wtorek, 4 lutego 2020

Co pod pióro w lutym 2020?

Jak tam Wam minął styczeń? Przyzwyczajeni już do pisania 2020 zamiast 2019? Mnie się jeszcze czasem zdarzy użyć starego roku, chociaż mam o wiele bardziej denerwujący zwyczaj… Jak już się pomylę i to zauważę, to z niejasnego dla mnie powodu zaczynam poprawiać na 20019. 😅Tak, dorzucam drugie zero. Nie wiem czemu, mój mózg stwierdza, że tak będzie spoko i koniec. Jednak ja nie o tym tak naprawdę. Cóż, u mnie styczeń minął całkiem znośnie i bardzo szybko. Przy okazji też odkryłem, że zdecydowanie zbyt długo zwlekałem z sięgnięciem po audiobooki, serio! Wchłonąłem ich praktycznie drugie tyle, co papierowych książek. Po prostu jakiś szał! Jedyne co robiłem, to częściej chodziłem w słuchawkach (oby moje uszy mi za to nie podziękowały w niezbyt przyjemny sposób za jakiś czas).

Trochę przez to mam problem, jak dalej prowadzić te krótkie zapowiedzi z tytułami, których możecie się spodziewać w nadchodzącym miesiącu. Na razie jednak postanowiłem zostać przy standardowej liczbie książek, nie dorzucam niczego nowego, choćby z tego względu, że jestem w trakcie testów Empik Go oraz Legimi. Zapewne skuszę się na któryś z tych serwisów, ale jeszcze nie wiem na który. Na razie też więc nie planuję sobie robić list z audiobookami, chociaż już wiem, że na 100% zagoszczą u mnie na stałe. Wtedy będę mógł trochę rozszerzyć te posty i wrzucać również moje propozycje audiobooków, dzięki czemu będziecie lepiej przygotowani na zawartość mojego bloga oraz social mediów! A w każdym razie przynajmniej w jakimś tam stopniu.

Przejdźmy więc do przedstawienia Wam paru tytułów. Jak zwykle okładki wszystkich książek pochodzą z serwisu Lubimy Czytać. Czuję jednak, że część z tych planów może się zmienić, w zależności od egzemplarzy recenzenckich – nie wszystkie mam, a dopóki ich nie mam, to nie zakładam ich czytania. Poczta Polska niestety lubi płatać figle i gubić przesyłki… ;)

„Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” – Justyna Kopińska

Ostatnio „zasmakowałem” w reportażach. Trzy sztuki zaliczyłem w styczniu, ale „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie” polecała mi już od dłuższego czasu moja ładniejsza połówka. Justyna Kopińska przedstawia kulisy (a dokładniej to, do czego udało jej się dotrzeć) sprawy siostry Bernadetty z Zabrza, która prowadziła ośrodek wychowawczy Sióstr Boromeuszek. Cóż, na pewno nie będzie to łatwa lektura.


„Cujo” – Stephen King

Ta książka pojawia się tutaj głównie za sprawą Instagrama – co prawda pojawiła się na trzecim miejscu wśród Waszych komentarzy przy zdjęciu z prośbą o pomoc w wyborze lektury, ale się pojawiła! Słowo się więc rzekło, więc pies Cujo zagości w lutym. Zwłaszcza że dawno nie czytałem Mistrza Grozy. Chociaż pojawiają się głosy, że „Cujo” może nie być tym, czego oczekuję…


„W mrok” – Andriej Diakow

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B! „Do światła” jest już za mną i przypadło mi bardzo do gustu. Czemu by się więc znowu nie zagłębić w mroczne zakamarki Petersburga, jego metra oraz okolic? W końcu mam trylogię do skończenia! A zarówno sam Petersburg, jak i motyw eksploracji powierzchni jest naprawdę świetnie wykonany przez rosyjskiego autora. Postapokaliptyczny klimacie – nadciągam!


„Wojna bogów” – Tomasz Stężała

Bardzo rzadko sięgam po powieści historyczne, chociaż jak do tej pory mam z nimi raczej pozytywne wspomnienia. Nawet mimo mojej niechęci do historii w szkołach. Jednak zawsze w pewnym sensie fascynował mnie okres średniowiecza, a przede wszystkim życie chłopów, którzy niby nie mieli tak dobrze, jak królowie, ale często wydawali się bardziej szczęśliwi. Historia początków Elbląga, skupiająca się na mistrzu murarskim i jego synach brzmi więc jak idealna pozycja dla mnie!


AUDIOBOOKI

Tak, będzie parę audiobooków również. Nie wiem oczywiście, w jakiej formie pojawią się opinie – czy któryś z nich zostanie w pełni opisany, czy też wszystkie trafią do podsumowania na koniec miesiąca. Trudno rzecz. Tak samo, jak nie jestem jeszcze pewien, czy będą to raczej reportaże oraz książki popularnonaukowe, czy wplotę jakąś beletrystykę. Przyznam się bez bicia, że lepsze wspomnienia mam z tymi pierwszymi, bo łatwiej się odnaleźć w narracji, zwłaszcza jeśli nie ma dialogów. Jednak zobaczymy!



A jak wyglądają Wasze plany na nadchodzący miesiąc? 

niedziela, 2 lutego 2020

Podsumowanie styczeń 2020

Cóż to był za miesiąc! Czytelniczo po prostu pobiłem wszystkie swoje rekordy. A wszystko to dzięki odkryciu, że audiobooki są wręcz dla mnie stworzone! Podwoiłem liczbę przyswojonych książek, a przy okazji połączyłem możliwości czytania beletrystyki z zapoznawaniem się z pozycjami reportażowymi lub popularnonaukowymi. Ciężko mi czasem znaleźć więcej czasu na czytanie, ale podczas wykonywania przeróżnych, codziennych czynności, zaprzyjaźniam się bliżej ze słuchawkami. Jak się okazuje, nie muszę już szukać kolejnych podcastów – wystarczą mi audiobooki! Oczywiście nie rezygnuję z moich ulubionych audycji, bo czerpię z nich zarówno wiedzę o ostatnich trendach, jak i wydarzeniach w interesujących mnie dziedzinach, ale również pozyskuję cenną dla mnie wiedzę.

Prywatnie ten miesiąc po prostu przeżyłem i jestem z tego dumny. Pogoda była naprawdę tragiczna. Czasem się chciało rzec, że piękną wiosnę mamy tej zimy, a czasem czułem się jak w samym środku listopada. Zmęczony, śpiący, pozbawiony energii do czegokolwiek. Dzięki temu jednak ochota na wychodzenie gdziekolwiek zniknęła (oprócz moich codziennych, porannych spacerów oraz regularnych wypadów na siłownię!), a to z kolei przyniosło brak zakupów, a więc brak wielu wydatków! Nie chciało mi się też szperać po internetach w poszukiwaniu „przydatnych rzeczy”, co również pomogło mojemu budżetowi. Będzie można wydać na głupoty. 😅

Trochę zmodyfikowałem niektóre z infografik, aby dostosować do rozszerzenia form książek, które zacząłem przyswajać. Audiobooki na pewno zostaną ze mną na dłużej, planuję też je przeplatać e-bookami, więc taka zmiana się przyda.


Niezła zmiana, no nie? Jak się tak porówna choćby z grudniem… Czy nawet najlepszym w tamtym roku sierpniem… Brak porównania. Muszę jednak tutaj wspomnieć o metodologii, jaką przyjąłem w tym przypadku, a dokładniej o kilku głównych założeniach:
  • strony audiobooków również się wliczają w liczbę stron,
  • strony audiobooków to liczba stron papierowego odpowiednika,
  • strony e-booków to liczba stron papierowego odpowiednika,
  • przestałem zliczać milimetry,
  • osobno ująłem wykres z minutami każdego audiobooka,
  • podział na audiobooki/e-booki/papier na osobnym wykresie,
  • liczba stron audiobook/e-book/papier na osobnym wykresie.

Wyszło z tego mniej więcej to, co widzicie. Czort jeden wie, czy jeszcze będę to jakoś modyfikował, czy też nie – to dopiero pierwszy miesiąc zmienionych statystyk. Zobaczymy po lutym!



Cóż, tutaj to się nie miało co zmienić. W sensie te same dane wrzucam jak co miesiąc. Po cichu liczę, że po delikatnych zmianach, jakie wprowadziłem na blogu (postaram się więcej treści okołoksiążkowych wrzucać, a nie tylko same opinie, a do tego część opinii ląduje jako zbiorczy post, dzięki czemu mam nadzieję zwiększyć jakość samych recek) za jakiś czas te liczby odrobinę drgną. Oczywiście w tych pozytywnych kierunkach. Na razie mamy to, co mamy, a i tak jestem szczęśliwy, że tyle osób wraca tutaj lub zagląda po raz pierwszy! A do tego trzeba doliczyć fakt, że w Polsce uwielbiamy adblocki, które również blokują najczęściej skrypty śledzące zachowanie.

Trochę się też zdjęć pojawiło w styczniu na moim profilu Instagramowym (już ponad rok tam jestem! Ha!), a nawet udawało mi się z lekkim zapasem je robić! Takimi seriami, po kilka na raz. Potem pozostawało dorzucić odpowiedni opis i cyk! Wrzucamy! W styczniu jak się okazało, najbardziej „lubianym” zdjęciem było te oto foto:





Na początku stycznia trafiło do mnie parę książek zakupionych w sklepie Insignis – łącznie sześć sztuk, z czego pięć to dalszy rozwój mojej biblioteczki z Uniwersum Metro 2033. 😁 Musiałem aż zrobić małe przemeblowanie i przerzucić całe Metro do innego pokoju, w którym już praktycznie nie mieści się na nowej półce. 😆 A gdzie tu jeszcze do skompletowania wszystkiego, co do tej pory się pojawiło na rynku! A jak tam Wasze tego typu kolekcje? Zdarza się Wam, że musicie zmieniać półki wraz z rozwojem danego cyklu lub serii? . ———————————— . #czytaniejestsuper #książki #ksiazki #lubieczytac #lubieczytacksiazki #polskiebookstagramy #addictedtobooks #readingboy #zdjeciedlaksiazki #readstagram #booksofig #bookpassion #takczytam #readersofig #metro2033 #metro2035 #worldofwarcraft #noweksiążki #bookstagrampl #zpiorem #zpioremwsrodksiazek #bookstagrampolska
Post udostępniony przez Z piórem wśród książek (@zpiorem)



Zaszalałem, no nie? Jak nigdy! Jednak na Uniwersum Metro 2033 za niecałe dwie dychy to aż grzech się nie skusić. Jeszcze trochę mi brakuje do kompletu, ale cóż… Wszystko w swoim czasie! Do tego doszedł bardzo impulsywny zakup „Wojny Bogów” za dychę w Auchan oraz egzemplarz recenzencki „Instytutu” wprost od Uroboros! Już zresztą przeczytany. 

Poniżej lista przeczytanych książek – tylko uwaga na zbiorczy post! Część z nich jest podlinkowana do postu, w którym w kilku słowach opisałem tytuły, nad którymi niezbyt miałem możliwości się rozwodzić. Po prostu nie chciałem na siłę tworzyć całych postów. Nie zdziwcie się więc, że kilka książek prowadzi do jednego artykułu. :)

Pora przyszła na ostatnią, chociaż wcale nie najmniej ważną część, czyli przedstawienie najbardziej popularnego wpisu oraz bloga, z którego Google Analytics wskazało najwięcej wejść! Postem jest (ponownie) „Czy nowe książki można kupić na wagę”, natomiast najwięcej wyświetleń zagwarantował mi... wyjątkowo chyba nikt, a w każdym razie tak twierdzi Google Analytics. ^^ W sumie to twierdzi, że Blogi Książkowe jako jedyne z takich okołoblogowych witryn przyniosły najwięcej wejść, ale w sumie nie jest to jakiś konkretny blog konkretnego człowieka. 

A jak Wasz styczeń?


sobota, 1 lutego 2020

Zbiorczo spod pióra – styczeń 2020

To jest pewnego rodzaju nowość, którą wprowadzam od stycznia 2020. Nie zawsze mam ochotę na rozpisywanie się o konkretnej książce na cały post i przyznam się bez bicia, że nie zawsze po prostu mam co powiedzieć na jej temat. Za to niemalże zawsze chciałbym skrobnąć przynajmniej parę zdań. Poza tym wolałbym jednak uniknąć całkowitego pozostawiania pustego tytułu na stronie z przeczytanymi książkami, więc – za przykładem niektórych blogów, które obserwuję – postanowiłem na koniec miesiąca wrzucać parę słów o tych książkach, którym nie poświęciłem całego wpisu. Tak po prostu, żebyście wiedzieli, co o nich sądzę, chociaż w kilku zdaniach. W zamyśle będą to jakieś dwa akapity, pozbawione krótkiego opisu danej pozycji, a skupiające się głównie na tym, co chciałbym Wam przekazać.

W tym miesiącu mamy pięć sztuk – cztery audiobooki oraz jednego e-booka. Zapewne w wielu przypadkach będą się tutaj pojawiać właśnie audiobooki, bo będą to w głównej mierze reportaże, literatura popularnonaukowa oraz inne książki, które trudno zakwalifikować do beletrystyki. Możliwe więc, że w wielu przypadkach nie będę miał zbyt wiele do powiedzenia, zwłaszcza jeśli dana pozycja będzie po prostu dobra.

„Agonia” – Paweł Kapusta

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 8m
Lektor: Jacek Lenartowicz

Przede wszystkim genialna robota lektora, Jacka Lenartowicza! Świetnie mu się udaje grać na emocjach, odpowiednio moduluje głosem i świetnie sprawdza się w dialogach. Coś pięknego, aż chce się słuchać – odbiór zupełnie inny niż jakbym czytał. 

Wcale się nie dziwię, że Paweł Kapusta był finalistą Nagrody Kapuścińskiego – sam też potrafi pociągnąć odpowiednie sznurki w ludzkiej psychice. Wśród jedenastu krótkich reportaży znajdziemy absolutnie cały przekrój problemów polskiej służby zdrowia; dostaje się dosłownie wszystkim – lekarzom, pielęgniarkom, systemowi, pacjentom. Największe absurdy, które jednak nie są pojedynczymi przypadkami, walka z biurokracją (zarówno pacjenta, jak i lekarza), nonsensowne decyzje i śmierć. Naprawdę warte zapoznania się. Zwłaszcza w formacie audiobooka!

„Rozmyślania” – Marek Aureliusz

Format: E-book
Stron/długość: 160

Od zawsze chciałem przeczytać to dzieło filozoficzne i trochę mi nadejście 2020 roku w tym pomogło. Jednak wiem już, że w 2020 roku go nie skończę. Znaczy, przeczytałem już, oczywiście. Jednak na pewno nie wystarczy to do pełnego zrozumienia, co Marek Aureliusz chciał przekazać w swoich „Rozmyślaniach”.

Dzieło naprawdę ponadczasowe – oczywiście, jeśli zgadzasz się z głównymi założeniami filozofii stoików. Jeśli się nie zgadzasz, to być może Marek Aureliusz pokaże Ci drogi, którymi nie próbowałeś jeszcze iść. Wiele jego myśli jest bardzo uniwersalnych, a część z nich naprawdę pokazuje, jak bardzo pewnymi rzeczami nie powinniśmy się przejmować – za to jakimi się nie przejmujemy, a powinniśmy. Na pewno zostanie ze mną na dłużej. Dużo dłużej.

„Pułapki small biznesu” – Marek Jankowski

Format: Audiobook
Stron/długość: 6h 1m
Lektor: Hubert Chłopicki

Książka Marka Jankowskiego – twórcy podcastu „Mała Wielka Firma” oraz właściciela firmy wydającej czasopismo „Branża dziecięca” – to niekoniecznie świeże, ale wciąż aktualne podsumowanie podstawowych zasad, o których należy pamiętać przy prowadzeniu swojego własnego biznesu. Jestem z podcastem na bieżąco, a zacząłem go słuchać dobre dwa lata temu, więc spora część mitów, które autor obala w „Pułapkach small biznesu”, jest mi doskonale znana (z częścią sam się zderzyłem, chociaż jestem bardziej samozatrudniony niż „prowadzę firmę”), jednak mogę polecić tę pozycję każdemu, kto rozważa własną działalność gospodarczą.

Nie spodziewajcie się wielkich i wspaniałych wskazówek, które rozbujają Wasz biznes. Nie oczekujcie zdradzenia ściśle strzeżonych tajemnic. Jeśli jednak chcecie pozbyć się złudzeń i zapobiec waleniu głową w ścianę podczas pierwszych kroków we własnym biznesie, to może to być dobra pozycja. Prosta, krótka, treściwa, skupiająca się główni na merytorycznym mięsie, a pozbawiona ckliwych historii i motywacyjnych przemów. Marek Jankowski przedstawia prowadzenie firmy oraz pułapki, jakie czekają na młodego przedsiębiorcę, bazując na własnych doświadczeniach, oraz doświadczeniach innych osób, z którymi miał okazję rozmawiać i nawiązać różne relacje.

„Gad. Spowiedź klawisza” – Paweł Kapusta

Format: Audiobook
Stron/długość: 7h 48m
Lektor: Janusz Chabior

To już drugi reportaż Pawła Kapusty, który miałem okazję wysłuchać, i drugi, którym jestem zachwycony. Nie porwał być może tak jak „Agonia”, jednak przekazał dużo merytorycznego mięsa. W tym przypadku wiedziałem na temat życia za kratami o wiele mniej niż podczas słuchania o absurdach opieki zdrowotnej. Jednak również w tym przypadku lektor stanął na wysokości zadania – Janusz Chabior świetnie operował swoim głosem podczas czytania dialogów i równie skutecznie, jak Jacek Lenartowicz w „Agonii” sterował emocjami słuchacza. Cóż, to w końcu Janusz Chabior – klasa sama w sobie! Na pewno będę zwracał uwagę na tych dwóch lektorów podczas wyboru kolejnych audiobooków.

„Gad. Spowiedź klawisza” nie należy do długich książek, łącznie niecałe osiem godzin, jednak jest czego słuchać. Oraz o czym czytać, w przypadku wyboru wersji pisemnej. Paweł Kapusta zabiera nas na mały spacer po więzieniu, przedstawia standardowy rozkład dnia oraz nocy i niespodzianki, na które mogą trafić strażnicy. Zarówno na oddziałach dla mniej groźnych przestępców, jak i dla tych, którzy wymagają o wiele więcej uwagi i ostrożności. Żeby nie wspomnieć o oddziale dla skazanych z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi (brzmi groźnie? Sprawdźcie, co na ten temat mają do powiedzenia strażnicy zatrudnieni w tych oddziałach). Ogólnie rzecz biorąc, robi wrażenie, przekazując mnóstwo surowych informacji.

„Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” – Tom Philips

Format: Audiobook
Stron/długość: 7h 18m
Lektor: Jacek Kowalik

Jeśli miałbym opisać tę pozycję jednym zdaniem, to byłoby to coś w stylu „sarkazm wylewa mi się z każdego otworu mojego smartfona, a poziom ludzkiej głupoty, która została przedstawiona, już dawno urósł ponad granice Układu Słonecznego!”. Autor nie szczędzi jadowitych słów w stosunku do ludzkości oraz decyzji, które podejmowaliśmy. Zarówno jako jednostki, jak i całe grupy społeczne, narody, czy wręcz po prostu ludzie. Niektóre z historii są bardzo zabawne i jedynie wyśmiewają konkretne zachowania oraz decyzje, jednak inne wskazują, jak destrukcyjnie postępowaliśmy jako gatunek i do jak tragicznych rzeczy doprowadziliśmy.

Jacek Kowalik bardzo fajnie czyta treść książki, modulując odpowiednio swoim głosem tam, gdzie trzeba. Wspomniany wylewający się sarkazm jest między innymi jego zasługą – czasem miałem wrażenie, jakbym po prostu słuchał znajomego wypowiadającego się ironicznie o jakichś wydarzeniach, których był świadkiem. O większości opisywanych w tej lekturze wydarzeń nie słyszałem, więc stanowi świetne źródło edukacyjne (o ile umiemy uczyć się na własnych błędach – a autor udowodnił, że nie umiemy). Te natomiast, które obiły mi się o uszy, zostały przez Toma Phillipsa rozwinięte. Naprawdę warto sięgnąć po „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”!

Wszystkie okładki pochodzą z serwisu Lubimy Czytać.

wtorek, 28 stycznia 2020

[PREMIERA] „Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski

„Krok trzeci” – Bartosz Szczygielski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Bartosz Szczygielski
Tytuł: Krok trzeci
Wydawnictwo: W.A.B.
Stron: 416
Data wydania: 29 stycznia 2020


Wszelkiego rodzaju thrillery mógłbym pochłaniać całymi kilogramami – bez względu na to, czy to thriller kryminalny, medyczny, polityczny czy psychologiczny. Tak naprawdę ten ostatni często bywa najbardziej intrygujący. Często widać w nim zażartą walkę wewnątrz postaci, która dzieje się w ich głowach, a nie na ulicach przypadkowego miasta. Bywa to o wiele bardziej emocjonujące niż ucieczka przed zabójcą lub śledzenie intryg politycznych z morderstwem w tle. Polscy autorzy już nie raz udowodnili, że wiedzą jak napisać dobry thriller (a nawet debiut, jak to było w przypadku Thomasa Arnolda czy Z.D. Wittner – swoją drogą thriller psychologiczny był właśnie debiutem), więc czemu by nie sięgnąć po Bartosza Szczygielskiego, dla którego „Krok trzeci” nie jest pierwszą napisaną książką? Może nie do końca wszystko mi się podobało, ale umiejętności wodzenia czytelnika za nos autorowi odmówić nie można.

Życie przed czterdziestką często jest bardzo uporządkowane – człowiek wie doskonale, czego chce, ma stałą pracę, często również wieloletni związek. Nie inaczej jest z Magdą, psychoterapeutką mieszkającą z mężem w Warszawie. Przykładne, stabilne życie, uporządkowane sprawy zawodowe, nic tylko się cieszyć. Tak się jednak tylko wydaje, kiedy spojrzy się na nią z boku. Nie tylko problemy zdrowotne potrafią ją doprowadzić niemalże do szaleństwa, ale również pewne podejrzenia dotyczące jej męża… Tajemnice niszczą zaufanie oraz w dalszej części życie, jednak ich brak może okazać się jeszcze gorszy. No, chyba że na życiowej drodze stanie kolejna tajemnica w postaci kobiety…

„Unikanie myślenia bardzo pomagało w życiu”.

Na samym początku poznajemy Magdę – według opisu ustatkowaną kobietę, psychoterapeutkę, żonę. Od razu też poznajemy dwa z głównych problemów, które ją trapią – wszystko wskazuje na to, że jest zdradzana, a do tego ma spore problemy z pamięcią. Na kolejnych kartkach, przez pierwsze niemalże sto stron „Kroku trzeciego” poznajemy naszą główną bohaterkę coraz lepiej. Muszę tutaj przyznać, że postać ta jest tak irytująca, a jednocześnie tak konsekwentnie prowadzona, że czytanie o jej losach zakrawa na sprawianie sobie perwersyjnej przyjemności. Prawie zgrzytałem zębami na jej nieogarnięcie życiowe, brak instynktu samozachowawczego, ciągłe ucieczki i wycofywanie się, brak jakiejkolwiek logiki w działaniu oraz skrajnie idiotyczne decyzje, które podejmowała.

Niestety jest też ta nieco bardziej negatywna strona medalu. Postać Magdy jest kompletnie niewiarygodna jako psychoterapeutki. Nie chodzi tu jednak o problemy z pamięcią, które przecież nie towarzyszyły jej przez całe życie, tylko o problemy, które posiada. Wewnętrzne, które wyglądają nie przepracowane, co jest wręcz konieczne do wykonywania zawodu psychoterapeuty. Ona sama jest chodzącą bombą emocjonalną, która nie umie podejmować zdrowych decyzji w życiu codziennym, a co dopiero brać się za pomoc innym ludziom. Przez całą książkę bardzo mocno mi to uwierało. Trochę jakby w roli hakera obsadzić człowieka, który nie umie sobie włączyć hotspota w telefonie, lub chirurga panicznie bojącego się krwi i mdlejącego na jej widok. 

Trzeba się jednak zgodzić, że autor potrafi utrzymać suspens – widać to zarówno w samej postaci Magdy, jak i jej tajemniczej przyjaciółki, Niny. Wszystko to, co opisałem w poprzednich akapitach, pomaga mu w konstruowaniu kolejnych wersów historii. Nigdy nie wiadomo, co się zaraz stanie, a autor karmi czytelnika zarówno zaskakującą prawdą, jak i kłamstwami. Informacja o zdradzie Magdy przez jej męża oraz o jej problemach z pamięcią, które to zostają podane już na pierwszej stronie, pomagają budować niepewność tego, co się zaraz zdarzy. A i sporo plot twistów można znaleźć na kolejnych kartach powieści. Nie wszystkie są może bardzo zaskakujące czy szokujące, ale po prostu są. Do tego rzeczywiście wrzucają Magdę na zupełnie nowe tory i prowadzą w kompletnie inną stronę, niż podążała do tej pory. Wszystko to sprowadza się do jednego pytania, które zaczyna kiełkować w głowie – co tu się u licha wyprawia i co jest prawdą, a co fikcją istniejącą tylko w głowie Magdy?

„Ludzie nie będą ciebie szanowali, jeśli ciągle będziesz im padać do stóp”.

Gdzieś mniej więcej od połowy książki zaczyna się więcej zaciekawienia, mniej irytacji na konsekwentnie prowadzoną, choć być może nie do końca przemyślaną bohaterkę. Można powiedzieć, że dopiero w drugiej części, gdzieś od Drugiego kroku, zacząłem czerpać więcej przyjemności z lektury. Takiej czystej przyjemności, która pozwoliła mi się skupić w pełni na tym, co budował Bartosz Szczygielski. Wcześniej niestety trochę mi w tym przeszkadzały dziury i nieścisłości, które wwiercały mi się w tył głowy, skutecznie wprowadzając zamieszanie w już skądinąd dobrze prowadzoną historię. Jeśli więc nie będziecie mogli się dogadać z początkowymi dwustoma stronami, coś Wam nie będzie do końca grało, to pocieszeniem może być, że później będzie już lepiej.

Samo zakończenie było – przynajmniej dla mnie – bardzo zaskakujące. Po drodze oczywiście zbudowałem sobie kilka możliwych rozwiązań, jednak żadne z nich nawet nie leżało obok tego, które wymyślić Bartosz Szczygielski. Przede wszystkim miało ręce i nogi, a to dla mnie najważniejsze, bo obawiałem się popłynięcia w zbyt… fantastyczne regiony. Jednak autor dość zgrabnie pokazał sedno problemu i wszystko zaskoczyło w odpowiednie zapadki. W każdym razie w połączeniu ze wciąż budowanym napięciem daje nam to pełnowartościowe i w sumie satysfakcjonujące zakończenie wszystkich wątków rozpoczętych przez autora. Ba! W pewnym sensie autor zostawił sobie nawet furtkę otwierającą kolejną książkę! Chociaż nie wiem, czy łatwo by mu było rozpocząć coś podobnego od miejsca, w którym zakończył pierwszą historię.

Niektóre aspekty chętnie zobaczyłbym w nieco innym wymiarze. Cały czas będę się również upierał przy tym, że Magda jest mega niewiarygodna i gdzieś z tyłu głowy czułem stukot, że coś tu jest nie tak (i wcale nie chodzi o kontekst czysto fabularny). Jednak podsumowując, muszę przyznać, że Bartosz Szczygielski stworzył bardzo zgrabną historię, która nie tylko potrafi przyciągnąć, ale i trzymać w napięciu. Dawno nie miałem okazji czytać takiej powieści, która mogłaby zagwarantować mózgowi niezłą przejażdżkę rollercoasterem i doprowadzając go lekkich zawrotów. Trochę mi brakuje takiej literatury, ale docenia się ją dopiero po lekturze. Cóż, z drugiej strony, gdyby czytać jedynie książki takie jak „Krok trzeci”, to człowiek dość szybko zacząłby się sam zastawiać, jaka część jego życia to prawda, a jaka to tylko fikcja…

Łączna ocena: 7/10




Za możliwość przeczytania dziękuję



niedziela, 26 stycznia 2020

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski

„Mock. Ludzkie zoo” – Marek Krajewski
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: Marek Krajewski
Tytuł: Mock. Ludzkie zoo
Wydawnictwo: Znak, Edipresse
Stron: 336
Data wydania: 9 maja 2019


Proza Marka Krajewskiego w pewnym sensie mnie już kupiła. Tak totalnie. Może i nie rozpływam się nad jego książkami jak nad najlepszymi dziełami, ale nie ulega wątpliwości, że autor potrafi mnie przekonać do siebie. Te wspaniałe opisy Wrocławia z pierwszej połowy XX wieku, nacisk na przedstawienie ówczesnej inteligencji w kontraście z biedotą oraz pracą policji! Piękne. Chcę chociaż raz w miesiącu poznawać kolejny tom przygód Eberharda Mocka. Jak na razie wszystkie przeczytane przeze mnie tytuły z „Czarnego Kryminału” utwierdzają mnie w przekonaniu, że skuszenie się na tę kolekcję było dobrym pomysłem, oj bardzo dobrym. Jak na razie jest to kolejny tom, który to potwierdza.

Najczęściej, kiedy jakaś osoba słyszy jęki, krzyki i zawodzenia, których nie słyszy nikt inny, posądzana jest o bycie niezdrową na umyśle. Dokładnie te same podejrzenia padły na Marię, której Eberhard Mock nie do końca wierzył w zapewnienia o trudnych nocach. Zwłaszcza że chodziło o jęki i zawodzenia dzieci. Jednak kiedy odkrył, że Maria wcale nie oszalała, a źródłem tych diabelskich hałasów są piwnice nieczynnego już dworca, włos wręcz zjeżył mu się na głowie. Nigdy nie sądził, że człowiek może stworzyć sam z siebie takie piekło, którego nie powstydziłby się sam Lucyfer.

Całkiem fajnie się obserwuje taką przemianę bohatera, jaką przeszedł Eberhard Mock. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy czyta się cały cykl w kolejności chronologicznej wydarzeń, a nie wydawania kolejnych tomów. Na szczęście kolekcja „Czarnego Kryminału” mi to umożliwiła i mogę śledzić zmiany w życiu oraz charakterze pracownika Prezydium Policji z Wrocławia. Od biednego, wręcz nielubianego studenta, który liczy każdy grosz, do dość rozrzutnego eleganta, ceniącego sobie piękne buty. To samo jednak dotyczy również jego wnętrza – od lękliwego i lubującego się w wiedzy i nauce młodego człowieka, do cynicznego i często agresywnego przedstawiciela prawa. Panie Marku – czapki z głów. Świetna robota, zwłaszcza że jest zrobiona z głową i bardzo przyjemnie się ją odbiera.

Przy okazji Mock rzucony jest w nieco inny obszar geograficzny niż dobrze nam znana Polska za czasów zaborów lub dwudziestolecia międzywojennego. To kolejny, dość wymagający kawałek tej powieści, w którym Marek Krajewski poradził sobie całkiem fajnie. Miło było poczytać sobie o innym kontynencie oraz konfliktach, które w tamtych czasach miały miejsce, wśród których toczyło się też normalne życie. Chociaż „normalne” to być może za dużo powiedziane. W każdym razie jest to kolejna odskocznia od klasycznych powieści z tego gatunku, chociaż samo przesuwanie bohaterów po mapie świata nie należy do pomysłów rewolucyjnych – nie każdy jednak odważył się przenieść ich w takie miejsce i do tego w takim konkretnym czasie. 

Wyczuwa się już odrobinę czegoś, co nazwałbym schematyzmem z braku lepszych słów – podążanie tym samym szlakiem w tworzeniu historii, nawet jeśli dorzuca się do niej nowości. Na szczęście na razie nie przeszkadza to w samym odbiorze, chociaż zaczynam się odrobinę martwić, jak będzie z kolejnymi tomami. Kryminały mają niestety to do siebie, że większość jest zrobiona na jedno kopyto, zwłaszcza w obrębie konkretnego cyklu – trzeba się z tym liczyć. Jednak tutaj nasz polski pisarz nie jest wyjątkiem, który mógłby udowodnić, że można za każdym razem podążyć innym tropem. Chociaż z drugiej strony jest to pewnego rodzaju wizytówka – coś charakterystycznego akurat dla jego prozy.

Naprawdę świetny tom, pokazujący kawał historii Eberharda Mocka i zapewne przygotowujący czytelnika na to, co nadejdzie w kolejnych tomach. Zaczynam widzieć tego dobrze wykształconego stróża prawa jako naprawdę skomplikowaną postać, jakże różną od większości standardowych komisarzy z książek kryminalnych. To niewątpliwie jedna z mocniejszych stron powieści pisanych przez Marka Krajewskiego. A „Mock. Ludzkie zoo” udowadnia to wspaniale. Czuć już odrobinę odgrzewanego kotleta, ale ostatnią ćwiartką książki autor naprawdę może zaskoczyć. Cóż, oby tak dalej, mam nadzieję, że nie będzie tendencji spadkowej w kolejnych powieściach. Aż szkoda pomijać takich autorów – pokazują, że Polacy naprawdę potrafią pisać.

Łączna ocena: 7/10



Cykl „Eberhard Mock”

Śmierć w Breslau | Koniec świata w Breslau | Widma w mieście Breslau | Festung Breslau
Dżuma w Breslau | Mock | Mock. Ludzkie zoo | Mock. Pojedynek | Mock. Golem


czwartek, 23 stycznia 2020

[PREMIERA] „Instytut” – K.C. Archer

„Instytut” – K.C. Archer
Źródło: Lubimy Czytać
Autor: K.C. Archer
Tytuł: Instytut
Wydawnictwo: Uroboros
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Stron: 464
Data wydania: 29 stycznia 2020


Wydawnictwo Uroboros ma na swoim koncie mnóstwo książek, które bardzo przypadły mi do gustu – a jeszcze większej liczby jak do tej pory nie przeczytałem! Staram się jednak śledzić w miarę możliwości nowości i zapowiedzi i reagować na to, co wypuszczają, aby w miarę możliwości nie robić sobie jeszcze większych zaległości. Zwłaszcza że naprawdę lubię ich książki. Kiedy więc dostałem e-maila z propozycję przeczytania „Instytutu” – pierwszej części dłuższej historii o… pewnej uczelni, zatarłem tylko ręce z uciechy. Potem trzeba było chwilę poczekać na kuriera i voila! „Instytut” jest już za mną. Muszę przyznać, że wypada bardzo fajnie, chociaż ma jedną, mega irytującą wadę. O niej jednak może opowiem nieco później, najpierw się trochę porozpływam nad zaletami...

Kiedy masz jakieś umiejętności, wydają Ci się bardzo pospolite, prawda? To w końcu nic takiego, że umiesz odczytać ludzi z łatwością – to nic trudnego, po prostu jakoś to wychodzi. Nie wchodź jednak wtedy w zatargi ze służbami porządkowymi, bo Twoje umiejętności mogą jednak okazać się nieco mniej pospolite, niż sądzisz. Teddy Cannon sama się o tym przekonała, chociaż udało jej się cudem wylizać z kłopotów. Trafiła dzięki temu to specjalnej uczelni, w której może przejść szkolenie zapewniające jej później naprawdę wspaniałe, choć niebezpieczne życie. Nie było jednak tej historii, gdyby los nie spłatał jej figla i nie postawił całej uczelni oraz jej życia przed ogromnym znakiem zapytania…

„Instytut” czyta się zadziwiająco przyjemnie – napisany został prostym, ale przyjemnym językiem. Jeśli miałbym użyć jakiegoś bardziej poetyckiego porównania, to powiedziałbym, że przez powieść płynie się jak przez spokojne morze, pozwalające na kontemplowanie jego piękna. Być może to ostatnie byłoby lekkim nadużyciem, ale cała reszta się zgadza. Ciężko cokolwiek zarzucić językowo, bo jest po prostu spoko. Nie ma zbyt wielu męczących opisów, dialogi mają ręce i nogi, a K.C. Archer prowadzi samą historię w odpowiednim tempie. Nie sili się też na tworzenie nie wiadomo jak ambitnego świata, wykorzystuje to, co istnieje wokół nas, a same „moce” postaci występujących w książce również bazują raczej na ogólnie przyjętej wiedzy i stereotypach. To jest akurat całkiem spoko, bo nie trzeba się przebijać przez mury między tym, co już znamy, a tym, co powstało w głowie twórcy.

Na ogromny plus zasługuje również bardzo naturalne wplatanie szczegółów dotyczących zarówno samej nauki w uczelni, do której trafiła główna bohaterka, jak i podziału mocy psychicznych. Niestety dość często spotykam próby przekazywania wręcz definicji encyklopedycznych przez autorów, co trąca sztucznością – i to bardzo mocno. K.C. Archer jednak nie wpisuje się w tę kategorię. Tak naprawdę wszelkie detale wynikają z bardzo naturalnych rozmów pomiędzy poszczególnymi postaciami. W pewnym sensie wygląda to tak, jakbyśmy naprawdę czytali o studiach konkretnego kierunku i po prostu czerpali garściami z wiedzy wykładowców. A wbrew pozorom jest trochę tej wiedzy o świecie, w którym „Instytut” jest osadzony.

Trochę jednak kuleje w książce poczucie czasu. Coś, co powinno trwać kilkadziesiąt minut, zostaje rozwiązane na przestrzeni połowy strony bez sugestii pominięcia połowy czasu. Jednym z pierwszych przykładów, na który natrafiłem, była rozmowa telefoniczna. Jawnie zostało przekazane, że na karcie telefonicznej zostało około dziesięciu minut przeznaczonych do rozmowy (ach te wspomnienia, karty telefoniczne!). Cała rozmowa, aż do rozłączenia z powodu wyczerpania środków, trwała dziewięć zdań (sic!). Z czego tak naprawdę połowa „zdań” to były pojedyncze słowa typu „wiem”. Oznaczałoby to, że jedno zdanie było wypowiadane na minutę, a pomiędzy kolejnymi kwestiami były okropnie długie i nienaturalne przerwy – nic takiego jednak nie zostało zasugerowane. Niedługo później mieliśmy całe zajęcia, które zamknęły się w dosłownie maksymalnie trzech minutach. Kolejnym przykładem może być wymiana pięciu zdań (z czego najdłuższe miało dziesięć słów) w ciągu dwóch minut. Ugh.

Konstrukcja historii przypomina wiele podobnych przygód – mamy wyróżniającą się na tle całej reszty postaci bohaterkę, która jest nie tylko wielce utalentowana, ale również bardzo krnąbrna. Mamy również dość klasyczne tajemnicze zniknięcia uczniów w trakcie roku szkolnego. Jest również mega wypasiony dziekan szkoły, który ma pewnego rodzaju słabość do jednej z uczennic (ale nie w zdrożny sposób, spokojnie!), a na dodatek wie to i owo na temat jej przeszłości oraz przeszłości jej rodziców. Mamy również paczkę przyjaciół, trochę takich odludków, odszczepieńców można by rzec, którzy rywalizują z tą „lepszą” grupą. W trakcie nauki oczywiście trzeba przeprowadzić swoje własne śledztwo i odkryć co się tu u diabła dzieje w tej szkole. Przypomina Wam to coś? Harry’ego Pottera może? No cóż, trudno nie zauważyć wielu podobieństw…

Nie jest to jednak zła cecha, bo zarówno sam pomysł na świat, jak i to, jakie przygody spotkały Teddy, już nie trącają odgrzanym kotletem. Przede wszystkim jednak niesamowicie przyjemnie się je czyta – zwłaszcza wprowadzanie do samego działania telekinezy, pirokinezy i całej reszty przeróżnych -nez. Przyznam się zresztą szczerze, że dopiero gdzieś w połowie „Instytutu” zacząłem widzieć te wszystkie podobieństwa do jednej z najbardziej popularnych historii dla młodzieży – dopiero patrząc na tę powieść holistycznie, można dostrzec te podobieństwa. Trudno jednak orzec, czy są one zamierzone, bo w sumie w wielu książkach młodzieżowych można je dostrzec. Być może w tym przypadku po prostu pojawiło się ich więcej, stąd takie, a nie inne skojarzenia się pojawiły. Podkreślę jednak jeszcze raz – to jest raczej pewnego rodzaju ciekawostka niż zarzut. Użycie szkieletu bowiem to jedno, a odpowiednie uzupełnienie go tkankami to zupełnie inna sprawa.

Pod koniec jednak można napotkać coś, co wygląda jak skocznia narciarska – lecisz na łeb na szyję w dół tylko po to, żeby na chwilę pofrunąć w powietrze. Jakość „Instytutu” na ostatnich około stu pięćdziesięciu stronach jest właśnie mniej więcej taka. Leci na łeb na szyję, tonąc w dziurach, braku logiki oraz coraz grubszymi nićmi szytych akcjach. Do tego podobieństwo do Harry’ego Pottera przybiera na sile. Na całe szczęście sama końcówka jest co prawda może odrobinę za szybka, ale jednak ładnie zwieńczona. Z prostym, ale wywołującym zaciekawieniem otwarciem kolejnego tomu. To takie można powiedzieć małe ostrzeżenie z mojej strony dla Was – możecie zacząć kręcić nosem. Nie bójcie się jednak – gorsze chwile nie oznaczają trwałego spadku formy.

Przyznać muszę szczerze, że ubawiłem się mimo wszystko przednio przy tej książce. Powiem więcej – wręcz potrzeba mi było czegoś takiego! Lekkiego, młodzieżowego wręcz, z odrobiną tajemnicy, wątkami fantastycznymi (ale jednak stąpającymi w miarę twardo po betonie) oraz przyjemnie opisaną historią. „Instytut” okazał się pozycją bardzo fajną, chociaż z irytującymi błędami. Nie mogę przeżyć tego swobodnego podejścia do operowania czasem trwania czynności przez K.C. Archer. Na całe szczęście całokształt działa bardzo mocno na korzyść tej powieści. Nie oczekujcie ambitnej literatury, która Wami wstrząśnie, zmiesza i wypluje na glebę. Jeśli tego szukacie, to musicie to robić gdzieś indziej. Jeśli jednak czekacie na książkę, która Was wciągnie, nie będzie wymagała ogromnej ilości skupienia oraz uwagi, wprowadzi Was w bardzo ciekawy świat i poprowadzi za rękę przez intrygującą historię, to doskonale trafiliście. Czekam na kolejny tom i szykuję herbatę!

Łączna ocena: 7/10


Za możliwość przeczytania dziękuję




Cykl „School of psychics”
Instytut | The Astral Traveler's Daughter

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Korekta na blogu, czyli LanguageTool najlepszym przyjacielem

Źródło: Lamguagetool
Ile razy zdarzyło się Wam, że ktoś na blogu lub w social mediach zwrócił Wam uwagę na jakiś błąd, który popełniliście? Ewentualnie sami go zauważyliście po czasie? Mnie się to zdarzało (i w sumie zdarza cały czas) regularnie. A to źle przecinek postawiony, a to kiepsko sklejone stylistycznie zdanie, a to jakiś inny, nieznany mi problem (jak błędnie użyte sformułowanie – swoją drogą polecam Niekulturalny Codziennik Językowy u Kasi na jej Instagramie!). Nie przejmuję się tym zbytnio, bo wiem doskonale, że nie da się napisać idealnego tekstu za pierwszym razem. Takiego pozbawionego błędów, idealnego stylistycznie i gramatycznie i w ogóle. Po prostu jest to niemożliwe – inaczej zawody korektorów oraz redaktorów byłyby zbędne. Rzeczywistość jest taka, że nie tylko nie są zbędne, ale bardzo potrzebne, co udowadnia coraz większa liczba blogów (mówimy oczywiście o bardzo poczytnych blogach, które zarabiają na siebie), które korzystają z ich usług.

Co jednak zrobić, kiedy jest się maluczkim człowieczkiem, który po prostu pisze dla przyjemności, nie ma wielkich zasięgów i nie monetyzuje swojej pracy? Wiecie, prowadząc blog o książkach, raczej wypada posługiwać się w miarę poprawną polszczyzną. Nie każdego jednak stać na wysyłanie każdego swojego wpisu do korekty. Można oczywiście samodzielnie sprawdzić swój tekst, który odleży co najmniej dwadzieścia cztery godziny od jego napisania (niestety nie widzimy na bieżąco swoich błędów i jest to całkiem naturalne), ale można też się wspomóc narzędziami do tego celu stworzonymi. Zwłaszcza że jeśli nie wiemy, że coś jest błędem, to przecież tego nie poprawimy! Właśnie dlatego chcę Wam przedstawić narzędzie, które – całkowitym przypadkiem – poznałem parę miesięcy temu – LanguageTool!

Co to właściwie jest, a po co to, na co?

Kiedy napisałem, że poznałem je przypadkiem, nie jest to wcale kłamstwem, ani żadnym przeinaczeniem. Podczas którejś z rozmów z Thomasem Arnoldem, dotyczącej jego najnowszej książki – „Legendy Archeonu. Nocne Słońca” – autor podesłał mi przypadkiem właśnie to narzędzie. Ja tam zawsze w takich przypadkach nadstawiam uszu, popytałem, pogadaliśmy na jego temat, przetestowałem i zostałem. Jest naprawdę mega – załatwia kwestię wstępnej korekty wspaniale. Wątpię, żeby zastąpiło żywego korektora (a już na pewno nie da rady zastąpić redaktora), ale na takie nasze, blogowe potrzeby jest po prostu wspaniałe. Umie nie tylko wyłapać tak proste rzeczy, jak literówki czy błędną interpunkcję, ale również wskazuje niepoprawne konstrukcje gramatyczne, stylistyczne, podpowiada, jak powinno brzmieć konkretne zdanie oraz wskazuje, jak dane wyrażenie powinno brzmieć poprawnie. 

Zapewne w moich postach znawca języka polskiego znajdzie mnóstwo błędów oraz rzeczy, które można poprawić, jednak dzięki Language Toolowi nie popełniam mnóstwa dość podstawowych błędów. Każdy z moich wpisów przechodzi przez jego tryby, dosłownie każdy. Zajmuje to dodatkowe… może z pięć minut na post. Może nawet mniej – w zależności od tego, ile problemów zostanie znalezionych oraz ile wyjątków będę musiał dodać (w końcu nazwiska autorów to niekoniecznie błędy do poprawy, prawda?). W każdym razie zobaczcie po prostu jak z tego korzystać i sami oceńcie – a gorąco polecam!

To z czym to się niby je?

LanguageTool to aplikacja webowa, która udostępnia nie tylko witrynę, w której można sprawdzać pisownię (i to w kilku językach!), ale również dodatki do przeglądarek czy choćby Google Docs. Osobiście korzystam z jedynie dwóch… form tej aplikacji, o których mogę napisać parę słów:
  • aplikacji webowej na oficjalnej stronie,
  • dodatku do Google Docs.

Najprostsza w użyciu jest oczywiście aplikacja webowa dostępna pod adresem https://languagetool.org. Aplikacja występuje w trzech wersjach:
  • bezpłatnej,
  • premium,
  • enterprise.

Ja oczywiście korzystam z tej bezpłatnej, ponieważ w zupełności wystarczają mi jej ograniczenia, a są nimi:
  • max. 20 000 znaków sprawdzanych jednocześnie,
  • brak dodatku do Microsoft Word,
  • brak dodatkowych metryk błędów dla języków angielskiego oraz niemieckiego,
  • brak dostępu do API.

Na co dzień i tak korzystam prywatnie z Google Docs, a dodatek pozwalający na sprawdzanie pisowni w Dokumentach Google wchodzi w skład tej bezpłatnej wersji, więc po co mi płatna wersja? Przeciętna opinia też u mnie nie przekracza 20 000 znaków ze spacjami (chyba nigdy nawet do tak niebotycznego poziomu nie dojechała), więc tym bardziej w zupełności mi to wystarczy.

Chcę tylko użyć strony, co mam zrobić?

Jeśli nie korzystasz/nie chcesz instalować dodatku do Google Docs i wystarczy Ci jedynie strona, to korzystanie z niej jest banalne. Od razu po wejściu na stronę tego narzędzia dostaniesz taki oto ładny ekran:


Tutaj wystarczy wrzucić swój własny tekst, kliknąć „Sprawdź tekst” i to wszystko! Po chwili mielenia narzędzie wypluje z siebie wskazówki, na które wystarczy kliknąć i zobaczyć cóż nam radzi.

Lubię dodatki, dej dodatek do Google Docs!

Nie będę przeprowadzał Was przez proces instalacji, bo tutaj w sumie nawet nie ma przez co przeprowadzać. Na tej samej stronie LanguageToola, na której możecie sprawdzać pisownię, w górnym menu wystarczy odnaleźć „Dodatki” i tam wybrać „Google Dokumenty” (<--- albo kliknąć w link).


Tutaj strona poprowadzi nas do odnośnika do GSuite Marketplace, gdzie możemy zainstalować jednym kliknięciem dodatek. 

⚠️UWAGA! ⚠️Dodatki do Google Docs nie lubią wieloprofilowości. Jeśli w obrębie jednej przeglądarki posiadasz kilka kont Google i między nimi się przełączasz, to mogą pojawić się problemy z prawidłowym działaniem dodatku. W moim przypadku rozwiązaniem jest utworzenie w Google Chrome osobnego profilu pod jedno, konkretne konto Google i korzystanie z niego podczas pisania. Mała upierdliwość, ale jestem i tak do niej przyzwyczajony z zawodowych względów.

Po zainstalowaniu dostęp do dodatku i sprawdzania pisowni będziecie mieli w górnym menu edytowanego dokumentu, w „Dodatki” -> „Grammar and Spell Checker – Language Tool”. Możecie wybrać zarówno cały dokument do sprawdzenia, jak i jedynie jego fragment.


Przemielenie tekstu również zajmie dosłownie chwilę i Waszym oczom ukaże się dodatkowy panel z prawej strony, który wypunktuje Wam wszystkie problemy, które zostały znalezione, wraz z sugestiami, jak je rozwiązać. Spójrzcie, proszę, na poniższe zrzuty ekranu, które przedstawiają właśnie przykładowe problemy znalezione w trakcie skanowania jednego z moich wpisów.











Jak widzicie na zrzutach, konkretne reguły możecie całkowicie wyłączyć dla wszystkich Waszych dokumentów lub zignorować jedynie w aktualnie sprawdzanym dokumencie. Poza tym możecie oczywiście dodać coś do słownika, jeśli LanguageTool stwierdzi, że jakieś słowo jest błędem (chociaż nim nie jest).

A co to tam ma w swoich bebechach?

A dla bardziej zainteresowanych osób, które lubią wiedzieć, jak coś działa, mam dobrą wiadomość! Kod całej aplikacji dostępny jest na GitHubie i nawet możecie sobie odpalić swoją własną wersję na własnym serwerze (jeśli nie wiesz, o co chodzi, to po prostu pomiń ten akapit)! Kod projektu znajduje się o tutaj: https://github.com/languagetool-org/languagetool.

Natomiast nie lada gratką dla językoznawców może być spis wykorzystywanych reguł, czyli jak to z językowego punktu widzenia działa. Tutaj jest spis z filtrami dla języka polskiego: https://community.languagetool.org/rule/list?lang=pl. W tym samym miejscu dostępny jest również szczegółowy „raport” z tego, w jaki sposób narzędzie analizuje zadany tekst – możecie wrzucić swój i sami zobaczyć, co to ma pod maską i w jaki sposób doszło do takich, a nie innych wniosków.

Gorąco polecam i jeśli tylko macie jakiekolwiek pytania – śmiało walcie! Postaram się odpowiedzieć na tyle, w jakim stopniu będę umiał!