze? Materialnym przedstawieniem abstrakcyjnej koncepcji wysiłku."

Nieco rozczarowało mnie również zakończenie, które było mniej zaskakujące i rozbudowane niż się spodziewałem. Sześćset stron obiecywało wiele, jednak na samym końcu otrzymałem dość sztampowe i niezbyt wyszukane rozwiązanie. Co prawda napisane w interesujący sposób, jednak pozostaje pewien niedosyt. Ostatnie wydarzenia zresztą potoczyły się tak szybko, że człowiek wręcz poczuł się jak Zrodzony na przeciągnięciu cynowo-ołowianym - chciał gnać dalej mimo konieczności nagłego zatrzymania się.

Historia jest jednak wciągają w pełni, nawet jeśli można się doszukać tu i ówdzie pewnych nieścisłości. Autor wręcz wodzi czytelnika za nos, okręcając go sobie wokół palca. Odpowiednio dawkowane napięcie, barwne postacie i idealna równowaga pomiędzy tajemnicą a uchylaniem jej rąbka robi z tej książki idealnego niszczyciela nocy. Po prostu nie sposób się od niej oderwać. Już pierwsze strony obiecują mnóstwo świetnej zabawy i nie są to zdecydowanie puste słowa - Brandon Sanderson potrafi pisać, co do tego nie ma wątpliwości. Nie jestem pewien czy nie potrafiłby utrzymać przy sobie czytelnika nawet jeśli pisałby o procesie fotosyntezy u jakiegoś konkretnego gatunku kaktusów.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Ostatnie Imperium"

niedziela, 18 lutego 2018

"Rok szczura. Wędrowniczka" - Olga Gromyko

"Rok szczura. Wędrowniczka" - Olga Gromyko
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Olga Gromyko
Tytuł: Rok szczura. Wędrowniczka
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Stron: 450
Data wydania: 11 grudnia 2015


Z twórczością Olgi Gromyko zetknąłem się po raz pierwszy w 2015 roku, przy okazji lektury pierwszej części trylogii "Roku szczura". Było to spotkanie zdecydowanie udane, więc sam nie jestem do końca przekonany dlaczego tak dużo czasu upłynęło, zanim sięgnąłem po kolejny tom. Postarałem się jednak nadrobić wreszcie zaległości i od razu kupiłem oba brakujące tomy. Mam więc nadzieję, że tym razem błyskawicznie zakończę cykl, zwłaszcza że autorka bardzo do tego zachęca. Jak również do sięgnięcia po inne jej książki - uznawane za o wiele lepsze od tego, co obecnie czytam.

Zwykła, wiejska dziewczyna z darem ląduje ostatecznie w podróży do wielkich miast, których do tej nie pory nie miała okazji widzieć. Wraz ze swoim przyjacielem Żarem oraz Alkiem przemierza kolejne miasta, nie wiedzą jeszcze jaki los ich czeka. A wiele razy stare decyzje mają ogromny wpływ na przyszłość. Nawet jeśli podejmowane są przez osobę z darem widzenia.

"Rok szczura. Wędrowniczka" jest już drugą książką Olgi Gromyko, którą miałem okazję czytać. Ponownie zaskoczył mnie klimat, jaki autorka potrafi stworzyć. Nie czuć absolutnie, że jest to fantastyka, tak jak nie czuć charakterystycznych dla tego gatunku cech. Historia przypomina bardziej lekką powieść fabularną, osadzoną gdzieś w bliżej nieokreślonym świecie, który stopniem zaawansowania przypomina coś w rodzaju średniowiecza. Brzmi to zdecydowanie jak stereotypowa wersja opisu pierwszej z brzegu książki fantasy, jednak tutaj rzeczywiście czuć po prostu przygodę. Nie jakąś magię, bohaterstwo i tak dalej - po prostu przygodę. 

"- Młoda, zdrowa dziewka, a mężczyzna za nią niesie kosz!"

To, co uwielbiam w tym tomie to postacie, które są dobrze rozwinięte i świetnie poprowadzone. Naiwna Ryska jest tak bardzo naiwna i łatwowierna, że czasem można się samemu zawstydzić jej zachowaniem. Alk to świetny przykład człowieka, który tworzy maskę, aby ukryć swoje prawdziwe uczucia. Jest przy tym jednak konsekwentny w swoim zachowaniu - czyli wredny do szpiku kości. Nieco mniej wyrazista jest trzecia główna postać, czyli Żar. Nie oznacza to jednak, że jest kiepski, po prostu sam nie widzę w nim niczego szczególnego, chociaż technicznie wygląda na bardzo dobrze poprowadzonego.

Nie jest to fantastyka, w której możecie się spodziewać magicznych pocisków, mnóstwa krwi, brutalności i bohaterstwa. Jest za to przygoda, jest historia i są morały. Jest również lekkie pióro Olgi Gromyko, które zamienia sielankową fabułę w niezwykle interesującą książkę. Mimo tego, że na pierwszy rzut oka "Rok szczura. Wędrowniczka" nie przedstawia większej wartości, bo jednak jest książką interesującą i przyciągającą. Można powiedzieć, że jest czymś w rodzaju interludium między pierwszym a w każdym razie takie można odnieść wrażenie. Czymś spajającym początek i przedstawienie bohaterów, z apogeum, które pojawi się w trzecim tomie.

Jeśli poszukujecie przyjemnej książki fantasy (być może nawet do sprawdzenia, czy ten gatunek jest dla Was), to gorąco polecam "Rok szczura". Ten sam, dobry poziom drugiego tomu daje nadzieję na świetną, ostatnią część. No i lepsze poznanie otaczającego świata, w tym również samych postaci Wędrowców. Przy okazji lekkie i niewymagające, ale dające ogromną radość z każdej przeczytanej kartki.

Łączna ocena: 8/10



Cykl "Rok szczura"

czwartek, 15 lutego 2018

Powiadomienia o nowych postach czyli RSS w akcji

Wiele osób ma swoje ulubione strony - czy to blogi książkowe, czy jakieś portale i blogi o zupełnie innej tematyce. Niektóre z nich posiadają swoje fanpejdże na Facebooku, inne oferują możliwość zapisania się na newsletter. Blogger posiada swoją Listę Czytelniczą, która jednak powoli odchodzi w niepamięć, gdyż pozwala jedynie śledzić aktywność innych użytkowników Bloggera. Niestety opieranie się na samym Facebooku ma też swoje wady, zwłaszcza że portal nie pozwala na segregowanie ulubionych fanpejdży w listy. No i nie każdy blog/portal takowy fanpejdż ma. Dlatego osobiście wolę inny, niezależny od konkretnego dostawcy sposób otrzymywania notyfikacji o nowych postach/wpisach i właśnie się nim zamierzam z Wami podzielić! :)

To, że obserwuję fanpejdże to jedno. To, że sam wchodzę sobie często na strony, które często odwiedzam, to drugie. Ale to, że używam RSS to trzecie i najważniejsze. Tak, RSS to rozwiązanie absolutnie wszystkich problemów związanych z przegapianiem nowych wpisów lub zapominaniem wręcz o jednej ze swoich ulubionych stron. Jeśli ktoś bowiem chciałby ogarnąć swoim umysłem (oraz własnym czasem) kilkadziesiąt różnych portali i witryn to... good luck. Przyda się. :) Zawsze coś się zapomni. Facebook obetnie zasięgi stronom, nie pokażą się w aktualnościach i już się ominie. A RSS zawsze Cię powiadomi. Absolutnie zawsze. Ale ok, od początku.

Co to jest RSS?

Ten magiczny skrót jest stary jak świat. W bardzo dużym skrócie i w prostych, zrozumiałych słowach, RSS to coś w rodzaju standardu informowania o nowościach na stronach internetowych. W naprawdę bardzo dużym skrócie. Jeśli strona obsługuje RSS (a zdecydowana większość współczesnych stron ogarnia to domyślnie), to wystarczy dodać ją do Czytnika RSS, czyli specjalnego programu, a Czytnik powiadomi nas za każdym razem, kiedy pojawi się nowy wpis. Bo RSS będzie to wiedział - zobaczy nowy wpis i wyśle informację do czytnika. Takie dodanie strony do Czytnika RSS zwane jest też "subskrypcją kanału", czyli właśnie danej strony.

Co używa RSS?

RSS używa niemalże każda strona, zaimplementowany jest on niezależnie od użytkownika. Nie musicie się absolutnie zastanawiać, czy Wasze blogi na wordpressie lub Bloggerze mają "to coś". Czy musicie coś robić, żeby inni mogli Was subskrybować. Odpowiedź brzmi: NIE, nie musicie nic robić. Bez Waszej ingerencji cały świat może JUŻ dodawać Wasze blogi, strony czy witryny oparte na Bloggerze oraz Wordpressie do swoich Czytników RSS. Skupiam się w tym momencie oczywiście głównie na Wordpressach oraz Bloggerze jako jednym z popularniejszych platform do blogowania i tworzenia prostych stron internetowych. Nie spodziewam się bowiem tutaj kogoś, kto stworzył ogromny portal od zera, na własnym systemie zarządzania treścią i tak dalej. Taki ktoś ma swoich administratorów, którzy mu już odpowiednio wszystko zaimplementują, jeśli czegoś brakuje. :)

Ok, w takim razie wiemy już, że nie trzeba nic robić (jeśli się używa Wordpressa lub Bloggera), aby inni mogli subskrybować kanały naszych stron. Jednak jeśli to Wy chcecie otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach na stronach i blogach przez Was czytanych, to niestety musicie już coś zrobić. A konkretniej zaopatrzyć się w Czytnik RSS.

Czym jest Czytnik RSS?

Wbrew pozorom nie jest to jakaś magiczna, dziwna aplikacja. Najczęściej w obecnych czasach Czytniki RSS wybierane są spośród tych kategorii:


  • wtyczki do przeglądarek połączone z aplikacjami webowymi
  • pluginy wbudowane w klientów poczty


Tak naprawdę są to dwie najszybsze drogi (oraz najłatwiejsze) służące do korzystania z Czytników RSS. Jeśli ktoś używa klientów poczty to zagląda do nich codziennie. Może wtedy więc zobaczyć powiadomienia o nowych postach i je odczytać. Dla mnie o wiele przyjemniejsze jest skorzystanie z wtyczki do przeglądarki - w końcu w przeglądarce spędzam mnóstwo czasu, mam ją przed oczami, a same powiadomienia nie rzucają się mocno w oczy, jednak są widoczne.

czytnik RSS Feedly
Liczba nowych powiadomień

czytnik RSS Feedly
Tytuł z odesłaniem do nowego wpisy

Powyżej przykład wiszącego powiadomienia - widać liczbę nowych powiadomień, a po naciśnięciu rozwija się lista pokazująca linki z tytułami nowych wpisów. Jak widzicie jest tam też kilka przycisków, które służą między innymi do czyszczenia z listy powiadomień (jeśli np. ten konkretny wpis nas nie interesuje i nie chcemy w niego zaglądać), odświeżenia listy, a nawet rozwinięcia w małym okienku zawartości wpisu (ta strzałka z prawej strony, skierowana w dół). To jest jednak akurat specyfika tego jednego, konkretnego Czytnika RSS, którego używam. Podobne funkcjonalności mają jednak też inne Czytniki. Chciałbym jednak trochę przybliżyć Wam ten, z którego korzystam. Dzięki temu łatwiej będzie pokazać co takie Czytniki potrafią i jak z nich korzystać.

Jak działa Feedly?

Feedly to jeden z wielu Czytników RSS dostępnych na rynku. Jego bazą jest aplikacja webowa, dostępna z poziomu przeglądarki. Wystarczy wejść na stronę Feedly, zarejestrować się i po zalogowaniu dostaniemy się do panelu, w którym można zrobić o wiele więcej niż we wtyczce, którą Wam pokazałem. :)

Po kliknięciu będzie większe. :)

Wasz może wyglądać trochę inaczej - na pewno nie będzie tych kategorii w lewym menu, ponieważ to są moje własne kategorie. Przydzielam do nich poszczególne witryny, blogi czy strony, żeby łatwiej mi było manewrować. Możecie tworzyć własne i dodawać do nich subskrypcje stron, które chcecie obserwować. Oczywiście jeśli nie macie ochoty na żadne kategorie, to możecie ładować wszystko do jednego wora (a wór do jeziora, he-he). :)

Zwróćcie proszę uwagę na ten przykładowy wpis (to po środku to właśnie mały podgląd nowego wpisu, gdybym miał więcej nowych wpisów, to wszystkie znalazłyby się tutaj jeden pod drugim). Z prawej strony ma kilka przycisków, które robią różne fajne rzeczy.

Ta malutka zakładka to możliwość oznaczenia "Read Later" - wyląduje wtedy w lewym menu w pozycji "Read Later". Przydatne, jeśli macie sporo powiadomień a akurat nie możecie przeczytać. Gwiazdka to po prostu dodanie do konkretnego boardu, który również możecie stworzyć. Taki jakby kontener na wszystkie Wasze ulubione wpisy. Ptaszkiem oznaczanie jako przeczytane, natomiast X oznacza jako przeczytane i wywala z listy. Po prostu wpis sobie robi papa i Was nie denerwuje.

Jak dodać stronę do Czytnika RSS Feedly?

W bardzo prosty sposób. W panelu głównym macie szukajkę - w lewym menu, na dole, należy kliknąć Add Content (na moim screenie tego nie ma, bo byłby zbyt duży), a następnie Publications & Blogs. Tam wpisujecie nazwę interesującej Was strony, którą chcecie zasubskrybować. Spokojnie, będzie, na pewno. :) Jeśli sami prowadzicie jakąś stronę czy blog - też tam będzie. Ukaże się panel podobny do tego:


Wystarczy wpisać szukany tytuł bloga/strony i po ukazaniu się kliknąć przycisk "FOLLOW". :) O coś takiego:


Po kliknięciu FOLLOW możecie od razu dodać sobie daną witrynę do wcześniej utworzonej kategorii (o ile takowe macie), albo po prostu do jednego wora (a wór do jeziora, he-he).

Wtyczki do przeglądarki

No dobra, wszystko fajnie. Jest sobie jakaś aplikacja webowa, można na nią wejść i tam dodawać nowe strony lub sprawdzać powiadomienia już obserwowanych. To jednak nie daje takiej elastyczności (zwłaszcza podczas dodawania nowych stron/blogów), jak możliwość wyklikania od razu, będąc na stronie. A wtyczka do przeglądarki na to pozwala!

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Spacerujecie po internecie, przeglądając przeróżne strony. Nagle wpadacie na witrynę, która jest stworzona dosłownie dla Was! Wszystko się Wam w niej podoba. Chcecie koniecznie dowiadywać się o wszystkich nowych wpisach. No dobra, możecie wejść na Feedly, wyszukać ją w szukajcie, dodać i tak dalej. Ale czemu byście nie mogli tego zrobić OD RAZU będąc na tej stronie? Wystarczy do tego doinstalować wtyczki!

Pamiętacie, jak na początku tego wpisu wrzuciłem screenshot takiego zielonego kwadraciku z cyfrą "1" w czerwonym kwadracie? To jest właśnie zasługa wtyczki. Obok niej był podobny kształt, tylko szary. To też jest wtyczka. Pierwsza z nich pozwala na wyświetlanie powiadomień o nowych postach/wpisach, natomiast druga to właśnie subscriber, dzięki któremu dodacie nową stronę do Czytnika RSS Feedly. Osobiście używam wtyczek do Chrome, jednak dla Firefoxa również istnieją i posiadają takie same nazwy. :) Poniżej podaję linki wraz z nazwami do Chrome Web Store:




Pierwszą już pokrótce opisałem i pokazałem na górze. Ona jedynie ma za zadanie ściągać z Waszego konta powiadomienia i pokazywać je, pozwalając na szybkie przeglądanie i otwieranie nowych wpisów. Druga natomiast pozwala na błyskawiczną subsksypcję nowego kanału.

Subskrypcja przez wtyczkę

Subskrypcja z wykorzystaniem wtyczki jest banalnie prosta. Kiedy będziecie na stronie, która posiada kanał RSS (czyli którą można dodać do Czytnika), znaczek Feedly Subscribe Button zmieni kolor na zielony. Wówczas będzie można w niego kliknąć i wybrać kanał, który chcemy subskrybować. Osobiście zawsze wybieram tylko kanały z wpisami (niektóre witryny oferują możliwość otrzymywania powiadomień o komentarzach) i praktycznie zawsze tylko kanały RSS (są jeszcze Atom, nowsza wersja standardu, której teoretycznie powinno się używać kiedy tylko można, ale jestem trochę... staroświecki pod tym względem).

Odnośniki do subskrypcji
Po kliknięciu w wybrany link zostaniecie przeniesieni do Feedly, już na stronę z docelową witryną, gdzie znajdziecie dużo, zielony przycisk z napisem FOLLOW. :) Ot i wszystko!

Integracje Feedly

Feedly umie się integrować z różnymi innymi aplikacjami takimi jak Slack, Google Docs, Trello i wieloma innymi, głównie z wykorzystaniem IFTTT (polecam też pogooglać o tym, niesamowite narzędzie). Do tego posiada własne aplikacje na Androida oraz iOS, a nawet Amazon Kindle!

Czy to kosztuje?

Feedly jest całkowicie darmowe. Oczywiście posiada pewne ograniczenia oraz płatną wersję (kosztującą około 6 $ miesięcznie), jednak na użytek przeciętnego człowieka w zupełności wystarczy plan darmowy. Pozwala on na utworzenie trzech kategorii (zwanych tam Feeds), trzech boardów i wprowadzenie około 100 źródeł (czyli subskrypcję 100 kanałów), więc raczej mało kto przekroczy te limity. No, chyba że ktoś chce mieć więcej kategorii. :) Lub integrować się z innymi aplikacjami. Ale wówczas może poszukać alternatyw dla Feedly - w końcu to tylko jeden z wielu Czytników, a jest wiele równie dobrych, o ile nie lepszych. :) Mi wystarcza darmowy plan (chociaż nie mam jego wszystkich limitów, jako stary użytkownik), a zmian nie lubię, więc na razie zostaję z Feedly. :) A obsługa i tak wszędzie jest podobna. Zresztą - zawsze można poklikać i zobaczyć jak coś działa. Jedyne co sobie można zepsuć to widok w aplikacji, albo usunąć subskrypcję, co od razu zauważycie. :)

Zachęceni do Czytników RSS? Możecie w ten sposób ominąć niemalże wszystkie problemy związane z byciem powiadamianym o nowych wpisach czy postach. Nie tylko w blogosferze książkowej, ale również w każdej innej dziedzinie internetu, którą śledzicie. RSS nie umrze zbyt szybko, więc nie musicie się bać, że nagle zniknie z powierzchni Ziemi. Nikt też nie ma wpływu na cięcie zasięgów, ponieważ nie podlega to algorytmom. RSS działa prosto. Albo coś się nowe go pojawiło i pojawia się powiadomienie, albo nie. Koniec magii. :) Polecam serdecznie!

Oczywiście w razie pytań - walcie śmiało. :)

P.S. Dzięki temu narzędziu widzę, kiedy opublikujecie post "dwa razy", bo coś poszło nie tak za pierwszym razem! :)



poniedziałek, 12 lutego 2018

"Zakon Achawy" - Robert P.

"Zakon Achawy" - Robert P.
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Robert P.
Tytuł: Zakon Achawy
Wydawnictwo: Psychoskok
Stron: 220
Data wydania: 29 stycznia 2018


Powieści fantasy chyba nigdy mi się nie znudzą. Towarzyszą mi odkąd pamiętam - pojawiały się jeszcze w czasach szkoły podstawowej oraz gimnazjum, trwając przy mnie niezmiennie przez liceum, okres studiów i dorosłe życie aż do teraz. Mimo, że widziałem już mnóstwo różnych motywów przeplecionych nieskończoną wręcz liczbą możliwych kombinacji wydarzeń, to cały czas czerpię radość z niemalże każdej kolejnej książki. Cieszę się również z każdej polskiej pozycji, napisanej przez Polaka - albowiem wiem, że nie nie tylko zagraniczni autorzy potrafią pisać niesamowite historie. Niestety tym razem bardzo się zawiodłem - można bowiem wskazać więcej wad tej książki, niż liczy ona stron.

Achawici są w stanie niemalże ciągłej wojny z demonami, wampirami oraz innymi stworzeniami nocy, które zagrażają nie tylko im, ale i całemu światu. Nikt nie ma pojęcia jaki będzie wynik tej trwającej już zbyt długo wojny. Eowici dzielnie wspierają siły zakonu, jednak walka wciąż trwa. Magia, siła oraz spryt ścierają się ze sobą raz za razem, tworząc niekończącą się spiralę śmierci, łez i cierpienia.

Zastanawiam się czy autor absolutnie zakazał redagowania swojej książki lub stwierdził, że przecież nie jest mu to potrzebne. Nie jest to pierwsza książka Wydawnictwa Psychoskok, którą miałem okazję czytać i akurat na kwestię redakcji oraz korekty narzekać nigdy nie mogłem. Zawsze język stał na wystarczająco wysokim poziomie, żeby można było spokojnie książkę czytać. Tutaj nie. Treść wygląda tak, jakby autor po prostu przelał swoje myśli na kartkę, sam ich nawet nie przeczytał i od razu dał do druku. Wyszło po prostu TRAGICZNIE. Próba przedarcia się przez kolejne słowa to dosłownie męka sama w sobie. Błędy stylistyczne, błędy ortograficzne, błędy interpunkcyjne - jeśli jeszcze nie wynaleziono jakiegoś rodzaju błędu, to na pewno występuje on w "Zakonie Achawy".

Już dawno temu określone zostały zasady pisowni dialogów. Zarówno przejścia pomiędzy kolejnymi kwestiami, jak i sposoby wtrącania w nie opisów. Stworzono je po to, aby czytelnikowi łatwiej było odnaleźć się w dialogach i żeby mógł jednoznacznie stwierdzić, kto się akurat wypowiada. Robert P. jednak uznał chyba, że nie jest to wcale potrzebne. Dlatego też rozpoczynając jakąś kwestię ciągnął ją ciurkiem razem z całą resztą otoczki wokół dialogów. Jedna półpauza na początku akapitu, a po niej wszystko - wypowiedzi kilku osób niczym nie oddzielone od siebie, przemyślenia bohaterów (również niczym nie oddzielone od siebie), zmiany postaci, które się wypowiadają.

"- Nie wierzę, taki zaszczyt nas spotkał. Zefirze, zostałeś wybrany przez Zakon Achawy. Nie wierzę... - dodała i usiadła w fotelu. Zefir z motylem na ramieniu stał jak słup soli. Mamo, a co to jest właściwie Zakon Achawy? W tej samej chwili wjechał na podwórze Azam ze zwiniętymi w rulon skórami Amaszy, z nieukrywaną dumą ze swego zwycięstwa."

Tego typu "kfiatki" zdarzają się co chwilę, więc nawet jak człowiek by próbował znaleźć wartość w wydarzeniach opisywanych przez autora, to nie może tego zrobić. Zbyt długo zastanawia się nad tym, co właściwie czyta. Kto powiedział jaką frazę, gdzie się pojawiło wtrącenie, a kiedy nastąpiła zmiana rozmówcy. Czasem ponowne przeczytania danego fragmentu pomaga. Czasem jednak trzeba się trochę wysilić, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Takie kilkukrotne pauzy w obrębie jednej strony zdecydowanie zniechęcają i wywołują jedynie irytację. To powinna wychwycić redakcja, więc jest to kolejny dowód na to, że redakcji w ogóle nie było.

Wcale w lekturze nie pomagają też przypisy wrzucone w sam środek akapitów. Robert P. próbował nimi wyjaśnić czym są przedmioty, o których wspomina, a wyszło tak nienaturalnie, że aż robiło się trochę żenująco. Po prostu przy nazwie konkretnego artefaktu autor wrzucał słowa "jest to" i wyjaśniał. Po prostu. Jak w encyklopedii. Podobnie było w przypadku informowania o stanie wiedzy bohaterów. Postać podczas swojej kwestii zaczyna wyjaśniać, że wie to wszystko z takiej i takiej książki, która opowiada o tym i o tym i poleca bardzo przeczytanie. Jak jakiś początkujący marketingowiec, który niezbyt nadaje się do tej pracy.

"- Z radością przyjdziemy z żoną na wieczerzę, a teraz zabieram się do roboty - odrzekł Azam, chwytając Włócznię Wiatru. Jest to włócznia, stworzona przez dziada Azama. Ma magiczną właściwość - podczas rzutu w cel nigdy nie chybia i mknie z prędkością wiatru). Tak uzbrojony zajrzał do Zefira."

Nie, nie zrobiłem tam sam błędu wstawiając nawias okrągły. A dokładniej jedną z jego połówek - bo nie został on w tym fragmencie nigdy otwarty. Redakcja, korekta - do znudzenia można wyliczać takie błędy. Sam cytat jest jednym z bardziej naturalnych przykładów objaśnienia czym jest wspomniany przedmiot. Naprawdę - tutaj prawie nie czuć tej formy przypisu, który lepiej wyglądałby gdzieś na samym dole strony, a do książki fantastycznej to już w ogóle pasuje jak pięść do nosa.

Autor ma również dość liberalne podejście do trzymania się zasad nazywania przedmiotów. Czasem nazwy własne zapisywane są w całości małymi literami, czasem rozpoczynają się wielką literą. Często nawet odniesienia do dokładnie tej samej rzeczy zapisywane są w losowy wręcz sposób. Czasem się autorowi zachciało zapisać małymi literami, czasem użył wielkiej. A co tam, po co się trzymać jednolitego schematu i ułatwiać czytelnikowi życie. Niech się sam domyśli, czy akurat Robert P. miał na myśli nazwę własną, czy też chodzi o jakiś ogólny zbiór.

Swoją drogą niemalże wszystkie przedmioty, które miałem okazję poznać miały niesamowite moce. Wszystkie albo zapewniały nietykalność (ochrona przed magią i ogniem, pełna ochrona przed magią i bronią), albo były przerażająco śmiercionośne (zawsze trafiały i leciały z niesamowitą prędkością). Sami Achawici też są nieśmiertelni. W pierwszej chwili myślałem, że chodzi po prostu o długowieczność. Wychodzi jednak na to, że naprawdę NIE DA SIĘ ich zabić. Tak jak nie da się zaatakować stanicy - mają one wspomniane pola w pełni chroniące przed magią i bronią. Do tego członkowie Zakonu Achawy mają niezwykle wytrzymałe zbroje, chroniące praktycznie przed wszystkim. Oczywiście walki są prowadzone cały czas, tylko co to za sens przedstawiania walk postaci nieśmiertelnych, które dysponują idealną, śmiercionośną bronią?

Zresztą same opisy walk przypominają relacje na żywo z imprez sportowych, które można spotkać na takich stronach jak sport.onet.pl. Nie żeby coś było nie tak z tymi relacjami onetowymi - są proste, krótkie, zawierają tylko niezbędne informacje i są wartościowe dla kogoś, kto nie może obejrzeć całego wydarzenia. Książki jednak nie czyta się dlatego, bo nie ma się czasu na wyobrażenie sobie opisów. Autor natomiast stworzył krótkie zdania przedstawiające tylko "najważniejsze" akcje podjęte podczas walki. Zaklęcie. Odbicie. Machnięcie mieczem. Trafienie. Krew. W ogóle nie rozbudza to wyobraźni, tylko zniechęca do czytania opisów. Człowiek próbuje uciec przed nimi, licząc na nieco więcej ciekawych rzeczy dalej, w innych fragmentach książki.

"Morner nie zdążył wykonać uniku, rażony zaklęciem spadł ogłuszony z nieba prosto na polankę, jednak jego zbroja pozwoliła na to, iż nie ucierpiał fizycznie, jednak na chwilę stracił przytomność."

Poza tym tak czy siak ciężko nadążyć za wydarzeniami, ponieważ czas w "Zakonie Achawy" jest pojęciem względnym. Pierwsze sceny dotyczą między innymi szkolenia w Zakonie. Można się spodziewać długiej nauki - w końcu to jedno z najbardziej elitarnych miejsc, a trafienie do niego to honor dla całej rodziny. Zakon walczy z najbardziej niebezpiecznymi potworami, więc szkolenie powinno być porządne i kompleksowe - co zresztą jest obiecane w mowie początkowej Arcykapłanki. No tak. Szkolenie trwało łącznie kilka stron i składało się na dwie lekcje, które trwały chyba po pół godziny. Zgwałćmy logikę jeszcze raz, bo wciąż jej mało upokorzenia.

Teraz chyba najgorsza część całej tej opinii. Wszystkie powyższe zarzuty dotyczą 34 (słownie: trzydziestu czterech) stron "Zakonu Achawy". Tylko tyle bowiem dałem radę przeczytać i niniejszym książka ta stała się drugą w moim życiu, której nie dałem rady przeczytać w całości - mimo szczerych chęci. Oczywiście zadałem sobie trud sprawdzenia pozostałych stron, czytając wyrywkowo fragmenty. Miałem nadzieję, że może są to tylko problemy dotykające jedynie początku książki. Niestety nie - cały "Zakon Achawy" jest zlepkiem niepoprawnie zapisanych zdań, pełnych błędów wszelkiego rodzaju z przerażająco sztucznym wykonaniem. Nie mogę nawet pochwalić samego pomysłu - nie, nie ma potencjału. Ale przyznać muszę jedno, opis książki został doskonale przygotowany, tutaj autor odniósł sukces. Z marketingowego punktu widzenia obiecuje mnóstwo wspaniałej zabawy. A to, że nie zdradza nic na temat prawdziwej treści książki, to właśnie ten sukces.

Absolutnie odradzam, choćby z powodu mnóstwa błędów językowych. Nie da się po prostu czytać książki, która zawiera ich aż tyle. Tak naprawdę na tym można by zakończyć podsumowanie, które - mimo niedokończenia książki - postanowiłem jednak napisać. Kiedy się wystawia czemuś negatywną ocenę, warto ją bowiem poprzeć konstruktywnymi argumentami. A tak jak w przypadku samej fabuły czy sposobu jej przedstawiania można się spierać, tak w przypadku piętrzących się błędów w warsztacie autora kłócić się trudno. Nie sięgajcie po "Zakon Achawy" - znajdźcie cokolwiek innego, co po prostu będzie napisane w miarę poprawnym językiem. Nawet w zupełności wystarczy język, który osobiście prezentuję. Wiele pozostawia on do życzenia, sam się prosi o korektę, ale wciąż jest o niebo lepszy od tego, który jest prezentowany w opisywanej książce. To chyba powinno wszystkim dać do myślenia.

Łączna ocena: 1/10


Za możliwość przeczytania dziękuję